Powrót Małego Księcia - duzyksiaze
Proza » Długie Opowiadania » Powrót Małego Księcia
A A A

„Dobrze widzi się tylko wtedy, gdy się patrzy
sercem. Najważniejsze jest dla oczu niewidoczne”

Antoine de Saint-Exupery „Mały Książę”.

1.

Mówią, że dawno już umarł… Mówią, że ukąszony przez żmiję powrócił na swą asteroidę B612.
I że zabrał ze sobą pudełko z owieczką, którą mu narysowano.

A przecież kiedy tego ranka podszedłem do szpitalnego łóżeczka i na tle śnieżnobiałej pościeli ujrzałem rozrzucone kosmyki kędzierzawej, złocistej czupryny, od razu pomyślałem o Nim. Spał, leżąc na boku tyłem do drzwi, twarzą zwróconą ku plastikowi okna, przez które do wnętrza sączyło się blade światło budzącego się świtu. Stałem chwilę bez ruchu, wpatrując się w maleńką postać, w piersi poruszane urywanym oddechem, zaciśniętą kurczowo piąstkę, z której wystawał motylek kroplówki. Po cichu podszedłem bliżej, usiadłem na metalowym krzesełku, wpatrując się w długie rzęsy wieńczące nienaturalnie białe powieki. Sięgnąłem po kartę szpitalną z wypisanym imieniem.
A więc ma imię – pomyślałem. I teraz już nigdy nie będzie chłopcem, o którym nikt nic nie wie – uśmiechnąłem się na myśl o tym, jakie to szczęście móc nazwać kogoś jego imieniem.
Czekając aż się przebudzi, spoglądałem na te wszystkie mądre wykresy, które maszyny nad głową kreśliły na swych monitorach – dowód istnienia lub ... przemijania.
Kiedy otworzył wreszcie oczy, westchnął głęboko jak większość z nas po przebudzeniu, gdy wdychamy głębiej do płuc pierwsze łyki powietrza, radośni, że dano nam oto kolejny dzień.
- Witaj – zagadnąłem.
- Dzień dobry, panie doktorze – odpowiedział słabym głosem.
Potem już tradycyjnie słuchawki, zlecenia, kolejne łóżeczka i uparta walka ze śmiercią. Przybył do nas z Domu Małego Dziecka. Porzucony przez rodziców.
A więc jednak nie z asteroidy B612?
Ci w „Statystyce” rzadko mają o czymkolwiek pojęcie. Zatem postanowiłem nazwać go „Małym Księciem”. To było dla mnie prawdziwe wyzwanie: nigdy wcześniej nie leczyłem żadnego księcia. I pomyślałem, że taka nobilitacja będzie dla mnie czymś wielce mobilizującym. Bo przecież losami książąt przejmują się wszyscy. I każdy życzy im szybkiego powrotu do zdrowia, by jak najprędzej nagłośnić w gazetach, gdy wszystko pomyślnie się skończy.
Mój Książę ma przerzuty mięsaka do kości...

2.

Następnego dnia znalazłem Księcia wpatrującego się w Słońce. Jak zwykle tyłem odwrócony do drzwi, lewą rękę podłożył pod głowę, przez co kędzierzawa czupryna była jeszcze bardziej zwichrzona.
- Czy Słońce zawsze było takie jak teraz? - pyta.
- Kiedyś było znacznie, znacznie większe – odparłem.
- Więc czemu zmalało?
- Bo kiedyś na Ziemi żyły dinozaury. A one były ogromne, więc potrzebowały dużo, dużo ciepła, żeby przeżyć.
- Więc ono teraz jest mniejsze, bo ja jestem malutki?
- Tak, przyroda nie lubi trwonić swych zasobów - stwierdzam. Im mniej traci energii, tym dłużej będzie nam służyć.
- I dlatego od czasu do czasu chowa się za chmury?
- Wtedy może sobie trochę odpocząć.
Przyroda potrafi być bardzo przewidująca.

3.

Nazajutrz zastałem go siedzącego na łóżku. Twarz pokryta wypiekami, iskrzące się oczy świadczyły o wielkich emocjach.

- Powiedz, czy to prawda, że Ziemia się kręci wokół własnej osi? - pyta.
- Tak mówią uczeni. Tyle, że my tego wcale nie odczuwamy. Choć niektórym podobno aż kręci się w głowach – pozwalam sobie na żart.
- A czy to prawda, że kiedy u nas jest noc, po drugiej stronie Ziemi świeci Słońce?
- To skutek tego wirowania.
- Czyli, że gdy my śpimy, to tamci ludzie pracują?
- Naturalnie. Praca jest bardzo ważna.

Umilkł na chwilę, lecz przyspieszony oddech odzwierciedla poruszenie.

- Czy to znaczy, że teraz w jakimś laboratorium ktoś próbuje znaleźć
lekarstwo na moją chorobę? - pyta zduszonym głosem.
- W wielu laboratoriach - zapewniam.
- Kiedy ja śpię, też?
- Z pewnością!
- To pewnie dlatego świeci Słońce - dodaje po chwili.

Kiedy usnął zmęczony tą krótką rozmową, przysiadłem na brzegu łóżeczka. Patrzyłem to na uparcie pikające tuż obok urządzenia, to na kroplówkę z lekarstwem, które - niczym jad tamtej żmii - sączyło się teraz w jego żyły, to na Słońce za oknem. I modliłem się, by właśnie teraz ktoś podskoczył nad szklaną próbówką z okrzykiem „Mam, mam cię wreszcie!”.
I żeby się nie mylił.
Póki jeszcze świeci Słońce...

