Walka - Elatha
A A A
Tego dnia słońce chciało udowodnić, że lipiec nareszcie będzie inny niż we wcześniejszych latach. Panował nieznośny upał, który potęgował tylko wszechobecny niepokój. Ludzie mieli jak najgorsze przypuszczenia, co do ich dalszego losu. Nie wiedzieli tylko, kiedy to nastąpi.
Wszystko zaczęło się kilkadziesiąt lat temu, gdy zniesiono granice na Wielkim Kontynencie. Ta decyzja miała dobre strony, jednak ostatnie lata obfitowały w wiele wydarzeń. Nieistniejące granice przekraczała nie tylko ludność cywilna, ale również oddziały wojskowe tworzące formalne armie, a także pozbawione nadzoru grupy najemników. Te ostatnie budziły największy strach cywili, ponieważ jeden, wielki, wspólny rząd nie przyznawał się do nich. Byli bezkarni i stanowili ogromny problem, z którym nikt sobie nie radził. Bothan stał się kolejną, odległą prowincją, która po kilkudziesięciu latach kontynentalnej polityki zapragnęła znowu odzyskać autonomię. Domagających się tego mieszkańców uznano za buntowników, mimo, iż ustalenia sprzed lat dawały szansę niezależności każdemu z byłych krajów, który wchodził w skład Sojuszu Kontynentalnego. Teraz pozostało im tylko czekać na decyzję Wielkiej Rady...

Kobieta wyglądała przez okno w sypialni, które wychodziło na tyły zadbanego ogrodu. Słońce oślepiało ją, ale zdołała dostrzec sylwetkę swojego męża Lonana, ich przyjaciela Merritta i jego znajomej Dei. Stali w cieniu wielkiego orzecha i żywo dyskutowali. Wszyscy byli zaangażowani w przywrócenie autonomii prowincji. Mieli wielu sojuszników i ogromne poparcie ludzi zamieszkujących Bothan. Wrogowie jednak byli tuż obok. Czekali na ich decyzje gotowi błyskawicznie zareagować. Co z tego, że istniało prawo przywracające wolność i odrębność połączonych państw, skoro go nie przestrzegano? Bothanie byli nieugięci i mieli pewność, że podołają podjętemu wyzwaniu. Ich dziadkowie radzili sobie wcześniej ze swoim małym państwem, z którego byli dumni, więc oni również mieli w sobie tę wiarę. Wieki temu ich przodkowie stoczyli krwawe walki o wolność kraju. Wnukom ją odebrano i stali się prowincją. Potem kazano im ciężko pracować dla wiecznej chwały Wielkiej Rady. Bothan bowiem okazał się być zbyt cenny, żeby można było tak łatwo pozwolić mu na odrębność. A wszystko przez to, że na jego terenach znajdowały się bogate złoża czarnych diamentów. Polityka nigdy nie stoi za człowiekiem, zawsze jest przed nim. Bothanie wiedzieli o tym, aż za dobrze.

- Cario, zejdź do nas za chwilę – Lonan posłał żonie ciepły uśmiech i szybko zniknął za drzwiami. – Tylko zabierz coś ciepłego!
Kobieta wyciągnęła z szafy wełniany szal w malinowym kolorze i zarzuciła go na letnią sukienkę. Zeszła schodami do piwnicy, w której trzymali wino. Tam też spotykali się na tajnych naradach.
- Wróciłem właśnie ze spotkania z lokalnymi władzami, które nas popierają – zaczął spokojnie Merritt, choć w jego głosie czaił się smutek i niepokój. – Nie mam jednak dla was dobrych wieści, przyjaciele. Rada kategorycznie odmawia nam prawa do autonomii, powołując się na jakieś nieistniejące poprawki w Kontynentalnej Konstytucji. Sprawdziliśmy to dokładnie – mylą się.
- Możemy się przecież odwołać – Dea poprawiła swoje kruczoczarne włosy. – Już nie raz to robiliśmy.
- Nie tym razem, Deo – Lonan westchnął ciężko. – Doszły nas słuchy, że jeśli nie zaprzestaniemy działań to Wielka Rada podejmie poważne decyzje, które przywrócą spokój prowincji.
- Jakie decyzje? – zapytała Caria, choć właściwie znała odpowiedź.
- Militarne – mężczyzna z niepokojem przypatrywał się ukochanej. – Wiemy to z pewnego źródła.
- Pewnie tylko chcą nas postraszyć! – Dea roześmiała się głośno. – Nie mogą nas zaatakować! To wbrew Kontynentalnej Konstytucji!
