Pamiętasz, Pedro? - mike17
Proza » Obyczajowe » Pamiętasz, Pedro?
A A A



Dla Piotrka…


Było piękne lato, lipiec, pamiętasz? Przyjechałeś do mnie na kilka tygodni – trzy lub cztery. Do mojego letniego domu. Miałeś duży plecak, a w nim wszystko, co siedemnastoletni chłopak powinien mieć.
Byłeś wysoki, lecz dosyć szczupły – mogłeś bez dwóch zdań podobać się dziewczynom.
Wtedy po raz pierwszy w życiu jadłem smażone krewetki. To dzięki tobie, stary, poznałem ich smak. Wiele rozmawialiśmy o życiu, o szkole, o przyszłości. Wokół szumiał nam przyjazny las i wiał przyjemny wiatr od jeziora…
Byliśmy w domu sami – tylko ty i ja – nasi rodzice byli wtedy daleko, zajęci swoimi sprawami, wierzący, że można nam ufać mimo tak młodego wieku.
Wieczorem, kiedy spadały gwiazdy, wypowiadaliśmy w duchu nasze najskrytsze życzenia. Ile z nich się spełniło? Czy dziś warto o nich pamiętać?
Wtedy to było dla nas ważne, jak każdy rodzaj magii, która może pomóc.
W tamtym czasie nie wiedzieliśmy jeszcze nic o życiu i wierzyliśmy, że świat nam ulegnie, że jeśli się czegoś bardzo pragnie, to w końcu się to ma.
Jakże mało wiedzieliśmy… Nie wystarczy chcieć – kto to wtedy wiedział?
Mając siedemnaście lat chcieliśmy myśleć jak dorośli, my tylko z wyglądu już nie dzieci.
Znaliśmy sławnych pisarzy i filozofów, modnych aktorów i aktorki.
Nasza wiedza o pozorach świata była imponująca i bynajmniej nie powierzchowna.
Inteligencji nie nabyliśmy po drodze w sposób niedwuznacznie nieprzypadkowy.
Wiedzieliśmy, że ogień parzy, a woda chłodzi – w teorii radziliśmy sobie całkiem nieźle. Znaliśmy setki dat, wzorów matematycznych i poznaliśmy nawet łacinę, język starożytnych, który nam wpajano bezsensownie, zapominając po drodze dodać, iż do niczego nam się nigdy nie przyda.

Alea iacta est…

Czyż nie jest prawdą, co niegdyś rzekł Juliusz Cezar? Czyż nie jest to faktem już w chwili narodzin? Bo to, co nastąpi potem, tylko nas zaskoczy, tylko nam będzie niespodzianką. Ta nieświadomość to nasze życie od początku po jego kres – wieczna zabawa w trzy karty…

Pamiętasz?

Graliśmy w pokera jak mistrzowie, jak najlepsi z najlepszych, opanowani i blefujący.
Mając jedną, marną parę dziewiątek do końca robiłem dobrą minę.
To była gra – małe udawanie, przeciąganie liny na niby.
Przy stoliku, co stał wśród świerków i był naszym letnim kasynem.
Znaliśmy się od zawsze, mieszkaliśmy na tej samej ulicy, chodziliśmy do tej samej klasy. Potem poszedłeś do liceum męskiego, które miało opinię okrutnej, staromodnej mordowni. Ja wybrałem łatwiejszą drogę, powiesz, mniej ambitną.
Może…
Zawsze lubiłem nieskomplikowane przyjemności i zwycięstwa, co przychodzą bez wysiłku. Mówiłeś mi, że mi zazdrościsz, bo sam jesteś niewolnikiem swych dusznych ambicji. Ale o czymś zapomniałeś. Nie zastanowiłeś się nad czymś do końca.
Przecież każdy z nas mógł mieć całkiem inną definicję ambicji, czyż nie?
Nie potępiałem cię nigdy – dobrze o tym wiedziałeś.
Tobie imponowało to, czym wówczas byłem – życie beztroskie i emanujące prostym ,,carpe diem”. Przeciwieństwa się przyciągają i stanowią dla siebie nawzajem niezwykłą atrakcję. Jednak na tym się kończyło. Nie miałeś odwagi, by czasem poczuć smak ryzyka.
Było ci to obce, niezrozumiałe i mocno cię przerażało swą nieprzewidywalnością – absolutny abstrakt, jak rozmowa o klimacie na jakiejś nieznanej planecie, gdzie ziemia jest czerwonego koloru i zamiast powietrza istnieje jakaś bliżej niesprecyzowana mieszanina gazów.
Dla mnie prowokowanie losu było chlebem powszednim i powietrzem, którym oddychałem. Zawsze tak było, jest i zapewne pozostanie aż do chwili, gdy zamknę oczy na wieki.
Wtedy, w lipcu, byliśmy tacy młodzi, tacy radośnie cieszący się drobiazgami.
Dobrze nam było, gdy świeciło słońce, dobrze, gdy padał deszcz.

Pamiętasz?

Wypłynęliśmy kiedyś na jezioro i złapała nas straszna burza z piorunami.
Zerwał się potworny huragan i fale zniosły nas pod wysoki, porośnięty sosnami brzeg.
Tam przemoczeni do suchej nitki, przeczekaliśmy ulewę.
Nasza łódka była pełna wody, a to, co mieliśmy na sobie, można było wyżymać.
Deszcz był ciepły i niebawem śmieliśmy się z niego, patrząc jak zza chmur śmiało wychodzi słońce i suszy nas swymi gorącymi promieniami.
Wracaliśmy do domu szczęśliwi, jak z niezwykłej, niezapomnianej podróży.
Usiedliśmy potem przed domem i jedliśmy coś, co zrobiłeś naprędce – lubiłeś gotować.
Nigdy nie zapomnę twoich krewetek i zawsze będą mi się kojarzyć właśnie z tobą.
Były pyszne i chrupiące - wnet stały przed nami tylko puste, ogołocone do cna talerze.

Wieczorami graliśmy w karty i rozmawialiśmy do późnych godzin nocnych o tym, co może zdarzy się w przyszłym roku, za miesiąc, w październiku lub grudniu, gdy przyjdą mrozy.
Nasze rozmowy nie miały końca.
Wiesz, zawsze będę je pamiętać – nigdy potem z nikim tak już nie rozmawiałem…
Z nikim nie miałem tylu wspólnych tematów, tylu wspólnych myśli, pomimo różnic, jakie nas dzieliły. Nikomu tak nie zaufałem jak tobie, Pedro… Jak tobie.
Wtedy, w lipcu, wierzyłem i głęboko czułem, że kiedyś usiądziemy tak na starość, siwi, niewybaczalnie pomarszczeni i bezzębni, i przy wieczornej szklaneczce przedniego wina i smażonej rybie, będziemy do rana wspominać nasze szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo i szaloną, zieloną młodość.
Nawet nie wiesz, jak wtenczas byłem tego pewien.
Znałeś mnie od zawsze i ja znałem cię od zawsze – takie przyjaźnie trwają całe życie.
Mają wszelkie podstawy, by trwać. Jeśli tylko pozostaniemy nadal sobą.
Jeśli po drodze nie odkryjemy, że istnieją inne nasze ,,ja”…

Widziałem strach w twoich oczach, kiedy powiedziałem ci, że przepłynę jezioro wszerz tam i z powrotem, dla ciebie byłoby to nie do pomyślenia – bezmyślne prowokowanie losu.
Możliwe, nie przeczę.
Może wtedy właśnie to się zaczęło, może właśnie wtedy, tamtego lipca, kiedy mieliśmy po siedemnaście lat, po raz pierwszy poważnie zrozumiałem, że mam to we krwi, taki po prostu się urodziłem i napełnia mnie to dzikim, przyjemnym dreszczem.
Może pewne, wieczne napięcie i stan lekkiego podenerwowania był mi organicznie potrzebny do normalnego życia?
Takie chwile sprawiały, że czułem całym sobą, że istnieję i wiem jak chcę się czuć w przyszłości – nie zamierzam poznawać smaku nudy, rutyny i stagnacji, co byłaby mi trucizną.

I przepłynąłem to jezioro.

