Johimbina cz.2 - dr_brunet
Proza » Inne » Johimbina cz.2
A A A
Miejsce Tam Gdzie Nikt Cię Nie Znajdzie okazało się być niewielkim, dechami zabitym siołem, kilka domostw, rozrzuconych wzdłuż polnej drogi, broniło obcym dostępu do lasu, poorane mrozem zaspy, spękane smutkiem, niczym dziadkowe policzki w Wielki Piątek, koronami swoich szczytów majestatycznie sięgały ku niebu, w oczekiwaniu. A w niecierpliwości tej, zdawało by się, niegnuśnej, pośrodku, otoczony murem, stał ceglany, prosty budynek, zwieńczony spiczastym dachem, rozświetlony rozstawionymi wokół lampionami.
- Tu jest twoje miejsce - powiedział tato. - Tu zostaniesz.

Wnętrzem domu władała czysta, nieskalana miejskim blichtrem prostota, wysublimowany rodzaj artystycznego miłosierdzia, spieszącego na ratunek wszystkim zagubionym i zbłąkanym, pragnącym choć przez chwilę poczuć ciepło rodzinnego domu. Był to klasztor, witający przybyszów uśmiechem pilnującej furty Panienki z Lourdes, lecz jakoś - niezwyczajnie - przytulał delikatnym ciepłym powiewem kominkowego ognia, pieścił zapachem swojskiego jadła, czarował magią kwiatów, rozpiętych w baldachimie ponad, królującym na głównej ścianie holu, hakowatym, wypełzającym z portretu, nochalem nieznanego świętego.
- To Karol Boromeusz, nasz założyciel - oznajmiła mniszka - o twarzy pięknej, dopiero co wykrojonej z żurnala - widząc, jak niepokornie wbijam swoje gówniarskie ślepia w ten, sterczący, nieprawdopodobnej wielkości, organ powonienia. - Nauczysz się.
Tego samego wieczora zjawiła się, bezszelestnie, u wezłowia mojego łóżka, i, wsunąwszy pod kołdrę niewielki, w skórę oprawiony tomik, wyszeptała, powoli, niczym modlitwę:
- Ty też będziesz kiedyś taki, jak on.
Nie minęło kilka dni, przysięgam, już chciałem nim być. Rozpłynąłem się w tym domu, w każdym jego kącie znajdowałem zalążki cudów: przeistaczałem się podczas porannych mszy, w refektarzu - stawałem się świeżo upieczonym chlebem, warzywem, południową porą wywlekanym ze spiżarniego chłodu i wieczornym różańcowym paciorkiem, wypieszczonym smukłymi palcami matki przełożonej. Pokochałem siostry: i strzelistą Synezję - nieprzyzwoicie wypychającą mi kieszenie spodni najróżniejszymi łakociami, i Amatę - niepozorną intelektualistkę, znad okularow, zsuniętych na zastygłe w fazie wydechu nozdrza, drżeniem gałek - wyrzucającą swój wzrokowy niepokój, wreszcie - Sebaldę - hafciarkę, złotem inkrustującą tkaniny, niczym Fidiasz swojego Zeusa, mistrzynię chryzelefantyny, która okazała się być babciną siostrą, wszystkie one miłośnie współistniały ze mną, a ja z nimi, per ipso et cum ipso et in ipso, od świtu do zmierzchu, od jutrzni do nieszporów, niewinnie, doskonale, ostatecznie.


Najbardziej magiczna - Sebalda - filigranowa, o rozstrzelonej fizjonomii Louisa de Funes, babcina siostra, śpiewająca po niemiecku cudownym, bawarskim akcentem, amatorka piwa, po które, każdej niedzieli, posyłała miejscowych chłopaków, przynosili w stągwiach, niczym kananejską wodę, a ona - odmawiając krótką modlitwę, rozpoczynała oktoberfest iście vo Minga (kto jej dawał dyspensę - nie wiadomo), częstokroć trwający aż do wieczornej modlitwy, kiedy to przerywała chmielową fiestę, precyzyjnie, jak czas, wskazywany przez (noszoną przez nią za pazuchą) srebrną przedwojenną busolę z Schaffhausen (memento mori - tak ciotka nazywała to urządzenie) i , wypełniona po brzegi kilkoma litrami złotego płynu - wracała do zakonnego życia: Deus, in adiutorium meum intende. Domine, ad adiuvandum me festina.