- Utrudnianie odzyskania niepodległości również jest wbrew temu, co tam zapisano, a jednak tak się dzieje – Caria posłała jej pełne wyrzutu spojrzenie. Nie lubila tej zbyt pewnej siebie kobiety. – Sytuacja staje się coraz poważniejsza. Jeśli inne prowincje głośno nas nie poprą nie mamy szans!
- Chcecie podjąć otwartą walkę? – Dea nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. – Nie wygramy z nimi!
- Nikt nie powiedział, że odzyskanie suwerenności jest łatwe – skwitował Lonan, nasłuchując uważnie. Potem wyjął metalową tubę na dokumenty ze skrytki, którą zrobił pod stojakiem na wino. – Tutaj są dane naszych sojuszników. Skorzystamy z ich pomocy dopiero w ostateczności. Ich nazwiska poznacie dopiero po dzisiejszej naradzie.
- Słyszycie? – Caria zaniepokoiła się ujadaniem psów. – Trzeba to sprawdzić.
- Kochanie, zostań i pilnuj list! – mężczyzna podał jej tubę. – Jeśli coś będzie nie tak wiesz, co należy zrobić. Wy chodźcie ze mną.
Szybko opuścili piwnicę. Caria domknęła pokrywę, gdy nagle usłyszała hałas na schodach. Lonan wpadł zdyszany do środka. W jego oczach pojawił się strach.
- Najemnicy! Spal listy i wyjdź na zewnątrz. Zatrzymamy ich przez chwilę. – mężczyzna zadrżał, gdy całował żonę. – Biegnij!
Caria pobiegła do salonu, gdzie znajdował się kominek. Wrzuciła listy do paleniska i drżącymi dłońmi zapalała przygotowane wcześniej zapałki. Dokumenty spłonęły w oka mgnieniu dzięki wcześniejszemu nasączeniu papieru specjalnym środkiem. Pustą tubę rzuciła na fotel i przykryła szalem. Dłonie wytarła w sukienkę i wyszła do ogrodu. Jej twarz wyrażała spokój. Doskonale maskowała emocje.
- No proszę, jeszcze ktoś nas odwiedził – surowy głos dobiegający z prawej strony natychmiast kazał jej się odwrócić. Musiała jednak osłonić oczy przed słońcem, by zobaczyć rozmówcę. – Witaj, Cario.
- Kim pan jest? – zapytała, udając jak największą obojętność na widok mężczyzny, który należał do jej przeszłości. Szukała wzrokiem męża. Dostrzegła go pod drzewem razem z Merrittem i Deą. Otaczała ich grupa uzbrojonych i ubranych na czarno mężczyzn. – Kim są ci ludzie? Weszliście na prywatny teren.
- Tyle pytań naraz – zaśmiał się. - A od zadawania pytań jestem tutaj ja. Zapamiętaj to sobie. Teraz moja kolej. Jestem Rafer, – podszedł bliżej do niej i spojrzał głęboko w oczy – a wy jesteście buntownikami i na dodatek zostaliście zdradzeni...
- To nieprawda! – Dea spojrzała na niego hardo. – Nie jesteśmy buntownikami! Nie macie prawa!
- Przestań! – szepnął do niej Lonan pojmując wszystko w jednej chwili. – Nic już nie mów...
Rafer posłał jej pełne pogardy spojrzenie, które wszyscy dostrzegli. Podszedł bliżej i strzelił. Dziewczyna upadła. Nie żyła. Caria była w takim szoku, że przez chwilę nie mogła oddychać. Lonan i Merritt patrzyli na powiększającą się kałużę krwi, która powoli rozlewała się w stronę ich stóp. Nawet nie drgnęli.
- Nie znoszę zdrajców – powiedział to spokojnie odwracając się tyłem do martwej dziewczyny. – To był wasz bardzo słaby punkt. A teraz przejdźmy do konkretów. Blane?
Dopiero teraz zorientowali się, że z najemnikami jest ktoś jeszcze. Mężczyzna skrył się w cieniu wierzby i obserwował ich od samego początku. Powoli podszedł do dowódcy i spokojnie oczekiwał na rozkazy. Blane dorównywał Raferowi wzrostem. Jedyne, co ich różniło, to oczy. Caria wiedziała, że ten tajemniczy mężczyzna jest zawodowym zabójcą. Wzbudzał w niej ogromny strach, nad którym z trudem panowała.
