Maryśka z wielkim planem i nie tylko - Andre
Proza » Długie Opowiadania » Maryśka z wielkim planem i nie tylko
A A A

Radio grało Stonesów, a kelnerka z wielką dupą krążyła między stolikami. Wołali na nią Maryśka, choć na imię miała Wanda. Maryśka podaj to, Maryśka polej tamto, a Maryśka szła, zahaczając swoim zadkiem o łokcie facetów gotowych do bitki, gdyby tylko okazało się, że wielki tyłek nie należy jednak do niej. Maryśka nic sobie z tego nie robiła, bo wiedziała, że szef, który jednocześnie był barmanem, za ladą trzyma łom. Czasem łom ratował wielki tyłek Maryśki oraz mniejszy tyłek jej szefa. Często jednak łom nie był potrzebny, bo Maryśka sama dawała sobie radę i odważna potrafiła być całkiem, całkiem, a nawet bardzo. Jak wtedy, gdy do baru przyszedł Janek, który dopiero co wyszedł z więzienia, i ruszył z pięściami na Maryśkę, bo był już po kilku piwach i pomylił ją ze swoją żoną, co dawała dupy podczas jego nieobecności, a Maryśka powiedziała, że się go nie boi, bo nie tacy chojracy już na nią rękę podnosili i zdzieliła go litrowym kuflem prosto w łeb. Albo wtedy, jak do szefa przyszli tacy dwaj i powiedzieli, że są od Baraniny czy od Wołowiny, a ona odparła, że tu jest punkt alkoholowy spożywczy, a nie sklep mięsny, więc jak mają do sprzedania jakąś padlinę, to rzeźnik jest kilka ulic dalej i może on od nich coś kupi, oczywiście, jeśli cena będzie odpowiednia. Taka była Maryśka.

I pewnie pracowałaby w tej spelunie do dzisiaj, gdyby którejś nocy nie obmyśliła planu, jak w tej spelunie jednak nie pracować.

Plan był prosty, lecz Maryśka potrzebowała pomocnika, dlatego zadzwoniła do Zośki. Zośka odparła, że plan to i owszem, ale pewne kwestie będą musiały jeszcze zostać przedyskutowane, więc umówiły się następnego dnia u Maryśki w gospodarstwie. Pół szarlotki i butelkę wina później plan był dopięty, a cała reszta też.

W sobotę rano dziewczyny spotkały się na dworcu autobusowym, który bardziej przypominał jednak wychodek, po czym wypaliły papierosa marki popularnej i wsiadły do pekaesu po sześć sześćdziesiąt bilet, aby pół godziny później wysiąść na dworcu autobusowym, tym razem przypominającym dworzec autobusowy, który znajdował się akurat, a i owszem, w Rzeszowie. Dziewczyny podzieliły się kolejnym papierosem i ruszyły do centrum handlowego, aby dokonać niezbędnych zakupów, zwłaszcza odzieżowych, które były częścią planu, opracowanego przez Maryśkę. Zakupy zajęły im niecałe trzy godziny, a dziewczyny były z nich zadowolone. Wracając tym samym pekaesem, poprzysięgły sobie, że kiedy już zrealizują swój plan, to będą ubierały się tylko w takich sklepach, zamiast u Lidki w ciucholandzie, a każdego miesiąca w ich szafach swój dom znajdzie nowa spódniczka lub żakiecik. Nie, żakiecik nie. Bo właściwie to gdzie miałyby w nim paradować? Chwilę się zastanawiały. Gdyby chodziły do kościoła, to może tam? Tak, kościół tak, zgoda, ale że do kościoła nie chodziły, to żakiecik jednak nie.

Tego samego dnia wieczorem, kiedy Maryśka, jak co sobotę zresztą, swoim wielkim tyłkiem ocierała się o klientów baru „Pod Stryczkiem”, wydarzyło się coś, co w historii tej dziury zapamiętane zostanie jako początek jej końca.

