Po kresce do kłębka - chaosiej
Publicystyka » Reportaże » Po kresce do kłębka
A A A
Szola nagle szarpie naprężone kajdany lin. Rusza. Zapada się hałaśliwie wzbudzając falę lekkiego wietrzyku. Cztery górnicze lampy rzucają na wyrobisko blade snopy promieni. Pod wpływem pędu węglowy ocios miesza się ze światłem tworząc rozmyte pasy. Czarno-biała plecionka swobodnie płynie po ścianach. W tej impresywnej obudowie szybu mkniemy z prędkością 10 m/s. To najwyższa dopuszczalna szybkość zjazdu ludzi.

Gdzieś tam- w dole-czeka inna rzeczywistość. Plątanina chodników, przekopów i korytarzy. Labirynt drążonych w wielkim trudzie, metr po metrze, wyrobisk węglowych. Ciemne tunele przebijające się przez brudny płaszcz Ziemi. Czerń w czerni, majestat podziemnego królestwa z autonomicznymi prawami, oddzielną metanową służbą. Od stu lat w Makoszowej górnicy rozpruwają jej wnętrzności by eksploatować pokłady i ściany- żyły i krew, esencję tego terenu. Bez przerwy w systemie trójzmianowym fedruje się tak podzielone złoża. Corocznie ponad dwa miliony ton urobku masywne taśmy wyciągają na powierzchnię. Ale królowa potrafi się za ten rabunek zemścić i to zemścić straszliwie. Właśnie tutaj na terenie kopalni Makoszowa doszło do najtragiczniejszego w powojennej historii polskiego górnictwa wypadku. Parnej sierpniowej nocy 1958 roku, 300 metrów pod powierzchnią rozegrał się dramat. W kłębach toksycznego dymu wywołanego pożarem udusiło się 72 górników, a 87 poważnie zatruło. Możliwe, że zjeżdżali tą samą, co my czerwono-żółtą klatką szybową, dotykali tych samych poręczy w windzie, podobnie do nas milkli na dźwięk lekko zaśniedziałego dzwonka sygnalisty. Mimo wszystko ten pożar to jeden z licznych elementów dziejowej układanki kopalni. Wprawdzie wykrzywiony, zdeformowany i nadpalony, ale jeden z wielu, bo zakładowe życie nie znosi próżni...Mknie, tak samo jak górnicza winda. Zamknięci w niej ciągle zagłębiamy się w prawie kilometrową otchłań szybu. Kilka razy szlak szoli przecina wyrobiska na wyższych poziomach. Do wnętrza przedostaje się wtedy tylko silniejszy rozbłysk światła. Winda zwalnia. Na poziomie 660 metrów na razie kończy swoją „podróż do wnętrza Ziemi”. Wysiadamy.

W pomarańczowym świetle lamp wmieszanych w konstrukcję stropu wyłaniają się kontury chodnika. Na jego ociosach niczym szare węże pełzną grube ogony kabli. Skręcone na nierównościach wiją się naprzód i giną w mroku. Szybko kończy się dodatkowe oświetlenie szybu. Względna jasność urywa się ustępując sprasowanej czerni. Zapadają egipskie ciemności. Bez lamp wciśniętych do specjalnych widełek na hełmach poruszanie się nie byłoby możliwe. W uszach huczy silny prąd powietrza, popycha plecy i barki, ciągnie za ubranie. Jakby zapraszał: „Wejdź do środka”. Korzystamy z przyzwolenia. Osiem stóp wybija rytm w nierównym skalistym spągu. Fałsz- jeden z inżynierów zaczepia gumowcem o leżącą na ziemi grubą, stalowa linkę burząc harmonię. Od tego momentu, co rusz na drodze walają się jakieś kawałki drewna, rurek, betonu. Uwagę przykuwają szczególnie egzotycznym kolorem plastikowe butelki po wodzie mineralnej. W miarę jak oddalamy się od szybu strumień powietrza słabnie, a nawet odwraca się i wieje prosto w twarz. Pod stopami kilkucentymetrowa warstwa drobnej, sproszkowanej substancji. W kołach rzucanych przez latarki lśni na poły księżycowym blaskiem. But nurza się w szarości pyle i jak łódka brodzi. Towarzysze szybko przychodzą z rozwiązaniem zagadki. – To pył kamienny używany do neutralizowania pyłu węglowego. W ten sposób zapobiegamy przeniesieniu się wybuchu- rzuca jeden z inżynierów. I tak oto mickiewiczowski nastrój pryska. Kilkadziesiąt metrów dalej, pod ścianą chodnika leżą papierowe worki. W środku starty kamień, gładki w dotyku, przypominający bardzo kredę.