- Może od ciebie się czegoś dowiem – dowódca posłał mu uśmiech pełen jawnej niechęci.
- Jak sobie życzysz – chwycił dziewczynę za nadgarstki, przyciągnął do swojej twarzy, a potem powąchał. – To ona spaliła dokumenty. Nie mam żadnych wątpliwości.
Lonan miał ochotę rzucić się na mężczyznę i rozszarpać go na strzępy, widząc jak brutalnie zachowuje się w stosunku do Carii. Powstrzymał go Merritt i błagalne spojrzenie żony. Musiał posłuchać, ale pragnął, żeby to na nim skupił uwagę ten najemnik, a nie na jego ukochanej. Był pewien, że następnym razem nikt i nic go nie powstrzyma.
- Zabierzcie ją! – Rafer przywołał do siebie dwóch żołnierzy, którzy błyskawicznie otoczyli Carię i kazali jej iść w stronę zaparkowanego przed domem samochodu. – A ty, pilnuj jej dopóki nie przyjdę – zwrócił się do Blane’a, który odchodził, nie zaszczycając nawet spojrzeniem dowódcy.
Lonan próbował się wyszarpać z mocnego uścisku Merritta, ale nie miał szans. W końcu opadł na kolana. Czuł się bezsilny.
- Posłuchajcie mnie uważnie – warknął cicho Rafer, gdy wszyscy odeszli. – Nie skrzywdzę jej, ale macie czas do jutra, do południa, by wycofać się z waszych planów odzyskania autonomii. Zaczekacie z działaniami...
- Ale... – Merritt spojrzał w zimne oczy mężczyzny i zrozumiał, że to nie żarty.
- Zapłacę! – Lonan podniósł się z trudem i spojrzał na Rafera. – Oddam wszystko, co mam, tylko ją wypuść!
- Zastanowię się nad tym – odparł tamten. - Macie czas do jutra. Blane tylko czeka, żeby zająć się twoją uroczą żoną.
- Jeśli coś jej się stanie nie daruję wam, choćbym miał zginąć! – wysyczał złowrogo Lonan. – Zapamiętaj moje słowa.
- Przekażę mu...

Carię odprowadzały przerażone spojrzenia sąsiadów, znajomych i całkiem obcych jej ludzi, do których błyskawicznie dotarła wiadomość o pojmaniu jednej z aktywnie działających na rzecz odzyskania niepodległości. Ich spojrzenia wyrażały mnóstwo emocji. Jedni patrzyli na nią jak na bohaterkę, od innych biła pogarda. Jednak większość była zrozpaczona i gotowa zrezygnować z autonomii. Kobieta szła spokojnie. Nie chciała, żeby ci ludzie stracili przez nią nadzieję. Wtedy wszystko poszłoby na marne. Wystarczyło, że ją samą przepełniało przerażenie, gdy tylko spojrzała na potężne plecy Blane’a. Wiedziała, że jest śmiertelnie niebezpieczny, a w konfrontacji z nim nie miała żadnych szans.
Od dawna zastanawiała się, kto kupił ogromny kompleks parkowy z wybudowanym pośrodku dworkiem. Gdy przejechali przez strzeżoną bramę znała już odpowiedź. To właśnie tu przywieźli ją najemnicy. Pamiętała to miejsce z dzieciństwa. Wokół nic się nie zmieniło. Zachowano całą zieleń, która dodawała temu miejscu niezwykłego uroku. Z jednym małym wyjątkiem - brakowało zwiedzających - rodzin z dziećmi, zakochanych par, dziadków z wnukami i samotnych spacerowiczów. Na ich miejscu pojawili się ubrani na czarno mężczyźni o surowych twarzach, obwieszeni bronią. Towarzyszyły im nad podziw spokojne psy.
- Blane, zaprowadź ją do jednego z pokoi na tyłach domu – rozkazał dowódca, nie spoglądając nawet na Carię. – I nie waż się dotknąć jej przede mną – rzucił ostro.
Najemnik skuł kobiecie ręce, nie wykazując przy tym ani cienia delikatności. Poszedł przodem, a za nim Caria i jeszcze dwóch żołnierzy. Szybko przebyli pachnące przeszłością korytarze, w których dominował teraz mocny zapach mężczyzn.
W pokoju było jasno, pusto, ale czysto. Jedyną jego ozdobą był nieczynny teraz kominek. Promienie słońca wpadające przez dwa okna dodawały temu miejscu odrobiny ciepła.
