Najdroższa mamo - mike17
Proza » Inne » Najdroższa mamo
A A A
Od autora: Ostrzegam, to brudny i ciężki tekst, wchodzisz na własne ryzyko. Napisany na podstawie rozmów z przeszłości. Znałem kilku ludzi. Chodzili do tych samych szkół, bawili się na tym samym podwórku, istnieli gdzieś w życiu. Zawsze będą się tacy rodzić. Nie mieli żadnych zahamowań. Mieli potrzebę gadania o sobie. Dali mi zaczyn pod to opowiadanie. To już tyle lat, ale ja nadal pamiętam. Resztę uzupełniłem po swojemu. Zapraszam.
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

                                  

Mamo, to ja, Johnny, mówię dziś te słowa, choć od roku już cię nie ma.
 
Okradałem cię od najwcześniejszych lat, na długo zanim poszedłem do szkoły podstawowej, i kiedy zacząłem przyklejać sobie plastikowe, czerwone paznokcie, poczułem, czym jest bolesna rozkosz, której nie umiałem wówczas jeszcze rozładować i po swojemu zdefiniować.
Zamykałem się w łazience i drapałem nimi po członku, wyobrażając sobie, że robi to kobieta o pięknych palcach, zakończonych paznokciami o kształcie migdałów.
Ty nie byłaś taka: wstydziłem się, że jesteś mała i gruba, a matki chłopaków wyglądają jak latynoskie modelki, ale tej więzi nie przebiła żadna z kobiet, z którymi potem dane mi było żyć – w konfrontacji z tobą jawiły się mdło i tak też odcisnęły w pamięci, jako śmieszne pacynki, lubiące, jak ktoś zdecydowanie pociąga za ten właściwy sznurek.
 
Kiedyś znalazłem na śmietniku japoński komiks o samurajach, którzy obcinali sobie głowy, ręce, nogi, wypruwali flaki, patrzyłem na niego jak urzeczony, chowając w szafie jak najcenniejszy skarb, gdzie czasem wchodziłem w nocy z latarką, by patrzeć na coś, co pompowało w moje żyły zaspokojenie i poczucie, że nowy wymiar bije na łeb, na szyję głupawe zabawy z rówieśnikami na podwórku, bezrozumne kopanie piłki czy grę w kapsle.
I kiedy wkrótce pewnego dnia obudziłem się rano, pierwszą rzeczą jaką odkryłem, była jasna, lepka ciecz na rozporku.
 
Wtedy zainteresowałem się zwierzętami: lubiłem patrzeć na ich strach, słuchać skowytu, kiedy oszalały biłem je kijem, kłułem nożem, kopałem i śmiałem się do rozpuku.
Zmieniały się często w naszym domu, lecz żaden nie zagrzał długo miejsca.
Tamten żółty kanarek nie uciekł oknem, jak ci mówiłem, kiedyś po lekcjach zabrałem go nad rzekę i dotąd trzymałem pod wodą, aż przestał się ruszać.
 
Mamo, pamiętasz wakacje u babci?
Ileż się wtedy wydarzyło.
Choć mówiłem, że idę na ryby, poniekąd krążyłem w okolicach rzeki, tak naprawdę chodziłem godzinami po łąkach, bardzo skupiony i podniecony, i wkładałem do słoika żaby, dżdżownice, a w strumyku spod kamieni wyciągałem grube, czarne pijawki, które wrzucałem do tego, co znalazłem, by patrzeć, jak robaki wiją się, kiedy one wysysają z nich krew.
Żaby ciąłem nożem na kawałki lub rozbijałem młotkiem na miazgę.
A zauważyłaś nagłe zniknięcie kota, który znikąd przychodził codziennie pod dom?
Pewnego dnia już się nie pojawił, powód?
Jakoś go już nie lubiłem.
Polałem benzyną i podpaliłem – latał w kółko jak kula z kosmosu.
Kiedy w niedzielę szedłem do spowiedzi, zawsze miałem uśmiech na twarzy, bo jedynym grzechem, jaki szczerze pamiętałem, było pyskowanie babci i jedzenie kiełbasy w piątek.
Nigdy nie mógłbym okłamać księdza, przecież znasz mnie – bałbym się kary z Niebios.
 
