Opowieść na Boże Narodzenie i to aż z dwiema puenta - Krystyna Habrat
Publicystyka » Felietony » Opowieść na Boże Narodzenie i to aż z dwiema puenta
A A A
Opowieść na Boże Narodzenie i to aż z dwiema puentami.
W nocy obudził mnie kaszel i ból gardła. Mąż podał mi gorącą herbatę z miodem i cytryną. Przyniosło mi to ulgę, ale nie od razu zasnęłam.
Znowu zaczęłam rozmyślać o wydarzeniach, jakie mnie ostatnio poruszyły. O jednych dowiadywałam się co dzień z mediów, inne dotyczyły mnie bezpośrednio. Zastanawiam się ciągle skąd w ludziach tyle zła? Nawet nie tego płynącego z egoizmu, z interesów własnych, ale i tego bezinteresownego, jak w przypowieści o psie ogrodnika. Może i gorzej.
Wiem, że każda rana psychiczna, szczególnie z dzieciństwa, zostawia na duszy bliznę, która kiedyś może pęknąć. Ale ludzie zaznają wielu cierpień, cierpienie jest wpisane w nasz los, a nie każdy zostaje z tego powodu terrorystą, Kubą Rozpruwaczem, zbójem, złośliwcem wypisującym anonimowe podłostki.
Ja wychowałam się wśród ludzi, którzy kierowali się w życiu dziesięcioma przykazaniami, na ulicy patrzyli na siebie nawzajem i uśmiechali się. Nie takim uśmiechem hollywoodzkim dla prezentacji wszystkich zębów, ale spokojnym, życzliwym, od którego robią się brzydkie zmarszczki. W mojej dzielnicy prawie każda spotkana znajoma rzucała na powitanie: dokąd prowadzą drogi? I to niekoniecznie było wścibstwo. Raczej wyraz życzliwej troski. Mogła przecież podpowiedzieć, żeby wstąpić do... Doradzić, by nie iść tam, a gdzie indziej. Ja tak przywykłam, że mijający się przechodnie patrzą na siebie, że teraz z trudem przychodzi mi udawać na ulicy, że nikogo nie widzę, bo tak tutaj wypada. Co gorsze, często jak spojrzę na kogoś, czy to nie ktoś znajomy, kogo należałoby powitać, ten ktoś szybko mówi mi: "dzień dobry!" Wtedy nie wiem: czy tylko ja nie rozpoznaję tej osoby, czy mam aż tak silny wzrok, że wymuszam powitanie?
Tak, tam w mojej dzielnicy z dzieciństwa żyli dobrzy ludzie. Że bywają jeszcze inni, zrozumiałam jak wyjechałam na studia. Zaraz po przyjeździe na egzaminy wstępne pobiegłyśmy we trzy na miasto. Byłyśmy pełne entuzjazmu, rozgadanie, rozchichotane, bo przecież zaczął się nasz czas zdobywania świata. Nieopodal Collegium Novum, zapytałyśmy jakąś starszą, kulturalnie wyglądającą, panią koło czterdziestki, może pięćdziesiątki, o ulicę. Gdzieś tu miała być. Zapytałyśmy, używając całego repertuaru uprzejmości, w jakim nas wychowano i pani odrzekła, że musimy się cofnąć dwie przecznice. Podziękowałyśmy, jak należy i wtedy któraś z nas, ciągle rozbawiona, wykrzyknęła, że musiałyśmy tę ulicę już minąć. Przeoczyłyśmy ją zagadane. A wtedy zza naszych pleców padło kąśliwe: „A skąd wy dziewczyny takie nierozgarnięte?!” To nasza przed chwilą informatorka nie darowała sobie szczypty złośliwości. Nie pamiętam, jak zareagowałyśmy, ale wkrótce wiedziałam w czym rzecz. Ona chciała odreagować swój esprit d'escalier – taki refleks poniewczasie, bo już nas poinformowała, a przecież nie musiała się aż tak fatygować wobec takich smarkul co nawet Krakowa nie znają. Pani z kiosku koło Plant huknęła bardziej bezpardonowo: „a co to ja milicjant od udzielania informacji?!”