Caria nieruchomo stała na środku, wpatrując się w mężczyznę o spojrzeniu tak złym, że aż odbierało jej oddech. Nie mogła pojąć jak można mieć tak mroczne oczy? Kiedy Blane zaczął krążyć wokół, zastygła bez ruchu. Bała się sprowokować go do jakiegokolwiek działania. Nie wiedziała, kiedy znalazł się tuż przed nią. Czuła jego zmysłowy zapach. Nagle lewą ręką chwycił ją w pasie i zdecydowanym ruchem przyciągnął do siebie. Prawą dłonią dotknął policzka.
- Jesteś przerażona, Cario – powiedział cichym, wibrującym głosem. – Czego się boisz? Chyba nie mnie?
Nie doczekawszy się odpowiedzi jeszcze mocniej przycisnął ją do swego ciała. Teraz mogła wyczuć miarowe bicie jego serca. Skute ręce boleśnie dały o sobie znać.
- Boję się... – szepnęła próbując utrzymać równowagę. Wiedziała, że Blane trzyma ją pewnie i nie wypuści. Chyba, że zechce. – Sprawiasz mi ból...
- Ból? – zaśmiał się cicho. – Ty nie wiesz jeszcze co to ból, moja droga buntowniczko. Pokażę ci dopiero jego prawdziwe oblicze!
- Nie wątpię – niespodziewanie dla siebie samej warknęła ostro, choć wiedziała, że igra właśnie ze śmiertelnie niebezpiecznym przeciwnikiem. – Ale może zaczekasz na swoją kolej?
Spojrzał na nią z cynicznym uśmiechem na ustach. Caria dostrzegła jeszcze szybko gasnącą iskierkę furii. Trafiła w jego czuły punkt.
- Rafer zabawi się z tobą ostro – powoli ją puszczał. – Ostro, ale skutecznie. Ja będę delikatny.
- Naprawdę?! – zaśmiała się szczerze rozbawiona. Nie wierzyła mu. – Ale jeśli tak będzie, to wolę towarzystwo Rafera!
Mężczyzna zmarszczył leciutko brwi, a potem uśmiechnął się szeroko, ukazując białe, równe zęby. Caria była buntowniczką z poczuciem humoru, ale zdawała sobie sprawę z położenia. Teraz próbowała odwlec nieuniknione. Podobała mu się.
- Czyżbyś była tak ostra jak twoje słowa? – podszedł bliżej. – Twój mąż to szczęściarz.
- Rozkuj mnie, a pokażę ci jak ostra jestem – rzuciła szyderczo. – Chyba, że się boisz...
Zaśmiał się złowrogo. Już nie miał ochoty być dla niej miły.
- Stań pod ścianą – rozkazał.
- Chcesz mnie zastrzelić? – uśmiechnęła się. Miała pewność, że tego akurat nie zrobi. – Szkoda białych ścian.
- Nie, nie zastrzelę cię – powiedział spokojnie. – Nigdy nie miałem zamiaru tak z tobą postąpić. Zrobisz, co każę, czy mam cię sam pod nią postawić?
- Jeśli chcesz... – zabrakło jej tchu, gdy Blane nagle pchnął ją w kierunku najbliższej ściany i przycisnął do niej swoim ciałem.
- Wolisz tak, Cario? – naparł mocniej na nią, aż krzyknęła z bólu. – A może chcesz czegoś specjalnego?!
- O tak! – wydyszała próbując znaleźć jak najmniej bolesną pozycję. – Mam nadzieję, że Rafer będzie bardziej męski...
Blane chwycił ją za ramię i popchnął na środek pokoju. Caria upadła na lewy bok i boleśnie otarła nadgarstki. Na szczęście nic sobie nie złamała. Nie zdążyła nawet wstać, gdy mężczyzna błyskawicznie znalazł się przy niej i podniósł bez żadnego wysiłku. Była dużo niższa od niego i musiała unieść głowę, by spojrzeć w jego pozbawioną współczucia twarz.
- Rozkuję cię, słodka Cario, ale najpierw dokładnie przeszukam! –odwrócił ją tyłem do siebie. – Jesteś jak półdzika kotka. Niby obcujesz z ludźmi, ale tak naprawdę wolisz ich zdominować, niż im się poddać.
Pochylił się i zaczął sunąć palcami po nagich ramionach, a potem chwycił ją w talii i mocniej naparł na smukłe ciało. Jego ręce gładziły teraz szyję, dekolt, piersi i schodziły niżej. Caria wstrzymała oddech, gdy silna dłoń spoczęła na jej brzuchu i delikatnie go pieściła.