4.

Po kilku dniach z kędzierzawych włosów pozostało niewiele. To, co miało powstrzymać chorobę, zaczęło zbierać daninę. Na nieskazitelnie białej poszwie poduszki odcina się teraz główka z wciąż rozjarzonym wzrokiem.
Przysiadam czekając aż się przebudzi. Uśmiecha się z wysiłkiem.
- Popatrz pod łóżko - prosi cichutko.
Schylam się, próbując dostrzec to, na co chciał zwrócić moją uwagę. Nic... Poza parą maleńkich pantofelków.

- Nie, nie na podłodze... między sprężynami – dodaje wyraźnie zniecierpliwiony.

W rogu łóżka niewielki pająk plecie swą sieć.

- Myślisz, że mógłby upleść mi nowe włosy ?
- Przecież same niedługo odrosną – staram się przybrać ton beztroski.
- Kiedy? - pyta z nadzieją w głosie.
- Wkrótce! - nie chcę, by pytał ponownie.

5.

Od kilku dni pada deszcz. Słońce na dobre skryło się za chmurami.

- Czy ono kiedyś jeszcze tu wróci? - słyszę nadzieję w głosie.
- Jest tu cały czas! Przecież za chmurami znajduje ukojenie.
- Ty jesteś moim Słońcem - dodaje ciszej.

Zostaję z nim do wieczora. I znów ten miarowy dźwięk aparatury, znów kolejne kroplówki.
Kiedy zdało mi się, że usnął, wychodzę stąpając na palcach. Gdy jestem przy drzwiach słyszę:

- Wzejdziesz dla mnie jutro?
- Ja nigdy nie zachodzę - odpowiadam z uśmiechem.

Tej nocy nauczyłem się połykać łzy ...
I pokochałem wschody Słońca...

Wracając do domu w połowie ul. Wiślnej uzmysłowiłem sobie oto, że przecież mimo upływu tylu dni nie narysowałem mu jeszcze owieczki. I że to całkiem bez znaczenia, że pewnie i ja umiałbym naszkicować jedynie węża boa z połkniętym słoniem.
Przystaję pod baranimi, „Piwnicznymi” głowami. Jakbym słyszał ich beczenie, żwawe, pełne życia, optymizmu, którego coraz mniej we mnie.
Przysiadam tuż obok Piotra Skrzyneckiego. W Jego ciepłym, choć metalicznym spojrzeniu, szukam odsieczy.

- Złap to radosne beczenie do wnętrza balonika. I wypuść przy łóżku Księcia – zdaje się szeptać.
- Myślisz, że się ucieszy? - pytam z nadzieją.

Ale Piotr milczy. I tylko ten zagadkowy uśmiech w kąciku jego ust.
Kupuję więc czerwony balonik, by złapać „Piwniczny” nastrój. Z Wieży Mariackiej właśnie płynie północny hejnał. Urywany symbol przemijania. Przecięta nić życia tego, który uratował innych.
I oto zdaje mi się, jakby ta strzała tatarska nagle wbiła się w mój pełen nadziei czerwony balonik, ten pęka z trzaskiem, a jego zawartość ulatuje rozdziawionymi ustami maszkaronów, przez puste czeluście ich oczodołów, by krążyć po płycie opustoszałego o tej porze Rynku...
To nic, kupię drugi i znów napełnię nadzieją. Przecież dorośli ludzie też bywają bardzo uparci...

6.

Następnego dnia przynoszę Księciu balonik. Chłopiec leży na wznak z oczami utkwionymi w sufit. Wydaje się, że po raz pierwszy od kilku dni uśmiecha się. To pewnie dlatego, że Słońce znów wyjrzało zza chmur.

- Popatrz, co ci przyniosłem - mówię wyciągając balonik.
- Mogę potrzymać? - pyta nieśmiało.
- Przecież jest twój! - odpowiadam radośnie.

Chwyta za niezapętlony ustnik, patrzy chwilkę i rozwiera palce. Balon z piskiem uchodzącego powietrza odbija się to od sufitu, to od ścian, by spaść wreszcie na łóżko. Potem znów kilka wydechów do środka i zabawa od nowa.
Gdy wieczorem składam na czole Piotra całus podzięki, w mych uszach wciąż jeszcze dźwięczy beztroski śmiech Księcia.

7.

Ranek budzi mnie odgłosami dzieci bawiących się na podwórzu. Wyglądam ku nim przez okno. Te same zabawy co dawniej. Kilka kwadratów narysowanych kredą. Piekło i Niebo. Rzut kamyczka i kilka podskoków.
Ach, gdyby mieć taki kamień przenoszący do Nieba, mieć moc przeskoczenia Piekła umierania.
Kamieniem Księcia jest okrutna choroba...
Wspominam rozbite w trakcie dziecięcych zabaw kolano, gdy otarty naskórek wydawał się głęboką raną, a mama przyjaciela polewała je wodą utlenioną z wielkiej butli.
To był mój okup za wstęp do Nieba. Okup, po którym do dziś została niewielka blizna.
Na kolanie Księcia pojawiło się pierwsze owrzodzenie...

8.

