Lato surferów - mike17
Proza » Obyczajowe » Lato surferów
A A A
Od autora: Aby wczuć się lepiej w feeling tej historii, posłuchajcie - http://www.youtube.com/watch?v=BaiqcE1jjYU





Przyjaźń poznaję po tym, że nic nie może jej zawieść,
a prawdziwą miłość po tym, że nic nie może jej zniszczyć.
(Antoine de Saint-Exupery)



Marinero zjechał na samą plażę, zaciągnął ręczny i rozejrzał się wokoło. Była już prawie pusta, powoli dochodziła dziewiąta. Zakochani szli boso, trzymając się za ręce. Mieli w torbach koce, małe, tranzystorowe radia i puszki po piwie. Cichy, czuły ocean śpiewał prostą piosenkę o ludzkim kochaniu. Oni, zapatrzeni w siebie i nieobecni, spijali każdy pocałunek lata. Nikt już nie kupował pizzy, nikt nie bawił się z falami. Opaleni chłopcy z kolorowymi surfingami wracali do domu po udanym dniu. Wieczorne niebo szeptało, że noc jest od spełniania marzeń. Księżyc surferów obiecywał miłość, najpiękniejszą z przygód, jaką można przeżyć.
Wtedy powiedziała:
- Nigdy nie miałam mężczyzny. Nie wiem, jak to jest, Mari.
On spojrzał na nią, poprawił czapkę z szerokim daszkiem i odpowiedział:
- To jak skoczyć z mostu na główkę i przeżyć.
Maria Luisa chciała wiedzieć więcej:
- Czy ziemia się zatrzęsie?
- Tak, mała, na pewno.
- Kiedy?
- Pod sam koniec.
- Ja nigdy nie kochałam.
- Ja chyba też.
- Więc skąd wiesz?
- Śniło mi się.
- Jestem dziewicą.
- Damy radę.
- Nie podchodź do tego tak technicznie.
- Staram się nie dać ciała.
- Chcę to zapamiętać. Móc wspominać.
- Plaża i ocean zmienią twoje życie.
- A ty?
- Ja? Będę blisko, naprawdę w tobie.
- Kobieta pamięta tego pierwszego.
- To tragiczne.
- To realne.
- Nie poczujesz bólu. Będę z tobą. Robiłem to już wiele razy.
- Czyli rutyna?
- Za każdym razem jest ten pierwszy raz, mała.
- Nigdy nie będzie już tak samo.
- Zgadza się.
- Skoro robiłeś to tyle razy, jak możesz zrobić to ze mną po raz pierwszy?
- Nie angażuję się.
- Nie rozumiem.
- Kocham cię tu i teraz, na zawsze, dziś wieczorem.
- To cyniczne.
- Ty i ja to przyroda, mała, to wymiana płynów. Mam mówić ci, że cię kocham? Że umrę dla tej miłości pojutrze rano? To bez sensu. Świat to zbiór manekinów.
- Co?
- Zrobię z ciebie kobietę, ale nie proś o więcej. Życie to krótka przejażdżka po nieznanym lądzie. Trzeba łapać minuty. A z miesięcy możesz zbudować dom. Lata to już wyczyn.
- Czyli, wy, mężczyźni, nie umiecie kochać?
- Mała, to nie tak. Jeśli ktoś porządnie ci dogodzi, nie znaczy, że cię kocha. Jeśli ktoś naprawdę cię kocha, może nawet nie tknąć cię palcem. Wystarczy, że spojrzy. Że połechce okiem. A ty już wiesz, że jutro wrócisz, by znów patrzył, jak patrzył dziś. Jakby był blisko. Twój, niezapomniany.
- Czym jest ta pieprzona miłość?
- Moim samochodem na plaży. Twoim oddechem na mojej szyi. Kocem, który rozłożę na gorącym piasku. Naszymi ciałami, twoimi nogami oplatającymi mnie, kiedy będę zbliżać cię do kobiecości. Tyle. Aż tyle. Może to mało, może to dużo.
- Czy cię zapamiętam?
- Tak.
- Zawsze tak jest?
- Zawsze, mała, pewne rzeczy dzieją się tylko raz.
- Już nigdy nie będę kobietą bardziej niż z tobą?
- W tym rzecz. Nie będziesz. Plaża, ocean, ja i ty, to przetrwa. I nasze małe kochanie, w tej chwili trwania. Tak to urządzono. To właśnie przetrwa. Czy będzie to wielkie, czy małe, nie nam wyrokować. Czas jest bogiem. On pieczętuje co dobre, i co złe.
- Dlaczego mi to robisz?
- Nie wiem.
- Może ktoś kiedyś zrobił z ciebie przez przypadek mężczyznę?
- Może…
- A więc tak.
- Czy to ważne? Możesz się rozmyślić.
- Nie, za daleko zaszliśmy.
- Tak?
- Jesteś takim samym desperatem jak ja. Widzę to w twoich oczach. To, że chcesz mnie mieć nie znaczy, że jesteś mężczyzną. Że masz prawo do tego. Może to objaw bezsilności, bezradności. Może potrzebujesz widowni, by być tym jedynym, dobrym aktorem.
- Mario…
- Wiem, że kiedyś przyjdzie miłość, ale zanim to nastąpi, zadowolę się tym wieczorem.
- Na pewno znajdziesz sobie porządnego, zakochanego w tobie faceta. Zasługujesz na niego. A ja jestem pierwszym przystankiem w drodze do nowego świata.
- Ile takich przystanków pozostało tobie, Mari, do miłości?
- Nie wiem. Nie mam pojęcia, kiedy to się skończy.
- Czyli nie jesteś szczęśliwy, bawiąc się dziewczynami.
- Używam życia, nic więcej. Na każdej mi zależy do pewnego momentu. Potem odchodzę. Może coś ze mną nie tak, a może po prostu nie umiem inaczej.
- Ty bronisz się przed kochaniem. Słyszę to w słowach, które wypowiadasz. Może nawet boisz się pokochać. Tak mocno, tak, jakby jutro miał się skończyć świat.
- Nie znam się aż tak dobrze. Mam dopiero dwadzieścia osiem lat. Pewnego dnia zapewne doznam olśnienia. Liczę na to. Nic nie trwa wiecznie. Ile można się bawić, nie?
- Kim ona była, Mari?
- Kto?
- Ona. Ta, która ci to zrobiła. Przez którą jesteś dziś taki wypalony. Nie zaprzeczaj, że nigdy nie istniała. Wiem, że kiedyś ci zależało, ale nic z tego nie wyszło.
- Nie chcę o tym mówić, Mario. To zamknięty rozdział.
- To wciąż otwarty rozdział. Dopóki go naprawdę nie zamkniesz. Musisz tego chcieć, a zobaczysz kolory, których teraz nie widzisz. Kobiety czują takie sprawy mocniej niż wy. Nadal tkwisz w więzieniu wspomnień i nadal nie możesz zapomnieć.
- Może…
- Masz aż dwadzieścia osiem lat. Możesz być kim zechcesz. Po prostu otwórz się, przeszłość pozostaw za sobą. Dopiero wtedy będziesz gotowy na miłość.
- Chodź, poszukamy miejsca.
- Nie zapomnę cię, Mari. Już to wiem.
- Po mnie będą inni. Tego nie unikniesz. Jesteśmy tylko ludźmi.
- Bądź ze mną tak, jakbyś mnie naprawdę kochał. Jakby ci zależało, jak na tamtej. Obiecaj. Chcę to poczuć, mocno i wyraźnie.
- Obiecuję.

Pescador był wielkim fanem The Beach Boys, idoli tych lat, pięknych i zdolnych chłopaków, obok Elvisa, symboli wszystkiego, co amerykańskie, którzy tworzyli muzyką wprost wymarzoną dla surferów. Odnajdywał w niej wszystkie te przygody na falach, kiedy ślizgał się na nich na nowej, zielonej desce, dziewczyny, podziwiające go z brzegu, krzyczące i machające mu rękami, wesołe, gorące i zawsze gotowe na dobrą zabawę na plaży, wieczorne pocałunki, spacery nocą brzegami oceanu, przejażdżki czerwonym kabrioletem Corcovado, który miał ciężką nogę i lubił zaszaleć na szosie, w końcu swoją miłość – Sherry, dziewczynę ze snów, kochającą go jak nikt wcześniej. Była jego światem, spełnionym marzeniem, sensem życia. Wiedział, że z nią zostanie i razem się pięknie zestarzeją. Takie rzeczy się wie i Pescador był tego pewien. Inne już dla niego nie istniały. Były jak powietrze.
- Kochanie, zgłupiałem dla ciebie i pozwól mi pozostać głupcem do końca świata – mawiał często i wiedział, że w tych prostych kilku słowach jest zawarta istota jego szczęścia.
To dla niej nauczył się jeździć na desce po wysokich falach, chciał jak wszyscy, młodzi chłopcy i mężczyźni, aby jego miłość była z niego dumna, bowiem wtedy, w 1964 roku być surferem oznaczało być kimś, być stuprocentowym Amerykaninem, należeć do elity.
Dobiegał powoli trzydziestki i niebawem chciał założyć z Sherry rodzinę – dojrzał już do tej decyzji i nie chciał dłużej odwlekać chwili, kiedy jego marzenia spełnią się do końca.
- Skarbie, wypełnię cię dziećmi. Nasze życie będzie kolorowe i niebanalne.

Wiedział, że istota męskości polega na mądrości życiowej.
Nie jest to uporczywe udowadnianie swej wartości poprzez bezrozumne zaliczanie kolejnych kobiet – mężczyzną się jest, kiedy kocha się tę jedyną, traktuje ją jak królową, ma się z nią udaną rodzinę i szczęśliwy dom, pełen śmiechu, małych, prostych radości i kochania.
Bo być męskim to okazywać uczucia.
I szacunek kobiecie, którą się wybrało, ale także wszystkim innym przedstawicielkom płci pięknej.
Nie trzeba mięśni, dwóch metrów wzrostu, grubego portfela i najnowszego auta.
Podziw ukochanej zdobywa się dobrocią, naturalnością i czułością.
I wie się, że małe rzeczy znaczą wiele.
Przelotny pocałunek, muśnięcie dłonią policzka, dotknięcie włosów, otworzenie drzwi w samochodzie, ustąpienie miejsca w autobusie.
Mężczyzną się jest, kiedy się płacze.
To przejaw siły i niezaprzeczalnego człowieczeństwa.
Bo w życiu jest czas na śmiech i na łzy.
Gdy płyną po męskich policzkach wiadomo, że nie wypłynęły ze skały.
Istotą męskości jest też trudna umiejętność wybaczania: ile trzeba wewnętrznej wielkości, by puścić to, co złe, w niepamięć, nie mścić się, nie żyć nienawiścią.
I szacunek dla rodziców, dziadków i ludzi starszych.
I wytrwałość w przyjaźni, wieczna gotowość niesienia pomocy duchowemu „bratu”.

