Mój Himilsbach - mike17
Proza » Miniatura » Mój Himilsbach
A A A

Hotel „Solec”, rok 1987, Warszawa, Powiśle.

Wpadaliśmy tam często, my małolaty, gnojki w zasadzie.
Niby już dorośli, na pewno nie dzieci.
Wszyscy mieliśmy parcie na szybką dorosłość.
Wielu z nas miało już za sobą pierwszego papierosa, ostre chlanie, ucieczkę z domu, brutalne bójki czy pierwszy stosunek z dziewczyną.

Kiedy go poznałem, miałem dokładnie piętnaście lat i byłem dobrym, dzikim chłopcem.
W niedzielę służyłem do mszy, a w tygodniu randkowałem z Kasią, poznając zakamarki jej ciała, najczęściej u niej w domu, kiedy rodzice byli jeszcze w pracy.
Stawiałem włosy na cukier, grałem na gitarze w zespole rockowym i kląłem jak szewc.
Wszedłem do hotelu „Solec” kupić sobie za dolary (wtedy były bony) nowe wranglery.
Był tam spory sklep z zachodnimi towarami, o których marzyliśmy dniem i nocą.
W hotelowym barze, gdzie często urzędowały luksusowe prostytutki, cinkciarze, bananowa młodzież i ówczesny światek przestępczy, pan Janek łoił tego dnia od rana gorzałę z okolicznymi żulami, którym stawiał, jak i sobie, na kreskę.
- Kurwa, chłopaki, ale ona miała uda! – zawołał w chwili, kiedy po zakupie wymarzonych, kultowych spodni, próbowałem przy barze kupić coca colę. Choć byłem szczawiem, prezentowałem się okazale - byłem dość wyrośnięty i dobrze zbudowany, od roku uprawiałem boks i kulturystykę, więc babka za ladą wzięła mnie za mojego starszego brata, którego nie miałem, bo mam siostrę.
Pan Janek wymiatał nielicho.
Tłukł co chwila swoją laską o podłogę i wykrzykiwał coś pod adresem komuny, której jako jeden z niewielu w owym czasie wcale się nie bał.
- Kurwa, panowie, ona mnie dała to, co baba powinna dać mężczyźnie! Z taką kobitą człek wie, że żyje! – wołał pan Janek, ciesząc się jak dziecko, na chwilę zapominając o swej nienawiści do ustroju.
- Była gorąca? – spytał koleś w berecie.
- Jasne.
- Znała się na „tych” sprawach?
- Jak nikt.
- I spotyka się pan z nią dalej?
- Jest moją żoną.

Patrzyłem, jak pan Janek palił papierosa.
Był Bogartem w tej chwili, przynajmniej dla mnie.
Boggie też tak palił w „Casablance”.
Pan Janek miał swoją własną odmianę klasy, i choć był człowiekiem z marginesu, na naszej ulicy wielu ludzi szanowało go za jego filmowe role i spuściznę literacką. I za to, że umiał być zwykłym, klawym ziomem.

- Te, mały, chono tu! – zawołał do mnie.
Miał dość stanowczy charakter i zazwyczaj dostawał to, co chciał.
Zwłaszcza, kiedy miał już ostro w czubie.
- Tak? – spytałem.
- Siadaj. Pogadamy.
- O czym?
- O życiu.
- Czyli?
- Miałeś kiedyś kobietę?
- Tak. Mam cały czas.
- I jest ciasna?
- Jest.
- Miałeś ją, kiedy chciałeś?
- Zgadza się.
- To czego się napijesz?
- Piwa.
- Dla niego „Żywiec” – krzyknął do barmanki.
- Panie Janku, oglądałem filmy z panem – rzekłem mocno poruszony tym, że właśnie do mnie zagadał, a wcale nie musiał.
- Pieprzyć to. Prawdziwe życie jest w knajpie i w łóżku z dobrą dupą.

To, co potem

Kiedy mnie już bliżej poznał i po swojemu zaakceptował, piliśmy razem wiele razy, zawsze w barze hotelu „Solec”, który był na naszej pięknej ulicy, a teraz nazywa się jakoś inaczej, bo ktoś go kupił, sam hotel zburzono i na jego miejscu stoi w tej chwili osobliwy potworek.
Zawsze mnie dziwiło, że barmani nie sprawdzali, ile mam lat – fakt, że ktoś pił z panem Jankiem, czynił go natychmiast nietykalnym.
Nasza znajomość trwała niecałe dwa lata, ostatnie lata jego życia.
Raz on mi stawiał, raz ja jemu.
Miałem spore kieszonkowe za dobre stopnie, więc inwestowałem w tę znajomość.
Czułem, że warto, bo to nieprzeciętny gość.
Rozmawialiśmy przy piwie o istocie bytu, kobietach, szkole i całym tym gównie.
Twierdził, że czyta w domu Pismo Święte i znał je na pamięć, czym mnie nie raz zaskakiwał.

Często opowiadał o żonie, którą kochał miłością prostą i uczciwą, i narzekał, że zmarnował jej życie.
Jakże drżał mu wówczas głos…
Ale ona nigdy od niego nie odeszła, akceptując go takim, jakim był.
Święta kobieta.
Był szczery do bólu.
Zadawał czasem naprawdę krępujące pytania, wręcz niesmaczne, ale miał w sobie coś takiego, że mu się wybaczało bez szemrania – nie robił tego złośliwie, to nadmiar alkoholu sprawiał, że tracił poczucie taktu.
Bywało, że wprawiał mnie w zakłopotanie, kiedy opowiadał detale ze swego życia seksualnego, które każdy inny człowiek, przemilczałby.
Robił to, kiedy już był na bani – wówczas puszczały mu wszelkie hamulce.
Wtedy też z lubością klepał po tyłkach przechodzące kelnerki.
One kwitowały to uśmiechem, znały jego obyczaje.
I kiedy przypomniał sobie, już będąc trzeźwym, że coś nawywijał, szczerze wszystkich przepraszał i żałował… do następnego razu.
Bluzgał okrutnie, jak ja w tamtych latach.
W jego ustach nabierało to jednak formy wulgarnego artyzmu, czegoś ściśle integralnego z jego sposobem bycia, postrzegania świata, ludzi i siebie.

Raz, w barze, kiedy nie spodobała mu się grupka klientów, typowa zbieranina tępych dupków z dobrych rodzin i ich równie ograniczonych umysłowo lasek, śmiejąca się zbyt głośno, jakby chcieli za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę, wstał, podszedł do ich stolika i wypalił:
- Grzecznie państwa proszę, proszę mi stąd wypierdalać.
Po czym spokojnie wrócił do swojej szklanki piwa i do mnie.

Był tęgim oryginałem – dziś już się tacy nie rodzą.
Razu pewnego, w maju, jeden z nas obchodził hucznie dziewiętnaste urodziny.
Pan Janek wpadł na genialny pomysł, aby iść nocą w trakcie balangi do naszego parku, gdzie stoi ogromny pomnik Sapera, i zakosić stamtąd wieniec, złożony wcześniej przez żołnierzy.
Tak też uczyniliśmy: on, Pele, Szulu, Łysy i ja.
W ten sposób Kapiszon stał się posiadaczem ogromnego, okrutnie ciężkiego wieńca, o średnicy grubo ponad metr, który otrzymał z rąk samego pana Janka.

Śmierdział na kilometr tanimi papierosami, których wypalał naprawdę dużo.
Czasem miał dość osobliwy kaprys, polegający na tym, że odrywał filtr, żeby poczuć większego kopa – palił i pluł, pluł i palił, i mawiał, że tak robią „ruskije matrosy”.
Był na swój sposób moim idolem.
Zawsze ciągnęło mnie do naturalnych twardzieli.
Nieraz odprowadzałem go do domu, bo kulał i chodził z trudem o lasce.
Wielokrotnie brał mnie pod rękę, bo chodzenie w stanie „nieważkości” sprawiało mu już poważne problemy – zdrowotnie był ruiną…
Na koniec zawsze obejmował mnie ramieniem i przytulał.
Widok był to nieco osobliwy, bo sięgał mi do ramienia.
Tak zawsze mnie żegnał, jakbyśmy się mieli już nigdy nie spotkać.
I życzył dobrej nocy.
Potem szedł do siebie, podśpiewując wesoło pod nosem.

Miał niesamowite poczucie humoru, którym doprowadzał nas do łez.
I romantyczną, choć kanciastą i najeżoną setką kolców duszę.
Taki był pan Janek.
Dla wielu pijak, degenerat, żul i zakała społeczeństwa.
Nie dla mnie.
Miałem okazję poznać go dość blisko, na tyle, na ile mi pozwolił, i dziś po latach wiem, że takie znajomości zdarzają się raz w życiu.
Ja miałem ten zaszczyt poznać Króla Naturszczyków.
I to nie ja wybrałem go, bo byłem wówczas cienkim w uszach leszczem, ale on mnie.
Zapewne zaważył zwykły przypadek, pijackie olśnienie.
Bardzo lubił pić z młodziakami, sprawiało mu to dziką radochę – może chciał się po prostu w ten sposób odmłodzić?
W towarzystwie był zawsze najstarszy i to on jako senior i autorytet rozpoczynał picie.
Taki mały rytuał – nikt nie zaczął, dopóki on tego nie uczynił.
I gadał do nas jak ojciec, jakby chciał nas ostrzec przed całym syfem tego świata.
Jeśli ktoś oddałby ci w potrzebie ostatnią koszulę, tym kimś byłby właśnie on.