Mario, kurwa to charakter, nie zawód, dlatego czy mógłbym zaprosić cię dziś wieczorem na kolację? Dajesz mi wolność, jakiej nie mam w domu, bo ta stara chce, żebym zajął się małym, częściej bywał w u jej rodziców, oglądał z nią seriale i przy zgaszonym świetle dogadzał jej, choć sama się oszukuje, że to coś w ogóle znaczy – to bigotka, tylko Bóg, wiara i żywoty świętych, to ja czasem biorę ją, jednak, kiedy widzę ten wstręt, natychmiast jestem z tobą.
Duszę się, brak mi tlenu. Ty mi go dajesz, kiedy jestem między twoimi nogami. Dziwka i klient. Czyż to nie idealny układ? To gwarancja bezpieczeństwa, której nie mam z tamtą.
Bo całe to kochanie to klatka, w której zdycham, pieprzona harmonia małżeńska.
Jak ją wziąłem, była jeszcze dziewicą, w wieku trzydziestu trzech lat. Nie do pomyślenia”.
 
Tato, to ja twój syn, skurwysyn, komu dziś śpiewasz serenady?
Komu obiecujesz miłość aż po grób, tak łatwo ci to ponoć przychodziło, tak lekko i jakże niewybaczalnie ohydnie, bo urodziłeś się wszawym kundlem, który myśli kroczem.
Ochoczo strzelałeś spermą na lewo i prawo, i trafił ci się pewnego dnia niechciany synuś, któremu nigdy nie powiedziałeś dobrego słowa, nie kupiłeś prezentu, nie wziąłeś na kolana.
- Matka, obiad! – krzyczałeś, nalewając sobie kolejny kieliszek wódki.
- Już, kochanie – odpowiadałaś mamo, a ja życzyłem, by ten pierdolony cham zadławił się żarciem, sam go mordowałem w myślach na wiele sposobów, ale nigdy nie posunąłem się tak daleko, niemniej jednak był taki wieczór, kiedy akurat kąpał się, a ja przez krótką chwilę zamierzałem wejść do łazienki, włączyć radio do gniazdka i wrzucić mu je do wanny.
Opamiętałem się i z kieszeni jego spodni wyjąłem spory zwitek banknotów – niech myśli, że zgubił po pijaku.
 
Lubiłem oglądać twoje pornosy, tato, które miałeś schowane za łóżkiem jak coś, co stanowiło dla ciebie wartość samą w sobie, jak nagroda za to, czego nie masz pod własnym dachem.
Jacyś murzyni o wielkich fiutach posuwali białe kobiety.
- Johnny, ludzie mówią, że twój stary był już dwa razy żonaty – powiedział Kościsty Teddy pewnego, pięknego, kwietniowego poranka na przerwie szkolnej. – To ostry jebaka, chodzą słuchy, że każdej robi między nogami rozklepiochę. Pewnie mówi w domu, że musi wyjechać na delegację?
Faktycznie często tak mówiłeś i w weekendy znikałeś, by pojawić się kompletnie pijany pod wieczór i w ubraniu paść na fotel i w ten sposób przespać do rana.
- A jacy ludzie konkretnie to mówią? – spytałem.
- A Brandon, choćby.
 
