Ostatnie zniknięcie - mike17
Proza » Historie z dreszczykiem » Ostatnie zniknięcie
A A A
Od autora: ...

                       


                                                                      
  „Przeznaczenie rozdaje karty, a my tylko gramy”
                       Artur Schopenhauer                                                                            



Nie wiem, co podkusiło mnie, by pewnego szarego i deszczowego poranka zrobić małe porządki w mieszkaniu, zaprowadzić dawno już niewidziany ład i harmonię wśród setek szpargałów, rupieci i głęboko wepchniętych, gdzieś w dno szafy, starych zdjęć.
Siedząc na podłodze przeglądałem stosy fotografii, rzucając obojętne spojrzenie na dziesiątki postaci i miejsc, beznamiętnie wodząc po dawno już zapomnianych twarzach, uśmiechając się w duchu z niejakim niedowierzaniem, iż kiedyś kroczyłem innymi drogami, otaczałem się innymi ludźmi, w sercu grała inna melodia.
Lecz gdy cofniemy się pamięcią do przeszłych dni, odnajdziemy tam z łatwością osoby, które na zawsze wrosły w nią i stały się jakby integralną składową naszej własnej tożsamości, bądź to poprzez swoje niepospolite czyny, bądź przez niepowtarzalną, oryginalną osobowość, która wywarła na nas silny, niezatarty wpływ i pozostawiła wiecznie żywe wspomnienie, obraz po latach wciąż świeży i wyrazisty, jak gdyby powstał zaledwie wczoraj, tysiące dni i nocy temu…
Grzebiąc w morzu zdjęć, bez wahania wkładanych do wielkiej torby z przeznaczeniem do wyrzucenia, natrafiłem nagle na fotografię, której na próżno poszukiwałem w szafach przez długie lata, tracąc już nadzieję i zastanawiając się, czy w ogóle ją jeszcze kiedyś odnajdę.

Jakże rozpaczliwie chciałem ją mieć.

Była dla mnie wszak jedyną pamiątką, jedynym śladem i odbiciem wizerunku tego niezapomnianego człowieka z „wczoraj”.

Ileż to razy zapamiętale przetrząsałem cały dom, wywracając do góry nogami wszystko, co miałem wówczas pod ręką, tylko po to, by odnieść kolejną porażkę i załamany usiąść, bezsilnie złorzecząc – zapadła się pod ziemię, aby teraz nieoczekiwanie, kiedy się tego najmniej spodziewałem, sama wpaść mi w ręce, przy byle okazji, ot tak, niby przypadkiem, niby od niechcenia.

Patrzyłem teraz na dwóch mężczyzn, pozujących na tle jeziora, wesołych i beztroskich, widać jak na dłoni, że są przyjaciółmi i obce im troski życia, tu mają swoją chwilę młodości i szczęścia, bezcenny czas, który zapamiętają.
To było w lipcu, długo, zanim wydarzyło się TO…
Patrząc na fotografię, przeniosłem się myślami do czasów, kiedy żyliśmy chwilą, nie martwiąc się o nic, szczęśliwi z tego, co los nam daje i pełni wiary, że świat będzie nasz, gdyż to tylko kwestia czasu, odpowiedniego splotu okoliczności i bycia tam, gdzie trzeba, kiedy trzeba, przeznaczenia, które mamy za przyjaciela.

Obaj doskonale wykształceni, odnaleźliśmy się w życiu bez najmniejszego trudu: Edi jako początkujący adwokat, ja zaś zaczynałem wówczas jako przedsiębiorca, drobny z początku, lecz prężnie się rozwijający i sprawnie operujący na rynku materiałów budowlanych.
Wiedzieliśmy, że najlepsze dopiero ma nadejść, więc nie było żadnych powodów do zmartwień, należało iść swoją drogą i piąć się coraz wyżej.
Tak też było.
Nigdy w niczym ze sobą nie rywalizowaliśmy, zakładając, że tworzymy spójną całość i nie musimy sami przed sobą udowadniać, kto jest lepszy, a kto gorszy, rozumieliśmy bowiem, że jesteśmy tacy sami, identyczni i sobie równi, we wszystkim tak samo obdarzeni przez los i wyróżnieni, wzajemnie się szanujący i traktujący naszą przyjaźń jak najcenniejszą rzecz, jaka nam się dotąd w życiu przydarzyła.

Nigdy się ze sobą nie nudziliśmy. Zawsze wiedzieliśmy, co i gdzie zrobić, aby była dobra zabawa, i kiedy pozornie nic się nie działo, nawet wtedy czuliśmy się doskonale w swoim towarzystwie, milcząc, myśląc lub po prostu wyłączając się na chwilę z rzeczywistości.
Coś między nami było nieuchwytnego i niewypowiedzianego, lecz zrozumiałego bez słów, jakieś oczywiste porozumienie dusz, jakby dwóch ludzi stanowiło jedność psychiczną, dla którego ten drugi był idealnym sobowtórem, bratem i wiernym odbiciem własnej osoby.
Obaj wiedzieliśmy, że tak jest, zawsze było i pozostanie, i nigdy z nikim innym nie nawiążemy tak silnej i nierozerwalnej więzi, jak ze sobą, bowiem czuliśmy, iż są rzeczy, których miejsce jest poza słowem i nazwą, poza zrozumieniem i definicją.

Ogrom czasu, jaki ze sobą spędzaliśmy sprawił, że nauczyliśmy się wyczuwać siebie bez słów, na odległość, poprzez ściany i domy, przez kilometry i godziny, przez dni i tygodnie.
Potrafiliśmy bezbłędnie odgadywać własne zamiary czy nastroje i, co było dla nas obu wstrząsem, zdarzały się przypadki, kiedy udawało się poczuć, co myśli ten drugi, choć częstokroć byliśmy w dwóch różnych miejscach, oddalonych od siebie, nie widząc się, ani nie mając żadnych przesłanek, by wysnuć taki a nie inny wniosek.
Bywały chwile, gdy nagle i z zaskoczenia zalewała mnie nieznana i niewytłumaczalna fala smutku lub radości, miałem złe lub dobre samopoczucie, bolała mnie głowa bądź innym razem czułem złość do całego świata – nie dziwiłem się niczemu, kiedy po kilku dniach pojawiał się Edi mówiąc, że ostatnio przydarzyło mu się mieć chandrę, prozaiczny „ból istnienia”, a może po prostu wszystko wokół go denerwowało i chciał wysadzić ten cały wstrętny świat w powietrze, a ja, słuchając jego słów, słuchałem dokładnego opisu własnych stanów psychicznych, które przed chwilą były moim udziałem.
On również czuł to samo, i tak jak ja, przyjmował wszystko za rzecz oczywistą, potwierdzoną przez życie, którą należy przyjąć za pewnik.

Teraz, kiedy po latach trzymałem w ręku nasze zdjęcie, oczami wyobraźni ujrzałem tę poważną sprawę, którą nieopatrznie zdecydował się wziąć mój przyjaciel, nie wiedząc jeszcze, jakie skutki to za sobą pociągnie i jak odmieni jego życie.

Wszystko wyglądało z pozoru tak samo jak dotąd, sprawa jak każda inna, jakieś oszustwa podatkowe lub finansowe matactwa, dokładnie nie pamiętam.
Kto by wtedy pomyślał, że decydując się bronić tego człowieka, pospolitego krętacza, Edi zakończy pewien etap życia i wkroczy na nowy, nieznany dotąd grunt, który okaże się odmienny, niepewny i niebezpieczny, i fakt ten zapoczątkuje serię niezwykle zagadkowych wydarzeń, których żadną miarą, rozumem i logiką, wytłumaczyć się nie da, ani dziś, ani wtedy, kiedy próżno szukaliśmy obaj odpowiedzi.

Pamiętam dokładnie jego zachowanie, twarz i słowa – podjął się obrony tego człowieka jakby od niechcenia, bez większego zaangażowania, wiedząc doskonale, że jest winny i nie uniknie kary, co najwyżej można tu było mówić o zmniejszeniu rozmiarów jego klęski, o uzyskanie łagodniejszego wyroku.
Była to gra od początku przegrana i beznadziejna, gdzie żaden, nawet najlepszy obrońca nie dałby rady, bowiem dowody były tak przytłaczające, że nie pozostawiały miejsca na złudzenia.
Edi zajął się nią tylko ze względów finansowych, gdyż oskarżony krętacz nie żałował funduszy na swego adwokata, proponując mu podwójną stawkę oraz dodatkowe profity, jeśli sprawa zakończy się lepiej, niż na wstępie zakładano.

Rozmawiając z nim wielokrotnie w trakcie jej trwania zauważyłem, iż traktuje swego klienta z jawnym lekceważeniem i pogardą, wiedząc doskonale, jak skończy i że nie uniknie więzienia, i to, co wówczas najbardziej uderzyło mnie w zachowaniu mego przyjaciela, to nowa, niezbyt podobająca mi się cecha – Edi dostrzegał tylko wątek finansowy swej pracy, ochoczo chwaląc się, iż został adwokatem tylko po to, aby dorobić się fortuny na głupcach, którzy mu za swą głupotę będą płacić. Pamiętam ten błysk w jego oku, przypominający przenikliwe spojrzenie oszustów pokerowych, radość z dobrze opracowanego planu, wszystko to napawało mnie zdumieniem, gdyż takiego go dotąd nie znałem.
Wcześniej miał kilka łatwych zwycięstw – to właśnie zaszczepiło w nim ów niezdrowy popęd do zrobienia wymarzonego majątku w sposób szybki, bezbolesny i jak najmniejszym kosztem, nikt poza mną nie domyśliłby się, że Edi bawi się wszystkimi i spokojnie rozgrywa podwójną grę, lecz przy swej inteligencji i bystrości umysłu, miał wszelkie przesłanki ku temu, aby odnieść sukces, nie dając nikomu powodów do podejrzeń.