W przyszpitalnym ogródku nie rosną baobaby, ale są za to dorodne kasztany. Dla kogoś, kto naprawdę kocha swoją planetę, kasztany mogą być równie ważne.
Postanawiam tuż obok nich posadzić różę. Wybieram już kwitnącą, bo przecież mogłaby nie zdążyć rozwinąć swych płatków. Jest czerwona i duża. Jutro przywiozę tu Księcia na spacer.

9.

Znów świeci letnie Słońce, więc sadzam Księcia w fotelu na kółkach. Opatulony kocem, z żółtym szaliczkiem wkoło szyi, trzyma się kurczowo poręczy. To jego pierwszy od kilku tygodni spacer.

- Popatrz ile tu kasztanów - mówię, ciesząc się, że nikt wcześniej nie pomylił ich kiełków z chwastami i bezpowrotnie nie wyrwał.
- Ale dużo!- cieszy się. - Jesienią przyjdziemy zbierać!- dodaje. - Będziemy robić z nich kasztanowe ludziki?
- Naturalnie, muszę tylko kupić pudełko wykałaczek.

Czuję rozsadzającą radość. Wreszcie jakaś nutka nadziei.
Podjeżdżamy do róży. Oczy Księcia iskrzą się jeszcze bardziej, blade policzki nabierają rumieńców.

- Jaka piękna! - mówi z zachwytem w głosie. I ogromna. Nigdy takiej nie widziałem! Popatrz, są na niej kropelki! A ile ma kolców!
- Dwanaście! - przeliczam szybko.

Tamta miała jedynie cztery. Ale przecież też była jego największą przyjaciółką.
Cóż - od tego czasu minęło wiele lat. Musiała urosnąć.

10.

Kilka spokojniejszych dni. Każdego ranka Książę wita mnie coraz to silniejszym głosem. Leki chyba działają.
Obchód bywa zawsze o tej samej godzinie.

- Rozpoznaję już odgłos twoich chodaków na korytarzu! – dumnie stwierdza pewnego dnia. - I nigdy się nie mylę! Bo jesteś bardzo punktualny!

A więc czeka i cieszy się, że jestem. A więc oswoił się już ze mną. A może i ze swoją chorobą...
Kiedy przychodzi takie oswojenie, ludzie stają się sobie naprawdę potrzebni. Wtedy ten ktoś staje się dla ciebie jedynym na całym świecie. I ty stajesz się dla niego kimś wyjątkowym...
Jest tyle innych sal szpitalnych. W każdej łóżko z maleńkim pacjentem. Wśród nich jest to najważniejsze.
Tak oto uzmysławiam sobie, że właśnie Książę jest tym, który mnie oswoił.
Postanawiam nigdy nie zmieniać chodaków na inne...

Późnym popołudniem zachodzę do sklepu z zabawkami.
Pora na kupno lisa.
Nabiegałem się po mieście, nim wreszcie znalazłem. Pluszowych misiów i lalek - do woli. Na lisy nie ma popytu. Był jeden, za to niepowtarzalny. Zupełnie jak tamten, który w złocistym zbożu odnajdywał kolor książęcych kędziorków.
Następnego dnia zabrałem lisa ze sobą.

- To dla mnie? - pyta z niedowierzaniem. - To moja pierwsza w życiu zabawka - dodaje ciszej. Ale już za chwilę radośnie podrzuca lisa niemal pod sufit.
- Pewnie, że dla Ciebie. Takiego lisa daje się tylko szczególnym osobom.

Patrzy na mnie pytająco.

- Czy to znaczy, że jestem dla ciebie kimś ważnym?
- Bardzo ważnym - odpowiadam.

Nie odwracam głowy. Wzruszenia nie zawsze bywają niewidoczne...

11.


Będziemy puszczali mydlane bańki. Ubranego w ciepły szlafrok, w nieodłącznym szaliku, wiozę nad sadzawkę w rogu szpitalnego ogródka. Wyciągam kubeczek z mydlinami i dmucham przez wąski pierścień. Maleńkie bańki ulatują niesione wiatrem. Tęczowy wir rozpryskuje się nad sadzawką, a wtedy kolej na następne, wciąż nowe.
Książę z rozdziawioną szeroko buzią patrzy na nie i śmieje się głośno, jak nigdy dotąd. Maleńką rączkę wyciąga przed siebie z okrzykiem:

- Daj, daj spróbować! Jakie one śliczne! O! I jak szybko pękają!

Kiedy nabiera mydlin z kubeczka, gdy puszcza bańki na wietrze, stoję cierpliwie tuż obok.
Jest tak maleńki, że historia jego życia zmieściłaby się swobodnie w najmniejszej z tych baniek, ulatujących na drugi brzeg sadzawki tak, jak teraz z niego ulatuje życie.
Nie chcę o tym myśleć. Wolę już patrzeć na pierwsze opadłe do sadzawki liście kasztanów. Delikatne okręgi fal unoszą je teraz ze sobą, jak on dźwiga cierpliwie brzemię swej choroby.

12.

Wracając mijamy różę i ogrodowe kasztanowce.

- Zatrzymajmy się na chwilkę - prosi.

Przystaję. On tymczasem spogląda to na różę, to na drzewa. Na dłuższą chwilę utkwił spojrzenie w liściach u stóp.

