Był kiedyś ktoś - mike17
Proza » Obyczajowe » Był kiedyś ktoś
A A A



Tylko miłość potrafi zatrzymać czas

(Marcel Proust)



Przychodzi pora, gdy coś zmienia się w duszy człowieka, niejasno i niewyraźnie wyłania się znikąd, niby czas refleksji, niby zadumy, nastraja melancholijnie szumem wiatru za oknami i kroplami deszczu monotonnie usypiającymi swym nasennym rytmem, usposabiając podatnie na wpływ natury, która zdaje się kłaść niechybnie do snu i roztaczać nad światem swe milczące wyciszenie i spokój. Świat na czas jakiś zwalnia, by zregenerować siły, odnaleźć się i złapać oddech, zastygnąć w niemym oczekiwaniu na wiosenny wybuch odrodzonych energii, które teraz udawały się na zasłużony odpoczynek.

Ten czas to listopad.

Czas, gdy cichnie gwar życia, jego radosne i beztroskie letnie przejawy, zabawa i śmiech, słoneczne pocałunki w świetle księżyca, zapach spalonej słońcem skóry, ciepły czerwcowy deszcz, kiedy przemoknięci do suchej nitki, ale szczęśliwi, spijamy z ust jego krople, wieczorny wiatr zasypujący niebo milionem cudownych gwiazd…
Dotyk brązowych, opalonych rąk, które są dla nas wszystkim.
W długie, jesienne wieczory wracają obrazy dawno już zapomniane, zatarte i rozmyte biegiem lat, niby echo dawnych dni, odległe i ledwie słyszalne, a jednak gdzieś wciąż kołaczące się w zakamarkach duszy.
Gdzieś przyczajone i uśpione, teraz obudzone, znalazłszy właściwą atmosferę w wyciszeniu natury, znów nabierają wyrazistości kształtów i konturów, przyoblekając się w ciało przewijają się przed oczyma wyobraźni niczym barwny kalejdoskop.
W listopadzie wracają wspomnienia.
Te najcenniejsze, będące częścią nas, na zawsze wrosłe w serca, stające się przez lata nami. Wtedy cofając się w przeszłość widzimy je jak wyspy szczęśliwe na nieruchomym oceanie codzienności.
Bo to szczera prawda, że w życiu najpiękniejsze są tylko chwile, szkoda, że tak niewiele, lecz pomimo to przechowamy je na wieki w naszych sercach, czyniąc z nich wieczność.

Bo kiedyś kochałem.
Raz jeden…
Naprawdę…

To już tyle lat, lecz dla mnie mała, krótka chwila, jakbym zaledwie wczoraj wrócił radosny do domu, pełen tego uczucia, tej siły, którą wszyscy tak dobrze znamy. Pewni, że czas to nasz przyjaciel, sprzyjający i szczery, i nie pozwoli nam upaść. Że otworzono przed nami bramy raju, na zawsze, bezwarunkowo, i nigdy nie zostaną one zatrzaśnięte tuż przed naszym nosem.
I dano także to, co jest sensem wszelkiego bytowania – miłość, na wieki, bezdyskusyjnie, nieodwołalnie.
Lecz jak bardzo można się pomylić! Jak boleśnie ujrzeć prawdę, której nigdy nie chciałoby się poznać. Poczuć nagle, że ten podstępny krupier zwany losem, grając z nami w ruletkę, rzucał złe kule w złe przegródki.

Skąd mogłem wiedzieć, że stracę ją gdzieś, po drodze…

Tak głupio, tak bezmyślnie.
Byliśmy bardzo młodzi, może za młodzi, by kochać.
Wielu przeszło tą drogą, lecz nam nie dane było ujrzeć jej końca.
A nic nie zapowiadało tak tragicznego finału – szliśmy ufni, jak we mgle, nie wiedząc, że za chwilę…
To były najpiękniejsze, licealne czasy, kiedy panuje beztroska i dopiero co odkryta radość nowego życia, składająca się z nieznanych dotąd przyjemności. Przebłysk, którego nigdy już się nie zapomina i który nigdy już się nie powtarza – nagle dorośli, choć przed chwilą jeszcze dzieci.

Dlaczego splotły się nasze losy?
Dlaczego narodziła się miłość, której nie dane było przetrwać długo?
Czemu pierwsza miłość jest czasem tą jedyną, wieczną i nigdy „nierdzewiejącą”?
Której niemożliwością jest zapomnieć i do której porównuje się kolejne.
Czemu to właśnie ją mamy w pamięci po kres naszych dni?
Odpowiedź jest prosta – to magia „pierwszego razu”, niebiańskiego olśnienia, czyniąca życie snem na jawie, odkryciem nowej, obcej krainy, piętnem na wieki, raz dobrym, raz złym, determinująca i dająca punkt odniesienia – „prawo pierwszych połączeń” – jak mawiają psychologowie, którym kierować się będziemy bezwiednie i podświadomie przez resztę naszego życia.

Bo wiem, że kochałem…
Tylko tę jedną, jedyną.
Wiem też, co ona do mnie czuła.
Tego nie wypowiedzą słowa…
Nie wyrazi litera pisana.
Nie odda nic.

I pamiętam spojrzenie jej niebieskich oczu tamtej niedzieli, tamtego lata.
Kiedy staliśmy w deszczu patrząc na siebie, bliscy, objęci, tuląc się do siebie i zapominając nagle o absurdalnym świecie gdzieś obok, ja wtedy zrozumiałem, jak rozumie się pewne rzeczy raz jeden w całym, długim życiu, że gdy mi jej zabraknie, skończy się moje życie, bo tylko ona dawała mi powietrze, którym oddychałem i szczęście, którym biło moje serce.
I gdy kiedyś po śmierci zapytają mnie, co pamiętam z życia, to powiem, że pamiętam ją.

„Bo miłość nigdy nie ustaje…”

To nie są puste słowa.
To najświętsza z prawd.

Lecz nadszedł dzień, który nas rozdzielił na zawsze.
Ustało gwałtownie to, co nas połączyło tak żarliwie.

Któregoś dnia, gdy była u mnie, a mieszkaliśmy dość blisko siebie, doszło między nami do drobnej sprzeczki, zwykłej różnicy zdań, zakończonej głuchym milczeniem, oznaczającym coś na kształt wzajemnego obrażenia się, w wyniku czego wzburzona dziewczyna opuściła moje mieszkanie i pobiegła do domu. Dzielił nas tylko mały park, ciągnący się kilkaset metrów, romantyczne miejsce naszych spotkań.
Gdybym wtedy wiedział.
Gdybym za nią pobiegł.
Jakieś choćby nikłe, mgliste przeczucie…

N i e s t e t y.

Nie do opisania było moje przerażenie i rozpacz, gdy następnego dnia dowiedziałem się, że wypadła z okna…
Okrutny przypadek czy…
Tajemnicą miało pozostać jak i dlaczego do tego doszło.
Może usiadła na parapecie otworzywszy okno, było przecież lato, lub stojąc robiła coś przy nim i wówczas nagle zasłabła tracąc przytomność?
Może nieopatrznie wyjrzała i...
Tego niestety nigdy nie ustalono.
Lecz kiedy opowiedziałem o naszej kłótni, dostrzeżono w całej tej tragedii element wzburzenia i zdenerwowania, niestety z mojego powodu, i zaczęto spoglądać na mnie, jak na „winnego” całego, nieszczęśliwego zajścia, który swym nagannym zachowaniem przyczynił się do tej niewytłumaczalnej śmierci.
Stałem, słuchałem i patrzyłem nie dowierzając, nie dopuszczając jeszcze do świadomości zbyt okrutnej prawdy – że jej już nie ma, że to wydarzyło się naprawdę i że nigdy jej już nie zobaczę.
Nie obchodziło mnie to, co ludzie mówili i myśleli, ja widziałem nadal tylko ją, jakbyśmy dopiero co trzymali się za ręce i szli naszym zielonym parkiem.
Ale to minęło, odeszło za zawsze…

Co dalej?
Jak mam z tym żyć?

Nikt wtedy nie pomyślał nawet, co czułem, że nie było już dla mnie miejsca na świecie, w którym jej nie było, nikt nie pochylił się nad moim losem.
Całym sobą odrzucałem myśl o jej śmierci, jak jakiś tragiczny, chory żart, jak absurdalne urojenie czy iluzję wyobraźni, z której w końcu muszę się ocknąć i wrócić do rzeczywistości.
Lecz niestety to była moja rzeczywistość, moja nowa rzeczywistość bez niej!
Piekło smutku i rozpaczy bez dna.
Byłem wtedy przecież tylko młodym licealistą, który dopiero co próbował nieporadnie wkraczać w dorosłe życie, dostając na samym jego początku druzgocący, brzemienny w skutki cios, który miał zmienić całe moje przyszłe losy i wypalić swe piętno na mojej osobie na dalsze lata, zmieniając nieodwracalnie mój charakter i osobowość.

Stałem się nad wyraz poważny i wyniosły, małomówny, wręcz milczący, wiecznie zapatrzony gdzieś w dal, nieobecny duchem, niezrozumiały. Uśmiech na zawsze zniknął z mej twarzy, a zastąpił go nieruchomy, kamienny wyraz, niewyrażający zupełnie nic, jeno pustkę.
Narastało we mnie zobojętnienie i apatia, przepadła bezpowrotnie jakakolwiek radość życia, tak znamienna dla ludzi młodych, odeszła w niebyt spontaniczność oraz beztroska lekkość istnienia. Tak radosne, jak i smutne wydarzenia, spływały po mnie nie pozostawiając śladów, zanikła niespożyta energia przynależna memu wiekowi, stawałem się powoli zobojętniały na los najbliższych, jak i stopniowo na swój własny…

Moje wyniki w nauce, jeśli można było w ogóle o czymś takim mówić, z tygodnia na tydzień stawały się coraz gorsze, mimo że godzinami siedziałem nad książką, patrząc bezmyślnie na setki liter, zlewających mi się w jakiś koszmarny bełkot.
W nieskończoność czytałem jedną i tę samą stronę, wcale jej nie rozumiejąc.
Siedziałem i rysowałem w zeszycie jakieś bezładne znaki, cyfry, twarze, szkice bez sensu i logiki, nie czując wcale czasu, który niewidzialny, gdzieś obok bezgłośnie upływał…

Zacząłem stronić od towarzystwa, ograniczając kontakty z ludźmi tylko do budynku szkolnego, gdzie również zamknięty w sobie nie odzywałem się, bo nie było we mnie takiej potrzeby, nie brałem udziału w rozmowach, gdyż ludzie męczyli mnie i drażnili, napawali wstrętem, jakiego dotąd nie znałem.
Zapytany, udzielałem zdawkowych odpowiedzi lub zbywałam pytania milczeniem, chcąc jak najszybciej znaleźć się sam ze sobą, odizolować się od obcego mi i niemiłego otoczenia, rozpłynąć się w powietrzu. Wesołe twarze drażniły mnie swą niezrozumiałością, marzyłem wciąż, by wokół mnie znaleźli się ludzie smutni – tam poczułbym się znacznie lepiej.
Od rzeczywistości oddzielała mnie czarna ściana, przez którą do mojej pustki nie docierały promienie słońca ani ludzka radość, co sprawiało, iż mój kontakt z otaczającym mnie światem był na ogół przykry i zimny.
Nie potrafiłem nawet nienawidzić, nie czułem w sobie życia tylko obojętność i narastające otępienie uczuciowe, brak jakichkolwiek ambicji, „dużo rozmyślałem”, przestało mi na czymkolwiek zależeć. Stałem się głuchy na prośby i groźby, byłem leniwy i niesłowny, bez serca, bez rozsądku, bez wstydu. Czułem dokonującą się we mnie przemianę, lecz zbyt głęboko się nią nie przejmowałem, nie miałem też poczucia winy, wszystko starając się obrócić na własną korzyść.