Taki był Pescador, kochający i pełen pochylenia dla innych.
Nie miał wrogów, otaczali go ludzie dobrzy i życzliwi, dla których stanowił wzór człowieka.
W sobotnie popołudnia, po surfowaniu, spotykał się z Marinero i Corcovado na grillu, który lubił organizować w swoim ogródku.
Doskonale przyrządzał karkówkę, miał zawsze zimne, markowe piwo i świetne sałatki, których autorką była Sherry, kobieta-skarb, jak cały wieczór o niej mówił, i duma, jaką miał wówczas w oczach, była jak piękne, naturalne światło, zrodzone z tego, co najświętsze.
- Kotku, jesteś już prawie moją żoną – powiedział z uśmiechem, kiedy dawał jej szybkiego całusa.
- Pesca, będziesz najlepszym mężem pod słońcem – odpowiadała Sherry, a Mari i Corc klaskali, jakby byli świadkiem pierwszorzędnego przedstawienia.
- Stary, twoja kobieta to zjawisko – mówili przyjaciele i mieli rację. – Mieć taką to wygrać los na loterii, bo życie to jazda na rollercoasterze. Nieźle trzepie. Tobie na szczęście nie grożą bolesne upadki.
Pescador był policjantem.
Dzięki błyskotliwej służbie szybko awansował i przed trzydziestką był już porucznikiem.
Pracował w dochodzeniówce.
Najczęściej rozpracowywał drobnych handlarzy narkotyków i małych, latynoskich alfonsów.
Nigdy nie działał w afekcie, nie kierował się złą pasją.
Był spokojny i chłodny, bez wewnętrznej potrzeby udowadniania swej urzędowej przewagi.
Wielokrotnie dawał szanse drobnym cwaniaczkom, ostrzegając ich i puszczając wolno.
O dziwo, nawracali się jeden po drugim.
A więc istniało coś na kształt „siły dobrego słowa”, a może była to pewność, że kolejny ruch porucznika będzie już bardziej radykalny.
Kiedy pewnego wieczora przyniósł do domu małego, wychudzonego psiaka, Sherry nie miała już złudzeń, że to najlepszy mężczyzna, najbardziej męski i prawy, jaki żyje w tym mieście.
- Tatku, jesteś wielki!
- Biedak będzie miał teraz dom.
- Tak. I będzie mu tu dobrze.

W czasach, kiedy szalony rock’n’roll rządził niepodzielnie światem, w gazetach istniały jeszcze rubryki z ogłoszeniami towarzysko-matrymonialnymi.
W pismach młodzieżowych, których było sporo na rynku, było ich bardzo wiele.
Młodzi ludzie chętnie po nie sięgali, chętnie dawali tam własne ogłoszenia w nadziei na rychłe znalezienie miłości życia lub przeżycie ciekawej przygody.

Mocno wierzył w to Corcovado, dwudziestosześcioletni, przystojny chłopak, który miał całe życie przed sobą, lecz nie miał dobrej ręki do dziewczyn – zawsze coś mu nie pasowało lub coś nieoczekiwanie pokrzyżowało plany. Na własny użytek nazywał to pechem. Mogło być zgoła inaczej: może po prostu ta jedyna nie pojawiła się jeszcze na widnokręgu jego życia, lecz gdzieś w przestrzeni już powoli zbliżała się ku niemu, nieświadoma tego, co niebawem zgotuje los – wszak co pisane, być musi. To kwestia czasu i miejsca. Reszta toczy się już sama.
Pewnego dnia znalazł w skrzynce list.
W owym czasie dostawał wiele listów od dziewczyn, chcących poznać go bliżej.
Wszystkie były bardzo bezpośrednie i zdeterminowane, śmiałe i otwarte.
Tym razem pisała do niego dwudziestopięcioletnia dziewczyna imieniem Connie, metr siedemdziesiąt trzy, blondynka, atrakcyjna, spokojna i ugodowa. Domatorka. Lubiąca muzykę, wypoczynek nad wodą i Elvisa. Kochająca zwierzęta i kwiaty. Czuła i namiętna. Chcąca założyć rodzinę. Tak się opisała. Wyglądało to intrygująco, by nie powiedzieć, pociągająco. Należało zbadać ten trop – a nuż coś z tego wyniknie.
Lubił wysokie dziewczyny, czuł się w ich towarzystwie dowartościowany i dumny jak paw.
W liście było też zdjęcie. Przedstawiało miłą, uśmiechniętą twarz, z gatunku takich, którym ufa się od pierwszego wejrzenia. Był w niej naturalny wdzięk. Jakaś szczera prawda. I coś, co obiecywało rozkosz. Niewątpliwie miała w sobie wiele erotyzmu, lekkiego i ulotnego, ale wyczuwalnego. Nie sposób było tego nie zauważyć. Czasem na twarzy wypisana jest cała prawda o człowieku. W tym przypadku tak właśnie mogło być. Miała rzadkie zęby. Uwielbiał rzadkie zęby u kobiet. Podniecało go to. Mógł je obserwować godzinami, jak najpiękniejszy film i nigdy nie miał dość. Teraz czuł, że coś może z tego wyniknąć.
Podała numer telefonu.

Zadzwonił do niej.
Był ciepły poranek, świeciło słońce, a na falach dziesiątki chłopców jeździło na kolorowych deskach, podczas gdy z plaży dobiegała kolejna piosenka The Beach Boys o tym, by spełniać swoje letnie marzenia, wywołując gorący aplauz opalonych na brąz dziewczyn.
Dzień, jakich wiele, choć może nie do końca.
Rozmawiali.
Była miła i gadatliwa, nie poczuł z jej strony żadnego dystansu, wręcz przeciwnie, odniósł wrażenie, jakby znali się od lat i doskonale rozumieli. Jakby rozmawiał ze starą, dobrą znajomą, która nagle pojawiła się ponownie w jego życiu. Była zrelaksowana i spontaniczna, miała w sobie sporo luzu. Był zachwycony, choć tego nie okazał. Chciał dać sobie nieco czasu. Tak właśnie poczuł się owego dnia, kiedy usłyszał ją w słuchawce telefonu po raz pierwszy. Poczuł cudowny dreszcz, który zazwyczaj towarzyszy oczekiwaniu na coś niezwykłego. Miał przeczucie, że ich spotkanie będzie czymś niezapomnianym i otworzy nowy rozdział w jego życiu.
I tak się stało.
Szybko umówili się w jednej z knajpek na piątek po południu.
Coś się zaczynało, coś się kończyło.

Tego popołudnia rozmawiali do późnych godzin wieczornych.
Nie mogli się sobą nacieszyć zaskoczeni, że wszystko potoczyło się tak gładko i oni, wczoraj jeszcze sobie obcy, dziś poczuli coś, co nakazywało natychmiast umówić się znów, by być ponownie razem i poznawać się krok po kroku, coraz bardziej, głębiej i intensywniej.
Corcovado widział, co się z nią działo – Connie zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia, mocno, bezprzytomnie, z siłą, jakiej po niej nie oczekiwał.
Znał wiele dziewczyn i wiedział, jak wygląda i zachowuje się zakochana na zabój kobieta.
On jednak nie wyzbył się początkowo swej rezerwy i pewnego chłodu, na który ona zdawała się wcale nie zwracać uwagi – na trzeciej randce wyznała mu, że go kocha i że właśnie jego szukała od dawien dawna. Jej szczerość zwalała z nóg, nie pozwalała pozostać długo obojętnym, zwłaszcza że i jemu zaczynała coraz bardziej podobać się ta wysoka, urodziwa dziewczyna, która przyniosła mu miłość i potrafiła o niej mówić tak lekko i naturalnie.
Dość szybko się przed nią otworzył. Już nie grał twardziela. Czuł, że tym razem nie musi, tym razem to dzieje się naprawdę, to, co poprzednio było tylko na niby.
Niebawem wszystko o sobie wiedzieli i nie kryli się przed światem ze swoją miłością.
Wkrótce wszyscy jego koledzy już wiedzieli, że Corc w końcu znalazł to, czego szukał.
W radio Chłopcy z Plaży grali „Summer means new love”.
Zbieg okoliczności?
Chyba nie.

Marinero wciąż bawił się kobietami, jak wtedy Marią Luisą.
Zmieniał je jak rękawiczki.
Nie miał planu na siebie, żył jak we śnie, w którym mrok zakrywa światło.
Chwytał chwilę, by po jakimś czasie mieć w dłoni tylko wiatr.
Zapytany, czy zna się do końca, odpowiedziałby zapewne, że nie.
Stojąc w miejscu, cofał się, obok płynęły tygodnie i miesiące jak niemy, martwy korowód.
Pustka też jest formą życia.
Lecz czy jest nią, kiedy nie zdajemy sobie z tego sprawy?
Czy była to jego spostrzegawczość, czy złośliwość, nie wiadomo, faktem jest, że żadna mu nie pasowała, a lodowata obojętność stawała się coraz wyraźniej jego właściwą naturą.
Często kończyło się na jednym stosunku, nocą, na tym samym kocu co zwykle, na plaży, by szansa na miłość odpłynęła do krainy niebytu, a utrwalona chęć posiadania coraz to nowych kobiet pchała go nieskończenie w ramiona naiwnych, gorących dziewczyn, które liczyły na coś więcej niż tylko na przelotny romans.
Czasem wiązał się na jakiś czas.
Jednak widział je „po swojemu”.

Była zatem Lola, młoda brunetka o cienkim głosie i apodyktycznym charakterze, którego liczne cechy składowe mogły odstraszyć najbardziej zapalonych do miłości amantów.
Zdyskwalifikował ją ponadto nieświeży oddech, owłosione ręce i kaczy chód, który rzucał się wszystkim w oczy, tylko nie jej samej. Taka dziewczyna to żenada, zwłaszcza że była mocno niereformowalna i zadufana w sobie, torpedująca wszelkie uwagi i sugestie.
Potem była Tricky, blondynka o obfitych kształtach i wyrazistych ustach, jakby nieco za dużych do reszty twarzy, która była szczupła i pociągła, co z kolei kontrastowało z jej tuszą.
Pociła się jak szczur, co niechybnie wiązało się z długą, gęstą smugą odoru, który ciągnął się za nią jak dym z komina statku na pełnym morzu. Nie szło wytrzymać w jej towarzystwie – zbierało się na mdłości. Jej owe wyziewy nie przeszkadzały – wszak nie czuje się ponoć własnego zapachu.
Była też Candy, która notorycznie spóźniała się na randki, ubierała się jak ostatni kloszard, nie myła się i paliła dwie paczki Marlboro dziennie. Tych najmocniejszych. Cuchnęła niemożebnie. I mogła z tym żyć.
Miała męskie szczęki i wiecznie przetłuszczone włosy. Widok nieszczególny. Odstręczający.
Sepleniła i syczała. Lubiła gwizdać na ulicy. Jej buty były zużyte. Stopy za duże jak na kobietę. Za paznokciami cały brud naszej ziemi. Potrafiła nieźle kłamać i opowiadać jakieś pokrętne historie rodzinne, tylko po to, aby wywoływać zaplanowane z premedytacją współczucie i tym samym przywiązać do siebie Marinero, który łatwo i szybko rozgryzł jej gierki i pewnego dnia zakończył tę żałosną znajomość.
Po nich przychodziły i odchodziły inne.
Pojawiały się i zanikały jak pory roku.
Z niektórymi udawało mu się znać dłużej, lecz za każdym razem kończyło się to fiaskiem, jakby utrzymanie znajomości na dłużej wciąż leżało poza zasięgiem jego możliwości.
Coś wiecznie zaburzało harmonię współżycia, coś kategorycznie przekreślało rachuby.
Jakby nie nadeszła jeszcze pora, ta właściwa pora na miłość.
Ale może nie w każdym przypadku musi tak być.


W barze u Kościstego Johna poznał młodą Latynoskę, Dolores.
Miała wszystko, co trzeba.
Śmiała się tak, jak śmieją się kobiety, które właśnie poznały interesującego mężczyznę.
Chciała być z nim – w jej oczach był ten typowy błysk poprzedzający rozkosz.
Nie musiał o nic pytać, wiedział, że sprawy pójdą jak zwykle, czyli gładko.
Ile razy to robił, ile razy był na tym samym kocu, na plaży, z coraz to nowymi dziewczynami, które myślały, że ta noc to początek czegoś pięknego i wartościowego.
Czuł potęgującą się obojętność.
Choć większość z nich była pięknościami, jednak nic z tego nie wychodziło, ciągle kończyło się na jednym razie, a potem następowała głucha cisza.
Maria Luisa miała rację – był wypalony.
Seks stał się jego alternatywną formą życia.
Swoistą wegetacją.
Ucieczką.
Oszustwem…

Wziął ją na kocu, na tej samej plaży, na której był z dziesiątkami innych dziewczyn.
Krzyczała, bo było jej dobrze – umiał to robić tak, aby kobieta traciła rozum.
Nauczyły go tego te wszystkie, naiwne, biedne istoty, szukające miłości pod złym, trefnym adresem.
Panował nad sobą, więc trwało to długo.
Potem zabrał ją do wody i tam wszystko się powtórzyło.
Kiedy później odpoczywali na kocu, zapytała:
- Zostaniesz?
- Tak – odparł kłamliwie, zapalając Pall Malla.
- Dlaczego?
- Bo dobrze mi z tobą.
- Jestem nikim specjalnym.
- Dla mnie w sam raz.