- Spójrz, te liście mają kształt palców - stwierdza poważnym głosem.
- Masz rację, nie pomyślałem o tym nigdy wcześniej .
- Wyglądają, jakby obejmowały Ziemię – dodaje po chwili.
- Kto wie, może...
- A jeśli liście obejmują ziemię, to może ona, popychana ich palcami, będzie się szybciej obracać - wyrzuca z siebie coraz szybciej kolejne słowa.
- Chyba tak – mówię, próbując odgadnąć jego myśli.
- A czy jak Ziemia będzie się szybciej obracać, to ludzie będą spać krócej?
- Z pewnością – stwierdzam, niezbyt uszczęśliwiony taką perspektywą.
- I wtedy może szybciej znajdą dla mnie lekarstwo? - kończy z wypiekami na twarzy...

Tej nocy nie zmrużyłem oka. Rankiem nie czując zmęczenia idę do pracy. Bo przecież on czeka…

13.

Jest coraz gorzej. Po przejściowej remisji, choroba uderza ze zdwojoną siłą. Książę już nie nasłuchuje moich kroków na korytarzu. Przez większość dnia śpi, od czasu do czasu wykrzykując coś niezrozumiałego.
I tylko ten nieznośny, miarowy dźwięk bezdusznej maszynerii pieczętuje jego prawo do życia.
I tylko pająk, pośród sprężyn pod materacem cierpliwie snuje swą sieć.
I tylko chłód metalowego stołka mrozi duszę, która traci nadzieję...
Kroplówka sączy się monotonnie, a jej silikonowy łącznik przybiera coraz to bardziej postać jadowitego węża, przed którym nie ma ucieczki.
Węża, który jak tamten, zdaje się syczeć: „mój jad jest mocny, nie będziesz już długo cierpiał”.

14.

Kolejna bezsenna noc pełna koszmarów.
Rankiem zastaję puste łóżeczko...
Nie, to nie może być prawda!- myśli panicznie przelatują przez głowę. Może to tylko chwilowy kryzys, może ratują go właśnie na Intensywnej Terapii...
Czysta pościel na starannie zaścielonym łóżku razi w oczy...
Na nocnej szafce lis. Jedyna zabawka jaką miał wyłącznie dla siebie.
Lis, który miał nas oswoić...
Lis, który uzmysłowił mi to, co w życiu jest ważne...
Patrzy teraz niemo w moim kierunku.
„Wracaj zawsze o tej samej porze” - zdaje się mówić. „Żebym mógł już na kilka godzin wcześniej cieszyć się, że będziesz".
A ty czekaj wtedy na mnie, bym i ja mógł się cieszyć, że jesteś…- odpowiadam mu w myślach.

15.

Po powrocie do domu, sięgam z regału „Małego Księcia”.
W ciągu nocy przeczytałem tę opowieść kilka razy.

Może napotkał gdzieś w swej kolejnej wędrówce Zwrotniczego, który skierował go wreszcie na właściwe tory?
Może dotarł już na planetę Latarnika i teraz może podziwiać 1444 zachody Słońca na dobę, bez obaw, że znów przepadnie ono w objęciach chmur, a wtedy z powodu mroku starszy, szpakowaty laborant porzuci swe próbówki z darem życia?

Nie powiem wam, jak miał na imię. Będzie dla mnie już zawsze Małym Księciem z asteroidy B 612...
Ogłaszam to ubrany w lekarski kitel, a nie elegancki garnitur.
Lecz może mimo to uwierzycie?
I może żaden autokratyczny władca nie będzie musiał wydawać w tej sprawie specjalnego edyktu?

Róża zniknęła z przyszpitalnego ogródka...
Pewnie zabrał ją z sobą, niesiony przez ulatujący, jesienny klucz kormoranów.
Bo przecież każdy w życiu musi mieć przyjaciela.
I każdy w życiu musi się o kogoś troszczyć.
Kto wie, może zjawił się po to, by mnie oswoić...

Rysuję wnętrze szpitalnego pokoju. Gdybyście przypadkiem tam się znaleźli, proszę - nie spieszcie się. Przystańcie chwilkę pod oknem, przez które padać będą promienie słońca.
A jeśli tuż obok, na szpitalnym łóżeczku będzie leżał chłopczyk, gdy uśmiechnie się na wasz widok, jeśli będzie miał złote włoski i będzie tak bardzo pragnął waszej bliskości, bez wątpienia odgadniecie, kim jest.
Nie pozwólcie mu się smucić z powodu choroby.
A gdyby ktoś z was spotkał go gdzieś, kiedyś na swej drodze, niech nie pozwoli Mu odejść po raz trzeci...
I - bym się już dłużej nie smucił - niech da mi, proszę, jak najszybciej znać, że On wrócił...





