zbombardował mnie dzień godzinami,
za ścianą skrzypi fotel sąsiadki
i pachnie grejpfrutem wieczór. jest mi
mdło od tego, chyba wypiję piwo,
albo się spalę ze wstydu jak frytka.
bo jak spać spokojnie kiedy śmierć
tańczy za ścianą frywolnie furkocząc
suknią z tiulu czarnego jak sierść?
choroby roześmiane łączą korowody
i brzęczą skoblami komórek, jak?
grzbietowym się przedzieram czasem
przez fale asfaltu, ale tylko do żabki -
mamo, dokąd biorą tatusia? i właśnie.
tu nie ma adresu, tu tylko cisza
wpleciona w oparcie fotela bujanego
i klatka schodowa w półmroku szkła,
tak zwana zieleń butelkowa. cóż,
jutro będę lepszym człowiekiem, ale
dziś jeszcze zabiję coś w sobie.