I zjeżdżał samochodem na samą plażę, jak wtedy z Marią Luisą.
I był w Dolores wiele razy, aż blady świt witał ich na uśpionym piasku.
Mijały miesiące, a on co noc rozkładał swój koc.
Czas stawał w miejscu i nic stawało się czymś.
Wszystko zastygało w znieruchomieniu i jedynie ocean falował cichym poszumem…
Tylko nagie ciała majaczyły w nocnym zespoleniu.
Aż wreszcie coś się zmieniło…
Poznał Mel, miała naprawdę czym oddychać, a w oczach igrały przewrotne ogniki.
W jeden dzień zapomniał o Dolores, o rozkoszach, które były ich udziałem.
Wymazał to po swojemu z pamięci, bo była ona krótka i nic niewarta.
Z inną spijał swój miód, bo liczyło się tylko to, co może nadejść, a przeszłość była formą teraźniejszości, w coraz to nowych wydaniach.
Był w swoim sosie.
Zaspokajając najprostsze potrzeby oddalał się od tego, co czyni życie życiem.
Zamknięty w klatce, nie znał do niej klucza.
To, co ludzie nazwaliby po jakimś czasie piekłem, on nazwałby domem.
Choć często spotykał się na grillu z Pescadorem i Corcovado, słuchał o prawdziwej miłości i tym, co czyni z człowieka, był daleko od nich i ich spojrzenia na świat i przyszłość – czy miał w ogóle jakieś?
Oni, szczęśliwi i zakochani, mieli już nowe oczy.
On spoglądał na to i nie rozumiał.
Ta ślepota powstawała przez wiele lat, kiedy postawił na nocne wizyty na plaży.
Może tak go wychowano?
Może niczego innego nie nauczyło go życie?
Może po prostu wybrał swoją drogę?

Wtedy zadzwonił do niego Pescador.
Mówił spokojnie, jak zwykle:
- Mari?
- Cześć, Pesca, o co chodzi?
- Twoja mała była dziś u nas. Ta Dolores. Próbowała wmówić, że będzie miała z tobą dziecko. Że ją zgwałciłeś.
- Nonsens, sama chciała.
- Dziecka nie ma, póki co, bo ją zbadał lekarz i okazało się, że ma spiralę.
- Cwana bestia.
- Pogadałem z nią. Wyperswadowałem, żeby odpuściła, że nie jest w ciąży, a gwałt trzeba odpowiednio umieć udowodnić. Trochę się darła, ale potem jej przeszło. W końcu za fałszywe zeznania…
- Dała spokój?
- Dopiero, jak ją postraszyłem.
- Dzięki, stary.
- Lepiej uważaj na nie. Czasem trafi ci się taka, co dopnie swego.
- Mam oczy szeroko otwarte.
- Podobno często bywasz w nocy na plaży.
- Tak, to prawda, jeżdżę tam z dziewczynami.
- Tu każdy wie, jak inny żyje.
- No i co z tego?
- Żebyś kiedyś nie dostał za swoje.
- E.
- Pilnuj się.
- Dobra.
- To na razie.
- Trzymaj się, Pesca.

Pewnej nocy doszło do przesilenia, bo nic nie trwa wiecznie.
Marinero był akurat na kocu z Mel, kiedy oni pojawili się znikąd, jak banda złych duchów.
Było ich trzech, wszystko wyrośnięte, latynoskie draby, o rękach jak bochny chleba.
Dziewczyna uciekła w popłochu, a on dostał się w ich łapy.
Nad ranem znalazł go ratownik wodny.
Był nieprzytomny, a twarz wyglądała jak krwisty pulpet.
W szpitalu stwierdzono wstrząs mózgu i inne urazy, jednak mogło być gorzej, ale nie było.
Długo nie otwierał oczu, lecz kiedy to uczynił, wnet ujrzał Pescadora i Corcovado, stojących obok łóżka, z uśmiechem na twarzy, witających powracającego z zaświatów.
- Hej, staruszku, jak leci? – zawołali.
- Och…
- Czyli żyjesz!
- Co jest? – spytał Marinero.
- Ktoś cię napadł na plaży i poturbował – powiedział Corcovado.
- Nic nie pamiętam…
- Nad ranem byłeś już tutaj – dorzucił Pescador.
- Nie pamiętam nic…
- Nic?
- Nic.
- A co pamiętasz?
- Was.
- A ją? A ich?
- Wcale.
- A po co byłeś na plaży pamiętasz?
- Nie.
- Może to i dobrze… - rzekł Corc.
- Co? – spytał Mari.
- Nic – odpowiedział Pescador. – A byłeś w ogóle na jakiejś plaży?
- Chyba nie… - stęknął Mari.
- No właśnie. Grunt, że żyjesz.
- Ale co ja tam właściwie robiłem?
- Pływałeś w nocy w oceanie i ktoś cię pobił, jakiś świr pewnie.
- No tak…
- Przecież zawsze lubiłeś popływać, nie?
- Tak.
- I wtedy poszedłeś sam na plażę, by przepłynąć co nieco. Nie było przy tobie nikogo.
- Rozumiem.
- Tylko ty i ten bandzior.
- Tak.
- Wyliżesz się. Z każdym dniem będzie coraz lepiej.
- Muszę.
- Po prostu leż i czekaj na dobry dzień. Będziemy wpadać. A propos, Connie niedługo urodzi. Sherry też. W ogóle szykuj się na dwa wesela: żenimy się! Corc i ja. Będzie się działo! – rzekł wesoło Pesca.
- To fajnie, chłopaki. Kurcze, to jest coś.
- Życie jest piękne i do ciebie też się uśmiechnie – powiedział Corc na odchodnym.

Kiedy już opuścił szpital, zadzwonił do nich i natychmiast zaprosił do siebie.
Kupił piwo, sporo dobrego jedzenia i kubańskie cygara.
Zdjął ze ścian plakaty z gołymi babkami, z niejakim zażenowaniem wyniósł je na śmietnik, to samo spotkało kolekcję kolorowych prezerwatyw, licznych flakoników z „hiszpańską muchą”, johimbiną i innymi używkami. W koszu wylądował nawet tribulus terrestris. Opakowanie z białkowymi odżywkami dla kulturystów też podzieliło podobny los.
Posążek nagiej Miss America szybko wyleciał ze świstem w niebyt.
Miał teraz na sobie markowy garnitur, modny krawat w paski i lśniące, czarne buty.
Nie pamiętał prawie nic z przeszłości, poza parą przyjaciół i zamglonymi obrazami, których nie rozumiał, nie identyfikował ze sobą, były jak sen, dziwny, obcy, tajemniczy…
Tego dnia obejrzał własny samochód i doznał uczucia, jakby go wiedział po raz pierwszy w życiu, jakby był zbyt luksusowy i rażący niepotrzebną, krzykliwą ekstrawagancją.
- To twoja zabawka, Mari, nie poznajesz? Jeździłeś nią na plażę, by tam sobie popływać.
- Poważnie?
- A jakże!
- Szkoda, że nie ma tego w mojej głowie…
- Parkowałeś go na plaży, a potem pływałeś w oceanie.
- Tak…
- Teraz też będziesz mógł tak robić.
- Jasne. A jak dojechać do plaży?
- Powiemy ci.
- Chętnie to zrobię, lubię wodę.
- A je pamiętasz? – tu chłopcy pokazali Marinero Connie i Sherry, które dotąd ukrywały się w samochodzie.
- Nie…
- To nasze dziewczyny, nasze boginie!
- Super.
- One też czekały na ciebie.
- Oj, fajnie…
- Dobrze, że wróciłeś – rzekł Corcovado.
- Brakowało nam ciebie – dorzucił Pescador.
- Zaczynam od zera, chłopaki… od niczego. Tak mało wiem – odpowiedział szczerze Marinero. – Wszystko mi się miesza w głowie…
- Masz dużo na nadrobienia. Choćby popatrzeć, jak pływam na surfie. Choćby posłuchać najnowszego kawałka The Beach Boys „Don’t worry, baby”, już masz wiele do roboty!
- Dlaczego wy macie kobiety, które was kochają, a ja jestem sam jak palec? Nikt na mnie nie czekał? – spytał smutnym głosem Mari.
Chłopcy spojrzeli porozumiewawczo na siebie, po czym przemówił Pesca:
- To się wkrótce zmieni. Jesteś gościem, na którego poleci każda laska.
- Tak sądzisz?
- A wiesz, czym jest miłość? – zagadnął nagle Corcovado.
- Tak, to bycie dobrym dla drugiej osoby, to czułość, szczerość, kompromis. Robienie porannej kawy. Pocałunek na dobranoc. Miłe słowo. Przeżywanie razem trudnych chwil, które cementują. Wspólne zakupy w sobotę u Dużego Mike’a. Ja chyba wiem, czym to jest…

Wieczór upłynął w wesołej, rodzinnej atmosferze.
Dziewczyny opowiadały o swojej pracy, o tym, że jest im tam dobrze, i o tym, że wkrótce zostaną szczęśliwymi mamami. Mówiły to tak, że Mari chwilami czuł, że coś dławi go, łapie niewidzialnymi kleszczami za gardło, niby smutek, niby żal. Jakby ktoś śpiewał piosenkę, opowiadającą o śmierci rodziców. Nie było mu wesoło. Czuł, że to daleka melodia, niepasująca do jego „tu i teraz”. W głowie tłukły się myśli dziwne, ponure, osobliwe.
- Więc miłość jest…
- Tak, Mari, i znajdzie cię w chwili, kiedy się będziesz tego najmniej spodziewał – rzekł Corc.
- To jak uderzenie pioruna – nic potem nie już takie jak przedtem – konkludował Pesca.
- Chciałbym to poczuć… - szepnął Mari.
- Skoro my to mamy, i ty nie będziesz w tyle.
Potem Mari odpalił silnik swojego auta.
Wszyscy słuchali w zachwycie rasowego pomruku widlastej ósemki.
W końcu odezwała się Connie:
- Hej, czemu dotąd nas nie przewiozłeś?
- Teraz?
- Tak! Proszę! Ameryka kocha szaleńców!
- To wsiadajcie. Zmieścimy się wszyscy.
I pojechali do miasta, młodzi, piękni i opaleni, wesoło rozmawiając o wszystkim i niczym.
Kiedy mijali włoską pizzerię, Mari poczuł jakby dziwny przebłysk woli – coś kazało mu przystanąć i pozbierać myśli. Czemu to robił – trudno by dochodzić.
- Co jest, stary, koniec jazdy? – spytał Corc.
- Zapraszam was na pizzę. Chyba kiedyś ją lubiłem. Tak mi się zdaje.
- Ok.
Weszli.
Usiedli.
Podeszła kelnerka, dziewczyna mogąca bez dwóch zdań uchodzić za piękność dnia.
Miała śliczną twarz, niesamowite, brązowe nogi, piękne dłonie i oczy jak dwa bursztyny.
Długo nie przyjmowała zamówienia, patrząc przenikliwie na Marinero. Nie mogła wydobyć z siebie głosu. Wyglądała, jakby zamieniono ją w kamień. W końcu odezwała się:
- Słucham?
- Pięć razy pizza Americana - powiedział Mari, patrząc na nią dziwnie przenikliwym wzrokiem, w którym czaiło się wyraźnie zainteresowanie. W oczach dziewczyny dostrzegł to samo. Na chwilę zamarli w długim spojrzeniu. Trwało to jakieś trzydzieści sekund. Potem udawali, że nic się nie stało. Jednak widać było, że nie było to byle jakie spojrzenie.
- Służę.
Po jakimś czasie już jedli.
Kelnerka z daleka obserwowała ich stolik.
Sherry zauważyła to i wnet pomyślała, że musi mieć w tym jakiś interes.
Kto tak uporczywie, zwłaszcza w pracy, gapi się na gości?
- Hej, ona nas lustruje!
- Faktycznie.
- Dajmy spokój.
- Też tak myślę.
- Wezmę ją na bok – powiedział Corc. – W końcu czasem warto porozmawiać. A ona wygląda mi na kogoś, kto chce coś powiedzieć. Mylę się?