Kiedy nadszedł czas ogłoszenia wyroku, mój przyjaciel nie przejmując się niczym, oświadczył mi dzień wcześniej, iż nazajutrz jego nieszczęsny klient znajdzie się za kratkami i straci sporą część podejrzanego dobytku, a cała sprawa zakończy się absolutną porażką.
Mówił to, jakby opowiadał pierwszorzędny dowcip.
Przyjąłem to ze stoickim spokojem, nic nie podejrzewając, sądząc, iż to kolejne, łatwe zwycięstwo mego błyskotliwego przyjaciela.
Myliłem się…

Oszusta zaiste skazano na więzienie i przepadek części mienia, na co ponoć zareagował atakiem ślepej furii, potokiem wyzwisk pod adresem wysokiego sądu, jak i swego niefortunnego adwokata, po czym został odprowadzony pod silną eskortą, bowiem szarpał się i wierzgał niczym dziki koń, do miejsca przeznaczenia.
Tak zakończyła się ta pospolita sprawa jakich setki, lecz gdy pomyślę o jej skutkach i tym, co nastąpiło później, nawet dziś, po tylu latach, czuję ściskanie w gardle i dreszcz przerażenia przebiega mi gwałtownie po grzbiecie…

Edi nie przejął się niczym, to nie było w jego stylu, ani przegraną sprawą, była to przecież w oczach palestry poniekąd jego własna porażka, ani tym, że wykonując jeden, fałszywy ruch, otworzy w przyszłości puszkę Pandory i nic już nie będzie takie jak przedtem.
Był zbytnim optymistą i człowiekiem pełnym naturalnej, wewnętrznej siły, by zważać na skutki swego postępowania – w końcu nawet dobrzy adwokaci czasem przegrywają, zwłaszcza gdy w grę wchodzi sprawa beznadziejna, wtedy trzeba do końca zachować twarz i niezbędne pozory.
W przypływie radości ze zdobycia znacznego honorarium, urządził huczne przyjęcie, gdzie nie krył się ze swymi „poglądami” na temat klientów, wygłaszając teorie, które niejednego wprawiły w osłupienie, ale taki był Edi i nic nie mogłem na to poradzić.
Kto urządza bankiet z okazji własnej przegranej?

Minęło kilka miesięcy od czasu tamtej sprawy.
Spotykaliśmy się nadal dość często, na tyle, na ile pozwalał nam wolny czas, i rozmawialiśmy o wszystkim, co nas osobiście dotyczyło, jak i o sprawach błahych i nieistotnych, spędzając długie godziny na dyskusjach przy lampce dobrego wina i oryginalnym, kubańskim cygarze.

I kiedy pewnego razu umówiliśmy się u mnie na pogawędkę wieczorową porą i zazwyczaj dość punktualny Edi nie pojawił się na czas, coś mnie tknęło…
Coś bardzo złego.
Nie pojawił się także i później.
Po godzinie oczekiwania zadzwoniłem do niego, lecz telefon milczał ja zaklęty.
Wtedy wróciło to znane uczucie, które zawsze towarzyszyło naszej znajomości, ta pewność, niepodważalna i sztywna, od lat niezawodna – pewność, że wiem, co się z nim dzieje.

Po prostu to czułem, jak tysiące razy wcześniej odgadywałem jego myśli.

I jak tysiące razy wcześniej wyczuwałem przeróżne rzeczy, płynące do mnie od niego w eterze, lepsze lub mniej przyjemne, tak to, co poczułem teraz, przeraziło mnie nie na żarty, bowiem przewyższało złym charakterem wszystko, co kiedykolwiek dotąd „odebrałem”. Czułem, jak rozpaczliwe są jego myśli i jak gęsty mrok panuje w umyśle, który wysyłał do mnie sygnały mówiące o cierpieniu i bólu, przytłaczające i tragiczne…
Na moment wpadłem w panikę, lecz po chwili zebrałem się w sobie, próbując zastanowić się, co w tej sytuacji zrobić, jakie kroki przedsięwziąć. Postanowiłem natychmiast iść do jego domu i tam sprawdzić, czy go w nim zastanę, czy też, co gorsza, dom okaże się pusty i pozostanie mi koszmarna niepewność, gdzie go szukać i co właściwie się z nim stało.

Kiedy niedługo potem byłem już na miejscu i dzwoniłem bez przerwy długo i uparcie, wszystkim, co dane mi było tego wieczora zobaczyć, był widok zamkniętych drzwi.
Choć biłem w nie pięściami i szarpałem w przerażeniu za klamkę, tylko cisza była jedynym świadkiem niemocy i rozpaczy…
Wtedy zrozumiałem, że w środku nie ma nikogo.
Jednego byłem pewien: wydarzyło się coś, co bezpośrednio uderzyło w Ediego.
Nie wiedziałem, w którym kierunku ruszyć, lecz pewność, że nie zaznam spokoju, zanim go nie odnajdę, dawała mi siłę, czułem, że nie spocznę, dopóki nie dojdę, czemu wysyłał do mnie tak jednoznacznie rozpaczliwe sygnały.
Czułem je całym sobą, każdą cząsteczką ciała i umysłu.
Szły bez przerwy, z nieznanego, bezimiennego punktu w przestrzeni, silne, intensywne, zdecydowane, nieustannie, bez końca.
Nigdy nie wyczuwałem go tak bardzo, jak tej złej, złowróżbnej nocy, kiedy bezsilny myślałem o nim, że może ten jeden, pierwszy raz szczęście go nagle opuściło i na drodze pojawiło się to, przed czym tak bardzo broniliśmy się przez te lata i co wypieraliśmy ze świadomości – nieszczęście, ten podstępny obserwator naszych, ludzkich poczynań, lekceważone, negowane, spychane do poziomu niedorzecznego abstraktu.
Gotowe do skoku jak dzikie zwierzę, aby w chwili, gdy nasza czujność będzie uśpiona, zwalić się nieoczekiwanie niczym mordercza, górska lawina…

Sztywnym krokiem, nie wiedząc czemu, ruszyłem przed siebie, by po jakimś nieświadomym mi czasie odkryć, że podążam w kierunku własnego domu, podejmując prawdopodobnie podświadomie taką właśnie decyzję. Trochę mnie to zdziwiło, trochę zaniepokoiło, wydając się niezwykle osobliwym i jakby nie przeze mnie do końca postanowionym.
Poczułem się przez chwilę, jak gdybym nie utożsamiał się z tym, co robię, jak gdyby nogi same mnie gdzieś niosły, niezależnie od woli i rozumu, przejmując nagle inicjatywę, popychając w całym mym niezdecydowaniu ku czemuś nieznanemu.
Choć zmierzałem bezpośrednio do domu, w umyśle, ni stąd, ni zowąd, pojawiła się nagle natrętna myśl, iż nie powinienem tak tego pozostawić, to bardzo zły pomysł, by wrócić do siebie i biernie czekać na ciąg dalszy – za dzień, za tydzień, może wcale?
To nie do własnego domu szedłem, choć wszystko na to wskazywało.
Nie miałem tam dotrzeć, pomimo iż było już całkiem niedaleko.

Gdy dochodziłem już prawie do miejsca mego zamieszkania i odruchowo, nie myśląc wiele, sięgnąłem do kieszeni po klucz, aby za chwilę otworzyć nim drzwi, coś gwałtownie i kategorycznie powstrzymało mnie i nakazało cofnąć rękę – wrócić.
Nawet dziś, kiedy o tym myślę, wydaje mi się to koszmarnym snem i gorzkim żartem wyobraźni, która owej nocy postanowiła spłatać mi makabrycznego, perfidnego figla i zabawić się moim kosztem, rozpoczynając grę, a mnie czyniąc jednym z pionków.
I pamiętam każdą chwilę, każdą minutę, która potem nastąpiła…

Wtedy poczułem, że rozpaczliwe sygnały, wysyłane przez niego, szły z miasta, z pewnego, znanego mi z jego opowiadań domu – domu jego dawnego klienta-oszusta.

Tam też, długo nie zastanawiając się, ruszyłem.
Spojrzałem na zegarek – minęła północ.
Szedłem szybko, stawiając zdecydowane kroki, jakby czasu było za mało, jakby powoli dochodziła ta zła, czarna godzina, kiedy go zabraknie zupełnie.
Znałem adres, wielokrotnie wymieniany przez Ediego w trakcie naszych rozmów, i domyślając się lokalizacji domu, podążałem tam pewnie, mijając nie wiadomo kiedy, kręte, wąskie uliczki, wiodące do znanej dzielnicy willowej.
Gdy już się w niej znalazłem, puściłem się wzdłuż alei drzew, gęsto obrastających niewielką, pogrążoną w uśpieniu uliczkę.
To bez wątpienia musiało być gdzieś niedaleko, całkiem już blisko, wyczuwałem to niemal jak pewnik, jak rzecz oczywistą, wolny od niejasnych, mglistych domysłów, przekonany, że za chwilę stanę przed poszukiwanym domem i upewnię się, że właściwym ruszyłem tropem.
Jako że pora była późna, w żadnym z okien nie paliło się światło, osiedle dawno temu poszło spać i wokół panował mrok, słabo rozświetlony mdłym światłem latarń.
To właśnie tchnienie Zła wyczuwałem owej, dziwnej nocy, strumień mrocznej, brudnej energii, który jak nić Ariadny prowadził mnie do tego przeklętego miejsca, pod ten dom.
I jego sygnały…

Kiedy dostrzegłem palące się światła, bez upewniania się już wiedziałem, że to tu miałem znaleźć się w tę przedziwną godzinę.
Krótkie spojrzenie i odpowiedź przyszła wnet sama – adres zgadzał się, byłem na miejscu.
Patrzyłem na zaciągnięte, ciemne zasłony, szczelnie dociągnięte do samej ściany, zadając sobie pytanie, co też się za nimi kryje, jaką tajemnicą zaskoczy mnie to, co odkryję wewnątrz, czy odnajdę go.
Czułem, że tam był i czekał na mnie.
Z łatwością przeskoczyłem przez niezbyt wysoki płot, by po chwili znaleźć się już na terenie posesji, powoli i ostrożnie posuwając się w stronę domu, wykorzystując przy tym pojedyncze drzewa i skupiska krzewów jako naturalną osłonę.
Szybkimi, krótkimi zrywami zbliżyłem się do najbliższej ściany, nie odrywając wzroku od zasłoniętych okien, przywarłem do niej i wtedy usłyszałem przytłumione, wyraźne krzyki – głos należał do młodego człowieka, który wrzeszczał w przypływie wściekłości, po chwili gwałtownie milknął, tylko po to, by za moment zaczynać od nowa, rozjuszony, kipiący piekielnym gniewem. Nikt mu nie odpowiadał, lecz czuć było bez słów, że ktoś go musiał słuchać.