Marzyłem o tym, by zasnąć i więcej się nie obudzić.

Wszystko powoli wygasało we mnie i coraz mniej już było mnie.
I stanąłem któregoś dnia na parapecie okna, tak jak niegdyś ona, lecz zabrakło mi odwagi. Spojrzałem na parkowe kasztany, za którymi prześwitywał zarys jej domu, na alejki, którymi spacerowali ludzie, na błękitne niebo. Już zbliżałem się niebezpiecznie do chwili, gdy poczuję moimi stopami jedynie powietrze, już miałem puścić się ściany i skoczyć, lecz nie śmierć mnie przeraziła…
A co jeśli TAM będzie mi jeszcze gorzej, jeśli nie uwolnię się od mych cierpień i zabiorę je ze sobą, nadal żyjąc beznadziejnością, nędznie wegetując, bez szansy na światło.
Jeśli TAM nie ma nic poza otchłanią rozpaczy i trwaniem w niej nieskończenie?
Może dane mi będzie przeżywać moment mej śmierci przez resztę wieczności i nastanie wtedy bezstan uwięzienia w tym jednym, fatalnym momencie, który stanie się czasem?
Co czekało mnie TAM, nie wiedziałem, bowiem żaden człowiek jeszcze stamtąd nie wrócił.
Poczułem grozę tej chwili i jej potencjalnych konsekwencji, iż może za sprawą swej szalonej decyzji wykonam tragiczny skok w samą czeluść piekieł, gdzie przepełniony bólem usłyszę jedynie zgrzytanie zębów…
Jakiś marny ochłap życia tlił się jeszcze we mnie, jakiś nędzny instynkt przetrwania.
Cofnęła się ręka pełna desperacji…

I wróciłem.
Najpierw na podłogę, później do życia.

Stojąc tam, na parapecie okna do nicości zrozumiałem, że decydując się na ten ostateczny krok być może sam wydawałem na siebie wyrok zastygnięcia w przeklętej próżni potępienia niemożnością wyzwolenia się z otchłani własnego cierpienia. Byłoby to niczym innym jak utknięciem w czasie wiecznym i niezmierzonym, danym mi bezlitośnie po wieki wieków, bym przeżywał własne katusze i uwięzienie w nich jako karę za świadomy wybór czegoś, po co człowiek nigdy nie powinien wyciągać ręki, nieświadom tego, na co się porywa.
Czyż miałem jakąkolwiek pewność, że to ratunek i wyzwolenie?
A może to ciągle to samo piekło, przeniesione w inny wymiar?
I ta myśl przerażała, że nawet TAM nie uwolnię się od tego, że zabiorę to gdziekolwiek przyjdzie mi pójść…
Bo to było we mnie.
Przez otwarte okno patrzyłem na jej dom, zasłonięty gęstwiną parkowych kasztanów, widząc oczyma wyobraźni czas, jaki razem przeżyliśmy i jeszcze nie rozumiejąc, że tak niewiele dzieli życie od śmierci – cienka, pajęcza nić – tak łatwa do zerwania, czasem wystarcza mała, krótka chwila desperacji, niekiedy sekundy, gdy przed oczami czarne pustkowie rozpaczy…

Nasz park…
Wciąż zielony i piękny…
Ile widział już rozstań, łez i samotności?
Czy ktoś kiedyś kochał w nim tak, jak ja kochałem?
Czy stracił, jak ja straciłem?
Czy patrzył w nicość, jak mnie przyszło patrzeć?
Niezmienny i spokojny – jakże ci wtedy zazdrościłem.

I potem, gdy znów spojrzałem życiu w twarz, chodziłem godzinami zielonymi alejkami w nadziei, że może nagle, gdzieś, kiedyś, niby przypadkiem, jakoś tak po drodze, znów ją spotkam, jak tamtej niedzieli, tamtego lata.
Może znów spadnie deszcz i przytulimy się do siebie, spijając krople ciepłe i czułe ze swych ust, zakochani, w siebie zapatrzeni. I nigdy się już nie rozstaniemy, nawet na chwilę, nierozłączni, ostrożni, by nie spłoszyć czaru tej magicznej, niepowtarzalnej minuty…
I to, co stało się, okaże się jakimś makabrycznym, niedorzecznym snem – koszmarem, z którego budzimy się szczęśliwi, że to tylko senny zwid, mara zmyślona przez przewrotny mózg, mroczna ułuda, i znów usiądziemy radośnie na ławce w naszym parku, patrząc jak w oddali w słońcu połyskuje setkami cudownych refleksów rzeka.

I cisza powie wszystko…
I dotyk jej ust…
Na zawsze.

Zrozumiałem, że czas potrafi stanąć wtedy, kiedy dotykamy gwiazd i ziemia drży tak jak my, całym swoim jestestwem, bo kochać to żyć, a żyć trzeba, by kochać – tylko wówczas nasze istnienie ma sens, my mamy sens.
W jej oczach odnajdę siebie…
Uwielbienie i oddanie bez granic…
Nieśmiertelność tego uczucia.
W jej szepcie pewność i spokój.
I mając ją przy sobie dowiem się, że nic mi nie grozi, ani teraz, ani nigdy.

Chodziłem zielonymi alejkami naszego parku.

„Miłość cierpliwą jest…”

I choć mijały miesiące i lata, kolejne niedziele bez niej, ja błądząc wśród kasztanów nadal czekałem i wierzyłem, że to nie prawda, że ona gdzieś jest, gdzieś istnieje, lecz ja chwilowo nie mogę jej zobaczyć, ale to przeminie i pewnego dnia, idąc wśród szumu drzew, zobaczę ją, jak biegnie do mnie i macha mi z daleka.

Moje życie nigdy nie wróciło już do radosnej beztroski lat młodzieńczych.

Pomimo tego, iż znalazłem w sobie jakiś marny przebłysk woli i udało mi się nawet ukończyć uniwersytet, nigdy nie zaznałem już tego, co przez chwilę czułem przy niej, i choć czas upływał nieubłaganie, ja nadal ją kochałem i wciąż widziałem przed sobą jej uroczą, zabawną twarz, jej uśmiech, kolor włosów, brązowe, opalone dłonie – jej postać, wyraźnie i ostro.
Pamiętałem słowa, które mówiła często do mnie, żarty i powiedzonka, wyznania miłosne i obietnice dawane na zawsze, z cudownym błyskiem w oku, błyskiem jedynym.
Lubiłem je sobie przypominać w trakcie spacerów po parku, dokładnie mając w pamięci miejsca, w których je mówiła: samotna ławka stojąca w cieniu akacji kojarzyła mi się z pewnym, czułym zapewnieniem z jej strony, to znów na innej usłyszałem fantastyczny żart, gdzieś dalej rozbrzmiewała wciąż rozmowa na temat wspólnych wakacji.

Bo ja kochałem…
I wtedy, i później…

Poza nią nikt nigdy się już dla mnie nie liczył i pomimo upływu lat, które nie wiem kiedy minęły jakoś tak od niechcenia i niezauważalnie, w moim sercu było miejsce tylko dla niej i ona żyła w nim, bezgłośnie i cicho, tylko moja.
Nosiłem ją w sobie wszędzie, gdzie się udawałem, była we mnie w każdej minucie dnia i nocy, wyczuwalna i obecna, choć nieosiągalna dla oka, istniejąca moim istnieniem, sprawiając, że choć nie wyszła mi naprzeciw na parkowej alejce, nie byłem sam.
Dziś mogliśmy dotknąć się swymi duszami, tworząc naszą miłość na nowo, nieskończenie, nie pamiętając przeszłości, jej czarnej, martwej barwy, broniąc się również przed szarzyzną rzeczywistości, brukającej prawdziwą, idealną miłość i niepozwalającej jej rozkwitnąć.
Bo świat wokół mnie pędził dalej i dalej, nie bacząc na subtelności i uczucia, odarty z piękna i nadziei, nieobiecujący nic szczególnego poza fałszem, bezwzględnością i brudem, od dawna niepamiętający już o głębi kochania i istocie tego, co zwiemy życiem, a mianowicie o miłości szczerej, wiernej i nigdy nieustającej. Coś, gdzieś nieoczekiwanie po drodze ją zastąpiło, coś niskiego i marnego, jakaś licha namiastka, jakieś karykaturalnie wynaturzone, zniekształcone groteskowo odbicie w krzywym zwierciadle podłości życia, które w miarę upływu lat pozbawiło ją najpiękniejszych cech i tej romantycznej lekkości, która sprawiała, że kiedyś ludzie kochali inaczej, mocniej i dojrzalej, choć tak jak my, mogli mieć zaledwie kilkanaście lat…

Obserwowałem kątem oka, krążąc samotnie po mym parku pary, które niczym nie przypominały nas, jakieś prymitywne i wulgarne, bez cienia wzajemnego poszanowania i choćby odrobiny taktu, pełne jedynie instynktów, nie zaś głębszych uczuć, jakieś odrażające i odpychające.
Nas zastąpili dziś młodzi, tacy jak my wtedy, lecz żałość ogarniała człowieka, który poznał miłość prawdziwą i czuł ją nadal w sobie, patrząc na tę miernotę, doprowadzającą sferę uczuć do poziomu bruku, zadowalającą się zaspakajaniem lichych, upadłych potrzeb.
Lecz oni dobrze się z tym czuli i to przerażało najbardziej…
Nawet nie dane im było poznać choćby ułamka tego, co ja poznałem, poczuć tego, co od lat nieprzerwanie wypełniało moje serce, zrozumieć, że są rzeczy, które pojawiają się w życiu tylko ten jeden, jedyny raz i mogą zmienić je na zawsze. Wtedy wszystko inne traci większy sens, stając się jakimś mało istotnym kłębowiskiem ludzi, wydarzeń, gestów i słów, jedynie tłem, nie zaś pierwszym planem.
Rzeczywistość jest w nas, w tym, co przeżywamy wewnątrz, co tworzy bogaty świat naszych uczuć i doznań, a to, co nas otacza zewsząd, cały ten zgiełk życia, to pozostaje tylko jakimś przykrym, koniecznym dodatkiem, na który nie zawsze się godzimy, ale którego ominąć się niestety nie da. Jakbyśmy się nie obracali, zawsze będziemy mieć coś za plecami – to świat, nasza pułapka bez wyjścia – dobrze, aby za plecami pozostał.

Z mego okna patrzyłem często na jej dom, gdzie jesienną porą bezlistnych drzew widziałem zapalone światła. Nigdy tam już później nie wróciłem. Nic nie ciągnęło, wszystko odpychało.
Tylko to światło cofało mnie do czasów, kiedy… Wracała myśl, iż może kiedyś, znów, jakby nie istniała przeszłość, wszystko wróci…
I sposób, w jaki nawiedzała me sny – żywy, realny, plastyczny.
Tam mogłem się z nią spotykać co noc, odkąd odeszła stąd.
Budziłem się i w miarę upływu lat uczucie smutku i rozczarowania, że to tylko sen, zastępować poczęło uczucie pewnego narastającego spokoju, którego do końca nie rozumiałem, i odnalezienia się w nowych realiach, wszak nigdy się nie rozstaliśmy, bo nie ustała nasza miłość, wciąż mamy siebie, bo śmierć to nie przeszkoda ani granica – teraz nie dane nam jest tylko iść razem przez park.
Lecz miłość nie umiera, kiedy się naprawdę kochało!
Jeśli się czegoś bardzo pragnie, całym sercem i duszą, to w końcu przychodzi.
Bo ja kochałem…
I nic tego zmienić nie mogło – ani czas, ani ludzie, ani świat.

