Anielskie cycki III - henrykinho
Proza » Przygodowe » Anielskie cycki III
A A A

 Zaparkowałem tego cholernego, kaszlącego nissana pod samą kręgielnią. Idealnie na kopercie. Stały tu tylko dwa auta, najpewniej należące do pracowników „Bowling Palace”; poza tym pustka, jak okiem sięgnąć tylko kałuże i uwydatniające ich zamulenie światła latarni. Mało kto grywał po dwudziestej drugiej, skoro pozostała już tylko godzina do zamknięcia. Nie w taką pogodę. Poza tym mieszkańcy Górek Dolnych zaskakująco rzadko wychylali nabrzmiałe tłuszczem ciała poza wygodne, bezpieczne kryjówki, choć tak wiele rozrywek pojawiło się ostatnio w mieście. Oprócz kręgielni wybudowano dwa baseny, kino oraz strzelnicę, a w odwodzie pozostawał jeszcze projekt wesołego miasteczka. Nie jednego z tych, które wędrują po setkach miast niczym rozjuszony bezdomny, aby cyklicznie zataczać koła i powracać jak po jałmużnę. Prezydent Stefaniak osobiście wyraził opinię, że park rozrywki nie tylko powstanie, a co więcej, zostanie przytwierdzony śrubami do podłoża. Na stałe.

 Upewniłem się, że zatrzasnąłem porządnie drzwi w samochodzie – statystyki na temat włamań do pojazdów w celu usunięcia radia wciąż w Górkach biły raczej w stany wyższe - i ruszyłem do kręgielni.

 Dawno mnie tutaj nie było. Ledwo poznałem sam budynek, a co dopiero jego wnętrze – wielkie niczym jakaś hala fabryczna, kolorowe, z plakatami mieniącymi się zapowiedziami imprez i turniejów, koncertów nieznanych mi kapel i ich obcobrzmiących gatunków muzycznych. Jednakże to sama, dość jeszcze świeża gra, najbardziej podniecała żądnych rozrywek obywateli postkomunistycznego bloku wschodniego. Rozgrywka i ciągnący za nią powiew niezobowiązującej, beztroskiej formy, dotychczas niewyobrażalnej dla uwiązanych systemem roboli, klasy średniej i owakiej.

 Nawet mnie to ruszyło. Cztery tory wyłącznie do naszej dyspozycji! Nieźle. Miło pograć, miło spędzić wieczór w sposób mniej mdły niż podróże z publiczną telewizją, ale po prawdzie... To spotkanie ze starymi kumplami wyciągnęło mnie z bloku z wielkiej płyty.

 Zastanowiłem się, czy Mariuszowi dalej tak się powodzi w branży informatycznej. Ostatnio opowiadał, że nawet za najprostsze czynności kasuje od ludzi po sto nowych złotych. Wgranie systemu operacyjnego – proszę bardzo, ale to zajmie parę godzinek… O, myszka panu wysiadła? To pewnie przez kulkę, skomplikowana sprawa.

 Trzeba przyznać, że gość idealnie wyczuł trend na przełomie wieków. Złapał bakcyla. Zupełnie jak polski Bill Gates, nie ma co.

 Westchnąłem.

 A Koza? Ustawił się, muszę mu to przyznać. To on nalegał, aby spotkanie odbyło się tak późno wieczorem. Wcześniej musiał odebrać dzieciaka z zajęć koszykarskich i odpokutować żonie piwo w zeszłym tygodniu. Mimo grafiku napiętego do granic kosmosu zawsze starał się znaleźć czas dla naszej trójcy, co niewątpliwie za każdym, pojedynczym razem musiał wyperswadować żonie nowymi błyskotkami, bynajmniej nie kupowanymi na pierwszym lepszym ruskim targu. Albo markecie, bo i nawet tam skrzyło się już pomału karatami.

 Na ostatnim torze, w samym rogu, dostrzegłem chuderlawego faceta. Oto i on!

 - Cześć, Koza! – uśmiechnąłem się na widok kumpla, który już ćwiczył wkładanie palców do kuli i energicznie rozprostowywał nogi. – To nie paraolimpiada, nie musisz się tak rozgrzewać! 