wrzesień 2011, gdy było mi smutno

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
duzyksiaze · dnia 13.12.2012 11:22 · Czytań: 2036 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 13
Komentarze
piorko dnia 13.12.2012 12:01 Ocena: Świetne!
Dużyksiąze, Twój nick nie jest przypadkowy. Trudno znaleźć odpowiednie słowa, którymi mogłabym wyrazić co czuję po przeczytaniu tego bardzo, bardzo, bardzo wzruszającego opowiadania.
Jest doskonałe pod każdym względem i już! Dziękuję, że mogłam przeczytać jeszcze raz i jeszcze raz...
Daję najwyższą ocenę.
Samuel Niemirowski dnia 13.12.2012 15:37
Chciałem napisać - chodzisz moimi ścieżkami, ale napiszę: mijasz się ze mną na tych naszych wspólnych drogach. Nawet tego nie zaważyłeś. Mały Książę, ul. Wiślna, planeta B612, piwnica - Barany - to wszystko mój świat. Nie wiem, czy wziąć Cię za intruza i popędzić stąd, czy też pozwolić chodzić po moim terytorium i cieszyć się tym. Jeszcze tu wrócę.
duzyksiaze dnia 13.12.2012 16:07
Już za dwa dni będę je wydeptywać w poszukiwaniu weny.
Krakowskie ścieżki są na szczęście szerokie - starczy miejsca dla nas obu.
Tak dobrze spotkać na nich bratnią duszę.
Pozdrawiam serdecznie i Piórko i Samuela.
viktoria12 dnia 13.12.2012 21:03 Ocena: Świetne!
Tak to już jest - gdy najsmutniej: najlepsze teksty spod pióra. Wena również przynosi pociechę. Szukanie weny na siłę, zazwyczaj wiedzie do klapy.
wanda dnia 13.12.2012 22:02
Ja odnoszę wrażenie, że jest to osbiste wyznanie człowieka, który przeżył coś takiego. To smutne opowiadanie wydaje się, jak z życia wzięte. Nie można tak realistycznie, wymyśleć tej historii.
Brawo Duży książe, dla mnie świetne!
Kaero dnia 16.12.2012 17:06 Ocena: Świetne!
Wsiąkłam. Od pierwszego zdania do ostatniego. I nie wiem, co napisać, bo mnie zatkało nieco. "Mały Książę" zawsze był jedną z moich ulubionych książek, przeczytałam ją X razy i nie przestaję do niej wracać. Swoim opowiadaniem przypomniałeś mi o niej. Wzruszające i piękne. Przypomina, jak wiele Małych Książąt jest wokół nas, dzieci absolutnie wyjątkowych i potrzebujących naszej uwagi oraz pomocy. Bo przecież "najważniejsze jest niewidoczne dla oczu".

Pozdrawiam i dziękuję za miłą lekturę. :)
Lizabett dnia 17.12.2012 18:06
Bardzo ładne, emocjonalne i może trochę przygnębiające. A te obrazowe opisy...:) Śliczne i z klimatem.
- Myślisz, że mógłby upleść mi nowe włosy ? - niepotrzebny odstęp przed pytajnikiem.

Pozdrawiam, Liz.
aGRAFka dnia 19.12.2012 12:43
Przemyślenia chłopca chwytają za serce... Radosne w opowieści jest tylko to, że wraz z odejściem stąd wraca do siebie i to, że znalazł przyjaciela... albo że to przyjaciel go znalazł.

- Ale dużo!- cieszy się. Jesienią przyjdziemy zbierać!- dodaje. - Będziemy robić z nich kasztanowe ludziki?

wydaje mi się, że po: cieszy się. powinien być myślnik...
Samuel Niemirowski dnia 24.12.2012 02:58
Obiecałem, że tu wrócę, więc jestem. I myślę sobie tak: na początku podrażniłeś mnie bardzo. Było wiele 'coverów' Malego Księcia, a na każdy z nich reagowałem zawsze agresywnie, uważając to niejako za zamach na świętość. A teraz myślę sobie tak, że Ty musiałeś pewnie, chociaż w małym stopniu, rozważać i tą kwestię. Opowiadanie... jest bardzo wartościowe. Z wielu względów. Nawiązanie do MK z pewnością pomaga nam zrozumieć sens przesłania. Ale pod tym przesłaniem i metaforą kryje się konkretna opowieść o krakowskim lekarzu. Być może za mało tu było realności, a za dużo MK... Oczywiście z mojego punktu widzenia. Ja bym to raczej widział jako "zwykłą" opowieść z wieloma nawiązaniami wprost do MK. Bez takiego hm, np naśladowania stylu, emocjonalności, jakiej nauczył nas A. S-Ex. Ale to też nie jest zarzut, ponieważ robisz to dobrze. Nie popadasz ani w przesadne napompowanie patosem, ani w koślawość, a to, przy tak delikatnej materii, świetne rzemiosło na granicy sztuki. Chirurgia. I co jeszcze chcę Ci przekazać: na pewno wiele razy irytowałeś się, tak myślę, a przynajmniej ja tak mam - kiedy widzę "MK" w wydaniach obrazkowych, dla dzieci. W wydaniach infantylizujących. A to przecież książka dla dorosłych. Dojrzałych. No i osobisty mój plus, subiektywny, za Kraków. Mieszkałem kawałek czasu na Wiślnej, chodziłem często na piwo pod Barany. Tam na Wiślnej, na jednym ze strychów, leżą jeszcze wszystkie moje książki Saint-Exypery'ego. Mam nadzieję, że kiedyś będzie mi dane uścisnąć Twoją dłoń. Pozdrawiam, S.
duzyksiaze dnia 24.12.2012 13:28
Dzięki za serdeczności. Byłem tam i dzisiaj w mgle gęstej, jak mleko.
Pozdrawiam równie serdecznie.
Elwira dnia 25.01.2013 22:13
„Dobrze widzi się tylko wtedy, gdy się patrzy
sercem. Najważniejsze jest dla oczu niewidoczne”

Antoine de Saint-Exupery „Mały Książę”.


Motto zapisałabym bez cudzysłowu. Nie jest potrzebny. Jeśli jednak czujesz potrzebę wyróżnienia cudzego tekstu, użyj kursywy, jest poprawniejsza.