Patrzyłeś wówczas na mnie jak na ducha.
Jak na niedorzeczne przywidzenie.
- Ty masz naprawdę nie po kolei w głowie… - mówiłeś w kółko, kiedy szliśmy boso po trawie do domu – A co by było, gdybyś…
- Nie byłoby żadnego ,,gdyby” – odpowiedziałem ci wtedy. – Potrafię przepłynąć parę kilometrów, nie wiedziałeś?
Pewnie nie wiedział. Nie wiedział też wielu innych rzeczy…
Rzeczy, które miały dopiero nadejść i sprawić, że tamten przepiękny lipiec – nasz ostatni wspólny lipiec – pozostanie w naszej pamięci jako miłe wspomnienie czegoś, czego nie mieliśmy już nigdy razem powtórzyć…

Lato było wokół nas i zarówno w deszcz, jak i w skwarnym słońcu, czuliśmy się ze sobą doskonale, łowiąc ryby, pływając w jeziorze i jeżdżąc rowerami po lesie, pełnym jagód i grzybów.
Były wakacje i daleki świat, co pozostał w mieście.
Ostatnie wakacje mojej beztroski z nim – mym wiernym przyjacielem…
Już takich potem nie miałem, choć były równie piękne i niezapomniane – czegoś w nich zabrakło, coś zniknęło na zawsze i nigdy już tego nie poczułem.

Siedzieliśmy nie raz na pomoście i patrząc w zielonkawą toń, żartowaliśmy z naszych dziwacznych nauczycieli, kolegów szkolnych i wszystkich tych niepotrzebnych książek, które kazano nam w ciągu roku czytać ze zrozumieniem i wypiekami na twarzy.

Pamiętasz?

Za kilka dni miałeś wyjechać, kończył się już twój pobyt u mnie, wtedy umówiliśmy się na wrzesień, że przyjdę do ciebie i zrobisz kilka szkiców ołówkiem mojej twarzy.
Chciałem mieć je na ścianie w swoim pokoju.
Już wtedy nieźle ci to szło – mogłeś śmiało pozbyć się tej niepotrzebnej skromności.
We wrześniu miałeś mnie narysować. U ciebie, na poddaszu.
Cieszyła mnie ta myśl już w lipcu.
I kiedy odprowadziłem cię na pociąg, pamiętam, jak długo rozmawialiśmy o rzeczach, które będziemy razem robić, gdy zacznie się rok szkolny i na świecie pojawi się jesień.
Nie zapomnę twej uśmiechniętej twarzy, wyrazu jasnych, zadowolonych oczu.
Dla mnie pozostałeś zaklęty w tę przedziwną chwilę na zawsze i wszystko, co nastąpiło potem, wydało mi się jakimś niepojętym, zatrutym snem, który powinien przyśnić się, komu innemu…

Skończyło się lato, skończyły się wakacje.
Ze smutkiem spoglądałem na mój letni dom, który musiałem opuścić na wiele miesięcy, kiedy szedłem w ciszy na stację.
Wróciłem do miasta i natychmiast zadzwoniłem do ciebie.
Nie było cię w domu.
Byłeś gdzie indziej, w miejscu, w którym nie powinieneś się nigdy znaleźć…
Twoja matka powiedziała mi, co się wydarzyło…
Poszedłem ją odwiedzić – chciałem poznać szczegóły.
Wtedy dowiedziałem się, że nie wszystko mi mówiłeś, że miałeś swoje tajemnice, swoje głęboko skrywane sekrety.
Mówiłeś wiele razy, że lubię kusić i prowokować los – tak, to prawda, zawsze taki byłem.
Lecz nie dałeś mi nawet przez chwilę odczuć, że i ty masz podobną naturę, choć pewnie chciałbyś, żeby było inaczej. Bałeś się, by coś lub ktoś nie wyzwoliło tego w tobie, bo to byłby spacer po bardzo cienkim lodzie. Nie znałeś się aż tak dobrze, by wiedzieć, co on oznacza. Przeliczyłeś się, bo uwierzyłeś, że jesteś w stanie z dnia na dzień stać się szaleńcem – do tego jednak dochodzi się latami lub jest się już w chwili narodzin.
Jeszcze wtedy, w lipcu, ryzyko było dla ciebie wsadzeniem ręki w ogień.
I w pewnym sensie miałeś rację.
To nie było dla ciebie – powinieneś nadal stać na brzegu, podczas, gdy tacy jak ja, urodzeni szaleńcy, będą przepływać jezioro tam i z powrotem, śmiejąc się w nos trującym lękom i zdrowemu rozsądkowi, co bywa niekiedy tylko kulą u nogi.
Twoja matka zachorowała przez ciebie na serce, mówiła ci?
Ten jeden raz wystarczył – jeden fałszywy ruch…
Może byłeś przystojny, wysoki i miałeś wrodzony urok osobisty, lecz czy kiedykolwiek pomyślałeś, że może się nagle okazać, że to za mało? Może nie tego od ciebie oczekiwano?
Nie po to spędzano z tobą czas na długich, jak nasze, rozmowach i spacerach za rękę po pachnącym i fantastycznie urokliwym parku, miejscu spotkań zakochanych?

Zakochanych…
Oszukanych…

Dlaczego zamiast rysować moje szkice, znalazłeś się w szpitalu?
Czy ty wiesz, co zrobiłeś swojej matce? Ona umierała razem z tobą. Umierała żyjąc…
Czemu byłeś taki słaby? Jak mogłeś dać się tak podejść?
Straciłeś poczucie rzeczywistości.
Wystarczył jeden miesiąc, jeden fatalny sierpień, który mogłeś spędzić ze mną nad jeziorem, a który minął ci na miłości…
Miłości???
Na zadurzeniu i otępiającej zmysły fascynacji, co odebrała ci resztki godności…

Pamiętam, co mówiła twoja matka: ,,On ją znał już wcześniej, znał ją od zimy, kiedy to pierwszy raz przyprowadził ją do domu. Taka pusta lalka. Beznadziejnie pusta lalka… Gdybym tylko wiedziała, że to się tak skończy, wywaliłabym ją na zbity pysk… Zabroniłabym mu spotykać się z nią i on by posłuchał. Jeszcze zimą pewnie tak, ale potem? Stracił głowę, mówił mi, że to jego pierwsza dziewczyna, pierwsza miłość. To straszne… Pytałam o nią znajomych. Pytałam kogokolwiek, bo czułam, że to się może źle skończyć. Ciekawe rzeczy o niej mówiono. Miała wielu mężczyzn, odkąd skończyła czternaście lat…”

Stary, dlaczego chciałeś się otruć przez kogoś takiego?
Szukając w rynsztoku, nie mogłeś znaleźć nic lepszego.
Lecz czemu właśnie tam zajrzałeś?

Pamiętasz, Pedro?

Tylko ja cię odwiedzałem w szpitalu, tylko ja i twoja biedna matka…
Byliśmy z tobą przez wszystkie te dni.
Twoja miłość nie pojawiła się ani razu.
Nie obchodziło jej, czy żyjesz, czy nie.
Gdzie byłeś przez te dni, kiedy leżałeś przykuty do łóżka w objęciach śmierci klinicznej?
Co wtedy widziałeś? Co zostało ci ukazane? Jak to jest tam, w tym długim tunelu?
Jest światło, co wzywa czułym gestem, czy też panuje tylko ciemność – kraina samobójców?
A może po prostu nie zobaczyłeś tam nic…

Czy pamiętasz, że jedynymi przyjaciółmi, jakich miałeś w te dni, byli schizofrenicy paranoidalni i ludzie obłąkani, którzy pomagali ci chodzić do toalety i trzymali cię za ręce na korytarzu, byś nie upadł, jednocześnie słuchając swych głosów?
Nawet tam podano ci rękę – skłutą setkami zastrzyków z Haloperidolu lub Fenactilu.
Nie nazwałbym ich nigdy wariatami…
Może jest w nich coś, czego nie widać gołym okiem, a co bliskie jest idealnemu człowieczeństwu, co ma szansę sprawdzić się i potwierdzić swe istnienie w sytuacjach opresyjnych i ekstremalnych?
Może tylko my – ludzie normalni i święci w swym nędznym mniemaniu, nie dostrzegamy całego barwnego kolorytu ich zachowań i nagiej w swym człowieczym kształcie, szczerości?
Oni byli z tobą, kiedy nie było godzin odwiedzin.
Wątpię, czy to pamiętasz – byłeś przez wiele dni w innym świecie.