- Przestań! – krzyknęła, gdy poczuła jak podciąga do góry jej zwiewną sukienkę. – Zostaw mnie!
- Milcz! – dłonie gładziły teraz nagie ciało kobiety. – Obiecałem ci delikatność!
- Wolę Rafera! – krzyknęła ostatkiem sił.
- Do usług – zimny głos dotarł do ich uszu jak lodowa strzała i zmroził oboje. – Blane, ja dokończę.
- Zostaw coś dla mnie – warknął tamten, wychodząc posłusznie, choć tak naprawdę miał ochotę skoczyć dowódcy do gardła i rozszarpać je.
Rafer nic więcej nie mówiąc pociągnął za sobą Carię do piwnicy, gdzie nikt im nie mógł przeszkodzić. Nie zważał na jęki kobiety, która próbowała zachować równowagę na śliskich schodach. Mijani najemnicy nie zwracali na nią żadnej uwagi, za to dowódcy salutowali z szacunkiem. Zaraz też wychodzili z podziemi, wiedząc, że ich szef nie lubi, gdy mu się przeszkadza. Kiedy dotarli na miejsce, Rafer wepchnął ją do środka. Sam wszedł dopiero wtedy, gdy upewnił się, że nikogo nie ma w pobliżu. Starannie zaryglował drzwi i zapalił światło.
Kobieta była zdumiona, gdy bliżej przyjrzała się wnętrzu. Pokój nie był duży, ale panował w nim porządek i pachniało czystością. W rogu stało spore łóżko, obok podniszczona komoda, na środku mały stół i dwa krzesła. Po prawej stronie znajdowały się zamknięte drzwi. Było tu cicho i całkiem ciepło.
- Jestem do twoich usług, skoro wolisz mnie od Blane’a – odezwał się w końcu swobodnie. – Dlaczego wolisz mnie od niego? Obiecał być delikatny.
- Kłamał i dobrze o tym wiesz – szepnęła cicho. – Ty może i jesteś zły, ale znam cię. Jeśli tego właśnie chcesz, to zrób to... Zawsze chciałeś...
- Czego chciałem? – zapytał podchodząc bliżej.
- Mnie – zadrżała, gdy dotknął jej ramienia i zsunął dłoń niżej. – Tylko błagam cię, nie oddawaj mnie temu potworowi!
Objął ją mocno i zdjął kajdanki. Potem przeniósł na łóżko i długo tulił. Masował nadgarstki i ocierał łzy sunące po policzkach. Gdy już uspokoiła się na tyle, by zostać sama zniknął za tajemniczymi drzwiami i wrócił ze szklanką wody.
- Wypij to, proszę – przysiadł obok i delikatnie gładził jej łydkę. – Może jesteś głodna?
- Nie, dziękuję – spojrzała w jego oczy, które teraz patrzyły zupełnie inaczej, niż kilka chwil wcześniej. Nie było już gniewu i okrucieństwa. Ich miejsce zajęły troska i czułość. – Proszę, obiecaj mi...
- Nie bój się, Cario – pocałował ją delikatnie w usta. – Blane już nigdy cię nie dotknie. Ja również...
- Ale sam mówiłeś, że...
- Tylko, jeśli sama zechcesz, moja droga – powiedział, uśmiechając się figlarnie. – Masz jednak męża. Jest dla ciebie dobry?
- Tak – szepnęła, trzymając jego dłoń w swoich. – Dlaczego mi pomogłeś?
- Spłacam swój dług, pamiętasz? Kiedy byliśmy w szkole średniej uratowałaś mi życie. Nie zdołałem ci się odwdzięczyć, aż do teraz.
- Każdy na moim miejscu zrobiłby to samo – przypomniała sobie wydarzenia sprzed kilku lat. – Tyle czasu się nie widzieliśmy. A teraz jesteś najemnikiem. Stoimy po przeciwnych stronach...
- Czyżby? – posłał jej uważne spojrzenie. – Owszem, jestem najemnikiem, ale cały mój oddział chce wam pomóc.
- Cały?! – kobieta nie dowierzała tym słowom. – A Blane?
- I tu pojawia się pewien problem – westchnął ciężko. – Blane jest synem jednego z wysoko postawionych urzędników przy Wielkiej Radzie. Jego ojciec blokuje wasze dokumenty i to on nas tu przysłał.
- Musisz nas zabić?