Mówią, że dawno już umarł… Mówią, że ukąszony przez żmiję powrócił na swą asteroidę B612.
I że zabrał ze sobą pudełko z owieczką, którą mu narysowano.

2 razy mówią, 3 razy że – powtórka


twarzą zwróconą ku plastikowi okna, – ku oknu, po co plastikowi, nie ma sensu zarzucać czytelnika takim informacjami, zwięzłość, drogi autorze!

blade światło budzącego się świtu.
Blade światło świtu, świt się nie budzi, budzi się dzień wraz ze świtem


w piersi(,) poruszane urywanym oddechem,

o którym nikt nic nie wie(.) – (U)uśmiechnąłem się na myśl

Czekając(,) aż się przebudzi,

spoglądałem na te wszystkie mądre wykresy, które maszyny nad głową kreśliły na swych monitorach

te wszystkie mądre – zbędne, swych zbędne, dalej szyk: które maszyny kreśliły na monitorach

Zatem postanowiłem nazwać go „Małym Księciem”.
Bez cudzysłowu, to już nie tytuł, a zwykłe imię


nie leczyłem żadnego księcia.
Żadnego – zbędne



- Czy Słońce zawsze było takie jak teraz? - pyta.
Dlaczego zmieniasz czas na teraźniejszy? Zapytał


- Powiedz, czy to prawda, że Ziemia się kręci wokół własnej osi? - pyta.
Znów czas teraźniejszy…


Tyle, że my tego wcale
Tym razem bez przecinka


aż kręci się w głowach – pozwalam sobie na żart.
Znów niekonsekwentnie użyty czas teraźniejszy



Umilkł na chwilę, lecz przyspieszony oddech odzwierciedla poruszenie.
Znów czas teraźniejszy, pojawia się to wielokrotnie, więc nie będę punktować. Musisz to ujednolicić, taki brak konsekwencji jest niedopuszczalny, o ile nie ma uzasadnienia, u Ciebie nie ma.


które - niczym jad tamtej żmii - sączyło się
tamtej zbędne

To, co miało powstrzymać chorobę, zaczęło zbierać daninę.
Danina mi tu nijak pasuje, danina jest dobrowolna, a tu nie ma mowy o dobrowolności, więc raczej odbierało zapłatę.

Przysiadam(,) czekając aż się przebudzi.

I znów ten miarowy dźwięk aparatury, znów kolejne kroplówki.
Drugie znów zbędne.


Wychodzę(,) stąpając na palcach.

w połowie ul. Wiślnej uzmysłowiłem sobie oto, że przecież
rozwiń skrót, to nie notatnik, oto zbędne


W Jego ciepłym
Dlaczego zaimek jest napisany wielką literą?

Urywany symbol przemijania.
Hejnał nie jest urywany, tylko urwany, raz.


I oto zdaje mi się, jakby ta strzała tatarska nagle wbiła się w mój pełen
2 razy się


Mówię(,) wyciągając balonik.

Potem znów kilka wydechów do środka
Za duży skrót myślowy, brzmi komicznie.

Gdy wieczorem składam na czole Piotra całus podzięki,
Strasznie patetyczne to. Mam wrażenie, że napompowane jak ten balonik, wystarczy szpileczka i pęknie.



Ranek budzi mnie odgłosami dzieci bawiących się na podwórzu. Wyglądam ku nim przez okno. Te same zabawy co dawniej.
Bawiących, zabawy – powtórka, ku nim – zbędne


Kilka kwadratów narysowanych kredą. Piekło i Niebo. Rzut kamyczka i kilka podskoków.
Dwa razy kilka.


Kamieniem Księcia jest okrutna choroba...
Stwierdzenie na miarę Oskara! Nigdy bym na to nie wpadła, doprawdy.


nie zdążyć rozwinąć swych płatków.
Swych – zbędne

Jutro przywiozę tu Księcia na spacer.
nie można przywieźć na spacer. Proponuję więc wyrzucić na spacer.


- Popatrz(,) ile tu kasztanów

- Jaka piękna! - mówi z zachwytem w głosie. (–) I ogromna.


A więc czeka i cieszy się, że jestem. A więc oswoił się już ze mną. A może i ze swoją chorobą...
2 razy A więc, 3 razy A



ludzie stają się sobie naprawdę potrzebni. Wtedy ten ktoś staje się dla ciebie jedynym na całym świecie. I ty stajesz się dla niego kimś wyjątkowym...
3 razy się staje…


Jest tyle innych sal szpitalnych. W każdej łóżko z maleńkim pacjentem.
Nieprawdopodobne! Truizm.



Późnym popołudniem zachodzę do sklepu z zabawkami.
Wchodzę.


Nabiegałem się po mieście, nim wreszcie znalazłem.
Wszedł do jednego, a się nabiegał? Proponuję już wcześniej zaznaczyć, że to nie jest jeden sklep albo usunąć tamto wchodzenie, tudzież prowincjonalne i potoczne zachodzenie.

- Pewnie, że dla Ciebie.
Dlaczego zaimek jest wielką literą?


Kiedy nabiera mydlin z kubeczka, gdy puszcza bańki na wietrze, stoję cierpliwie tuż obok.

To, że przed puszczaniem baniek nabiera mydlin jest oczywiste, wiec po co ta instrukcja obsługi? Pierwszy człon zdania można wyrzucić.