Jakoś jednak przeżyłyśmy lata studiów bez specjalnych konfliktów z miejscową rasą. Należało tylko się nie narażać. Oni sobie, my sobie. Jak w pewnym narodowym dramacie, choć bez dociekania, kto tu kto? Zresztą ilu było takich, ilu innych. Sympatyczniejszych. Choćby poczciwe dwie panie: matka z córką, u których wynajmowałam lokum. Pomimo, że starsza pani w kółko pytała mnie o to samo, a ich piesek miał pchły. Jednak długo miałam poczucie, że najlepsi ludzie byli tylko tam, gdzie ja się wychowałam. Do czasu, gdy po latach w samą Wielkanoc ukradziono mi tam koła od samochodu.
Teraz nocą kiedy długo nie mogę zasnąć, bo boli mnie gardło, znowu wracam do wspomnień ze studiów. Kiedyś wsiadłam po przesiadce w Dębicy do pociągu na Kraków. Byłam już zmęczona podróżą z dwiema przesiadkami i uradował mnie widok pustego miejsca zaraz koło drzwi. Upewniłam się, że wolne i odwróciłam się, by umieścić na półce walizkę, a tu moje miejsce zasiadła jejmość o wyglądzie cwanej przekupy spod Sukiennic, jakich nie darzyłam sympatią. Pomyślałam: ze dwa razy starsza ode mnie, przebiegła, to niech siedzi. Takie baby, jak wsiądą do tramwaju, nie patrzą, gdzie wolne miejsce, tylko lecą, stanąć obok młodej kobiety, która przecież powinna ustąpić im miejsca. Ja wtedy w tramwaju nigdy nie siadałam, bo zawsze trafił się ktoś starszy. Ale chłopców takie baby nie prowokowały. Do nich lecieli kontrolerzy. Zresztą, zaraz naprzeciw w drugim rzędzie było też miejsce wolne. Usiadłam tam, rozlokowałam bagaże i wyciągnęłam jakaś książkę, żeby nie marnować czasu. Wolałabym pogadać, ale siedzący wokoło wyglądali jakby na wpół uśpieni podróżą. Wkrótce i mnie kołysanie pociągu oraz miarowe postukiwanie kół wprowadziło w stan pomiędzy snem a jawą. Spać jednak nie chciałam, a czuwać bez zagłębienia się w książce też nie, bo naprzeciw siebie miałam to chytre babsko, które w tak bezczelnie mnie podsiadło. Nie chciałam na nią patrzeć, ale kątem oka zauważyłam, że nad nią powoli wysuwa się z półki jednym rogiem olbrzymia tekturowa waliza, stara, podniszczona, masywna.
Z przyjemnością spojrzałam na swoją elegancką walizeczkę z zamszu w kolorze kakaowym, objętą popielatymi paskami ze skóry. Tato kupił mi ją w Gdyni, gdy pojechaliśmy na pogrzeb jego starszej siostry. Wpadła pod pociąg. Niektórzy mówili, że sama się rzuciła. Nie wierzyliśmy, ale było bardzo smutno. Tato chciał mnie chyba tak pocieszyć. Tylko mnie potem całą wtedy noc dręczyło, czy studentce wypada naciągać ojca na tak drogi zakup. Dużo jednak podróżowałam i walizka była moją wizytówką. Wydaje mi się, że tato taki zamsz, jak na walizce, określał: „reniferki”. Może jednak nazywał tak tylko moje granatowe, zamszowe rękawiczki, jakie zaraz w pierwszym tygodniu wyciągnięto mi z kieszeni płaszcza w stołówce żeńskiego akademika. Płaszcz był przewieszony przez krzesło. Wstałam na moment odnieść talerze. Zapamiętałam przysadzistą brunetkę, która siedziała najbliżej. Zmieszała się, gdy wszczęłam poszukiwania. Niby w takich momentach peszą się i niewinni, ale widziałam ją później w tych rękawiczkach na ulicy. Zabrakło mi tupetu, by podejść. Zresztą – pocieszałam się- kradzione nie tuczy. Dziewucha była brzydka i na pewno nie miała szczęścia w miłości.
Kiedy tak rozmyślałam wtedy w pociągu, waliza z półki naprzeciw spadła na głowę owej baby, która zajęła moje miejsce. Podniósł się krzyk i owa babina długo siedziała ze zdziwionymi oczami trzymając się oburącz za głowę. Nie współczułam jej.