Bez dwóch zadań, prawdziwym szpanem i splendorem w owym czasie było należeć do jego otoczenia i zdobyć zaufanie tego niezwykłego człowieka – w oczach rówieśników uchodziło się wtedy za gościa i kogoś wyjątkowego.
Nie wszyscy z nim pili – niektórych tylko częstował fajkami i na tym się kończyło.
Podejrzewam, że w różnych okresach czasu kręciło się koło niego około piętnastu małolatów, których mocno ekscytowało melanżowanie z nim, „ Polaków rozmowy”, swoiste wchodzenie w dorosłość (jego złote rady odnośnie seksu) lub choćby samo jego towarzystwo.
Choć nie należał do przystojniaków, ani do ludzi kochających cały świat za friko, było w nim sporo ciepła i dobroci, ukrytej pod twardą skorupą wulgarności i pozornego prymitywizmu, którym raził zwłaszcza tych, których nie lubił.
O naszej znajomości, rzecz jasna, rodzice dowiedzieli się długo później, kiedy już mogłem im szczerze o niej opowiedzieć.

I kiedy zapił się na naszej ulicy w 1988 roku, wielu płakało za panem Jankiem.
Wśród nich byłem i ja…
Jego młodociany kumpel od picia i rozmów o życiu.
Ktoś przez chwilę bliski, szkoda, że na tak krótko.
Wciąż widzę jego kanciastą twarz i słyszę chrapliwy głos:
- Michał, one nas, kurwa, naprawdę kochają, tylko trza je solidnie zerżnąć.

Taki był pan Janek.
Szczery i prosty.
Miał swoje własne widzenie świata.
I takim go zapamiętam.

Pisząc te słowa, widzę z okna dom, w którym mieszkał.
Choć odszedł, dla mnie wciąż przechadza się po mieszkaniu, pali papierosa i mówi, uśmiechając się przewrotnie: „Baby i chlanie to najlepsze rzeczy, jakie Stwórca dał nam w prezencie”…



14 września 2012

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 20.09.2012 07:31 · Czytań: 2749 · Średnia ocena: 4,58 · Komentarzy: 82
Komentarze
maarynarz dnia 20.09.2012 09:04
No i to jest to. Ładny kawał prawdy o życiu. Bez zbędnych słów i zadęcia tzw. artystycznego. Czytam i widzę "Solec", stoliki,wszystko spowite w papierosowym dymie, słyszę rozmowy, te głośne i te ciche. Gratulacje.
Aleksandra Fiodorowa dnia 20.09.2012 11:31
Czytałam z przyjemnością. Wytrwałam do końca, a to rzadko mi się przytrafia :)
Dobra Cobra dnia 20.09.2012 11:47 Ocena: Bardzo dobre
Super jest! Lietartura faktu - rzekłbym.

Pozdrowienia

DoCo
zajacanka dnia 20.09.2012 12:50 Ocena: Bardzo dobre
Tak, bardzo ciekawe, osobiste niemal (?).

- Michał, one nas, kurwa, naprawdę kochają, tylko trza je solidnie zerżnąć. - a to zdanie najlepsze z całego tekstu! Kwintesencja życiowych relacji damsko-męskich. :)

Ukłony.
ekonomista dnia 20.09.2012 15:23
Mike po prostu próbuje już pisać autobiografię ;)
Dobra Cobra dnia 20.09.2012 16:12 Ocena: Bardzo dobre
... było nas trzech, w każdym z nas inna krew...?
Trzcina dnia 20.09.2012 16:43
Myślę Mike, że naprawdę wierzysz w to co piszesz.
A jeśli tak jest, to ta wiara, określa część historii Twojego życia.
Możesz być z niej dumny lub się jej wstydzić, nieważne - to i tak jest tylko Twoje.

Pisanie o sobie zawsze niesie za sobą niebezpieczeństwo. Wiesz o czym mówię? ;)
Czasem, łatwo wpaść w samouwielbienie lub dokonać niezaplanowanych przewartościowań. Nie zawsze się to opłaca ;)
Myślę, że dokonałeś wyboru i jesteś z siebie zadowolony ;)
Pokazałeś nam fragment swojego dorastania i na tym się skupię. Nie znałam Himilsbacha, zaufam więc, że wiesz o kim mówisz ;)

Dobre to Twoje pisanie, bo z ładunkiem emocjonalnym. Treści nie oceniam bo nie potrafię. Zresztą - czy powinnam?

Pozdrawiam ciepło.
B.
zajacanka dnia 20.09.2012 22:48 Ocena: Bardzo dobre
Widzę, że kategoria się zmieniła. A więc autentyk. Pozazdrościć znajomości, mike. Takie cenne należy dobrze przechowywać. :yes:
mike17 dnia 21.09.2012 19:41

Maarynarzu - to bardzo miło, że przychylne prądy przywiały Cię cało i zdrowo pod mój text. Było, jak napisałeś - paliliśmy dużo, bo tak się wchodzi w dorosłość, czyż nie? I rozmowy, które do dziś mi się śnią...
Dzięki, że twój okręt obrał właściwy kurs.

Aleksandro - nie ważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy.
Jeśli moje wspomnienia były Ci miłą przygodą, tom kontent.

Cobra - ziomuś, jeśli kiedyś zabraknie Cię pod moim kawałkiem, to znak, że czas umierać...
Thanx za visit i bycie z nami...

Aniu - to był jeden z najpiękniejszych okresów w moim życiu, choć stałem o krok od kompletnego rozpicia się, jednak tak się nie stało, a pan Janek klaszcze mi na pewno teraz z nieba prawdziwych ziomów i mówi: "Michał, jeszcze się spotkamy".
Bardzo bym chciał, bo to kumpel był niezapomniany...
Kiedy codziennie mijam dom, w którym zmarł z przepicia, coś łapie mnie za gardło - kochałem go po swojemu i tyle.
Był mi bardzo bliski, jak rzadko kto potem w życiu...
Dziękuję za czytanie.

Ekonomisto - jako facet po 40-tce zacznę pewnie pisać autobiografię, bo moje życie było i jest bardzo bujne.
Tematu nie zabraknie.
A że coraz częściej wspominam świadczy o tym, że się starzeję...

Beatko - jestem mentalnym ekshibicjonistą i chętnie piszę o swoim życiu - nie boję się tego.
Teraz też tak było, piłem w tamtych czasach co weekend i to ostro, ale dziś, kiedy jadę już tylko na ukochanym piwie, nie grozi mi los mego bohatera.

Wszyscy czuliśmy się przy nim bardzo mali, choć on sam miał około metra sześćdziesięciu wzrostu.
Był aktorem, pisarzem, najsławniejszym z pijaków.
Jeśli, jak mnie, zaprosił Cię do stolika, to mogło oznaczać kompletną zmianę w twoim życiu.
Choć wtedy marzyliśmy, żeby zaliczyć jakąś dziewczynę i skuć się na imprezie, pojawienie się jego w naszym życiu oznaczało zupełnie nową jakość - życie w cieniu PRAWDZIWEJ GWIAZDY.
Wtedy, za komuny, on nią był.
Jak szedł ulicą, szło za nim kilkudziesięciu młodych ludzi.
Nigdy potem już czegoś podobnego nie widziałem.
I kiedy tragicznie odszedł... ech, dajmy spokój.

Wszystkim serdecznie dziękuję!
bosski_diabel dnia 21.09.2012 22:31
wiesz dlaczego tu wszedłem;) ...z dwóch powodów, po pierwsze dlatego, że to dobry tekst

po drugie znałem Janka osobiście, poznaliśmy się w Gdańsku:)
a więc jak wynika z tekstu znajomość nas łączy :) pozdrawiam.
Miroslaw Sliwa dnia 22.09.2012 09:21 Ocena: Świetne!
Kocham takie "kawałki". Panie Mike pełny szacunek. Miałeś pan szczęście spotkać postać nieprzeciętną i w krótkim w sumie tekście udało się panu namalować postać pana Himilsbacha tak jak on sam siebie malował rolami filmowymi. Świetne.:)
ekonomista dnia 22.09.2012 13:24
Widzę, że dla niektórych pan Himilsbach jest prawie Bogiem.

Mike, ja nie podzielam Twojego zachwytu panem Himilsbachem. To ma jednak mniejsze znaczenie. Przeczytałem Twój tekst jeszcze kilka razy, bo wciąż mnie coś w nim gryzło. Teraz wiem i mogę Ci to napisać. Twój styl pisania w żadnej sposób nie pasuje do szorstkiego wizerunku Himilsbacha. Jest zbyt kolorowy, a bohater opowieści jest zdecydowanie szary. To był prosty kamieniarz, bez talentu aktorskiego i literackiego. Gdyby nie Rejs, to w życiu byśmy o nim nie usłyszeli. A czym był Rejs? Zwykłym ekeprymentem, któremu potem przypięto łatkę kultowego filmu.
Trochę to jest tak jak z tymi wizerunkami Matki Boskiej na szybach. Jeżeli ktoś jej tam nie widzi to znaczy tylko jedno - że nie jest godny widzieć tę świętą kobietę.
Ja jestem niegodny, żeby dostrzeć w Rejsie coś więcej niż nieudaną próbą pójść w nowym kierunku przez Piwowskiego. Nieudaną, bo na taką skalę nikt już tego nie powtarzał. Takich "naturszczyków" jak Himilsbach na moim podwórku było sporo. Co drugi menel miał niezłe poczucie humoru i teksty, ale nie miał okazji wygłaszać ich przed kamerą.

