Dziadostwo cz.2 - dr_brunet
Proza » Inne » Dziadostwo cz.2
A A A
- Macie dziś żur, czuję - rozpoczynał, wpatrując się w jeden, nieokreślony punkt kuchennego sufitu - czuję. To co? Renta przyszła? - zwracał się już bezpośrednio, naświetlając babcine oczy jaskrawością niezgłębionego smutku - A ja nie mam dzisiaj co jeść. O! I pewnie torcik już w spiżarni?
Istotnie. Nigdy się nie mylił. Babcina renta, przychodziła na listonoszowych nogach już wczesnym rankiem, witała wszystkich domowników uśmiechem i perspektywą wieczornej biesiady, w każdy taki dzień, jako najmłodszy, musiałem biec do najbliższej cukierni po czekoladowe ciasto - clue de temps - uwieńczenie chwały rodzinnego zmartwychwstania.
Przybyłek nie był zwykłym dziadem proszalnym. Był dziadem żądalnym. Trudną sztukę negocjacji opanował do perfekcji, a - zmieniwszy futerkową miękkość pokornego błagania w stalowy pancerz bezwarunkowej kapitulacji, przynitowany do podszewki mimowolnego poczucia winy przeciwnika, podświadomie wyczuwając każdy ze słabych jego punktów - zawsze osiągał swój cel. Zanim obcięto mu nogę, pracował i mieszkał na żydowskim cmentarzu. Tu, przez lata, jak opowiadał: mył, stroił, zakładał tałesy z obciętymi frędzlami, odprowadzał, słuchał, zakopywał, inkasował. A co zarobił - to przepijał, w okolicznych knajpach czarował słuchaczy opowieściami o zmarłych starozakonnych, o tym, że wcale nie chowa się ich na siedząco i o tym, że wcale tak dużo nie zarabia, żeby wszystkim stawiać kolejki. Gdy trzeźwiał, pozaświadoma religijność weń wstępowała, po każdej uroczystości zjawiał się u nas w domu i, głosem dostojnym, podniósłszy prawą dłoń, a wskazujący palec skierowawszy ku niebu, recytował zapamiętany werset Księgi Daniela: "Lecz ty idź swoją drogą, aż przyjdzie koniec, i spoczniesz", a babcia, domagając się, by powtórzył to samo po hebrajsku, ładowała równocześnie na talerz ponadnormatywną porcję tego, co akurat było w domu. Wszyscy byliśmy pod wrażeniem jego niezwyczajnego pietyzmu w obchodzeniu się ze zmarłymi, w obchodzeniu się z obcojęzycznymi zmarłymi, i tego, że swoich - jeszcze żywych - po godzinach - pałował z równym, co funeralne, zaangażowaniem. Pił - za ile starczało, a picie swoje uważał za całkowicie logiczny skutek ciągu przyczynowego, część misji, jaką tu, na Ziemi miał do spełnienia.
- Pani kochana - odpowiadał babci, gdy ta zahaczała w rozmowie o drażliwy etanolowy temat - pani kochana, toć dwóch największych łotrów wszechczasów bylo abstynentami: Hitler i Beria! Znaczy to, że, nie ujmując pani w niczym, najdroższa, dobroć ludzka mierzy się na kielichy, nie inaczej. Żeby dobrze pracować, trzeba pić, a w domu, z bachorami na trzeźwo człowiek nie wytrzyma.
Chyba nikt z nas nie wiedział, czy Przybyłek miał dzieci. Podobno było ich kilkoro - część wygnał z domu, część przeklął, a reszta - sama uciekła. Żonę zaś - miał na pewno. Wypasione Dreies K. (Kinder, Kuche, Kirche), z pomocą pięści, zredukował do niezbędnego Eine K., jego ślubna tygodniami nie wychodziła z domu, a kolejne podawane do stołu zbyt słone zupy, oznaczały jej twarz co raz to wymyślniejszymi kształtami sińców.
- Zobaczycie, wezmą ją kiedyś żywcem do nieba! - wzdychała babcia, dziadek nigdy jej nie bił, ba, nawet nie podniósł na nią głosu, i ów spokój w małżeńskim obcowaniu, oddalał, w jej ocenie, szansę na uzyskanie przedśmiertnej świętości.
Niestety, ktoś na górze, nie docenił kuchennych sukcesów Przybyłkowej, nie wziął pod uwagę artystycznie zdeformowanego kształtu jej nosa, zbagatelizował światłocienną aurę odbijaną od różnobarwnych efektów pedagogicznych rękoczynów jej męża, ktoś na górze zapomniał o babcinych sugestiach. Któregoś dnia, wraz ze stukiem mosiężnie zakończonych kul, do naszego domu wdarła się ponura wieść o raku, piorunującym, niespodziewanym efekcie rutynowych lekarskich auskultacji, auskultacji, jakim, na żądanie męża, poddała się owa posłuszna niewiasta, auskultacji w skutkach - nieobliczalnych.
- To po coś pan ją wysyłał do tego szpitala? Jak można tak złego prowokować? - babcia, odwrócona w stronę kuchenki, trzymała już chochlę - Kochanie, podaj panu talerz!