 Nagabnięty ostrożnie odchylił się za siebie i zasalutował po wojskowemu. Choć duszą był raczej pacyfistą, to chyba do cna przesiąkł jankeskimi filmami o amerykanach i nazistach, wirtualnej, nasączonej przemocą odmianie zabaw w policjantów i złodziei.

- Siema chłopie, co u ciebie? – Koza mocno uścisnął mi rękę i wziął się za przytaczanie historii, jak to jego pociecha rośnie i co też wyrabia w szkole. - Ostatnio młody kropnął jakiegoś kumpla prosto między nogi! Mówię ci, afera taka, że od razu nagana i chcieli go wypieprzyć ze szkoły. Na szczęście dogadałem się z ojcem chłopaka, nie ma to tamto. Przez flaszkę do serca, nie?

 - Tak jest, Koza – odparłem, popijając pszeniczne jasne. Co za tanie szczyny... Chyba z trudem odsączone pompą o wysokiej mocy z samego dna zakiszonej beczki.

 Gdzieś za nami wrogo spoglądała kelnerka, usiłując dać światu do zrozumienia, że skoro trzeci raz czyści ten sam stolik, to chciałaby zamknąć lokal tu i teraz. Nie ma mowy!

 Po dziesięciu minutach dołączył do nas Mariusz. Kelnerka dała sobie spokój i gdzieś wsiąkła, zabierając ze sobą mdły zapach przesadnie kwiecistych perfum. Nic dziwnego. Mieliśmy na nią porządnego haka. Jako że przyjaźniliśmy się z dyrektorem kręgielni, mogliśmy swobodnie okupować ją   nawet do północy; o ile zapłacimy za dodatkowy czas, ma się rozumieć. Juras nie był w tej materii zbyt pobłażliwy.

 Ludzie i ich kariery, a niech to.

 Patrzyłem tak na Mariusza i widziałem człowieka wyjętego prosto z rozkładówki Bajtka; reprezentował go sweter wciągnięty na spoconą koszulę i wielkie okulary korygujące dwa minusy. Informatyczny dryg zdradzał nawet dość niepewny chód i walizka, choć zapewne pusta, to nadająca jego profesji kolejnego ułamka powagi. Ciężko mi było zdecydować, czy podoba mi się to, co widzę – gościa-kpinę czy też biznesmena.

 Mniejsza o to. To wciąż był ten sam, łebski Mariusz.

- Ale mnie dzisiaj ciągali… – zgodnie z oczekiwaniami pożalił się na przywitanie. Głos miał zachrypnięty, a bujne włosy ułożone w klasyczne „ptasie gniazdo”. Mimo trzydziestki na karku nie sprawił sobie jeszcze wozu i był zmuszony dojeżdżać do klientów komunikacją miejską, co w gruncie rzeczy przekształcało charakter jego pracy z siedzącej w wybitnie fizyczną. – Wiecie, że teraz wprowadzają te nowe napędy, nie?

- Ano – przytaknął Koza i zgrabnie posłał kulę po torze. Nie strącił tylko jednego kręgla, co skwitował soczystym przekleństwem.

- To wyobraźcie sobie, że ludzie dzwonią po mnie, żebym im wytłumaczył, jak się wkłada płytkę do takiego napędu. Mniejsza, że w większości to emeryci, ale nawet młodzi mają równie idiotyczne problemy…

 Rozegraliśmy ze dwie gry, zapisując wyniki w notesie pilnowanym przez Mariusza. Nie mogłem uwierzyć, że za każdym razem kończyłem trzeci. Przystępując do następnego rozdania – mojej ostatniej szansy na honor – tematy naszych rozmów meandrowały wokół metod przewijania dzieciaków i komplikacji z tego wynikających, o czym Koza miał najlepsze pojęcie, ja co najwyżej blade, a Mariusz żadne, oraz zahaczały o tematykę firm informatycznych i czasów wręcz idealnych na założenie jednej, o czym gorączkowo przekonywał nasz etatowy komputerowiec. Ostatecznie jednak i tak dyskusja podryfowała ku starym czasom i pamiętnej nocy, kiedy to jako żółtodzioby szturmowaliśmy pawianicki burdel.