Potem zacząłeś wracać, powoli, z niedowierzaniem.
Razem z twoją matką przychodziliśmy codziennie – na zewnątrz był skwarny, złoty wrzesień.
Wracałeś.
Nie chcę wiedzieć, co miałeś wtedy w sercu – ty człowiek, który wrócił z zaświatów.
Byłeś wypalony.
Widziałem to, lecz milczałem, by nie było ci jeszcze ciężej.
Opowiadałem dowcipy, jakieś stare historie, wspominałem nasze wędkowanie.
Patrzyłeś na mnie jak na zjawę.
Słuchałeś mych słów jak języka Majów lub starożytnych Etrusków…
Chodziliśmy po korytarzu, gdzie pod ścianami kołysali się ludzie dotknięci obłędem.
Byłeś tam i ja razem z tobą. Ten jeden raz odbyłem tę podróż.
I ty odbyłeś ją ten jeden raz…
Kiedy wróciłeś, nic nie było już tym, czym było kiedyś…

Pewnego wieczora zadzwoniłem do ciebie, by dowiedzieć się, co słychać.
Powiedziałeś, że nic specjalnego, więc po kilkunastu minutach przyszedłem i usiedliśmy.
Na twojej kanapie, obok paliła się lampka.
Wyglądało na to, że z trudem odnajdujesz spokój i samego siebie.
Pamiętałeś lipiec…
To było tak niedawno – było słońce i deszcz, jezioro i las, i beztroska, co przepadła nagle…
I my, przyjaciele od niepamiętnych czasów.
Lecz w twych oczach nie było już tamtej radości, nie było nawet tego lęku, który czułeś, gdy powiedziałem, że przepłynę jezioro i wrócę żywy i pewnie tak już pozostanie.
Miałeś nowe oczy…
Patrzyłem na ściany, na meble i sufit, byle nie spoglądać ci w twarz!
Jak to wytłumaczyć, jak pojąć, że w tamtej chwili wiedziałem, że to nie koniec?
Twój uśmiech był cierpki i bolesny…
Twój pokój dusił mnie nieznanym jadem.
Rozmawialiśmy.
Wierzyłem, że w twej świadomości każde moje słowo odbija się wyraźnym echem.
Wierzyłem. Słuchałeś mnie, lecz nie wysłuchałeś…

Któregoś wieczora twoja matka zadzwoniła do mnie i łamiącym się głosem opowiedziała mi, co się stało.
Uciekłeś z domu…
Uciekłeś z jakąś dziewczyną, którą poznałeś tydzień wcześniej.
Przepadłeś…
Zniknąłeś, nie martwiąc się o konsekwencje.
Rozmawiając z twoją matką nie mogłem powiedzieć jej wszystkiego, co wiedziałem.
Chciałem zaoszczędzić jej bólu – wierzyłem, że się w końcu opamiętasz.
Pamiętasz, o co mnie wtedy poprosiłeś?

Pamiętasz, Pedro?

O klucze, o klucze do mego letniego domu.
Chciałeś tam być, dokąd nie odkryjesz, co dalej począć z własnym życiem.
Szedłeś po omacku, lecz nie było już wokół ciebie braci-schizofreników, którzy podaliby ci rękę w chwili zwątpienia. Pozostałeś sam na sam ze swoją decyzją.
Myślałeś, że któryś poranek przyniesie odpowiedź.
Byłeś daleko, bardzo daleko – czasem z takiej podróży nie ma już powrotu.
Szukano cię kilka dni, twoje imię pojawiało się wówczas na ustach wielu ludzi, jednak sam się odnalazłeś – zabrakło w tym wszystkim żaru.
Dziś pewnie nawet nie pamiętasz, jak się nazywała…
Wtedy, przez chwilę, był to twój, jedyny świat i twoje tymczasowe jutro.
Przez chwilę, co miała stać się czasem.

Przyszedłem znów na twoje poddasze i usiedliśmy na twojej kanapie, jakbyś nigdy nie uciekał i nigdy nie opuszczał tego zadymionego miasta.
- Wiesz, ja naprawdę nie wiem, co dalej… - powiedziałeś wtedy i patrząc na ciebie, wiedziałem, że jest tak jak mówisz.
Nie wiedziałeś również później…
Nie wiadomo, kiedy minęło kilka lat i poszliśmy na studia, które jakoś bezboleśnie i niezauważalnie ukończyliśmy. Nie mieliśmy wówczas zbyt wiele czasu na spotkania i długie, męskie rozmowy, przynajmniej przez pierwsze dwa lata, kiedy nie chcieliśmy stracić roku przez własną głupotę i nieróbstwo. Potem było już lepiej i widywaliśmy się od czasu do czasu, aby pogadać o tym lub owym.
Wtedy zmieniłeś się – stałeś się bardzo oficjalny, niemile sztywny i odległy z całym tym absurdalnym żargonem rodem z jakiegoś wiejskiego urzędu czy poczekalni u pana notariusza, co każe mówić do siebie ,,Panie mecenasie, jakaś pani przyszła…”
Przyglądałem ci się z boku i myślałem, co się stało przez te lata.
Przecież nie mogłeś odbić tak daleko od tego, kim i czym byliśmy kiedyś?
Byłeś jednak już na półmetku…
Życie jest dzikie, wiesz?
Życie jest surfingiem po falach, których nie znasz – czasem mogą okazać się za wysokie.
Życie jest pułapką.
Był taki dzień, którego nie powinno nigdy być.
Jednak się wydarzył – przyszedł jak złodziej, podstępnie i po cichu.
Przyszedł do mnie. Kiedy myślałem zupełnie o czym innym.
Pamiętasz?
Przypominasz sobie taki wtorek, kiedy na mojej drodze pojawiła się nagła przeszkoda?
Nadal byliśmy młodzi, nadal życie szumiało dookoła.
Rozmawialiśmy na różne tematy, udając, że wciąż jest między nami ta sama więź.
Udając…
Jednak czas nie lubi dobrych powtórek…
Chętnie zakpi jakby wszystko kołem się toczyło.
Życie w całej swej przewrotności lubi czasem podstawić nogę.

Miałem wtedy wypadek.

Przechodziłem przez ulicę – przez naszą ulicę, przez którą przechodziliśmy tysiące razy w naszym życiu we wszystkich jego okresach.
Złe godziny istnieją…
To nie ciemna noc – pora upiorów, to nie jesienna zawierucha, gdzie dmucha potworny wiatr z piekieł, zdolny urwać w ciągu minuty dziesiątki głów.
To zwykłe dni uderzają najsilniej.
I ja miałem mój dzień piekła.

