Spirala Czasów - valdens
Proza » Długie Opowiadania » Spirala Czasów
A A A
I.



W czasach swojej świetności dom musiał imponować - przestronne pokoje, duże okna, wielkie dwuskrzydłowe drzwi, marmurowe kominki... Dziś tylko milionerzy budują z takim przepychem.

Gdyby tak zainwestować w tę ruinę mogłaby zachwycać ludzi przez następne sto lat
- pomyślał Grzegorz. Trzeba by władować kupę pieniędzy, kto wie, czy nie więcej niż w budowę nowej willi od podstaw, ale...
Właściwie dlaczego nikt wcześniej się tym nie zajął? Dlaczego właściciele pozostawili go na pastwę żywiołów i pozwolili mu spleśnieć? Wielka szkoda.


*

Obejrzał już wszystkie pomieszczenia na parterze i piętrze. Do spenetrowania pozostały tylko piwnice.
Drzwi postawiły opór, głośno skrzypiąc na zardzewiałych zawiasach.
Drewniane schody prowadzące w dół wyglądały, co najmniej, niepewnie.
Stąpał więc ostrożnie, delikatnie, jakby chodził po cienkim lodzie. Kto wie, czy któraś z belek nie przegniła doszczętnie. I kto wie, jak długo by spadał, gdyby któraś pękła.
Wyświetlacz komórki dawał słabiutkie, bladoniebieskie światło. Namiastkę światła, ale zawsze takie, niż żadne.
Wreszcie schody skończyły się, ale... znalazły się nowe przeszkody. Cała podłoga zalana była wodą i tylko gdzieniegdzie wyłaniały się spod niej suche wysepki.
Przeskoczył na jedną z nich i chyba tylko cudem ustał na śliskiej podłodze. Dziewiętnastowieczna arystokracja, przy całej swojej rozrzutności, najwyraźniej zapomniała wylać piwnice betonem. Zostawili zwykłe, swojskie klepisko.
Już na pierwszy rzut oka piwnice wydawały się duże, pewnie rozpychały się pod całym budynkiem, ale nie sposób było to określić dokładniej przy pomocy takiej "latarki".
W zasięgu wzroku miał jedynie grube, betonowe filary podtrzymujące strop. Dalej, za nimi, był tylko gęsty mrok.

Po chwili namysłu postanowił pokonać kolejną kałużę. Wziął niewielki rozpęd - na większy nie pozwalała długość wyspy - i troszkę się przeliczył. Jedna noga wylądowała na suchym, ale druga stopa w wodzie - po kostkę.
Niech to szlag! - Zimna woda prawie natychmiast dostała się do buta.
Szybko stało się to jednak mało istotne, gdy w powietrzu policjant wyczuł dziwny, aczkolwiek doskonale mu znany zapach - obrzydliwy smród śmierci. Znajomość tego aromatu to jedna z tych mrocznych stron pracy w policji.
Pewnie to te przeklęte szczury, zagryzione przez koty, rozkładają się gdzieś pod ścianami - pomyślał Grzegorz.
Nie wykluczone też, że odwrotnie - biorąc pod uwagę wielkość szczurów.

Miał już dość zwiedzania. Postanowił wracać. I wtedy po lewej stronie, w głębi, dojrzał ścianę, a na niej jakieś dziwne znaki. Od podłogi, aż pod sam sufit widniały wyraźne, różnej wielkości napisy. Przedstawiały imiona i nazwiska, albo same inicjały. Wszystkie miały ciemnobrunatny kolor, więc automatycznie pojawiło się przypuszczenie, że nie napisano je farbą. Obstawiał w ciemno, że to krew, ale to raczej nadgorliwość policyjna kazała mu tak myśleć. Równie dobrze mogła to być jednak zwykła, czerwona farba. Śledczy musi mieć nosa, ale nie zawsze musi go używać. W laboratorium zbadają, czy krew, czy nie krew. Od tego chłopaki mają tam swoje zabawki, żeby wyręczać mój nos. - stwierdził.
Postanowił zdrapać próbkę ze ściany. Dał sobie już spokój ze skokami i śmiało ruszył w stronę ściany. Jeden but mokry czy dwa, mała różnica.
Wyjął z kieszeni, skórzanej kurtki, plastykowy woreczek i scyzoryk. Z łatwością zdrapał odrobinę zabarwionego cementu z kruchej ściany, prosto do torebki, zacisnął zatrzask i schował próbkę do wewnętrznej kieszeni.