Tydzień później, do budynku pewnej firmy, gdzie pracowała Connie, przyszła młoda, piękna kobieta i bez zbędnych wstępów poprosiła o rozmowę.
Była opanowana, na luzie.
Wyglądało na to, że wie, czego chce.
Była nią ta sama kelnerka, która obsługiwała ich niedawno.
- Tak?
- Możemy porozmawiać?
- Oczywiście.
- Więc…

Potem Mari odebrał telefon.
Connie miała mu coś do zakomunikowania.
- Wiesz, co?
- Tak?
- Miałeś kiedyś dziewczynę. Tylko ona nic nie wiedziała o twoim wypadku. Kochałeś ją do szaleństwa, ona cię też. Miłość jak ze snu. Teraz chce się z tobą spotkać. Chcesz tego?
- Chcę. Bardzo. Nawet nie wiesz jak.
- Idź jutro do tej pizzerii, gdzie byliśmy ostatnio. Poznasz ją – to ona przyjmowała od nas zamówienie.
- Ale ona jest taka piękna… To ta?
- Ty też jesteś przystojny. Niczego ci nie brak. Czasem złota szansa pojawia się tylko raz, Mari. Podobno nie wchodzimy dwa razy do tej samej rzeki. Wiem, że jesteś gotów.
- Pójdę.
- To dobrze. Bądź sobą, tylko sobą. To wystarczy.

Tego samego dnia urządzili sobie piknik na plaży.
W radio The Beach Boys śpiewali „Little Miss America”, a ludzie wokoło krzyczeli w zachwycie – w końcu szczęście to także dobra muzyka, zwłaszcza, gdy obok szumi ocean.
Był ciepły, letni dzień, prawdziwa, amerykańska sielanka.
Na piasku piękne ciała spoglądały w błękit nieba.
Zabawa zwana życiem trwała w najlepsze i nic nie mogło jej popsuć.
Chłopcy rozstawili grill, rozdali piwo i Corcovado krzyknął:
- To już za tydzień!
- Co? – spytał Mari.
- Nasz ślub. I Pesca. Niech żyje miłość, bez niej nic nie ma sensu.
- Macie dobrze…
- Ty też masz dziewczynę – słowa Connie były jak odkrycie Ameryki.
- Tak, jutro tam pójdę.
- Spełnisz swój letni sen – powiedział Pescador. – Po prostu stanie się rzeczywistością.
- Nie zapomniałeś, co to znaczy kochać, co? – zagadała Sherry.
- Powoli sobie przypominam – odpowiedział poważnie Mari. – To wraca coraz mocniej i wiem, że już nie odejdzie.

Potem Pesca zadedykował mu ostry zjazd wysoką, spienioną falą.
Taką na parę metrów.
Chłopcy dobrzy w te klocki rzadko porywali się na takie wyzwania.
Balansowanie ciałem osiągało tu prawdziwe mistrzostwo.
Jego markowa deska była ok., chciał mieć najlepszą z najlepszych.
Czując punkt ciężkości można było osiągnąć wiele.
A woda jest tylko tworzywem.
Przez dobre pół godziny ślizgał się po grzbiecie oceanu, zjeżdżając w różnych kierunkach, robiąc surferskie figury, bawiąc się całą tą, magiczną sytuacją, raz stojący, innym razem na ugiętych nogach, stapiał się z wodą w jedno, chwilami fala zakrywała go i wydawało się, że przepadł na dobre, lecz po sekundzie wybijał ku górze, zwycięski i twardy, by w końcu spłynąć do brzegu.
Powitały go oklaski.
- No i jak, Mari, było ok.?
- Jasne. Byłeś wielki.
- Każdy może.
- Tylko ty.
- Znam paru surferów, którzy pojechaliby wysoko.
- Jesteś najlepszy – odezwał się Corcovado. – Masz to coś, czego nie mają te drobne małolaty.
- To nie tak: życie to surfing. Raz jesteś na fali, innym razem dajesz ciała.
- Tak – przytaknęła Connie. – Dobrze to ująłeś.
- I choćbyś pękł, przeznaczenia nie przeskoczysz. To łapanie w garść wiatru.
- Mari, pamiętasz?
- O czym?
- O spotkaniu.
- Tak. Na bank. Cieszę się, że macie wkrótce te fantastyczne wesela.

Poszedł, jak jeszcze nigdy nie szedł do żadnej, bo w tej chwili była magia i prawda.
W eleganckim, nowoczesnym garniturze, modnym krawacie i lśniących butach.
Woda kolońska, którą się spryskał, kosztowała nieco.
Miał w kieszeni paczkę Marlboro, by ją poczęstować.
Zadbał o każdy szczegół, wszystko się dla niego liczyło, bo chciał, by spełnił się letni sen.
Dzień wcześniej był u fryzjera i ostrzygł się tak, jak należało w tych czasach.
Modnie i w deseń, i to, co ujrzał w lustrze, bardzo mu się podobało.
Skarpetki miał w paski, bo taką modę zapoczątkował sam Elvis, więc nie można było być pod prąd – kobiety lubią facetów na fali, odpicowanych jak siódmy cud świata.
Kiedy wszedł do pizzerii, nie zobaczył nikogo.
Przez chwilę rozglądał się po lokalu, lecz ogólna pustka nie nastrajała do poważniejszych kroków – czyżby tego dnia nie było ruchu?
Wtedy z bocznych drzwi wyczłapał opasły, spocony wieloryb, szef, o posturze mogącej uchodzić za zwierzęcą:
- Co jest, chłopie?
- Szukam kelnerki, tej, no, tego…
- Tej Hiszpanki? Marii Luisy? Jesteś jej chłopakiem?
- Może.
- Jest na zwolnieniu. Ma grypę. Wal pod Silver Street 12.
- Ale to ona obsługiwała niedawno?
- Tak, ta sama.
- Dziękuję.

Zapukał.
Otworzyła.
W drzwiach stała Maria Luisa, dziewczyna, z którą był kiedyś na plaży.
Piękna, zjawiskowa, nieziemska, jakby przewrotny czas zatoczył szerokie koło.
Mimowolnie rozchyliła usta i podrapała się po czole, stając na jednej nodze.
Miała pomalowane na różowo paznokcie, włosy farbowane na blond.
Śliczne, drobne stopy i naturalny uśmiech, który obezwładniał.
Po raz pierwszy ukazana mu w nowym świetle.
Jak biała karta, której nikt dotąd nie zapisał.
Nie wiedział, że ona wiedziała.
Corcovado zrobił swoje - prawdziwy przyjaciel to bezcenny skarb, to złoto tego świata.
W jej ciepłych, brązowych oczach zobaczył to, co chciał zobaczyć.
To, do czego obudził się po wypadku, co teraz stało się pragnieniem serca.
Już wiedział, że miał tu być, wcześniej czy później – jej spojrzenie mówiło więcej niż jakakolwiek, pisana litera, był w nich blask, który jest jak światło w tunelu, gdzie mrok bywa formą życia.
Uśmiechał się do niej przez chwilę, po czym powiedział:
- Pozwól mi na resztę.
Maria nie zrozumiała.
- Na co?
- Jesteś moją dziewczyną?
- Od tamtej nocy nie miałam innego. Byłeś tylko ty, Mari, byliśmy bardzo szczęśliwi.
- To trwało?
- Tak.
- Jesteś śliczna, Mario.
- Ty też jesteś w porządku.
- Masz piękne usta.
- A ty dłonie, takie artystyczne.
- Byłaś dziewicą?
- Tak. Dla ciebie. Pamiętasz?
- Jak przez mgłę…
- Od tamtej nocy nic się nie zmieniło.
- Kochałem cię?
- Bardzo.
- Gdzie byłaś, kiedy mnie nie było?
- Szukałam cię, kochany, nie wiedziałam, co się stało.
- Mario, czy ty na pewno…
- Tak, kochanie, tak.
- Mario, czy ty zawsze…
- Tak, kotku, tylko ty…
- Mario, a ja byłem…
- Byłeś moim przeznaczeniem.
- Mario, czy ty i ja…
- Tak, to coś, co zdarza się raz na sto lat.
- Jesteś piękna…
- Ty też.
- Kocham cię.
- Ja cię też, Mari.

Na weselu Corca i Pesca Mari pojawił się już z Marią Luisą.
Był odrodzonym, szczęśliwym człowiekiem, o jasnym obliczu i wesołych oczach.
Już wiedział, czym jest miłość, rozumiał, że każdy dzień bez kochania to pusta otchłań.
Jego partnerka tryskała kobiecością i każdy, zdrowy mężczyzna patrzył na nią z pożądliwością w oku. Miała fason. Czarowała. Onieśmielała. Roztaczała urok.
Czasem, gdy w tańcu sukienka obnażyła kawałek uda, sala zamierała w niemym oczekiwaniu.
Lecz Maria Luisa szybko lądowała u boku Mari.
- Kochanie, długo mnie nie było?
- Mała chwila.
- Oni nie umieją tańczyć. Tylko ty rozpalasz mnie w argentyńskim tango.
- Tak, tylko ja.
Czy pamiętała tamtą, pierwszą noc na plaży – na pewno, to był początek.
Była tu i teraz, rzucając za siebie zły czas, nie dbając o to, co było, kiedy Mari był daleko.
Czasem ten pierwszy raz determinuje życie – prawo pierwszych połączeń?
Maria miała dobrą pamięć i była prawdziwą kobietą.
Zachowała to, co święte, i posadziła to w dobrej ziemi.
Umiała wybierać to, co na talerzu najlepsze.

Pewnego wieczora, kiedy Pesca ślizgał się po falach, a The Beach Boys śpiewali akurat „Surfer Moon”, na plaży trwał piknik, Connie i Sherry bawiły swoje małe pociechy, twardych, przyszłych surferów, a Corc przewracał kiełbaski na ruszcie, podczas gdy Mari całował na kocu Marię Luisę tak, jak nie całuje się nigdy kobiet, co do których nie ma się poważnych zamiarów, a więc wie się, że przyszłość będzie hollywoodzkim filmem.
- To wkrótce – powiedział.
- Co?
- Zobaczycie.
- Tak?
- Nigdy nie byłem na kocu z inną. Tylko z Marią Luisą. Na naszej plaży. To coś. To do mnie gada. Myślałem, czym jest miłość. Jest ciepłym piaskiem pod nami. Tu i teraz. Letnim pocałunkiem. Piosenką aniołów. Refrenem jasnym i zwycięskim. Tym, co nam było pisane. W gwiazdach. Jak to kochanie, co mogło przypaść innemu, lecz przypadło nam. I nie ma na całej ziemi człowieka, którym chciałbym kiedykolwiek być. Nie chcę więcej.
Potem, kiedy ich poprosił, usłyszał to, co chciał.
Zarówno Corc, jak i Connie byli zachwyceni – zostali świadkami.
Coś się kończyło, coś zaczynało.
Takie życie, nie ma tu miejsca na puste przebiegi, całość wypełnia wieczna ewolucja.

