Błękit - herbatka
Proza » Obyczajowe » Błękit
A A A

 List przyszedł na adres szpitala w którym pracowała. Pod spodem było jej nazwisko i zawód. Nazwisko nadawczyni było znajome, jednak imię już nie. Poczuła dziwny strach. Przeczuwała, że wszystko zmierza ku najgorszej zgrozie.

„Pragnę zawiadomić Panią, że moja córka Maria zginęła w wypadku samochodowym trzy miesiące temu. Wiem, że kiedyś przyjaźniłyście się, przynajmniej do czasu, gdy Marysia wyszła za maż i wróciła do rodzinnego miasta. Córka wiele mi o Pani opowiadała. Same dobre rzeczy.  Proszę mi wybaczyć, że nie zawiadomiłam wcześniej, ale to nieszczęście odebrało mi zmysły. Upłynęło trochę czasu a ja nadal nie wiem jak mam żyć. Ona miała tylko czterdzieści sześć lat.”

 „Pocałuj mnie mocno zanim odejdziesz, smutku z tego lata…”  Słowa piosenki wpadły do głowy i pozostały na długo.

 Tego dnia, po kilkunastoletniej przerwie kupiła paczkę papierosów. Po pracy, na skwerku niedaleko jej mieszkania, w ciągu czterech godzin wypaliła połowę. Ludzie przechodzili zajęci swoimi sprawami. Tylko nieliczni rzucali okiem. Ale i oni szli w swoją stronę, unosząc ze sobą swoje przemyślenia, podejrzenia i opinie, którymi i tak nie była zainteresowana.

 Bardzo chciała z kimkolwiek porozmawiać. Jednocześnie  szukała cichej i zacienionej samotności. Miała ochotę schować się gdziekolwiek, aby spokojnie przeczekać bolesne myśli.

 Była jeszcze praca i niektórzy pamiętający. Zaraz pojawiły się rewelacje o nieudanym małżeństwie Marii. Jej mąż podobno przejawiał cechy socjopaty, ale ona trwała przy nim jak to zwykle bywa w podobnych przypadkach. Zazwyczaj wszyscy się dziwią, ale niezrozumienie dotyczy tylko tych, którzy nigdy nie byli w podobnej sytuacji.

 Jeszcze inni mówią: „Takie jest życie, cóż poradzić…” Wtedy reszta smutno kiwa głowami i następuje koniec wałkowania problemu.

 Tydzień intensywnego palenia spowodował nagłą i ostrą chorobę lewej dolnej czwórki. W zasadzie od jakiegoś czasu coś było z nią nie tak, ale do tej pory była tylko obserwowana. Do tej pory nie śpieszyła się z wizytą u dentysty. Jedyny ząb poza łukiem dawno już spisała na straty, z tym, że bez konkretnych planów. Tymczasem  problem zrobił się palący. I to dosłownie. Trzy dni ząb ćmił a przy zmianie temperatury dawał o sobie znać wściekłym bólem. Czwartego dnia doszła do wniosku, że nie wytrzyma dłużej i zaklepała wizytę w prywatnej przychodni stomatologicznej. Przynajmniej nie musiała czekać.

*

 Tamtego lata dwutygodniowy pobyt nad morzem nie należał do udanych. Przynajmniej jeżeli chodziło o pogodę. Ale gdy wziąć pod uwagę inne rozrywki,  było to pasmo następujących po sobie zabawnych zdarzeń, które w pełni satysfakcjonowało trzy młode dziewczyny, mające w nosie bolesną opaleniznę, znikającą niesamowicie szybko i do tego w niezbyt estetyczny sposób. Młodzi ratownicy w czasie siąpiącego deszczu, gdy plaża jest zamknięta, mogą mieć płacone za gotowość. Mogą jeszcze spacerować po nadmorskiej miejscowości w towarzystwie nudzących się dziewcząt.

 Najbardziej podobał się jej ten rudy. Pominąwszy niepopularny kolor włosów, trzeba było przyznać, że był najlepiej z nich wszystkich zbudowany. Wysoki, z ładnym uśmiechem, zdawał się być w miarę inteligentny. Przynajmniej na tyle, żeby pogadać o wszystkim i o  niczym. Niestety, już na wstępie powiedział do niej:

- Jesteś bardzo podobna do mojej siostry. No po prostu  prawie jej sobowtór. Dlatego mogę do ciebie żywić tylko braterskie uczucia.