Pewnej niedzieli odkryłem ze zdziwieniem, że to już ponad dwadzieścia lat, odkąd nasza miłość przeniosła się w krainę ducha, odkąd ona żyła tylko we mnie, niewidzialna dla niedorzecznego świata.
To szmat czasu, kiedy to minęło?
To tysiące dni, tysiące nocy…
Wtedy zrozumiałem, że gdyby nie jej miłość, jej istnienie w mym sercu, nie dałbym rady przetrwać nawet kilku miesięcy, a tu miałem okres tak długi i niepojęty, że sam nie wiem, jak do tego doszło. Gdzie byłem przez te wszystkie lata, czym wypełniłem to całe morze czasu?
Dla mnie wydało się to krótką chwilą, jakby młodość była zaledwie wczoraj, kiedy szliśmy razem przez nasz park, radośni i ufnie patrzący w dni, które miały nadejść.

I gdy znów nadszedł listopad, ożyły wszystkie, najmniejsze nawet wspomnienia.
Jakże wtedy zapragnąłem dotknąć jej brązowych dłoni, pogładzić długie, jasne włosy, poczuć usta, których nigdy nie zapomniałem. Wziąć ją na kolana i czuć jej głowę na moim ramieniu, ciepły, spokojny oddech na mojej szyi, cichy jakże znajomy szept…

Coś się wówczas we mnie nagle odmieniło i pojąłem, że nic nie będzie już takie, jak dotąd.

Teraz pragnąłem jej, jak nigdy przedtem, jakby nigdy nie odeszła, żyjąc nadal w domu za parkiem, prawdziwa i realna, czekająca na mnie przez te wszystkie, dziwne lata.
Dotarło do mnie niezaprzeczenie, że zachodzi właśnie we mnie jakaś przedziwna, niespotykana przemiana, kończąca zdecydowanie poprzedni okres mego życia, zamykająca go na cztery spusty, wyrzucając klucz.
Bardzo wyraźna przemiana…
Już nie wystarczała mi jej obecność w mym sercu – to miejsce tylko jej przynależne i dla niej stworzone – teraz potrzebowałem czegoś więcej: ZNÓW JĄ ZOBACZYĆ, jak kiedyś, żywą i namacalną, usiąść z nią na którejś z ławek, tak dobrze nam znanych i dotknąć palcami jej ciepłych ust, za którymi tak desperacko tęskniłem.

Cały dzień myślałem tylko o niej, snując się po jesiennym parku, wypatrując jej wśród cichych, uśpionych alejek, wśród bezlistnych, kołyszących się na wietrze drzew.
Tak bardzo chciałem ją znów mieć przy sobie, tak rozpaczliwie…
Nostalgicznie szumiał mi nasz park, szepcząc do ucha listopadem takim, jak poprzednie, lecz dla mnie już teraz innym, pełnym oczekiwania i nadziei, nie zaś spokojnego pogodzenia się z losem.

Bo ja kochałem!
Każdą częścią mego ciała i serca!
Z dnia na dzień coraz mocniej, coraz goręcej!
Czyż można było kochać bardziej, niż przez te wszystkie lata?
Tak.

Teraz to odkryłem – zawsze można kochać jeszcze bardziej, bo miłość nie zna granic!
Poczułem, że ogień uczucia rozgorzał we mnie, jak nigdy dotąd, poderwał mnie nieoczekiwanie, z zaskoczenia do nowego życia, rozpalił gwałtowną, potężną potrzebę, przymus, pragnienie, by marzenia stały się ciałem, by spełniło się wnet me rozpaczliwe wołanie o nią.
Do mej świadomości dotarło wyraźnie, że nie może być inaczej, że zwariuję bez niej i dalej żyć tak nie dam rady, już ani tygodnia, ani miesiąca dłużej, bo w środku wszystko we mnie wyło i dziko skowyczało za nią, rozrywało duszę na strzępy niewysłowionym cierpieniem.

Spotkanie z nią stało się moją obsesją.

Krążyłem za dnia i nocą jak upiór po naszym parku, czekając i wierząc.
I nic wówczas nie byłoby w stanie stłumić mego pragnienia, zagłuszyć jęku mego serca.
I tęskniłem za nią, jak nigdy w życiu, gdy jesienne liście opadały z drzew.
Moje okno stało się dla mnie oknem na świat, w którym czekałem na jej przyjście.
Te dni, te tygodnie, trzymały mnie w wiecznym pogotowiu, że może zaraz, za chwilę…
Żyłem napięty jak struna, czujny i przygotowany.
Stałem się wyczulony na najmniejszy szmer, najdelikatniejszy ruch i najsubtelniejszą zmianę w otoczeniu, które uważnie, z najwyższym skupieniem obserwowałem, nie odczuwając zmęczenia ni głodu, gdyż nie to mnie teraz obchodziło. Czułem, że już blisko, że nie potrwa to już długo. Nie wątpiłem w to wcale. Jak mógłbym? Coś krążyło już w eterze, wokół mnie, wokół moich myśli i mej desperacji. Już było prawie kształtem…
Czyż zwycięstwo nie polega na tym, by iść od porażki do porażki, nie tracąc entuzjazmu?

Gdy pewnej niedzieli stałem w oknie obserwując zimowy, przykryty białym kocem śniegu park, zadzwonił telefon.
Podniosłem słuchawkę, lecz nikt się nie odezwał, tylko dziwny szmer usłyszałem po tamtej stronie…
Może przerwano połączenie?
Może żart?
Po chwili telefon znów zadzwonił i znów odpowiedział mi jedynie ten sam szmer…
Wyglądało na to, jakby ktoś dzwonił z dworu lub z bardzo daleka.
Dziwne, a może popsuł się mój telefon?
Czyżby jakaś awaria gdzieś „wyżej”?
Dotąd wszystko działało bez zarzutu.
Nagle odkryłem, że drżą mi ręce…
Nagle trzeci raz usłyszałem dzwonek i chwyciwszy słuchawkę, krzyknąłem zdenerwowany dziwaczną sytuacją.
Wtedy usłyszałem TO…
Ktoś wśród szmeru i chrzęstów nucił znaną mi melodię, bardzo znaną.
Jej ulubioną…
Wtedy rozpoznałem JEJ GŁOS.
- Gdzie jesteś?! Ty żyjesz!!! – zawołałem oszołomiony i szczęśliwy. – Gdzie cię szukać?!
Odpowiedział mi ponownie tylko szmer…
Bezduszny i doprowadzający do szału.
Wybiegłem z domu i ruszyłem zdecydowanym krokiem w park, w alejki, w drzewa, w śnieg.
Szukałem jej śladu, choćby najmniejszego, chaotycznie biegałem jak ostatni szaleniec wśród znanych mi miejsc, w nadziei, że natrafię w końcu na coś, jednak tak się nie stało.
Potem wróciłem do siebie, lecz nie smutny, nie zawiedziony…
Czułem bowiem, że to, na co tak długo skazywał mnie nieprzenikniony los – oczekiwanie i cierpienie – teraz lada moment zamieni się w spełnienie i zadośćuczynienie.

Upewniła mnie kolejna niedziela…

Znów usłyszałem głos tak mi znajomy, tak sercu bliski.
W słuchawce telefonu ta sama melodia…
Ten sam, uwielbiony ponad wszystko śpiew.
To się naprawdę działo, w moim smutnym, samotnym domu.
Jednak się nie pomyliłem – Zuzia żyła i teraz śpiewała mi piosenkę sprzed lat, kiedy byliśmy tacy młodzi, tacy szczęśliwi!
- Jak cię znajdę, powiedz, bo nie zniosę już ani dnia dłużej! – zawyłem do słuchawki, lecz jej już tam nie było – tylko szmer, tylko chrzęst jakiś…
Coś szeptało mi do ucha, że to tylko początek, że niebawem przyjdzie mi ją spotkać.
Ta pewność była tak silna, tak kategoryczna, iż nie miałem już żadnych wątpliwości – teraz będę czekał cierpliwie, a czas sam przyniesie odpowiedź.

I czekałem…

I którejś niedzieli, zamiast znanej piosenki, usłyszałem słowa Zuzi:
- Przyjdź do parku… - usłyszałem wśród szmerów wyraźnie jej głos.
- Ale kiedy, powiedz?!
- Zaraz…
Natychmiast, bez namysłu zarzuciłem na siebie kurtkę i wybiegłem.
Na dworze szalała burza śnieżna i porywisty, huraganowy wiatr.
Powoli robiła się szarówka…
Wszedłem między alejki i w mrokach nocy wypatrywałem.
Byłem sam…
Z trudem utrzymywałem się na nogach – wiało jak w piekle.
Wtedy gwałtowny podmuch wichru nieoczekiwanie odłamał potężny konar drzewa, który spadając uderzył mnie w głowę.

Wtedy przyszła ona.

Była tak piękna i młoda, jak wtedy, kiedy ją ostatnio widziałem fatalnego dnia.
Nic się nie zmieniła, tylko ja wyglądałem teraz przy niej jak starzec…
Wzięła mnie za rękę i wówczas zrozumiałem, że już nigdy się nie rozstaniemy.





29 października 2012

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 06.11.2012 08:25 · Czytań: 1557 · Średnia ocena: 4,63 · Komentarzy: 69
Komentarze
Magia dnia 06.11.2012 13:04 Ocena: Bardzo dobre
Wzruszające studium straty. Depresja przeplata się z nadzieją. Są takie chwile w życiu, że nic, naprawdę nic nie ma znaczenia. Poza tą jedną rzeczą, osobą, sytuacją, marzeniem... Bardzo dobrze rozumiem ten stan. Może dlatego naprawdę wzruszyłam się na myśl o tym, co czuje bohater opowiadania, jak bardzo jest samotny i jak bardzo poraniony. Nie przez śmierć swojej miłości, chociaż to co go spotkało jest straszne i zawsze niesprawiedliwe, ale przez życie, które upłynęło mu w czasie przeszłym, z daleka od teraźniejszości i przyszłości...
Mike, potrafisz pisać o miłości.
zajacanka dnia 06.11.2012 16:41 Ocena: Bardzo dobre
Przejmująca historia, Mike. Póki co tyle. Jak się ogarnę, to dorzucę jeszcze słówko.
Trzcina dnia 06.11.2012 17:43 Ocena: Bardzo dobre
Utrata bliskiej osoby, zwłaszcza w tragicznych okolicznościach, w momencie życia, w którym wszystko jest czarne lub białe, zachwycające bądź odrażające, wprawia w zachwyt lub wpędza w depresję, kiedy nie ma szarości i kompromisów, musi być czymś, co może zabić kawałek duszy.

Dużo tu Ciebie Mike, wiele Twoich osobistych wrażeń i refleksji, tak dużo, że mam ochotę Ci współczuć.
Nie wiem na ile to fikcja, ale wiem, że pewnych stanów, nie można w sobie stworzyć, ot tak, a potem żarliwie i z głębi serca o nich pisać.
Emocji tu aż nadto jak dla mnie.

Wychodzę z czytania zaniepokojona, zasmucona, listopadowa.
No cóż, oprócz wszystkiego co kiedykolwiek Ci o Tobie napisałam, mogę dodać jedynie, że bije po oczach Twoja wrażliwość i ekspresja.
Dostrzegasz w ludziach uczucia, i oswajasz je, jednocześnie dzieląc się swoimi, tak naturalnie i odruchowo.

Lubię takie czytanie, chociaż wariuję listopadem, jak sam zresztą zauważyłeś.
Gratuluję dobrego tekstu.
Technicznie niech się wypowiedzą mądrzejsi :)
al-szamanka dnia 06.11.2012 17:53 Ocena: Świetne!
Bo już tak jest, iż często, zawartość całego życia pomieści się łatwo w jednej sekundzie.
Bywa jednak, że jedna sekunda staje się całym życiem.
Ułamek chwili, moment olśnienia, którego już nic i nigdy nie jest w stanie przyćmić.
Ani tu.
Ani tam.
Na wieczność.