Wiem, nieładnie tak myśleć. Każdy moralista by tu westchnął, że nie wolno myśleć tak przyziemnymi kategoriami, że za zło, trzeba odpłacać dobrem, że o bliźnich... Oczywiście, tylko w tej chwili nie chciało mi się dalej rozpamiętywać dawne lata. Zaczął mnie morzyć sen. Gardło przestało boleć. Zasypiając, pomyślałam sennie, że taka opowieść może być niemoralna, bo spełnia przynajmniej jeden warunek wymagany od dobrego tekstu literackiego: kończy się bez słodyczy happy endu. A moraliści niech się lepiej cieszą, że nie wyrosło ze mnie coś takiego, co pisze anonimy, donosi, albo lata z nożem i zaczaja się w mroku za rogiem na porządnych obywateli. Zasnęłam zadowolona, choć niezupełnie.

Po przebudzeniu usłyszałam w radio wywiad z Anną Dymną o – dzieciach specjalnej troski, którymi ona z wielkim przejęciem się opiekuje. Jest nadal sławną, utalentowaną aktorką, a znajduje czas i siły, by tym dzieciom ulżyć nieco w ich niedoli. Buduje im dom. Organizuje koncerty, gdzie te dzieciaki śpiewają i cieszą się razem z publicznością. Postać pani Anny zawsze urzeka mnie mądrością wypowiedzi. Nawet to mnie w niej ujmuje, że po dziecku przytyła, a ja podobnie.
Zawstydziłam się teraz rano mojej nocnej, złej, mściwej, puenty. Zaczęłam sobie na gwałt przypominać, co ja dobrego zrobiłam dla innych. Zaliczyć by można tylko te poczynania, za które przyszło drogo zapłacić. Czy warto wspominać, że narażałam się szefom, kiedy wbrew wytycznym GUS-u, poświęcałam ludziom więcej czasu i przez to miałam mniejszy „przerób” – mniej przyjętych osób. Ci ludzie potrzebowali dłuższej rozmowy ze mną. Czasem się narażałam w obronie telefonistek, to osób studiujących wieczorowo. I pana, co stracił w wypadku rękę aż do ramienia. E, to tylko moje nieprzystosowanie do innych, takie chodzenie własnymi ścieżkami pod prąd. Naraziłam się też nauczycielkom pewnej szkoły, że zachęcam uczniów do wyboru liceum, zamiast jak dotąd pchać wszystkich do zawodówki, bo powinni szybko zdobyć zawód i zarabiać. Podobno niepotrzebnie rozbudzałam ich aspiracje, podsuwałam za trudną lekturę. A pani Bronia od Wf-u narzuciła, że używam wobec uczniów zbyt uczonego, trudnego języka, jakiego nie rozumieją. Nie rozumiała chyba tylko ona, bo ci chłopcy poszli jednak do LO i pewnie dalej. A jeden z nich na koniec roku przyniósł mi kwiaty. Tak sam z siebie, bezinteresownie, gdy nauczycielom wręczali je, bo wypada. Ja nie dawałam stopni, byłam tam trochę osobna, a jednak...
Ale to wszystko nic wielkiego. Nikogo nie wyrwałam nigdy z paszczy lawa. Ani spod pędzącego pociągu.
Może bardziej mogłaby mnie zapamiętać pewna wdowa. Odkąd pogotowie zabrało jej męża do szpitala, przez pół roku przychodziła do mnie po pocieszenie. Od początku przeczuwałam, co znaczy ostry ból głowy z chluszczącymi wymiotami. Ona jeszcze nie. Płakała, to śmiała się przez łzy, taka nadmiernie rozemocjonowana i rozpieszczona przez życie. Należało ją pocieszać i powoli przygotowywać na wszystko... Przychodziła niemal każdego dnia. Jeszcze nie wiedziała. Płakała i zaraz wpadała w nastrój przeciwny: śmiała się szpiczasto, co brzmiało złowieszczo. Potem ona dostała dłuższy urlop, a ja zmieniłam pracę. Chyba jednak ona mnie nie pamięta. I dobrze. Powinna wyrzucić z pamięci wszystko to, co łączyło się z tym okresem życia. Nie potrafiłam jej pocieszyć jak Chaplin, albo Sempoliński grający Chaplina, który poruszył zabawnie wąsikiem i zaraz pani w czerni na widowni blado się uśmiechnęła. Niewiele mam jednak zasług...Oj, niewiele! A jak to się kończyło w "Opowieści Wigilijnej" Dickensa?