- Tak, a potem przywrócić spokój w tej prowincji. Tylko, że ja tego nie zrobię.
- Jak to? – zdumiała się.
- Nie mam ochoty pozbywać się was, a już najbardziej ciebie – uśmiechnął się przyjaźnie. – Pomogę wam i wreszcie Bothan odzyska niepodległość.
- Zapomniałeś o ty potworze?!
- Jakoś tak wyszło. Zresztą Blane już nie żyje.
- Co?!
- Został zabity przez niezrównoważoną psychicznie kobietę, która potem skoczyła z mostu do rzeki. Jej ciała nie odnaleziono. Świadkowie już składają zeznania.
- Co ty mówisz?! – szepnęła przerażona. – Niemożliwe, by ktoś go pokonał! Jacy świadkowie?!
- Cario, Blane nie żyje - pogładził jej ramię. - Lepiej, żebyś nie znała szczegółów. Jego ojciec już tu jedzie, by zidentyfikować ciało syna. W tym czasie wasz projekt dotyczący odzyskania niepodległości zostanie zatwierdzony przez Wielką Radę.
- Tak po prostu?
- Tak. Rada ma już dość skarg, które masowo otrzymuje ze wszystkich prowincji – oparł się o ścianę. – Wieczne pretensje niezadowolonych obywateli, którym obrzydł już Sojusz Kontynentalny pozbawiły ich cierpliwości. Wolą wrócić do dawnych rządów. Granice nadal pozostaną wspólne, waluta także. Nie znam wszystkich szczegółów, ale wiem, że znowu jest szansa na odzyskanie pokoju i suwerenności.
- Dlaczego temu człowiekowi tak zależało na tym, żebyśmy nadal pozostali prowincją?
- Czarne diamenty. Ojciec Brana miał udziały w tutejszych kopalniach i czerpał z tego zyski. Chciał je przejąć na własność, ale zarząd się nie zgodził. Wprawdzie nadal będzie czerpał korzyści z udziałów nawet, gdy odzyskamy niepodległość, ale nie zostanie właścicielem – wyjaśnił.
- Teraz wszystko rozumiem.
- Na pewno czeka nas jakaś potyczka z jego oddziałem najemników, ale jesteśmy przygotowani.
- Dlaczego to robisz? – zapytała.
- To jest mój świat, mój kraj. Zresztą chciałem wam pomóc, bo nikt inny nie był chętny – odparł spokojnie.
- Wierzysz, że nam się uda?
- Oczywiście. Skoro nasi dziadkowie i pradziadkowie radzili sobie z rządzeniem, to nam też się powiedzie – objął ją delikatnie. – Przyszłość tego kraju leży w naszych rękach. Pytanie tylko, czy staniesz u mego boku?
- Nie przy tobie, ale bardzo blisko ciebie, Raferze - Caria pocałowała go czule i pogładziła po policzku. – Teraz to ja jestem twoją dłużniczką.
- Teraz jesteśmy kwita – odparł łagodnie.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Elatha · dnia 25.09.2011 09:48 · Czytań: 707 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 7
Komentarze
Usunięty dnia 26.09.2011 00:27
Bardzo nierówny tekst w warstwie fabularnej. Początek i środek zaciekawił, prowadził w kierunku oczekiwanym, przez niezłomnego bohatera - co jest jak najbardziej w porządku, w końcu takich potrzeba :yes: i, sentymentalny finał -:(. Być może, a nawet z pewnością, w dłuższej formie tak poprowadzona historia byłaby lepsza, tutaj jak dla mnie zbyt łzawo - niemal jak happy end w stylu holywood. A w sumie szkoda, bo skojarzenia jak najbardziej na czasie, politcznie realnie, militarnie, aż strach pomyśleć, że takie są fakty. Może rozwiń to bardziej, chętnie przeczytam :yes:.

Pozdrawiam
B)
Elatha dnia 26.09.2011 09:13
Amso, dziękuję bardzo za komentarz :). Nie nazwałabym końcówki sentymentalną. Caria nie wybrała jednoznacznie Rafera. Jej postępowanie jest złożone, ma przecież męża. To krótkie opowiadanie i nie nastawiałam się na jego rozbudowę. Ale kto wie ;).

Pozdrawiam serdecznie :).
Usunięty dnia 26.09.2011 09:50
-:) Pozostanę przy swoim zdaniu, bo nie chodziło mi kogo wybrała, tylko stylistykę zapisu tegoż wybrania :smilewinkgrin:. Ale wszelki odbiór jest subiektywny, więc być może tylko ja to tak postrzegam. Pozdrawiam
B)
r4demenes dnia 28.09.2011 00:44
A ja mam lekko mieszane uczucia.