Ciągle idziemy przed siebie tym samym chodnikiem, prostym jak strzała, kreślonym chyba od linijki. A może nie? Być może prawa fizyki tutaj nie obowiązują i sposobem raka cofamy się? Bez różnicy. Obudowa chodnika i tak jest taka sama. Wszędzie identyczne odcinki. Wygięte stalowe łuki okalają strop i ociosy. Ściany dodatkowo wzmocnione są betonowymi bloczkami. Obudowa musi wytrzymać olbrzymie ciśnienie górotworu, który nie toleruje tuneli wypełnionych atmosferą. Całości krajobrazu wyrobiska dopełniają przymocowane do skały rury z wodą i tłoczonym sprężonym powietrzem. Wszystko wokół jest szare i otulone nalotem. Chodnik wznosi się. W powietrzu wzbite krokami wirują drobne okruchy pyłu. Wciskają się wszędzie. Utrudniają oddychanie. Jest coraz bardziej duszno i gorąco. Po czole jednego z przewodników spływa stróżka potu. Zatknięta w kieszeń butelka mineralnej kusi zszarzałym błękitem. Coraz głębiej brniemy w pyle.


Dla tych, którym podziemie kojarzy się z wilgocią i wodą liżącą ściany być może jest to rozczarowujące, ale kopalnia przywodzi na myśl raczej pustynię. To nie jest świat dla słabych ludzi. Cały wachlarz zagrożeń począwszy od metanu, pyłu węglowego przez pożary endo i egzogeniczne po tąpnięcia oraz nagłe emisje trujących gazów mógłby zniechęcić każdego potencjalnego pracownika. -Mógłby gdyby były na Śląsku inne poza kopalniami miejsca pracy- skarży się młody górnik stojący przed bramą kopalni.

Ciągle pod górę. Jak tak dalej pójdzie, przebijemy się na powierzchnię. Z powodu braku punktów odniesienia ciężko oszacować czy to 300, 500, czy 900 metrów wspinaczki. Wreszcie koniec. Widać w mroku jak zarysy chodnika łagodnie opadają w dół. Przyjemnie. Nawet pogłos kłapania butów jakby trochę swobodniejszy. Inżynierom też momentalnie poprawiają się humory: - Wiesz- odzywa się jeden z nich, młody z niewielką bródką- był tu taki jeden świeżak, który pytał gdzie tu jest łazienka. Salwa śmiechu odbija się kilka razy w korytarzu i stłumiona milknie. Oto i pojawia się urozmaicenie pejzażu chodnika. Ociosy zakręcają w prawą stronę niczym kolano rzeki. Właśnie w tym miejscu stoi tama izolacyjna odgradzająca stare wyrobisko. Całość wspólnie tworzy kilka warstw. Ta najbardziej zewnętrzna, którą widać to mieszanka jakiegoś srebrnego materiału i narzuconych jakby od niechcenia szarych plam zaprawy. Za błyszcząca płachtą znajduje się zapora zrobiona z kasztów- rodzaju drewnianego rusztowania. A przed nią przestrzeń wypełniona mieszaniną popiołu i wody wtłaczanych do środka rurami. Ta ściana to już przeszłość- pusta butelka, którą napełniono papką i zaklinowano korkiem tamy. Na zewnątrz wystaje zablokowany kawałek rury, cienki wężyk do pomiaru gazów i mała tabliczka połyskuje białym ciągiem cyfr. Obok szyderczo śmieje się zawieszona trupia czaszka. Brr… Skręcamy. Uderza w nas typowo piwniczne, śmierdzące stęchlizną powietrze. A jednak starożytni Grecy mieli nosa lokując Hades pod ziemią. Możliwe, że do naszych nozdrzy właśnie dochodzi woń siarki i palonego pierza, bo temperatura to już na pewno się podnosi. Nie tylko to się zmienia. Od pnia chodnika głównego odchodzą rozgałęzienia, strzelają na boki i giną gdzieś w mroku. Pod stopami pojawiają się wżarte w spąg tory. Niestety trzeba zejść na bok i przeciskać nieomal ocierając o ściany. Jak za uderzeniem magicznej różdżki od razu przypomina się, że coś sterczy na głowie. Głuchym odgłosem hełm potwierdza dobrze pełnioną rolę.