Komórka wydała sygnał-ostrzeżenie, że wyczerpuje się bateria. Policjant nie zmartwił się tym szczególnie, bo miał już wszystko, czego chciał. Poza tym miał już serdecznie dość trupiego odoru i szczurzego towarzystwa - chociaż zwierzęta te, w sumie, były całkiem miłe i gościnne. Jedne spacerowały spokojnie wzdłuż ścian, inne podchodziły blisko i unosiły do góry noski, badając przybysza.
Ale wtedy coś przerwało tą sielankę. Jakiś ruch w kącie, szmer, coś, co szczury dostrzegły pierwsze. Spłoszyły się. Zaczęły piszczeć i biegać jak oszalałe, we wszystkich kierunkach.
Grzegorz uniósł telefon do góry i, świecąc wyświetlaczem, zatoczył półokrąg.
Coś przecież musiało je wystraszyć!
Nie dostrzegł jednak niczego nadzwyczajnego. Uspokoił się i już miał ruszyć w stronę schodów, kiedy z lewej strony jeden z gryzoni wydał pisk tak głośny, jakby wpadł w pułapkę, albo żywcem w ognisko. Policjant skierował tam światło i osłupiał z wrażenia.
Tuż przy ścianie siedział człowiek. Nie było go chwilę wcześniej. Na pewno.
Klęczał twarzą do muru, a prawą ręką przyciskał grube, białe zwierzę do podłogi. Szczur ryczał, wył, płakał niemal jak niemowlę!
Mężczyzna nie zauważył, że nie jest już sam, jeśli to możliwe, bo wówczas musiałby być głuchy i ślepy. Uniósł powoli, spokojnie, jakby nigdy nic, szamoczące się zwierzę do góry. Zatrzymał rękę na wysokości swojej głowy, a następnie, szybkim ruchem, przyciągnął ciałko do twarzy.
Rozległ się przeciągły pisk. Po chwili doszły do tego ciche chrupnięcia, a potem zostało już tylko charczenie z rozerwanego gardła.
Grzegorz przełknął ślinę, przełożył telefon do lewej ręki i dobył broni.
- Policja! Nie ruszaj się! - krzyknął, mierząc w plecy wariata.
Dosłyszał. Odjął gryzonia od ust i powoli zaczął wstawać z klęczek.
- Odwróć się, powoli... i nie próbuj żadnych sztuczek!
Jak na złość przeklęta komórka znowu zgasła. Grzegorz, szybkim ruchem przycisnął klawisze lufą pistoletu i znów miał światło. Mężczyzna stał twarzą do niego z zamkniętymi oczami, a krew zwierzęcia, które ciągle trzymał, miarowym strumykiem spływała, po długim ogonie, na podłogę.
- Nie ruszaj się! - krzyknął policjant, zastanawiając się, jak wyciągnąć kajdanki, gdy obie ręce ma się zajęte. - Dasz krok, a strzelę! Przysięgam! - nie żartował. Położył telefon na ziemi i tak szybko, jak się dało, sięgnął po "bransoletki".
Zbyt wolno jednak. Nie zdążył! Światło zgasło. Usłyszał kroki. Upuścił kajdanki na podłogę. Wyciągnął broń przed siebie. W mrok.
- Stój kurwa! - krzyknął. Ale postać szła. Czuł, że jest blisko, tuż tuż, na jeden krok!
Nacisnął spust. Błysk wystrzału ukazał rozrywającą się czaszkę. I krew bryzgającą na...
Zerwał się z łóżka.

Cholerne koszmary! Powinienem wziąć sobie wolne - pomyślał. - Zabrać Kasię na jakieś ciepłe wyspy i zapomnieć o tym całym bałaganie. Wtedy znikną te... sny.

Spojrzał na duże, czerwone litery elektronicznego budzika stojącego na stoliku nocnym. Szósta trzydzieści osiem, a ciemno jak w środku nocy. To przez ten deszcz. A zapowiadali dobrą pogodę.

Wstał z łóżka. Podreptał do łazienki. Zamknął drzwi cicho, żeby nie obudzić swojej dziewczyny i odkręcił wodę pod prysznicem. Miał teraz jakieś pięć minut czasu, żeby się ogolić i umyć zęby. Mniej więcej tyle potrzebował przepływowy bojler elektryczny, żeby nagrzać wodę w natrysku. Kosztował sześćset złotych, a dziś bez zastanowienia "szczęśliwy posiadacz" odsprzedałby go za sześćdziesiąt.


Wrócił do sypialni i włączył małe światło. I wtedy na stole dostrzegł jakąś kartkę.
Widniał na niej zaskakujący napis: "MAM DOŚĆ! ŻEGNAM". Spojrzał na łóżko.
Po Kasi ani śladu.
Slogan: "Nie lubię poniedziałków" nabrał dla niego, w tym momencie, całkiem nowego wymiaru.

Założył kaburę, ubrał kurtkę i jeszcze raz spojrzał na pożegnalny list. Nie do wiary, że zdobyła się na taki krok.
Zmiął niebieski papier i wyrzucił do kosza w kuchni.