 Ciągle te niepowodzenie sercowe. Stale źle lokowała uczucia.

 W nocy słyszała niecierpliwy szum fal. Wyobrażała sobie ludzi na plaży szukających po ciemku bursztynu. Nad ranem przybyli spóźnieni o trzy dni wczasowicze. Słyszała zamykane drzwi samochodu i ciche słowa właścicielki pensjonatu.

 Rano, gdy podniosła się z pościeli, obie współlokatorki były już ubrane. Popatrzyły na nią z wyrzutem.

- Zaspało się. Wstawaj, bo zaraz śniadanie.

- Słyszałam w nocy jak przyjechało tych dwóch.

- Jakich dwóch – spojrzały po sobie.

- No, tych na których czekali. Właścicielka powiedziała: „Będą panowie mieli miłe towarzystwo, na parterze mieszkają trzy fajne dziewczyny”.

- Musiało ci się przyśnić. – Dziewczyna z trudem ukrywała rozbawienie. – To młode małżeństwo. Widziałam ich już. Kobieta jest w ciąży a facet bardzo przystojny.

 Myślała o tym w trakcie śniadania gdy usłyszała ten trzask. Musiała zrobić głupią minę, bo siedząca naprzeciwko zapytała:

- Co się stało?

- Chyba ząb mi poszedł.  

 

 Dobrze, że była Marysia. Wcześniej znała ją z widzenia. Nie sposób było przeoczyć wysokiej, zgrabnej dziewczyny z grubym blond warkoczem. Pracowała w tym samym szpitalu, jednak ich oddziały nigdy ze sobą nie współpracowały. Dopiero wspólny turnus zbliżył je do siebie.  Przespacerowały kilometry żółtoszarej plaży. Rozmawiały o wszystkim. Czas razem spędzony był cenniejszy niż romanse z ratownikami, tańce w dyskotece, czy też popijanie piwa w modnej nadmorskiej knajpce. Fale szumiały a między nimi rosło wzajemne porozumienie i fascynacja.

 Po powrocie do pracy, od razu poszła do przyszpitalnego stomatologa. Niestety trafiła na awarię wiertła. Z pomocą pośpieszyła nowa przyjaciółka, która  załatwiła wejście do przychodni sportowej.  Najdawniejsze wspomnienie o Robercie, to jego biała postać widziana w otwartych przez Marysię drzwiach. Gapił się na nią nie ruszając się miejsca, co najmniej kilka długich sekund. Wreszcie opamiętał się i poprosił ją do środka.

*

 Jak mogła by go nie poznać? Właściwie cały się zmienił. Miał już niewiele włosów, to co pozostało, było przycięte prawie do samej skóry. Nie był też już taki chudy, co zaobserwowała z zaskakującym ją samą zadowoleniem. Tylko te oczy. Takie same jak wtedy. Taki kolor ma pewnie ocean, gdzieś blisko lądu, niedaleko jasnego piachu, i pewnie w okolicach równika. Nigdy na żywo nie widziała żądnej głębszej wody, oprócz ciemnego, sztormowego morza ćwierć wieku wcześniej.

 Nieszczęsną, wykoślawioną czwórkę wyrwał  jednym sprawnym ruchem. Nawet nie zdążyła konkretnie jęknąć. Przedtem jednak obejrzał dokładnie tamto miejsce. Po tylu latach jego dzieło było poprawione co najmniej dwa razy.

 - Gdyby coś się działo, proszę zadzwonić. To jest mój telefon – zapisał na fiszce rząd cyferek.

 Przez chwilę zastanawiała się dlaczego to robi. Przecież nie on był właścicielem przychodni, wystarczyło dać numer do rejestracji.

 - Mogę prosić również o telefon w przypadku gdyby nic się nie działo? Byłbym spokojny.

 To już było lekkie nadużycie. Popatrzyła na niego. Błękit w jego oczach był żywy, wesoły. Nawet nie pamiętała takiego. Nigdy tak na nią nie patrzył, nawet wtedy.