I tu powinna nastąpić druga puenta. Taka lepsza, szlachetniejsza. Ale jakoś nie mogę jej wymyślić. A za niespełna dwa tygodnie Boże Narodzenie. Dorzucę więc od siebie tylko tę garść refleksji nie do końca spuentowanych z życzeniami dla wszystkich z PP: WESOŁYCH ŚWIĄT.
Krystyna Habrat. Sobota 12.12.2009r
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Krystyna Habrat · dnia 15.12.2009 09:06 · Czytań: 1095 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 5
Komentarze
Elwira dnia 15.12.2009 16:08
Czyta się, jak zwykle u Ciebie bardzo dobrze, a co najważniejsze - tekst pobudza do zastanowienia nad sobą, własnymi dokonaniami bądź ich brakiem. Co mi przeszkadzało - nadużywasz zaimków (ja, mnie, mój, mi), warto część wyrzucić. Dobra, już się nie czepiam, bo tekst powstał po coś innego.

Tobie również wesołych świąt, dużo ciepła, radości i wielu chwil wartych wspomnienia.

Pozdrawiam i zostawiam bez oceny, bo takich tekstów się nie ocenia.
Miladora dnia 16.12.2009 01:41
Kochana Sokoliczko, przeczytałam z zainteresowaniem i zrozumieniem i czułam się tak, jakbyś mi to opowiadała osobiście, a nie poprzez te czarne znaczki druku.
Znam takie chwile, gdy przypominają się różne sceny z przeszłości i zastanawiałam się, czy kiedykolwiek minęłyśmy się na Plantach.
Tam, gdzie się wychowałam, ludzie na mojej ulicy także znali się i uśmiechali do siebie... jakże bliskie odczucie.
Ale teraz się czepnę, żeby nie popaść w zbytnie roztkliwienie... ;)
Masz trochę błędów - przecinki brakujące, jakaś jedna czy dwie literówki, parę niezbyt właściwie zastosowanych słów.
Na przykład - "zaraz śmiała się szpiczasto." ???
Pewnie sama je wyłowisz po małym przyglądnięciu się.
Podobała mi się Twoja opowieść. Taka zwykła, ludzka gawęda o zwyczajnych sprawach, potrzebie uśmiechu i życzliwości na co dzień.
Dobra jest, Sokol, jak długo myślimy, jesteśmy do przodu... :D
Trzymaj się, Dziewczyno ze Skrzydłami... ;)
Też nie daję oceny - to dobry pomysł, bo ten tekst nie został napisany w tym celu, ale masz buźki, uśmiechy i życzenia... :D
Krystyna Habrat dnia 17.12.2009 14:28
Dziękuję bardzo, ale język polski tak bardzo ogranicza moją fantazję, bo nie pozwala stawiać przecinków, gdzie ja mam ochotę. Nawet Stanisława Przybyszewska wykłócała się o to z redaktorami. Mnie wypada być skromniejszą, więc niech ta moja "fantazja przecinkowa" oraz kostropaty styl, będą wyznaniem moich grzechów do tej Opowieści Wigilijnej.
U nas Wigilia ma nieco inną treść niż u Dickensa i smętne rozdrapywanie sumienia pasuje bardziej na czas wcześniejszy zwany Adwentem. No, nie będę tu robić kazań. Nie zdradzę też ile jest w mojej bohaterce ze mnie. Chociaż zawsze, jak mawiał Flaubert: "Emma Bovary to ja". Żałuję najbardziej, że nie udaje mi się przemycić do literatury mojego kostropatego stylu i wciąż muszę go wygładzać. A on jest niczym rzeźba ludowa z drewna, gdzie tu krzywo, bo tak biegły słoje, tu sęk sterczy, tam drzazga. Ale to wyraz mojej ekspresji. Dodam jeszcze, że wywiad z Anną Dymną był w sobotę, 12 grudnia rano a ten tekst znalazł się w Poczekalni PP już po południu. Tempo jak na mnie zawrotne!
Jeszcze o "esprit d'escalier". To nie jest popisywanie się moją słabą francuszczyzną, ale pewien -pasujący tu - krakowski smaczek, gdzie wypada ten język znać. Termin ten występuje na pierwszych stronach "Ludzi bezdomnych" Żeromskiego.