***


Do Komendy Wojewódzkiej z Olszynki było, mniej więcej, dwadzieścia minut drogi - przy małym ruchu, sprzyjających światłach i rajdowych umiejętnościach.
Służbowe auta, w które wyposażono cały piąty zespół wydziału kryminalnego, idealnie nadawały się do takiej jazdy.
Już podstawowa wersja Volkswagena Passata Turbo FSI dysponowała dwustukonnym silnikiem, ale na zlecenie KGP wozy te wzmocniono elektronicznie do dwustupięćdziecięciu koni mechanicznych.
Czy miało to jakiś sens? Niewielki. Niezwykle rzadko zdarzało im się kogokolwiek ścigać. Od tego jest drogówka i inne psy. Ale oczywiście nikt z zespołu nie miał o to pretensji do urzędników z Warszawy. Widocznie mieli akurat dobry dzień i zapomniało im się o dziurze budżetowej. Dzięki temu, pod Komendą Wojewódzką Policji w Gdańsku, pewnego pięknego poranka stanęło pięć, pachnących fabryką, wyścigówek, którymi nie pogardziłby nawet James Bond.

Grzegorz, prawdę mówiąc, oswoił się już z tym autem. Powoli przestawał się nim ekscytować. Wtedy, gdy je otrzymał, stało się jego drugą miłością od pierwszego wejrzenia. Nie całkiem bezpodstawnie Kasia narzekała wtedy, że kocha swój samochód bardziej niż ją. Że częściej o nim mówi, częściej pieści, częściej używa... Tak rzeczywiście było.
Dziś, kiedy Kasia odeszła, a samochód już nie cieszył, jak kiedyś, czuł się samotny jak nigdy dotąd.


Jechał powoli, bo zaparowane szyby nie pozwalały inaczej. Auto toczyło się ospale, wydając niskie, basowe dźwięki z tłumików. Pomyśleć, że jeszcze wczoraj te pomruki uważał za przyjemne.
Padało coraz mocniej, więc to, że zdąży do pracy nie było już takie oczywiste. Przycisnął mocniej pedał gazu, nie zważając, że prawie nic nie widzi. Dwieście pięćdziesiąt pełnokrwistych rumaków, jak z bicza strzelił, pogalopowało do przodu, zaciągając się łapczywie powietrzem z turbosprężarki.
Odgłos "turbo", nawet w takie dni jak ten powoduje, u każdego mężczyzny, chwile słodkiego zapomnienia.
Odjazd nie trwał jednak długo. Czerwone światło i szlaban przy torach kolejowych zmusiły woźnicę do pociągnięcia za lejce. Zapowiadał się dłuższy postój, bo tymi torami zawsze kursują tylko i wyłącznie pociągi towarowe. Te zaś jeżdżą bardzo wolno i zawsze ciągną za sobą cały różaniec wagonów. Nie raz, nie dwa, zdarzało się Grześkowi je liczyć.
Zanim w ogóle pojawi się pociąg minie ruska minuta. - pomyślał.
Wyjął z kieszeni komórkę. Rozładowana?! Przecież ładowałem ją wczoraj!
Telefonu nie dało się nawet włączyć. Zdechł.

Nadjechał skład i zaczął wybijać ciężkimi kołami równomierny, monotonny rytm.
Wagony przesuwały się przed przednią szybą niczym klatki czarno-białego filmu. Grzegorz nadałby temu filmowi tytuł: "Why?" - "Dlaczego odeszła? Dokąd odeszła? Na jak długo..."
Miał tyle pytań ile wagonów przed oczami, a odpowiedzi jak na lekarstwo.
To prawda, że nie układało się między nimi najlepiej ostatnio.
Nie kłócili się, nie. Nie o to chodziło. Nie sprzeczali się nawet, nie było łez, pretensji... Było cicho. I w tym właśnie problem. Do kłótni potrzebna jest rozmowa, a do rozmowy - czas. Trzeba być ze sobą - choćby na ten czas sprzeczki - a oni, chociaż mieszkali razem, spoglądali sobie w oczy najwyżej raz w tygodniu.
On wyjeżdżał z domu, kiedy narzeczona jeszcze spała, a wracał, kiedy już spała. Tak, to mógł być powód... Mógł, ale nie musiał.
A może...

Ostatni wagon minął przejazd kolejowy. Czerwone światło zgasło i uniosły się szlabany. Szyba odparowała. Jazda! Jeszcze rzut okiem na deskę rozdzielczą i... znów niespodzianka - zbiornik paliwa suchy. Na stację...
Kilometr galopu, kierunkowskaz w lewo na BP. Tankowanie do pełna, faktura.
Na szczęście nie ja płacę za karmienie tej stadniny.

Wreszcie "nakarmione" auto wtoczyło się na dwupasmową ulicę Elbląską, gdzie mogło pokazać, co fabryka dała. Teraz nie było już mowy o oglądaniu bilbordów i przepuszczaniu staruszek na pasach. Oficer policji nie powinien się spóźniać, a zdarzało mu się to ostatnio często, zbyt często.

Passat gnał blisko sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, zwalniając nieco na łukach i przed skrzyżowaniami. Kierowca zachowywał resztki zdrowego rozsądku, mimo że życie nie było mu szczególnie miłe od rana. Nie miał już przecież szesnastu lat, żeby odejście dziewczyny pieczętować samobójstwem. Jechał szybko, ale pewnie i bezpiecznie, kiedy... usłyszał sygnał. We wstecznym lusterku mrugnęły niebieskie koguty .
Niech to szlag! Kurwa!