 - Do dziś mam tą paskudną szramę… Skurwysyny – Koza najdotkliwiej zapamiętał rzeczony wieczór. Nie tylko on. Także i mi przed oczami figlowały stare, do dziś nieprzetrawione psychicznie dzieje.

 - Wtedy się działo!

 Kiedyśmy się tak skradali, aby przez momencik nasycić oczy zakazanym widokiem, nagle z transu wyrwał nas odgłos truchtu. Tup, tup, złowieszcze i jakże nieoczekiwane. Zza rogu budynku wypadł ogromny w barach mężczyzna z kijem w dłoni. Rzucił przekleństwem niczym lassem i zaatakował nas bez uprzedzenia. Po prostu puścił pianę prosto z pyska i natarł. Żołądek prawie mi pękł. Nieprzyjemne uczucie. Pędem zaczęliśmy biec się w tę skromną dziurę w płocie, a dawaliśmy z siebie wszystko! Gdyby takie czasy wykręcać na WF-ie....

 Prawie. Wyszło prawie idealnie. Trzeciemu z nas nie wystarczyło sił, a może szczęścia, żeby w porę w nią zanurkować w gałęzie i zbiec przed szarżującym napastnikiem.

Cholera, mówię wam, chłopaki – Głos Kozy przygasł. Gdzieś głęboko w zakamarkach jego duszy wciąż tkwiło to przerażenie, które każdy z nas zapamiętał aż nazbyt dobrze. – Ten dzikus tak mi zasadził tym baseballem, jakby chciał zabić. Bił, żeby zabić, mówię wam. Gdybym został dosłownie sekundę dłużej, to rozgniótłby mnie jak mielone… O, patrzcie!

 Koza odchylił nogawkę spodni aż po kolano. Paskudny, zbrązowiały krwiak pokrywał całą długość patykowatej nogi. W jego miejscu nigdy nie wyrosły żadne włosy, a cały obszar nosił ślad interwencji chirurgicznej.

- Trzy tygodnie na zwolnieniu. Są plusy i minusy – Uśmiechnął się Koza. – Ale do dziś boli mnie jak diabli. Nawet teraz czuję.

- Przekichane – rzuciłem pocieszająco. – Jezu, ile to lat już minęło? Koło piętnastu, odkąd nie mieszkamy w Pawianicach. Co ja mówię, nikt tam nie mieszka.

- Zaczęło się od burdelu – zauważył Mariusz. – Nikt nie chciał wychodzić z domu, żeby nie było, że zachodzi na panienki. No i ja to się wcale nie dziwię, że wiocha padła. Przekleństwo mieć takie coś w sąsiedztwie.

 Mariusz miał rację. Cholera, stwierdzał czyste fakty. Dzień zbudowania w Pawianicach burdelu był symbolem początku końca naszej rodzinnej miejscowości. Od „wielkiego otwarcia” zaczęły padać ledwo zipiące zakłady, a wkrótce potem dołączyły do nich branżowe sklepiki, spożywczaki i knajpy. Zmniejszano ilość klas w szkołach, desperacko cięto budżety, aby na koniec i tak pozwalniać nauczycieli. Najpierw pouciekali młodzi, a potem starzy, jeśli wcześniej nie pomarli, rzecz jasna. Efekt domina albo... wyjątkowo perfidnego huraganu. Osiedle bloków przeznaczono do remontu, ale, że nikt nie kwapił się do rozbierania starych płytek azbestowych i ratowania niepewnych konstrukcji, to decyzja mogło być tylko jedna: całkowita rozbiórka. Nikomu i tak nie było szkoda. Teraz wszyscy przeprowadzili się do Górek Dolnych, wrzucając pawianicką przeszłość do archiwum rzeczy bez żalu zapomnianych; przeszłość, którą pakujesz do kartonowego pudła, aby doczekała śmierci głodowej albo na zmasakrowanym pajęczynami strychu, albo w smutnym, żelaznym kontenerze na śmieci.

- Ciekawe, czy jeszcze istnieje – rzuciłem.

- Masz na myśli burdel? – zapytał Mariusz.