Czepiam się:
Na początku od razu rys historyczny. Podajesz nam wszystko jak na tacy, ładnie poukładane w równiutkich rzędach. W połowie chciałem przeskoczyć dalej, ale się powstrzymałem.
Czemu nie dawkować tego w mniejszych porcjach? Trochę ogólnych informacji na początek, w końcu dobrze jest umiejscowić fabułę. Później choćby ta prośba Lonana o zejście na dół, gdzie się spotykali na tajnych naradach.
Dlaczego się spotykali? Bo wszyscy byli zaangażowani w przywrócenie autonomii prowincji. Kontynuujemy osadzanie fabuły w określonych realiach, ale wciąż nie zmuszamy czytelnika do ugryzienia więcej, niż może przełknąć.
W ten sposób poszatkowałbym owo ździebko przydługawe wprowadzenie. Z tym, że jest potrzebne, nie dyskutuję :)

>> A od zadawania pytań jestem tutaj ja. - chyba najbardziej oklepane stwierdzenie, jakie znam. Można sie było z tym uporać bardziej gładko.

>> Dokumenty spłonęły w oka mgnieniu dzięki wcześniejszemu nasączeniu papieru specjalnym środkiem. - trochę jak strzelanie z armaty do muchy, nie można było polać dokumentów podpałką do grilla? :)

Zgadzam się z Amsą, że fabuła jest nierówna. Czyta się ze zmienną szybkością, co mi odrobinę przeszkadzało. Zakończenie nieco zbyt słodkie, wszystko powiedziane od A do Z. Będzie potyczka, ale nie ma o czym mówić, nic wielkiego. To już lepiej o tym nie wspominać, bo nic nie wnosi do fabuły.
Fajnie byłoby pozostawić czytelnika w lekkiej niepewności - choćby co do przyszłości kraju czy zachowania sąsiadów.
Będą chcieli pójść w ślady buntownika? A może myślą jak pies ogrodnika i trzeba będzie się przed nimi bronić?

Podobało mi się:
Całkiem zręczne dialogi, chociaż jak już wspomniałem, od zadawania pytań jestem tu ja ;) Ale to jedyna rażąca wpadka.
Pomysł groteskowej Unii Europejskiej fajny, ale jeszcze gdyby go przyprawić kroplą totalitaryzmu...
Nieźle opisana scena z Blane'm, duży plus - dialogi nie zabiły napięcia, a wręcz odwrotnie. Gdyby tak lekko była napisana cała reszta, byłoby naprawdę całkiem ciałkiem :)

Pozdrawiam!
Elatha dnia 28.09.2011 10:28
R4demenes, dziękuję za wyczerpujący komentarz :). Najbardziej oklepane stwierdzenie poprawię. Nie sądziłam, że jest aż tak rażące :). A dokumentów nie można było polać podpałką do grilla - to byłoby takie zwyczajne i czasochłonne ;).
Przemyślę Twoje sugestie związane z początkiem tekstu. Końcówkę uważasz za zbyt czytelną. Owszem, bohaterowie mówią co się zdarzy, ale nigdzie nie jest napisane, że ich słowa się potwierdziły. Zakończenie jest otwarte :). Cieszę się, ze jest też coś, co Ci się podobało :).

Pozdrawiam ciepło :).
TomaszObluda dnia 12.03.2012 18:02
Fajne, ale tak cukierkowy koniec, że jestem zawiedziony. Ogólnie lubię takie własne światy stworzone przez autora, i ten świat jest całkiem interesujący. Tylko ostatnie zdania, psują klimat :) oczywiście w moim mniemaniu, może innym to pasuje.
Napisane tak ok, fajnie się czytało, akcja wartka, a jednocześnie sprawnie wplatasz w opowieść historię owej rzeczywistości.
Mam pozytywne odczucia po przeczytaniu :)

Cytat:
To krótkie opowiadanie i nie nastawiałam się na jego rozbudowę.
Ale świat możesz jeszcze kiedyś wykorzystać :)
Elatha dnia 12.03.2012 19:42
Bardzo dziękuję za tak miły komentarz :). Cieszę się, że się nie wynudziłeś. Ostatnio tworzę różnorodne światy i wbrew pozorom nie jest to aż takie proste, ale bardzo wciągające ;). Koniec rzeczywiście jest "cukierkowy", ale widać taki miałam nastrój przy pisaniu zakończenia. Nie wszystkie moje teksty takie są.A świat rzeczywiście mogę jeszcze wpleść w coś większego.