- Dzień dobry. Młodszy aspirant Andrzej Pobłocki, proszę zgasić silnik i przygotować dokumenty do kontroli - powiedział, na jednym oddechu, młody policjant. Zajrzał do wnętrza auta, które ciągle pachniało nowością i kusiło sportowymi dodatkami.
- Niezłe autko - stwierdził.- Pewnie szybkie. Za szybkie, jak na miasto, co panie kolego?
- Nie jesteśmy kolegami - rzucił chłodno kierowca, przeszukując kieszenie swojej kurtki i spodni.
- Oj, to będzie dużo kosztować - kalkulował policjant. - Proszę ze mną do radiowozu - dodał.
Grzegorz sięgał właśnie do wewnętrznej kieszeni kurtki. Wyciągnął z niej masę papierków, rachunków i... foliowy woreczek!
- O kurwa! - zaklął, a przeźroczysta torebka spadła mu na kolana, na oczach policjanta.
- O! Aaa toś wpadł bratku - stwierdził funkcjonariusz, przywołując jednocześnie kolegę, który został w radiowozie.
- Wyłaź z auta i nie próbuj uciekać - dodał, nerwowo wyciągając z kabury broń.
Grzegorz zdawał nic sobie nie robić z poczynań policjanta i uważnie przyglądał się zawartości worka pod światło. Znajdował się w nim białawy proszek z brunatnymi dodatkami.
- Wysiadaj! - krzyknął mundurowy. Stał jakieś dwa metry od wozu, w szerokim rozkroku i wymachiwał, trzymanym oburącz, pistoletem.
- Ej, spokojnie - odezwał się w końcu Grześ, gdy wyszedł z zamyślenia. Dopiero teraz dostrzegł, jak bardzo poniosło młodzieńca. - To nie są narkotyki. Jestem policjantem! Ten worek to... próbka do analizy - tłumaczył.
- Powoli, spokojnie, bez gwałtownych ruchów! Wysiadaj!
- Chryste - wycedził przez zęby. Zrozumiał, że trafił na jakiegoś nadgorliwego czuba.
Zdarzało mu się już wcześniej bywać "na muszce", jednak nie aż tak często, żeby do tego przywyknąć. Nigdy nie wiadomo, czy młodego policjanta nie poniesie fantazja.

- Mam tu gdzieś odznakę - kontynuował wyjaśnienia, patrząc na wylot lufy i wkładał rękę "powoli, spokojnie, bez gwałtownych ruchów", do wnętrza kurtki.
- Nie ruszaj się! Nie wyciągaj tej ręki! Wyłaź z auta. Ale powoli! - krzyczał młodzieniec, przystępując z nogi na nogę. Coraz dalej odsuwał się od samochodu.
No polebało...

Drugi policjant stał tuż za bagażnikiem Passata i z tej pozycji, w razie czego, zamierzał strzelać w plecy zatrzymanego.
Grzegorz otworzył drzwi ostrożnie, cały czas obserwując lufę pistoletu, i wyszedł, ciągle trzymając rękę pod kurtką.
Policjanci spojrzeli na siebie nie bardzo wiedząc, co dalej.
Podejrzany wyglądał bardzo... podejrzanie - wysoki, barczysty, krótko ostrzyżony...
- Panowie...
- Milcz! Wyciągnij tą rękę. Powoli. Bez gwałtownych ruchów. - Znów mówił młody, a starszemu chyba odjęło głos. - Tylko powolutku - powtórzył.
Zrobił to powoli, jak kazano. Uniósł ramiona do góry i odezwał się:
- A teraz mam obie ręce położyć na samochodzie i kolega mnie obszuka. - Doskonale znał procedury, bo sam kiedyś był zwykłym gliną.
- Obie ręce na dach! - powiedział policjant, dokładnie tak, jak go uczono.
Grześ wykonał polecenie. Starszy policjant schował broń do kabury, przełknął ślinę i powoli ruszył w kierunku zatrzymanego. Młody asekurował go, mierząc podejrzanemu w kark.

- Mam przy sobie broń - odezwał się Grzegorz. - Jestem policjantem i mam broń.
Wolał o tym poinformować gorliwych policjantów już teraz, zanim sami to odkryją. Kto wie, czy nie zaczęliby wówczas strzelać bez dalszych wyjaśnień. Oczywiście zgodnie z przepisami - nie mogliby strzelać. Powinni najpierw wydeklamować "wierszyk" i oddać kilka ślepaków w powietrze. No, ale ten młodszy - raptus - mógłby strzelić w tył głowy, ot tak - ostrzegawczo! Nigdy nie wiadomo...