- Tak. Wiem, że w Pawianicach zostawiono wszystkie drewniane chałupy nieruszone, ale wątpię, żeby ktoś faktycznie w nich mieszkał. Może jednostki, bo po co inaczej? Tak samo z burdelem. Odkąd wybudowano obwodnicę, szosa przy nim nie jest raczej oblegana.

- Właściwie to pewnie wcale. Z tego, co pamiętam, to chyba służy teraz wyłącznie jako dojazdówka do Pawianic. Ale komu? Nie mam zielonego pojęcia.

 Przez dłuższą, pozbawioną dźwięków chwilę sączyliśmy piwo.

 Pieprzyć kręgle.

 Pieprzyć dorosłe życie.

- Macie wolne w weekend? - zapytałem.

 

***

 

 Na komendzie znajdował się mały, zagracony aktami pokoik, w którym zainstalowaliśmy peceta z dostępem do internetu. W wolnych momentach można było się w nim odprężyć czy pouczyć, nadrobić doskwierające braki w informatyce. Sęk w tym, że wolne momenty wypadały albo we wczesne poranki, gdy nie ma akcji, odpraw ani wymagań co do roboty papierkowej, a ludzie snują się w poszukiwaniu kawy, albo późnymi popołudniami, kiedy zaraz po obiedzie zjawia się druga zmiana.

 Tym razem wyprzedziłem stadko chętnych na wypisywanie maili policjantów i rozsiadłem się na niezbyt wygodnym, drewnianym krześle. Cięcia w budżecie, a niech mnie. Ze zdumiewającą dla siebie zręcznością wklepałem adres wyszukiwarki internetowej i interesujące mnie hasło: „Pawianice”. Postanowiłem przeprowadzić rozeznanie przed powrotem naszej trójcy na stare śmieci.

 To już chyba skrzywienie zawodowe.

 - Ej, kiedy kończysz? – bezimienny, zarośnięty jednocześnie na „czeskiego piłkarza” i „Rumcajsa” policjant z drugiej zmiany wpadł do pokoju bez pukania. – Muszę coś na chwilę…

 - Pół godziny! – wrzasnąłem tak głośno, żeby cała kolejka czychających za drzwiami internetowych zombie dosłyszała. W godzinach komputerowego szczytu zawsze sterczało tam od groma ludzi, jakby nie mieli domów.

 Papierosy albo internet. Ich cała rozrywka. Świeże powietrze? Ktokolwiek?

 Oddałem się surfowaniu po sieci z niemałą zawziętością, ale muszę przyznać, że moje sumienne poszukiwania podchodziłyby pod te z rodzaju zupełnie bezowocnych, gdyby nie pewne forum dyskusyjne.

 Owo obiecane trzydzieści minut dobiegało końca. Znudzony pochłaniałem treści zaledwie dotykających interesującego mnie tematu, zacząłem ziewać z coraz większą częstotliwością. Przyznaję, że to mogło złamać śledztwo na wyjątkowo wczesnym etapie.

 Błądziłem, cofałem się i znowu eksplorowałem pełne bełkotu medium.

 Poszlaki, poszlaki, poszlaki.

 Aż nareszcie COŚ.

 Ukryta za piętrzącą się warstwą stron o polityce, powtarzających się wiadomości dotyczących niżu demograficznego w regionie oraz cukierkowych stron osobistych, pisanych w najstarszych możliwych językach programowania – co nawet ja potrafiłem dostrzec - znajdowała się prawdziwa skarbnica wiedzy.

 Zanotowałem adres w notatniku: www.tajmnice-dyskusje.net.

 Całość sprawiała minimalistyczne wrażenie i świadczyła o najwyższym poziomie pedantyczności – lub też braku umiejętności - właściciela strony. Kilka jasno sprecyzowanych kategorii i czcionka Times rozlana na klasycznym, białym tle. W zasadzie bzdety, jeśli chodzi o treść. Merytoryczne zero.

