Zastanawiam się po cichu (naszło mnie tak po raz pierwszy), by pomyśleć
głośno, przed publiką, co by było gdyby poezję wyzuć z klasyki i rymów
wszelakich; przebić klimatyczność, miękkość i ciepło zgnilizną (jest na topie)
białe ubrać w biel bielszą od bieli i wstawić w powyłamywane tryby.

Prozą poetycką okrasić postne wersy, wpleść w podteksty perwersje, cierpienie,
rozdarcie, zamiast jarzynki (dla smaku) wrzucić trochę przekleństw: moczymordo,
w ząbek czesany, job twoja mać, spadaj łajzo, bo ci pociągnę z liścia i poprawię
z buta. Wnerwiłam się i z tego wszystkiego muszę kopsnąć szluga (choć nie palę).

Okpić admina szmirą się nie da, za dużo strażaków na czacie, to jak kopanie się
z koniem, jednak spróbuję, wszak nie wszystko, co piszemy jest genialnie, ba,
z założenia jeden jest genialny, a im bardziej ten jeden, gore tym, co odstają
o przecinek
(trafnie podsumował abi, też synek, tyle, że nie mój), koment walną
ostry - nie wyrażaj się mała, w wierszu nie wypada.

Przeraźliwy krzyk więźnie w gardle, ręka zastyga w geście Kozakiewicza,
otwieram oczy - tkwię zawieszona w próżni gdzieś między materacem a podłogą
zlana potem, sen to jeszcze czy już jawa? Szczypię, łajaj, boli, jestem.

Jawa,

no i gitara (jakby powiedział Kiepski).