Powoli zacząłem posuwać się wzdłuż muru, patrząc do góry w nadziei, że natrafię w końcu na otwarte okno i nie pomyliłem się: jedno z nich było niedomknięte, lekko uchylone, poruszało się nieznacznie w rytm podmuchów nocnego wiatru.
Niewiele myśląc chwyciłem oburącz za parapet i odbiwszy się nogami od ziemi, podciągnąłem się z całej siły. W ten sposób wślizgnąłem się do pokoju.
Okazał się pusty i nieumeblowany. Na palcach podszedłem do drzwi i chwyciłem za klamkę.
Ruszyłem korytarzem, który tonął w półmroku w kierunku, z którego dobiegały nienawistne wrzaski, na pierwsze piętro, i znalazłszy wnet schody, zacząłem piąć się po nich ostrożnie.
Uderzyło w oczy ostre światło, co natychmiast uświadomiło mi, że jestem już prawie na miejscu. Stojąc na ostatnim stopniu, powili i niezwykle czujnie, wysunąłem głowę zza węgła.
Mój wzrok błyskawicznie padł na nieznajomego mężczyznę, który stał odwrócony do mnie tyłem i wygrażał komuś, kto siedział naprzeciwko niego na krześle i nerwowo wiercił się.
Był doń przywiązany grubym, białym sznurem do bielizny i miał zakneblowane usta.

Poznałem go natychmiast.
Człowiekiem tym był Edi.
A jednak nie pomyliłem się, słuchając sygnałów.

Poczułem niemiły ścisk w gardle i odruchowo rozejrzałem się wokół, jakby czegoś instynktownie poszukując, za czymś wodząc wzrokiem. Wnet oko moje spoczęło na ciężkim, metalowym świeczniku, który nad moją głową wisiał na ścianie. Powoli zdjąłem go z gwoździa i począłem bezszelestnie, krok po kroku, przemierzać pokój w kierunku szaleńca.
Wtedy kątem oka dostrzegłem leżący na stole pistolet…
Przysunąłem się na odpowiednią odległość i z całej siły uderzyłem go świecznikiem w tył głowy. Zatoczył się szeroko, lecz nie upadł. Niepokojąco szybko oprzytomniał i błyskawicznie chwycił broń, i choć obiema rękami próbowałem go jej pozbawić, zaskoczył mnie niebywałą siłą, która przewyższała moją, niebezpiecznie zagrażając życiu.

Nowa fala wściekłości szarpnęła mną i natarłem ze zdwojoną furią na atakującego przeciwnika, który jedną ręką próbował przyłożyć mi pistolet do twarzy, drugą zaś morderczo dusił, wpijając mi nieludzko silne palce w szyję.
Tarzaliśmy się na dywanie, raz ja na nim, raz on na mnie, i doprawdy nie wiedziałem wtedy, jak skończy się ta walka, kto wyjdzie z niej cało, a kto…

Gdy w pewnej chwili wziąłem górę, leżąc na nim, a dokładnie na jego plecach, wgniatając zawzięcie głowę w dywan, podkurczona ręka, w której trzymał broń znalazła się nagle gdzieś pod nim, przygnieciona naszym wspólnym ciężarem, i to sprawiło, że palec nieopatrznie nacisnął na cyngiel.
Odskoczyłem instynktownie na bok, nie wiedząc jeszcze, jaki jest skutek nagłego wystrzału, ale krótkie spojrzenie na bolesny grymas twarzy przeciwnika nie pozostawiał cienia wątpliwości: szaleniec nie żył, padł martwy, strzelając sobie w pierś…
Wtedy skoczyłem na równe nogi i podbiegłem do Ediego, który przerażonym wzrokiem obserwował całą tę mrożącą krew w żyłach scenę, i po wyjęciu z ust knebla oraz rozwiązaniu pęt, zauważyłem to od razu: lęk w jego rozbieganych oczach, lęk i grozę.
Prawdziwą trwogę kogoś, kto właśnie wrócił z piekła, komu śmierć zajrzała głęboko w oczy, kładąc już kościaną rękę na ramieniu i wskazując drogę, którą przyjdzie razem pójść.

Edi bał się nadal, choć było już po wszystkim.
Czułem, że cały drży, on, twardy i silny, dotąd nietykalny dla nieszczęść i upadków, on, który śmiał się w twarz wszelkim przeciwnościom losu, pokonywał każdą przeszkodę, wychodził z tarczą i podniesionym dumnie czołem.
Widząc jego zachowanie pomyślałem, że niczego nie dostajemy na zawsze, nic nie jest nam przypisane niczym przywilej, czy dozgonne wyróżnienie, bowiem kiedyś może przyjść dzień, który otworzy oczy na naszą słabość i ukaże całą bezlitosną prawdę o człowieczym losie.
Edi właśnie ją poznał, tej nocy, kiedy był już bardzo blisko „tamtego brzegu”.
I nie zdziwiłem się wcale, kiedy po kilku dniach absolutnie osiwiał.

Kiedy byliśmy jeszcze w owym koszmarnym domu, z wielką ulgą zdałem sobie sprawę, że na pistolecie szaleńca nie pozostawiłem odcisków palców, z prostej przyczyny, bowiem nie miałem go nawet przez sekundę w dłoni. Nikt zatem w przyszłości nie powiąże mnie z tym, co właśnie miało tu miejsce.

Lecz w jaki sposób Edi pojawił się w tym miejscu?

Drżącym głosem opowiedział mi, co wydarzyło się fatalnego wieczora.
Idąc do mnie został porwany, wprost z ulicy, przez mężczyznę, który okazał się bratem jego dawnego klienta-oszusta, wepchnięty bronią do samochodu i zawieziony do domu, w którym go później znalazłem. Mężczyzna po tym, jak Edi wsiadł do auta, zarzucił mu ciemny worek na głowę, aby nie wiedział, gdzie się właśnie wybiera.
Szaleniec musiał od dawna planować całą tę akcję, krok po kroku, poznając rozkład dnia mego przyjaciela i śledząc go w oczekiwaniu na dogodny moment i miejsce, kiedy będzie mógł go porwać, szybko, sprawnie, bez świadków.
Po przyjeździe zawlókł Ediego na pierwsze piętro i skrępował, wepchnął knebel w usta, aby porwany nie krzyczał.

Obłąkany mężczyzna oświadczył mu, że tej nocy umrze, zapłaci za pomyłkę i to on wymierzy mu karę jako brat, jako ktoś, kto ma do tego dane przez życie prawo i błogosławieństwo Boga, bowiem sam Bóg nakazał mu we śnie, by ukarał tego, który za przyjaciela ma Siły Ciemności i postępuje wbrew Jego regułom.
Ma się to odbyć równo o pierwszej, taka była wola Pana.
Dodał także, iż mój przyjaciel pożegna ten świat w sposób niepospolity, albowiem zostanie… zamurowany w piwnicy żywcem, w specjalnie przygotowanej dla niego wnęce, co odbędzie się atmosferze triumfu sprawiedliwości i prawości.
Podobno wykrzykiwał: „Przedtem zerżnę cię jak burą sukę, skurwysynu, żeby cię siedzenie paliło, twoje drobnomieszczańskie dupsko, jak te wszystkie kurwy, które dotąd waliłem, a potem potnę ci buźkę brzytwą. Powoli, mocno, tak, żebyś wiedział, czym jest to ostrze. Zmienię cię nie do poznania. Masz mi patrzeć w oczy. Kiedy będę cię ciął, chcę widzieć twój wzrok. To będzie jazda bez trzymanki. Obetnę ci uszy, nos, wytnę wargi, na koniec kleszczami wyrwę ci język, kutasie! A łapę, którą brałeś kasę za tamtą sprawę, odrąbię ci siekierą. Poczujesz, co to umieranie, dam ci to”.
Potem dodał, że wszystko to spocznie w słoju z formaliną.

Krzyki, które słyszałem, zanim doszło między nami do walki, były częściowo wyrazem wściekłości szaleńca w stosunku do „wiarołomnego” prawnika, a chwilami stanowiły swoisty dialog z Bogiem, który zapewne przez cały ten czas do niego przemawiał i zachęcał do mordu.
Słuchając ich, nie wiedziałem, że powoli zbliżała się pierwsza…
A więc, gdybym spóźnił się choć godzinę, Edi już by nie żył.
Kiedy mój przyjaciel po jakimś czasie nieco ochłonął, ostrożnie, by nie zostać zauważonym, wymknęliśmy się z przeklętej willi. Przedziwna rzecz – wystrzał nie obudził nikogo z sąsiadów, w oknach nadal panował mrok i nikt nie kręcił się po pogrążonej w uśpieniu uliczce.

Ta noc miała odmienić całe życie Ediego, nieodwracalnie, radykalnie i bezpowrotnie.

Tam, w tym nieznanym domu, narodziło się coś, czego do dziś nie rozumiem, i jestem pewien, że nigdy mi się nie uda – coś, co stało się skutkiem, i choć wiele razy się nad tym zastanawiałem, zawsze wracałem do punktu wyjścia.

Do rana przesiedzieliśmy u mnie, niewiele rozmawiając, godząc się powoli z tym, co zaledwie przed chwilą zaszło, starając się pozbierać rozbiegane, chaotyczne myśli, odnaleźć choć nędzną namiastkę spokoju. Ciszę przerywały krótkie wypowiedzi Ediego:
- Wiesz, o czym wtedy myślałem? Czego najbardziej pragnąłem, wiedząc, że mój czas się kończy? – zapytał znienacka. – Zniknąć, zapaść się pod ziemię, rozpłynąć się w powietrzu. Tego właśnie chciałem. Być wtedy gdzie indziej, bezpieczny i wolny…
Edi płakał, płakał jak dziecko, a w jego oczach wyczytałem wdzięczność, jakiej nie wyrazi żadne słowo, żaden gest. Wiedziałem, co czuje i dziękowałem losowi, że owej, przeklętej nocy stanął po naszej stronie.