 Dzieciaki rozprawiające o zjawiskach paranormalnych, zakłóceniach na fotografiach, które zdawały się być upiorami albo ich dziadkami przebranymi za rzeczone, o bujdach i pierdołach oraz innych tym podobnych głupotach. Nie to jednak zwróciło moją uwagę. Zrobiła to kategoria grupującą wątki traktujące o opuszczonych posiadłościach, a szczególnie skatalogowany w niej temat zatytułowany „Pawianice”.

 Intrygujące.

 Użytkownik o pseudonimie „Jasiek” opisywał w nim dość szczegółowo upadek miasteczka i liczną emigrację, w wyniku której Pawianice są już wyłącznie ciekawostką historyczną, łatwym tematem na temat pracy magisterskiej dla antropologów. To by się zgadzało. Poza tym facet wspominał o pustostanach i piętrzących się śmieciach, nadając relacji realizmu paroma zamazanymi zdjęciami. Jedno z nich, niestety kiepskiej jakości, przedstawiało słynny, pawianicki burdel. Nie miało podpisu, ale ten budynek rozpoznałem bez kłopotów. To była nasza Wieża Eiffla, nasz klejnot koronny.

 Najistotniejszą informacją, prócz wywodu „Jaśka”, była zapoczątkowana przez niego wymiana zdań, w której efekcie sformowała się grupka trzech osób. Grupa ta, jak udało mi się dowiedzieć, za cel obrała sobie połączenie sił i wyprawę do „przeklętego miasta”, jak już zdążono okrzyknąć Pawianice.

 „Przeklęte” – niezłe określenie, pomyślałem. Z drugiej jednak strony… Dzieciarnia i jej zabawy. Kto normalny spotyka się z nieznajomymi z sieci i wyjeżdża z nimi gdziekolwiek? Miałem mnóstwo niemal rodzicielskich uwag do tych młodych poszukiwaczy przygód, lecz w porę zorientowałem się, że według ustaleń grupy do opisywanej schadzki miało dojść przeszło dwa miesiące temu.

 Dość dziwne, bo po tym czasie nie napłynęły żadne nowe wiadomości.

 O ile zdążyłem poznać realia forum, to użytkownicy zazwyczaj łaknąc atencji, wypisywali wszelkie szczegóły na temat swych podbojów, gęsto okraszając je fotografiami i „uśmieszkami”, gratulowali sobie wzajemnie odwagi i winszowali wiekopomnych sukcesów. Tym razem to nie nastąpiło, jakby Pawianice niegodne były własnej historii o duchach. A może… Z jakiego powodu chłopaki miałyby trzymać gęby na kłódkę?

 Coś we mnie drgnęło. Uśmiechnąłem się. Wspomnienie z przeszłości przedarło się z zakamarków umysłu na pierwszy plan. Ci goście jak żyw przypominali mi Kozę, Mariusza i mnie samego!

 Banda cymbałów.

 - Wyłazisz już? – głos brodacza wyczekującego za drzwiami wyrwał mnie z transu. Słowo to słowo, musiałem dać sobie spokój.

 Zabrałem notatnik, wyjąłem z ust starannie obgryziony długopis i pogrążony w myślach opuściłem komisariat.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
henrykinho · dnia 13.09.2013 08:25 · Czytań: 718 · Średnia ocena: 4,5 · Komentarzy: 3
Komentarze
puma81 dnia 13.09.2013 19:34 Ocena: Świetne!
Ciekawie zaplątałeś historię, zaintrygowałeś mnie. Z pewnością przeczytam kolejną część. Bohaterowie zabawni, wzbudzają sympatię.
Wpadła mi też do głowy pewna myśl - błyskotki za wyjście z kumplami?
Chyba wprowadzę w życie:)
Pozdrawiam:)
Quentin dnia 16.09.2013 21:47 Ocena: Bardzo dobre
Klimatyczny przeskok jak w "Łowcy jeleni" ;)

Najpierw szczeniackie czasy i podchody pod burdel, a potem dorosłe życie i kręgle. Fajnie to zaprezentowałeś, Henry. Dodatkowo sprawiłeś, że historia nabrała rumieńców niepewności, bo nie wiem zupełnie, do czego zmierzasz. Co też może wydarzyć się dalej. A mam nadzieję, że będzie się działo.