Mike, uważam Cię za inteligentnego mężczyznę. Miłego i wrażliwego, delikatnego również. Moim zdaniem historia Twojego życia nie potrzebuje Himilsbacha. Zresztą przez ten epizod tracisz w moich oczach wiarygodność, bo teraz już nie wiem, jaki naprawdę jest Mike.
mike17 dnia 22.09.2012 13:42
Pan Janek nie był tylko zwykłym menelem, miał swoją wrażliwość i bardzo zyskiwał przy bliskim poznaniu, zwłaszcza jeśli kogoś szczerze polubił.
Nie jest dla mnie Bogiem, ale kimś na swój sposób bliskim, co oddałem w tekście.
Spędziłem w jego towarzystwie zbyt wiele czasu, aby go tak brutalnie sklasyfikować, jak Ty.
Sądzę, że każdy (nie jestem tu wyjątkiem), kto miał tę przyjemność poznać go "od środka", powie Ci to, co ja napisałem w moim skromnym wspomnieniu.
Ja opisałem, jaki był (również jego wulgarność), mam na myśli dwie strony medalu, bo tę lepszą część jego natury poznać mogli nieliczni, przez niego wybrani i zaakceptowani, a wiesz mi, przyjaciół i kumpli miał więcej, niż można sobie wyobrazić.
I nie zawsze byli to ludzie do niego podobni, choćby tacy, jak my, czy inni "normalni" mieszkańcy naszej ulicy.

Nie gloryfikuję go, a piszę o mojej ogromnej sympatii do niego.


Faktycznie należysz do wyjątków jeśli chodzi o "Rejs" - w zasadzie jesteś pierwszą osobą, od której słyszę podobną opinię :)
Ale o gustach się nie dyskutuje.
I bez tego filmu, dzięki swojej charyzmie, dałby sobie radę w szołbiznesie - prześledź w wolnej chwili, w ilu filmach zagrał.
Jako literat się nie sprawdził - tu poległ, moim skromnym...

Czy historia mego życia go potrzebuje, to nie w tych kategoriach należy rozpatrywać - to się po prostu wydarzyło i tyle, i dziś ze wzruszeniem wspominam tamte dni i niczego nie żałuję, ani niczego się nie wstydzę.

Masz prawo nie zgadzać się ze mną, a ja z Tobą.
Taki lajf :)
Miroslaw Sliwa dnia 22.09.2012 13:53 Ocena: Świetne!
W młodości miałem przyjemność, podobnie jak Mike, spotkać postać równie nieprzeciętna. W podobnych okolicznościach zetknąłem się z Piotrem Skrzyneckim. On siedział i gadał,bo lubił gadać i ślinił się na każdą "dupcię", która pojawiała się w "Krzysztoforach". Tak mi to nie przystawało do rzeczywistości, że w końcu przestałem tam przychodzić, ale co by o nim nie mówić był kimś. Póki co opowiadania wolę pisać kimś (czymś) innym, ale kto wie. Przecież również dziwne spotkania z Tadeuszem Kantorem. Będzie, myślę, o czym pisać . Mike, trzymaj fason.:)
mike17 dnia 22.09.2012 14:01
Diable - jakże miło Cię gościć w moich skromnych progach!
No widzisz, ile mamy wspólnego, wspomnień nam nikt nie odbierze.
Wielkie dzięki za wizytę i wpadaj częściej, może znajdziesz coś dla siebie :)

Mirosławie - witam Cię po raz pierwszy i mam nadzieję nie ostatni pod moimi utworami.
Bardzo cieszy mnie twoja opinia dotycząca mego wspomnienia i jak widzę, zgodność poglądów :)

Pozdrawiam Panowie!
Usunięty dnia 22.09.2012 16:26
On to miał pomysły. Raz jego żona zamknęła to judasza wykręcił podał małolatom kasę i przez balkon wciągał flaszki na sznurku. Pozdrawiam Anubis
mike17 dnia 22.09.2012 17:00
Dzięki Anubisie, za wizytę i czas, jaki poświęciłeś mnie i memu bohaterowi :)

Pozdrawiam z szarej dziś stolicy.
bliskolasu dnia 22.09.2012 18:36
Przeczytałem. Otworzyłeś worek wspomnień i zmusiłeś do paru refleksji. Nieformalne kluby Himilsbacha istniały w wielu znanych mi kółkach towarzyskich. Anegdoty o nim dochodziły ze wszystkich stron. Wiedzę niosły opowieści ludzi, którzy znali go osobiście, książki o nim, w końcu Jego książki i barwna historia jego wielkiej przyjaźni z Maklakiem.
Tak bardzo pozazdrościłem Ci osobistej z nim znajomość, że z zawiści zacząłem Cię podejrzewać o przedstawianie fikcji - gdybym chciał napisać taką fikcję (i potrafił to zrobić) wyglądało by to mniej więcej tak jak Twój tekst. Jest w nim wiele z tego o czym wszyscy rozmawiali opowiadając sobie setki anegdot o Janku. Jedyne co by mnie wstrzymywało to opisywanie publiczne jak by nie było pełnych intymności rozmów z osobą nieżyjącą.
Z drugiej strony jak miałbyś pisać o takim spotkaniu z pominięciem swojej osoby ? :D
Sporo czytałem z Twoich tekstów. Gdyby wysłali Cię na Marsa abyś go opisał, znalazłby się tam przebogaty opis Ciebie samego ale i tak Twoja misja skończyła by się najpiękniejszym, najbarwniejszym i najciekawszym z możliwych opisem tej planety. Może dlatego wchodzę tu i czytam.

Dla przypomnienia nam wszystkim:
Himilsbacha wielu kochało nie dlatego, że był uosobieniem ówczesnej tęsknoty za celebrytą z poza świata ludzi "wykształconych dla sławny". Jan Himilsbach był autentycznie kochany za zaskakującą mądrość, piekielne poczucie humoru, celność obserwacji a przede wszystkim za niezależność. Tej niezależności nikt zazdrosny nie śmiał mu wytykać. Nawet wielcy pióra i sceny.

Dla ekonomisty:
Rejs nie był filmem kultowym bo na kultowy był w formie "wentyla" wykreowany, lecz dlatego, że kultowym BYŁ. Naprawdę nie ma tu nic do rzeczy późniejsza historia Piwowskiego, jego epizod TW, czy totalnie "na życzenie" skręcona "Historia Agaty" mająca na celu udupienie Kerna. Historia zna takie przypadki. Najświeższy z Głowackim i jego wybielający, wydumany pod dzisiejszą poprawność scenariusz o Wałęsie. Wolni ? Niezależni ? ;)

Himilsbach wolny i niezależny był. Za to właśnie był podziwiany. Obawiam się, że w dzisiejszych czasach nie byłby znany. To ta najsmutniejsza refleksja. Najbardziej radosną jest ta, że Mike, ja i masa innych zdążyliśmy go pokochać.

Rozmawiałem w tamtych czasach z osobą znaną z filmu, która znała Himilsbacha dość dobrze. Uczciwie i gorzko powiedziała mi, że dla każdego młodego aktora, reżysera, literata "pokazać się z Jankiem" było doskonałą reklamą, formą snobizmu i jedną ze ścieżek do celu. Gdy umacniali swoje kariery, sukcesy, byli znani, zapominali o Janku. Dla wielu z nich był znów "naturszczykiem", niestrawnym na dłuższą metę człowiekiem z problemem alkoholowym. O nich świadczy to przyznasz jak najgorzej. Jego zaś problem nie wykraczał poza fakt, że następna osoba nie mogła postawić mu wódki...

Na koniec przypomnę jedną anegdotę.
Himilsbach wchodzi do Spatif-u.
- inteligenci, wypierdalać
Holoubek obecny na sali do osób z nim siedzących wstaje i mówi :
- Nie wiem jak Państwo ale ja wypierdalam.

:)

Dziękuję Mike za przypomnienie Janka, atmosfery, klimatu i mojej wczesnej młodości.
mike17 dnia 22.09.2012 19:22
Bliskolasu - wielkie dzięki za pochylenie się nad moim wspomnieniem tego NIEZWYKŁEGO CZŁOWIEKA, który z racji sąsiedztwa (mieszkał 200metrów ode mnie) i tego, że mnie wtedy w "Solcu" zaczepił, nawiązał ze mną tę znajomość.
Dla mnie na zawsze pozostanie PANEM Jankiem, bo jak słusznie zauważyłeś formą nobilitacji było się z nim pokazać, a już zyskać jego sympatię to były Himalaje chwały i splendoru.

Piękne to były czasy i pięknie go wspominam.
Dla mnie na zawsze pozostanie Moim Himilsbachem, i pamiętam jego szczerze ciepły stosunek do mnie i reszty chłopaków.
Ja byłem z nim najbliżej, bo mieszkałem koło niego.
I żałuję dziś, że "załapałem" się na ostatnie chwile jego życia...

I zupełnie na koniec - w "Solcu" traktowano go jak księcia, choć chodził o lasce i nie grzeszył elegancją.
Każdy mówił mu "dzień dobry" i każdy chciał być blisko niego.
Tyle, niech te słowa wystarczą.