Biłem dotąd, aż stracił przytomność.
Byłem silnym dwunastolatkiem, a on chuchrem, i do dziś nie wiem, czy to złość na ciebie, tato, wywołała u mnie atak szału, czy spowodowała to świadomość, że mieszasz moją matkę z błotem, będąc tak skończonym ścierwem, że tylko anioł mógł z kimś podobnym żyć, a ty nie miałeś zielonego pojęcia, że masz go w domu.
Kiedy myślałem o tobie i tym, kim jesteś, szedłem do parku i po zdjęciu butów i skarpet, ciąłem stopy żyletką i wtedy wracał spokój, odchodziłeś nagle w niepamięć jak gówno spuszczone w kiblu.
Gdy płynęła krew, czułem, jakbym wracał do czasów, kiedy, mamo, spałaś ze mną jeszcze w jednym łóżku, czułem się otoczony murem twojej miłości, a gówniany świat nie miał do mnie dostępu, bijąc łbem o niewidzialną ścianę, stworzoną przez twoją czułość.
 
Nie było tygodnia, bym kogoś dotkliwie nie pobił, to było silniejsze ode mnie, bo była już we mnie przemożna potrzeba, by sycić się ludzkim cierpieniem, już nie zabijałem zwierząt, teraz biłem, kopałem, gryzłem, plułem, wsadzałem palce w oczy, dopóki „przeciwnik” się jeszcze ruszał, a widok krwi wyzwalał we mnie euforię, niedostępną żadnymi, innymi środkami.
Cztery razy zmieniałem szkoły, wywalany na zbity pysk za złe zachowanie i to, że słowo „pierdol się, facet” stało się w moich ustach ripostą na wrzaski nauczycieli, którzy mieli na mnie taki wpływ, jak na umarłego kadzidło.
W końcu wylądowałem w budzie, do której chodził przyszły kwiat świata przestępczego i tu poczułem się jak u siebie, lecz miał to być kolejny etap w moim „wewnętrznym rozwoju”.
Kiedy pewnego dnia dałem nożem jakiejś ciocie, stałem się bohaterem, nikt mnie nie sypnął, a ten, którego poczęstowałem kosą, schodził mi z drogi ze spojrzeniem zbitego psa.
 
Wiesz, tato, kiedy byłeś w „delegacji”, zacząłem zaglądać do twoich butelek.
Dziś już wiem, że alkohol jest bogiem, jest panem duszy i ciała.
Wygłosi ci swoje kazanie, a potem powie, byś klęknął, i klękniesz, bo to bóg silny.
Nigdy nie stałem się tobą, pijąc tylko tyle, by zachować jasność umysłu i kontrolę na każdą sytuacją, jaka była mi dana, i wtedy, jako już piętnastolatek, i potem jako dorosły facet starałem się wybierać inne przyjemności, bardziej finezyjnie łechcące moje poczucie spełnienia.
 
Mario, to nieprawda, że jesteś kurwą. Jesteś święta w tym, co robisz, bo nikogo nie oszukujesz i nikomu nie składasz obietnic, których nie dotrzymasz. Uczciwość idzie w parze ze spokojem. Wyczuwam go u ciebie, nie to, co u tej, z którą dzielę łóżko, dom i bachora. Ta tępa baba tylko pierze, gotuje i sprząta. Przez nią piję, wyobrażasz sobie? Żeby móc z nią wytrzymać, bo na trzeźwo się nie da, jest taka dobra, taka słodka, że rzygać się chce.
Kiedy swego czasu poprosiłem ją, żeby zrobiła mi loda, omal nie wywaliła mnie z łóżka, tłumacząc do białego rana, że to wbrew prawom boskich, że skąd u mnie taki pociąg do zboczeń, że syn mnie potrzebuje, a ten złośliwy gówniarz tylko pyskuje albo milczy jak zaklęty, w kogo ten skurwiel się wrodził? No na pewno nie we mnie. U mnie albo czarne, albo białe, a on jest taki, że nie mogę go wciąż rozgryźć, trzyma z matką i gadają na mnie za plecami.
Wiesz, jestem twoim najlepszym klientem, ile to już lat, dziesięć, dwanaście? Ty się wcale nie starzejesz. Kiedy widzę twój tyłek, tracę zmysły. Żadna kobieta mnie tak nie kręciła.
Dajesz mi złoto tego świata, coś, na co nie ma nazwy, ja jej nie znam, choć odpowiedzi wciąż szukam, kiedy jestem z tobą…
 