Podoba mi się, że ukazujesz swoich bohaterów jako dorosłych, ustatkowanych mężczyzn, nie zapominających jednocześnie o beztroskich latach gówniarstwa. Tak rzadko ludzie wspominają swoje marzenia, a jeżeli już to tylko wspominają.

Czekam na dalszy ciąg.
Pozdrawiam
henrykinho dnia 20.09.2013 01:29
Zapomniałem, śmiertelnie zapomniałem podziękować za komentarze. Dzięki!

puma81 > błyskotki wydały mi się sensowną walutą - szkoda tylko, że Koza zapewne szybko przez nie zbankrutuje ;] Chyba polecę mu inny, tańszy zamiennik.


Quentin > taki mam zamiar; koncepcja zakłada łączenie światów dziecięcego i dorosłego w jakiś rozsądny, ale nieprzekombinowany sposób. Są przekleństwa, ale nie brakuje też określeń wyrwanych prosto ze szkolnych zeszytów. Zobaczymy, jak mi to ostatecznie wyjdzie. W następnym odcinku sporo się będzie działo (mam nadzieję).

pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
ClakierCat
22/09/2019 18:43
Lila, to trzeba Kota też mieć przy sobie, :) . »
mike17
22/09/2019 17:28
Lilu, jak zwykle wyszło bardzo zacnie :) Można to poczuć,… »
Dobra Cobra
22/09/2019 17:12
Szyc - Janka, Kot - Gustlika. Byla próba zaangażowania Pitta… »
al-szamanka
22/09/2019 17:07
Bardzo nastrojowo i leciutko o tym, co nieuchronne.… »
al-szamanka
22/09/2019 17:02
Hmm, to nie taki prosto z mostu wiersz, jak się na pierwszy… »
al-szamanka
22/09/2019 16:53
To w końcu kogo zagrał Pitt, Janka, czy Olgierda? Hehe,… »
Kushi
22/09/2019 13:45
- jak twój wiersz lilach... znowu zaczarowałaś :):) Uśmiech… »
Yaro
22/09/2019 13:15
Dziękuję za komentarze :) »
bruliben
22/09/2019 08:23
Wrażenia z widoku umarłego mogą być wstrząsająca. Widziałem,… »
JOLA S.
22/09/2019 08:19
Brulibenie, odnajdując wspomnienia z tamtego okresu,… »
bruliben
22/09/2019 08:16
Oby była zima prawdziwa, rozśnieżona. Niech zabłyśnie… »
AntoniGrycuk
22/09/2019 08:16
Brulibenie, cieszę się, że odebrałeś tekst tak dobrze.… »
bruliben
22/09/2019 08:11
Nie od dziś wiadomo, że świnie mają dusze i z tegoż powodu… »
bruliben
21/09/2019 23:32
Zgadzam się z uwagami przedmówców, jednakże widzę w wierszu… »
bruliben
21/09/2019 23:15
Czyste szaleństwo, a może jego skraj, wszystko jedno bowiem… »
ShoutBox
  • Kushi
  • 22/09/2019 13:57
  • [link] - kocham :):), miłego dnia kochani:):)
  • bruliben
  • 22/09/2019 08:19
  • Do piór, jak zawołanie do broni!
  • bruliben
  • 22/09/2019 08:17
  • Mam / tryb ciemny wymiata i jakby szybszy jest i inteligentniejszy. INTELIGENT :)
  • bruliben
  • 20/09/2019 22:13
  • Czy ktoś ma iphona i już aktualizował/a do ios13? Lepiej działa?
  • bruliben
  • 20/09/2019 22:12
  • Miłego z Krakowa :) Słucham jak szumią tutejsze tramwaje :)
  • Kushi
  • 20/09/2019 18:16
  • Miłego wieczoru kochani :):)
  • Kushi
  • 20/09/2019 18:15
  • Znacie? ... nie znacie ?????, to poznacie ;):):):) [link] .... :):)
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:22
  • tej wytwórni. Ale sam szef D. próbuje zmienić czasy i transformację koncernu w stronę tematyki niebaśniowej. [link]
Ostatnio widziani
Gości online:25
Najnowszy:Liuse7
Wspierają nas