Dziękuję Ci za wizytę i garść mądrych spostrzeżeń.
ekonomista dnia 22.09.2012 20:36
Bliskolasu, naprawdę cieszę się, że mam inną wrażliwość niż większość, która widzi to, czego ja nie dostrzegam :)
bliskolasu dnia 22.09.2012 20:58
ekonomista, ty się nie ustawiaj sprytnie wśród mniejszości ;)
Dziś "kontestatorzy" to 80 % populacji naszego świata :D
maarynarz dnia 23.09.2012 01:17
Był sobie Mike i był sobie Himilsbach. Wypili trochę wódy i wypalili trochę papierochów, po czym zdobyli nie jedno pijackie i intelektualne Kowno, a w sumie dla każdego z nich inicjacyjne. I dobrze im było . Tyle i aż tyle.
ekonomista dnia 23.09.2012 10:24
bliskolasu, no widzisz, ale mi Rejs nie podoba się od dnia, kiedy go zobaczyłem, czyli już jakieś 25 lat, więc nie potrzebuję sprytu, żeby stać tam, gdzie chcę stać :)
bliskolasu dnia 23.09.2012 17:04
Ekonomista, ja naprawdę rozumiem. To co wyżej to zwykły żart. To co wcześniej najzwyklejsza polemika. Miłego dnia :)
bluetwo dnia 27.09.2012 20:27
Pięknie to ująłeś!
Zazdroszczę wspomnień i takich znajomości:)
Osobiście lubię opowiadania Himilsbacha.
mike17 dnia 28.09.2012 14:44
Zaskoczyliście mnie wszyscy tak żywą reakcją na moje wspomnienie, za co raz jeszcze serdecznie wszystkim dziękuję :)

A pan Janek na pewno klaszcze teraz w niebie i mówi: "Michał, jeszcze się spotkamy..."

Bardzo chciałbym.
imaginacja dnia 09.10.2012 08:23 Ocena: Świetne!
Bardzo lubię literaturę faktu. Życie pisze takie scenariusze, że przekracza to nieraz wielu wyobraźnię.
Tekst bardzo dobrze napisany, prowadzony. Wciągnął mnie, aż czuję niedosyt i bym z chęcią przeczytała inne Twoje historie z życia.
Jakbym tam była. Bo i te czasy pamiętam i obrazowo napisany. Dużo szczegółów.
Jakbym była tam jedna z kelnerek czy akurat spacerowała tą samą ulicą. Że nie wspomną o wranglerach z pewexu i innych przygodach, gdy miałam naście lat.
W wieku dwudziestu czy dwudziestu kilku lat poznałam kilka osób ze świata filmu czy muzyki, ale nie ma o czym pisać.
Zazdroszczę. I tej znajomości i takiego pisania.
Świetne!
Pozdrawiam :)
mike17 dnia 09.10.2012 09:26
Twój komentarz, Imaginacjo, to sam miód dla mojej duszy!
Bardzo cieszę się z twojej wizyty i że Ci się podobało.
To były czasy, ech...

Bardzo dziękuję :)
shinobi dnia 10.10.2012 13:32 Ocena: Świetne!
Świetne, obrazowe i charyzmatyczne.
mike17 dnia 10.10.2012 14:22
Shinobi, my man, wielkie dzięki - cieszę się bardzo, że znalazłeś dla mnie czas!

Pozdrawiam :)
FRIDA dnia 13.10.2012 20:53
Świetnie to napisaleś,tak obrazowo że czułam sie tak jak bym siedziała z Wami przy tym stoliku. Uwielbiam takie wspomnienia.
Wielka jest dla nas szkoda, że już nie ma pana Janka z nami.
Pozdrawiam.
mike17 dnia 13.10.2012 21:24
Frido i ja żałuję...
Pan Janek był gościu.
Miał klasę.
Każdy to powie, kto go znał bliżej.
I potrafił być fajnym kumplem.

Dziękuję za wizytę, za czytanie, i kłaniam się nisko :)
Krystyna Habrat dnia 20.10.2012 10:49
Pierwsze wrażenie - doskonały styl, środki wyrazu jak najbardziej pasujące do bohatera. Później dodam więcej, a na razie sygnalizuję tyle, żeby nie wyszło, iż mnie tylko liryka w głowie. Przecież większość literatury napisali mężczyźni i bywa ona brutalna. Hemingway - twardziel, ale w Śniegach Kilimandżaro" wyziera spod tego delikatność. Zwykle, gdy myśli o kobiecie. Trzeba pisać różnorodnymi piórami.
mike17 dnia 20.10.2012 11:19
Starałem się napisać to prostym, przejrzystym językiem, jakby opowiadał nastolatek, bo to moim zdaniem dodało wiarygodności całej historii.
Język bardziej skomplikowany psułby efekt i po prostu byłby nie na miejscu.

Chciałem dać szczere świadectwo.
Bez górnolotności, bo i mój bohater był człowiekiem z ludu.
Postawiłem na prostotę przekazu.
Quentin dnia 22.10.2012 21:17
Witam ponownie.

Za namową od poprzedniego razu postanowiłem zajrzeć, gdzie jestem obecnie, no i nie żałuję. Co do szanownego pana Himilsbacha nie trzeba mnie przekonywać, bo podobnie jak dla wielu innych, tak dla mnie to człowiek legenda. I chociaż w roku 87 nie było mnie jeszcze na świecie, czuję, że to był szczególny czas, bo i byli szczególni ludzie.
Patrząc na to wszystko z perspektywy obu tekstów, nie sposób powiedzieć, żeś żył na maksa:), a w zasadzie to może i nadal tak żyjesz;)
"Mój Himilsbach" to niebanalna podróż przez życie, która trwa i trwa długo po śmierci tytułowego. Myślę, że każdy z nas mógłby napisać coś o tym, jednak to twój Himilsbach pił wespół z tobą i tego można zazdrościć;)

Na pewno masz jeszcze sporo do powiedzenia na ten temat, więc jeśli kiedyś zechcesz dodać coś więcej, chętnie przeczytam.

Pozdrawiam.
mike17 dnia 22.10.2012 21:29
Widzisz , Quentin, ja bardzo żałuję, że tak krótki opis tej niezwykłej znajomości tu zawarłem, i noszę się z zamiarem, aby powrócić do tematu i dorzucić kolejną garść moich wspomnień z naszych niezapomnianych spotkań.

Nie chodzi o mnie, ale o pana Janka.
O to, że mam tego w głowie tyle, że jak już pisałem tu wcześniej, noszę się z zamiarem napisania książki - wspomnienia o tym człowieku - legendzie.
Dwa lata znajomości jak dla mnie to wieczność, a widywaliśmy się bardzo często.

Dzięki za odwiedziny - lubię wspominać, i lubię, jak ktoś to lubi :)
Krystyna Habrat dnia 24.10.2012 17:33
Więc jeszcze raz, tekst świetny, wykonany bezbłędnie. Typowo męski. Kobiety tak pisać raczej nie potrafią, przynajmniej ja, ale potrafią takie pisanie docenić.
Widzę tu pewną prawidłowość, zauważoną już wcześniej. W męskim świecie nie unika się "barwnych" typów, jak Janek H. Ale kobiety są tak wychowane, że im dużo więcej nie wypada. Choćby bywać w tego typu, jw, lokalach, pić i kolegować z podobnymi Jankowi paniami. I dużo więcej odstręcza. Barwna kobieta o cechach analogicznych do Janka, raczej by nie imponowała innym paniom i pewnie by ją omijały. (Wyjątek stanowi- pewna sławna poetka-tekściarka, która też lubiła takie towarzystwo). Kobiety są inne, ale dają się lubić.
Mike17 - dobrze piszesz!
mike17 dnia 25.10.2012 13:35
Dziękuję bardzo za piękny i barwny komentarz, za poświęcenie czasu memu wspomnieniu.
Pozdrawiam serdecznie :)
al-szamanka dnia 03.11.2012 19:00 Ocena: Świetne!
Jana Himilsbacha pamiętam jak przez mgłę - wyłania się z niej mały człowieczek z posieczoną bruzdami, zarośniętą twarzą. Nie jestem pewna; mówił niedbale, cwaniaczkowato brzmiącym głosem?
Nie znałam go, jego powierzchowność nie budziła mojej sympatii

Ale uśmiechnęłam się do jego wspomnienia, które Ty tu opisałeś, Mike:)
Już chyba raz wspomniałam. Potrafisz budować wspaniałe pomniki. Te z kamienia są tylko pozornie trwalsze. Te, zbudowane pięknym słowem potrafią wywrócić świat do góry nogami.

Jan Himilsbach uśmiecha się do Ciebie z chmur, Mike:)

Wspaniały tekst.
mike17 dnia 03.11.2012 19:36
Tak, Pan Janek, na pewno czytał te słowa i na jego zrytej bólem życia twarzy pojawił się uśmiech - to był bardzo wesoły facet.

Dla mnie ikona wchodzenia w dorosłość.

Na zawsze pozostanie w moim sercu, bo wiem, jak się na mnie otworzył - on, pozornie żul i pijaczyna.

Do dziś nie wiem jak to się stało, żeśmy się skumplowali.
To on zadecydował, nie ja.
I fajne to były czasy, i gdybym tylko mógł, znów chciałbym je ujrzeć.

I iść znów w weekend z nim do "Solca" na piwo.

Dziękuję, Szamanko, za wizytę, za dobre słowo, za czas, który dałaś mnie i jemu.
Jest mi bardzo miło i zapraszam znów w moje skromne progi :)
WholeTruth dnia 03.11.2012 20:34
Cytat:
Starałem się napisać to prostym, przejrzystym językiem, jakby opowiadał nastolatek, bo to moim zdaniem dodało wiarygodności całej historii.
Język bardziej skomplikowany psułby efekt i po prostu byłby nie na miejscu.