Pozdrawiam serdecznie :).
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
mike17
20/09/2019 15:41
Związek frazeologiczny brzmi "brać nogi za pas/wziąć… »
Dobra Cobra
20/09/2019 14:00
Detektywistyczna sprawa. I jak dopracowana. Ładniutkie.… »
Dobra Cobra
20/09/2019 13:50
Tu należałoby wspomnieć pewną miłą anegdotę o sławnym… »
Kapelusznik
20/09/2019 11:56
Ciekawy tekst, to muszę przyznać, ale wydaje mi się że lekko… »
JOLA S.
20/09/2019 11:55
Więc tak... to jedna z najlepszych historii Dobrej Kobry. :)»
Kazjuno
20/09/2019 11:49
Och, Droga Jolu, Znowu takie komplementy i to w zwięzłej, i… »
Opheliac
20/09/2019 11:42
W drugiej zwrotce usunęłabym pierwszy wers i zaczęłabym ją… »
JOLA S.
20/09/2019 11:24
Kazjuno, Odkąd zjawiłeś się na scenie z kolejnym… »
Kazjuno
20/09/2019 10:20
Ciekawy, choć niełatwy do przetrawienia tekst. Przynajmniej… »
Wiktor Mazurkiewicz
20/09/2019 09:16
Wiosenko niezawodna korektorko :) tak, rym wkradł się… »
Wiktor Mazurkiewicz
20/09/2019 08:56
Nuria 22227 bruliben Proszę nie mieć mi za złe,… »
domofon
20/09/2019 07:54
bruliben, dokładnie, dzięki za ocenę. Pozdrawiam »
Rafi
20/09/2019 02:33
mike17 Bardzo dziękuję za opinie :D są to moje początki,… »
mike17
19/09/2019 22:14
He he, miło mi to słyszeć :) Dobre słowo wszystkiego warte… »
Yaro
19/09/2019 21:44
Dzięki bruliben :) »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:22
  • tej wytwórni. Ale sam szef D. próbuje zmienić czasy i transformację koncernu w stronę tematyki niebaśniowej. [link]
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:20
  • Disney ma nie lada orzech do zgryzienia :) . Johansson zaprosili nawet na spotkanie dyrektorów D. I ona tam jasno mówiła, że reżyser niepokorny i film też, co niespecjalnie idzie za rączkę z polityką
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:50
  • em FOXa, więc Disney nie miał nic do gadania. A czy film pojawi się w Polskich kinach? Sadzę, że tak, ale nie wszędzie i nie od razu, bo tu nie chodzi o ideologię, ale o kasę.
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:48
  • Co do filmu, ten Hitler, będzie wymyślonym przyjacielem i z tego co wiem, będzie takim diabłem na ramieniu, co mówi źle, to wbrew pozorom nie komedia. Druga sprawa film powstał praktycznie przed zakup
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 14:16
  • Znowu przesadzasz. Jesteś wrażliwym facetem, na dodatek z intuicją muzyka, więc czułym na fałszywe nuty. Także te cecha ułatwia Ci trafne komentarze. Więc jak znajdziesz czas(?)...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:55
  • Powiem tak: technicznie mam coś do powiedzenia i choć nie jest to idealne, to potrafi być pomocne, natomiast mój gust znacznie odbiega od przeciętnej i to, co mi się podoba, nie zawsze jest dobre.
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 11:49
  • Przesadzasz Antosiu! Bardzo cenię Twoje komentarze i byłbym rad przeczytać twoje wnikliwe uwagi. Zawsze były celne. Jak znajdziesz czas to zapraszam...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:38
  • Kazjuno, ja chętnie skomentowałbym Twój tekst, ale ostatnio mam urwanie głowy i jedynie czasem króciutkie komentuje. Choć z drugiej strony, co jest wart mój komentarz?
  • Dobra Cobra
  • 17/09/2019 08:09
  • Sztuka kreskówkowa jest uważana za gorszą ze sztuk pięknych. :( A tak można w kinie podziwiać i piękną Scarlett i małego Hitlerka. Jak żywych. Choć ten synek ma nadzwyczaj mądry wyraz twarzy.
Ostatnio widziani
Gości online:33
Najnowszy:Erlingaq80
Wspierają nas