Zastawa w mig znalazła się na stole, przed gościem.
- Jak to po co? Coraz chudsza była, pani widziała - wymlaskał Przybyłek, wbiwszy swoje mackowate oczy w dno naczynia, mlaskał coraz głośniej, mamlał, ślimtał, nigdy wcześniej tak obficie nie okraszał sąsiedzkiego obiadu, ale tym razem, nad strugami spływającej z kącików ust zupy górowały inne krople, dopiero co oderwane od jego policzków. Nie widziałem dotąd takiego zjawiska. Ciecze dublowały się, mieszały, nie tyle współistniały, ile - uzupełniały się wzajemnie, wzmacniały tony. Bolero? I usłyszałem ich słoną muzykę, zobaczyłem fragment matematycznego kodu, gęstniejącego na pięciolinii wraz z każdym następnym łykiem, coraz to mocniej akcentowanego, mocniej, dobitniej, dostojniej. Requiem?
- Teraz musi się pan nią zaopiekować - postanowiła babcia - zaniesie jej pan moją zupę.
- Ale co to da?
- Jak to co? Jest pan jej to winien.
Na dżwięk słów: "winien", "dłużny", zazwyczaj bez słowa wycofywał się za drzwi, nie tym razem jednak. Wciąż siedział, oparty o blat, zgarbiony, a lepkie oczy mitycznej Chimery nieprzerwanie drążyły miejsce, gdzie przed chwilą ów niespodziewany wodny koncert majestatycznie dobrzmiał do końcowego Amen.
- Lecz ty idż swoją drogą, aż przyjdzie koniec, i spoczniesz...
- Nie spoczniesz, nie spoczniesz, masz tu pan zupę i wypylaj pan do tego szpitala! - babcia bywała czasem ckliwa, ale bywała też metodycznie okrutna, dlatego przez kolejnych kilkanaście dni Przybyłek wędrował, w te i we wte, sunął, za pomocą tych swoich szczudeł - od szpitala do babcinej kuchni, tam i z powrotem, niczym opancerzony garnkami transporter: marchwianek, rosołów, krupników i kartoflanek. A kiedy, któregoś dnia, oznajmił:
- Moja chce dziś ogórkową! - domyśliliśmy się, że to już koniec.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
dr_brunet · dnia 28.06.2012 20:12 · Czytań: 3196 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 6
Komentarze
zajacanka dnia 30.06.2012 01:18
No i mnie zaczeło wciągać, brunecie. Z dużo większą sympatią spojrzałam na jednonogiego.
Lecę do następnej części!
dr_brunet dnia 30.06.2012 08:38
Cieszę się:)
mike17 dnia 30.06.2012 09:35 Ocena: Bardzo dobre
Historia zaczyna się rozkręcać i poznajemy tego pana bez nogi od nowej, nieco rodzinnej strony, no i alkoholowej.
O namolności nie wspomnę.
Fajnie się czyta i nic nie zgrzyta!
dr_brunet dnia 02.07.2012 09:38
Taka namolność to sztuka:) Miło że zaglądasz do moich wypocin:)
Wasinka dnia 03.07.2012 09:20
No taki nieco rozmiękczony nasz bohater tutaj... Jednak te siniaki u żony... Ech. Przyćmiewa mi to tę jego "subtelniejszą" stronę...
Co do stylu i języka - już wiesz.
Rytm czytania mi się nico zaburzył w związku z szykiem, końcowością i pewnie długością czasownika równocześnie ("pozaświadoma religijność weń wstępowała";).
Pozdrowienia upalno-lipcowe.
dr_brunet dnia 03.07.2012 18:29
Odpozdrawiam burzowo:)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
al-szamanka
24/04/2019 21:41
Powiem Ci tak: Wiersz byłby o wiele lepszy, gdyby był… »
Marek Adam Grabowski
24/04/2019 13:36
Bynajmniej nie chodzi o błędy językowe; lecz o to, iż temat… »
Miladora
24/04/2019 12:50
Witaj poświątecznie, Hope. :) Będzie krótko, bo nie mam się… »
Berele
24/04/2019 10:19
Zdanie w 2 zwrotce jest nienaturalnie długie. To nie jest… »
pociengiel
24/04/2019 08:33
Chyba tak mam czas do wieczora. »
al-szamanka
24/04/2019 08:23
Fajnie, że się podobało. Dziękuję za poczytanie i miły… »
al-szamanka
24/04/2019 08:21
Odjazdowy tytuł :D Najbardziej podoba mi się słońce… »
lew morski
24/04/2019 03:44
Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz – myślałem, że… »
Abi-syn
23/04/2019 21:28
Hejka Wiki to prawie jak ja, :) , też rzadko, też z… »
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
ShoutBox
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:55
  • Cholera jasna! Co mnie tu znowu przygnalo? :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:54
  • By ich nie spalic, troskliwie zawijaj w sreberka. /Swistak/ :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:52
  • I pamietaj by wsrod przypraw , byla oliwy kropelka.
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:51
  • Juz niedlugo, za dni pare. Idz po piwko, nie gitare. Rozpal grilla a w sam zar, wloz kartofli kilka par.
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:yxutyf
Wspierają nas