 Kiwnęła głową. Kłamała. Na pewno nie będzie wydzwaniać.

 Wszystko szło gładko, jak pewnie w tysiącach podobnych spraw, ale piątego dnia zauważyła bolesna rankę na dziąśle w okolicy pustego zębodołu. Musiała zadzwonić.

 - To nic takiego, musiałem zadrapać dłutem. – stwierdził po dokładnym badaniu. – To moja wina, przepiszę żel, którego się używa przy takich problemach.

  Skinęła głową. Nie widziała potrzeby wydobywania z siebie jakichś zbędnych słów. Mogła czuć onieśmielenie, zupełnie jak przed laty, gdy każde wspomnienie jego niebieskich oczu powodowało paraliż. Pewnie zawsze wydawała mu się głupim mrukiem, co to nie odzywa się, żeby nie rozwiać jakichkolwiek wątpliwości.

 Znów wyszła. Tym razem nie chciała nigdy wracać. Tym razem znów zapomni. Lepsze spokojne życie w utartym schemacie niż ten cały wewnętrzny zamęt i niekończące się pytania. Tamten czas wspominała jako stan ostrej psychozy. Chodząc po mieście zawsze wiedziała kiedy go spotka. Już od rana miała wizje. Jeżeli przypadkiem dostrzegł ja pierwszy, czuła jego palący wzrok na plecach. Jeżeli szedł z naprzeciwka, widziała tylko jego wielkie oczy i powolne kiwnięcie głową. Jakby wszystko działo się w zwolnionym tempie. Nigdy nic nie mówił, tylko ten staroświecki niemodny dyg. Tylko raz mijając ją w drzwiach księgarni, wydał z siebie jakiś dziwny pomruk. Ni to zdziwienie, ni to „witam”. Wtedy to doszła do wniosku, że doktorek zachowuje się jak czubek.

 

 Była w połowie drogi do domu, gdy zadzwonił telefon.

- Pewnie jest pani w okolicach Wesołej Kawki. –bez ceremonii  odezwał się dziwnym, zdyszanym głosem.

- Tak.

- Bardzo proszę wejść i zaczekać na mnie. Mam pani coś do powiedzenia. Będę za chwilę.

 

 Zrobiła to o co prosił. Cały czas zastanawiała się czy jest w tej chwili zniewolona czy sama tego chce. Usiadała pod oknem z dala od barku. Zdążyła automatycznie przypudrować sobie nos, używając maleńkiej puderniczki, w której lusterku zobaczyła swoje wystraszone oko. Próbowała przemówić sobie do rozsądku. Spokojnie, nic się nie dzieje.

 Faktycznie zaraz się pojawił zdyszany, podekscytowany i niepewny. Usiadł naprzeciwko.

- Przepraszam, że stawiam panią w niezręcznej sytuacji… - zaczął – Chciałem porozmawiać. Myślę, że pani mnie pamięta. Może trochę się zmieniłem…

- Nie. – skłamała.

- Pani wygląda wciąż tak samo.

 

 Pomyślała, że jak zapyta co u niej słychać, to wstanie i wyjdzie. Żeby tylko nie wyskoczył z tym banałem, który za każdym razem przyprawiał ją o mdłości.  Widok jego osoby był nad wyraz przyjemny, fascynujące zwłaszcza było przeglądanie się w jego ciemnoniebieskim spojrzeniu. Jednak czegoś się obawiała. Pewnie tego, ze znów namiesza jej w myślach i zniknie, uprzednio wchodząc jej w drogę  kilka razy. 

- No dobrze, nie będę dłużej kombinował. Nie ma to jak szczerość. Byłem w pani bardzo zakochany…

 

 Wytrzeszczyła oczy i nie była w stanie nic powiedzieć, chociaż idąc śladem jego szczerości, wypadało powiedzieć „Ja w panu też”. Jego matka chyba była psychiatrą. Ciekawe czy jeszcze ją miał. Mogła by mu pomóc.

 

- Proszę się mnie nie bać. Ja naprawdę jestem spokojnym ułożonym facetem. – Zapewnił jakby przeczytał jej myśli. – Ja tylko nie chciałbym tym razem zmarnować szansy.