- Na ziemię! - krzyknął starszy. - Na ziemię! Twarzą do ziemi!
Grzegorz spojrzał pod nogi. W gorszym miejscu chyba nie mogli go zatrzymać. Wzdłuż ulicy płynęła woda deszczowa, czarna jak smoła.
Jako policjant wiedział jednak, że obaj funkcjonariusze postępują dokładnie tak, jak należy. Sam działałby na ich miejscu podobnie. Spora torba narkotyków, to co prawda jeszcze nie powód, żeby tak spanikować jak ten chłopczyk, ale pukawka u zatrzymanego, to już powód.
Położył się więc grzecznie w głębokiej na dwa centymetry, zimnej jak cholera, kałuży. Zmoczył świeżutką koszulę - gwiazdkowy prezent od Kasi. Ręce założył na plecach i czekał aż go skują w kajdanki. Głowę starał się trzymać w powietrzu, tak by nie moczyć twarzy.

- No kurwa szybciej! - krzyknął z asfaltu. Zdecydowanie nie podobała mu się ta pozycja.
Zareagowali. Starszy mocno przygniótł leżącego kolanem do asfaltu i dość sprawnie spiął ręce kajdankami. Młodszy trzymał nogi w kostkach. Obmacali go dokładnie.
Znalezionego gnata położyli na dachu Passata i w końcu pozwolili skutemu wstać z błota.
Na chodniku, po obu stronach ulicy, ustawiło się już całkiem spore grono gapiów. Samochody przejeżdżające obok zwalniały prawie do zera, a pasażerowie wyglądali z ich wnętrz, przylepiając nosy do szyb, żeby lepiej widzieć.

- Zamknąć bandytę! - syknęła, przez sztuczne zęby, starsza pani w moherowym berecie. Stała na chodniku tuż za samochodem i machała, groźnie, zamkniętą parasolką.
- Proszę się rozejść. Nie ma tu nic do oglądania - skłamał funkcjonariusz, a następnie zwrócił się do podejrzanego:

- Z policji tak?!
- Tak, z policji.
- Policja nie używa takiej broni, z tego co mi wiadomo, panie kolego. Zresztą nie ważne, porozmawiamy na komisariacie - zakomunikował służbowo i odwrócił się. - Andrzej, pojedziesz jego autem za mną - zwrócił się do kolegi.
- Panowie, chętnie bym się z wami przejechał, ale uwierzcie mi, nie mam czasu. Zaszło tutaj wielkie nieporozumienie. Ja jestem oficerem policji. Pracuję w Komendzie Wojewódzkiej. Pierwszy operacyjno-śledczy zespół do spraw niewykrytych zabójstw. Jednostka specjalna Wydziału Kryminalnego założona w dwa tysiące piątym roku.

Obaj funkcjonariusze patrzeli to na siebie, to na zatrzymanego tak, jakby mówił do nich po chińsku.
- Może coś więcej powie panom nazwa Archiwum X? - dodał. - Dlatego używam broni takiej, jaką lubię.
Starszy funkcjonariusz uważnie przyglądał się dokumentom, które wytrząsnął wcześniej z kieszeni podejrzanego.
- Nie ma tu nic, że jest pan policjantem - stwierdził. - W dodatku te narkotyki... Proszę z nam...
- Zaraz - przerwał Grześ. - Skoro nie ma tam odznaki, to powinna być w samochodzie. Młodszy aspirancie, proszę sprawdzić schowek. - Zabrzmiało trochę jak rozkaz i właśnie tak miało zabrzmieć. Nawet policjanci o wyższym stażu mają obowiązek słuchać poleceń oficera elitarnej jednostki.
Młody, jakby trochę się wzburzył, spojrzał na starszego, lecz ten kiwnął tylko głową potwierdzająco i aspirant wykonał posłusznie podwójny rozkaz.
Po chwili wyszedł z Volkswagena z odznaką w ręce i podał ją starszemu.
Ten dłuższą chwilę przyglądał się znalezisku z każdej strony i w końcu odrzekł:
- I tak pojedzie pan z nami. Może być fałszywa. Takie same można kupić na bazarze na Przymorzu. Prosz...
- Orz kurwa! Poproszę panów o personalia. Obu! - W sumie wiedział, że funkcjonariusze przykładnie wypełniają wszystko, co do nich należy i nie mógłby im zaszkodzić. To znaczy nie, że by nie mógł, bo gdyby chciał, to całkiem łatwo pozbawiłby ich nawet pracy - dzięki znajomościom - ale nie mógł, bo tego nie chciał. Aż taką świnią nie był.
Ale zastraszyć nie zaszkodzi. - pomyślał. Tego już dawno nauczyły go rozmowy z przestępcami.
Mundurowi patrzyli na siebie i milczeli. Mieli obowiązek przedstawić się na podobną prośbę.
- Młodszy aspirant Andrzej Pobłocki, tak? - zapytał i wiedział, że tak. Pamięć miał doskonałą. Gdyby było inaczej nadal pracowałby w prewencji.
- W jakim komisariacie panowie służą?
Milczeli.
- Posłuchajcie. Mogę wam pomóc, albo zaszkodzić - kontynuował. - I wiecie co zrobię?
Cisza..
- Pomogę wam. Pomimo, że mam chujowy dzień, bo dzięki wam wyglądam jak pierdolony szczur! - krzyknął, aż młodszy aspirant podskoczył. - Dam wam radę: Macie mój dowód osobisty i odznakę, a w radiowozie macie radio... Proszę z niego skorzystać. Natychmiast! Połączycie się z Komendą Wojewódzką i poprosicie nadkomisarza Jana Łukowicza. Kiedy już upewnicie się, że jestem tym, kim mówię, że jestem, wytłumaczycie mu, dlaczego jeszcze nie jestem w pracy. Przeprosicie go za to, dodając jak bardzo wam wstyd. Wykonać!
Policjantów zaskoczyło to. Wyglądali jak posągi betonowe.