Kiedy się ocknąłem, wnet zauważyłem, że leżę w szpitalu, podłączony do kroplówki i wokół mnie jest jeszcze więcej podobnych do mnie obolałych nieszczęśników.
Poczułem ból, co wydał mi się niezwykle uogólniony i dotykający każdej części mego ciała, które teraz dopiero poczułem po latach posiadania.
Gips, którym oblano me połamane członki rozwiał wątpliwości – było naprawdę źle…
Leżałem i obok mnie mijał czas, odmierzany kolejnymi wizytami lekarzy i mej rodziny – ojca i matki, przeróżnych zabiegów, konsultacji i na siłę zjadanych posiłków, co kwitły całymi godzinami pod moim nosem, na małym, metalowym stoliku.
Patrzyłem w sufit i cieszyłem się – poznałem nowy smak tego znanego uczucia.
Cieszyłem się, że żyję i mogę dalej kontynuować mą przedziwną podróż zwaną życiem, które może mnie jeszcze nie jednym zaskoczyć w chwili, której nijak nie przewidzę, i dać milion nowych powodów do szczęścia, którego kształtu nie byłem w stanie przewidzieć.
Kochałem je. Zawsze kochałem życie. Wiedziałem, że to wielkie pudło pełne niespodzianek.
I chciałem tam zaglądać po kres mych dni.
Leżałem często i myślałem, czemu Pedro nigdy nie przychodził.
Pedro? Tak, to było jego imię. Mego niezapomnianego przyjaciela…
Nie odwiedziłeś mnie ani razu.
Zapomniałeś o mnie, tak jak zapomina się o zeszłorocznym śniegu…
W twoim świecie nie było już dla mnie miejsca, prawda?
Nigdy potem nie zadzwoniłeś, nigdy ja nie zadzwoniłem do ciebie.
Nagle byłem ja i on – już nie ty, przyjacielu, lecz on…
Bez słów wtenczas pojąłem, i zapewne ty również, że to koniec, że coś między nami skończyło się na zawsze, choć obok nie padł nawet jeden wystrzał…
Nie trzeba było kłótni, awantury ani bójki.
Nie trzeba było zdrady ani nieoddanych na czas pieniędzy.
Nie trzeba było kobiety, co potrafi skutecznie poróżnić mężczyzn.
Po prostu wszystko ma swój kres i nie wolno o tym nigdy zapominać.
Jak ognisko zapalone przez skautów wieczorową porą, które nie doczeka świtu.
Jak woda, co wsiąka w ziemię wcześniej czy później.
Może kojarzyłem ci się z czymś, czego nie chciałeś pamiętać?
Może chciałeś stworzyć sobie nowy, lepszy świat bez starych, morderczych wspomnień?
Może nie było tam miejsca dla mnie – świadka tego, przez co wtedy przechodziłeś?

Odszedłem.
Odsunąłem się.
Nigdy już o mnie nie usłyszałeś.
Zapomniałem ja, zapomniałeś ty.

I na nic nie zdało się parę minut drogi, jakie mieliśmy nadal do swoich domów.
Okazało się, że to za daleko.
Mijały lata, mijało ich tak wiele, że zdążyliśmy obaj osiwieć, na naszych twarzach pojawiło się tysiące głębokich i przygnębiających zmarszczek, a stan naszego niegdyś idealnego uzębienia wołał o pomstę do nieba.
Po drodze wielu naszych kolegów i koleżanek z lat szkolnych odeszło ku Lepszemu Życiu, wielu zniknęło gdzieś bezpowrotnie w szalonym, pędzącym dziko naprzód świecie, inni żyli dalej, jakby święta miały trwać cały rok.

Pamiętasz, Pedro?

Był taki dzień, jakich tysiące.
Taki zwykły, majowy dzień, kiedy było tak pięknie, jak wtedy w lipcu, u mnie nad jeziorem, gdy mieliśmy po siedemnaście lat.
Pamiętasz to?

Spotkaliśmy się przypadkiem w sklepie…

Przypadkiem.
Udałeś, że mnie nie poznajesz – wyczułem to w mig – znałem cię zbyt dobrze!
Czułeś na sobie mój świdrujący wzrok, którego specjalnie nie odwracałem.
Pomimo twej ignorancji patrzyłem na ciebie długo i natrętnie, z zainteresowaniem.
Byłem ciekaw ciebie po tylu latach, po tych wszystkich latach, kiedy mieszkaliśmy obok siebie i nie potrafiliśmy znaleźć chwili czasu, by się spotkać, odrobiny pokory, by się do siebie przemóc i podać sobie rękę, której nikt z nas nigdy nie cofnął i nie zabrał w odruchu gniewu czy chęci zemsty.
Czegoś między nami zabrakło, Pedro, choć nie raz widziałem światła w twoim domu – widziałem ciebie tam, jak wtedy, w lipcu, kiedy smażyłeś mi krewetki.
Myślałem, co robisz, jak się czujesz, czy twoja matka nadal żyje.
Myślałem o tobie często.
Przez wzgląd na to, co razem przeżyliśmy i odległość, która nas prawie nie dzieliła.
I spotkaliśmy się nagle, nie w lipcu, lecz w maju, choć mogliśmy być wtedy gdzie indziej.
Wyszedłem przed sklep i czekałem.
Coś mówiło mi, że podejdziesz.
Nie pomyliłem się – obok mnie stał twój rower.
Spojrzałem na ciebie i w twych oczach zobaczyłem coś, czego nigdy nie zapomniałem…
Ty patrzyłeś na mnie i mówiłeś tak dużo, jak za starych, dobrych czasów.
Powiedziałem ci wtedy:
- Po drodze minęło tyle dni, wiele z nich było dobrych, wiele złych, lecz jeśli człowiek odwraca się od człowieka przez durne, małe i nic nieznaczące głupoty, jest nikim! Nie znaczy nic i nie można go traktować jak człowieka, który szanuje innych i chce być szanowanym w całej swej subtelności i odrębności. Nie można gubić się w drobiazgach, wtedy miałoby się jedynie samych wrogów, bo w każdym można na siłę znaleźć coś złego, z każdym można zadrzeć o cokolwiek – o złe spojrzenie, słowo czy gest. Nie wolno kierować się fałszywą dumą… Tyle po drodze było rzeczy dziwnych i nie wiem nadal…
- Ja też nie wiem – rzekł Pedro – i już nie chcę wiedzieć. Dziś jesteśmy nowymi ludźmi, starszymi ludźmi. Minęło tyle lat. Możemy spojrzeć na wszystko z pewnego dystansu. Pomyśleć, co w życiu było ważne, a co nie zasługiwało na nic. Teraz, po latach, łatwiej jest to pojąć…
- Dlaczego mnie wtedy nie odwiedziłeś? Ja byłem z tobą prawie każdego dnia – spytałem.
- Ty wiesz, ty to wiesz… - powiedział tak, że zrobiło mi się zimno.
- A gdybym nie przeżył, nie miałbyś wyrzutów sumienia, że do mnie nie przyszedłeś?
- Wiedziałem, że dasz sobie radę – powiedział mocno.
- Skąd? Jak to mogłeś wiedzieć?
- Po prostu to wiedziałem, byłem już bardzo daleko od ziemi i tego wszystkiego, co tu widzisz… - rzekł filozoficznie.
- Tylko tyle?
- To wystarczy, by wiedzieć.
- A potem? Zerwaliśmy kontakty…
- Może obaj byliśmy zawsze zbyt wrażliwi, zbyt uczuciowi, choć ty udawałeś szalonego ryzykanta, który nie zna strachu. Ja spróbowałem przez chwilę być tobą i skończyło się to katastrofą… Nie można nie być sobą i nie można być zbyt wrażliwym. To zła mieszanka.
- Nie odpowiedziałeś mi.
- Chciałem zacząć od nowa, wśród nowych twarzy i nowych spraw, który pozwoliłyby mi zapomnieć o przeszłości. Musiałem to zrobić, aby raz na zawsze wymazać z pamięci wszystko, co zatruwało mnie od środka. To była taka moja terapia. Odnalazłem się w tym świecie. Można odnaleźć się wszędzie, gdzie jest nam dobrze i nie ma złych wspomnień. Ja cię długo pamiętałem, pamiętałem cię z czasów, kiedy umierałem…
- Dlatego?
- Dlatego. Przypominałeś mi zbyt wiele. Byłeś świadkiem tego, w co wdepnąłem przez własną głupotę. Przedłużałeś to we mnie. Musiałem usunąć cię z mego świata. Dla siebie i aby znów poczuć się człowiekiem szczęśliwym i wolnym.
- Rozumiem.
- Jesteś tego pewien?
- Tak. Od lat chciałem się z tobą spotkać i zapomnieć o wszystkim.
- Ja też. O wszystkim. Z wyjątkiem tych dobrych wspomnień i tamtych miejsc.
- Tamtych miejsc?
- Twego domu nad jeziorem. Zabierzesz mnie tam jeszcze kiedyś?
- Pamiętałeś?
- Jak mogłeś w to wątpić!
- I ja to widzę ciągle przed oczyma, jakbyśmy znów mieli po siedemnaście lat. Nasze spotkania u ciebie, nasze rozmowy do świtu, naszą wiarę w dobry, kochający świat, który nas nigdy nie wykorzysta. Te wspomnienia nie odejdą nigdy, nigdy… Są nami zaklętymi w czasie. A więc pamiętałeś, pamiętałeś nas z tamtych cudownych czasów…
- Tak. Zawsze.
- To niesamowite!
- Więc jak? Mogę na to liczyć? Na to, że znów będę gościem w twoim domu?
- Zabiorę cię, kiedy zechcesz, bodaj jutro, Pedro, bodaj jutro… - rzekłem wtedy do ciebie i obaj zrozumieliśmy, że czas się cofnął i tu, na ulicy, w zwykły, majowy dzień, jesteśmy znów razem, my przyjaciele ze szkoły, my ludzie omylni.
Rozmawialiśmy jeszcze długo. Potem poszliśmy do parku i usiedliśmy na ławce.