Nie tak miało się to wszystko skończyć.
I nie wtedy…

Na dalszy ciąg mieliśmy obaj jeszcze długo poczekać, aż w księdze życia przewróci się następna, nieznana i nieodgadniona karta. W księdze jego życia, bowiem los szykował już kolejną niespodziankę, jakże odmienną, jakże niezwykłą…

Edi już nigdy nie wrócił do siebie.
Stał się człowiekiem zrezygnowanym i biernie przyjmującym wszystko, co przynosi ze sobą życie, nie walczył już o marzenia, nie snuł fantastycznych planów o niewyobrażalnej fortunie, stopniowo zaczął odsuwać się od świata, w miarę, jak dawna werwa i witalność ustępować poczęła milczącemu i tajemniczemu usposobieniu, nastrojowi melancholijno-filozoficznemu, zanikowi wyższych dążeń i ambicji.
Osiadł nagle na mieliźnie bytu, prowadząc małe biuro prawnicze.
Z aktywnej adwokatury zrezygnował na zawsze, nigdy już nie pojawiając się na sali sądowej, ani nie podejmując się żadnych, poważniejszych zleceń.
Nie wracał także do rozmów o pieniądzach, traktując je jak każdą inną rzecz, chłodno, obojętnie, bez cienia entuzjazmu.
Jedyną rzeczą, jak nie uległa zmianie, była nasza przyjaźń.
Choć obaj wiedzieliśmy, że w życiu Ediego nastąpiła gwałtowna przemiana, potrafiliśmy zachować to, co bezcenne i dostosować się do siebie w tych jakże nowych i dotąd nieznanych warunkach. Coś między nami było solidnego jak stal, niezniszczalnego i odpornego na wszystek brud, jaki niesie ze sobą mętna rzeka życia, coś, co zdarza się ten jeden raz, lub, co gorsza, nie zdarza się nigdy…

I przyszedł dzień, który miał okazać się dla mego przyjaciela początkiem nowej, niezwykłej drogi, i przyszło to tak nagle, jak owa zła, przeklęta noc, by spośród miliona życiowych szlaków ukazać ten jeden, dziewiczy.

Pewnego dnia spotkaliśmy się u niego jak zwykle na pogawędkę, bowiem nie widzieliśmy się od kilku dni, a on najwyraźniej miał mi coś ważnego do powiedzenia.
Przyjął mnie w sposób dobrze mi znany, niewróżący niczego zaskakującego, zachowując się spokojnie, będąc w wyraźnie filozoficznym nastroju. Mówił coś o prymacie ducha nad materią, sile sprawczej, jaką jest silnie skondensowana ludzka myśl, mogąca wpływać na rzeczywistość i wszelkie jej przejawy, o tym, że wszystko, co nas otacza, może być jedynie wytworem lub kaprysem czyjejś woli, której zamiar zmaterializował się nagle konkretnym kształtem w wymiernym, widzialnym świecie.
- Wiesz… - powiedział nagle. – Ja się wtedy zmieniłem. Tamtej nocy, pamiętasz, kiedy… Coś się ze mną stało. Nie rozumiem tego i nigdy nie zrozumiem. To się dzieje. Ja to potrafię…
- Ale co? – spytałem poważnie zaciekawiony jego tajemniczymi słowami.
- Za chwilę zobaczysz mnie przed domem – to powiedziawszy… zniknął.
Osłupiały, byłem sam w pokoju, w zaskoczeniu rozglądając się na próżno wokoło.
Ediego naprawdę nie było ze mną, nagle przepadł, rozpłynął się w powietrzu, nawet nie zdążyłem krzyknąć z wrażenia, przerazić się, czy odskoczyć na bok – puste pomieszczenie nagle wypełniło mnie niewypowiedzianą grozą.
Na chwiejnych nogach, z trudem dźwignąłem się z fotela i podszedłem do okna.
Odsunąłem firankę…

Przed domem, na chodniku, stał Edi…

Odskoczyłem jak rażony prądem i przypadłem w przerażeniu do najbliższej ściany.
Serce biło mi jak oszalałe, a w uszach nieznośnie szumiała krew – czyżbym tracił zmysły?
Jeszcze raz przysunąłem się do okna i rzuciłem krótkie spojrzenie: chodnik był pusty!
Zasunąłem firankę i odwróciłem się: za moimi plecami stał Edi.
- Powiedz, co widziałem? Co to było, bo nie rozumiem?
- Widziałeś mnie – rzekł spokojnie. – Ja to potrafię. Myślę, że przekroczyłem barierę lęku, widziałem już śmierć. To poszło dalej, dało nowe narodziny. Tak bardzo chciałem wtedy zniknąć.
- To złudzenie, kaprys wyobraźni!
- Nie, to rzeczywistość, moja obecna rzeczywistość. Już nigdy nikt nie będzie panem mego losu, nikt nie zagrozi mi, nie wyciągnie ręki po życie.
- Czy ty naprawdę…
- Wystarczy, że pomyślę i za chwilę będę tam, gdzie zechcę. To wędrówka ciała i duszy.
- Kiedy to się zaczęło? Po tej nocy, tam?
- Jakiś czas później. Pewnego dnia zapragnąłem wyrwać się do domu, praca mnie nużyła, pogoda pod psem, chciałem po prostu jak najszybciej znaleźć się w łóżku, i uwierzysz, po chwili byłem już w moim pokoju, leżąc wygodnie w pościeli, nie martwiąc się o nic. Tylko jedna, krótka myśl. Nie miałem zamiaru kryć się z tym przed tobą, dlatego poznałeś prawdę.

Po tej rozmowie pozornie nic między nami się nie zmieniło, spotykaliśmy się jak dotąd, rozmawialiśmy godzinami, zachowując się, jak gdyby nic się nie stało, lecz ja podświadomie, tak jak owej fatalnej nocy przeczuwałem, że gromadzą się wokół niego nieznane, czarne chmury, coś z wolna narasta, trudne do uchwycenia i określenia, jednakże wysyłające do mnie złe, zatrute sygnały…
On czuł się bezpieczny i jak niegdyś nietykalny, obdarzony tajemniczym, nieodgadnionym darem, pewien, że jeden prosty akt woli pozwoli mu uniknąć niebezpieczeństwa i przenieść go w spokojne, dalekie od zagrożenia miejsce, gdzie z przymrużeniem oka spojrzy na wroga, jak na kiepski, banalny żart idioty.

Jeszcze kilkakrotnie miałem okazję obserwować jego niezwykłe umiejętności, za każdym razem odczuwając osobliwą ambiwalencję uczuć, bowiem z jednej strony podziwiałem go za niewytłumaczalne zdolności, z drugiej zaś głęboko mu współczułem, lecz czemu tak było, sam nie wiedziałem.

Zbyt tajemnicze było to zjawisko, by można było traktować je jak rzecz oczywistą, nie wiadomo bowiem było, czy jest niezależnym wytworem jaźni mego przyjaciela, czy też stoją za tym obce, bezcielesne byty, które z odległych zaświatów wpływają na bezwolną ludzką marionetkę…
Trudno rzec, czy owa zdolność samorzutnie powstała pod wpływem śmiertelnego, długotrwałego przerażenia, czy też w chwili, kiedy umysł zastygł w mrocznym paraliżu i sytuację tę wykorzystała potężna, nieznana wola, o bezimiennym pochodzeniu, wnikając do niego w momencie największej podatności, by pozostać tam i ujawniać się w odpowiednich sytuacjach.
Nie znając źródła pochodzenia owej tajemnej siły, nie można było stwierdzić, czy niezwykłe „wędrówki w przestrzeni” wynikały rzeczywiście z własnej i niepodległej decyzji Ediego, czy też objawiała się tu obca moc, chwilowo zastępująca własną świadomość, z zachowaniem wszystkich pozorów osobowości oryginalnej.

Niedługo potem zaczęły się eksperymenty.

Mój przyjaciel, z niezrozumiałych dla mnie powodów, postanowił nagłośnić swój niezwykły i zagadkowy przypadek, może nagle wróciła mu dawna chęć bycia w centrum uwagi, może na nowo poczuł się kimś niepowtarzalnym i wyjątkowym, a może po prostu, jak niegdyś, zapragnął zbić na tym niezłą fortunę, stanowiąc nie lada atrakcję, za którą niektórzy gotowi będą słono zapłacić, by tylko dotknąć „niepoznanego”.
Dziś, kiedy to wspominam, myślę jednak, że to właśnie owa zapomniana potrzeba bycia kimś popchnęła Ediego do rzucenia wyzwania losowi, do świadomej prowokacji, by sprawdzić, na ile pozwoli się on posunąć, na ile okaże się posłuszny woli zwykłego, niezwykłego człowieka.

Zaczęto organizować pokazy niesamowitych umiejętności, czasem odbywało się to w kręgach medycznych, innym razem wśród policjantów, jeszcze innym razem wśród przeciętnych, szarych ludzi, którzy chcieli zobaczyć na własne oczy znikającego mężczyznę, co jak duch przenika z łatwością ściany i przenosi się do dowolnego miejsca w przestrzeni.
Lekarze badali go pod kątem ewentualnych anomalii psychicznych lub organicznych, przeprowadzali setki testów i pomiarów tylko po to, by nic nie odkryć, nic nadzwyczajnego nie uchwycić, nie stwierdzić choćby lekkiego wzrostu ciśnienia lub przyspieszenia tętna.
Policja proponowała czasem dość rygorystyczne eksperymenty, polegające na przykuciu do metalowej barierki lub innego, stałego elementu i zamknięcie w zaplombowanym, opieczętowanym pomieszczeniu, aby utrudnić tym samym zbyt łatwe „wymknięcie się”.
Kiedy otwierano później drzwi, znajdowano wewnątrz nadal zatrzaśnięte kajdanki, luźno zwisające z poręczy, co jasno uzmysławiało wszystkim, że i tym razem Edi okazał się chodzącym cudem, czyniącym z niemożliwego możliwe.