 

 Potem zaczął opowiadać o sobie. Wyjazd z miasta, żona z branży, wspólny gabinet w stolicy. Życie jak wiele innych. Do czasu, gdy coś zaczęło się psuć. Bo zaznaczył wyraźnie, że najpierw się popsuło a potem żona znalazła kogoś lepszego. Ich syn był już samodzielny, nie było więc większych problemów z rozwodem. Po wszystkim wrócił do rodzinnego miasta. Z punktu widzenia kariery zawodowej został z niczym. Zatrudnił się w  poradni, gdzie popracował kilka miesięcy, cały czas myśląc o reaktywacji swego prywatnego gabinetu tutaj na miejscu. Okazało się, że to były jego ostatnie dni w tej pracy. Pomyślała, że mogli by się nigdy nie spotkać. Potem jednak przypomniała sobie, że ich miasto wcale nie jest takie duże, a on z pewnością nie cofnąłby się nawet przed klasycznym, ulicznym podrywem. Dlatego chyba nie miało znaczenia kiedy by na niego wpadła.

 W krótkim czasie zaczęli mówić sobie po imieniu i wtedy zapytał czy jest szczęśliwa w życiu.

Zrozumiała, że cały czas na to czekał. Na wiadomość czy jest wolna czy też nie.

 Zrobiła minę, która oznaczała coś w rodzaju: „I tak i nie. A w ogóle zależy co rozumieć pod tym pojęciem, bo każdy przecież ma inną koncepcję szczęścia”.

 - Mieszkam sama. Jestem po rozwodzie. Żyliśmy z mężem jakoś tak obok siebie, ale tak żyje wiele par i nie robi z tego tragedii. Tymczasem dzieci dorosły. Mamy syna i dwie córki bliźniaczki. Zaczęło się coś dziwnego. Przychodziła młodzież. Najpierw koledzy i koleżanki a potem jakieś bliższe sympatie. Z czasem niektórzy zaczęli pomieszkiwać. Ja byłam temu przeciwna, ale mąż zawsze musiał mieć odmienne zdanie. Pal sześć, w sumie niech robią co chcą, są dorośli, ale chwilami już nie mogłam. Dochodziło do tego, że przestałam czuć się swobodnie we własnym domu. Pracuję cały czas na zmiany jako położna. Czasami nie mogłam się przespać po dyżurze, bo słyszałam wszystkich naraz. Nic sobie z mojej osoby nie robili. Raz, drugi zwróciłam uwagę. Było przepraszam a potem od nowa. Poza tym z wiekiem już wysiadałam fizycznie. Dziewczyny nie brały się do gotowania bo nauczone były, że są obsługiwane, a zresztą jak ma taka gotować skoro narzeczony właśnie przyszedł… Nie wspomnę o finansach. Czasem trzy dodatkowe osoby były na obiedzie. Po kolejnej awanturze postanowiłam wyprowadzić się na pewien czas, aby zwyczajnie odpocząć. Wytrzymali parę tygodni. Chyba coś tam gotowali, ale już było ciężej z kasą, bez mojej pensji. Ostatnimi czasy wszystko szło na dom. Od kilku lat nic sobie nowego nie kupiłam. Aż tu nagle tej części zbrakło. Mąż rozkazał mi wracać. Tak, gdyby nie ten jego ton, to może bym wróciła. Ale odmówiłam, z przekory. No i było mi już zbyt dobrze. Pracowałam, ale też wypoczywałam. Mogłam wstać i chodzić w szlafroku, bez obawy, że spotkam na swej drodze obcego mężczyznę. Mój mąż chciał mnie postraszyć i złożył pozew… W jednej chwili uświadomiłam sobie w jaki sposób mnie traktowali niemal całe życie. Zgodziłam się. On chciał się potem wycofać ale ja już nie.

 Patrzył na nią uważnie. Wlepiał w nią tę ekscytującą niebieskość. Na koniec powiedział, że mu przykro, ale wcale na to nie wyglądało.

 

  Po wszystkim odprowadził ją pod bramę kamienicy, gdzie na pierwszym piętrze wynajmowała mała kawalerkę. Zapytał kiedy znów ja zobaczy.