Jest tak maleńki, że historia jego życia zmieściłaby się swobodnie w najmniejszej z tych baniek,
Moim zdaniem historia jego życia jest znacznie dłuższa niż wielu chłopców w jego wieku, wychowanych w szczęśliwych rodzinach, zdrowych, bez przygód ze szpitalami. Może nawet dłuższa niż niejednego dorosłego. Więc bardzo niefortunne użycie.


Wracając(,) mijamy różę i ogrodowe kasztanowce.

Rankiem(,) nie czując zmęczenia(,) idę do pracy.


Kroplówka sączy się monotonnie, a jej silikonowy łącznik przybiera coraz to bardziej postać jadowitego węża, przed którym nie ma ucieczki.
Łącznik? Zaraz wyskoczy telegrafistka Lidka? Żyłka wystarczy, coraz to bardziej – zbędne


zdaje się syczeć: „mój jad jest mocny, nie będziesz już długo cierpiał”.
Albo dwukropek albo cudzysłów, razem nigdy



że jesteś…- odpowiadam mu w myślach.
Mu – zbędne


sięgam z regału „Małego Księcia”.
Sięgam po albo zdejmuję z regału



Może napotkał gdzieś w swej kolejnej wędrówce Zwrotniczego
Gdzieś i swej zbędne

Będzie dla mnie już zawsze Małym Księciem
Szyk: Dla mnie już zawsze będzie…

Pewnie zabrał ją z sobą,
Ze sobą


Ile lat ma tek chłopczyk? Skoro łóżeczko jest małe, to jakieś 6, prawda? I co, posługuje się zdaniami wielokrotnie złożonymi? Posługuje się dokładnie takim samym językiem jak dorosły człowiek, lekarz? Dziwne trochę. Mało w tym dziecku dziecka, zadaje naiwne pytania, ale jego przemyślenia, to przemyślenia dorosłego człowieka. Nie wierzę w to dziecko. Moim zdaniem za bardzo został wystylizowany na Małego Księcia, którego wiek nie był znany przecież. Mamy więc lekarza i dziecko, które jest bohaterem książki, a nie chorym dzieckiem. Mamy więc postać, stworzoną przez dużegoksiecia, oraz postać z książki, która została postawiona w innych okolicznościach niż bohater Antoine de Saint-Exupery. Nawiązania do powieści są tak nachalne, że aż bolą. Zupełnie, jakby autor pisał opowiadanie na temat „moje spotkanie z Małym Księciem” i za wszelką cenę chciał udowodnić, że pisze na temat. Mnie wystarczyłyby małe sugestie, a nie wykładanie kawy na ławę. Nie jesteśmy w szkole. Opowiadanie to proces twórczy, a nie odtwórczy. Dlaczego on musiał mieć lisa i różę, a nie królika i gerberę?
Podsumowując: praca domowa wykonana poprawnie, praca twórcza właściwie żadna. Autor gra na czytelniku uczuciami, które obudził Saint–Exupery, trochę je tylko uwspółcześnia. A że „Małego Księcia” lubią prawie wszyscy, prawie wszyscy pieją z zachwytu, że piękne opowiadanie. Prawda jest jednak inna. Piękna jest powieść „Mały Książę”, opowiadanie jest jedynie jego marnym cieniem.
duzyksiaze dnia 25.01.2013 23:42
Cieszę się Elwiro, że jednak przeczytałaś choć jeden utwór.

Ponieważ żegnam się z forum - o czym za moment - mój komentarz będzie krótki.

1. By coś skomentować warto to najpierw przeczytać uważnie, bez z góry założonej tezy (tu ośmieszenia tekstu). Wyrazy w moim opowiadaniu są krótkie. Jak np. słowo "MIĘSAK" (kogo? czego?- to dopełniacz) MIĘSAKA(po łacinie osteosarcoma";) Jest to śmiertelny nowotwór kości, prowadzący do szybkich przerzutów, a co za tym idzie, rychłego zgonu.
Mnie taka śmierć nie bawi. A Ciebie?
Zatem sugerowany przez komentarz zwrot "mięska" nie został zamieszczony w tekście komentowanym. Nie ma więc nic wspólnego z kanibalizmem, ale ze śmiercią w męczarniach.

2. Powtórzenia ("mówią", "że";) - tego nawet początkującemu autorowi tłumaczyć nie trzeba, a co dopiero Redaktorowi Portalu Pisarskiego - ale nie zachęcam do czerwienienia się ze wstydu - w zamian odsyłam do wymiany opinii pod jednym ze znakomitych felietonów Owsianki (tam problem powtórzeń omówiono szczegółowo i dość przystępnie)

3. Danina wedle komentarza to akt dobrowolny. Pozwolę sobie nie podzielić tej opinii, co poprę odniesieniem do wiedzy zawartej już nawet w Wikipedii. Oto stosowny link dla Redaktora Portalu Pisarskiego:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Danina

4. Nie podzielę także innej opinii komentarza:

Elwira napisała:
Blade światło świtu, świt się nie budzi, budzi się dzień wraz ze świtem


Jako dowód przytoczę wiersz Bolesława Leśmiana (to taki dość znany poeta polski - informacja dla Redaktor Portalu Pisarskiego)


Usta i oczy

Znam tyle twoich pieszczot! Lecz gdy dzień na zmroczu
Błyśnie gwiazdą, wspominam tę jedną - bez słów,
Co każe ci ustami szukać moich oczu...
Tak mnie zegnasz zazwyczaj, im powrócę znów.