Mamo, w tamtej szkole poznałem, co to onanizm i nie tylko.
Robiliśmy zawody, kto dalej strzeli spermą.
Wygrywał Długi John, ale on miał fiuta „na miękko” prawie trzydziestocentymetrowego, więc cała reszta nie miała z nim najmniejszych szans, kiedy z płaską radością na twarzy posyłał swój „ładunek” na kilka metrów, co bolało mnie jak cholera.
Ten, kto wypalił najbliżej, musiał zrobić trzydzieści pompek.
 
Ruda Jane za drobne zdejmowała majtki i można było sobie pooglądać.
Każdy to zaliczył, ja też, choć patrząc na nią czułem wstręt, bo miała tam kępę rudych kłaków, jakichś cienkich i obrzydliwych, a i ta dziura była mdło różowa, że źle się robiło.
Zrobiła mi ręką, na więcej się nie zgadzała.
Chciałem w tamtej chwili walnąć ją w pysk, ale skończyło się na solidnym kopniaku.
 
Na niedzielnej mszy myślami byłem bardzo daleko: marzyłem o tym, by tatę spotkała śmierć, a mnie dziewczyna, która da mi to, czego mi jeszcze nikt nie dał, a na co już czekałem od dawna, będąc wiernym uczniem mistrza Onana…
- Mamo – spytałem cię pewnego dnia – czy to prawda, że tata miał przed tobą dwie żony?
- Tak, ale nigdy nie zdradź się z tym przed nim.
- Czemu?
- Bo mnie zabije.
- Jak to zabije?
- Tak powiedział.
- To ja zabiję jego.
Kochana, wiem, że nie powinienem ci tego mówić, ale chłopaki wytropili jakoś, gdzie on jeździł na te „delegacje” – do pewnej prostytutki, do Manor Creek.
 
Pewnego razu zerwałem się z budy i pojechałem tam, by trochę powęszyć.
Właśnie skończyłem siedemnaście lat i miałem już metr osiemdziesiąt i byłem gotów na wszystko, co dane mi będzie przeżyć, a tamtego dnia chciałem stanąć twarzą w twarz z tą dziwką i po swojemu z nią pogadać.
Fred dał mi adres, więc uderzyłem tam prosto z dworca.
Wiedziałem, że mnie nie wyda: sam miał podobnego ojca i notorycznie posiniaczone ciało.
- Maria? – spytałem, kiedy otworzyła.
- Tak, a co?
- Można?
- Chciałeś sobie popukać?
- Właśnie.
- Wejdź.
Powiedziała mi to, co chciałem usłyszeć i po co przyjechałem – bez cienia zażenowania opowiadała mi wszystko ze szczegółami, tak lekko i swobodnie, jak mówi się o czymś, z czego jest się dumnym lub co zasługuje na miano życiowego sukcesu.
Kiedy ją uderzyłem, zemdlała, potem wpadłem już w amok, ale tego nie przechowała pamięć.
Zresztą mało mnie to wtedy obchodziło.
Był moment, w którym wróciło świadome myślenie.
Spojrzałem na nią, wyglądała nieszczególnie, opis nieistotny, po co to komu, prawda?
Ręce i nogi związałem sznurkiem i zawlokłem do kuchni, gdzie przywiązałem ją za szyję do kaloryfera, by mieć pewność, że już się nie ruszy.
Potem odkręciłem gaz, zamknąłem drzwi i schowałem do kieszeni gumowe rękawiczki, które cały czas chroniły mnie przed pozostawieniem odcisków palców.
Trochę się tych filmów w życiu obejrzało.
 