Niby to dworzec, choć jakiś niezwykły. Brak mu rozkładu jazdy, kas, peronów, nie słychać szumu walizek sunących po bruku. U góry pod stropem za to wiszą dwa podświetlane prostokąciki: czerwony i niebieski- sygnalizują „podróżnym” bezpieczne poruszanie. Po chwili do uszu z głębi korytarza dobiega znajomy huk jadącego po szynach tramwaju. Ale sylwetka wyłaniającego się pojazdu z tramwajem ma niewiele wspólnego. Niskie (półtorametrowe) i wściekle żółte wagoniki powoli toczą się na stację. Rozcapierzony pantograf raz po raz wyrzuca w górę pióropusze rubinowych iskier. Cały skład wygląda jak zminiaturyzowany pociąg pancerny z czasów II wojny światowej. Pakujemy się do środka.

Nominalnie w kilkumetrowym wagoniku mieści się 12 osób, ale i bez tego jest niemiłosiernie ciasno. Klaustrofobiczna żółta puszka wewnątrz wyposażona jest w kilka dwuosobowych, drewnianych ławek. Miarowy stukot zardzewiałych kół oraz wlewająca się do środka ciemność ścielą senną aurę.

Zgrzyt metalowej zasuwy otrzeźwia, wyrywa z otępienia. Zaraz za stacją znajdują się chodniki, które sąsiadują bezpośrednio ze ścianą. Aby do nich dojść najpierw trzeba przejść przez tamę wentylacyjną. Sine, wykonane z cienkiej blachy wrota zakrywają całe światło tunelu. Po ich otwarciu nieruchome powietrze nagle dostaje rozpędu, stawia opór i nie chce dać zamknąć drzwi. Lecz pozostawienie przeciągu mogłoby odciąć górników od dopływu świeżego prądu.

–Szczęść Boże!- wymieniamy pozdrowienia z coraz częściej mijanymi pracownikami kopalni. Kołyszące się brunatne hełmy oraz uczernieni właściciele przemykają obok jak zjawy. Zaprzątnięci swoimi obowiązkami niepostrzeżenie znikają za rogiem. Im bliżej serca kopalni wszystko gęstnieje. Coraz więcej sprzętu, stali i drewna- nic dziwnego, skoro na przodku górnicy ewakuują sprzęt przed planowaną likwidacją wyrobiska. Pochylamy plecy, żeby przejść pod mknącymi z urobkiem taśmami. Stąd wielokilometrowy system przenośników transportuje węgiel na powierzchnię do zakładu wzbogacania. Tam przechodzi przez szereg sit, rusztów, basenów z magnetytem, by wreszcie pozbywszy się skaz wylądować w wagonach lub na hałdzie. Jednak tutaj- pod ziemią- dokonują się kluczowe procesy.