Podarowaną mi książkę znałem na pamięć już po tygodniu, każde słowo, cytat, w te i we wte, żyłem w tych stronicach, w głębi rozdziałów, nocami istniałem jedynie tam, w dalekich Włoszech, prowadziłem pokutne procesje, bosy, ubrany jedynie w włosienicę, drżący febrą, ale szczęśliwy, nad ranem koniuszkami palców zbierałem resztki ciepła z pokrytej skórą książkowej oprawy, schowanej pod kołdrą - w miejscu, w którym matka przełożona pozostawiła ją owego pierwszego wieczora. Tylko jeden fragment budził wątpliwości, niepokój, inny rodzaj gorączki - ten, w którym młody Karol, goszczący u jednego z francuskich książąt, kładąc się spać, zastawszy w swoim łożu nagą kobietę, w dramatyczny sposób pozbył się jej, po czym, natychmiast, ciemną nocą, opuścił swojego gospodarza, nie bacząc na niebezpieczeństwa nocnego podróżowania. Kiedyś, zapytałem jedną z sióstr o sens tej opowieści.
- Uciekł przed grzechem - oznajmiła. - Naga kobieta to złego kuszenie.
- A co jest złego w kobiecie? - nie dawałem za wygraną, gówniarz.
Uśmiechnęła się.
- Zobaczysz. Kiedyś zobaczysz.


Pierwsza odwilż na klasztornym podwórzu nadeszła wraz z warkotem rodzicielskiego Trabanta, triumfalnie wyśpiewującego wiosenny powrót mamy i mój - do domu. Babcina kuchnia wyglądała dokładnie tak samo jak wówczas, gdy ojciec zabrał mnie na pobożne zimowanie - na rozżarzonej płycie bulgotał żur, Przybyłek, wbiwszy cyklopowy wzrok w dryftujący garnek, czekał na koniec bulgotania, dziadek, nachylony nad paleniskiem, ryrał, podjudzał ogień, słowem - nic się nie zmieniło. Z czasem - zaczęły znów przychodzić - najpierw listy, pachnące daleką zagranicą, tadellos stilistisch, a następnie - wyczekane przez wszystkich, pakety. I tylko noce, inne niż do tej pory, inkrustowane skórzanym ciepłem książki, lejdejskiej butelki, a może raczej - boromeuszowej - wstydliwie podkołdernej - stawały się różańcem sennym feber, pokutnych pieśni i panicznego lęku przed grzechem.
Moją karolową, oprawioną w skórę sypialnianą tajemnicę, babcia dostrzegła prawie natychmiast, postanowiła zatem, że w przyszłości - zostanę księdzem. Uszyła mi ornat, bogato zdobiony, zwieńczony pasem z wyhaftowanymi złotem literami IHS, wypożyczyła od Księdza Dziekana Rzymski Mszał, a ja, śpiewnie sylabizując każdą z zapisanych w nim łacińskich strof, odprawiać zacząłem regularne msze, na ołtarzu zbudowanym na fundamentach sypialnianej garderoby, gdzie tabernakulum stanowił, zamykany na kluczyk, barek, w którym wcześniej leżakowały, poskładane w kostkę, pachnące naftaliną, przygotowane na wypadek śmierci, babcine ubrania. Doszedłem wkrótce do prawdziwego mistrzostwa - opanowawszy (z pomocą dziadka, jak nikt inny, obeznanego z Kanonem) wszystkie gesty celebranta, nauczywszy się na pamięć wszystkich liturgicznych niuansów - wędrowałem, przyozdobiony, po całym domu, uroczyście rozdzielając komunikanty - małe okrągłe hostie wycięte ze świeżych jabłek, chowane w kryształowej kustodii - ślubnej pamiątce babci - zamykane na noc w prefuneralnej ciemnicy. Pojawił się jednak problem - ciało jabłkowe, chrystusowe - dość szybko czerniało, stawało się nieprzyswajalne, obce - nowym, dziwnym i przykrym zapachem, postanowiłem więc przedyskutować ten fakt z najlepiej poinformowanym.
- Każde ciało się kiedyś psuje - odparł dziadek.
- Nie mów mu takich rzeczy - wtrąciła babcia - ciało Chrystusa psuć się nie może.
- Chcesz powiedzieć, że istnienie Boga nie jest sprzeczne z biologią?
Odpowiedziało mu jedynie wzruszenie ramion, dnia następnego zaś, z samego rana, do drzwi zapukał kościelny - z paczką od Księdza Dziekana - w której, prócz błyszczącej zielenią stuły, leżały, jeden przy drugim - niekonsekrowane małe okrągłe opłatki. Corpora Christi.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
dr_brunet · dnia 03.07.2012 08:48 · Czytań: 3057 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 11
Komentarze
shinobi dnia 03.07.2012 10:42
Za dobrze piszesz, aż mnie zazdrość bierze. To refleksja po części 1 i 2 "Johimbiny", która oczywiście utrzymała poziom Twoich najlepszych tekstów. To o czym piszesz jest mało istotne, przynajmniej dla mnie, mnie po prostu cieszy patrzenie na to jak piszesz, jak składasz zdania itd. Dobrze wplatasz też dialogi, a to nie jest łatwe.