Cieszysz się, mamo?
To dla ciebie, to dla ciebie to zakończyłem, bo cię kocham, bo jesteś jedyną kobietą mojego życia, a te, co przez nie przemknęły, to smród i ubóstwo, żenada niewarta wspomnień.
Tylko ty, kochana, tylko ty liczyłaś się, odkąd ujrzałem ten świat.
Dla ciebie zabiłem tę dziwkę, czyż to nie piękne?
Czy coś czułem?
Byłem podniecony, choć to mało dokładne określenie tego, co się we mnie wówczas kłębiło.
Ja lubię patrzeć, jak boli, i dawać ten ból, i potem móc to wspominać, jak podróż do nieba.
Jest w tym coś słodkiego, dawanie tego innym to czysta rozkosz, a w tamtej chwili byłem Biczem Bożym, czy jak to tam zwać, ktoś to musiał w końcu zrobić i Przeznaczenie wybrało mnie, twojego syna, jego skurwysyna, by zakończył coś, co kalało mnie i ciebie, mamuś, i ukręciłem łeb hydrze i już nigdy nie odrośnie…
 
Tato, zawsze byłeś skurwiałym gnojem, ale że aż takim, nigdy bym nie przypuścił.
Tak bardzo byłeś przywiązany do tej kurewki?
Nigdy nie widziałeś śmierci?
Ja tak, wiele razy, to wielkie przeżycie, budujące, dające siłę, by się określić.
A ty określiłeś się kiedyś?
Nie dałeś mi szansy, bym cię poznał, zawsze pijany albo tak odległy jak kosmos.
Po co wszedłeś w drogę mojej mamie, co cię w niej zauroczyło?
Ta bezgraniczna dobroć, którą gnoiłeś każdego dnia, włażąc z buciorami w jej uczucia, lojalność i uczciwość, z której jawnie kpiłeś, miłość, którą chowała przez lata dla tego jedynego, niezrozumiała dla ciebie, bo po uszy tkwiłeś w gównie, gównem oddychając.
W końcu może to, że taki jebaka jak ty powinien szukać w rynsztoku, a nie tam, gdzie inny znajdzie perłę, zabierze ją do domu i postawi na najwyższym miejscu, by była światłem.

Ludzie mówią, że widziano cię w kwietniu na Południu z jakąś tlenioną blondyną.
Ktoś widział, jak leciałeś z nią w ślinę na środku ulicy.
Ciągle jesteś w drodze?
Nowa rodzina, nowy skurwysyn, nowy ty?
A masz już na boku nową kurwę?
Nową Marię, którą będziesz posuwał, kiedy żona będzie stała w oknie i czekała na twój powrót z „delegacji”?
Kto cię sprowadził do poziomu dechy klozetowej, że każdego dnia oddajesz to innym?
Życzę ci śmierci i byś nie płodził już ludzi.
Zatrułeś mnie bólem.
Dałeś świat, w którym nie znam pojęcia litości – nie jestem imbecylem, poznałem kiedyś swój iloraz inteligencji, chciałbyś mieć taki, i chciałbyś poczuć, jak pachnie strach, jak cudownie pachnie ktoś, kto boi się o swoje życie, a ja mogę mu je odebrać.
Wiesz, nadal czasem się tnę.
Kiedy pomyślę, że chodzisz po świecie i nie mogę cię dopaść.
Ostatnio pociąłem obie stopy, ale do tego bólu jestem już przyzwyczajony.
Jest częścią mnie.
Przez ciebie, przez ciebie, śmieciu.
 