Kiedy uchyliły się drzwi i do zadymionej speluny niepewnie wpadła strużka światła, w stronę wejścia spojrzało może kilka osób. Ale kiedy drzwi otworzyły się na oścież i w ich progu stanęła Zośka, to swoje ślepia wbili w nią już niemal wszyscy, łącznie z Maryśką oraz jej szefem. A patrzeć było na co. Zośka miała na sobie krwisto czerwoną kieckę w rozmiarze tak małym, że niemal dało się słyszeć, jak trzaskają szwy na jej kształtnym tyłku. Spódniczka była na tyle krótka, że Janek, który chwilę wcześniej spadł z krzesła, został tam, gdzie był i gapił się teraz na białe majtki Zośki. Pozostała klientela miała natomiast niemały problem z tym, w którą stronę skierować swój wzrok. Część patrzyła na nagie nogi Zośki, wystające spod kiecki i kończące się wysokimi szpilkami, a inni obserwowali obfity biust niemiłosiernie ściśnięty i niemal wylewający się z cienkiej, jasnej bluzeczki, ale znaleźli się też tacy, którzy nie tylko patrzyli, ale i zaczepnie mrugali i cmokali do Zośki, uśmiechając się przy tym idiotycznie i czekając na jakikolwiek sygnał płynący z jej podkreślonych czarną kredką oczu lub pełnych, wymalowanych na bordowo ust. Jasna cholera, Zośka wyglądała naprawdę wystrzałowo.

Dziewczyna rozejrzała się po sali i podeszła do baru. Wspięła się na wysoki stołek, wyciągnęła miękką paczkę marlboro, położyła ją na kontuarze, wystukała jednego papierosa, włożyła sobie do ust i spojrzała na barmana. Ten odnalazł w kieszeni plastikową zapalniczkę i ruszył klientce z ratunkiem. Kiedy Zośka już się zaciągnęła i wypuściła obłok dymu, barman zapytał, czego się napije, a ona odparła, że whisky. Barman pamiętał, że kiedyś przyszedł tu jeden facet i on też zamówił whisky, ale szybko dostrzegli to miejscowi i chłopina nie zdążył upić dwóch haustów, jak się zaczęło. Tym razem barman nie miał jednak obaw przed spełnieniem życzenia swojej klientki. W jego barze Zośka mogła czuć się bezpiecznie, a gdyby ktoś uważał inaczej, to do zmiany zdania szybko przekonałby go zawieszony pod ladą łom.

Przez cały wieczór Maryśka ani słowem nie odezwała się do Zośki. Odzywali się do niej za to wszyscy inni. Zośka zbywała ich jednak. Tego dnia, jak to w sobotę, w interesie był duży ruch i barman też nie zwracał na Zośkę większej uwagi, choć trzeba przyznać, że starał się zerkać na jej nogi za każdym razem, kiedy nieco wychylał się zza kontuaru, aby wydać komuś resztę. Kilka razy kusiło go, aby jednak wyjść zza lady i popatrzeć nieco na dolną część cuda, które siedzi tak blisko niego, że bliżej już nie można, ale zaraz rozsądek brał górę. Barman nigdy nie opuszczał baru. Cały czas był na posterunku. Czuwał, aby żaden bumelant, których „Pod Stryczkiem” było pełno, nie zwęszył okazji i nie dobrał się do lodówki z piwem, szuflady z papierosami lub, co gorsza, kasy z gotówką. Tak więc barman tej nocy zajęty był głównie napełnianiem kufli, które Maryśka roznosiła po sali. Zośki to jednak nie zniechęciło. Wiedziała, że pierwszy krok został postawiony.

W niedzielne południe, kiedy Maryśka odespała już nocną robotę, a Zośka zwymiotowała resztki whisky, której jej organizm nie zdążył przetrawić, dziewczyny spotkały się, aby omówić postępy w planie. Maryśka zdradziła Zośce, że kiedy knajpa została zamknięta, szkło pozbierane z podłogi i krzesła z powrotem wróciły na swoje miejsca, szef zapytał Maryśki, czy Maryśka zna przypadkiem sikoreczkę, która całą noc ćwierkała zalotnie przy barze. Zośka klasnęła w ręce, a Maryśka się uśmiechnęła. To oznaczało, że przynęta została rzucona.

Przez następnych kilka sobót sikoreczka powtarzała swoje manewry, zmieniając tylko trunki i kolor szminki. Gdyby mogła, zmieniałaby także swoją czerwoną kieckę, ale nie mogła, bo innej nie miała. Za każdym razem Zośka zostawała coraz dłużej i coraz więcej rozmawiała z szefem Maryśki. Któregoś razu, barman zapytał (przypadkiem, w żarcie i od niechcenia) ale jednak zapytał, czy Zośka czasem nie ma kogoś, kto na nią czeka, a Zośka odparła, że nie, ale że chętnie by miała i czy w związku z tym, barman nie napiłby się z nią drinka. W tym momencie los został przesądzony, a fatum czekało już tylko, by dopełnić formalności. Mówiąc inaczej, ryba połknęła haczyk.