Od wlotu chodnika rozpościera się widok na specyficzny, skąpany w oranżowych (jakżeby inaczej) refleksach lamp warsztat. Zapach oleju hydraulicznego dobitnie sugeruje na jakich zasadach funkcjonują tutejsze urządzenia. Zaciekawieni naszym widokiem górnicy przystają, jednak na ich twarzach maluje się delikatny niepokój. Czy aby to nie kontrola? Mają się czego obawiać. Pracują często bez okularów ochronnych, a 4 kilogramowy, nieporęczny aparat ucieczkowy wala się w kącie. Podejrzanie wygląda też ich dozorca. Dziwnym trafem spod lśniących plastikowych okularów przebija czarna cera. Nie są to może jakieś wielkie górnicze grzechy, ale łapacze- jak nazywają na kopalni straż BHP- czyhają na każde, nawet drobne potknięcie, stąd nieskrywana do nich niechęć. Tym razem mają szczęście. – To tylko reportaż- wymownie komentuje sytuację inżynier.

Tunel- tak przynajmniej wygląda- kończy się ślepą ścianą. Dookoła zwarty monolit skał. Jedynie z lewej strony wgłębienie zagradza biała stalowa łapa. Niby mityczny Atlas podpiera sklepienie. To ci niespodzianka! Tędy można przejść! W gęstwie lśniących smarem teleskopów trójka ludzi na czworakach przeciska się do przodu. To tutaj człowiek w symbiozie z maszyną drąży i urabia skałę osadową zwaną węglem kamiennym. Ściana jest standardowa ma około 250 metrów długości. Potężne stalowe sekcje swoimi szczękami wspierają strop chodnika. Jedna przy drugiej jak masywni żołnierze w szeregu trzymają szyk. Naprzeciwko przy ścianie, przed linią taśm na korycie przypominającym gąsienicę stoi ramię kombajnu. Uzbrojone w promieniście rozchodzące się rzędy ostrzy podczas wydobycia wgryza się w węglową caliznę. Teraz jednak spoczywa nieruchomo obok ziejącej czernią wybranej wnęki. – Z czasem zwiedzania trafiłeś jak szóstkę w totolotku. Ściana, którą średnio eksploatuje się półtora roku, akurat dziś stoi jak skansen- mówi nie kryjąc ironii jeden ze sztygarów. Po chwili jednak dodaje: - Ale z drugiej strony przynajmniej cokolwiek widać i nie tonie wszystko w pyle i huku.

Trwają prace likwidacyjne. Brygada górników kierowana przez sztygara zabezpiecza ociosy metalową siatką. Przez krótką chwilę taśma kołysze się w ruchu. Na jej powierzchni pojawiają się resztki węgla i kamienne kęsy. Wśród skał na jednym z kawałków całkiem wyraźnie odbił się ślad kory jakiegoś prehistorycznego drzewa. Idąc wzdłuż taśm mijamy urządzenia zasilające, przetwornice, kruszarki- ciągnący się setkami metrów kolos. W bezruchu cała machina wygląda jak bezużyteczny złom, ale to tylko pozory. Tutaj właśnie bije serce kopalni pod postacią wielotonowego kombajnu. On biegnącą obok przodka arterią przepompowuje dziennie tysiące ton wyssanej z pokładu czarnej krwi.

Lecz medal ma dwie strony. Na rewersie wygrawerowane są wszystkie możliwe niebezpieczeństwa kopalniane, a wśród nich najmocniej wyryte: metan i pył węglowy. Chociaż pracujący tu górnicy są najbardziej doświadczeni, nie potrafią zapewnić sobie antidotum na swoje lęki. – Boi się każdy, bez strachu zjeżdża tylko głupi- opowiada górnik z 20-letnim stażem, a w jego ręce drży zardzewiały pręt.