- Nie pal browna, bo będziesz głupszy od downa – mówił bełkotliwie Seksowny Mario, napakowany, półgłupi Latynos, bachor z gwałtu, kiedy jadąc jego cadillackiem, paliliśmy, nie bacząc na skutki. – Najwyżej się, kurwa, zabijemy, nie? A wiesz, koleś, z LSD to mieszanka wybuchowa. Zaufaj mi, ten wieczór jest nasz! Na takim haju już nigdy nie będziesz, chyba że w piekle, ale i tam może nawywijasz, jaki ci starczy pary.
Nie wiem, mamo, co wtedy robiłem, chciałem zajarać, poczuć odlot, pomieszałem.
Gdzieś przy wylocie z miasta rozjechaliśmy tę małą, która wbiegła wprost pod koła, miała podobno dziesięć lat – ja prowadziłem, wszystko na to wskazywało.
Potem wysiedliśmy z samochodu, zwalając się na ziemię: on mówił, że Bóg jest obok i właśnie słucha Stonesów, a ja widziałem błękitne Hawaje i prułem na srebrnym surfingu po wysokich falach, by po chwili całować słodkie małolaty.
Jak dotarliśmy do pobliskiego lasu, nie pamiętam, choć powinienem powiedzieć, że mój mózg był wówczas bardzo daleko, jeśli w ogóle gdzieś był, i tylko z gazet wyczytałem potem, że zabiłem dziecko.
Nikt nas nie widział, nikt nie zakapował, żyło się dalej.
Nad ranem obudziliśmy się z syfem w ustach i z wrażeniem, że to czeski film, w którym gramy, a który się nie dzieje, bo ani film, ani my, nie jesteśmy realni.
 
Czy żałowałem?
A co to znaczy?
 
- Johnny, gratuluję – rzekł profesor w dniu, kiedy ukończyłem dziennikarstwo. – Takich ludzi nam trzeba, masz jaja, masz to coś, co sprawia, że będziesz idealny do tej roboty. Ameryka kocha bohaterów. Ty nam to dasz, wiem, że tak będzie.
- Tak, panie Blackstone – odpowiedziałem.
- A co byś chciał robić w przyszłości? Jakieś plany? Masz już koncepcję na siebie?
- Chciałbym zostać dziennikarzem wojennym.
- O! To brzmi jak: „Ja wam jeszcze pokażę”. Ale czemu akurat wojennym?
- To jest we mnie, nie nazwę tego tu, przed panem. To zbyt skomplikowane.
- Ale przecież możesz dostać kulkę w łeb.
- Może mnie to spotkać równie dobrze po wyjściu z pana gabinetu.
- To dziwny kraj.
- Spokój działa na mnie jak trucizna.
- Jasne, życzę ci szczęścia.
- Dziękuję.
- Czasem wyślij mi pocztówkę.
- Nie zapomnę, profesorze.
 
Mamo, to zawsze było oszustwo, jak jedzenie taniego pasztetu, łudząc się, że to łosoś.
Niezmiennie pytały, czemu traktuje je jak zwierzęta.
Nie rozumiałem tego pytania – zwierzęta lubiłem zabijać, a im dawałem niewidzialny, cienki sznurek, który okręcałem wokół duszy, czy czegoś podobnego, i mając go w palcach, wykonywałem ruchy raz w górę, raz w dół, czasem nie wykonywałem żadnych, bo idealna kontrola polega na tym, by wyczuć, kiedy trzeba wykonać krok, a kiedy brak kroku będzie czymś więcej niż krok siedmiomilowy, a co za tym idzie, może poruszyć niebo i ziemię.
Mogę śmiało rzec, nic tak nie pociąga, jak czynienie zła dla samego jego czynienia, bo czyż to, co zakazane, nie pociąga najbardziej? Czyż świadomość wynaturzonego postępowania nie stanowi owej diabelskiej siły, która do tegoż postępowania najbardziej zachęca i popycha?
 
A może istnieje dobre zło i złe dobro?
A może cierpienie jest formą radości, którą odrzucają zmysły?
A może radość to przejaw infantylnienia i uproszczania tego, co warto wziąć pod lupę, bo istnieje pojęcie „śmiechu kretyna”, a zatem, jeśli takowy rozlegnie się gdzieś obok, jak się do niego odnieść, wszak może być z gruntu zatruty, a co za tym idzie, skazany na potępienie.
 