Mari bardzo chciał, by wszystko miało właściwą oprawę i klasę.
I wtedy, 19 września 1964 roku brał ślub, jakiego od dawna nie widział nikt.
Uwierzył w swoją miłość, nie szukał dziury w całym, jego labirynt prostował się.
Odnalazł siebie, odkrył nową krainę, w której chciał być od lat, lecz dotąd błądził po lichych ścieżkach, szukając światła.
Maria Luisa pokochała go już wtedy, na plaży, kiedy uczynił ją kobietą – nawet o tym nie wiedział, nawet nie miała pojęcia, jak jej serce płakało, kiedy go nie było.
Bo to, co przeznaczone, być musi, i oni byli tego przykładem.
Bo to miłość znajduje człowieka, a nie odwrotnie, spadając jak piorun z jasnego nieba.
Wynajęty zespół „The Cool Riders” wykonywał kawałki Elvisa, Stonesów, Beatlesów, Neila Sedaki, Cliffa Richarda, Helen Shapiro, Paula Anki i Chucka Berry’ego, łoił ogniście do białego rana jak stado dzikich szatanów, bo ludzie chcieli potańczyć, a skoro zdarza się wesele, to czemu nie zabalować, pojeść i popić – to swoisty hołd dla nowożeńców.
Kiedy nad ranem Mari i Maria Luisa byli już sami w łóżku, ona zapytała:
- Pamiętasz plażę?
- Nie – padła odpowiedź.
- Więc skąd wiesz, że mnie kochasz?
- Pamiętam.
- Co?
- Nas.
I tak skończyła się ta rozmowa.

Potem, przed południem, wszyscy pojechali na plażę, by patrzeć, jak Pescador ślizga się na desce na wysokich falach, a z brzegu ludzie obserwowali z napięciem jego wyczyn.
W radio The Beach Boys śpiewali właśnie „Your summer dream”, a wszystkie dziewczyny obłędnie krzyczały, by je brać, bo kiedy w radio leci dobra piosenka, to kobiety tracą głowę.
Corcovado rozstawił grilla i położył kiełbaski, boczek i karkówkę.
Connie wyjęła przygotowaną wcześniej sałatkę i spory słoik hiszpańskich oliwek.
Sherry przyniosła trochę schłodzonego piwa.
Ameryka posyłała właśnie całusa, kochała poranne narodziny.
I ludzi, którzy kochali życie, bo inni kochali ich.

Mari jeszcze nie wiedział, że za dziewięć miesięcy zostanie ojcem.
Pary bliźniaków, z których ten młodszy, Brian, będzie mistrzem na wysokiej fali.
Królem surferów, prawdziwą, amerykańską ikoną, bożyszczem tłumów.
Teraz był w łonie matki, bezpieczny i wolny od napięć.
A jego ojciec patrzył, jak przyjaciel sunie na kolorowej desce po falującym oceanie.
Potem je dobrze przyprawioną karkówkę od Dużego Mike’a, popija ją piwem.
A Corcovado mówi mu, że przyjaźń to skała.
Tak, ojciec Briana dobrze wie, że życie bez przyjaciół to fiasko.
Że tylko dobro w tym wszystkim się opłaca, bo wraca jak bumerang.
Jak Maria Luisa z całą swoją miłością, którą los poddał próbie.
Jak dłoń, którą podasz, przyjacielu, obcemu, a on odda ci tym samym i nie skrzywdzi.




15 sierpnia 2013



















Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 06.09.2013 09:57 · Czytań: 835 · Średnia ocena: 4,36 · Komentarzy: 47
Komentarze
al-szamanka dnia 06.09.2013 11:54 Ocena: Świetne!
Cytat:

W pi­smach mło­dzie­żo­wych, któ­rych było sporo na rynku, było ich bar­dzo wiele.
Cytat:
Była też Candy, która no­to­rycz­nie spóź­nia­ła się na rand­ki, ubie­ra­ła się jak ostat­ni klo­szard, nie myła się i pa­li­ła dwie pacz­ki Marl­bo­ro dzien­nie.


drugie się możesz spokojnie wykreślić


Ach, Mike, widzę, że nie marnowałeś letnich miesięcy, przerwy od portalu :)
I piękne musiałeś mieć wakacje, gdyż po prostu czuje się to w Twoim opowiadaniu.
A jest typowo Twoje. Poznałabym to pisanie wszędzie - po specyficznie prowadzonym dialogu, sympatii dla amerykańskich lat sześćdziesiątych.
Klimatem trafiłeś w dziesiątkę.
Mamy więc beztroskę prawdziwej wolności: plaża, słońce, surfing, kiełbaski z grilla, kolorowe dziewczyny dopingujące swoich chłopaków, a z tranzystorów, dla podkreślenia atmosfery, Elvis i The Beach Boys. I wszystko jest jak trzeba.
Jest ciepło, pachnie morską wodą i opalonymi ciałami, które rozpiera młodzieńcza niefrasobliwość i ochota życia, chęć zakosztowania z niego tego, co najlepsze.
Szybkie życie do często szybkich rytmów.
Czasami zbyt szybkie jak to się działo z Marinero.
Jego historia przypomina mi nieco "Odnaleźć siebie" z Harrisonem Fordem.
W obu przypadkach, nieszczęśliwe zdarzenie i utrata pamięci zmienia u tych mężczyzn nastawienie do najbliższego otoczenia, pomaga wydobyć z siebie prawdziwego, wrażliwego człowieka, dojrzeć to, co najważniejsze.
I jak zwykle u Ciebie piękny motyw przyjaźni.
Taka przyjaźń trwa wiecznie i należy jej życzyć każdemu.

Świetne opowiadanie, Mike :)
Prawdziwe, rozsłonecznione, nadziejne.

Pozdrawiam :)
jasna69 dnia 06.09.2013 12:09
Zła jestem na Ciebie, Mike. Miałam pojeździć na rowerze, ale przed wyjściem weszłam na PP, zaczęłam czytać Twój tekst i nie mogłam przestać.
On jest jak lody waniliowe jedzone na ławeczce w pełnym, jesiennym słońcu. Zdania płyną i zostawiają po sobie prawdziwą słodycz i niedowierzanie, że ona faktycznie istnieje.
Idealna opowieść na koniec lata. Romantycznie, ciepło i rozkosznie robi się po takiej lekturze.
Opis niektórych panien to jak szczypta soli z Morza Martwego na deserze – nadaje słodyczy inny smak.

Z idyllicznego świata wybiły mnie trochę „rzadkie zęby”, ale to, jak i kilka literówek, jest niemal nieistotne przy bajkowej opowieści o tamtych czasach, ludziach i uczuciach, które są zawsze aktualne. Miło było poczytać.

Pozdrawiam
puma81 dnia 06.09.2013 13:16 Ocena: Świetne!
Uwielbiam plażę i morze, kocham słońce i gorące noce, kiedy wszystko wokół pachnie zakochaniem, ubóstwiam żar łączący kobietę i mężczyznę. Poszybowałam daleko, gdzieś nad ocean, razem z Twoimi bohaterami.
Dzięki za rozpromienioną chwilę:)
Pozdrawiam serdecznie:)
bosski_diabel dnia 06.09.2013 15:23 Ocena: Świetne!
o jak bardzo Mike przypomniałeś mi młodość, morze, plaża, wagary, miłość, wszystko za pomocą tego opowiadania wróciło. Pokazałeś ponownie duszę romantyka a jak wiesz to moje klimaty. Wysłowiłeś pokazałeś tu swoją wrażliwość. Brawo i gratulę. Pozdrawia.
Dobra Cobra dnia 06.09.2013 17:05
Okejos amigo! Co tu się rozwodzic? Pięknie i już.

Cobra Dobra
Figiel dnia 06.09.2013 19:04
Mike, to się czyta leniwie, opowieść snuje się, szumi niczym morze. Piękne tło - morze, plaża, fala, surfing. Ciepłe słońce i ciepła opowieść o ludziach
Cytat:
którzy kochali życie, bo inni kochali ich.


Piękne, proste mądre zdanie. I jest ich więcej.

Zauroczona,
pozdrawiam:)
emila9871 dnia 06.09.2013 23:17
Ckliwie momentami, ale przecież właśnie taka jest miłość. Świetny język, zresztą to już nie zaskoczenie. Znakomici bohaterowie. Surferski klimat jest fantastyczny, uwielbiam opowiadania osadzone w jakichś realiach, w swoim własnym świecie. Co tutaj dużo mówić - poezja, mimo, że pisana prozą.
Jedyne czego żałuję to tego, że nie znam wszystkich wymienionych piosenek Beach Boysów, ale nadrobię i przeczytam drugi raz, bo wtedy klimat opowiadania musi być niepowtarzalny. Pozdrawiam :).
al-szamanka dnia 07.09.2013 17:36 Ocena: Świetne!
Wiesz co, Mike, podałeś piosenkę Beach Boysów, aby lepiej wczuć się w tekst.
Od wczoraj lata mi w głowie taka kropeczka nad "i"
Myślę, że bardzo pasuje.

http://www.youtube.com/watch?v=NV-hcYt7TGE
akacjowa agnes dnia 08.09.2013 12:14 Ocena: Świetne!
Michale, historia niby zwyczajna, ale niezwykła :) Trochę odbieram ją jak bajkę o szczęśliwej miłości i o tym, że każdy prędzej czy później trafi na swoją drugą połówkę. Mimo, że wydawało się, iż wcale na nią nie zasłużył.
Czy utrata pamięci może uczynić z zimnego, suchego mężczyzny, wspaniałego i kochającego partnera? Nie wiem, ale pozostaję w nadziei, że tak.
Zatem wszystkim wrednym dziadom powinno się aplikować na śniadanie jakieś pigułki powodujące sklerozę :)
mike17 dnia 08.09.2013 15:07
Przepraszam, że odpisuję Wam z poślizgiem, ale ostatnio trochę dużo się dzieje w moim życiu :)