- Jeszcze raz przepraszam za trochę wariackie zachowanie. Kiedyś byłem wyjątkowo nieśmiały. To bardzo utrudniało życie – dodał.

- W sumie ja też. Może nawet do tej pory. Pewnie dlatego do wszystkiego potrzebuje trochę czasu.

- Ja poczekam.

- Tylko do soboty.

 

  Miała trzy dni na rozmyślania nad fenomenem przypadku w swoim życiu. A może to wszystko było zaplanowane? Drugi raz Maria postawiła na jej drodze Roberta. On sam nowoczesny i staroświecki, zbyt śmiały i nieśmiały. Możliwe, że przez te sprzeczności wyjątkowo intrygujący. Nie wiedziała o sobie czy jest na tak. Przez bardzo długi czas nikt w ten sposób nie interesował się jej osobą. Być może poddawała się tylko tej tęsknocie. Nie wiadomo czy w tym wszystkim chodzi o niego.

 A dlaczegóż by nie miała uruchomić wszystkich swoich małych tęsknot? W końcu po to są. Pomyślała, że jeżeli w sobotę przyniesie chociaż jeden, byle jaki kwiatuszek, to będzie znaczyło, że jest tak, jak ona lubi… Wtedy spróbuje z nim. Skoro o ich spotkaniu zadecydował ciąg przypadków, to ten ostatni raz znów można rzucić monetą.

 

 Przez ten nadmiar wrażeń nie sypiała dobrze. Wystarczyło jakieś odstępstwo od nudnego, spokojnego, codziennego życia i już czuła ten irracjonalny niepokój. Jak więc można się dziwić, że  nocy z piątku na sobotę nawet nie zmrużyła oka. Nadaremnie tłumaczyła sobie, że  na randce będzie ziewająca i blada. Powiedzieć mu wszystko?

 Jednak nie była sama. Parę minut po pierwszej przyszła pierwsza wiadomość. „ Lampy na ulicy świecą dziś jakoś inaczej. Ich światło jest radosne jak nigdy dotąd”. Pomyślała, że jeżeli już punktom świetlnym przypisywać  zdolność odczuwania, to  nie były one jakoś szczególnie wesołe, co najwyżej spokojnie czekały na pierwsze promyki świtu po wschodniej stronie.  

 Przed piąta dodał: „Jeszcze tylko dwanaście godzin”.

 Po przeczytaniu tych słów zmęczona usnęła.

 

 Wczesnym przedpołudniem, zaczęła przygotowania. Podświadomie przeczuwała, że nie ma najmniejszego znaczenia w co się ubierze i jak się uczesze, bo on i tak ją widział w najgorszym z możliwych położeń. Cierpiącą i bez makijażu. W byle jakich ciuchach i wyjątkowo tego dnia bladą. Postawiła na grzeczną, szarą, dzianinową sukienkę co najmniej jak na wieczorek poetycki. Do tego dyskretny delikatny malunek oczu i oryginalny medalion w kształcie srebrnego czteropłatkowego kwiatka. W samym środku tkwił spory kawałek bursztynu. Nie mogło być inaczej.

 Przed wyjściem z domu podniosła serwetę na komodzie. List był na swoim miejscu. Wzięła go między dwie dłonie jak liścia, który spada jesienią ale z racji swych kolorów jest jeszcze zbyt cenny, by przejść obok niego obojętnie.

 Oczyma wyobraźni zobaczyła ciemne morze w nocy. Potem usłyszała  czyjeś wołanie o pomoc i poczuła nieziemską samotność Marii, gdy w ułamku sekundy, rozpędzona ciężarówka wyłoniła się z mgły. Czy w tej chwili widziała również granatową wodę?

 Robert stał na dole ze stylowym bukietem żółtych róż. Były krótkie i było ich co najmniej kilkanaście. 