Były blondynkami, brunetkami, były też rude, miałem też parę Murzynek, były wyposażone w małe i duże biusty, wąskie i szerokie pochwy, rozłożyste biodra i zmysłowe spojrzenie, usta słodkie lub beznamiętne jak twarz komornika w sobotnie przedpołudnie gdzieś, na tyłach starego sklepu, gdzie pieniądz umarł w całej swej sromocie, a ostatni wytrysk znaczył drogę do łazienki.
 
Mamo, pamiętasz tego skurwysyna?
Nawet nie wiesz, ile lat żył we mnie, ile miejsca znalazł sobie gdzieś w mojej przestrzeni między jednym uchem a drugim, w klatce piersiowej, w mięsie.
Jak to jest, że im bardziej coś oddalasz, tym bardziej to chce wejść w głąb.
 
Wszystkie mówiły, że mam z nimi dzieci, próbowałem policzyć, będzie tego trochę, dziwne, w ciągu niecałych pięciu lat?
Zmieniam miejsce zamieszkania, nie chcę, by złapały mnie na alimenty, nie mam stałego meldunku, oczy otwarte, patrzą na to, co za plecami i w przestrzeni, której nie widać.
Jeśli któraś mnie namierzy i będzie bruździć, pojadę i zabiję, moja osoba jest poza tym, co prości ludzie nazywają „małżeństwem”, nie uznaję panów, bo nie jestem pod nikim.
 
Tato, już nie żyjesz, wypatroszyłem cię starym bagnetem.
Wątrobę usmażyłem z cebulką, a mózg upiekłem w specjalnym garnku beztłuszczowym, by potem móc jeść i cieszyć podniebienie morzem smaków, co równych sobie nie mają w świecie potraw serwowanych w knajpach i nawet lepszych restauracjach, lecz tam nie zjesz tego, co ja jadłem, kiedy zabijałem cię po wielokroć, byś zasilił moją biomasę.
- Pierdolę to, tato, już nie będę cię szukał – powiedziałem kiedyś do siebie w smutnym, zimnym lesie, gdzie spacerując z dzieciakiem, który był z moich lędźwi, błagałem los, by bękart jak najszybciej znalazł się z powrotem u matki, bo jeszcze chwila, a nie ręczę za siebie.
- Tato, gdyby tylko odrobina ciepła… mała odrobina czułości… jakiś dobry odruch – szeptałem do ciebie.
Gadał dziad do obrazu.
Wtedy po raz ostatni się pociąłem – wnętrze dłoni, siedem razy.
Co za ulga…
Zlizywałem krew, a obok istniał świat, który czcił coca colę, Marylin i serce pełne miłości.
- Co się gapisz? – krzyknąłem.
Gówniarz uciekł gdzieś w krzaki, krzycząc: „Ojciec zwariował, ojciec zwariował!”
 
- Panie Johnny, potrzebujemy kogoś, kto nie boi się snajperów. Kto umie przeżyć i przekazać materiał, który pokaże światu, o co w tym wszystkim chodzi. To może być niezła przygoda, taka, co to zdarza się raz w życiu. Nie nalegam, rzecz jasna…
- Nie musiał pan prosić.
 
W 1993 roku znalazłem się w Sarajewie jako dziennikarz wojenny, trzymający się ściśle wojsk europejskich, pełen entuzjazmu i adrenaliny, która krążyła nieustannie w żyłach.
Bo to, co ludzie nazywali polem bitwy, ja nazywałem domem.
Nigdy nie oddalałem się, starając się być w pobliżu, jednak pewnego dnia, kiedy patrol został nieoczekiwanie zaatakowany przez Serbów, instynktownie poszedłem za nimi, by sfilmować, ile się da i puścić to w świat.
Zbombardowany blok straszył upiornymi oczodołami wybitych okien, dach płonął, a z piwnicy dochodziły nerwowe, ostre krzyki, świadczące o tym, iż coś złego się tam dzieje.
Ktoś krzyczał po rosyjsku i to mnie mocno zaniepokoiło.
A więc byli tu i Rosjanie.
 