Chyba nie cierpisz też na przypadłość zwaną "brak motywacji", bo publikujesz często. :)
zajacanka dnia 03.07.2012 14:57
To, o czym pisze dr_brunet jest istotne, shinobi. Przynajmniej tak czuję. To cała wielka podróż po czasach dojrzewania, rozwoju duchowego, postrzegania świata, religii, ale też i fizyczności. Ta częśc jest inna od pierwszej, właśnie bardziej emocjonalna, niż przyziemna. Czyta się z dużą przyjemnością, buszując niejako, odkrywając świat z bohaterem.
shinobi dnia 03.07.2012 17:00
Zajacanko, moją uwagą chciałem tylko podkreślić bardzo dobry warsztat i zasugerować, że Doktor nawet spisując nazwiska z książki telefonicznej, prawdopodonie spisałby się na piątkę. :)
zajacanka dnia 03.07.2012 17:36
Też tak myślę! :D:D:D
dr_brunet dnia 03.07.2012 18:28
To do pisania trzeba mieć motywację? Mnie - wystarcza szklaneczka whisky:) Przesadzacie - od jutra biorę się za książkę telefoniczną:)
shinobi dnia 03.07.2012 19:53
Muszę zatem wrócić do procentów. ;)
Jaga dnia 03.07.2012 22:37
I po co było to:"buhahahaha", skoro miałam rację!
Dobra Cobra dnia 04.07.2012 10:28
Ach, doktorze brunet! Kolejną szklaneczkę stawiam ja. Strasznie płodny twórcą ostatnio się stałeś...


Ukłony,

DoCo
dr_brunet dnia 05.07.2012 15:11
Shinobi-no to na zdrowie:)
Jago - powtarzam: buhahahahaha:)
D-C - masz rację - najwyższy czas na urlop:)
mike17 dnia 07.07.2012 10:51 Ocena: Bardzo dobre
Lektura prima sort - czytałem z prawdziwym zainteresowaniem, zwłaszcza że akcja ruszyła z kopyta.
Lubię twój styl, panie Brunet, i myślę, że nie tylko ja :)

Fajnie to namalowałeś.
dr_brunet dnia 11.07.2012 15:42
Mike 17-dzięki:)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
lew morski
24/04/2019 03:44
Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz – myślałem, że… »
Abi-syn
23/04/2019 21:28
Hejka Wiki to prawie jak ja, :) , też rzadko, też z… »
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
pociengiel
23/04/2019 10:01
Dzięki. Jest najlepsza. Aczkolwiek zaszalałem dodając cztery… »
allaska
23/04/2019 09:38
Popracowalabym nad ostatnia strofa:) »
AntoniGrycuk
22/04/2019 21:14
Marku, dzięki za nalot na tę mini-miniaturę. I za taką… »
Marek Adam Grabowski
22/04/2019 20:18
Świetne. Tylko tyle i aż tyle. Pozdrawiam »
maleo
22/04/2019 10:31
Pełen uczuć, słodki :) »
al-szamanka
22/04/2019 05:26
Hmm, widać wyraźnie, że puenta ma tu być z założenia mocna i… »
Scareto
22/04/2019 01:28
Dziękuję ślicznie za wizytę! :) Czy puenta nie wydaje się… »
ShoutBox
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
  • AntoniGrycuk
  • 22/04/2019 18:12
  • Dzięki. Choć logicznie to brzmi, jakby chodziło o znaczenie słowa winny w sensie długu, a nie przyczyn wydarzeń.
  • al-szamanka
  • 22/04/2019 18:02
  • Jestem winny WSZYSTKIEMU... WSZYSTKIEMU jestem winny.
  • mike17
  • 22/04/2019 16:51
  • Nasza zabawa trwa. Głosujcie w MUZO WENACH 7, łatwo czytać miniatury, bo jest ich niewiele. Dlatego liczę na Wasz odbiór i cenne głosy. Czekają na nie też Autorzy, którzy zaszczycili konkurs :)
Ostatnio widziani
Gości online:14
Najnowszy:6jordanc1491gr9
Wspierają nas