Kiedy ją opuszczaliśmy, była już noc - przepiękna i ciepła – taka, jaka zdarza się tylko w maju, gdy jest się szczęśliwym raz jeszcze.
Byliśmy znów młodzi i powietrze wokół nas było młodsze o kilkadziesiąt lat.
Mówiłeś mi o żonie, dzieciach, o swoim nowym, srebrnym samochodzie i o książce, którą piszesz w wielkich trudach od marca, bez większych szans na wydanie.
Jakże byłem szczęśliwy, że mi to mówiłeś, że mi to mówiłeś tak lekko, tak naturalnie jak za starych czasów, kiedy nie znaliśmy, co to ból i porażka…
Nawet nie wiesz, ile mi wtedy dałeś, stary koniu.
Nawet nie wiesz, jak długo czekałem na tę chwilę, by znów z tobą pogadać.
By znów usłyszeć twój głos i zobaczyć twoje oczy, a w nich to, kim byliśmy w młodości.

Pamiętasz, Pedro?

Pamiętasz moje jezioro i te wszystkie, wspaniałe ryby, jakie w nim łowiliśmy?
Nasze marzenia z tamtych lat?
Gwiazdy, co spadały co noc?
Ja twoje krewetki pamiętam do dziś!
Wiesz, o czym mówię?
Wiesz, o czym teraz mówię?
Wiesz…
Cieszysz się?
Niedługo tam jedziemy!
Ty i ja, jak za starych, dobrych czasów! Niech pada deszcz, niech świeci słońce, niech zaszumią nam raz jeszcze sosny naszych beztroskich lat! Jakby znów wróciła młodość, co nadal w nas się tli, nieprawdaż? Bo czujemy ją w sobie, czujemy ją bardzo! Ona nigdy nie odeszła, nigdy nas nie opuściła, może czasami tylko popadała w lekki, nerwowy sen…
Pakuj się i szykuj do drogi – zabieram cię tam, zabieram cię nad nasze jezioro, Pedro!
Ty stary koniu.




3 marca 2009


Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 22.06.2012 18:39 · Czytań: 1804 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 43
Komentarze
zajacanka dnia 22.06.2012 22:19 Ocena: Świetne!
A niech Cię, Mike! Ostatnio ktoś napisał, że umiem mocno dokopać moimi komentarzami, że niby taka mocna i w ogóle, a ja płaczę rzewnymi łzami po przeczytaniu tego tekstu! Nie napiszę, osłaniając własne uczucia: no, nieźle, ładnie napisałeś o męskiej przyjaźni. D... tam! To kawał życia, emocji, wspólnych przygód, tęsknot do drugiego człowieka, do przeszłości, do przyjaźni. Przez chwilę obawiałam się, że zakończenie będzie tragiczne, chwała Ci za inne, bo chusteczki mi się skończyły. Tyle. Jak sie ogarnę i znów coś będę mogła przeczytać, to tu wrócę.
Póki co, buźka!

No, dobrze: w tytule brak przecinka!
mike17 dnia 22.06.2012 23:19
To opowieść, którą napisało samo życie, na faktach, historia przyjaźni mojej i mego przyjaciela Piotrka, która trwa już 34 lata z małą przerwą opisaną w tym utworze.
To bardzo intymny i bliski mi utwór, stąd też moja obawa, że nie każdy go przyjmie tak, jak ja, naoczny świadek, że tak powiem, bo napisałem to językiem prostym, jakby z pamiętnika i prosto z serca.
O to mi właściwie chodziło.

Zajacanko, po raz kolejny sprawiasz mi niesłychaną frajdę swoim komentem i oceną.
Dziękuję.
Bardzo się cieszę, że się wzruszyłaś.
Ten utwór miał wzruszyć, i jeśli mi się choć trochę udało, to fajnie.

Pozdrawiam!
shinobi dnia 22.06.2012 23:28 Ocena: Świetne!
Kurcze, to naprawdę wzruszająca opowieść, a przypisywane Ci tu miano gawędziarza - faktycznie dominują w Twoim repertuarze obszerne teksty - nie jest na wyrost. Wszystko mi tu pasuje.
Dodatkowe plusy za taki jakiś amerykański charakter tej opowieści i znajomość leków psychotropowych. :)
Kaero dnia 22.06.2012 23:28 Ocena: Świetne!
zajacanka napisała:
Cytat:
Ostatnio ktoś napisał, że umiem mocno dokopać moimi komentarzami


- bo potrafisz, ale i dobre słowo także bardzo często od Ciebie wychodzi i wrażliwości tez na pewno nie można Ci odmówić.

I mnie się podobał ten tekst - poruszający. Tak często brzmią w nim osobiste nuty, że rzeczywiście zastanawiałam się, czy to aby nie na faktach.

Wiesz, czego Ci zazdroszczę, mike? Tego, że piszesz (bo mnie niemoc twórcza ostatnio dopadła) i robisz to dobrze, bez fuszerki (choć nie jestem fanką Twojego stylu pisania, to umiejętności Ci nie mogę odmówić). Zazdroszczę i gratuluję.:)

Pozdrawiam. :)
mike17 dnia 22.06.2012 23:41
Niedawno skończyłem 40 lat, mego przyjaciela znam od 6-tego roku życia, i pewnego dnia postanowiłem opisać dzieje naszej przyjaźni. Tak pobieżnie, wyrywkowo, to, co najważniejsze.
Stąd to krótkie opowiadanie.

Shinobi,

Kaero,

bardzo się cieszę, że byliście gośćmi w świecie moich wspomnień.
Dzięki za super komenty i wysokie noty!
Jaga dnia 23.06.2012 18:46 Ocena: Świetne!
mike17, dziękuję.
Popłakałam się, wzruszyłam. Twój tekst dostarczył mi wielu emocji...
Cenię w życiu przyjaźń ponad wszystko,a Twoją historię odebrałam bardzo osobiście.
Naprawdę szczerze Ci gratuluję za to,że potrafiłeś tak zwyczajnie i pięknie, bez krygowania się napisać o swoim przyjacielu. Za wielkie emocje- jeszcze raz dziękuję!
Pozdrawiam ciepło:)
P.S. Teraz rozumiem, co znaczą słowa, iż pisarz powinien być szczery i autentyczny....
mike17 dnia 23.06.2012 20:07
Jakże miło mi to czytać, Jago, zwłaszcza że moja opowieść jest prosta jak podanie dłoni, o które czasem tak trudno...
Cieszę się, że zabrałaś z tej historii coś dla siebie.

Wielkie dzięki i miłych snów :)
Dobra Cobra dnia 23.06.2012 22:09
Mężczyzna musi mieć takie aksjomaty w życiu jak Przyjaźń. Nie każdy na nią zasługuje. Rodzi się ona w różny sposób, ale generalnie chodzi o możliwość otwarcia się przed drugim facetem, bo samce nie są zbyt wylewne (inaczej niż kobiety).

Niełatwo by mi było coś takiego opisać - tym bardziej szacunek dla udanej próby.

A że opowieśc prosta jak drut - faceci lubią takie nieskomplikowane historie. Kobiety za to za bardzo psychologizują...


Pozdrawiam!