Czy za taką właśnie miłością tęsknimy?

Oczywiście. Ale pragniemy ją też urzeczywistniać - bez tego tylko ją w nieskończoność idealizujemy.
Ale, gdy ktoś o niej w taki sposób opowie, jak to Ty zrobiłeś, Mike...

Hmm, moja reakcja - zachwycenie, zasłuchanie - bo głośno przeczytałam, aby mieć z tego więcej.
Wzruszyłam się :)

A wczoraj zgłosiłam tekst o podobnej tematyce -"Sen o Magdalenie"
mike17 dnia 06.11.2012 18:15
Za kanwę do tego opowiadania posłużyła mi prawdziwa historia.
Historia matki mego kolegi, która straciła męża prawie 20 lat temu i wciąż pierze mu koszule, prasuje je, gotuje obiady, parzy poranną kawę, czeka w oknie o 16-tej, kiedy zazwyczaj wracał z pracy.
Dla niej czas się zatrzymał i nigdy już nie wróciła do zdrowia psychicznego - za duży był to dla niej wstrząs.

Wierzę w miłość, która sięga poza grób, stąd ta opowieść.
Wiem, że gdy bliski cierpi tu, na ziemi, zmarli potrafią przyjść po niego, zabrać go do lepszego świata, zaoszczędzić mu cierpień.

Jak zrobiła Zuzia...

Mój bohater nie był obłąkany, nie miał omamów słuchowych.
Pokochał na zawsze.
I przeszedł swoją gehennę...

Dziękuję Wam, drogie panie, za to, że byłyście z moim bohaterem i jego smutnym życiem, które na koniec doczekało się nagrody :)

Pozdrawiam listopadem szarym...
al-szamanka dnia 06.11.2012 19:06 Ocena: Świetne!
Wiem, że gdy bliski cierpi tu, na ziemi, zmarli potrafią przyjść po niego, zabrać go do lepszego świata, zaoszczędzić mu cierpień.

Tego nie jestem pewna. W końcu jesteśmy tu, na ziemi, aby się czegoś nauczyć. Może się okazać, że gdy przedwcześnie zostaniemy zabrani/pójdziemy, zabraknie jakiejś innej, koniecznej sekundy....
mike17 dnia 06.11.2012 19:15
Miałem na myśli sytuację z tego opowiadania.
Z zaświatów przyszła pomoc.
Ten człowiek wegetował, cierpiał, był na ziemi jeno ciałem...

Jego miłość zabrała go do siebie.

Ta dziewczyna przyszła i skończyła jego ziemską drogę.
Odeszli razem.
Ku wieczności.
Bo jeśli kochało się tu, kochać się będzie i tam.
al-szamanka dnia 06.11.2012 19:21 Ocena: Świetne!
Bo jeśli kochało się tu, kochać się będzie i tam.

Innej możliwości nie ma:):):)
Krystyna Habrat dnia 07.11.2012 12:34
Ładne opowiadanie, takie listopadowe, bo smutne i liryczne.
W tej chwili przypominam sobie, że raz widziałam, jak chłopak szedł za trumną własnej dziewczyny, i zapamiętałam, że miał czerwoną koszulę w kratę i tak jakoś nerwowo machał rękami, bo jakby nie miał prawa tam być, a przedarł się bliżej grobu. Opowiadano, że pokłócili się i ona zginęła niedługo potem w wypadku drogowym. Zastanawiał kolor jego koszuli. Może dlatego, ze jechała z innym i z tamtym zginęła? Może ten nie potrafił w rozpaczy znaleźć innej koszuli albo nie wiedział, co wkłada?
Podobną historię ktoś mi opowiadał, jak mroźną zimą na pogrzeb samobójczyni jechał pociągiem jej były chłopak. Palił papieros za papierosem, wystawiając głowę na wiatr, a podobno wcale nie czuł zimna ani nic.
Bliżej tych historii nie znałam, lecz zapamiętałam te charakterystyczne szczegóły (drobniejsze pominęłam), jakich się nie wymyśli, bo bywają nieadekwatne do wydarzenia, jednak to one nadają dramatyzm sytuacji poprzez swą dziwność.
Co przez to chcę powiedzieć? Żebyś w swoim ładnym opowiadaniu zastąpił część refleksji i uogólnień na korzyść obrazowych drobiazgów. Dobry pisarz to potrafi. I zrezygnował z dużej ilości przymiotników, chyba, że chcesz uzyskać efekt mgławicowości, co w tym przypadku pasuje. Oczywiście, nie musisz. Może pozostać takie, a w następnym spróbuj trochę inaczej. Żeby nie popaść w jednostronność.
mike17 dnia 07.11.2012 13:02
Dziękuję Ci za czytanie, zastanowię się nad ewentualnymi, drobnymi zmianami.
To utwór jedyny w swoim rodzaju, jako że nie piszę smutnych opowiadań - jestem zbyt wesołym człowiekiem, by nurzać się w depresyjnych klimatach :)

Następne opowiadania, które są już od dawna gotowe są zupełnie inne, niż to - obecna pora roku wpłynęła tak na mnie.

Pozdrawiam listopadem ;)
Dobra Cobra dnia 07.11.2012 22:11 Ocena: Bardzo dobre
Mike!

Łzy zrosiły oczęta me, by po chwili łeż potoki chlusnęły z nich. I tak jest od rana! Łzy leją się i leją. Z robocie powiedzieli mi, żęby iśc do domu, bo jeszcze mi rękę automat do kawy wciągnie a tego nie ma w zakresie ubezpieczenia.
Więc siedzę w domu a łzy (kiedyś w okolicach wojny tak się miło mówiło: lzy przez L i to było piękne). Więc te lzy tryskają, organizm wysuszonym i nawet nie pomaga nawadnianie wodą. Do szpitala mi trza! Tam dadzą kroplówkę, lecz... czy ona pomoże, gdyż serce me płoche ból odczuwa.

Zastrzyków się boję!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Panicznie!


Jakże Ty, mike, żyć mogleś z takiem czymś.

Choć z drugiej strony Felek z koparki i inne chłopaki to się śmieją, żem taki sercowy jest.

Normalnie dramat!

Moja cała radość życia odpłynęła i może już nigdy nie chwycę za pióro, aby napisać jakiś kolejny paszkwil wesoły, niczym radosny pasikonik, co z kwiatka na kwoatek skacze! I jakaż strata dla kultury!

Ach!

Dobra Cobra

PS Jest git!
Krystyna Habrat dnia 07.11.2012 22:50
To dobrze, iż nie poczułeś się urażony, bo nie lubię, kiedy ktoś prosi o komentarz, a potem okazuje się, że chciał tylko pochwały. Tu i tak pochwaliłam, ale też to i owo podpowiedziałam z punktu widzenia czytelnika, który trochę literatury przeczytał.
A smutku wcale nie musisz się wystrzegać. To cenne, że potrafisz pisać teksty w odmiennych tonacjach i różnej poetyce.
mike17 dnia 08.11.2012 15:02
Cobra - ten utwór w swoim założeniu miał być smutny, tragiczny, ale i pełen niepojętej dla normalnego śmiertelnika nadziei, którą żył bohater ponad 20 lat.
Chciałem napisać coś na wskroś romantycznego, przy czym niejedna łza popłynie...
Czy mi się udało?
Wy oceniacie :)

Pozdrowczyk listopadowy!

Sokol - poruszam się po wszystkich gatunkach, poza dramatem, więc jakakolwiek rutyna i pisanie w kółko o tym samym mi na pewno nie grozi.
To miała być prosta historia o miłości, która sięgnęła poza grób.
Jednak staram się wystrzegać smutnych tematów - działają rozkładowo na psychikę, przynajmniej moją :)

Pozdrawiam serdecznie!
Dobra Cobra dnia 08.11.2012 15:52 Ocena: Bardzo dobre
Cytat:
Chciałem napisać coś na wskroś romantycznego, przy czym niejedna łza popłynie...


I udało Ci się. Dziewczyny płaczą, mężczyźni nerwowo skubią wąsy...


Pozdr

Do/Co
mike17 dnia 08.11.2012 16:02
Ach, Ty dowcipasie!

Trzym się ramy, stary!
Dobra Cobra dnia 08.11.2012 21:06 Ocena: Bardzo dobre
Jaki dowcipasie, kurde? Tu dramat przed duże D pisany Waszmość rozpościerasz przed oczami znękanego Czytelnika (a i Czytelniczki!) i inputujesz, że ktoś se jaja robi???????


Cobra Dobra.


PS: Trochę ślisko jest i trzeba uważać na zakrętach!
mike17 dnia 08.11.2012 21:11
No chciałem Cię jakoś na duchu podtrzymać, amigo :)
Twym łzom ulżyć!
Jeno takie miałem zamiary.

Ale listopadem jestem ostatnio podszyty!

Stąd takie opowiadania powstają, panie dzieju!
Ale kolejne będą z innej parafii!

PS.
Zmień opony na zimowe :)
aGRAFka dnia 08.11.2012 22:11 Ocena: Świetne!
Marcel Proust - dobrze dobrana postać do klimatu opowiadania... jego ostatnie lata życia, gdy zamknięty w swoim pokoju spał w dzień, a pisał w nocy są jak listopad, w którym przez dużą część dnia blisko nam do nocy, a znużenie każe nam zazdrościć takim szczęśliwcom jak Proust, który jak chciał, to spał ;) Pewnie śniąc błądził po parkach i szukał dawnej ukochanej, z którą wcześniej rozstał się w gniewie ;)

Liryczne to opowiadanie. Podoba mi się ilość epitetów:)

Moja siostra, która jest obecnie w liceum na pewno nie podzielałaby opinii, że jest to czas beztroski ;) Ale to fakt. A wszystko co pierwsze jest wyjątkowe. W młodości łatwiej coś przeżyć pierwszy raz niż ostatni... a połączyć pierwsze zakochanie z ostatnim tym, że oba dotyczą jednej osoby jest niestety dane nielicznym...

Jak dla mnie to opowiadanie to romantyzm zamknięty w pięknej formie... Miłość romantyczna nie może być szczęśliwa - jak w Romantyczności Mickiewicza, Cierpieniach młodego Wertera czy też w dramacie Romeo i Julia...Jakoś tak ten tekst skłonił mnie do refleksji... chyba też zanurzam się w listopadowym odurzeniu... Duchy przybywają...
mike17 dnia 08.11.2012 22:22
aGRAFko - chciałem pokazać miłość romantyczną, która przezwycięża śmierć, i trwa dalej, jakby po drodze nic się nie wydarzyło.
Wywołanie smutku i głębokiej refleksji było moim zamiarem - czy tu, na ziemi, wszystko kończy się z chwilą śmierci jednej ze stron miłości?
A może nie?
A co, jeśli kochanie nie kończy się?

Bardzo dziękuje za chwile z moim bohaterem i pozdrawiam szarym, deszczowym listopadem :)
aGRAFka dnia 08.11.2012 22:49 Ocena: Świetne!
Miłość romantyczna u Mickiewicza i Szekspira chyba też przezwycięża śmierć, jednak nie wiadomo, czy to czyni ją szczęśliwą ;) Od dziecka uczą nas, że szczęście jest wtedy, gdy "żyli długo i szczęśliwie"...

Miłość może przezwyciężać śmierć. Często jest też ważniejsza niż życie - np. gdy ktoś pozwala się za kogoś zabić...lub gdy ze śmiercią męża żona skacze w stos, w którym palą jego ciało (rozmawiałam kiedyś z osobami, dla których sati było właśnie potwierdzeniem tego, że miłość może łączyć na wieki).