Dopiero po dłuższej chwili starszy poruszył się, skinął do kolegi głową porozumiewawczo i podał mu dokumenty.

W policyjnym Fordzie Mondeo zatrzeszczało radio. Rozmowy jednak nie dało się dosłyszeć przy hałasie, przejeżdżających dwupasmową ulicą, samochodów.
Zatrzymany i starszy funkcjonariusz stali naprzeciwko siebie. Milczeli.
Grzegorz opierał się plecami o samochód. Patrzał na swoje spodnie i kręcił głową, i niedowierzał. Z koszuli ściekała na nie brązowa, jak gówno, woda.
Wtedy mundurowy postanowił przerwać krępujące go milczenie:
- Kobieta wypierze - pocieszył i uśmiechnął się najpiękniej, jak potrafił, w tak niezręcznej sytuacji.
Cokolwiek by w tym momencie nie powiedział, nie byłoby bardziej nie na miejscu niż wspominanie o kobietach.

Grześ poczuł jak woda spływa mu w krok.
No kurwa! Powiedz jeszcze słowo, a nie masz pracy!
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
valdens · dnia 04.08.2007 06:54 · Czytań: 7766 · Średnia ocena: 4,5 · Komentarzy: 11
Komentarze
Wiktor Orzel dnia 04.08.2007 23:32 Ocena: Świetne!
Cytat:
- Dasz krok, a strzelę!

--
hmm..zrobisz krok :)
--
Cytat:
Podejrzany wyglądał bardzo podejrzanie

--
Masełko :)
--
Cytat:
Upewnicie się, że jestem tym, kim mówię, że jestem, wytłumaczycie mu dlaczego jeszcze nie jestem w pracy


Trzeba by zmienić to zdanko delikatnie mówiąc. (za dużo powtórzeń)

A teraz treść:

Ciekawie się zapowiada. Napisane dobrze, jak czytałem to po prostu czułem ten tekst, a wtedy czyta się najlepiej. Jednym słowem we wstępie zastosowałeś kilka chwytów, np;

In medias res - łac. przystąpienie od razu - tzn coś się dzieje na początku (zwykle dynamicznego, a potem się kończy w dalszej części)

Opowiadanie jest perfekcyjnie stylizowane na amerykańskim kryminale, przeniesionym na polskie realia. Czekam na kolejną część :)
valdens dnia 05.08.2007 01:31 Ocena: Świetne!
Dziękuję, uwzględnię sugestie.
W sumie spodziewałem się dłuższej wyliczanki. Sam widzę tu dziś więcej niedoskonałości niż wytropiłeś Sagit. Większość z nich powstała jak od"r"obaczałem ten tekst w edytorze pp (robiłem to 2 razy! do 4 w nocy, bo jak skończyłem 1 raz to się okazało, że mnie portal zdąrzył wylogować automatycznie:O )
jest tam np. takie coś: "wydał tak wrzask tak głośny...", ale pewnie na takie szczegóły nie zwracałeś uwagi. (gdybyś mógł to to pierwsze "tak" usunąć to byłbym wdzięczny. resztę interpunkcji itp. pal licho)

Chciałbym dodać, że do "Spirali Czasów" podszedłem profesjonalnie (prawie, jak NJN do swojej kariery) i zrobiłem nawet wirtualną okładkę do "książki".
http://portal-pisarski.pl/photogallery.php?photo=428

No i LUDZIE zapraszam do czytania i jechania po tekście!
Wyżyjcie się jak macie okazję, bo to potrzebne "Spirali..."
MarcinD dnia 06.08.2007 21:25 Ocena: Świetne!
He he :). Ja pojadę ;). Nie zapomniałem, że obiecałem ;). Jestem tylko tak jakby związany czasowo (heh, przygotowania do ślubu i w ogóle)... Ale jutro, najpóźniej w środę się wezmę za ten tekst. Wezmę, bo już miałem okazję przekonać się, że pomysł jest interesujący.
eVe dnia 07.08.2007 00:44
pomysl ciekawy. szczegolow za duzo panie kolego. i "ustał" to tak troche nie po polsku i "zapomniało im się" tez brzmi trywialnie. pomysl zalatuje mi serialem "heroes", ale to tak z innej beczki. obcielabym niektore opisy, szczegolnie te automaniakowe,bo ja sie nudzilam mimo ze lubie auta. niektore zdania za dlugie, do poprawki...a i imie glownego bohatera kojarzy mi sie wybitnie z tym durnym grzesiem,co szedl przez wies...pojechalam zgodnie z zyczeniem autora ;P
valdens dnia 07.08.2007 00:58 Ocena: Świetne!
szczegółów za dużo!? Jeśli chodzi o z a długie zdania to cieszyłbym się gdybyś mi wskazała które.
To, że "automaniakowe" opisy nie spodobają się dziewczynom to było nieuniknione. Mam poważne wątpliwości, czy w ogóle ta książka spodoba się niewiastom. Zobaczymy.
Aha a serialu "heroes" nie znam :( to pewnie tvn, a ja nie mam tvn.
Tak, czy siak dzięki za "jazdę" eVe
MarcinD dnia 07.08.2007 09:31 Ocena: Świetne!
No dobra... Weźmy się za ten tekst... Jak zawsze ;) najpierw kilka szczegółów, a potem ogólnie. A zatem...