Chciałem dać szczere świadectwo.
Bez górnolotności, bo i mój bohater był człowiekiem z ludu.
Postawiłem na prostotę przekazu.


w moim odczuciu tutaj się bronisz. i już prawie Ci wierzę. nie czytałam Twoich poprzednich tekstów. nie będę wnikać w tematykę (jak cała reszta). chciałam napisać, że jeśli tak wygląda literatura faktu, to ja nie będę po nią sięgać. jestem zawiedziona stylem, językiem. powtórzeniami. enterozą - myślałam, że to nawyk poetów.
o co chodzi w tym natłoku nieuporządkowanych myśli? ile razy można powtórzyć te same fakty? wydaje mi się, że tekst jest słaby, jeśli mówić o stornie technicznej. o merytorycznej nie chcę się wypowiadać.
czuję się strasznie wyobcowana w swojej krytyce. ale jednak jestem jej pewna.
pozdrawiam. Whole
mike17 dnia 03.11.2012 20:49
Ja się nie bronię, bo nie mam nic na sumieniu :)

Stylizacja, wiesz co to?
Tu to zastosowałem - język małolata, by story była bardziej wiarygodna, nie mogłem jako 40-latek, napisać tego moim, własnym językiem, bo nikt by tego nie kupił.
Słowa celowo są układane na slang, by brzmiały jak chciałem, jak zapewne wówczas mówiliśmy my, przyjaciele Pana Janka.

Wyobcowanie w swej opinii pozostaw swemu sumieniu, myślę, że czasem warto posłuchać głosu większości, wszak to ona wygrywa wybory :)

W moim utworze nie ma enterozy, to podzielenie utworu na akapity.
Tak robią wszyscy :)

Pozdro!
WholeTruth dnia 03.11.2012 21:02
Był na swój sposób moim idolem.
Zawsze ciągnęło mnie do naturalnych twardzieli.
Nieraz odprowadzałem go do domu, bo kulał i chodził z trudem o lasce.
Wielokrotnie brał mnie pod rękę, bo chodzenie w stanie „nieważkości” sprawiało mu już poważne problemy – zdrowotnie był ruiną…
Na koniec zawsze obejmował mnie ramieniem i przytulał.
Widok był to nieco osobliwy, bo sięgał mi do ramienia.
Tak zawsze mnie żegnał, jakbyśmy się mieli już nigdy nie spotkać.
I życzył dobrej nocy.
Potem szedł do siebie, podśpiewując wesoło pod nosem.
Miał niesamowite poczucie humoru, którym doprowadzał nas do łez.
I romantyczną, choć kanciastą i najeżoną setką kolców, duszę…
Taki był pan Janek.
Dla wielu pijak, degenerat, żul i zakała społeczeństwa.
Nie dla mnie.
- to nie enteroza? akapity są po to, żeby wyróżnić poszczególne wątki. nie zdania.

wiesz, u Ciebie nie ma niczego, co przekonałoby mnie do wybitności Twojego pisania. dodatkowo, czuję, że chcesz czytelnikom pokazać, jaki jesteś wyjątkowy, że to Ciebie kopnął zaszczyt a nie innych. no i nikt już nie ma szans Ci dorównać. jednym słowem, ego autora przytłacza. niesie taki zły posmak; on zostaje do końca.
póki co, nie jestem przekonana. ale zaraz sobie sprawdzę jak piszesz. poczytam inne Twoje teksty. i na pewno skomentuję.
mike17 dnia 03.11.2012 21:12
Widzę, że przemawia przez Ciebie zwykła zawiść.
A czytaj sobie, co chcesz.
Zapraszam i pozdrawiam sobotnio :)

PS.
Jeśli mówi Ci coś nazwisko Barbara Rosiek, to looknij sobie, jak ona napisała wszystkie swoje powieści, a to co mi piszesz, wyda się jakimś żartem, zgoła :)

Pani ta ma zwyczaj pisać JEDNO ZDANIE W JEDNEJ LINIJCE.
I tyle.
Rozumiesz już, skąd czerpię wzorce?
Tak jak ona, tak ja będę pisał tak, jak zechcę.

To sum up,

skoro moje pisanie tak Cię mierzi, nie czytaj.
Proste?
WholeTruth dnia 03.11.2012 21:28
moje komentarze mogły się wydać agresywne. nie będę zaprzeczać, że zdenerwowało mnie, w jaki sposób zaczepia tekst czytelnika. mnie drażni. i tak to zostawię.
a to, że chcę czytać nadal, powinno Cię cieszyć. bo oznacza jedno - chciałabym wyrobić sobie inną opinię o Twoim pisaniu.

zawiści się zrzekam (w ogóle jej nie było). i też pozdrawiam.
Whole
mike17 dnia 03.11.2012 21:34
Ta miniatura to jedna z trzech, jakie w życiu napisałem.
Wszystkie na faktach.
Chcesz mnie czytać, wejdź w moje opowiadania, lub grafomańskie wierszyki.
Zapraszam.
Ale żegnam się ciepło :)
RAMBO44 dnia 06.11.2012 20:42 Ocena: Świetne!
Szanowni państwo, drogi autorze.
Pragnę wyrazić swoje głębokie poruszenie tą opowieścią, albowiem odnalazłem w niej coś ze swojej młodości, która niestety dawno już przeminęła z wiatrem. Pan Himilsbach musiał być bohaterem wielu ciekawych, zabawnych, a niekiedy mrożących krew w żyłach sytuacji. Czekam zatem na kontynuację opowieści, gdyż ta jako to młodzi mawiają "zajafka" pozostawia spory niedosyt u żądnego tak dobrej i prawdziwej lektury czytelnika. Z poważaniem
mike17 dnia 07.11.2012 14:34
Wielki dzięki, Rambo, że wpadłeś i poczytałeś to wspomnienie.
Może będzie kontynuacja, kto wie?
Pozdrawiam listopadem szarym :)
Ferdek Jakubowski dnia 23.01.2013 21:06
Zastanawiałem się fikcja, nie fikcja? Odpowiedź powala na kolana :)

Świetny tekst, z przyjemnością przeczytałem do końca.
wienczyslaw dnia 27.01.2013 22:52
Ciekawe. A wypić z Himilsbachem... Szacun.
Usunięty dnia 10.02.2013 17:05 Ocena: Bardzo dobre
Tekst bardzo mi się podoba. Lubię taki styl reportażowy, jeśli mogę się tak wyrazić. Ktoś tutaj nazwał ten tekst literaturą faktu i to chyba prawda.
Uwielbiałam Himilsbacha oglądać. To w jaki sposób oddawał postacie. On nie grał, to pozostawiał aktorom, on był tymi postaciami i był zarazem sobą. A Rejs jest jak najbardziej kultowy. Jeśli ktoś dorastał w czasach "najlepszego z systemów" nie inaczej odbierze ten film, to kwintesencja codzienności PRL.

Tylko jedna uwaga:

Choć byłem szczawiem, prezentowałem się dość okazale - byłem dość wyrośnięty

Myślę, że mógłbyś zrezygnować z pierwszego dość.

Pozdrawiam serdecznie
B)
mike17 dnia 10.02.2013 17:17
Dziękuję Wam wszystkim za odwiedziny i zagłębienie się w świat moich wspomnień.
Wiele bym dał, by z Nim znów pić piwo i gadać o kobietach.
I patrzeć na kanciastą twarz człowieka, który miał gołębie serce.
Ech...
Czasu nie cofniesz, możesz go opisać.

Amso, dzięki za sugestię, jak mogłem tego nie dostrzec!

Pozdrawiam gorąco :)
Usunięty dnia 22.02.2013 22:20
Nie czytalem komentarzy innych. Nie będę się tu, na nikim wzorował. Cholera jasna! Piszesz jak w transie i tak samo, to sie czyta. Masz pióro . Nie będę Ci tu włazil po palcu do D, ale obiecuję włazić w Twoje teksty częściej. Odwaliłeś, kawał dobrej roboty. Mnie wychowywała ulica i rozumiem wszystko, o czym tu piszesz.
mike17 dnia 23.02.2013 16:21
Pisząc te słowa, Irku, widzę z okna dom, w którym pan Janek mieszkał i w którym ciągle Go widzę oczyma wyobraźni.
Na naszej ulicy wciąż Go pamiętamy.
Tacy ludzie rodzą się raz jeden.
Dzięki za czytanie i bycie w moim wspomnieniu.
Wpadaj jak najczęściej.

Ahoy!
Wiolin dnia 26.03.2013 10:46
Witaj Mike. Po ilości komentarzy widać że tekst porusza....Niesamowite to opowiadanie. Sam wielokrotnie oglądałem filmy z Himilsbachem. Ty poznałeś go od podszewki....Chyba najbardziej szczere przyjaźnie wypływają z takich dziwnych relacji. Gratuluję Mike talentu no i tych wszystkich sytuacji - niewyczerpanych kopalni z których da się czerpać i czerpać....Pozdrawiam.
al-szamanka dnia 26.03.2013 10:56 Ocena: Świetne!
Wspomniałam już gdzieś wyżej, że Mike buduje pomniki... słowami - a takie, w odróżnieniu od kamienia, zawsze będą miały w sobie ciepło.
Niezależnie od tego do ilu ludzi dotrą :)
mike17 dnia 26.03.2013 14:06
Wiolinie, tak, to była niezwykła przyjaźń, której nigdy nie zapomnę.
Dla mnie to tak, jakby to było zaledwie wczoraj, może dlatego wspomnienia często wracają, że codziennie mijam jego dom i wszystko wraca.
A niezwykły był to Człowiek.
Drugiego takiego już później nie poznałem.
Dziękuję za to, że wpadłeś, czekam już na kolejną wizytę i fajnie, że się odnalazłeś w tej historii.