W następną sobotę Zośka została w barze aż do końca. Kiedy ostatni gość wyszedł, a Maryśka, jak zawsze w o tej porze, zmiatała potłuczone szkło z podłogi, Zośka zapytała jej szefa, czy ten nie zechciałby może na chwilę, tête-à-tête, itepe, małe rendez vous w jej automobilu, bo Zośka to chętnie, a i owszem, i że wtedy, że może, że nic nie obiecuje, ale że może pokazałaby mu coś, co ten bardzo chciałby zobaczyć. Barman łypnął okiem jakby go piorun trafił, a kiedy Zośka dostrzegła ten błysk, to wysiliła się jeszcze na najbardziej zalotny uśmiech, na jaki było ją stać i posłała mu w powietrzu ponętnego całusa, kiwając zachęcająco palcem. Wyszli.

Drzwi trzasnęły za nimi, a Maryśka powstrzymała się, żeby nie krzyknąć ze szczęścia. Cisnęła miotłę i wskoczyła za bar, rzucając się na kasę fiskalną, jak wygłodniały lew na zebrę. Spróbowała wysunąć szufladę z gotówką, ale ta ani drgnęła. Pomyślała, że pewnie trzeba wcisnąć jeden z przycisków, aby kasetka wyskoczyła. Usiłowała więc różnych kombinacji, ale bez skutku. W końcu zaczęła tłuc pięściami w kasę, chociaż i to nie pomogło. Spróbowała podnieść urządzenie. Było przykręcone do kontuaru. Jasna cholera. Klęknęła i sprawdziła od spodu. Rzeczywiście, śruby. W tym momencie zauważyła jednak coś jeszcze. Malutki zamek z miejscem na kluczyk. Olśnienie. Szef, zawsze kiedy szedł do kibla, zakładał na szyję łańcuszek. I dopiero teraz przyszło jej do głowy, że to musiał być klucz do kasy. Maryśka się wściekła. Jak mogła o tym nie pomyśleć? Zaszła już tak daleko. To niemożliwe. Kurwa mać! Całe swoje oszczędności, całe oszczędności Zośki, wszystko wydały na spódniczkę, na szminkę, na tusz do rzęs i na hektolitry tych pieprzonych drinków, które Zośka wypijała podczas każdej wizyty w barze. I cały plan szlag trafił. Diabli to wzięli. Maryśka oddychała szybko i ciężko. Jeszcze raz wróciła na kolana, żeby przyjrzeć się kasie. Dotykała śrub, próbowała odkręcić je palcami, ale te ani drgnęły. Siadła na podłodze i zaczęła płakać. Kiedy po chwili przetarła łzy, wstąpiła w nią jednak nowa nadzieja. Maryśka zauważyła łom, przymocowany do ściany pod kontuarem, ale wcale nie pomyślała o tym, żeby użyć go do otworzenia kasy.

W tym czasie jej szef stał spleciony w miłosnym uścisku z Zośką, zaraz obok samochodu, jakieś trzydzieści metrów od wejścia do knajpy. Był odwrócony tyłem. Maryśka szła w jego stronę. Kiedy była kilka metrów od zakochanej pary, Zośka wyzwoliła się z długiego pocałunku i zauważyła Maryśkę, która bierze zamach. Krzyknęła. Barman odruchowo spojrzał do tyłu, a kiedy zrozumiał, co się dzieje, zdążył jeszcze złapać Zośkę za ramiona i zasłonić się nią. Łom nie wyhamował i Maryśka z pełnym impetem rąbnęła Zośkę, roztrzaskując jej czaszkę. Ciało osunęło się na ziemię. Z głowy popłynęła czarna krew. Barman stał znieruchomiały. Maryśka upuściła łom i dłońmi zasłoniła usta. Uklęknęła nad ciałem Zośki i próbowała odgarnąć jej włosy z twarzy. Szef Maryśki wykorzystał okazję, odsunął się na bok i wolno wycofał. Znalazł się za jej plecami. Dziewczyna dalej lamentowała nad ciałem swojej przyjaciółki. Barman zastanowił się chwilę, a potem bezszelestnie podniósł łom i zdzielił nim Maryśkę w potylicę. Dziewczyna upadła. Jej ciało leżało teraz na zwłokach Zośki. Barman chwilę popatrzył na to, co zrobił, wypuścił łom z ręki, rękawem otarł pot z czoła i ruszył w kierunku drzwi do knajpy. Po kilku krokach usłyszał, że gdzieś za nim otwierają się drzwi samochodu, a potem z ciszy wyłowił jeszcze delikatny zgrzyt metalu. Był zbyt przerażony, żeby się odwrócić. Powoli szedł dalej. Kiedy dotarł do wejścia i pchnął drzwi do przodu, na jego głowę spadło potężne uderzenie łomu.