Wojsko poszło dalej: kiedyś opuszczono go w zamkniętej kapsule na dno jeziora i bacznie obserwowano gładką taflę, by dostrzec ewentualne ruchy wody.
Nie muszę mówić o potężnym zaskoczeniu widzów, kiedy ujrzeli po chwili mego przyjaciela na przeciwległym brzegu, radośnie machającego ręką i wesoło pogwizdującego.
Jakby tego było mało, innym razem zawieszono go wysoko nad ziemią na potężnym ramieniu dźwigu, w specjalnej uprzęży, z której zniknął, zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć „och!”.
Najwięcej „pokazów” odbywało się w kręgu zainteresowanych nim grup fascynatów, którzy zasypywali go propozycjami spotkań, płacąc nieraz horrendalne sumy za wizytę mistrza.

Pewnego wieczora, przed jednym z takich seansów, spotkaliśmy się jak zwykle, aby porozmawiać i spędzić razem trochę czasu, wypalić cygaro i wypić lampkę wina.
Edi był w doskonałym humorze, widać było, że rozpiera go energia i siła, duma z tego, kim się tak nieoczekiwanie i nagle stał, jakąś niespotykana dotąd euforia i poczucie wszechmocy, którego nigdy wcześniej w takim natężeniu u niego nie widywałem.
Był zaskakująco wesoły i dowcipny, mówił wiele i do rzeczy, znów tak jak niegdyś przed laty rzucał w przestrzeń śmiałe plany, i nagle zauważyłem, że na nowo zaczął marzyć, pełen wiary, która mogłaby góry przenosić, dodając skrzydeł, obiecując wszystko, co świat może dać.

Z błyskiem w oku i z szelmowskim uśmiechem chwalił się pokaźnymi pieniędzmi, które w oszałamiającym tempie zarabiał na pokazach, jeżdżąc po całym kraju, a nawet będąc wielokrotnie za granicą, gdzie jego sława zdążyła już nieźle namieszać ludziom w głowach – i tam każdy chciał zobaczyć człowieka-ducha, jawne zaprzeczenie praw fizyki, zjawisko bijące na łeb, na szyję podrzędnych iluzjonistów, wyciągających niezmiennie od stuleci białego królika w kapelusza.
Napomknął coś o rodzinnym gniazdku, o dzieciach i żonie, której jeszcze nie ma, ale pewnie gdzieś tam, w przestrzeni czeka już na niego, przeznaczona mu i pisana.
Był znów sobą, tym Edim, jakiego znałem przez wszystkie te lata, do owej fatalnej nocy, jakby czas cofnął się i wymazał wszystko, co złe i przeniósł nas do najpiękniejszych chwil naszej przeszłości.
Obaj poczuliśmy się tak tego wieczora, obaj byliśmy znów młodzi, bo młodość nie wiąże się z wiekiem.

I kiedy poprosił mnie po raz pierwszy w życiu, bym wziął udział w jego pokazie, zgodziłem się chętnie i z radością, bowiem jego radość była moją, jego sukces stawał się moim własnym, i wiedziałem, że tak pozostanie, tak będzie, dopóki będziemy żyć.
Spotkanie miało się odbyć w mieszkaniu pewnego wspólnego znajomego i tam też udaliśmy się tego niezwykłego wieczora, beztroscy, jakby świat dopiero co otworzył nam swe wrota.
Gdy wszyscy się już zebrali, Edi oznajmił, iż zaprezentuje coś, czego nigdy dotychczas nie wykonywał, a mianowicie przemieści się do odległego o niecałe dwadzieścia kilometrów miasteczka i w związku z tym, aby uwiarygodnić cały eksperyment, poprosił jednego z zebranych, żeby zadzwonił do kuzyna zamieszkującego tam, którego Edi znał osobiście, miał on oczekiwać na mego przyjaciela w domu.
Natychmiast zadzwoniono i po chwili nadszedł czas na najważniejszy moment wieczoru.
Zapanowała cisza i skupienie.
Każdy przyglądał się wszystkiemu wokół, by nie przeoczyć żadnego szczegółu i zapamiętać cały fenomen jak najdokładniej, minuta po minucie.
Wtedy Edi wstał, wyszedł na środek i… zniknął.
Wśród zebranych dał się słyszeć cichy szmer podziwu, ktoś podszedł do okna i otworzył je, ktoś inny zapalił papierosa.
Jakaś kobieta osunęła się z wrażenia na sofę.
Po upływie dziesięciu minut zadzwoniono do miasteczka, by upewnić się, że Edi „dotarł” tam szczęśliwie, lecz to, co usłyszano, zaniepokoiło wszystkich…
Mężczyzna, do którego dzwoniono stwierdził, że jest nadal sam w domu.
Po kwadransie ponowiono próbę rozmowy, lecz i tym razem odpowiedź była taka sama.

Tego wieczora, który przeciągnął się do późnych godzin nocnych, dzwoniono jeszcze kilkakrotnie, niestety na próżno – Edi nie pojawił się w miasteczku, nie pojawił się również później.
Nikt nigdy go już nie spotkał, nikt nigdzie nie widział.
I ja należałem do tych, którym nie dane było oglądać go żywego.
Tego wieczora był nasz ostatni raz.

I mijały miesiące i lata, lecz on nie wracał.

Wtedy zrozumiałem, że musiał zagubić się gdzieś między wymiarami trwania, zabłądzić, wchodząc na fałszywą, ślepą drogę, z której nie było już powrotu do naszego świata.
I jest tam gdzieś nadal, sam, wciąż szukający drzwi do tego poziomu istnienia, wciąż wierzący w swoją szansę.

Patrząc na naszą fotografię, na dwóch, młodych, szczęśliwych ludzi, przed którymi było całe życie i tysiące marzeń do spełnienia wiem jedno, że gdziekolwiek dziś jest, widzi mnie i wie, co czuję, i choć to może zabrzmieć niedorzecznie, wciąż wierzę, że nadejdzie taki dzień, kiedy wróci i znajdzie tę właściwą drogę.
I trzymając to zdjęcie cieszę się, że chociaż tak go mam.
Bowiem pewne rzeczy nigdy nie umierają.
Odejdą wraz z nami, kiedyś, gdy wybije ostatnia godzina.
Lecz czy i wtedy nie zabierzemy ich do innego, lepszego świata?




28 stycznia 2014




































Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 09.02.2014 19:11 · Czytań: 574 · Średnia ocena: 4,67 · Komentarzy: 24
Komentarze
ajw dnia 10.02.2014 11:10 Ocena: Świetne!
Niezwykle interesująca historia ocierająca się o zjawiska paranormalne. Fascynujący temat wybrałeś, miku :) Nie dość, że triller, to jeszcze o zabarwieniu nadprzyrodzonym.
Słyszałam o zjawisku bilokacji, bo kilku świętych miało takie umiejętności, ale oni byli naraz w dwóch miejscach. Podobno Ojciec Pio miał ten dar, a także siostra Faustyna. Podobno jest to zwiazane z posiadaniem bliźniaka astralnego. No ale, żeby rozpływać się w powietrzu i pojawiać się w innym miejscu.. Niesamowite.
Ciekawie poprowadziłeś akcję od poczatku do końca. Jestem pod wrażeniem :)
Pozdrawiam serdecznie :)
pablovsky dnia 10.02.2014 14:22 Ocena: Bardzo dobre
Miły kolego pisarzu! Przysiadłem nad Twym dziełem, poczytałem sobie, posmakowałem Twoich świetnych konstrukcji. Cóż mógłbym napisać. Z pewnością wciągająca historia. To, że potrafisz pisać tego typu opowiadania i robisz to w sposób całkiem udany- wszyscy wiemy. To, że umiejętnie zamieniasz myśli na słowa- również wiadomo. To, że nad wyraz umiejętnie budujesz napięcie- przyzwyczaiłeś nas. Konstrukcja Twoich zdań, również jest na wysokim poziomie, daleko mi jeszcze, aby osiągnąć Twój poziom.
Czyli co, Michale? Musiałbym postawić Ci najwyższą ocenę? A tu Cię zaskoczę i nie postawię! :) Bo znalazłem, według mojego odczucia, jeden minus, patrząc na całokształt. Uważam, ze Twoje opowiadanie jest chwilami zbyt "przegadane". Zbyt wiele zdań, które można by ominąć, nie tracąc treści, a zyskując jeszcze lepszy efekt napięcia. Ale to moja sugestia i z pewnością na Twoją obronę przemawia fakt, że lubisz taki sposób narracji.
Pozdrawiam i odchodzę w pełni usatysfakcjonowany. No, może w pełni ;)
al-szamanka dnia 10.02.2014 21:09 Ocena: Świetne!
Cytat:
uśmie­cha­jąc się w duchu z nie­ja­kim nie­do­wie­rza­niem, iż kie­dyś kro­czy­ło się in­ny­mi dro­ga­mi, ota­cza­ło się

iż kiedyś kroczyłem innymi drogami, otaczałem innymi ludźmi
Cytat:
pełni wiary, że świat bę­dzie nasz, (gdyż)to tylko kwe­stia czasu,

Cytat:
mi ma­ka­brycz­ne­go, per­fid­ne­go figla i za­ba­wić się moim kosz­tem, roz­po­czy­na­jąc grę, a mnie czy­niąc jed­nym z pion­ków

Cytat:
Kiedy do­strze­głem pa­lą­ce się świa­tła, bez upew­nia­nia się już wie­dzia­łem, że to tu mia­łem zna­leźć się w tę prze­dziw­ną go­dzi­nę.

zbędne
Cytat:
A łapę, która(ą) bra­łeś kasę za tamtą spra­wę, ob(d)­rą­bię


Jak zawsze wpadłam doszczętnie w Twoje opowiadanie.
Masz taki sposób pisania, że już po paru zdaniach jest się niejako w środku dziania.
Znowu jest wyjątkowa przyjaźń, głęboka, pozwalająca istnieć tym dwojga w wyjątkowej syntonii - poza czasem i poprzez odległość.