Al - moja wierna czytelniczko, bardzo piękny koment, jakże trafny i radujący serce me!
Sam stawiam pierwsze kroki na surfie, ze skutkami różnymi, a tu chciałem oddać nastrój tamtej Ameryki, którą pasjami wręcz ubóstwiam - kocham ich mentalność i wszystko, co zza oceanu.
Inspirował mnie, jeśli chodzi o Mari, "Znachor" z kultowym Jerzym Bińczyckim w roli prof. Wilczura, który także na skutek pobicia traci pamięć, ale to tylko taka jedna, mała analogia.
"Regarding Henry" oglądałem jakieś 20 lat temu, piękny film, pouczający.
Dzięki wielkie za bycie z moimi chłopakami i dziewczynami, wracaj jak najczęściej :)
Jasna - ach, co za słowa, aż się rumienię!
Cieszę się, że tak ciepło i fajnie odebrałaś tę na pozór tylko lekką historię.
Chciałem poza tamtymi czasami pokazać też przemianę duchową człowieka, który pogubił się w szale seksoholizmu, nie mogąc odnaleźć światła.
Takich jest wielu, sam znam takiego gościa - współczuję mu szczerze.
Wstrząs w tym wypadku fizyczny budzi w Mari dobro.
Kocham pisać o człowieku.
Tu tak było.
Kłaniam się nisko i zapraszam znów :)
Kasiu - mam skromną nadzieję, że nie zawiodłem twoich oczekiwań, bo wiem, że lubisz prozę dopracowaną i konkretną w swym przekazie - tu zestawiłem ludzi spełnionych (Corc i Pesca) z poszukującym w mroku Mari, loserem życiowym.
I znów jak to u mnie bywa - motyw miłości i przyjaźni, kocham o tym pisać, muszę o tym pisać.
Lubię, gdy w opowiadaniu jest zarysowany jakiś "problem".
Jak tu, z życiem Mari.
Niebawem kolejne amerykańskie opko, więc się znów spotkamy :)
Tadeuszu - bardzo się cieszę, że po raz kolejny odnajdujesz się w mojej pisaninie, że poruszyłem w Tobie piękne wspomnienia, że poczułeś się fajnie dzięki tej historii.
Nie wyobrażam sobie nie widzieć Ciebie pod moimi utworami, twoje zdanie jest dla mnie bardzo ważne i cenię je jako głos Poety i Artysty z dużej litery.
Jestem taki polski Amerykan, mam sporo rodziny w Stanach, dziadek mieszkał tam wiele lat.
Kocham ich za kulturę, sztukę, literaturę i muzykę.
Dzięki raz jeszcze za koment i do zobaczenia znów :)
Kobruś - thanx a lot, ziomuś, żeś zawitał, żeś znak zostawił i mam nadzieję, że poczułeś morze dobrych fluidów, płynących z tej opowieści - to miało być dobrze, ciepło i z happy endem.
No i sporo Ameryki i plaży.
Kocham takie życie, spełniam się w nim.
Wierny czytaczu, zawsze to klawy moment widzieć pod opkiem.
Jesteś niezawodny jak mercedes i mentalnie mi bliski, ale o tym wiesz od dawien dawna.
Trzym się ramy, bo...
Figielku - Tak, to opowieść o istocie dobra, przyjaźni i miłości, i o tym, co czyni z człowieka, lub też jak go niszczy, gdy brak kochania...
Napisane w sierpniu, w pięknym miejscu, z potrzeby serca.
Motywy mi bliskie, nieraz już poruszane w moich historiach.
Tu, jak zwykle, sceneria amerykańska i luz.
Życie jak w Madrycie!
Dzięki za piękne słowa i pobycie z plejadą moich bohaterów.
Emila - koniecznie poznaj bliżej Beach Boysów, bo to amerykańska ikona muzyki i kawałki na lato, pełne miłości, plaży, szybkich kabrioletów, gorących pocałunków w świetle księżyca surferów.
Chciałem, by tłem tej historii była właśnie konkretna, pasująca do niej muza.
A Chłopcy z Plaży to jest to!
Dzięki, że byłaś tu i Ci się podobało, to dla mnie bezcenne.
Dla takich momentów warto tworzyć kolejne opowiadania :)
Agnesko - jasne, czasem szok'n'wstrząs może odmienić życie człowieka, jak tu.
Ale i przyjaciele, którzy zataili przed Mari jego niechlubną przeszłość, bardzo mu pomogli.
Prawda czasem rani i wyrządza krzywdę, czasem warto spróbować ją jakoś obejść, jak Corc i Pesca, którzy mieli na uwadze dobro przyjaciela.
Mari poprzez to odnalazł w końcu siebie i... miłość.
I co jeszcze: zawarłem tu moją niezachwianą wiarę w PRZEZNACZENIE, którego się nie ominie i przed którym się nie ucieknie.
Dzięki, że byłaś w Ameryce lat 60-tych razem ze mną i bohaterami :)
puma81 dnia 08.09.2013 16:33 Ocena: Świetne!
No pewnie, że nie zawiodeś :) A klimat porwał mnie bez reszty...
mike17 dnia 08.09.2013 19:11
O to mi chodziło :)
O prostą miłość, co zna słońce, plażę, surfing, piwo i grilla, co w swej prostocie sięga ideału :)
I muzykę wprost stworzoną do nocnych spacerów brzegiem oceanu.
Bo czasem bez zbędnych słów wiesz, że kochasz - jest to zaklęte w szumie wody, w muśnięciu dłoni, w słowach cicho szeptanych, w blasku księżyca...
Bo miłość jest.
I przychodzi, kiedy się tego najmniej spodziewamy :)
Kushi dnia 09.09.2013 00:07 Ocena: Świetne!
Witaj Mike:)
Jestem pod wrażeniem. Czytało się naprawdę cudownie, zwłaszcza przy kawałku, który nam podałeś:) Jakbym oglądała film. Spodobała mi się Twoja opowieść, jak wszystkie, które miałam przyjemność u Ciebie przeczytać:)
Toż to gotowy scenariusz pod film;):)
Wiedział, że istota męskości polega na mądrości życiowej.
Nie jest to uporczywe udowadnianie swej wartości poprzez bezrozumne zaliczanie kolejnych kobiet – mężczyzną się jest, kiedy kocha się tę jedyną, traktuje ją jak królową, ma się z nią udaną rodzinę i szczęśliwy dom, pełen śmiechu, małych, prostych radości i kochania.
Bo być męskim to okazywać uczucia.
I szacunek kobiecie, którą się wybrało, ale także wszystkim innym przedstawicielkom płci pięknej.
Nie trzeba mięśni, dwóch metrów wzrostu, grubego portfela i najnowszego auta.
Podziw ukochanej zdobywa się dobrocią, naturalnością i czułością.
I wie się, że małe rzeczy znaczą wiele.
Przelotny pocałunek, muśnięcie dłonią policzka, dotknięcie włosów, otworzenie drzwi w samochodzie, ustąpienie miejsca w autobusie.
Mężczyzną się jest, kiedy się płacze.
To przejaw siły i niezaprzeczalnego człowieczeństwa.
Bo w życiu jest czas na śmiech i na łzy.
Gdy płyną po męskich policzkach wiadomo, że nie wypłynęły ze skały.
Istotą męskości jest też trudna umiejętność wybaczania: ile trzeba wewnętrznej wielkości, by puścić to, co złe, w niepamięć, nie mścić się, nie żyć nienawiścią.
I szacunek dla rodziców, dziadków i ludzi starszych.
I wytrwałość w przyjaźni, wieczna gotowość niesienia pomocy duchowemu „bratu”.
- mój ulubiony fragment:)
Jak zwykle zachwyciłeś:)
Pozdrawiam ciepło:)
mike17 dnia 09.09.2013 13:42
Kasiu, jakże mi miło, że odnalazłaś się w tej historii :)
A u mnie tradycyjnie poruszanie najważniejszych, życiowych tematów.
Lubię to robić, czuję, że to mnie rozwija jako osobę piszącą.
To, co pogrubiłaś to taki ideał mężczyzny po mojemu, do którego, my faceci, powinniśmy dążyć i zbliżać się na ile to będzie tylko możliwe.
Scenariusz?
Staram się, by w moich opowieściach bardzo dużo się działo, by były nieoczekiwane zwroty akcji, wyraziste charaktery, czy dobre, czy złe.
Dziękuję za twoją wizytę, pozytywny odbiór i za przedostatnie zdanie :)

Kisski :)
tydrych dnia 09.09.2013 15:46 Ocena: Bardzo dobre
Pierwsze zdania trochę zaniepokoiły mnie:
Cytat:
Ma­ri­ne­ro zje­chał na samą plażę, za­cią­gnął ręcz­ny i ro­zej­rzał się wo­ko­ło.
, a zaraz po tym:
Cytat:
Sa­mo­chód za­trzy­mał się i wtedy po­wie­dzia­ła:

Niespójność akcji, bo jak zaciągasz ręczny, to bryka na pewno już stoi.
Tekst długi, ale pokonam go dziś na pewno. Jadę dalej.
mike17 dnia 09.09.2013 15:49
I mnie to drugie zdanie dręczyło, bo skoro zaciągnął, to już nie jechał - potrzebowałem głosu z zewnątrz, by zweryfikować to zdanie.
A Ty, amigo, czytaj i wracaj prędko :)
Dzięki za sugestię!

Spójrz teraz, Irku - już jest ok :)
tydrych dnia 09.09.2013 17:11 Ocena: Bardzo dobre
Uff! Przebrnąłem, choć z trudem przez piasek i napierające fale. :)
Ale tu wszystko upchałeś! Namodziłeś zdrowo, udało ci się przekonać mnie do tego, bym dobrnął do kropki.
Historie z życia wzięte, bo splotłeś ich tu kilka razem. Z każdej z nich przebija poszukiwanie swojego szczęścia w życiu.
Twoim bohaterom to się udaje. Oby tak było w życiu zawsze.
Bardzo byłbym ciekaw takiego rozwiązania:
Piszesz trzy opowiadania osobno, a w czwartym wszystko łączysz.
Na pewno czytelników na kopy:),
Trochę mi tu czegoś brakuje. Nie wiem czemu akurat cała akcję wstawiasz na inny kontynent.
A gdyby tak, to u nas, nad morzem, do tego swojskie imiona, Antków, Zbyszków, itd?
Zamiast deski, to decha z żaglem?
Całość byłaby dla polskiego czytelnika jakaś taka bardziej przekonywująca. Napisałeś tekst który potrafi się podobać, który przekonuje do siebie i do bohaterów, o autorze też daje dobre świadectwo, ale.....no właśnie te małe. Może jak w Kuleczce, sprowadź tu wszystkich do nas. Na razie : Brawo:)
mike17 dnia 09.09.2013 18:56
Ireczku, dzięki wielkie, żeś zawitał z dalekich stron i ślad zostawił :)
Już pewnie wiesz, że lubię Stany, tę kulturę i mentalność, sztukę, ludzi i muzę, więc o tym kocham pisać - mam sporo "polskich" opowiadań, ale wolę tworzyć w tamtym klimacie.
Tak przesiąkłem Ameryką, że inaczej już nie umiem.

Wspomnienie MOJEJ MAŁEJ to co innego: tu brutalne życie stanęło nam w poprzek i odebrało mi Ją.
Nienawidzę tego dnia i nigdy go nie zapomnę.
Nawet dziś śniła mi się, jak jęzorkiem merdnęła mnie w nos :)

Jeśli chcesz poczytać sobie prawdziwie polską, ludową i ziomalską historyjkę, to wejdź na POTĘGĘ SKLEROZY - tam masz humoreskę z naszej ziemi rodem :)

Dzięki, Ireczku, za wizytę i swoją opinię - zapraszam znów za czas jakiś :)
tydrych dnia 09.09.2013 19:55 Ocena: Bardzo dobre
Każdy może mieć jakieś marzenia. Moje w tym przypadku nie spełniło się. Powodzenia:)
Wyjaśniam:
moim skromnym marzeniem było przeniesienie akcji do kraju. I nie wyszło. Żadnych innych podtekstów.
mike17 dnia 09.09.2013 20:17
Ireczku, Ty już chyba wiesz, czemu piszę "tam", u nich, czemu kocham Amerykę.
To się nigdy nie zmieni.
Może to zboczenie, może...
Bo u nich dostrzegam wiele fajoskich cech, jakich nie ma nasze społeczeństwo, i tego mi brak.
I dlatego za każdym nowym pomysłem idę na Florydę, do Texasu, do Kalifornii.
Jest wiele moich opowiadań, które dzieją się tu, u nas, więc jeśli chcesz, zawsze możesz zawitać :)
aga63 dnia 10.09.2013 16:51 Ocena: Świetne!
Przeczytałam dawno (prawie zaraz po opublikowaniu :) ), ale dopiero teraz mam czas skomentować. Napisane jest to świetnie, ale, jak zdążyłam już zauważyć, w Twoim przypadku to nie dziwota ;)
Bardzo wciągające, do tego stopnia, że nie mogłam się powstrzymać od przeczytania do końca, mimo, że miałam wtedy do dyspozycji jedynie moją komórkę, która nie jest "dużoekranowym" smartfonem ;)
Spodziewałam się jakiejś "bomby" na koniec - w stylu, że któremuś z przyjaciół stanie się coś złego, np. na tych wielkich falach, żeby nie było za pięknie, ale raczej obawiałam się tego, niż na to czekałam... I, doszedłszy do końca tej historii, muszę stwierdzić, że cieszę się bardzo, iż żadne przykre wydarzenie nie nastąpiło, bo życie samo w sobie w takie sytuacje obfituje i dobrze jest czasem przeczytać coś, co podnosi na duchu i daje słoneczny promyczek. A Twój tekst jest dla mnie właśnie takim promyczkiem :D
Pozdrawiam :)
mike17 dnia 10.09.2013 17:29
Dzięki ogromniaste, Ago, za piękny koment i czytanie tej opowieści :)
Zawsze fascynowało mnie pisanie o tym, co pryncypialne, a więc o istocie dobra, ale też i zła, bo jedno jakoś dziwnie powiązane jest z drugim, obie strony tego samego medalu pociągają mnie artystycznie z jednakową siłą, bo jest to temat-morze, gdzie można pisać i pisać.
Tu chciałem stworzyć prawdziwą, amerykańską sielankę z zagubionym bohaterem i idealnymi przyjaciółmi, którzy byli z nim na dobre i na złe, bo tak postrzegam przyjaźń.
Miało być z happy endem, bo jak słusznie zauważyła Al, miałem super wakacje i chciałem bodaj tak oddać szczęście, jakie było moim udziałem, pisząc o innych szczęśliwych :)
Ku pokrzepieniu serc!