"...pozwolili mu spleśnieć..." - trochę, jak z serem w lodówce... Może lepiej, żeby pozwolili mu popaść w ruinę?

"Drzwi otworzyły się ciężko..." - ciężko mi wyobrazić sobie drzwi otwierające się ciężko (powtróki teraz planowane ;) ). Może lepiej, by "ciężkie drzwi otworzyły się z przeciągłym skrzypieniem, wywołującym przerażający dreszcz na plecach" - moim zdaniem bardziej "klimatycznie".

"...delikatnie jakby..." - nie powinno być przecinka po "delikatnie"?

"Nie wykluczone..." - razem?

"Z łatwością zdrapał odrobinę zabarwionego cementu z kruchej ściany, prosto do torebki, zacisnął zatrzask i schował próbkę do wewnętrznej kieszeni." - czepiam się teraz, ale policjant musi być niezły, jeżeli zrobił to wszystko jedną ręką (w drugiej trzyma przecież telefon komórkowy...)

"Grzegorz szybkim ruchem przycisnął klawisze lufą pistoletu i znów miał światło." - sorry, ale ja potrafię napisać smsa trzymając komórkę jedną dłonią i nie wydaje mi się, żeby to było jakieś szczególne osiągnięcie... Mógł przecież nacisnąć dowolny przycisk kciukiem, trzymając komórkę, nie musiał tego robić pistoletem.

"Dasz krok, a strzelę!" - trochę takie za bardzo "slangowe"; spokojnie mógł powiedzieć, że "zrobi krok" czy coś takiego...

"Położył telefon na ziemi..." i niekonsekwencja...? Po podłoga zalana jest wodą i tylko gdzie - niegdzie były suche wysepki.

"Doszedł do łazienki, cicho zamknął drzwi, żeby nie obudzić dziewczyny." - dziewczyny, której, jak czytamy dalej, już tam nie było... Wydaje mi się, że po nocy spędzonej w łóżku jego oczy były na tyle przywykłe do ciemności, że dostrzegłby, że jej nie ma.

"...dwustu konnym..." - razem chyba ;).

"Od tego jest drogówka i inne psy..." - no właśnie... więc po co Komenda Wojewódzka w Olszczynce wydaje ogromną kupę kasy na takie auta, jeżeli wystarczyłyby chociażby sportowe Skody Fabie? Też mocne, a przecież bohater sam stwierdza, że oni nie ścigają...

"...w końcu skutemu wstać z błota." - pozwolili "...skutemu wstać z błota." - brakuje ;).

"Aż takim świnią nie był. - aż "taką świnią nie był" - tak się chyba poprawnie używa tego zwrotu.

No ok... Koniec marudzenia... Co dalej...? Myślę, że dalej może być tylko lepiej. Napisałeś naprawdę niezły wstęp do opowiadania. Poza tym, ono nie dzieje się "gdzieś tam", za oceanem, w USA, czy gdzieś jeszcze dalej, ale TUTAJ, w Polsce. To też duży plus. O wiele bardziej jest wszystko prawdopodobne. Czekam na ciąg dalszy, dając... no kurde, najwyższą ocenę. Inaczej gryzły by mnie wyrzuty sumienia ;).
valdens dnia 13.08.2007 00:30 Ocena: Świetne!
Dziękuję Marcin. Do większości zaleceń się zastosuję no i... zapraszam wszystkich do cz.2 :) >>>
http://portal-pisarski.pl/readarticle.php?article_id=1252
waikhru dnia 23.08.2007 20:55
Wszystko do czego chcialam się przyczepić zostało wypisane.

Dobrze,porządnie napisane.Zabieram się za następne części.