Cobra Dobra
Ako dnia 23.06.2012 22:49 Ocena: Świetne!
Forma twojego opowiadania jest mi bardzo bliska, pokazałeś istnie kobiecą wrażliwość i delikatność. Wzruszyłeś mnie głęboko!
mike17 dnia 24.06.2012 14:32
Dobra Cobra i Ako - wielkie dzięki za wizytę i lekturę mego opowiadania.
Wielce raduje się moje serce na myśl, że się Wam podobało.
Muchos Gracias!
Anushka dnia 24.06.2012 15:57
No i beczę, kurde... Twój tekst daje nadzieję. Że w życiu zdarzają się happy endy. Dzięki
Swoją drogą, jak to niewiele trzeba, żeby zacząć od nowa. Po prostu podejść i porozmawiać. Przełamać się. Tylko tyle i aż tyle...
Kibicowałam Waszej przyjaźni. Cieszę się, ze tak się skończyło. Co ja mówię! Właśnie zaczęło się! Nowy rozdział. Powodzenia! :)
Idę wytrzeć nos...
mike17 dnia 24.06.2012 16:39
Dziękuję Anushko, faktycznie czasem bardzo mało trzeba, jak w tym przypadku - po prostu do niego zagadałem pod sklepem i znów wróciło to, co piękne i wartościowe, choć nigdy nie pokłóciłiśmy się. Ale o tym pisałem w opowiadaniu.

Bardzo mi miło, że dałem Ci odrobinę wzruszeń i że odnalazłaś się w mojej historii.

Pozdrawiam niedzielnie i upalnie :)
dr_brunet dnia 25.06.2012 14:24 Ocena: Świetne!
"Podobało" to słowo nie na miejscu. Żywa i doskonale opowiedziana (nie-napisana) historia - stąd pewnie zarzuty o "gawędziarstwo". Nie przejmowałbym się jednak nimi. Doskonałe:)
mike17 dnia 25.06.2012 14:59
Dzięki bardzo, B R U N E C I E, za dobre słowo i docenienie mojej pracy.

Opowiadanie to pochodzi z mojej debiutanckiej książki - NA BŁONIACH ZAŚWIATÓW, której okładkę + krótki opis można obejrzeć w GALERIACH, a dokładnie w NASZYCH OKŁADKACH.

Pozdrawiam, ziom!
Wasinka dnia 26.06.2012 21:44
Nie do końca odnajduję się w Twoim pisaniu, wiesz zresztą o tym. Czasem mam wrażenie przewleklości - też o tym wiesz. I nie chodzi tu o gawędziarską nutę, którą przecież bardzo lubię, ale zwyczajnie o sposób jej wykorzystania, zagrania.
To tylko tak gwoli tradycyjnego marudzenia...
Klimat melancholijności osiągnąłeś, wspomnieniowy charakter nadaje specyficznego rysu opowieści. I cieszy mnie, że przyjaciele się jednak odnaleźli. Jak widać - warto zrobić ów przysłowiowy pierwszy krok, choć najczęściej łatwy nie bywa...
Zmierzchne pozdrowienia z budzącym się księżycem.
mike17 dnia 01.07.2012 16:31
Ja po prostu lubię pisać dłuższe rzeczy, nie cierpię szortów, stąd te opowiadania mają swoją długość.
Poza tym chce coś przekazać, a to wymaga słów, nie skrótów.
Nawet pozornie długie dialogi wnoszą praktycznie wszystko do treści.

Pozdrawiam i thanx!
OWSIANKO dnia 11.07.2012 15:56 Ocena: Świetne!
Mike17
Bardzo podoba mi się i temat, i sposób jego przedstawienia. Od razu widać, że umiesz pisać i masz talent. Utwór pobudził mnie do refleksji, za co Ci chwała. Jednakże co do wybaczania mam troszeczkę inne zdanie i być może nie jest to zdanie właściwe. Sam nie wiem, jakbym w tej sytuacji postąpił, ale chyba bym się nie przełamał. Choć może do pewnych decyzji trzeba dojrzeć.
pozdrawiam
mike17 dnia 17.07.2012 10:31
Dzięki wielkie Marku za czytanie i refleksje.

Pozdrawiam serdecznie.
Lezneh dnia 02.09.2012 12:48
Mike17, doceniam Twoją umiejętność poruszania czytelników, jednak w przypadku tej historii zafundowana dawka patosu jest moim zdaniem niewspółmierna do przedstawionych wydarzeń. I perspektywy, z jaką się je przedstawia. Po co tak się katować budowaniem sentymentalnego nastroju, jeśli na koniec mamy (na szczęście!) zwykły, ludzki happy end? Ponadto konstrukcja narratora (miłośnika wyzwań, ryzykanta) wobec języka, jakim się posługuje jest moim zdaniem nietrafiona.
ps. Pedro już czytał?
Lezneh dnia 02.09.2012 12:49
"perspektywy, z jakiej się je przedstawia" - chciałem napisać.
mike17 dnia 03.09.2012 16:25
Dzięki, że wpadłeś.
Pozdrawiam :)
imaginacja dnia 10.10.2012 11:23 Ocena: Świetne!
W większości mój komentarz mógłby być podobny do komentarza zajacanki.
Innych nie czytałam.
Jaki będzie mój, to okaże się za jakiś czas.
Teraz siedzę zapatrzona w monitor, zamyślona, z szeroko otwartymi oczami i ta historia jeszcze się we mnie dzieje.
Wrócę później tu jeszcze. Niech się ułoży, niech ochłonę.

Pozdrawiam słonecznie :)
mike17 dnia 10.10.2012 11:37
Imaginacjo!

Cieszę się bardzo, że mnie znów odwiedziłaś i z niecierpliwością czekam na twoje wrażenia z lektury.

Pozdrawiam słonecznie :)
imaginacja dnia 10.10.2012 12:14 Ocena: Świetne!
Mike

Właśnie - wrażenia. Bo wiesz, nie znam się tak w ogóle. Czytam i czasem piszę. I jedno i drugie właśnie wrażeniami, odczuciami, uczuciami, emocjami, obrazami itd itp.

A po przeczytaniu Twojej kolejnej z życia opowieści jestem pod naprawdę wielkim wrażeniem. Dużo się we mnie zadziało i ciężko to opisać.

Czas. W różnym znaczeniu i odmianach. Ma tu bardzo duże znaczenie.
W większości tekst mija jakoś szybko. Jakby było mało czasu na opowiedzenie historii tej przyjaźni. W ogólnym czasie pewnie to nie wielki fragment, ale tyle się wtedy zdarzyło, co zostawiło trwałe ślady już na zawsze. I tamten czas jakże cenny.
Też czytałam szybko i jakoś nerwowo. Zwłaszcza w tych gorszych momentach, ale wtedy w myślach wracałam do tego lipca. Przecież on był właśnie taki, więc zakończenie nie może być złe.
Pod koniec odetchnęłam, zwolniłam tempo.


I chociaż tyle czasu minęło i się w tym czasie wydarzyło i zmieniło, to jednak są pewne rzeczy stałe, czasem tylko wystarczy wyciągnąć rękę czy powiedzieć pierwsze słowo po długim milczeniu.

W dalszym jednak ciągu ciężko mi coś napisać. Pewnie trochę namieszałam,. Ale to przez to, że Twoim tekście jest taki ładunek emocji i obrazów. Tyle Ciebie, Twojego życia zwłaszcza tego, co w środku - niewidzialne a najważniejsze.

Szkoda, że drugi raz nie mogę dać świetne :)
mike17 dnia 10.10.2012 15:46
Bardzo, bardzo dziękuję!
Wzruszyłem się twoim komentarzem i teraz ja mam słodki zamęt w głowie :)
Życie samo pisze takie właśnie scenariusze, a my, bezwiedni aktorzy na jego scenie, odgrywamy je.
Wierzę w przeznaczenie, nie uznaję przypadku w losach człowieka.
To, że ta przyjaźń trwa już tyle lat, to właśnie cud przeznaczenia.

Czas bywa przyjacielem, jednym z najlepszych, i my - ja i Pedro to wiemy.

To nie ostatnie opowiadanie, w którym się pojawi.
Za jakiś czas kolejne, na faktach - historia mojej największej miłości, która też trwa do dziś ;)

Kłaniam się bardzo nisko i do następnego spotkania!
al-szamanka dnia 27.10.2012 17:46 Ocena: Świetne!
Trafiłam i tutaj :)
Jeszcze nigdy nie czytałam tekstu o przyjaźni takiego jak ten.
Niezwykłego.
Drżałam w każdym słowie, które tu napisałeś.
Rozsadza mi skronie i pali w przełyku, gdyż jestem z tych, co łkaniem odpowiadają na nadmiar piękna.
Bo Twój tekst jest piękny, Mike.
Wyjątkowo piękny.
mike17 dnia 27.10.2012 17:57
Szamanko!