Mimo wszystko, to że przedstawiona w tekście więź trwa przez całe życie mężczyzny, wydaje się niezbyt szczęśliwa - wciąż każe mu żyć tęsknotą. Na końcu ukochana przychodzi, ale nie wiadomo, czy teraz - jeśli się nigdy nie rozstaną - uczucie będzie trwać, czy przyniesie rozczarowanie... ;) Wiem, że to już byłaby kolejna historia, ale często staram się rozważać różne możliwości, gdy historia mnie zaciekawi ;)

błogości wieczorową porą życzę :)
mike17 dnia 08.11.2012 22:59
Prawda była taka, że z zaświatów przyszła po niego.
Widziała, jak ją kochał przez te wszystkie lata samotności.
Taka miłość może mieć tylko jeden scenariusz...

Pozdrawiam nocą :)
TAMIza dnia 08.11.2012 22:59 Ocena: Świetne!
Witaj Mike.
Już chyba piąty raz przymierzam się do napisania paru słów pod tym tekstem i nie wiem jak oddać słowami emocje, które wlał we mnie, a które wylewają się łzami, podczas każdego czytania. Za pierwszym razem, gdy czytałam przyznam, że nie dobrnęłam do końca, bo nic nie widziałam przez łzy. Doskonale znam każde z tych uczuć, o których piszesz, w dodatku z autopsji i pewnie dlatego podchodzę do tego tekstu tak emocjonalnie. Pozdrawiam poruszona.
mike17 dnia 08.11.2012 23:27
Chciałem pokazać żałość życia bez miłości, zwłaszcza że była to miłość pierwsza, ta dziewicza, uwarunkowująca psychikę na zawsze, i rozpaczliwe pragnienie kochania, które rozrywa duszę na strzępy.
Ukazać jak brak miłości może odmienić życie...

Wierzę w cuda, wierzę w "tamtą stronę", wierzę w przeznaczenie.

Dziękuję Ci, TAMIzo, za chwile spędzone z moim bohaterem.
I za to, że wzruszyła Cię moja smutna historia.
Lecz wszystko skończyło się dobrze.
Bo miłość nie zna granic.
Miroslaw Sliwa dnia 09.11.2012 09:33 Ocena: Świetne!
Nagła utrata kogoś kochanego ma w sobie coś z absurdu. Tym bardziej, że pierwsze miłości z reguły są "na zawsze". Dodałeś do tego dojmujące poczucie winy i bliskość miejsc wspólnego przeżywania uczucia przez tych dwoje ludzi. Żadna wrażliwa psychika tego nie wytrzyma. Bardzo dobre opowiadanie. Pozdrawiam.:)
mike17 dnia 09.11.2012 10:01
Właśnie chodziło mi o tę pierwszą, nierdzewiejącą miłość, którą mój bohater zachował na całe życie i która to miłość to życie nieodwracalnie odmieniła.
I bliskość parku potęgowała to, co przez ponad 20 lat odczuwał.

Kłaniam się nisko, Mirosławie, i dziękuję za wizytę i garść spostrzeżeń.
Miło Cię gościć ponownie pod moim tekstem.
shinobi dnia 09.11.2012 15:34 Ocena: Świetne!
Zawsze trochę trwa nim zabiorę się do Twojego tekstu Mike, dlatego, że piszesz obszernie i muszą mieć dluższą chwilę na skupienie. Poruszją mnie te Twoje opowieści, w których uderzasz we wrażliwsze struny czytelnika. Kroisz wszystko misternie, gustownie, jak dobry krawiec. Nawet jeśli czlowiek nie chce, i tak się wzrusza.
mike17 dnia 09.11.2012 17:02
Shinobi, my man, taki był mój zamysł twórczy, by za gardło złapało i wzruszyło - lubię pisać o różnych odcieniach miłości i przyjaźni, jak sam wiesz, bo czytałeś moje ostatnie utwory.

Cieszę się, że Ci się udzieliło to wzruszenie, to tylko dobrze o Tobie świadczy jako o mężczyźnie.

Dzięki wielkie za czytanie i miłe słowa - miód na moje serce jako autora.

Zapraszam Cię znów za jakiś czas, kiedy wejdzie moje kolejne opowiadanie ;)
dr_brunet dnia 09.11.2012 22:31 Ocena: Świetne!
stałeś się ckliworomantycznołzawy:) a mówią że to ja się postarzałem:) I tak jest git:)
mike17 dnia 09.11.2012 22:51
Doktorku, to Ty jeszcze żyjesz???
Ano październik do mnie zagadał tą historią, nie miałem na to wpływu, poddałem się :)

Czasem trzeba zmieniać menu.
Napisać coś zgoła innego.
Ja wrażliwy jestem...

Miło Cię znów po przerwie gościć i mam nadzieję na częste teraz kontakty i czytanie jakiejś nowej twojej prozy, hm?

Pozdro!
sinalco78 dnia 10.11.2012 02:24
Jak Master Yoda- szyk przeciwstawny, "ja wrażliwy jestem", znaczy się, że niczego się nie nauczyłem. "Jeno" sarmackie wzdęcie czyni me romantyczne jestestwo zbolałym wypierdem pasji.
Moja chusteczka jest pełna kryształków soli, które otwierają dawno zabliźnione rany. Sam niejedną dziewczynę wypchnąłem za okno, lecz wróciła jako senna nieodgoniona mara siadając niby dusiołek na mej miłościwej piersi...Znacie to i lubicie, co nie? M jak Miłość. Gdzie jesteś Whole Truth, pomocy? aaaaaaaaaaaaaa! Dam znak cynk za jakiś czas Mike, naprawdę muszę ochłonąć. Będzie bolałoB)
Wasinka dnia 10.11.2012 13:46
Sinalco,
prosimy o powściągnięcie negatywnych emocji w kreowaniu wypowiedzi, choć pomysłowych, to jednak mogących urazić, a też i niemających wiele wspólnego z tekstem. Nie komentujemy komentarzy - chyba że w odniesieniu do tekstu (nie do autora).
Za szczere i konstruktywne komentarze dziękujemy.

Pozdrawiam słonecznie.
FRIDA dnia 15.11.2012 13:25 Ocena: Bardzo dobre
Bardzo wzruszający utwór, dający dużo do myślenia. Miałam ciarki na plecach jak zadzwonił telefon z zaświatów. Kiedyś przeżyłam podobną, niewytłumaczalną sytuację.
Twój bohater bardzo poruszył moje wnętrze.
Pozdrawiam serdecznie.
mike17 dnia 15.11.2012 14:38
Cieszę się, Frido, że utwór przypadł Ci do gustu i wzruszył - taki był mój zamiar.
Ten telefon musiał zadzwonić...
Miłość nie zna granic, a śmierć to nie jest jej koniec.

Pozdrawiam serdecznie i zapraszam ponownie :)
al-szamanka dnia 15.11.2012 15:06 Ocena: Świetne!
Niewytłumaczalnych sytuacji miałam wiele. W Twoim opowiadaniu zadzwonił telefon, u mnie zagrała nienakręcona pozytywka. Wiadomość o odejściu na drugą stronę otrzymałam w dniu następnym
mike17 dnia 15.11.2012 17:11
U mnie w domu, w kuchni, pod wieczór, nagle rozległ się metaliczny odgłos spadającej łyżki czy widelca.
Problem w tym, że BYŁY W ZAMKNIĘTEJ SZUFLADZIE!

Nazajutrz zmarła babcia...
Jak się później okazało o tej godzinie, kiedy "spadła" łyżka czy widelec.

To się dzieje.
Inny świat istnieje obok nas.
Tylko czasem się zazębiają...
elaklos dnia 15.11.2012 22:08
Inny świat zawsze jest i był z nami. Nic nie dzieje się z przypadku, nic nie jest zbiegiem okoliczności, wszystko jest przemyślane i dokładnie zaplanowane. Wiele śmierci widziałam lecz nic nie czułam. Nie czułam bólu umierającego , ani bólu i przerażenia bliskich, był tylko żal, że tak wcześnie, że śmierć mogła poczekać. Zostawała tylko modlitwa za duszę. Starajmy się przeżyć nasze życie najlepiej jak potrafimy. Kochać i szanować tych którzy nas nienawidzą i nauczmy się przebaczać. Nie zbudujemy swojego szczęścia na ludzkiej krzywdzie i nieszczęściu. Nie znam miłości, o której piszesz. Moja miłość jest prosta, ale piękna, bo przecież miłość to nie tylko patrzenie sobie w oczy, ale życie i trudy szarej codzienności, duże smutki i małe radości. Pozdrawiam ciepło.
mike17 dnia 16.11.2012 11:25
Elaklos - Dziękuję Ci za garść przemyśleń, pochylenie się nad moim utworem i przeczytanie go.
W pełni się z Tobą zgadzam, że przypadek nie istnieje - jest tylko wszechmocna potęga przeznaczenia.

Pozdrawiam serdecznie.
sinalco78 dnia 17.11.2012 04:34
"Okrutny przypadek czy wyrok zastygnięcia w przeklętej próżni potępienia niemożnością wyzwolenia się z otchłani własnego cierpienia" sprawił , że musiałem się odezwać, mimo iż usta moje zakneblowane zostały wewnętrznym regulaminem, acz sympatycznie przedstawionym(rzecz jasna w skrócie, za co senkju pani W.). Zastanawiam się tylko czy to "chory żart, jak absurdalne urojenie czy iluzj(a)ę wyobraźni". Dajcie spokój, drętwe opowiadanie pełne frazesów parodiujących parodiowanych. Takie rzeczy chętnie umieściłbym w pamiętniku nastolatki Komuś kto pisze od dwunastu lat nie przystoi. Bo można PISAĆ i pisać . Ja na ten przykład piszę na pocztówkach z nad morza różne takie banały, że ciepło, że pozdrawiam, że morze jest niebieskie, że szumi, że piasek ciepły i żółty , a dziewczyna, którą przed chwilą poznałem za moment udławi się watą cukrową, co( pewnie że tak!)wpłynie na całe moje życie. Bo jestem okropnym wrażliwcem i daną mi czwartą część mgnienia potraktuję marginalnie skupiając się na tej jednej jedynej miłości z czasów licealnych( tak trochę to odebrałem, te arbitralne stwierdzenia)Nic to, może nie jestem zbyt romantyczny, ale (po)twory typu: " zniekształcone groteskowo odbicie w krzywym zwierciadle podłości życia", "usypiającymi swym nasennym rytmem","milczące wyciszenie", "głuchym milczeniem" "niebiańskiego olśnienia"... można czerpać garściami. I te niezrozumiałe lub nawet niepotrzebne przerywniki. Co to jakiś wiersz? Wydaje mi się to zwykłą nieudolnością scalania fabuły. Wstrzymałbym się też z cytowaniem Wielkich Pisarzy przed tekstami, bo póki co pasują jak "pięść do nosa". To tak jakby do rachunków w Tesco dodawano sentencje z poezji Miłosza, niby fajnie, ale jednak zgrzyt. Nad utworem się pochyliłem, lecz od ukłonów daleko, bardzo daleko...Dokąd idziesz Paszczakuuuu? Czekaj na mnie Muminku, wrócęęę! PS.Sorry, znaczy się z góry przepraszam za dokonanie aluzyjnych remiksów, mam na myśli tekst oryginalny. Pozdrawiam czytających i czytelników.
al-szamanka dnia 17.11.2012 09:06 Ocena: Świetne!
No, Sinalco praktycznie przetworzyłeś tekst na Twoje i rzeczywiście wyszedł bardzo nieciekawie.
Czyli.
Dobrze, że nie Ty go pisałeś!!!
sinalco78 dnia 18.11.2012 03:50
NIECIEKAWY to moje drugie imię, ale dzięki ,że chociaż pani się zainteresowała. Bo jak mawiał poeta "najgorsze są oczy tych, którzy nie rozumieją dowcipu". Pewnie, że mógłbym trochę ten cytat przekształcić, ale to nie Ja go napisałem...choć napisałem.Si ju lejter aligejter. Wracam przepoczwarzać na Moje, cokolwiek by to miało znaczyć. PS. Nie komentujemy komentarzy, bo to nieładne, żeby nie powiedzieć chamskie. Żart.B)
na zakrecie dnia 19.11.2012 20:31
Piszę i kasuję. Trudno uzmysłowić sobie ogrom straty i cierpienia jaki wylał się z tego tekstu. powalająca historia którą na pewno zapamiętam do końca życia. To jest opowieść, która pozostawia po sobie ślad w myślach i sercu czytelnika. Tak namacalnie realna.Nie patetyczna, nie rzewna a porusza każdą strunę moich uczuć. Tragiczna historia. A te przerywniki porządkują całą opowieść. , ale Jako zwykły czytelnik powiem, że lubię takie klimaty. boję się "tamtej strony" a jednocześnie chętnie zbliżam się myślami do niej. Dobra dziwnie to wyszło. Ogólnie nie wyobrażam sobie stracić kogoś i cierpieć tak bardzo, Przypomina mi się film Głosy po kilkunastu minutach wyłączyłam z wrzaskiem, budząc cały dom. Za wrażliwa jestem. Przepraszam, że się rozgadałam.
mike17 dnia 19.11.2012 21:00
Na zakręcie - chciałem dotrzeć do serc.
Czy mi się to udało, nie mnie oceniać.
Wierzę w miłość poza grób.
I powrót stamtąd, gdy komuś na ziemi dzieje się krzywda.
Wierzę w światów przenikanie.