Wiem, że tak brutalne przejścia potrafią odmienić człowieka kompletnie.
To, co niegdyś ważne, staje się błahe.
I odwrotnie, drobiazgi nabierają znaczenia.
U Ediego pojawia się cudowna właściwość.
I to jest też typowe dla Twoich tekstów - paranormalne zjawiska.
Czytając, zaczęłam rozmyślać, co takiego ja mogłabym zdziałać, gdybym potrafiła się niewidocznie przemieszczać z miejsca na miejsce. Kurcze, zaczęłabym ratować ludzi, odbijać ofiary terroryzmu... może nawet odbierać bogatym a dawać ubogim, jak niewidzialny Robin Hood.
Twój Edi zaczął zbijać kasę.
Ale...
Myślę, że i to mu się znudziło, że przejrzał, zobaczył bezsens tego co robił.
Mam wrażenie, że końcowa scena to po prostu dobrze przemyślana inscenizacja, a Edi żyje gdzieś bardzo daleko i spokojnie w małej chatce, uprawia warzywa tylko na potrzeby własne, może hoduje kozę.
I już niedługo ujawni to wszystko przyjacielowi - przecież ten nie darmo odnalazł zdjęcie.
Myślę, że to znak:)

Aha, no i czytało się przewybornie:)
amsa dnia 10.02.2014 23:34
Mike17 - hm.... Bardzo zajmująca opowieść. Główny motyw - przyjaźń - i to jaka. Wspólnota myśli, odczuwania, sprzężenie dwóch dusz. Myślę, że zdarzają się takie relacje, są niezwykłe i rzadkie, ale są. Chociaż mam nieodparte wrażenie, że nakreśliłeś dwie odmienne osobowości. Jedna, jak to się mówi rzutka, pełna wigoru, nieco może nawet dominująca, ale nie przytłaczająca. Druga, nie wiele o niej, ale chyba bardziej uległa, spokojniejsza, wyciszona.
I zmiana, czy właściwie trzy zmiany, jakie wyczytałam, u Ediego. Beztroska, potem buta, kara za nią rozlana w przerażeniu, zrozumienie kruchości życia, może zamieniona w pokorę, ale szansa nie została wykorzystana. Ostatnia metamorfoza przyniosła całkowitą zgubę, w sensie dosłownym, jako konsekwencja uznania siebie za kogoś lepszego od innych. Mam wrażenie, że ludziom często uderza do głowy, to kim są, jakie mają talenty. Ale czyż sami je osiągnęli, czyż to nie zostało im dane za nic? Nie mieli przecież na to wpływu, tak jak nie mają na kolor włosów, wzrost. Jedyne na co człowiek ma wpływ, to sposób wykorzystania otrzymanych darów. Ale one nigdy nie powinny być powodem do wywyższania się nad innymi, bo umiejętności to tak naprawdę rzecz drugorzędna. Poza tym zdolności niewykorzystane dla dobra innych - cóż znaczą? Myślę, że bywają sidłem, bardzo niebezpiecznym sidłem dla posiadacza tychże.
Osobiście bardziej mnie intryguje narrator. Niewiele o nim wiemy. Ale z pewnością umiał być wiernym towarzyszem. Tak się zastanawiam, czy zniknięcie, tak nieoczekiwane, w sumie nie było ratunkiem dla opowiadającego, bo przyjaciel zaszedł już za daleko...
Odnajduję tu pewną myśl wcale nie prowadzącą mnie w stronę fantastyki, czy pewnego rodzaju horroru, ale całkiem egzystencjalnej prawdy...

Podoba mi się sposób Twojego pisania. Początkowo myślałam o tym, żeby zasugerować skrócenie zdań, ale później uświadomiłam sobie, że ich długość jest w tym wypadku celowym zabiegiem, budują atmosferę.
Lubię Twój charakterystyczny styl. Jest niby płynny, lekki, ale umiesz nim powoli natężać napięcie, bez pośpiechu, jednak doprowadzasz czytelnika do kulminacji utrzymując cały czas uwagę.

Pozdrawiam

B)

Nieco moich spostrzeżeń i sugestii do ewentualnego rozważenia.

Cytat:
Nigdy w ni­czym ze sobą nie ry­wa­li­zo­wa­li­śmy, za­kła­da­jąc, że two­rzy­my spój­ną ca­łość i nie mu­si­my sami przed sobą udo­wad­niać, kto jest lep­szy, a kto gor­szy, ro­zu­mie­li­śmy bo­wiem, że je­ste­śmy tacy sami, iden­tycz­ni i sobie równi, we wszyst­kim tak samo ob­da­rze­ni przez los i wy­róż­nie­ni, wza­jem­nie się sza­nu­ją­cy i trak­tu­ją­cy naszą przy­jaźń jak naj­cen­niej­szą rzecz, jaka nam się dotąd w życiu przy­da­rzy­ła.

Nie spo­sób było się ze sobą nu­dzić – za­wsze wie­dzie­li­śmy,
- w tym fragmencie sporo razy powtarzasz sposób
Cytat:
przed po­szu­ki­wa­nym domem i upew­nię się, że wła­ści­wym ru­szy­łem tro­pem.
- może - ruszyłem właściwym tropem.
Cytat:
pod­kur­czo­na ręka, w któ­rej trzy­mał broń zna­la­zła nagle gdzieś pod nim,
- brakuje się
Cytat:
- Stojąc na ostatnim stopniu, powili{/quote] - powoli
[quote]dniach osiwiał absolutnie
- absolutnie osiwiał
mede_a dnia 11.02.2014 08:01 Ocena: Bardzo dobre
Bardzo trudno ocenić mi Twój tekst. Przede wszystkim ze względu na temat. Jestem bardzo racjonalną, logiczną osobą. Nie wierzę w astrologię, czarne koty, magię, kinestezję, bilokację, sny, przeczucia, znaki, ufo, duchy i inne zjawiska z archiwum x. Wszelka metafizyka - inna niż poetycka, tylko jako konwencja służąca jak najwszechstronniejszemu pokazaniu kondycji człowieka, społeczeństwa - jest mi obca. I życiowo, i literacko. Żebym była dobrze rozumiana: "Mistrz i Małgorzata", "Sto lat samotności", "Kocia kołyska", "Dom duchów" i długo by wymieniać- uwielbiam. Ale już cały King - poza "Misery" - absolutnie nie. Również kryminałki wszelakie też nie.

Dlatego temat nie przypadł mi do gustu, bo wszystko na serio. Tak prowadzisz opowieść, by czytelnik uwierzył, że TAK było. A ja nie wierzę. Ponadto nie dostrzegłam uzasadnienia dla historii przemiany bohatera w Dawida Copperfielda na "jak najbardziej poważnie" innej niż... hmm...komercyjna? Cześć do momentu przemiany podobała mi znacznie bardziej niż ta po.

Ale muszę Ci oddać sprawiedliwość. Masz wyobraźnię. Nie czułam jakiejkolwiek wtórności, że to już było, gdzieś czytałam. Choć może to tylko mój brak obycia z tego typu literaturą. Natomiast bardzo na tak jestem dla stylu, dla sposobu prowadzenia historii. Mimo że temat mnie nie porwał, nie zmęczyłam się czytaniem i w sposób płynny dotarłam do końca. Ładnie charakteryzujesz bohaterów, płynnie przechodzisz do kolejnych akapitów. Dobrze opanowałeś interpunkcję. Dostrzegłam kilka błędów, gdzieś niepotrzebny przecinek przed albo, gdzieś brak wyróżnienia wtrącenia, coś tam jeszcze, ale na tle portalowych tekstów pod tym względem - bardzo dobrze. Masz trochę powtórzeń. Ale i tak wysoko Cię oceniam.

Drogi Mike17. Mam nadzieję, ze nie urazi Cię moja opinia. W prozie tak krótkiej jak portalowa bardzo trudno mnie zadowolić i rzadko co mnie zachwyca. W dodatku moje preferencje literackie... Wiesz, że na stare lata odchodzę coraz bardziej od fikcji na rzecz dokumentu, wspomnień, listów? Może się przesyciłam wytworami wyobraźni...

Pozdrawiam.
mike17 dnia 11.02.2014 11:42
Witajcie moi drodzy pod tym opowiadaniem, miło mi było Was tu gościć, więc powiem teraz parę słów od siebie:

Iwonko, tak, niektórzy święci, ale nie tylko (Stefan Ossowiecki, przedwojenny jasnowidz też posiadał zdolność bilokacji) potrafili być w dwóch miejscach naraz, ale ja wprowadziłem tu nowy element - absolutne zniknięcie, czyli "podróż" w czasie i przestrzeni. Jednak, jak widać po finale tej opowieści, w eterze jest coś na kształt labiryntu, dróg jest wiele i Edi wszedł na tę niewłaściwą, choć to tylko domniemania, bo przecież całość jest fikcją.
A może nie wszedł na żadną, hm?
Może wciągnął go wir Niebytu, co równoznaczne było ze śmiercią?
Nie znam odpowiedzi i nigdy nie poznam...
Pablo, zgadza się, lubię, jak mnie ponosi w pisaniu, staram się poza prowadzeniem akcji budować klimat i napięcie, a tu już trzeba nieco sypnąć słowem. Musiałem tu wykreować atmosferę przyjaźni i rozumienia się bez słów, wątek sensacyjno-kryminalny, w końcu zaakcentować mocno rys paranormalny. Takich rzeczy nie sposób opisać metodą reporterską, trzeba "wejść" w to i odmalować całość.
Opowiadanie i tak mocno okroiłem, pozostawiając moim zdaniem tylko to, co dla niego najważniejsze - zniknęły niepotrzebne dialogi i część opisów.
Takie już moje zwichnięcie twórcze, że nie lubię pisać rzeczy krótkich, co nie znaczy, że nie lubię ich czytać, owszem, nawet bardzo.
Aldonko, tam, gdzie będzie to możliwe, naniosę zmiany, dziękuję za sugestie.
Znów postanowiłem poruszyć mój ulubiony temat przyjaźni.
Paranormal zawsze mnie fascynował i często się u mnie pojawia, jako że wierzę w wiele wymiarów rzeczywistości, nie tylko ten widzialny, w wielość światów. Niektórym dane jest w nie wchodzić, ale to zawsze wiąże się z ryzykiem, którego nie przewidział Edi, zaślepiony swoją popularnością i oszołomiony darem, który też nie wiadomo, skąd pochodził, może nie stało za nim Dobro? I chciałem pokazać tu, że nigdy w życiu nie można być niczego pewnym, nie popadać w pychę i samozachwyt. Ediemu sytuacją trochę wymknęła się spod kontroli, stracił czujność. A może to on był kontrolowany przez nieznaną Moc?
Myślę, że pogubił się i zniknął na dobre, o jedną podróż w czasie i przestrzeni za dużo...
Amso, staram się pisać w miarę dynamicznie, by cały czas, jak to zauważyłaś słusznie, podtrzymywać napięcie i zainteresowanie czytacza, zachowywać proporcje w poszczególnych wątkach, w końcu na koniec zaskoczyć.
Znany jest ogólnie przypadek ojca Klimuszki, który w podobnych okolicznościach dostał swój niezwykły dar (jasnowidz, wizjoner, medium, parapsycholog, zielarz), mianowicie hitlerowcy mieli go już zabić, śmierć była już tak blisko, że wywołało to w jaźni przeżycie graniczne, silny wstrząs, który z kolei wyzwolił drzemiące w niej energie psychiczne i nadświadomość.
Tyle że sławny zakonnik pomagał ludziom (nawet milicji), pozytywnie używając swojego daru, zaś Edi postawił na zbicie kasy i sławę, może tu tkwi odpowiedź na pytanie, czemu przegrał?
O narratorze nic nie wiemy, to celowy zabieg, chciałem skupić się tylko na postaci Ediego, i pokazać wszystkie etapy jego życia, i przemiany, które im towarzyszyły.
Masz rację, jeśli ma się jakiś niezwykły dar, trzeba z niego mądrze korzystać - to podstawa.
I to właśnie chciałem tu pokazać.
Mede_o, wiem, że każdy z nas ma swoje gusta, wiem, że nie do każdego dotrze się tym samym opowiadaniem, to normalne i zrozumiałe. Ja, na przykład, jestem realistą, ale wierzę w Paranormal, i wcale się to nie kłóci ze sobą, wręcz uzupełnia, ale to moje prywatne zdanie. Rozumiem Cię doskonale, że utwory fikcyjne nie przemawiają do Ciebie tak, jak literatura faktu, i cieszę się, że pomimo to udało Ci się przejść przez tę opowieść, w której element przenoszenia się z miejsca na miejsce jedynie za sprawą aktu woli jest moim wymysłem, nie spotkałem się jeszcze ze wzmianką, by kiedyś ktokolwiek posiadał taką moc.
Jednak faktem jest, że niewyobrażalne przerażenie potrafi zmienić psychikę człowieka w sposób nieodwracalny i ten motyw jest tu prawdziwy - zmiany bywają negatywne, jak i pozytywne, co opisałem wcześniej na przykładzie o. Klimuszko.
Mózg to zagadka, to tajemnica, którą naukowcy wciąż eksplorują i wciąż mają co odkrywać.

Wszystkim Wam bardzo dziękuję za czytanko, za pobycie z moimi bohaterami i za garść miłych słów :) - aż chce się dalej pisać i pisać.

Pozdruffki prawie wiosenne :)
blaszka dnia 11.02.2014 18:36
Jaka wyobraźnia! Wszystko opisujesz tak szczegółowo, dbając o detale, do tego narracja pierwszoosobowa, co wytwarza silne wrażenie wiarygodności. Wchodzi się w opowiadanie całym sobą i czyta do końca bez zatrzymywania.
Ileż tu wydarzeń, a wszystkie ze sobą zgrabnie powiązane, a pomiędzy nimi powplatane ciekawe myśli filozoficzne, a całość przenika ciepły wątek prawdziwej przyjaźni.
Pięknie i wartościowo.
Można dyskutować na wiele tematów pod Twoim tekstem. Dla mnie najcenniejsze jest to, co piszesz o współodczuwaniu z drugim człowiekiem. Wiem z doświadczenia, że takie zjawisko istnieje naprawdę, a Ty je znakomicie opisujesz.
Gratuluję świetnego utworu!
marukja dnia 11.02.2014 19:36
Witaj Mike!
Tekst robi wrażenie, przede wszystkim objętościowo - pokaźnych rozmiarów. I za to wielki szacun, ja w życiu chyba tyle nie napisałam, co Ty tutaj. :)
Treściowo - zaskoczyłeś mnie. Nie spodziewałam się, spotkać człowieka-ducha. I w tym kontekście tytuł jest bardzo trafiony, zresztą jak zawsze. Masz fajne tytuły, zapadają w pamięć na długo i świetnie odzwierciedlają teksty.
Podoba mi się użycie kursywy, fajny trik. Był moment, kiedy czytając, pomyślałam o Pulp Fiction, o scenach z Pokrakiem, choć to może moje zbyt luźne asocjace spowodowane wielokrotnym oglądaniem filmu. ;)

Tutaj chyba 'jakże' za blisko, wpada na siebie:
Cytat:
Jakże roz­pacz­li­wie chcia­łem ją mieć.

Cytat:
Jakże za­pa­mię­ta­le prze­trzą­sa­łem wie­lo­krot­nie cały dom


A ten fragment przypadł mi szczególnie do gustu:
Cytat:
nie­szczę­ście, ten pod­stęp­ny ob­ser­wa­tor na­szych, ludz­kich po­czy­nań, lek­ce­wa­żo­ne, ne­go­wa­ne, spy­cha­ne do po­zio­mu nie­do­rzecz­ne­go abs­trak­tu.


Miło poczytałam,
pozdrowienia!
mike17 dnia 11.02.2014 21:20
Blaszko, zawsze staram się dołożyć wszelkich starań, by moje utwory, nawet te z pogranicza horroru i thrillera, brzmiały wiarygodnie i by każdy detal miał swoją wagę, by było tylko to, co wnosi coś do opka i akcji tak, by w tej maszynerii wszystkie trybiki współgrały od początku do końca.
Motyw przyjaźni i miłości jest moim ulubionym, często po nie sięgam, bo chcę, by opowiadanie było o CZYMŚ, nie zaś tylko jakimś pograniem przypadkowymi słowami, chcę COŚ przekazać.
Tu miało być "wartościowo", jak wspomniałaś, miała być przyjaźń, która przetrzyma wszystko, z której coś wynika.
Świadomie wplatam wątki filozoficzne, egzystencjalne, lubię zasiać ferment.
By było wiadomo, że to mogło się naprawdę wydarzyć, i że jakby tak pomyśleć, to w życiu wszystko jest możliwe, a obok istnieje inny świat, który z naszym się przenika i krzyżuje, i czasem znajdujemy doń drzwi, zupełnie przypadkiem...
Zależy mi, by czytacz pamiętał to, co przeczytał nawet za parę lat - to będzie dla mnie wielka nagroda.
Marukjo, ja już mam takie zboczenie, że poniżej 30000 znaków nigdy nie schodzę, mam wrażenie, że gdybym to zrobił, nie powiem i nie pokażę wszystkiego, com chciał.
Wychowałem się na długich opowiadaniach i może teraz sam takie piszę?
Nad tytułami długo myślę i tu zawsze mam problemy, za duża gonitwa myśli się wtedy uruchamia, mózgowie szaleje, a ja już sam nie wiem, co dobre, a co będzie kwasem :)
W końcu coś tam przyklepuję i jest tytuł.
Pomysł na super dar Ediego podsunęła mi oszałamiająca kariera przedwojennego amerykańskiego maga Harry'ego Houdini, który może nie potrafił znikać, ale miał wiele w temacie iluzji do powiedzenia, wystarczy poczytać w necie o nim, a włos się jeży na rękach, gościu był niesamowity i zdobył ogromną popularność.
Chciałem iść dalej i Paranormal doprowadzić do perfekcji, czyli całkowite zniknięcie.
Szkoda tylko, że Edi chyba tak naprawdę nie umiał zapanować nad swoim darem, tak w ogóle nic o nim nie wiedząc...

Drugie "jakże" zaraz zamienię na coś w podobie :)

Dziewczyny, muchos gracias, dzięki wielkie i zapraszam, ilekroć chęć najdzie :)
blaszka dnia 12.02.2014 18:33
Zatem realizujesz swoje artystyczne założenia. Plan - działanie - dzieło. Skutecznie i perfekcyjnie. I robisz swoje, nie oglądając się na za i przeciw. Za takim działaniem zazwyczaj idzie nagroda, choć czasami lat trzeba.
Więc za parę lat zapytaj mnie, czy pamiętam Ediego?
A ja wtedy zapytam, czy się odnalazł?
Ciekawa jestem, co odpowiesz.
Ok? Umawiamy się? ;)
mike17 dnia 12.02.2014 18:42
Jasne, już dziś :)
Niech lata płyną.
Zapytam Cię, jeśli dane nam będzie być w kontakcie :)
A czy się odnajdzie, hm... tego nie powiem.
Choć mogę maczać w tym palce...

:)
blaszka dnia 12.02.2014 19:12
Ano właśnie, jakie to piękne, że możesz sam decydować o losach swojego bohatera. Tworzenie - jakże w tym podobni jesteśmy do Stwórcy.
A czy będziemy w kontakcie? No, wiesz, uzależnienia ;)
mike17 dnia 12.02.2014 19:26
A więc będziemy, moja miła, na bank, a nawet bardziej :)
Coś mi się widzi, że Edi jednak wróci, ale...
Nic nie będzie już takie jak dotąd, wszystko pójdzie innym torem.
Już zaczynam o tym myśleć.
Pewnego dnia wrócimy, i ja, i on... :)
akacjowa agnes dnia 13.02.2014 11:21 Ocena: Świetne!
Usiadłam, zaczęłam czytać i... nie mogłam przerwać. Od początku czułam, że to nie będzie zwykły kryminał, czy sensacja. I się nie zawiodłam.
Twój tekst traktuje o sprawach, które są bliskie moim rozważaniom. Czy faktycznie nie jest tak, że gdybyśmy uwierzyli i naprawdę czegoś chcieli, to jesteśmy w stanie to osiągnąć? Uważam, że wolą, wiarą i marzeniami możemy zdziałać mnóstwo, tylko często nie pozwalamy sobie na to. Strach przed rozczarowaniem, obawa przed wyśmianiem i po prostu brak wiary blokują i zatrzymują w miejscu a nawet przyczyniają się do wycofywania się z planów i pragnień.