Dalej kroczymy wzdłuż szlaku przenośników. Strop gwałtownie się obniża, o czym niezawodnie sygnalizuje hełm. Uruchomione taśmy furkoczą porywając urobek w najróżniejszym formacie. Suną oddalone od ramion o zaledwie kilkanaście centymetrów. Na brzegach wiszą cienkie linki bezpieczeństwa. W razie opresji wystarczy pociągnąć i… można wybierać się na tamten świat, gdyż często mechanizm zawodzi, a taśmociąg nie zatrzymuje się wcale. Po drodze mijamy tylko kilku górników. Z racji redukcji zatrudnienia wielu z szeregowych pracowników spełnia podwójne, potrójne obowiązki. Raczej nie wpływa to pozytywnie na zwiększenie się bezpieczeństwa. Ciąg powietrza dmucha w twarz. Po chwili nie ma już taśm, spąg oraz ociosy też się rozpłynęły, zniknęły za suchą kurtyną pyłu. Nawet parawan okularów na niewiele się zdaje. Prawdziwa pustynna burza 660 metrów pod ziemią.


Aby przejść na drugą stronę wspinamy się po metalowych schodkach pnących się nad maszyną. Gdzieś majaczy oczy światło dworca osobowego. Znów czeka nas podróż pancerną kolejką. Umieszczeni pośrodku ciemnej kapsuły przenosimy się w czasie i przestrzeni do innego poziomu.

800 metrów. O 140 głębiej, lecz radykalnych zmian nie widać. Może w niewłaściwym miejscu odblokowaliśmy zasuwę? Następne setki kroków i oddechów oraz pokonana kolejna tama wentylacyjna. Nareszcie, stało się. Nieunikniona konfrontacja dwóch światów w skalnej szkatułce podziemia. Jeden surowy- kwintesencja kopalni, wywar z pyłu, stali i węgla. Drugi uporządkowany, czysty, niebieski błękitem pomp, równomiernie siny wydzielonymi skrzynkami stacji rozdzielni prądu. Błyszcząca laguna w szarej jaskini- choć niezbędna dla jej funkcjonowania. Na zewnątrz stacji pomp rura o półmetrowej średnicy wyrzuca z siebie ochoczo ciecz. Płynąca woda jest lekko rdzawa. Aż kusi żeby dotknąć, zamoczyć palec i sprawdzić, czy rzeczywiście jest słona. Początkowo kaskadą, później coraz słabiej leje się do betonowych koryt oraz rowów. W rezultacie spływa pochylnią jako strumyczek i ginie wchłonięta przez ceglany zbiornik. Wygięte w łuk sklepienie zbiornika wygląda jak przęsło mostu, pod nim falująca woda połyskuje tajemniczo. Brakuje jedynie gondoliera.

Sto kroków, sto oddechów. Świst szoli. Krok i w górę!

W moim boksie na jednej ze ścian wisi lustro. Podchodzę pewnym krokiem. Spoglądam. W szklanej tafli widzę jakiegoś gościa o uczernionej do granic możliwości twarzy. Gruby, węglowy makijaż szczelnie pokrywa całą skórę. Tylko gałki oczu połyskują kontrastując z resztą twarzy. Wybucham niepohamowanym śmiechem. Chwilę później przyjemnie ciepła woda z natrysku spłukuje tę całą powłokę. Jedynie oczy, na przekór nie chcą się pozbyć naturalnego tuszu. Na samym brzegu powiek zostaje ciemna kreska. Jadę z powrotem autobusem. Obok mnie zmęczone twarze z tą samą czarną linią pod oczami.
Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
chaosiej · dnia 06.12.2012 19:39 · Czytań: 606 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 1
Inne artykuły tego autora:
Komentarze
al-szamanka dnia 07.12.2012 14:36 Ocena: Bardzo dobre
Tekst wciągnął mnie.
Wciągnął w nieznany mi do tej pory świat.
Trudny.
Surowy.
Twardy

Autor doskonale ten świat przedstawia.
Bez sztucznego patosu.
Tak po prostu.

I zakończenie - czarne piętno zmęczenia łączące wszystkich górników w autobusie.