Al, staram się w każdym człowieku przede wszystkim dostrzegać dobre cechy i to, co mnie z nim łączy, a nie dzieli - pan Janek nie miał łatwego charakteru, ale ja poznałem Go z najlepszej strony, stąd ukazałem Go w tym wspomnieniu moimi oczami.
A miał w sobie wiele ciepła i szlachetności i to właśnie tego nigdy nie zapomnę.
Dziękuję Ci, że wciąż do mnie wpadasz, to coś znaczy :)
aga63 dnia 02.09.2013 19:09 Ocena: Bardzo dobre
Masz rację, pisząc, że takie znajomości trafiają się tylko raz. Nic dziwnego, że postanowiłeś to upamiętnić w tekście. Trochę mi to przypomniało moje kontakty z "bieszczadzkimi chłopakami", chociaż one były zdecydowanie bardziej powierzchowne i krótkotrwałe. Ale myślę, że Twój Przyjaciel doskonale by się wpisał w tamtą społęczność :)

Pozdrawiam :)
mike17 dnia 02.09.2013 20:13
Dzięki, Aga, masz rację - pana Janka nie sposób zapomnieć, zwłaszcza, kiedy pozwolił się do siebie zbliżyć pomimo swej mentalnej skorupy, a bywał brutalem i prostakiem.
Ja go i tak kocham.
I my, chłopaki z ferajny, zawsze, gdy zbliża się 11 listopada, rocznica jego śmierci, dajemy na mszę za spokój jego duszy, niech śpi w spokoju, niech pije ze świętymi święte wino :)
I wtedy, pod kościołem stoją tłumy, wierz mi, to się rozchodzi pocztą pantoflową, przychodzą wszyscy, którzy go szanowali i lubili.
Himi wciąż żyje i to się nigdy nie zmieni.

Pozdrawiam stołecznym deszczem :)
Figiel dnia 30.10.2013 19:16 Ocena: Świetne!
Piękne wspomnienie o niezwykle barwnym człowieku, który miał odwagę iść własną drogą i żyć tak, jak chciał. Duża rzecz!
Mike, to bardzo dobry tekst, napisany w innej, niż zazwyczaj konwencji, jakby z maksimum uwagi poświęconej postaci, z szacunkiem, choć obecny w tekście, stanąłeś w tle. To opowieść ucznia o Mistrzu, a nie wspomnienie o znajomym.
Chyba nie będę umiała przejść koło Hotelu, bez przywołania obrazów, które tu przedstawiłeś.
Pozdrawiam:)
ajw dnia 30.10.2013 19:27
O kurna mania! Rewelacyjne.Przypomniałeś lata mojej młodości, ale to akurat najmniej ważne. Świetnie przedstawiłeś tego niesamowicie kultowego gościa. Napisałeś to z dużą swobodą. Jedynie "Raz on mi stawiał, raz ja jemu." wywołało dureńskie skojarzenia ;)) Pozdrawiam serdecznie.
mike17 dnia 30.10.2013 19:46
Beatko, Jan Himilsbach był niesamowitym kumplem.
Gadaliśmy o wszystkim, wchodziliśmy przy Nim w dorosłe życie, nie raz zalaliśmy wspólnie pałę, nie raz siedzieliśmy w parku przy browarach, nie raz graliśmy w pokera.
Ech...
Jak o Nim myślę, mam łzy w oczach, zawsze, bo codziennie mijam Jego dom i patrzę w Jego okna.
I wciąż Go tam widzę, mojego Pana Janka, kumpla nad kumple.

Iwonko, to był super gość, w hotelu robił za księcia, za gwiazdora, a my za jego świtę.
Było zajebiście z nim pić i czuć się mężczyzną jak miałeś naście lat, a On lubił młodziaków, czuł się naszym Ojcem, Padrone, Opiekunem.
Nie raz imprezowaliśmy u różnych kolesi, gdzie Pana Janka każdy chciał zapraszać, bo to splendor był.
Ile tych balang zaliczyliśmy, Bóg jeden wie.
Zawsze pozostanie moim idolem i przyjacielem, bo sprawdził się w najmniej oczekiwanych sytuacjach.

Bardzo Wam dziękuję za czytanie tego wyjątkowego dla mnie tekstu, dziewczyny :)
Usunięty dnia 16.11.2013 18:22 Ocena: Bardzo dobre
Tak. Według mnie w takiej formie jesteś najbardziej przekonujący. Brakuje mi tylko (chociaż podejrzewam, że tutaj było to zamierzone) Twoich rewelacyjnych dialogów. Kilka razy pojawiło mi się uczucie powtarzalności, jakbym przed chwilą już coś podobnego czytała (chociaż wcale tak nie było) - takie ryzyko zawsze się pojawia przy zafiksowaniu na jednym bohaterze. Dialogi mogłyby trochę z tego stanu wybić.
Co do samego Himilsbacha. Rozumiem młodzieńczą fascynację. Facet miał godny podziwu dystans do świata. Ale uważam, że właśnie temu światu pozwolił się pokonać.

Cytat:
fakt, że ktoś pił z panem Jan­kiem(,) czy­nił go na­tych­miast nie­ty­kal­nym.

Cytat:
Był szcze­ry, do bólu.
- bez przecinka?
Cytat:
które każdy inny niż on czło­wiek, prze­mil­czał­by.
- 'niż on' zbędne
Cytat:
dziś już się tacy nie rodzą.
- dziś już tacy się nie rodzą
Cytat:
zdro­wot­nie był ruiną…
- jakoś trzeszczy; może: fizycznie był ruiną?
mike17 dnia 16.11.2013 18:48
Jasne, że tu dialogów być nie mogło, bo to jest wspomnienie sprzed bardzo wielu lat, więc to, co podałem, to było tym, co mniej więcej pamiętałem, zwłaszcza że Pan Janek lubił się powtarzać, kiedy już był na bani (czyli zawsze), i opowiadał często te same grypsy do bólu :)

Text napisałem zwyczajnym, surowym, dość pospolitym językiem.
Taki był mój zamysł, bo i bohater z ludu, choć zjawisko :)
Takich już nie będzie w tym zasranym światku szołbiznesu, jaki teraz bezrozumnie płodzi seriale-potworki dla matołów, miast wydalić ze swych trzewi coś na miarę "Rejsu".

Z pierwszymi trzema sugestiami się zgadzam, reszta pozostaje jak jest.

Wiedziałaś, kiedy tu wejść :)
19 listopada, o godz.16.00, na naszej ulicy, czyli tu, gdzie mieszkał Pan Janek, zostanie na domu, w którym mieszkał odsłonięta pamiątkowa tablica - W TYM DOMU ŻYŁ JAN HIMILSBACH...
Już jest gorąco, a sądzę, że przyjdzie masa ludzi, bo Himi jest bohaterem naszej ulicy i postacią kultową do dziś dnia :)
gabstone dnia 18.06.2014 01:26
Ten człowiek wg mnie był genialny. Jego głos zapamiętam pewnie do końca życia. Ciągle wracam... I co więcej? Może pił. Może ktoś twierdził,że nie jest dobrym aktorem. Dla mnie mnie jest zajeb.... Uwielbiam za "Rejs" "Jezioro osobliwości" a za "Wniebowzietych" ma conajmniej Oscara. Poza tym mało kto wie, że pisał też scenariusze. A reszta? Artysta zazwyczaj jest ekshibicjonistą, bo zazwyczaj przelewa na papier swoje ja i swoja duszę:) A jeśli tego nie potrafi, to marnie z nim:)
'Fajnie znać takich ludzi, chyba takich już nie ma:)
Dziękuję Ci za to wspomnienie
mike17 dnia 18.06.2014 09:55
Jan Himilsbach nigdy nie umrze, zbyt dobrze został zapamiętany w swych niepowtarzalnych rolach filmowych jako genialny aktor-naturszczyk, człowiek, który nigdy nie udawał kogoś innego, a nam, znającym go osobiście ukazał się też jako fantastyczny kumpel i mentor :)
Ech...
To już tyle lat, a dla mnie jakby wczoraj.
Codziennie przechodzę koło jego domu i wracają wtedy wspomnienia.

Dzięki wielkie, Gab, za to, że wracasz pod moje kawałki i że odnajdujesz w nich wartości.
To niezwykle cenne dla mnie i po prostu miłe :)

Pozdro!
purpur dnia 29.12.2015 16:42
No zareklamowałeś - więc wpadłem :)

Jednak człowiek, jak widać po ilości komentarzy do, powiedzmy szczerze, średniego tekstu jak na Twoje standarty, miał w sobie jakąś magię. Czy był lepszy od typowego menela, czy gorszy, to chyba nie do końca ma znaczenie - bo był i chyba dalej jest Gwiazdą - i to kurcze taką prawdziwą, taką nie wykreowaną przez tablioidy... tylko stowrzoną samym sobą. Nie powiem, chciałbym móc mieć możliwość spotkania kogoś takiego i porozmawiania z nim... ale może lepiej że tylko mogłem popatrzeć i posłuchać o jego licznych anegdotach...
Szczerze powiedziawszy takie menelne towarzysto jest ciekawe, śmieszne tylko przez parę chwil, ich wypowiedzi szukają poklasku, wiele nie mają, poza śmiesznymi zdaniami wytrenowanymi podczas setnej libacji, dla świeżego umysłu, to jest fascynjące do czasu... aż wóda zaczenie gadać i tak naprawdę widać tylko jak bardzo są przeżarci... zniszczeni...
i kompletnie zagubieni.

