Wóz ciągnęły dwa konie, wyboistą drogą.
Koła obite blachą trzęsły po kamieniach,
podrzucały do góry, huśtały na boki
z gładko wyheblowanych desek długą pakę .

Dziewczynka przykulona, siedziała cichutko
i w swojej jasnej główce w smutku rozmyślała.
Dlaczego go zamknęli w tej skrzyni bez okien?
Czuła ból jego głowy od nabitych guzów.

Czemu mnie na kolanach nie trzyma jak wtedy,
gdy sam lejce unosił i krzyczał - wio konie!
Wziął na ręce i z wozu zaniósł między kramy
kolorowych cukierków i cukrowej waty.

Znad olszyny wyleciał żółto-szary ptaszek.
Gdy furman strzelił z bicza prosto w jego stronę,
poniosło się westchnienie w czerwcowe powietrze
z kącika wozu, gdzie świst przenikał myślenie.

Dookoła gromadka szła w milczącej czerni.
Czy ktoś dzielił jej troski, nigdy się nie dowie.
Co odjeżdżało w skrzyni z jej życia na zawsze.
Wtedy nie rozumiała, teraz myśli - może...

Czyjeś ręce uniosły nad głębokim dołem.
Jeszcze jedno dziecięce spojrzenie niejasne.
Teraz tu będzie mieszkał, nie zapomnij drogi.
Garść ziemi spadła głucho na ostatnie słowo.