Bdb :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Rafi
20/09/2019 02:33
mike17 Bardzo dziękuję za opinie :D są to moje początki,… »
mike17
19/09/2019 22:14
He he, miło mi to słyszeć :) Dobre słowo wszystkiego warte… »
Yaro
19/09/2019 21:44
Dzięki bruliben :) »
Yaro
19/09/2019 21:40
To od Mike Jagger https://youtu.be/K5_EBAzIPJM. Jakbym… »
bruliben
19/09/2019 21:40
Żonę skserować, hmmm? No pewnie, nikt nie jest doskonały.… »
bruliben
19/09/2019 21:21
Dziękuję Lilah. Miło gościć. »
bruliben
19/09/2019 21:19
Ciekawy wiersz, misternie zbudowany. Skomentuję go słowami… »
Kazjuno
19/09/2019 20:26
Droga Al Szamanko - panienko z dobrego domu. Na wstępie… »
wiosna
19/09/2019 20:02
Niejednemu się przytrafiło. I niejednemu nie udało się tak… »
mike17
19/09/2019 19:48
I miałaś w nim archaizm "shall" a nie… »
wiosna
19/09/2019 19:47
hmmm, hmmm aż się zaczęłam zastanawiać do jakiej grupy ja… »
wiosna
19/09/2019 19:38
Mike wiem, że istnieją, ale nie wiem, czy się nimi akurat w… »
mike17
19/09/2019 19:17
W każdym języku istniały/istnieją archaizmy. Pozdrawiam… »
wiosna
19/09/2019 19:15
Al, dziękuję. Miło, że Ci się podoba moje rymowanie:)»
Dobra Cobra
19/09/2019 19:14
Nie będzie nam Niemiec pluł w twarz ni dzieci nam germanił.… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:22
  • tej wytwórni. Ale sam szef D. próbuje zmienić czasy i transformację koncernu w stronę tematyki niebaśniowej. [link]
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:20
  • Disney ma nie lada orzech do zgryzienia :) . Johansson zaprosili nawet na spotkanie dyrektorów D. I ona tam jasno mówiła, że reżyser niepokorny i film też, co niespecjalnie idzie za rączkę z polityką
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:50
  • em FOXa, więc Disney nie miał nic do gadania. A czy film pojawi się w Polskich kinach? Sadzę, że tak, ale nie wszędzie i nie od razu, bo tu nie chodzi o ideologię, ale o kasę.
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:48
  • Co do filmu, ten Hitler, będzie wymyślonym przyjacielem i z tego co wiem, będzie takim diabłem na ramieniu, co mówi źle, to wbrew pozorom nie komedia. Druga sprawa film powstał praktycznie przed zakup
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 14:16
  • Znowu przesadzasz. Jesteś wrażliwym facetem, na dodatek z intuicją muzyka, więc czułym na fałszywe nuty. Także te cecha ułatwia Ci trafne komentarze. Więc jak znajdziesz czas(?)...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:55
  • Powiem tak: technicznie mam coś do powiedzenia i choć nie jest to idealne, to potrafi być pomocne, natomiast mój gust znacznie odbiega od przeciętnej i to, co mi się podoba, nie zawsze jest dobre.
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 11:49
  • Przesadzasz Antosiu! Bardzo cenię Twoje komentarze i byłbym rad przeczytać twoje wnikliwe uwagi. Zawsze były celne. Jak znajdziesz czas to zapraszam...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:38
  • Kazjuno, ja chętnie skomentowałbym Twój tekst, ale ostatnio mam urwanie głowy i jedynie czasem króciutkie komentuje. Choć z drugiej strony, co jest wart mój komentarz?
  • Dobra Cobra
  • 17/09/2019 08:09
  • Sztuka kreskówkowa jest uważana za gorszą ze sztuk pięknych. :( A tak można w kinie podziwiać i piękną Scarlett i małego Hitlerka. Jak żywych. Choć ten synek ma nadzwyczaj mądry wyraz twarzy.
Ostatnio widziani
Gości online:13
Najnowszy:6oliviac7323tc4
Wspierają nas