Pozdrawiam znad samej Wisły :)
RattyAdalan dnia 13.09.2013 00:12 Ocena: Świetne!
Witaj, Mike! Muszę przyznać, że wciągnęło mnie Twoje opowiadanie. A historia urzekła i zmusiła do refleksji. Czytałam trochę Twoich prac i sądzę, że ta jest najlepsza i ją najlepiej będę wspominać i wracać. Bardzo spodobały mi się Twoje refleksje dotyczące miłości, mam podobne. Pokazałeś też, to jaki powinien być mężczyzna. Niestereotypowy. A szczery, prawdziwy, czuły. Bo ludzie powinni być właśnie uczuciowi, to nas podkreśla, a nie maski i rekwizyty. To przemija, a uczucia pozostają do końca, choć się zmieniają. Da się wyczuć amerykański klimat, chyba to charakteryzuje większość Twoich opowieści, ale jeszcze bardziej cechuje je przekaz. Piszesz z wielką miłością, to widać. Chcesz prócz opowiedzenia historii i przekazania kilku tysięcy znaków i akapitów, dać coś więcej pomiędzy wersetami. To jest piękne i za to Cię cenię. Pisz, pisz i jeszcze raz pisz. A ja, będę wiernie czytać. Dziękuję i pozdrawiam. R.A. :)
mike17 dnia 13.09.2013 12:27
Ratty, twoje piękne słowa to miód dla mojej artystycznej duszy :)
Wielkie dzięki za słowa uznania, za kolejny powrót pod moją pracę.
Jak pewnie już wiesz, nuta filozoficzna zawsze jest obecna w moich opowieściach - często przemycam w ten sposób własne poglądy, tu tak właśnie było odnośnie Pescadora.
Masz rację: ponosi mnie w pisaniu, chcę, by utwór był bardzo intensywny, poruszał, czasem wręcz szokował - nie lubię letniości, ani w prozie i poezji, ani w życiu.
A między wersami zawsze coś ukrywam, aby czytacz to poczuł.
Amerykański klimat dominuje u mnie, o czym pisałem we wcześniejszych komentach.

Super Cię znów po długiej przerwie wiedzieć :)
Zapraszam już dziś znów za jakiś czas :)

Pozdrawiam jesienią dżdżystą :)
zajacanka dnia 13.09.2013 13:35
Cytat:
prze­jażdż­ki czer­wo­nym ka­brio­le­tem Cor­co­va­do, który miał cięż­ką nogę i lubił za­sza­leć na szo­sie

ciężką nogę może mieć kierowca, nie auto ;)
Cytat:
Na­le­ża­ło od­ba­dać ten trop

zbadać lub obadać (jak to niektórzy mówią)
Cytat:
na fa­lach dzie­siąt­ki chłop­ców jeź­dzi­ło na ko­lo­ro­wych de­skach,

jeździło mi tu nie pasuje; lepier pływało, surfowało, latało, frunęło, śmigało ;)
Cytat:
za­pa­la­jąc pall malla.

Pall Malla z dużej

No i mamy piękne letnie opowiadanie. Rozwodzić się nie będę długo. Historia rozciągnięta w czasie, a ja miałam wrażenie, że to wciąż to samo lato, jakby życie w pigułce na plaży. ;) Nie mówię, że źle, bo kocham plażę, morze i te sprawy okrutnie, a Ty potrafisz wciągnąć czytelnika w zawiły świat ludzkiej przyjaźni i miłości, a że akcja osadzona w bajkowej scanografii, to tylko ciepło się na serduchu robi. Fajnie wpleciona muzyka tamtych lat, całość na tyle wiarygodna, , że wygooglałam Briana :)
Całość na wielki plus.

Pozdrawiam serdecznie.
mike17 dnia 13.09.2013 14:02
Witaj, Aniu, dzięki za miłe słowa i cieszę się okrutnie, że Ci się podobało to, com tu spisał :)
Cytat:
prze­jażdż­ki czer­wo­nym ka­brio­le­tem Cor­co­va­do, który miał cięż­ką nogę

zdanie jest poprawne, wszak Corcovado był właścicielem owego cabrio, to tak, jak rzec: "Przejażdżki czerwonym kabrioletem Mary, która miała ciężką nogę " :)
Wiem, że to brzmi jak nazwa samochodu, ale takich imion chyba nie odmieniamy.
Reszta uwag słuszna, poprawię.

I ja kocham wodę i sporty wodne oraz ten beztroski, letni feeling.
Chciałem tu to właśnie oddać, okraszając muzyką, która nosi nawet ciekawą nazwę surf rocka, bo tak zwie się często kawałki The Beach Boys.

Fajnie, że rozgrzałem twoje serducho tym kawałkiem, bardzom rad :)
Taki był mój zamysł twórczy, by było ciepło i czule.

Pozdrawiam z zielonego Powiśla :)
zajacanka dnia 13.09.2013 14:08
No i masz, z tymi hamerykańskimi nazwiskami! A ja to wzięłam za nazwę własną samochodu :) Zwracam honor, niniejszym :):):)
mike17 dnia 13.09.2013 14:09
Wiem, że tak to można było odebrać :)
wienczyslaw dnia 14.09.2013 18:42 Ocena: Bardzo dobre
Cytat:
Pew­ne­go wie­czo­ra, kiedy Pesca śli­zgał się po fa­lach, a The Beach Boys śpie­wa­li aku­rat „Sur­fer Moon”, na plaży trwał pik­nik, Con­nie i Sher­ry ba­wi­ły swoje małe po­cie­chy, twar­dych, przy­szłych sur­fe­rów, a Corc prze­wra­cał kieł­ba­ski na rusz­cie, pod­czas gdy Mari ca­ło­wał na kocu Marię Luisę tak, jak nie ca­łu­ję się nigdy ko­biet,



taki drobiazg znalazłem.

powinno być "całuje"

masz swój styl niewątpliwie. czyta się dobrze, lekko. forma odpowiada treści. napisałeś bajkę dla dorosłych, bo na pewno wiesz, że w życiu tak tak fajnie nie jest:) ale to nie szkodzi, żeby puścić wodze fantazji:) ogólnie duuuuuży plus. te rzadkie zęby tak jak komuś wcześniej, mi też zazgrzytały. no i w jednym miejscu opowiadania jest dziwnie. kiedy bohater opisuje swoje kochanki (niektóre) - cuchnące potem owłosione kaszaloty... taki przystojniak i Casanova, a zadaje się z pasztetami? chociaż... jak człowieka przypili... ładny kawałek wysmażyłeś mike

pozdrowienia :)
mike17 dnia 14.09.2013 19:58
Dzięki, Wieniu, za wychwycenie tego "ę", zaraz poprawka :)
Czasem tak myślę sobie, że warto napisać coś dobrego, ciepłego, pokrzepiającego duszę.
Z dobrym zakończeniem.

Rzadkie zęby mogą się podobać :)

Nawet Casanovę jak przypili, to skoczy na ostatniego paszteciora!
A może tak tu było?
Chłopak nie miał absolutnie pomysłu na siebie, więc brał wszystko, co na drzewo nie ucieka, opętany niezdrowym popędem, uzależniony bezrozumnie od seksu.
A tego to już nie pochwalam.
Nie lubię tego typu typów, choć tu oddałem mu wiele własnego szacunku.

Thanx a lot, Wieniu, za czytanie i powrót do moich wymysłów.

Pozdruffki :)
tydrych dnia 14.09.2013 23:01 Ocena: Bardzo dobre
Z tym Corcovado, to nie tylko ja załapałem kapcia na drodze:) Musiałbyś tu wstawić coś, co naprowadza. Np: szalonego, długowłosego itd.
Coś z tym może zrobisz?
To samo z "kaszalotami" z uwag Wienia. Ma rację. Bo tu wsio naj i extra, a zadaje się z podrzędnymi babolami.
Ale to Twoje pisanie, Ty decydujesz.
mike17 dnia 15.09.2013 09:02
Irek, odpowiedź na swoje wątpliwości znajdziesz w poprzednich, moich komentach do komentów Zajacanki i Wienia - myślę, że wyłuszczyłem tam wyczerpująco, co miałem na myśli, pisząc to, co może nie do końca wydało się przejrzyste, ale jednak, moim zdaniem, takim było :)

Pozdrowczyk niedzielny :)
Wiktor Orzel dnia 15.09.2013 16:15 Ocena: Słabe
Ledwo dobrnąłem do końca. Banał goni banał, szablonowe postacie i do tego ta wylewająca się zewsząd nachalna, cukierkowa narracja. Autentyzmu tutaj tyle, co kurczaka w zupkach chińskich. Zupełnie nie rozumiem zachwytów nad tym tekstem.
mike17 dnia 15.09.2013 17:09
Czekałem, aż w końcu ktoś to powie i powiedział to Wienio - to jest bajka dla dorosłych :), więc i konwencję trza było przykroić do rozmiaru.
Utwór, o czym pisałem wyczerpująco już wcześniej, a powtarzać nie chcę, miał być lekki jak kalifornijskie plaże i słodki jak kochanie, więc oskarżenie o banał brzmi słabo :), bo w tym wszystkim jest coś tak banalnego, że wprost ubóstwianego.
Poczytaj, co pisałem odnośnie tekstu i mojego zamysłu.
Nie miał to być ultra ambitny tekst, a o zwyczajnych ludziach w zwyczajnych sytuacjach, z wyjątkiem Mari, którego życie zatoczyło nieliche koło :)
Oddałem tu swoje zrozumienie tego, co nazywasz "banałem" - ja w takim banale chciałbym być zawsze i w nim szczęśliwie umrzeć, czego i Tobie życzę.
Ode mnie to w sumie wszystko - jeśli chcesz polemizować z tymi, co tu pozostawili swój pozytywny ślad, będę rad patrzeć, jak ta dysputa się potoczy :) bo może pogrzebią mnie żywcem, albo nas obu!

Pozdro ze stron dalekich!
Wiktor Orzel dnia 15.09.2013 18:59 Ocena: Słabe
Nie muszę czytać wcześniejszych komentarzy, żeby komentować jakikolwiek tekst publikowany w sieci i tak też zrobiłem tym razem. Skoro chcesz pisać banały i nie szkoda Ci na nie czasu, mnie nic do tego, ale nie oczekuj, że takie teksty będą mi się podobać, bo to jest po prostu słabe ;)
mike17 dnia 15.09.2013 20:57
Widzisz, nie uzasadniasz mi tu swojego zdania, mentorski ton wypowiedzi dziwi, jak dla mnie nic kompletnie nie wnosi - tekst, że coś jest banalne do mnie nie przemawia, bo może mylisz prostotę treści i przekazu z banałem, harlequinami lub czymś w podobie, o pomyłkę nietrudno, wszak coś, co może się wydawać słodkie i cool, wcale tak naprawdę banałem być nie musi, jak tu, gdzie opisałem życie różnych ludzi, w ich prostocie, jaką zapewne znasz z życia, którego pewnie banałem byś nie nazwał :)
Po komentarzach osób, które wypowiedziały się pod tym utworem chyba mógłbym sądzić, że tekst ma wartość, spodobał się i dotarł do czytacza, a to jest dla mnie wskazówką na przyszłość, choć co jakiś czas robię woltę i zmieniam konwencję :)
A że nie wszystkim się podoba, biorę to na klatę!