Pozdrawiam
WaiKhru
Usunięty dnia 29.08.2007 09:15 Ocena: Dobre
Ja się nie czepiam również, bo błędy, które zauważyłam już zostały wyliczone. Opowiadanie dobre technicznie prócz tych małych niedociągnięć, nie zgodzę się z Eve, że jest za dużo szczegółów - jest chyba tak w sam raz, no i obronię Cię przed "automaniakowymi" opisami, choć przyznam, że aut nie lubię a już z tych opisów to nic nie kumałam :D ale chodzi o ideę, podobne szczegóły dotyczące np. broni spotkałam w powieściach (np. "Zabójcy w Afryce" Alexandra Lake'a), gdzie tego typu opisy są bardzo częste więc nie wiem czy jest sens wypominać. Natomiast jeśli chodzi o sam gatunek to kryminałów czy tam sensacji nie lubię :D no ale trudno jakoś to zniosłam ;)
valdens dnia 30.08.2007 18:38 Ocena: Świetne!
Little, wiesz tak to już jest, że dziewczynki wolą laleczki, a chłopcy samochodziki :)
Dziękuję za komcia.
milla dnia 12.10.2007 19:14
Yum! Jak ja lubię takie klimaty, jak początek! Stare, opuszczone kamienice, pałace. Opis bardzo sugestywny. Całość czyta się jednym tchem. Napisane sprawnie, wartka akcja.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kazjuno
19/09/2019 17:44
Masz rację. NIE ODDAMY!!!! Aż ciśnie mi się na usta… »
22227
19/09/2019 17:21
Ja tylko powtórzę, bardzo piękny, pełen uczucia wiersz.… »
mike17
19/09/2019 17:18
Baaardzo to rozlewne, bardzo obfite. Piszesz o tak wielu… »
mike17
19/09/2019 16:52
Bo, Lilu, nic nie stoi w miejscu i musimy chwytać chwilę,… »
ClakierCat
19/09/2019 16:10
:) :yes: a jak byś była dla mnie a słowa w jeden klimat… »
Dobra Cobra
19/09/2019 15:56
Gadałem o tym z Tarantino, generalnie zainteresowanie jest,… »
Lilah
19/09/2019 15:11
Wielce interesujący zapis, podoba mi się. Treść takoż.… »
Lilah
19/09/2019 15:08
Obiecuję poprawę, Kushi, może uda się coś dłuższego… »
bruliben
19/09/2019 14:44
Dawno nie spotkałem się z wierszem, gdzie za tytuł jest… »
bruliben
19/09/2019 14:32
Dziękuję Wiosno za liczne uwagi. Muszę je przemyśleć i… »
mike17
19/09/2019 13:56
Bardzo dziękuję, BasiuL za wizytę i czytanie :) Masz racje… »
BasiaL
19/09/2019 12:49
Ciekawa historia, subtelna i emocjonalna :) Tylko czy to… »
BasiaL
19/09/2019 12:37
Uwielbiam w jesienne wieczory usiąść na kanapie i pod… »
BasiaL
19/09/2019 12:25
świetny, nastrojowy klimat, bardzo przyjemnie się czyta :) »
BasiaL
19/09/2019 12:23
"łżące niebo" bardzo podoba mi się to określenie… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:22
  • tej wytwórni. Ale sam szef D. próbuje zmienić czasy i transformację koncernu w stronę tematyki niebaśniowej. [link]
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:20
  • Disney ma nie lada orzech do zgryzienia :) . Johansson zaprosili nawet na spotkanie dyrektorów D. I ona tam jasno mówiła, że reżyser niepokorny i film też, co niespecjalnie idzie za rączkę z polityką
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:50
  • em FOXa, więc Disney nie miał nic do gadania. A czy film pojawi się w Polskich kinach? Sadzę, że tak, ale nie wszędzie i nie od razu, bo tu nie chodzi o ideologię, ale o kasę.
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:48
  • Co do filmu, ten Hitler, będzie wymyślonym przyjacielem i z tego co wiem, będzie takim diabłem na ramieniu, co mówi źle, to wbrew pozorom nie komedia. Druga sprawa film powstał praktycznie przed zakup
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 14:16
  • Znowu przesadzasz. Jesteś wrażliwym facetem, na dodatek z intuicją muzyka, więc czułym na fałszywe nuty. Także te cecha ułatwia Ci trafne komentarze. Więc jak znajdziesz czas(?)...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:55
  • Powiem tak: technicznie mam coś do powiedzenia i choć nie jest to idealne, to potrafi być pomocne, natomiast mój gust znacznie odbiega od przeciętnej i to, co mi się podoba, nie zawsze jest dobre.
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 11:49
  • Przesadzasz Antosiu! Bardzo cenię Twoje komentarze i byłbym rad przeczytać twoje wnikliwe uwagi. Zawsze były celne. Jak znajdziesz czas to zapraszam...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:38
  • Kazjuno, ja chętnie skomentowałbym Twój tekst, ale ostatnio mam urwanie głowy i jedynie czasem króciutkie komentuje. Choć z drugiej strony, co jest wart mój komentarz?
  • Dobra Cobra
  • 17/09/2019 08:09
  • Sztuka kreskówkowa jest uważana za gorszą ze sztuk pięknych. :( A tak można w kinie podziwiać i piękną Scarlett i małego Hitlerka. Jak żywych. Choć ten synek ma nadzwyczaj mądry wyraz twarzy.
Ostatnio widziani
Gości online:24
Najnowszy:Metzeraq2v
Wspierają nas