Dziękuję Ci bardzo za to, że zechciałaś być z moimi bohaterami i za to, że przeszłaś ich ciężką drogę.
To ciężkie opowiadanie, wiem, tym bardziej kłaniam się nisko.
puma81 dnia 07.03.2013 12:29 Ocena: Świetne!
"... czas potrafi stanąć wtedy, kiedy dotykamy gwiazd i ziemia drży tak jak my, całym swoim jestestwem, bo kochać to żyć, a żyć trzeba, by kochać – tylko wówczas nasze istnienie ma sens, my mamy sens. " piękne zdanie.
Nic dodać, nic ująć.
Jestem oszołomiona i idę popłakać w samotności!
Pozdrawiam serdecznie!
mike17 dnia 07.03.2013 14:49
Dziękuję, Pumo, za to, że dałaś mi się oszołomić :)
To piękny komplement dla mnie, a że łza jest naturalną konsekwencją tego opowiadania, to mi wybacz - taki był mój zamysł twórczy: miało być smutno i przejmująco.
Już wcześniej pisałem w którymś komentarzu, że to historia poniekąd na faktach.
Czasem można kochać tylko raz w życiu, ten jeden, jedyny, i to chciałem tu ukazać, że taka miłość zmienia wszystko.

Zapraszam Cię jak najczęściej w moje skromne progi :)

Pozdrawiam wiosennie!
Kushi dnia 09.03.2013 13:28 Ocena: Świetne!
Przepiękna, wzruszająca historia niezwykłej miłości. Miłości, której tragiczne zakończenie zostawiło trwały ślad w zakochanym mężczyźnie. Opowiedziałeś nam tu coś niesamowitego Mike. Pozwoliłeś zajrzeć do serca głównego bohatera, poczuć jego ból, rozpacz i wszechogarniającą samotność. Dzień po dniu, godzina po godzinie spisałeś jego dalsze życie, próbę przetrwania i odnalezienia się w nowej rzeczywistości po utracie ukochanej osoby.
Ta pierwsza miłość - czasem się słyszy, że może nie przetrwa, że to tylko fascynacja, chwilowe zauroczenie - ale to właśnie ona tak jak napisałeś jest tą jedyną, wieczną i nigdy „nierdzewiejącą” i są tacy ludzie, którzy chcieliby, aby ta pierwsza miłość pozostała ich jedyną, tą na całe życie. Tym bardziej trudno jest wyobrazić sobie rozpacz i bezsilność jeżeli taka miłość nie przetrwa.
Twój tekst porusza, działa na wyobraźnie. Już wiem na pewno, że ta historia pozostanie głęboko w moim sercu. Czytając ją, czułam się jakbym słuchała czyichś zwierzeń lub czytała list. Klimat tej opowieści dopełniają również niezwykłe słowa, chociażby:
czas potrafi stanąć wtedy, kiedy dotykamy gwiazd i ziemia drży tak jak my, całym swoim jestestwem, bo kochać to żyć, a żyć trzeba, by kochać – tylko wówczas nasze istnienie ma sens, my mamy sens. - zabieram bo jest w nich tak wiele magii.
Wzruszyłeś ogromnie. Napisałeś coś, do czego będę na pewno wracała myślami jeszcze nie raz.
Pozdrawiam ciepło uśmiechem:)
mike17 dnia 09.03.2013 16:43
Wielkie dzięki, Kasiu, za tak piękny komentarz, tak trafnie opisujący tę historię.
Ta moja "maksyma" jest moim credo życiowym.
Chciałem ukazać tu coś ponadczasowego: potęgę kochania.
I tego, że "oni", ci, których już wśród nas nie ma, mają moc wpływać na nasze losy, co więcej, pomagać nam, kiedy stoimy nad przepaścią...
I to, że miłość, ta pierwsza, nigdy, i jestem tego absolutnie pewien, nie rdzewieje.
Bardzo się cieszę, że wzruszyłem.
Że byłaś ze mną w tej opowieści.
Jeśli on i ona byli Ci choć przez chwilę bliscy, dziękuję.

Pozdrawiam sobotą (jeszcze) śnieżną :)
Figiel dnia 01.11.2013 09:30
To niemal jak marzenie za miłością tak silną, która trwa i przekracza bariery czasoprzestrzeni. Powiada się : "będę cię kochać aż po grób" - Ty pokazujesz, że zarówno tu, jaki i stamtąd można znacznie dłużej, z nie mniejszą siłą. Myślę, że są takie szczególne przypadki, choć natura wyposażyła nas w mechanizm łagodzący ból po ostatecznym rozstaniu, i dobrze, bo inaczej świat stałby się piekłem dla tych, co pozostali.
Myślę,też,że potęga miłości jest bliska sile nienawiści, a czasem te uczucia mają podobną strukturę.
Dziwnie mi się splótł ten tekst z dzisiejszym dniem, właśnie zmarłym poświęconym...
Pozdrawiam:)
Usunięty dnia 01.11.2013 11:00 Ocena: Bardzo dobre
Cytat:
by zre­ge­ne­ro­wać swe siły,
- bez swe
Cytat:
e naj­cen­niej­sze, bę­dą­ce czę­ścią nas, na za­wsze wro­słe w serca, sta­jąc się przez lata nami.
- na zawsze wrastają (wkorzeniają) w serca, przez lata stają się - nami.
Cytat:
Bo to szcze­ra praw­da, że w życiu naj­pięk­niej­sze są tylko chwi­le, szko­da, że tak nie­wie­le,
- ich niewiele
Cytat:
Że otwo­rzo­no przed nami bramy raju, na za­wsze, bez­wa­run­ko­wo, i nigdy nie zo­sta­ną one za­trza­śnię­te nam tuż przed nosem.
- zatrzaśnięte tuż przed naszym nosem.
Cytat:
rzu­cał złe kule w złe prze­gród­ki.
- sądzę, że jedno złe wystarczy
Cytat:
Wielu prze­szło naszą drogą, lecz nam nie dane było uj­rzeć jej końca.
A nic nie za­po­wia­da­ło tak tra­gicz­ne­go fi­na­łu – szli­śmy ufni, jak we mgle, nie wie­dząc, że za chwi­lę…
To były nasze naj­pięk­niej­sze, li­ce­al­ne czasy, kiedy pa­nu­je bez­tro­ska i do­pie­ro co od­kry­ta ra­dość no­we­go życia, skła­da­ją­ca się z nie­zna­nych dotąd przy­jem­no­ści. Nagły prze­błysk, któ­re­go nigdy już się nie za­po­mi­na i który nigdy już się nie po­wta­rza – nagle do­ro­śli, choć przed chwi­lą jesz­cze dzie­ci.
- Wielu przeszło tą drogą... możesz zrezygnować z nasze, oraz nagły i nagle
Cytat:
ja wtedy zro­zu­mia­łem, jak ro­zu­mie się pewne rze­czy raz jeden w całym, dłu­gim życiu,
- bez ja i może nowe zdanie?

Masz trochę za dużo zaimków. Początek można jeszcze poprawić. Ale tekst później mnie tak wciągnął, że już nie zwracałam uwagi. Wywołałeś różne myśli, wspomnienia. Napisałeś bardzo dobre studium trwającej latami depresji.

Pozdrawiam

B)
mike17 dnia 01.11.2013 17:03
Tak, Figielku, to dobre opowiadanie na dzisiejszy dzień, choć paradoksalnie wraz ze śmiercią bohatera kończy się dobrze, bo łączy się z miłością swojego życia, i jest to jego jakby swoiste dopełnienie - miłosierna śmierć?
Chciałem oddać tu wiele rzeczy: kochanie, beznadziejność, nadzieję, pustkę i... szansę.
I przenikanie się światów, w co głęboko wierzę, zwłaszcza w dni, jak ten...
Zuzia w końcu przyszła po niego, bo nie na ziemi było jego miejsce.
Jak to u mnie zwykle bywa, znów jest tu nieco z faktów, ale to zachowam już dla siebie.

Bardzo Ci dziękuję za wejście w ten smutny, listopadowy świat.

Amso, czy to była rzeczywiście depresja?
Na początku na pewno, wręcz psychiczna śmierć, pustka bez początku ni końca.
Potem zamieniła się apatię i marazm, bo bohater jednak skończył jakoś szkołę i studia.
Jednak na zawsze pozostał wypalony, jak żywy trup, który już niewiele czuje, nawet dawna rozpacz jest już odległym echem.
A jego późniejsza ewolucja ku pragnieniu spotkania Zuzi, pociągnęła za sobą już inne moce.
Odniosę się do sugestii:

Cytat:
by zre­ge­ne­ro­wać swe siły,

tak "swe" ad kosz.
Cytat:
e naj­cen­niej­sze, bę­dą­ce czę­ścią nas, na za­wsze wro­słe w serca, sta­jąc się przez lata nami.

tu chyba oboje nie zauważyliśmy chyba najcelniejszej opcji: ...stające się przez lata nami" - mowa o chwilach, a więc odpowiednia forma.
Cytat:
Bo to szcze­ra praw­da, że w życiu naj­pięk­niej­sze są tylko chwi­le, szko­da, że tak nie­wie­le,

szkoda, że tak niewiele - nie chodziło mi to o "chwil", ale wartości samych w sobie.
Tak niewiele w sensie, tak mało czegoś.
"Ich" byłoby zbędnym dopowiedzeniem.
Cytat:
zatrzaśnięte tuż przed naszym nosem.

to kupuję :)
Cytat:
rzu­cał złe kule w złe prze­gród­ki.

wszystko jest tu ok, tak jak w powiedzonku, gdzie też występują celowe powtórzenia: "Być w złym miejscu w złym czasie" - w ten deseń.
Cytat:
Wielu prze­szło naszą drogą, lecz nam nie dane było uj­rzeć jej końca.
A nic nie za­po­wia­da­ło tak tra­gicz­ne­go fi­na­łu – szli­śmy ufni, jak we mgle, nie wie­dząc, że za chwi­lę…
To były nasze naj­pięk­niej­sze, li­ce­al­ne czasy, kiedy pa­nu­je bez­tro­ska i do­pie­ro co od­kry­ta ra­dość no­we­go życia, skła­da­ją­ca się z nie­zna­nych dotąd przy­jem­no­ści. Nagły prze­błysk, któ­re­go nigdy już się nie za­po­mi­na i który nigdy już się nie po­wta­rza – nagle do­ro­śli, choć przed chwi­lą jesz­cze dzie­ci.