Tacy dwaj, od Baraniny czy od Wołowiny, uśmiechnęli się do siebie i odpięli z szyi barmana łańcuszek z kluczykiem otwierającym kasę fiskalną.

Tego dnia w kasie znajdował się całkiem spory utarg.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Andre · dnia 16.09.2013 19:35 · Czytań: 543 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 2
Komentarze
jasna69 dnia 17.09.2013 16:12
Panie Andre, to pierwszy Twój tekst, jaki przeczytałam i muszę powiedzieć, że jestem pod wielkim wrażeniem. Sama historia jest interesująca, a do tego jak napisana! Miodzio. Od pierwszego zdania wciągasz w atmosferę podrzędnego baru, czuć smród rozlanego parę godzin wcześniej piwa i popularnych, a Maryśka… świetnie „rozpisana” postać, zresztą jak każda inna. Plan godny takiej właśnie Maryśki, wiadomo dlaczego skupiłeś się na jej tyłku, ale włączenie w końcówce Baraniny robi swoje.

Pozdrawiam
przyroda dnia 24.09.2013 21:18
Dla mnie mistrzostwo :) Historia wciąga od pierwszego do ostatniego słowa. Wyraziście nakreślone postacie, dowcip i ta lekkość pisania. Jestem pod wrażeniem :|
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
bruliben
21/09/2019 23:32
Zgadzam się z uwagami przedmówców, jednakże widzę w wierszu… »
bruliben
21/09/2019 23:15
Czyste szaleństwo, a może jego skraj, wszystko jedno bowiem… »
Gramofon
21/09/2019 22:53
Znawcy powiedzą, że mało tu środków poetyckich i zero języka… »
bruliben
21/09/2019 22:53
Drobna ważka uważka: “Ogarnęła (mnie?) panika, z całą… »
Gado
21/09/2019 21:06
Dziękuję :) »
Lilah
21/09/2019 20:28
Wiem, wiem, z pośpiechu opuściłam Kota. :) »
ClakierCat
21/09/2019 18:40
Dziekuję Lila, jestem Cat, czyli kocurek ... :) »
mike17
21/09/2019 18:23
Bardzo egzystencjalny wiersz. Mówi o tym, jak zaharowujemy… »
viktoria12
21/09/2019 16:22
miłośniczka kanapy i kocyka weź no popraw bo tak leci z… »
Kamila N
21/09/2019 14:59
Dla mnie impresja. Tylko chcę wpisać, że piękne. »
Kamila N
21/09/2019 14:53
Zastanawiam się czy poeta zbyt stary już, to by się… »
retro
21/09/2019 14:51
Odebrałam ten tekst jako dążenie do odpoczynku, wytchnienia,… »
wiosna
21/09/2019 13:03
Bardzo smutny przekaz. Przerażające, żeby przez całe życie,… »
wiosna
21/09/2019 12:59
bruliben, to już nie do mnie pytanie, a do peelki. Uważam,… »
TomaszObluda
21/09/2019 12:41
Kurcze, podobało mi się. Takie trochę smutne, trochę… »
ShoutBox
  • bruliben
  • 20/09/2019 22:13
  • Czy ktoś ma iphona i już aktualizował/a do ios13? Lepiej działa?
  • bruliben
  • 20/09/2019 22:12
  • Miłego z Krakowa :) Słucham jak szumią tutejsze tramwaje :)
  • Kushi
  • 20/09/2019 18:16
  • Miłego wieczoru kochani :):)
  • Kushi
  • 20/09/2019 18:15
  • Znacie? ... nie znacie ?????, to poznacie ;):):):) [link] .... :):)
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:22
  • tej wytwórni. Ale sam szef D. próbuje zmienić czasy i transformację koncernu w stronę tematyki niebaśniowej. [link]
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:20
  • Disney ma nie lada orzech do zgryzienia :) . Johansson zaprosili nawet na spotkanie dyrektorów D. I ona tam jasno mówiła, że reżyser niepokorny i film też, co niespecjalnie idzie za rączkę z polityką
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:50
  • em FOXa, więc Disney nie miał nic do gadania. A czy film pojawi się w Polskich kinach? Sadzę, że tak, ale nie wszędzie i nie od razu, bo tu nie chodzi o ideologię, ale o kasę.
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:48
  • Co do filmu, ten Hitler, będzie wymyślonym przyjacielem i z tego co wiem, będzie takim diabłem na ramieniu, co mówi źle, to wbrew pozorom nie komedia. Druga sprawa film powstał praktycznie przed zakup
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:Strayes9
Wspierają nas