No ale, zazdroszczę Tobie, że mogłeś z Nim porozmawiać, bo z tego co piszesz miał więcej do powiedzenia niż statystyczny obszczymórek, no ale to chyba nie powinno dziwić. Uważam że był "wybitny" w tym co robił, dokłądnie taki jaki powinin być, nie wiem czy mądrość dało się od niego usłyszeć, ale życie myslę że tak.

A "Rejs", no cóż, można kochać, można nienawidzić, mi osobiście bardziej przypadła do gustu "Hydrozagadka" - jakoś mi się te dwa filmy łączą :) Chociaż tak, są zupełnie inne od siebie, właściwie to inne od wielu innych również...

Dalej mieszkasz na tej samej ulicy co za młodu? No proszę!
Znam Hotel Solec i pamiętam jak to wyglądało wtedy jak nie było kolorów na ulicy.

Zresztą wszelkie takie "dewizowe" miejsca miały swój klimat! Coś czego nie będę mógl nawet opowiedzieć swojemu maleństwu, to trzeba było zobaczyć, poczuć, przeżyć... Mimo iż łatwo mi się skleja słowa, tego akurat opowiedzieć nie potrafię...
A Twój tekst wrócił mi obraz tamtych dni...

I za to dziękuję!

PS przez ciebie właśnie szukam "Franek Kimono" - tak zupełnie luźna uwaga :D
mike17 dnia 29.12.2015 18:11
Purpur, starałem się napisać to w formie suchej relacji, bez bawienia się w analizy psychologiczne, stylizując język na język licealisty, którym wtedy byłem.
Mam na koncie jeszcze dwa takie utwory: "Moja Kuleczka" i "Waldek", gdzie schowałem do kieszeni wszystko, czego nauczyły mnie te lata na temat pisania, a skupiłem się na czymś, co niemalże przypomina reportaż - język niewysilony, prosty, konkretny.
Uwielbiam zabawę językiem.
Stylizowanie go należy się każdemu opowiadaniu, gdzie kreujemy inne światy.
Nie idzie pisać tak samo o różnych rzeczach.

W tym wspomnieniu chodziło mi o garść scenek, które najbardziej utkwiły mi w pamięci.
Lub z którymi miałem i mam największy związek emocjonalny.

A pan Janek?
Na zawsze wszedł do panteonu największych.
Skoro znasz moje strony, to pewnie wiesz, gdzie umieściliśmy tablicę pamiątkową.
Jak będziesz w okolicy, wpadnij, i poczytaj, co chcieliśmy, by tam napisano :)

Dzięki za wizytę :)

PS. Solca już nie ma.
purpur dnia 30.12.2015 11:14
mike17 napisał:
... stylizując język na język licealisty, którym wtedy byłem.


A wiesz, że dokładnie tak się to przeczytało!
Świetnie ci w takim razie to wyszło!

mike17 napisał:
Skoro znasz moje strony, to pewnie wiesz, gdzie umieściliśmy tablicę pamiątkową.Jak będziesz w okolicy, wpadnij, i poczytaj, co chcieliśmy, by tam napisano


Nie, aż tak dobrze to nie znam... Ja pół życia spędziłem na "zielony Żoliborz, pieprzony Żoliborz", to tam wycierałem podeszwy :)

Uwielbiam włóczyć się bez celu ( albo uwielbiałem, bo teraz to cud jak mam chwilę spokoju, nawet w "pokoju przemyśleń" :p ), ale nie trafiłem na tablicę.

Podaj jakiś namiar, jak będzie chwila to na pewno sobie spojrzę - teraz to wiesz, nabrało to dodatkowego znaczenia, ma to "materialny" wymiar - malusieńka moja historia jest teraz z tym związana: "znałem" kogoś ( tak - ciebie :) ) kto znał tego pana, opisanego tą tablicą :)
Nie wiem czy to co napisałem powyżej jest zrozumiałe :p

Kurcze, zawsze jakoś miło się z Tobą rozmawia...
(coś zrobiło się za miło :) - gdzie ja posiałem pastylki na pobudzenie zrzędliwości - do kroćset ! )
mike17 dnia 30.12.2015 11:38
Tablica upamiętniająca pana Janka Himilsbacha jest na bloku, w którym mieszkał z żoną Barbarą - ulica Górnośląska 9/11 - przyjedź, poczytaj, warto.

Do dziś nie rozumiem, i pewnie nigdy nie zrozumiem, czemu pan Janek mnie wtedy zaczepił, czemu padło właśnie na mnie.
Ale tak widocznie miało być :)
I wiem, że takich jak On się nie zapomina - to niewykonalne.

Mi też się z Tobą miło gada, Purpur, więc wbijaj częściej w świat mojego pisania, a jest tego do wyboru, do koloru.

Howgh!
msh dnia 30.12.2015 12:04
Tego się właśnie spodziewałem: prostej i dobrej opowieści. Taka właśnie jest Twoja. Podtrzymuję to, co napisałem wcześniej: zazdroszczę Ci tej znajomości (przyjaźni?). Pozdrawiam serdecznie. msh
mike17 dnia 30.12.2015 14:28
Dziś, z perspektywy lat, co minęły wiem, że to była przyjaźń - krótka, ale zaistniała od razu, niejako "od pierwszego wejrzenia" - coś nas ku sobie przyciągnęło i zostaliśmy kumplami.
Wiele by o tym pisać, potem już czegoś podobnego nigdy nie przeżyłem.

Pan Janek to prawie dwa lata mojego, młodego życia.
Masa fajnych sytuacji, masa śmiechu, a w tle złoty napój :)
Choć gdy Go poznałem, był już ruiną zdrowia, jakoś się jednak trzymał, do ostatniego dnia, tamtego, listopadowego.

Dzięki, msh, za czytanie i dobre słowo :)

Pozdrawiam końcem roku :)
PaNZeT dnia 30.12.2015 14:59
- no tak ... widziałem go kiedyś w akcji w jakiejś winiarni - chyba "Marywil", czy coś w tym rodzaju ... okoliczności się zgadzają - otoczony wianuszkiem małolatów, którym imponował, a oni po prostu mu stawiali alkohol i - jak zdążyli - łapali go pod pachy, żeby się nie wywalił ... ja akurat miałem okoliczność zobaczyć jak nie zdążyli ... przykry widok - niestety ...
mike17 dnia 30.12.2015 15:19
W tym wspomnieniu, choć ukazałem pewne negatywne cechy pana Janka, nie chciałem skupiać się na innych, które mu splendoru bynajmniej nie przynosiły - w moich oczach dziś zachowały się te plusy, i na nich się skupiłem, choćby z powodu mojej ku Niemu sympatii.
Nam nigdy nie upadł, choć wiele razy już był blisko Matki Ziemi :)
Bywaliśmy tylko w "Solcu", lub gdy był u kogoś z nas na chacie, co się z Nim działo w innych barach czy na melinach, nie wiem, mogę się domyślać.
Na osiedlu miał taką obstawę, że mucha nie siada.

Dzięki za czytańsko :)
faith dnia 20.04.2016 18:44
Ciepłe i pełne sentymentu opowiadanie. Udowadniasz, że masz ten gawędziarski sznyt, który jest niezbędny do snucia opowieści, dzięki czemu czytelnik może wejść w opisywany świat jak nóż w masło. I ja weszłam, dobrze mi było gościć w Twoich wspomnieniach. Naprawdę można pozazdrościć takiej znajomości. Charakterystyczna, nietuzinkowa postać, którą będzie się pamiętać w Polsce jeszcze długo, długo. Ten głos, sposób bycia... każe myśleć, że w pewien sposób ludzi kształtują też czasy w jakich żyją, bo takich jak pan Himilsbach dziś już ze świecą szukać.

Pozdrawiam! :)
mike17 dnia 20.04.2016 19:37
Moja przyjaźń z Janem Himilsbachem na zawsze pozostanie we mnie.
Kiedy na naszej ulicy, na jego domu odsłanialiśmy tablicę, piękną, szklaną z czarnymi literami, poryczałem się jak bóbr, ja tego faceta nadal pamiętam, każdego wypitego z nim browca.
Każdą rozmowę, całe dwa lata naszej znajomości.
To do dziś jest dla mnie niepojęte, że mnie wtedy zaczepił.
Znów przeznaczenie, jakże częste w moim życiu.

Dzięki, Kasiu, za literacki nalot i garść refleksji.
Lubię swój gawędziarski ton, i nie raz go stosuję, by dać sporo wiary w to, o czym piszę.
Jak tu.
Specjalnie zrezygnowałem z języka z "wyższej półki", by dać zwyczajną relację o Nim, takim językiem, jakim wtedy gadaliśmy.
O to mi chodziło, nie o dzieło sztuki.