Czemu właśnie w tej chwili, gdy odejść mi pora,
Pieścisz oczy, nim spojrzą w czar lasów i łąk?...
Bywa tak: świt się budzi od strony jeziora,
Nagląc nas do rozplotu snem zagrzanych rąk...

5. Wprawdzie mówią, że do trzech razy sztuka, ale dodam i ten punkt. Dotyczy "łącznika" kroplówki.

Otóż kroplówka składa się z następujących elementów: butelka z lekiem, plastikowy przewód, zwany ŁĄCZNIKIEM, którego jedna końcówka wetknięta jest do tejże butelki, zaś druga do tzw. "motylka" wkłutego do naczynia krwionośnego (np. żyły). Jeśli wyskoczy to wyłącznie z powodu wadliwego podłączenia, a nie z innych przyczyn.
Nie ma to nic wspólnego z łącznikiem np. z Powstania Warszawskiego.

Pozwolisz że na tym zakończę polemikę.
Wystarczającą karą niech pozostanie śmiech czytających to czytelników, którym dane będzie porównać poziom merytoryczny wypowiedzi mojej i Elwiry.

Często pojawia się tu rada, by zanim coś się "skleci" CZYTAĆ!!! CZYTAĆ!!! I JESZCZE RAZ CZYTAĆ!!!

Święte słowa!

Na początek odsyłam więc raz jeszcze do wiersza Leśmiana -warto wklepać go na pamięć i ku pamięci.
Reszta może za parę lat sama przyjdzie.
Tym niemniej zaznaczam komentarz jako "pomocny".
Pozwolił mi podjąć bowiem ostateczną decyzję o nie zawracaniu sobie głowy aktywnym tu byciem.
Redaktor jest bowiem zawsze wizytówką Portalu.
A szkoda, bo jest tu naprawdę kilku znakomitych twórców.
Elwira dnia 26.01.2013 00:03
Proszę nie porównywać swojej prozy z poezją Leśmiana, bo to jest takie porównanie, jak tego opowiadania z "Małym Księciem". A komentarz przeczytać na spokojnie i ze zrozumieniem. Bo uprawianie ośmieszania krytyki i czytania tak, jak się chce jest żenujące. Z wykręcania kota ogonem masz u mnie celujące po raz drugi. BRAWO.

Skoro jednak komentarz się nie przydał, proszę odklikać, że jest pomocny. Nie twórzmy fałszywych teorii.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kazjuno
16/09/2019 13:09
Ależ Kapeluszniku! Byłbym zaszczycony, gdybyś kontynuował… »
BasiaL
16/09/2019 12:31
Mroczne, klimatyczne, refleksyjne i co ważne nie za długie i… »
Kapelusznik
16/09/2019 12:26
... Cóż - piszę z moich odczuć - więc tak - widocznie… »
BasiaL
16/09/2019 12:14
Świetny, oryginalny tytuł i do tego fajne zakończenie :) »
Zola111
16/09/2019 12:01
I ja dziękuję, Retro. Tekst po korekcie.… »
Kazjuno
16/09/2019 09:48
Kapeluszniku. Na początku miałem dysonans poznawczy.… »
Wiktor Mazurkiewicz
16/09/2019 08:40
bruliben Serdeczne dzięki za słówko. »
retro
16/09/2019 06:58
Dziękuję za współpracę oraz miłe słowa, które zachęcają do… »
andro
15/09/2019 23:00
i nikt nie przystaje - w sensie, że za mało w nich… »
bruliben
15/09/2019 22:51
Sugestywnie napisane o muzyce i wspomnieniach. Te pocztówki… »
bruliben
15/09/2019 22:44
Rzeczywiście widać w tekście częste obcowanie za śmiercią.… »
Kapelusznik
15/09/2019 21:59
Oj... A myślałem że to ja piszę długie opisy... hooo...… »
Bartek Otremba
15/09/2019 21:29
Fakt, zdecydowanie do poprawy — też naszła mnie taka… »
voytek72
15/09/2019 19:08
Madawydar - podziękowania za wizytę i opinię :) »
AntoniGrycuk
15/09/2019 18:46
Tak, zaduma spowodowana śmiercią... Ja wiem jedno, co… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 16/09/2019 14:58
  • Rzecz o chłopcu, który wymyślił.sobie, że jest przyjacielem Hitlera. [link]
  • Dobra Cobra
  • 16/09/2019 14:06
  • Nie słyszeliście pewnie o najnowszej, brawurowej produkcji amerykańskiej, nagrodzonej wlasnie nagrodą publicznosci na festwalu filmowym w Toronto, pt Jo-Jo Rabbit. Gra m.in. boska Scarlett Johansson
  • mike17
  • 15/09/2019 14:25
  • Siemanko, Krzyśku :)
  • bruliben
  • 15/09/2019 00:24
  • Chciałem tam napisać, że filmy są godne polecenia :)
  • bruliben
  • 15/09/2019 00:21
  • A propos kina dzieci w Muranowie dobiega końca przegląd kina izraelskiego. Jutro ostatni dzień. Po tym co zobaczyłem do tej pory mogę z czystym sumieniem produkcje festiwalu.
Ostatnio widziani
Gości online:28
Najnowszy:Nr_nastanie
Wspierają nas