Bo prawdziwa przyjaźń wzrusza, zwłaszcza w obecnym świecie, który z wolna zatraca wszelkie, pozytywne wartości, jak lojalność, honor, wierność czy odwaga.
Pojawia się na to miejsce relatywizm.

Ta przyjaźń jest i była niezwykła, utwór nie mógł być inny.
Przeszliśmy naprawdę długą drogę...
Dla mnie to zaszczyt mieć Pedra obok siebie i wiedzieć, że jest mi jak brat.
Musiałem uczcić Go tym utworem, bo w pełni zasłużył.

Niezwykłe były nasze dni i nadal są :)

Niezwykle mi miło, że znów przyszłaś do mnie z wizytą.
Mam nadzieję, nieostatnią.
Twój komentarz, jak miód na serce, uradował mnie szczerze!
Pozdrawiam serdecznie w ten śnieżny dzień!
duzyksiaze dnia 27.10.2012 19:29
Potraw iście wspaniałych mamy całe setki,
lecz nic tak nie smakuje jak tamte krewetki.
Każdy z nas w życiu przeżył przygód całkiem sporo,
lecz trudno jest przepłynąć samotnie jezioro.
Warto niechęć pokonać, urazy ukrócić,
można i do tej samej wody wspólnie wrócić.
Zatem gdyby ktokolwiek tutaj o to spytał,
powiem : ja tam nie wierzę w słowa Heraklita.
mike17 dnia 27.10.2012 20:50
Fajnie napisałeś, Duży!
Dzięki za odwiedziny i czas, który nam poświęciłeś.
Zapraszam jak najczęściej :)
marystewart dnia 07.02.2013 15:49
Dopiero zaczęłam buszować po tym portalu a już cię odkryłam:) teraz będę cię odkrywać dalej:)
świetna robota
pozdrawiam
puma81 dnia 12.04.2013 16:16 Ocena: Świetne!
Wpadłam sobie do Ciebie w piątkowe popołudnie, spośród wielu tytułów wybrałam ten, który podsunęła mi intuicja i rozsiadłszy się wygodnie przed monitorem, zadowolona wkroczyłam do Twojego świata. Teraz, już po lekturze, nieco zbita z tropu gapię się w szary świat za oknem, gdyż po raz kolejny w Twojej historii odnalazłam wątki z własnego życia. "Lato z Moniką" śmiało mogłabym nazwać "Lato z Robertem", natomiast "Pamiętasz, Pedro?" w moim przypadku to "Pamiętasz, Aśka?"(ale niestety bez happy endu). Przyznam, że moje emocje intensywnie się rozszalały.
Piękny tekst:)
... ehhh, nie mam już chyba nic więcej do dodania:)
mike17 dnia 12.04.2013 17:06
Hi, Kasiu! Nice to widzieć Cię znów pod moimi opowiadaniami.
Ileż mamy ze sobą wspólnego, sama spójrz :)
Musiałem wydusić z siebie tę opowieść, by oddać szacunek Piotrkowi, wiele razem przeszliśmy, idąc różnymi drogami, ale nic nas nie rozdzieliło.
Bo przyjaźń jest.
I jak miłość, zawsze znajdzie drogę.
Dziękuję za twoją wizytę i czekam na kolejną :)
Kushi dnia 14.04.2013 21:32 Ocena: Świetne!
Każda Twoja opowieść jest niezwykła, wzruszająca. Twoje słowa hipnotyzują, sprawiasz, że czytelnik przenosi się do świata, który opisujesz.
Tak samo tutaj...każdy z nas potrzebuje przyjaciela... takiego prawdziwego, któremu mógłby powiedzieć wszystko, zwierzyć się z rzeczy radosnych i tych gorzkich. Bywa również tak, że życie bardzo często wystawia właśnie takie...najprawdziwsze przyjaźnie... na próbę. To niezwykłe jeśli taka przyjaźń przetrwa.
Pięknie mike:)
Pozdrawiam uśmiechem:)
mike17 dnia 15.04.2013 14:14
Dziękuję, Kasiu, za chwilę ze mną i Pedro, i podróż do krainy ludzkich wzlotów i upadków.
Ale życie napisało taki a nie inny scenariusz.
I pisze go dalej.
My sami zmieniamy się z biegiem lat, lecz nasza przyjaźń, jak pokazał czas, jest jak skała.
Jeśli wzruszyła Cię moja prosta opowieść, tom kontent :)
Bardzo lubię twoje komentarze, czekam na każdy nowy.
Pozdrawiam Poetkę :)
Wiolin dnia 25.04.2013 10:33 Ocena: Świetne!
Witaj Mike. Kolejna niezwykła opowieść. Wiesz, chyba te autentyczne, z tyloma życiowymi potyczkami są najpiękniejsze..... No tak, ale i trzeba je umieć opowiedzieć. Ty to potrafisz. Pozdrawiam.
mike17 dnia 25.04.2013 10:54
Dzięki, Darku, za wizytę w świecie moich wspomnień :)
Masz rację - te historie, napisane przez życie, są najpiękniejsze.
Najbardziej zaskakujące, niesamowite.
Jak nasza przyjaźń, jak podanie ręki.
To jest dla mnie obok miłości najważniejsze w życiu.
Szlachetność i szczerość.
A Pedro ma u mnie specjalne miejsce :)

Pozdrawiam słońcem warszawskim :)
Figiel dnia 28.10.2013 21:24 Ocena: Świetne!
Krótko: ostatni raz rozryczałam się na " Stowarzyszeniu Umarłych Poetów" przy scenie finałowej. To było kilkanaście lat temu. I dziś jest drugi raz.
Ten tekst ma ogromny ładunek emocjonalny od pierwszego akapitu. Trafił we mnie jak pocisk dum - dum, z przodu mała dziurka, z tyłu połowy pleców nie ma, bo wewnątrz rozrywa.
darek i mania dnia 28.10.2013 22:19
przeczytałem, chwilami widząc siebie. w sumie to przez cały czas przewijał się wątek jeziora i krewetek. wspomnienie lipca . o przyjaźni mowa bardziej ogólnikowa ,trzy fakty= lipiec, Pedro w szpitalu, autor w szpitalu, maj po latach i budowa emocji słowami . Ciekawe i przejmujące opowiadanie
mike17 dnia 29.10.2013 15:04
Beatko, cóż tak to już jest, że życie samo pisze takie historie, są one wzruszające, bo mówią o naszych nagich uczuciach, a dla mnie przyjaźń to świętość i skała, na której od zawsze buduję.
A On i ja, takich drugich nie znajdziesz :)
Prawdziwa przyjaźń, jak prawdziwa miłość jest czymś przeznaczonym i znajdzie Cię, wcześniej czy później.
Dziękuję za nawiedzenie mnie znów!

Darku i Maniu, dzięki wielkie za czytanie moich wspomnień i cieszy mnie to, że się podobało.
Historia niby prosta, ale chyba nie do końca...

Pozdrawiam Was poobiednią sjestą :)
ajw dnia 07.01.2014 22:35 Ocena: Świetne!
Historia jakich wiele? Nie. Taka przyjaźń nie trafia się często .. "Trze­ba wielu lat by zna­leźć przy­jaciela, wys­tar­czy chwi­la by go stracić." jak powiedział J. Lec i to jest prawda. Przyjaźń jeszcze trudniej pielęgnować niż miłość. Wydaje mi się, ze wymaga wiecej poświęceń, ale gdy jest, gdy nam się trafia - warto zrobić wszystko, by trwała. Warto wybaczać ..
Napisałeś to takim językiem, że poczułam klimat dawnych dni. Moje beztroskie wakacje, przeżycia, które przypomniały sie dzięki temu opowiadaniu ..
Dzięki, mike :)
mike17 dnia 07.01.2014 22:44
To ja dziękuję, Iwonko, bo ta historia trwa już ponad 30 lat :)
Bardzo dbam o takie więzi i stawiam je na równi z miłością.
A skoro tyle lat minęło, a my z Pedrem ciągle razem, to cóż mogę powiedzieć?
Że chyba ludzie umieją się dobrać, połączyć, zrozumieć.
I nawet małe niesnaski nie rozdzielą.