 

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
herbatka · dnia 20.01.2014 09:02 · Czytań: 715 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 1
Komentarze
jasna69 dnia 20.01.2014 23:42
Tak mi się leniwie zrobiło po przeczytaniu Twojego tekstu, a w zasadzie już w czasie czytania, ale to absolutnie nie jest zarzut.
Płynęłam sobie powoli, tak jak opisane życie, niby beznamiętnie a jednak z jakąś niepohamowana wiarą, że coś się wydarzy. Dobrego, złego? Bez znaczenia, byle było to coś, co przełamie rutynę. Bardzo sugestywnie przedstawiłaś bohaterkę, taką normalną jakich wiele, jak sąsiadka zza ściany, jak ciocia Lodzia, a jednak bijące z niej ciepło i pragnienie miłości, sprawiają, że jest wyjątkowa. Pokonując razem z nią kolejne zakręty, poczułam, że staje mi się bliska. I trzymałam kciuki, żeby Robert przyszedł z kwiatami. Optymistycznie to wygląda i dobrze, bo teraz, gdy wieczory takie długie…

Pozdrawiam
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Ustiusza
22/10/2019 00:50
Twist fabularny w postaci księdza to bardzo dobre i… »
Ustiusza
22/10/2019 00:30
Bardzo gęsty klimat, dużo obrazów i ogromna przestrzeń. Jest… »
Quentin
22/10/2019 00:14
Kimkolwiek jesteś Trzeba przyznać, że zrobiłeś zwrot… »
Kamila N
21/10/2019 23:58
b.dobry wiersz »
Kamila N
21/10/2019 23:52
nie wiedziałam, że takie wiersze też się pisze; muszę nad… »
Kamila N
21/10/2019 23:29
ja bym słowo „nieabstrakcyjny” wycięła, mimo wszystko, i… »
Niczydar
21/10/2019 22:08
marzenno zaiste będzie dobrze. Dziękuję za chęć pomocy,… »
Niczydar
21/10/2019 21:53
Yaro; czas na... dalszą wędrówkę »
Yaro
21/10/2019 19:26
Dzięki Michał :) Wiersze to wolność artystycznej… »
Gregcem
21/10/2019 19:23
Męski upór, przeznaczenie, czy strach przed samotnością?… »
Marek Adam Grabowski
21/10/2019 19:10
Ładnie napisane opowiadanie; zwłaszcza ten naturalistyczny… »
marzenna
21/10/2019 18:09
Gregcem wyjaśniam, kiedyś nie było 500+, teraz matki już… »
ander
21/10/2019 18:08
Dziękuję bardzo. Ogromnie mi miło, że Ci się spodobał ten… »
mike17
21/10/2019 16:53
Yaro, czerpiesz z mojej prozy wszystko, co najwartościowsze… »
marzenna
21/10/2019 15:56
Od miesiąca szukam wiersza z odpowiedzią , nawet sama piszę,… »
ShoutBox
  • mike17
  • 21/10/2019 13:49
  • Czy 5000 słów to dużo? Nie. Dlatego zapraszam Was do MUZO WEN 8, KONKURSU w prozie - wystarczy napisać miniaturę :) [link]
  • mike17
  • 21/10/2019 13:38
  • Koberko, dziękuję za dodanie do ulubionych :)
  • bruliben
  • 20/10/2019 11:11
  • A gdzie to ześrodkowanie? Gubię się w portalu. Może ktoś, coś podpowiedzieć?
  • Zola111
  • 19/10/2019 00:18
  • Jak Wam się pisze wiersze do Zaśrodkowania?
  • mike17
  • 18/10/2019 14:04
  • MUZO WENY 8 zapraszają do udziału śmiałków pióra. Podejmijcie wyzwanie i dajcie z siebie wszystko :) [link]
  • bruliben
  • 18/10/2019 09:02
  • Już wiem, ktory utwór najlepiej rozgrzewa do pisania :)
  • bruliben
  • 18/10/2019 04:56
  • Dlaczego tu jestem, czego szukam, skoro większość dreamin’ offline.
  • bruliben
  • 18/10/2019 04:48
  • Aż sześć muzo wen - wypadałoby zajrzeć, zobaczyć, poczuć jak zainspirują.
  • allaska
  • 17/10/2019 16:27
  • Prośba do redakcji przy wysyłaniu tekstu nie wiem co zrobiłam ale wkleiłam dwa na raz proszę o usunięcie jednego one są takie same. Pozdrawiam. Czarodziejka z planety: " nie dorastam wam do pięt ;)"
Ostatnio widziani
Gości online:19
Najnowszy:Penninoes70
Wspierają nas