Ahoy od mika :)
Wiktor Orzel dnia 15.09.2013 22:05 Ocena: Słabe
Mówię, że banał, Ty mówisz, że banał, a potem mówisz, że już nie banał. To w końcu, banał, czy nie banał? :upset: Zresztą, banalna historia to nie jest największy zarzut względem tego tekstu. Nic tak mnie nie drażni jak infantylność, która się wręcz wylewa z każdym kolejnym akapitem. Większość Twoich postaci wypowiada niebywałą ilość farmazonów, których nie powstydziłby się Paulo Coelho. To jest sztuczne i ta sztuczność mnie od tego dzieła odrzuca. Jak coś czytam, chcę tam znaleźć choć krztę prawdy, a tutaj dostałem porcję cukru, która mnie zemdliła. To już w Beverly Hills było więcej dramatyzmu i życia niż w tym, co napisałeś.
shinobi dnia 16.09.2013 11:56 Ocena: Bardzo dobre
Cześć Mike.

Szperałem kiedyś po stronach muzycznych i do niektórych wykonawców przypisany był podgatunek "americana". Myślę, że to słowo może pasować do niektórych z Twoich opowieści. Podoba mi się klimat przez Ciebie wytworzony, kojarzy mi się z czymś miłym i słonecznym. Warsztatowo też bez zarzutu, a zdanie o rzadkich zębach, które chyba nie wszystkim podpasowało wydaje mi się trafne.

Pozdrowienia.
mike17 dnia 16.09.2013 12:02
Witaj, Shinobi, stary druhu :)
Masz absolutnie rację: jestem zafascynowany wszystkim, co amerykańskie i chętnie umieszczam akcje mych opowiadań na tamtym gruncie, co nie przeszkadza mi od czasu do czasu spłodzić czegoś "rodzimego" :)
No i kocham stare czasy, lata 50-te i 60-te, i żałuję, że wtedy nie byłem młokosem, dałbym ostro do pieca.

Fajnie Cię znów widzieć i czytać, miło mi, że wracasz pod moje teksty, to dla mnie bardzo ważne.

Pozdrawiam Cię warszawskim deszczem i czekam na jakieś twoje nowe opko :)
shinobi dnia 16.09.2013 12:09 Ocena: Bardzo dobre
Moim zdaniem dobrze, że osadzasz swoje teksty właśnie w takich realiach, w tamtych latach. Tworzy to fajną otoczkę, dobry klimat, mi to bardzo - jako czytelnikowi - odpowiada, gdyż lubię amerykańską muzykę i filmy tego okresu. Fajnie by było przeczytać jakąś Twoją opowieść umiejscowioną w Nowym Jorku, w latach '50 / '60, knajpy, papierosy, może jazz. :)
mike17 dnia 16.09.2013 12:12
Dobry pomysł, warto by skrobnąć coś takiego, z feelingiem tamtych czasów, w tle śpiewa Frank Sinatra, jazz grają Stan Getz i John Coltrane, coś dla mnie :)
Kocham jazz z tamtych lat, zwłaszcza saksofon tenorowy.
Trza będzie przysiąść nad tym tematem :)
ajw dnia 12.11.2013 19:45
Powinieneś pisać bajki dla dorosłych - takie historie z morałem, których dobrze się słucha i pięknie prowadzą do celu, jaki obmyslił sobie Autor. Ukołysałeś mnie tą opowieścią, choć wcale nie chce mi sie spać, ale jestem taka spokojna ...

Cytat:
jak krwi­sty pul­pet.


pulpet zamieniłabym jednak na befsztyk, bo pulpet brzmi tu trochę komicznie :)
Pozdrawiam ciepło :)
mike17 dnia 12.11.2013 21:18
Iwonko, to jedna z wielu moich opowieści o dobrej naturze człowieka.
O jego dążeniu do doskonałości, choćby takiej małej, w swoim życiu, tu i teraz, z kobietą, która była pisana, którą właśnie miał zesłać Los, jak to miało miejsce w przypadku moich bohaterów.
Może historia banalna, ale czyż nie jest taką nasza miłość?
Czyż w tym właśnie kochanym banale nie odnajdujemy się najbardziej?
To chciałem pokazać: przemianę Mari i kochanie jako ideał życia każdego człowieka.
Małe przyjemności: wspólny grill, razem wypite piwo.
Ja bardzo cenię takie rzeczy w moim życiu.
Po prostu miała to być ciepła opowieść o spełnieniu.

Pozdrawiam uśmiechem :)
amsa dnia 13.01.2014 10:19
mike17 - zapoznałam sięw nocy z tą opowieścią. Tak ją poprowadziłeś, że ciągle mi się zdawało, że powinno coś pęknąć, coś się stać, jakiś dramat, tragedia. I powiem Ci, że przytrzymał mnie ten nastrój oczekiwania do ostatniej kropki ;). I bardzo dobrze. Napisałeś kapitalną opowieść, taką w której umieściłeś, tak myślę swoje wartości, ideały. Nie tylko na temat miłości ale i przyjaźni, rodziny. Tak sobie myślę, że oczekiwanie tego czegoś złego wynika z tego, że było za pięknie. Ale to absolutnie nie jest zarzut, to pochwała, bo napisać o dobrych rzeczach w sposób zajmujący, nie nużący to talent, bo o złych to zawsze łatwo, bo mają jak to się mówi, element dramatyzmu, który jest sam w sobie. A pozytywne emocje są delikatne z natury, chociaż nie odmawiamy im ekspresji, jednak zupełnie inaczej się o nich pisze. I, tak mi się zdaje, w tym opowiadaniu pokazałeś swój pazur. Jestem naprawdę zauroczona.

Pozdrawiam

B)
mike17 dnia 13.01.2014 10:58
"Przyjaciel kocha w każdym czasie, a bratem staje się w nieszczęściu"
KSIĘGA PRZYSŁÓW 17:17

Amso, bo właśnie przyjaźń, miłość, lojalność, wierność i przemiana duchowa to mieli być bohaterowie tej ciepłej, rodzinnej, pełnej ufności w Człowieka, opowieści, w której, jak słusznie napisałaś, umieściłem moje wartości, którym będę wierny aż do śmierci, bez względu na konsekwencje.

I wierzę w to, że mając dobrych przyjaciół i miłość, można w życiu wszystko.
Mari po wypadku dostaje nową osobowość, upodabnia się swymi cechami do swoich "braci".
Bo czasem trzeba obejść wszystkie złe drogi, by w końcu wejść na tę dobrą.
Przyjaciele okazali się wspaniali: nie powiedzieli mu, kim był przedtem, a więc nie każda prawda jest dobra...

Lubię pisać o istocie Dobra.
Od czasu do czasu czuję taką potrzebę, jest to we mnie.
Zbyt wiele dostaję dobrego od ludzi, by popaść w mroczne, ciężkie i smutne klimaty.
Owszem, i o tym warto pisać, ale niezbyt często, tak sobie myślę.
Właściwie to powinno pisać się o wszystkim, co jest warte opisania :)

Dziękuję, Amso, i kłaniam się do samej podłogi :)
faith dnia 16.05.2016 10:06
Opowiadanie lekkie i w sam raz na letnie popołudnie na plaży, czy w hamaku. Ja niestety czytałam je w zimny majowy weekend, ale w słuchawkach leciały mi piosenki The Beach Boys, więc mogłam się poczuć niemal jak nad oceanem ;)

Ta historia to zastrzyk słońca. Podjąłeś trudny temat, bo wałkowany od początku świata, ale uważam, że prostota i sprawne pióro jest mocną stroną tej historii. Czuć, że z założenia to nie miało być jakieś arcyambitne, a właśnie lekkie i przyjemne dla czytelnika, by ten mógł poczuć klimat Ameryki tamtych lat. I faktycznie udało Ci się go utkać bardzo dobrze. Beztroska, słońce i młodość wycieka spod słów i myślę, że właśnie to tutaj chciałeś ująć. Mężczyźni na progu dorosłości, przed którymi świat stoi otworem. Poszukiwanie samego siebie i miłości, która tutaj okazuje się przeznaczeniem. Życie zatacza koło, by wrócić do punktu wyjścia i dokonać tego, co dokonać się musiało.

Miło mi było spędzić te pare chwil skąpana w kalifornijskim słońcu:) Twoja proza jest różnorodna, więc chętnie zajrzę teraz do jej mroczniejszej odsłony, bo wiem, że będzie napisana równie sprawinie.

Pozdrawiam, grzejąc ręce o kubek kawy :)
mike17 dnia 16.05.2016 11:18
Bardzo lubię pisać o przyjaźni, i o istocie Dobra, które drzemie w ludziach, o tym, że w pojedynkę nie da rady przejść przez życie i być szczęśliwym.
Stąd "Lato surferów" - ciepła opowieść o tym, czy jest w życiu przyjaciel.
Kocham takie amerykańskie klimaty i w nich czuję się najlepiej.
I jak zwykle mamy tu też motyw Przeznaczenia, zawsze obecny w mojej pisaninie.
Chodziło mi o opko przyjemne, ale z przesłaniem, wakacyjne, ale mocno osadzone w realnym, poważnym świecie.
No i jak to u mnie często bywa - miłość :)
O miłości mógłbym pisać codziennie.
I o przemianach, jakie pod jej wpływem dokonują się w ludziach.

Bardzo się cieszę, Kasiu, z Twojej kolejnej wizyty, i z tego, że moja letnia, bezpretensjonalna opowieść przypadła Ci do gustu.
Miało być lekko, miło i przyjemnie, z happy endem koniecznie.
Jak zwykle doskonale wyczułaś moje intencje twórcze i wiem, że poczułaś kalifornijskie słońce, no i słyszałaś Beach Boysów, widziałaś kolorowe surfingi mknące po falach.
Sam jestem początkującym surferem :)
Zawsze niesamowitą frajdą jest dla mnie czytać o Twoich odczuciach.
To mnie strasznie buduje, napędza i każe tworzyć.
Wiem, że jesteś bardzo wyrobiona literacko, stąd tym większa moja radość, że Ci się podoba.
Twoje komenty bardzo dużo mi dają, mogę przejrzeć się w nich jak w lustrze.
Wielkie dzięki!

Pozdrawiam, pijąc Muszyniankę :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
al-szamanka
24/04/2019 21:41
Powiem Ci tak: Wiersz byłby o wiele lepszy, gdyby był… »
Marek Adam Grabowski
24/04/2019 13:36
Bynajmniej nie chodzi o błędy językowe; lecz o to, iż temat… »
Miladora
24/04/2019 12:50
Witaj poświątecznie, Hope. :) Będzie krótko, bo nie mam się… »
Berele
24/04/2019 10:19
Zdanie w 2 zwrotce jest nienaturalnie długie. To nie jest… »
pociengiel
24/04/2019 08:33
Chyba tak mam czas do wieczora. »
al-szamanka
24/04/2019 08:23
Fajnie, że się podobało. Dziękuję za poczytanie i miły… »
al-szamanka
24/04/2019 08:21
Odjazdowy tytuł :D Najbardziej podoba mi się słońce… »
lew morski
24/04/2019 03:44
Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz – myślałem, że… »
Abi-syn
23/04/2019 21:28
Hejka Wiki to prawie jak ja, :) , też rzadko, też z… »
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
ShoutBox
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:55
  • Cholera jasna! Co mnie tu znowu przygnalo? :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:54
  • By ich nie spalic, troskliwie zawijaj w sreberka. /Swistak/ :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:52
  • I pamietaj by wsrod przypraw , byla oliwy kropelka.
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:51
  • Juz niedlugo, za dni pare. Idz po piwko, nie gitare. Rozpal grilla a w sam zar, wloz kartofli kilka par.
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
Ostatnio widziani
Gości online:10
Najnowszy:yxutyf
Wspierają nas