Dziękuję za Twoje pisanie i pozdrawiam gorąco :)
bosski_diabel dnia 13.02.2014 12:05 Ocena: Świetne!
Michale podziwiam :)interesująca historia, fascynujący temat, czuje się w tym "kosmos" bo zawiera nietypowe zjawiska, czytanie to sama przyjemność bo prowadzisz w świat zaświatów.
Jestem pod wrażęniem, myślę, że na tym polu czekają Cię sukcesy, pozdrawiam.
mike17 dnia 13.02.2014 20:19
Wielkie dzięki, Aga, że zawitałaś pod ten tekst, który nie miał być kryminałem, a moim skromnym głosem na temat Paranormalu, tego, czym jest i co oznacza.
Że w życiu człowieka nigdy nie wiadomo, kiedy i jak może dojść do przemiany, po której możesz mieć dar telepatii, jasnowidzenia (o.Klimuszko), czytania w myślach, bilokacji lub teleportacji.
To przychodzi "stamtąd", a skąd, tego nie wie nikt...
Ileż przykładów na to, że nie sposób udawać, że zjawisko nie istnieje - prawdopodobnie istnieje od zawsze, bo zbyt wiele doniesień na ten temat.

Tadeuszu, mój wierny czytelniku, jeśli Ty jesteś, to wiem, że trza pisać dalej :)
Chciałem pokazać przypadek "przeżycia granicznego", po którym w człowieku rodzą się zdolności paranormalne, ale czy potrafimy nad nimi do końca panować?
Chyba nie...
Bo nie wiadomo, skąd pochodzą i jakie siły za tym stoją.
Zagadka zniknięcia Ediego jest przykładem na to właśnie.
Będąc u "szczytu" warto ciągle zachować skromność, bo upadek może być niezwykle bolesny.
Warto pewne rzeczy pozostawić sobie, nie obnosić się z tym.
Skromność zawsze się opłaci.
To był taki mój mały głos właśnie o tym, że czy jest źle, czy jest genialnie, trzeba zachować umiar, bo jak tego nie będzie, może dojść do katastrofy...


Bardzo Wam dziękuję za wizytę i bycie w moim świecie :)

Zapraszam za jakiś czas znów :)
puma81 dnia 14.02.2014 10:44 Ocena: Świetne!
Mike, jak to masz w zwyczaju, zabrałeś mnie w podróż do swojego niezwykle barwnego świata, sprawiając, że zapomniałam, co dzieje się w moim. Wyjątkowo nie przeszkadzał mi tłok w metrze, ludzie opierający się o moje plecy i kłótnie, mające na celu wywalczenie lepszego miejsca. Myślę nawet, że byłam zawalidrogą dla niektórych, gdyż poza wlepianiem oczu w tekst, innych reakcji brak.
To, że kwieciście piszesz, powtarzałam wielokrotnie, że świetnie budujesz fabułę i napięcie, również mówiłam, ale z przyjemnością się powtórzę. W klimat Twoich opowieści wpada się, jak w grząskie bagna, a jedynym ratunkiem jest koniec opowiadania opatrzony datą.
Super pomysł, super wykonanie, chociaż historia ma potencjał na coś jeszcze dłuższego :)
mike17 dnia 14.02.2014 12:26
Jakże mi miło, że podróż do mojego świata była udana i dała Ci ogrom przeróżnych wrażeń, Kasiu, bowiem miało się dziać, miało być tajemniczo i zagadkowo, jak to zwykle bywa w przypadku zjawisk, których drogą logiki wyjaśnić się nie da - można je przyjąć tylko na wiarę, bo innego wyjścia nie ma.

Myślę już o kontynuacji, czego nigdy dotąd nie robiłem - załóżmy, że Edi wraca po latach i co wtedy zaczyna się dziać, kim się po drodze stał, bo może znów doszło do przedziwnej przemiany?
Pomyślę o tym, można to nieźle pociągnąć.

Dzięki ogromniaste za wejście w te klimaty i poczucie, czym jest Paranormal :)

Pozdruffki walentynkowe :)
shinobi dnia 16.02.2014 13:30
Takie tematy paranormalne rajcują Ciebie chyba, bo często poruszasz je w tekstach. Tajemnice, zagadki, dziwne zdjęcia, znikajacy ludzie. Tu Edi znika z wdziękiem, a narracja, choć jak na standardy PP kolosalnie rozbudowana, nie nuży, a wręcz przeciwnie, wciąga.
Dobra robota Mike.
mike17 dnia 16.02.2014 14:18
Zgadza się, Shinobi, my man, od zawsze Paranormal mnie ostro rajcował i cały czas zgłębiam w wolnych chwilach, co się zgłębić da, by bardziej poszerzyć wiedzę o tym, czego nie da się wyjaśnić, a co się dzieje.
Oczywiście są i sceptycy, ale każdy przecież ma prawo do własnych poglądów.

To opko akurat z tych krótszych, tylko 30 000 tysia znaków, poniżej tej bariery prawie nigdy nie schodzę, lubię długie historie, rozbudowane i wielowątkowe, takie do poczytania, jako ktoś, kto preferuje właśnie takie dłuższe pisanie.

Dzięki za wizytę i spotkanie z Edim oraz narratorem :)
Cieszy mnie ogromnie, że wracasz, i że wciąga Cię ta moja pisanina :)
zajacanka dnia 18.02.2014 21:55 Ocena: Bardzo dobre
Tesla, normalnie Tesla! Wziął i zniknął! :) Oglądałam kiedyś film o nim, nie pamiętam tytułu, ale kończył się właśnie totalnym zniknięciem. To tak na marginesie...

Michale, rzadko do Ciebie zaglądam, bo teksty długie, a z czasem u mnie różnie, ale obiecuję nadrobić zaległości, bo Twoje opowieści wciągają, przykuwają uwagę.
Tutaj, jak i w kilku wcześniejszych, które miałam przyjemność przeczytać, opierasz się na pisaniu o przyjaźni; ten sam bohater - o ile pamięć mnie nie myli - się pojawia, kolejne historie wychodzą na światło dzienne... Teraz też zostawiasz szeroko otwartą furtkę: znalezione zdjęcie - może i człowiek się po latach odnajdzie w kolejnym Twoim tekście?
Sprawnie operujesz piórem, opowieść logiczna, psychologicznie i życiowo bardzo dobra.
Miło było poczytać.

Pozdrawiam serdecznie!
mike17 dnia 18.02.2014 22:30
Bardzo się cieszę, Aniu, żeś w końcu po długiej przerwie do mnie zawitała, zapraszam do poczytania moich poprzednich kawałków, może coś w nich dla siebie znajdziesz, staram się być blisko życia, blisko tego, co namacalne, ale też dotykać "nienazwanego", które wnika w ten wymiar, kiedy warunki ku temu odpowiednie...

Wiem, że teksty długie, ale innych pisać nie umiem.
Chcę po prostu coś powiedzieć, powiedzieć to w szerokim wymiarze.
Stąd opowiadania mają swoją długość, ale jakby tak je na części poczytać, to się chyba da :)
Wychowałem się na obszernych tekstach, stąd to zboczenie :)

Wpadaj, kiedy dusza zapragnie!

Pozdro nocne już chyba :)
Wierszybajka dnia 25.02.2014 20:06 Ocena: Świetne!
Myślę, że nie wiele powiedzieć mogę. (Historia smutna, ale przemieszczanie między wymiarami rządzi! ;) )
mike17 dnia 25.02.2014 20:56
A pewnie, że rządzi, jak ktoś umie rządzić samym sobą, choć to chyba nie jest do końca wykonalne...

Dzięki za wjazd i tak wysoką, portalową notę!

Zapraszam pod nowe kawałki :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
xolowr
22/07/2019 01:06
Do wielkich liter jestem przywiązana tak samo jak do małych… »
domofon
21/07/2019 23:34
Dzięki za wnikliwe potraktowanie tekstu. Temat znam niejako… »
JOLA S.
21/07/2019 19:44
Kocanko, ogólnie tekst mi się podoba, chociaż nie… »
Leopold Mysz
21/07/2019 19:40
Wow. Właśnie mi uświadomiłeś, że gość od lobotomii dostał… »
JOLA S.
21/07/2019 19:12
Kazjuno, przepięknie jest czytać Twój komentarz. Daje… »
22227
21/07/2019 17:20
Bardzo dobry wiersz, Pan Cogito, Sofista, Zosima. Jest… »
22227
21/07/2019 17:13
Podobało mi się i fajnie, że poruszasz takie tematy. Mam… »
Kazjuno
21/07/2019 16:49
JOLU.S Spodobało mi się to krótkie i treściwe opowiadanie.… »
Opheliac
21/07/2019 12:48
Powiem tak - ogólnie niezły - ale znając już jednak Twoje… »
AntoniGrycuk
21/07/2019 11:01
Zdzichu, cały sens, jaki chciałem zawrzeć w tym wierszu,… »
Zdzislaw
21/07/2019 10:21
Konstrukcyjnie wszystko utrzymane, rytmicznie i ze… »
Indyphar
21/07/2019 01:39
@Skuul, dzięki za opinię. Co do "wyjaśniania",… »
Skuul
21/07/2019 00:11
zamiast wyjaśnić działanie dajesz czytelnikowi opinie,… »
Skuul
20/07/2019 23:42
czy wieko trumny? mocno poetyckie opisy, w całym tekście… »
Marek Adam Grabowski
20/07/2019 19:45
Patrząc na kategorię spodziewałem się jakieś baśni. Napisane… »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:9
Najnowszy:bertygoforo
Wspierają nas