"naszą" można w sumie zmienić, nie zaburzy mi to tekstu, ani sensu.
"nagły" - tak, tu warto poszukać synonimu, albo odpuścić sobie w ogóle.
Cytat:
- bez ja i może nowe zdanie?

jasne, "ja" ad kosz. bo z przypadku czasownika wiadomo, o kim mowa.
Resztę pozostawiam bez zmian.

Dziękuję za czytanie, zwłaszcza w tak niezwykły dzień, jak dziś :)

Pozdrawiam Obie Panie :)
Usunięty dnia 01.11.2013 18:15 Ocena: Bardzo dobre
Uwierz mi, opisałeś klasyczną, wieloletnią depresję reaktywną.
Doceniam odpowiedź na sugestie.

Pozdrawiam

B)
mike17 dnia 01.11.2013 18:26
Jasne, że nie była to depresja endogenna na tle choroby dwubiegunowej, ale zauważ, że potem przeszła niejako naturalnie w stan swoistej apatii życiowej, w której bohater jednak wykonywał niezbędne do życia czynności i jakoś funkcjonował społecznie, ale o tym nic nie wiemy.
Depresja reaktywna jako odzew na bodziec nie może, jak tu, trwać ponad 20 lat, psychika w międzyczasie przechodzi w stan pewnego otępienia, ale element smutku nie jest w nim dominujący - przeważa ogólne wycofanie się z emocji, a to, co wywołało depresję reaktywną, jest już odległym wspomnieniem, choć pamięta się ten dawny ból bardziej niż go aktualnie przeżywa.
Mój bohater przeszedł daleką drogę.
Fachowcy pewnie nazwaliby to, na czym zakończyła się jego ewolucja psychiczna, schizofrenią prostą, bez objawów pozytywnych.
Bo przecież zakończenie tej historii też można różnorako interpretować.
Usunięty dnia 01.11.2013 18:37 Ocena: Bardzo dobre
depresja reaktywna czasem powoduje stan zawieszenia, ludzie funkcjonują, czasem wydaje się, że są całkiem pozytywnie nastawieni do życia, coś tam z nim robią. Ale te pozory ukrywają prawdziwy stan duszy. Wiem o czym mówię, stan nie trwa może dwadzieścia lat, a osiemnaście. W życiu nie podejrzewałbyś, że osoba jest w depresji, ona sama tego nie wiedziała, dopiero pewna sytuacja wymusiła wizytę u psychiatry, który ją zdiagnozował.
mike17 dnia 01.11.2013 18:56
U mojego bohatera to raczej powyżej 20 lat, więc skłaniałbym się ku naturalnemu otępieniu lub schizofrenii prostej, która bardzo często przypomina depresję.
Nie stawiałbym jednak na depresję reaktywną - to się wcześniej czy później wypala i pozostaje życie w pustce, lub, gdy sprawy poszły za daleko, tzw. defekt schizofreniczny, który może przypominać, choć nie musi, to, o czym piszesz.
Mój bohater przeszedł przemianę, trwałą zmianę osobowości, co raczej nie mogło być depresją reaktywną, bo okres trwania jego nowej osobowości to ponad 20 lat, więc proces niejako utrwalony, zapisany w psychice, to nie jest już wieczne przeżywanie traumy.
On się zmienił.
I przystosował do nowego życia, jak ryba do pływania w brudnej wodzie, jaką bez miłości stał się dla niego świat.
I to, że zaczął "szukać" kontaktu z ukochaną nie przemawia mi tu za depresją - coś po latach jakby się obudziło, dając mu... euforię, a to drugi biegun spraw depresyjnych.
Więc sumując, nie patrzyłbym na niego jak na ścisły przypadek kliniczny, to raczej typ "mieszany" :)
Usunięty dnia 01.11.2013 19:54 Ocena: Bardzo dobre
depresja reaktywna nie jest typową jednostką chorobową,
mike17 napisał:
I to, że zaczął "szukać" kontaktu z ukochaną nie przemawia mi tu za depresją - coś po latach jakby się obudziło, dając mu... euforię, a to drugi biegun spraw depresyjnych.
- dwubiegunowa?

Mike17 - to Twój bohater, sam wiesz najlepiej, co mu dolegało, nie upieram się więc, że miał depresję, skoro twierdzisz, że tak nie było. Po prostu tak mi się skojarzyło z tym, co sama widziałam, czy też poniekąd doświadczyłam.
Nie umniejsza to wartości opowiadania, o czym już wcześniej wspomniałam.

Pozdrawiam

B)
mike17 dnia 01.11.2013 20:04
Wiem, jasne, ale mnie ta depresja reaktywna zapachniała taką depresją, co to trwa rok, dwa, trzy, ale tu gość na ponad 20 lat wszedł w inny wymiar i bynajmniej, pisząc to opowiadanie, nie widziałem go jako osoby depresyjnej, raczej kompletnie wypalonej, zrezygnowanej, po bolesnej przemianie, ale już niejako "poza" pierwotnym bólem po stracie Zuzi.
On narodził się na nowo dla pustki.
Ale kochał nadal, więc był wciąż mocno blisko człowieczeństwa, a depresja to niebyt, on jednak po swojemu istniał, i w końcu jej zapragnął... i przyszła po niego.

Bardzo Ci dziękuję za wymianę zdań, szanuję twoje stanowisko, ważne, by pięknie się różnić, a jeśli to możliwe, to nie różnić się wcale, ale czy to jest wykonalne w tym wielkim świecie???
Usunięty dnia 01.11.2013 20:19 Ocena: Bardzo dobre
mike17 napisał:
Ale kochał nadal, więc był wciąż mocno blisko człowieczeństwa, a depresja to niebyt,
- wybacz mike17 brutalne słowa, nie wiesz o czym mówisz, depresja niebytem!?
owszem - niemożnością zrealizowania chęci, świadomością przegranej, mimo że nie było klęski, poczucie bezwartościowości, chociaż słyszysz słowa pełne miłości, nieumiejętność radości z życia, chociaż nic złego się nie stało, wstawanie ze łzami do których nie ma powodu, pod warunkiem, że jest człowiek na siłach podnieść się z łóżka, najprostsza czynność jest pokonywaniem wewnętrznych oporów, a czasem, w skrajnych przypadkach, pójście do łazienki to wyprawa za ocean. to jest byt, w cierpieniu, przekładającym się także na ból fizyczny, to jest straszny stan, to trwanie a nie - niebyt. a w lżejszych przypadkach, ułuda życia, granie go, udawanie, przed sobą i innymi.
mike17 dnia 01.11.2013 20:42
Tak, depresja bywa niebytem, mój przyjaciel Pedro, bohater "Pamiętasz, Pedro?" jest schizofrenikiem, ale parę razy w roku w Tworkach ląduje z powodu depresji, która w schizofrenii współistnieć może, i to bardzo brutalnie, a on, kiedy to już nadejdzie, nie wstaje całymi dniami z łóżka, wegetuje, nie je, wyłącza się z życia totalnie, nie ma go, nie słyszy, nie reaguje, próbuje się zabić, bodaj ołówkiem.
To JEST niebyt.
I znając go od ponad 30 lat, i znając całą historię jego choroby wiem, że zespoły chorobowe bardzo się mieszają, a jego w okresie "posuwu" nie leczą neuroleptykami (miał tak kiedyś), a lekami przeciwdepresyjnymi.
Jeśli to jest byt, to czemu dopiero leki dają temu człowiekowi normalność?
Bez nich jego życie to tragedia.
I nie ma tu takiego odczuwania, jakie miał mój bohater, który przeżył wstrząs, ale potem poszedł drogą apatii.

Tak, depresja bywa niebytem - jeśli w grę muszą wchodzić elektrowstrząsy, by pobudzić patologicznie pracujący mózg, nie mów mi o tym, że to ot taka choroba, z którą można sobie codziennie chodzić do pracy, bo znane są przypadki ludzi, którzy są hospitalizowani z powodu depresji, o jakiej mówię, takiej, która jest totalnym wybiciem z życia, a więc niebytem.
To nie stany depresyjne, a tzw. depresja wielka.
A że znam to z życia mojego przyjaciela, wiem, jak to wygląda z boku.
Usunięty dnia 01.11.2013 20:48 Ocena: Bardzo dobre
dla ścisłości, niebyt jest dla obserwatora, nie dla chorego. epizod depresyjny, a potem wychodzenie z niego, w zależności od źródła, endogenny czy reaktywny, u różnych osób przebiega odmiennie, lekko, ciężko, czasem kończy się samobójstwem.
mike17 dnia 01.11.2013 20:57
Niestety się mylisz: kiedy po przeminięciu "posuwu" depresyjnego pytałem Piotrka, co wtedy czuł, odpowiadał, że nic, że chciał umrzeć, ale nawet nie umiał powiedzieć, dlaczego, zniknąć, wyjść z ciała, stać się bytem bezcielesnym, nieograniczonym życiem ziemskim, ogólnie mówił, że miał wrażenie, jakby go w ogóle nie było i stracił poczucie czasu.
Dominowało zdanie: nic nie czułem.

Ale ta pogawędka już z lekka zbacza chyba od tematu :)
Ani ja Ciebie, ani Ty tym bardziej mnie nie przekonasz, więc chyba szkoda wspólnego czasu na bezproduktywne dysputy, hm?

Doceniam twe zaangażowanie, ale co do opowiadania chyba wszystko zostało już powiedziane.

Pozdro :)
ajw dnia 30.12.2013 18:04 Ocena: Świetne!
Miłość generuje całe nasze życie. Bez niej życie traci sens, bo przecież "Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest. (...) Wszystko znosi, wszystkiemu wierzy, we wszystkim pokłada nadzieję, wszystko przetrzyma. Miłość nigdy nie ustaje." Nawet, gdy życie dla jednej strony się kończy.
Nigdy nie straciłam kogoś tak bliskiego, ale wiem, ze gdyby tak sie stało pewnie zachowywałabym się tak, jak bohaterka "Ps. Kocham cię", bo jestem uczuciową, ckliwą babą. I dlatego też wzruszyła mnie Twoja opowieść,. Wierzę w potęgę miłości, a w czasach studenckich nałogowo wywoływałam duchy". Stad wiem, że są ..

Pozdrawiam serdecznie :)
mike17 dnia 30.12.2013 18:13
Miałem i mam sposobność znać osoby, które tylko raz w życiu kochały, i kiedy ukochany/a odeszli z tego świata, nigdy już z nikim się nie związali, wiodąc życie samotne.
Rozumiem to, bo i ja taki jestem.
Tylko raz kochałem/kocham i dałem własne cechy bohaterowi tej historii.
Dość szybko znalazłem miłość, bo mając 19 lat, i tak już pozostało.
Może jestem starozakonny, ale nie zmienię się.

I mój bohater doczekał się spełnienia - nie na tym łez padole, ale TAM, gdzie jest nieskończoność Czasu, gdzie wszystko ma wieczny wymiar.

To skromne opowiadanie to moje credo jeśli chodzi o miłość.

Dziękuję, Iwonko, za czytanko i zapraszam, kiedy ochota Cię najdzie :)
Madame Chauchat dnia 30.12.2013 18:16
Raz w życiu? To trochę ograniczające, ale co kto lubi
mike17 dnia 30.12.2013 18:22
Zanim poznałem kobietę mojego życia, znało się z wieloma dziewczynami, ale nie traktowałem tego poważnie.
Aż nagle...
I już wiesz, że to to :)

I w tym opowiadaniu o taką jedyną miłość mi właśnie chodziło, która przetrwa wszystko.