Kochana Elwiro i Miladoro, dziękuję Wam za słuszne komentarze i przyjmijcie moje usprawiedliwienia z humorem. Może się jeszcze poprawię. Postaram się. Zaimki, szczególnie te z natury "egotyczne", będę tępić. Zaraz będę tekst wygładzać, wprowadzając niestety nowe ślady dłuta.:uhoh:
Z najlepszymi życzeniami dla Wszystkich czytających. KH.:)
Usunięty dnia 22.12.2009 14:39 Ocena: Bardzo dobre
Jeśli analizować nie całość, lecz siłę uderzenia w klawisze fortepianu, to co napisałaś, daje wydźwięk.
Z błędami czy bez, utwór tworzy wyjątkową kompozycję ze spostrzeżeń i uczuć.
Dla mnie, to bardzo dobra literacka ikebana.
Krystyna Habrat dnia 30.12.2009 23:17
Dziękuję bardzo. Dopiero wróciłam ze świątecznego wypoczynku.
Życzę wszystkim dużo szczęścia i sukcesów literackich w Nowym Roku.:)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
RafalSulikovski
23/08/2019 11:34
:-) Dzięki! Ja dopiero jestem stale "zapowiadającym… »
MP642
23/08/2019 11:22
Jeżeli by rok '68 rozumieć wąsko, to faktycznie za… »
JOLA S.
23/08/2019 10:21
Darconie, mów dalej, proszę :) Czytanie książek to… »
Darcon
23/08/2019 07:14
Cóż, bardzo mi się podobało. Piszę cóż, gdyż po dłuższej… »
Darcon
23/08/2019 06:57
Zastanawiałem się, gdzie zabrniesz z pomysłem typowej traumy… »
Darcon
23/08/2019 06:51
Bardzo dobry finał, właśnie on broni to krótkie opowiadanie.… »
Thomas Zevski
23/08/2019 06:39
Dziekuje bardzo za pomoc z bledami. To byl zawsze moj… »
Dobra Cobra
23/08/2019 06:08
Z zainteresowaniem przeczytałam ów szkic o jakże szalenie… »
al-szamanka
22/08/2019 22:45
Tu nieco za bardzo nachodzi, Wodniczko. A poza tym… »
wodniczka
22/08/2019 17:54
Kamyczku Jaki piękny komentarz. Odczytał zaczytałam się.… »
wodniczka
22/08/2019 17:47
Kushi Piękny komentarz napisałaś. Piękniejszy od tej mojej… »
wodniczka
22/08/2019 17:41
Kushi Zawsze bardzo miło Cię gościć. Cała przyjemność jest… »
Kazjuno
22/08/2019 15:24
RafaleSulikovski SF nie jest moim ulubionym gatunkiem, ale… »
JOLA S.
22/08/2019 14:35
Ładne, prawdziwe.:) Istnieją słowa, które żyją podwójnym… »
Kushi
22/08/2019 13:48
Ach moja ukochana Poetko... czasem wydaje mi się, że czytasz… »
ShoutBox
  • JOLA S.
  • 23/08/2019 12:22
  • Powodem waśni był smok. Na początku nikt z jadących portalem nie wierzył. „Bo mało to bajek po świecie pędzi” Poczytajcie, Panowie, zdolnego Skuula i basta, bo życie ucieka na bzdurkach.:)
  • Kazjuno
  • 23/08/2019 07:11
  • Coś cię najwyraźniej uwiera, geniuszu, łaszący się do portalowym władz. Tak trudno ci zakończyć insektowo robaczaną połajankę?
  • Decand
  • 22/08/2019 23:25
  • "Ponoć" słowem klucz. Wszyscy czekamy więc i Ty bądź grzeczym i zaczekaj. Świat naprawdę poczeka na Twoje arcydzieła chrabąszczyku
  • Kazjuno
  • 22/08/2019 21:08
  • Ponoć czas oczekiwania to tydzień, kolego robaku. Czekam już dwa.
  • Decand
  • 22/08/2019 20:41
  • Niektórym robaczkom widać spieszy się za bardzo. A chyba powinno spieszyć się powoli, chyba tak to szło. Na pewno wszyscy wytrzymamy jeszcze na tekst jakiegokolwiek żuczka, ba!, nawet i misia
  • Kazjuno
  • 22/08/2019 18:51
  • Oj, chyba urocza red. Vanilivi z przepracowania - wszak jako jedyna jest przytłoczona nawałą prozy - przeoczyła mnie, skromnego żuczka. Ale przepraszam, może namolnie ponaglam? Pozdrawiam...
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
Ostatnio widziani
Gości online:16
Najnowszy:9charlottec9422tp6
Wspierają nas