żegnałam się nieraz: w imię matki i córki i ducha,
najczęściej ze strachu. krzyż rzucony na wodę
powinien dopłynąć do miejsca, w którym zbudujemy

kościoły do nieba. ręce i stopy unieruchomić,
aby pozwolić sobie na odpoczynek; wędrowaliśmy długo,
aż sandały weszły w reakcję z piachem, starły się
do podbicia stóp.

właściwie czas miniony nie jest na miejscu,
on jeszcze przetacza się do krwiobiegu.
dopóki nie dopłynie, nie można przystanąć
i rozejrzeć się w celu odnalezienia właściwego.

dom przeszły o stalowej konstrukcji. kto go budował,
że trzeba nam teraz zdzierać paznokciami rdzę?
dom przyszły nie jest punktem stałym, przemieszcza się
zgodnie z ruchem wskazówek zegarka omega.

początek musi gdzieś być, matko. twoja córka to ciało
bez ducha, bo przed duchami chciałaś ochronić
zapalając nocne lampki w stalowych domach

już świta i można zobaczyć przez oko drogę,
więc żegnaj mnie, droga. obiecuję przekazać cię dalej.
ono będzie należało do siebie, nie do świata.