Wierzę w to.
ajw dnia 30.12.2013 18:26 Ocena: Świetne!
A ja z moim ślubnym kolegą 'chodziłam' od ósmej klasy szkoły podstawowej i tak już nam zostało ;) - takze wiem o czym piszesz :) Są lepsze i gorsze dni, czasem mnie denerwuje jak mało kto, ale wiem, że "razem ciężko żyć, bez siebie źle" jak śpiewała Urszula. Powiem nawet, ze im wiecej lat po ślubie, tym lepiej :) I nie zamieniłabym go nawet na Keanu Reevesa z czasów najwiekszej świetności ;)

Ps. My też nie zawsze mieliśmy z górki. Czasem było naprawdę źle, ale razem można wszystko. I o to chodzi! :)
mike17 dnia 30.12.2013 18:34
Tak, i kiedy widzę w gazetach Strasburgera zapłakanego i w bólu, wiem, że jesteśmy tacy sami.
Ja kocham raz i to jest dla mnie najważniejsze.
Pierwszą dziewczynę miałem w wieku lat 14, więc pięć lat minęło, zanim poznałem tę właściwą.
Mamy swoje wady i zalety, ale idzie z tym żyć.

I jak mój bohater, też czekałbym na "odzew" z "tamtej strony".

Może to brzmi dziwnie, ale tak.

Wierzę w to, że miłość czyni cuda :)
Aronia23 dnia 11.11.2016 16:50 Ocena: Świetne!
Miki. Minęły 4. lata, odkąd napisałeś ten tekst, ponad 4. Akurat dla mnie były one okropne. Nawet nie myślałam (bo w ogóle nie miałam na to siły), że kiedykolwiek będę czytać teksty innych osób - takich samych, jak ja. I temat porusza mnie do głębi, choć, jak widać, innych śmieszy. Ale dobrze mi to robi, bo widzę, jak Ty przyjmujesz nawet złośliwości - spokój. Widzę też, ile można zrobić ze swoim potencjałem. Nie masz pojęcia... dziękuję.
Niczyjka, Jolu, Vicki, Szczepanie i inne osoby. Oj, bo będę... płakać.
A teraz o Twoim utworze. Trudno mi się pisze, bo tyle jest inf. pod nim i muszę, co chwilę przewijać. Ale powoli. Poczekasz?
Robię tak - przeczytałam całość, a powiem po kolei. 1. akapit. "Zatrzymany w biegu kadr". Patrzę na tę opowieść, nie tylko z perspektywy dziś, ale i tego, co miałam wtedy. Albo, czego nie miałam? ogóle jakieś cuda są? Bo patrzę, a ja przed chwilą napisałam prawie to samo, co Ty do ajw , "I jak mój bohater, też czekałbym na "odzew" z "tamtej strony".

Może to brzmi dziwnie, ale tak.".
Ja, niestety nie wierzę, że ludzka miłość czyni cuda, jeżeli dobro można nazwać miłością, to w to wierzę. Już nakręciłam znowu.

"który poznał miłość prawdziwą i czuł ją nadal w sobie, patrząc na tę miernotę, doprowadzającą sferę uczuć do poziomu bruku, zadowalającą się zaspakajaniem lichych, upadłych potrzeb." Wczoraj pisałam do kogoś "ideał sięgnął bruku". Miki, co Wy tu czarujecie? To jest, po prostu, niemożliwe. Nie ma czarów? No, Kolego Sympatyczny - Aronia się boi i przestrasza, a to rzadkość. Zdanie: "Z mego okna patrzyłem często na jej dom, gdzie jesienną porą bezlistnych drzew widziałem zapalone światła. Nigdy tam już później nie wróciłem." A ja patrzyłam na cmentarz, dreszcze mię przeszły. Poczekasz, miki, dopiszę jeszcze i jeszcze, nie bojąc się, że ktoś przeczyta. Po to piszę, by przeczytał. Po to zaczęłam pisać o Nikodemie... i go zostawiłam. No straszne, ale i mające, że tak się wyrażę, nutkę optymizmu, jest to, że też nie odbiorę sobie życia - ze strachu przed piekłem. A przeżyłam i przeżywam niejedno piekło. Ale czas mija... może pokażą się inne możliwości, których teraz nie widzę. Bo czuję się starą, zmęczoną kobietą. Też coś tam skończyłam, pracowałam, olewając wszystko, i nagle... śmierć mojego Ojca i mój wypadek. Mogłam w nim umrzeć, nie umarłam. Od 4. lat borykam się z bólem i tym wszystkim, o czym Ty napisałeś. O jasny gwint!. Weszłam sobie pół roku temu na PP, aby głowę poćwiczyć. A tu. Mimo iż nawet nie umiem na teraz wstawiać buziek, nie umiem facebooka, niczego nie umiem, to żyję, błogosławiąc przy tym wirtualnych ludzi. Bo może Was wcale nie ma? O w mordę. Też byłam i jestem maszkarą, o tym później. Pewnie, opowiadanie mi wyszło? Z błędami, jak smoki. Muszę trochę odpocząć.
mike17 dnia 11.11.2016 18:37
Jako człowiek wierzący, wierzę w życie "tam".
Wiem, i jestem tego pewien, że istnieje "świętych obcowanie" czyli przenikanie się świata żywych i zmarłych - oni ciągle tu wracają, by nam pomagać, ostrzegać, wpływać na nasze życie.
Wiem to, bo od 16 lat nie mam Ojca, ale jestem z Nim w ciągłym kontakcie.

Mój bohater wycofał się z życia, ale nie stracił jednak nadziei, czemu?
Bo "stamtąd" czuł, że to nie koniec, że nie tak to wszystko pójdzie.
I nie poszło: jego dziewczyna widząc, jak się męczy na ziemi, zabrała go do siebie.

Wiem, że tak właśnie postępuje Bóg z ludźmi - jeśli nie są w stanie nieść swego krzyża, zabiera ich do Siebie.

I to nie zapis szaleństwa, a prawdziwej miłości, która nigdy nie gaśnie.

Wierzę w jedną, jedyną miłość na całe życie.
Może dlatego, że ją odnalazłem, dość wcześnie, bo 25 lat temu.
I wiem też, że nie można kochać wiele razy.
Ja nie umiem.

Cieszę się, że przeczytałaś tę smutną historię o prawdziwym kochaniu, które nie zna granic.
Życzę Ci szczęścia.
Byś odnalazła to, co najpiękniejsze w życiu i to zachowała po czasu kres.
Byś kochała i była kochana - z tym dasz radę wszystkiemu.
I choć jak piszesz jesteśmy wirtualni, możemy jednak dać sobie wiele Dobra :)

Trzymaj się :)
Kazjuno dnia 18.10.2018 08:50
Wznieciłeś Mike burzę. Huragan z piorunami - powiedziałbym - sądząc po ilości wpisów.
Wcale się nie dziwię.
Poruszyłeś problem zaiste WIELKI. Mało, opisałeś prawie z detalami.
Więc podziwiam i jestem pełen uznania dla Twojej odwagi.

Lecz ad rem:

Przedstawiając bardzo silny związek uczuciowy - niezwykłą miłość - złożyłeś dowody na istnienie krainy duchów.
Innemi słowy dałeś z rozpędu kopa w cztery litery wszelkiej maści ateistom i lewakom. I za samo to - już pomijając piękny sposób Twojej narracji - należy Ci się WIELKIE uznanie.

Żeby wesprzeć wygłoszoną powyżej tezę posłużę się szczerą, opartą na własnym doświadczeniu anegdotą.
Masz za sobą na świeżo moją lekturkę o tenisie. Opisałem w nim swoją miłość do roztańczonej pożeraczki męskich serc Ewusi, która dla mnie wiele znaczyła.
Tak się złożyło, że zamieszkałem niedaleko niej, a ona "zaprzyjaźniła" się z moją żoną. Do tego mój syn z jej synem urodzili się w tym samym roku. Często "odwiedzała" moją żonę, a ja wiedziałem, że to mnie odwiedza. Bix facet, dla którego mnie zostawiła zapił się na śmierć. Przed śmiercią prosił, żebym pomógł jego jedynakowi. Wciągnąłem go do tenisa i podobnie jak mój syn został tenisowym trenerem i ma w Wałbrzychu Szkołę Tenisa.
Ewusia była mi bardzo wdzięczna za pomoc w wychowaniu syna.
Wieczorem po jej pogrzebie położyłem się, zgasiłem światło i ona do mnie przyszła. Wyglądała jak za swoich najlepszych czasów, czyli była oszałamiająco urodziwa. Wyłoniła się z mroku, chwilę bez słowa się na mnie patrzyła, po czym znikła. Przychodziła jeszcze w snach, wiem, że istnieje, gdziś po tamtej stronie.
Przytoczyłem osobisty przykład, żeby choćby per (pewna) analogia potwierdzić prawdziwość Twojej opowieści.
Podobała mi się. Pozdrawiam, Kj
mike17 dnia 18.10.2018 15:37
Kaziu, wielkie dzięki za tak miły i konkretny koment :)
Zawsze wierzyłem w to, że prawdziwa miłość nigdy nie umiera, że zaniesiemy ją TAM, i choć w formie fizycznej zaniknie, nie przeminie w sferze ducha.

Tak jak tu, gdzie bohater tak pragnie kochania, że w końcu jego dziewczyna zabiera go do siebie, by dłużej się nie męczył na ziemi.
Bo śmierć bywa otwarciem tych lepszych drzwi.

Mnie się duch nie ukazał, ale za to nie raz słyszę głos mego zmarłego w 2000 roku Taty.
I wiem, że to się dzieje naprawdę.

Kaziu, teraz zmieńmy na chwilę klimat - ŚWIĄTECZNY PREZENT - to opowieść, którą chciałbym Ci zarekomendować.
Dowiesz się, co to prawdziwa zemsta.

Pozdrawiam Cię, sącząc browarka :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Wiktor Mazurkiewicz
22/07/2019 15:17
22227 Bardzo dziękuję, również za sugestię, ale wolę… »
JOLA S.
22/07/2019 13:55
Antoni, widzę, że dzięki łatwości tworzenia mógłbyś… »
Marek Adam Grabowski
22/07/2019 13:31
Całkiem ciekawe. Sorry, że taki krótki komentarz, ale mam… »
xolowr
22/07/2019 01:06
Do wielkich liter jestem przywiązana tak samo jak do małych… »
domofon
21/07/2019 23:34
Dzięki za wnikliwe potraktowanie tekstu. Temat znam niejako… »
JOLA S.
21/07/2019 19:44
Kocanko, ogólnie tekst mi się podoba, chociaż nie… »
Leopold Mysz
21/07/2019 19:40
Wow. Właśnie mi uświadomiłeś, że gość od lobotomii dostał… »
JOLA S.
21/07/2019 19:12
Kazjuno, przepięknie jest czytać Twój komentarz. Daje… »
22227
21/07/2019 17:20
Bardzo dobry wiersz, Pan Cogito, Sofista, Zosima. Jest… »
22227
21/07/2019 17:13
Podobało mi się i fajnie, że poruszasz takie tematy. Mam… »
Kazjuno
21/07/2019 16:49
JOLU.S Spodobało mi się to krótkie i treściwe opowiadanie.… »
Opheliac
21/07/2019 12:48
Powiem tak - ogólnie niezły - ale znając już jednak Twoje… »
AntoniGrycuk
21/07/2019 11:01
Zdzichu, cały sens, jaki chciałem zawrzeć w tym wierszu,… »
Zdzislaw
21/07/2019 10:21
Konstrukcyjnie wszystko utrzymane, rytmicznie i ze… »
Indyphar
21/07/2019 01:39
@Skuul, dzięki za opinię. Co do "wyjaśniania",… »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:ygekureqi
Wspierają nas