Pozdrawiam Cię serdeczne, sącząc wieczorne piwo :)
maak dnia 19.11.2016 00:04 Ocena: Świetne!
Wtedy byłem na trzecim roku studiów. Politechnicznych. I... co? Technokrata? Gówno prawda. Nie wiedziałem. Himilsbach i Maklakiewicz, to byli goście. Można się było polansować znajomością dialogów. Byłem ze Śródmieścia. Gówno prawda. Ze wsi byłem. Do miasta dotarłem za rodzicami. Miasto wydało mi się mało honorowe. Trochę czasu upłynęło zanim się oswoiłem, ale do dzisiaj uważam, że więcej honoru można na zadupiu uchwycić. Chodziłem po Pradze, na zatyłkach Kijowskiej. Kurwa... Dzieje Grzechu! Miałem tam przyjaciół, ale każdy powrót stamtąd, to było przeżycie. Przez to odbierałem Himilsbacha. Przez to, że obiłem gnojka na Mokotowie, a wpierdol dostałem na Woli. Do Powiśla nic nie mam :), bo się nie przydarzyło. Owszem, z panną w takiej bajeranckiej kawiarni w wysokim bloku się pokręciłem i fajnie było. Mike! Lubię Cię, chociaż jesteś z Powiśla. Pozdrów ode mnie Janka. Ja go niestety nie znałem, tak jak TY.

Tekst, jak dla mnie, jest niczym wspomnienie chwil ulotnych i dawnych... i dzisiaj myślę - wspaniałych.

Powiślaku jeden! Maak
mike17 dnia 19.11.2016 14:23
Maczek, brachu, straszliwie się cieszę, że mogę czytać Twój koment!
Jak widać, nasze losy były podobne - ja dość wcześnie zacząłem dorosłe życie, ale widzę, że i Ty też :)
A z panem Jankiem to była znajomość!
To był gościu!
Pisząc te słowa, widzę przez okno dom, w którym mieszkał, jest na nim piękna tablica upamiętniająca Króla Naturszczyków.
Ile się browców zrobiło, panie dzieju.
To były kozackie czasy, już takiego kumpla później nie miałem.
I do dziś czuję zaszczyt, że zechciał się ze mną zakumplować :)

Ja też Cię lubię, skądkolwiek byś nie był, panie Maczku :)
Dzięki za wypasiony koment, aż się rozczuliłem :)

Pozdrawiam znad popołudniowego piwa :)
Kazjuno dnia 06.05.2018 21:10
Na tytuł tekstu o Himilsbachu trafiłem szukając horroru NAJDROŻSZA MAMO.
I zatrzymałem się chcąc się z Tobą podzielić czymś osobistym. Bardzo celnie opisałeś pana Janka.

Otóż nie przeżyłem z Panem Jankiem tak długiej jak Ty znajomości. Ale był czas kiedy spotykałem się z nim codziennie. Ocierałem się w tym czasie o zawodową kinematografię (pracowałem na Chełmskiej jako aststent Krzysia Gradowskiego, asystent scenografa Zanussiego, asystent zdolnego reżysera Wojtka Wiszniewskiego i w SCF "Stodoła" (Studenckie Centrum Filmowe) kręciłem paradokumentalny film. Szukałem zawodowego aktora, który przeczytałby mi komentarz do filmu. Pasował mi Fijewski ale chciał za dużo kasy, próbował podłożyć swój bełkocik Leszek Kowalewski z Rejsu. Wyszło marnie. Reż Bardini z teatru Wspólczesnego podsunął mi przewrotny pomysł (bo nie byłem przekonany co do Himilsbacha) żeby zatrudnić właśnie pana Janka i że zgodzi się za tysiaka. No i się zaczęło. Przez jakiś czas nie rozstawaliśmy się. Oczywiście znajomość zacieśniliśmy wspólną gorzałą. Też jakoś mu pasowałem i zabierał mnie do domu w wysokim bloku, wydaje mi się, że gdzieś blisko Trasy Łazienkowskiej i mieszkał na wysokim piętrze.
Pamiętam przypadkowo w Stodole znaleźliśmy się kiedy odbywał się pokaz filmu Kidawy "Polska Gola" natychmiast Janka i mnie przy okazji zaciągnięto na imprezę z Kidawą i jakimiś filmowymi krytykami. Jeden z krytyków wykształcony na Sorbonie w Oxwordzie i Bóg wie gdzie jeszcze, po wypiciu (piliśmy jakieś ryzlingi) tak się wymądrzał, tak dawał reszcie poczucie, że przy nim są prymitywnymi osłami, że Jankowi puściły nerwy. Złapał krytyka za piękną twarz (krytyk był przystojny), ścisnął jak nadgniłego pomidora i krzyknął:
- Zajebię cię kurwa piździelcu - i zaczął walić twarzą "geniusza" o ścianę.
Bardzo mi się to spodobało, bo ofiara Janka też wkrewiła mnie nie wąsko.
Nagranie komentarza nie udało się. Hoimilsbach nie pasował do mojej wizji i to się sprawdziło. Wróciłem do Kowalewskiego i z nim po wielu trudach jakoś poszło.
Pamiętam, że wielokrotnie jeździło się wtedy na gorzałę do "Ścieku", czyli SARPu na ulicę Foksal, smoliłem tam też wódkę z partnerem filmowym Janka - Maklakiewiczem. Przypomniałem też sobie, że Janek miał sukę wilczurkę i spacerowaliśmy gdzieś w okolicy jego wysokiego bloku (stało ich tam kilka).

W hotelu Solec też bywałem. W interesach, bo dorabiałem cinkciarstwem, stałem też na bramkach w Stodole i w klubie Mospan, w akademiku na Kopińskiej, tę pracę dostałem jako były bokser po ośmioletniej przygodzie z ringiem.

Pozdrawiam Cię Majku - warszawski hojraku, Kj
mike17 dnia 07.05.2018 13:43
Kazimierzu a więc mamy wiele cech wspólnych :)
Jak to fajnie poznać kogoś, kim się samemu było/jest.
Na tym wysokim bloku jest teraz tablica pamiątkowa, że żył tam pan Janek.
To jeden z największych moich kumpli, jakich kiedykolwiek miałem.
Wtedy był w "Solcu" tylko Żywiec, i mnie stawiał browar, a sam łoił gorzałę.
Bardzo odchorowałem jego śmierć - zapił się w melinie u matki Łysego.
Nigdy też nie zapomnę, jak odprowadzałem go pod pachę do domu - on mały, ja duży, wyglądaliśmy komicznie.
Brak mi Go, choć już 30 lat minęło.
Jestem sentymentalny i mam dobrą pamięć.
I On w niej na zawsze pozostanie, jako ten, który ukazał mi radość picia piwa :)

Wielkie dzięki, Kaz, za ten uroczy, nostalgiczny koment :)
Bardzo lubię, kiedy ktoś pisze mi coś o sobie i od siebie.
To zbliża.
A ja naprawdę lubię ludzi :)

Pozdrawiam Cię, Kazimierzu, człowieku o bujnej przeszłości :)
Kazjuno dnia 07.05.2018 15:41
Cieszy mnie, że spodobało Ci się moje wspomnienie.
Sympatię do Ciebie poczułem za nacechowane serdecznością odpowiedzi na komentarze.

Natomiast piwo polubiłem późno. W Niemczech w czasie 3 letniego pobytu. Przedtem była raczej gorzała, czasem alpagi i lepsze wina. Co muszę przyznać to Żywiec był (ponoć też Okocim ale nie sprawdziłem) najlepszym polskim browcem. Jak wróciłem z Reichu był jedynym piwem, które mogłem w Polsce przełknąć.
Zresztą nic dziwnego, że Żywca można było dostać w hotelu Solec, w tamtych czasach knajpa przy hotelu, była jedną z niewielu o wysokim standardzie warszawskich restauracji.

Też Cię pozdrawiam, Majki, zdolny pisarzu z romantyczną przeszłością.
mike17 dnia 07.05.2018 17:32
Kaz, wielką przyjemnością było dla mnie poznać Cię :)
Spodziewaj się niebawem mojej wizyty.
A tym czasem ponawiam zapro do NAJDROŻSZA MAMO.
Uważam ten utwór za jeden ze swoich najważniejszych, w pewnym sensie...

Czółko!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
al-szamanka
24/04/2019 21:41
Powiem Ci tak: Wiersz byłby o wiele lepszy, gdyby był… »
Marek Adam Grabowski
24/04/2019 13:36
Bynajmniej nie chodzi o błędy językowe; lecz o to, iż temat… »
Miladora
24/04/2019 12:50
Witaj poświątecznie, Hope. :) Będzie krótko, bo nie mam się… »
Berele
24/04/2019 10:19
Zdanie w 2 zwrotce jest nienaturalnie długie. To nie jest… »
pociengiel
24/04/2019 08:33
Chyba tak mam czas do wieczora. »
al-szamanka
24/04/2019 08:23
Fajnie, że się podobało. Dziękuję za poczytanie i miły… »
al-szamanka
24/04/2019 08:21
Odjazdowy tytuł :D Najbardziej podoba mi się słońce… »
lew morski
24/04/2019 03:44
Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz – myślałem, że… »
Abi-syn
23/04/2019 21:28
Hejka Wiki to prawie jak ja, :) , też rzadko, też z… »
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
ShoutBox
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:55
  • Cholera jasna! Co mnie tu znowu przygnalo? :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:54
  • By ich nie spalic, troskliwie zawijaj w sreberka. /Swistak/ :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:52
  • I pamietaj by wsrod przypraw , byla oliwy kropelka.
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:51
  • Juz niedlugo, za dni pare. Idz po piwko, nie gitare. Rozpal grilla a w sam zar, wloz kartofli kilka par.
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:yxutyf
Wspierają nas