Takich kumplusów mam jeszcze kilku, ale ten ma dożywocie na wszystko u mnie.

Niech żyje przyjaźń, więź, która nie ginie.

Dzięki, Iwonko :)
faith dnia 09.04.2016 11:34
No cóż... po raz kolejny dałam się zaciągnąć w ten świat, który tak skrupulatnie budowałeś przez całą opowieść. Myślę jednak, że należy ją potraktować bardziej uniwersalnie niż tylko jako historię o męskiej przyjaźni. Ja to odbieram jako historię o przyjaźni w ogóle, bo przecież relacje jakie budujemy nie zależą od płci, ale od tego jakim jesteśmy człowiekiem i co mamy w środku.

Jak widać czasami potrzeba wiele czasu, by zrozumieć pewne ważne kwestie, pozbyć się fałszywej zasłony stworzonej z niedopowiedzeń i zwyczajnie po ludzku porozmawiać. Nie trzeba wielu słów, często wystarczy tylko spojrzenie i spontanicznie odruchy, które płyną jakby gdzieś z głębi nas, niekontrolowane, a tłumione przez wiele lat.

Twoja historia wzrusza tym bardziej, że została oparta na prawdziwych wydarzeniach, jest bliska dzięki emocjonalnej narracji, której niektórzy mogliby zarzucić zbyt wielki patos. Ale, o ile zazwyczaj staram się go wystrzegać, o tyle w takim wydaniu w ogóle mi on nie przeszkadza, bo umiesz go ugłaskać. Sprawić, by nie wychylał się na pierwszy plan, tylko służył temu, co chcesz przekazać.

Należę do tego typu ludzi, którzy potrafią wzruszyć się do łez nawet na bajkach, więc nic dziwnego, że Twoja opowieść chwyciła mnie za serce:)

Ale żeby nie było tak do końca ckliwie, mam ze sobą garść pytań i sugestii:

Cytat:
Deszcz był ciepły i niebawem śmieliśmy się z niego, patrząc jak zza chmur śmiało wychodzi słońce i suszy nas swymi gorącymi promieniami.
- z tego, co mi wiadomo taka odmiana to regionalizm z gwary mazowieckiej, zastanawiam się więc, czy celowo go tutaj użyłeś, bo w tekście znalazłam kilka przesłanek ku temu, by podejrzewać, że tak, np.

Cytat:
Na zadurzeniu i otępiającej zmysły fascynacji, co odebrała ci resztki godności…
- kilka razy używasz takiej konstrukcji, która zdaje się dość kolokwialna. Dlatego ciekawi mnie, czy to specjalny zabieg:)

Cytat:
wnet stały przed nami tylko puste, ogołocone do cna, talerze.

Zerwał się potworny huragan i fale zniosły nas pod wysoki, porośnięty sosnami, brzeg.

Może pewne, wieczne napięcie
- przecinki zbędne.

Cytat:
zrobisz mi kilka szkiców ołówkiem mojej twarzy.
- a tu o jeden zaimek za dużo.

Podsumowując, udało Ci się po raz kolejny stworzyć historię o ponadczasowych wartościach, która nie tylko skłania do zastanowienia się nad własnymi relacjami, ale również wzrusza i zostawia ciepły ślad gdzieś na sercu.
Potrafisz doświadczenia, które masz na swoim koncie "przelać na papier" tak, by inni również mogli wyciągnąć z nich wnioski.

Pozdrawiam znad zimnych już fusów :)
mike17 dnia 09.04.2016 12:30
faith napisała:
Należę do tego typu ludzi, którzy potrafią wzruszyć się do łez nawet na bajkach, więc nic dziwnego, że Twoja opowieść chwyciła mnie za serce:)

Jakże bardzo właśnie to chciałem usłyszeć, Kasiu :)
Poza opowieścią o niektórych faktach z naszego życia chciałem wzruszyć, bo taka przyjaźń sama w sobie jest czymś, co chwyta za gardło i oczy robią się wilgotne.
Nasza przyjaźń wiele przeszła, więcej dobrego niż złego, dlatego to już tyle lat razem.
Mam szczęście do przyjaciół z wielkim stażem, ten jest rekordzistą - 38 lat, poznaliśmy się w piaskownicy.
Pedro pojawi się jeszcze w jednym opku, które Ci za jakiś czas wyślę.
Czułem, że muszę opisać tę znajomość.
Historia ta pochodzi z mojej debiutanckiej książki "Na błoniach zaświatów" (2009).
Wiem, że przy takich ludziach trzeba "chodzić" nauczyć się sztuki kompromisu, przymykania oczu na drobne wady, nieforsowania swego zdania za wszelką cenę, no i trzeba nadawać na tych samych falach :)

Na pytania i sugestie już odpowiadam:

Tak, to regionalizm, wszak jestem z Mazowsza i mamy tu różne własne wyrażenia, np.
To jest facet, co to go widziano, jak…
A powinno być: to jest facet, którego widziano, jak…

Pisząc „Pedra” szedłem na totalny spontan, opko powstało w parę godzin, potem kilkutygodniowe szlify, by nadawało się do czytania.

Przecinki faktycznie zbyteczne, więc fruną ad kosz.

Jeśli chodzi o łącznik „co”, to jeden z moich ulubionych, zastępujący „który”.
Chyba nie jest kolokwialny, widuje się go często w prozie, oto przykład znanej książki:
„O człowieku, co kulom się nie kłaniał” a może być przecież „O człowieku, który kulom się nie kłaniał”, zatem myślę, że warto używać naprzemiennie tych słówek, by struktury zdaniowe nie były monotonne i sztampowe.

zrobisz mi kilka szkiców ołówkiem mojej twarzy.

Tu „mi” oczywiście ad kosz i po sprawie.

Ponadto celowo używałem tu archaicznych form: swych, mych, twych, bowiem zależało mi na pewnej „historyczności” tej opowieści, by język był nieco stylizowany na dawny.
Ta historia toczy się na przestrzeni wielu dziesięcioleci.
Zresztą w czasach mojej młodości te formy były normą.

Jestem pod wielkim wrażeniem Twojego komenta i wrażliwości w połączeniu z umiejętnością obserwacji oraz wyczucia, co chciałem naprawdę przekazać.
Bardzo mi miło, że Ci się podobało i bardzo dziękuję za "wzruszenie" - to największa nagroda.
Dla takich słów warto pisać i publikować, by przejrzeć się w drugim człowieku.

The comment worth waitin' for!

Pozdrawiam Cię wesoło :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
pociengiel
23/07/2019 10:05
Dzięki za całość /trzy komentowane wiersze/. Zwłaszcza za… »
Florian Konrad
23/07/2019 09:51
jakoś mnie nie rozbawiło »
Florian Konrad
23/07/2019 09:50
słabe... nawet puenta nie ratuje... »
Florian Konrad
23/07/2019 09:49
ładny wiersz, ale przemyślałbym tytuł... za bardzo mi… »
Florian Konrad
23/07/2019 09:47
wróbelek- szatan :) wywal skrzydła losu, bo to kicz »
Florian Konrad
23/07/2019 09:46
zgadzam się z Miladorą »
Florian Konrad
23/07/2019 09:26
co do licha????????????? przecież pomysł splagiatowany z… »
Florian Konrad
23/07/2019 09:24
siakieś takie jakby dla dzieci... »
Florian Konrad
23/07/2019 09:23
matuchno, ale tasiemiec! »
Florian Konrad
23/07/2019 09:21
dużo pokracznych metafor, stworzonych na siłę, kaszani tekst »
Florian Konrad
23/07/2019 09:20
bardziej zrozumiałe od poprzedniego, kt. komentowałem :) »
Florian Konrad
23/07/2019 09:13
zlepek czasowników... »
Florian Konrad
23/07/2019 09:12
wariactewko jakieś szalone... »
Florian Konrad
23/07/2019 09:04
trochę za duże nagromadzenie ciężkoty ... »
Florian Konrad
23/07/2019 09:03
mi się zwyczajnie nie podoba i ma prawo :) »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:22
Najnowszy:Pizzanoes8
Wspierają nas