Jednak poszedłem, wiedziony nagłym instynktem, i kiedy ujrzałem całą scenkę, natychmiast zacząłem filmować.
Grupa mężczyzn w mundurach moro kopała kłębowisko ciał, krzyczących i modlących się głośno do Boga, by pomógł, lecz tylko ciosy świadczyły o tym, co Los zgotował w ową godzinę.
W pewnej chwili Serbowie nieoczekiwanie otworzyli ogień i to, co przed chwilą było jeszcze ludźmi, stało się nagle martwą kupą mięsa.
Poczułem zapach krwi, słodki i nienazwany, na krótką chwilę odpłynąłem daleko, poza horyzont, poza bycie w sobie, jak gdyby bezosobowy byt porwał mnie w inny wymiar i dał przez moment posmak osobliwej harmonii, coś, czego nie opiszę słowami, bo są zbyt ubogie.
 
Widok śmierci tak mnie podniecił, że pomimo bliskiej styczności filmowałem dalej, nie bacząc na skutki i to, co może rychło nastąpić.
Nagle od tyłu poczułem mocne uderzenie – stojący za mną Serb dał mi kolbą w plecy.
- Amerikanin? – zapytał.
- Tak.
- Wsiech żop nie wyjebiosz, a nada. Ty tiepier’ paskaczesz. My gorjaczije malcziki. Nada było zdzies’ nie prijeżdżat’ – powiedział gruby Rosjanin, podchodząc do mnie.
- Zdrastwujtie, otiec, my pajebat’ priszli. My tiebie pokażem, szto eta nastojaszaja, mużskaja ljubow’. My paigrajem. Gatowyj? – rzucił drugi, ukazując garnitur złotych zębów.
- Żeńka, ja pierwyj. Ja wsunu jemu razom z jajcami – powiedział wysoki Serb, i rzuciwszy się na mnie, zdarł ze mnie spodnie.
- Charoszaja rabota, niet eta kak w amerikańskoj pizdzie – śmiali się Rosjanie, kiedy ta świnia brała mnie od tyłu, trzymając łapą za włosy i wgniatając twarz w mur.
Piekło, dosłownie i w przenośni.
Czas stanął w miejscu, a ja tkwiłem przy ścianie, do której podchodzili kolejni Serbowie i Rosjanie i wypełniali mnie swoim nasieniem, dysząc mi w nos pijackimi oddechami:
- No szto, Amerikanin, lubisz ty rosjan? My druzja, w żopu. Ty nikagda nas nie pozabudziesz.
- Pierdol się – rzucałem na oślep, lecz oni tylko się śmiali i robili swoje.
- No pajebali my. Scziastliwyj? Paskażi o nas w Americe, szto russkaje eta nastojaszije jebaki – zakończył jakiś Azjata o twarzy kretyna, oddając mocz na sąsiednią ścianę.
- Paszoł won, ty bljad’! Priszli nam swaju mat’, uznajet, szto eta rosijskij sałdat. My znajem, kak pastupat’ z żensinami – mocny kopniak zabolał jak cios łopatą w tył czaszki.
Na koniec ostrzelali moją kamerę i kazali wynosić się, bo zabiją.
 
Mamo, wiesz, co to znaczy być mężczyzną?
To mieć kobiety i zwyciężać w życiu, podporządkować je sobie, być panem świata, kształtować go podług własnych reguł, by na koniec powiedzieć: „ Zrobiłem wszystko, co mogłem, a ponieważ mogłem wiele, to dziś wiele mam”, i patrzeć z góry na tych, którzy albo za sprawą lenistwa i głupoty do niczego nie doszli, albo zrządzenia Losu, co lubi wsadzić kij w szprychy roweru, na którym jedziemy do punktu przeznaczenia.
 
W pewnej chwili obudziłem się i zobaczyłem, że leżę na jakimś gruzowisku.
Poczułem się gównem, zerem, padliną.
Tu, w dzikim kraju, nie byłem już tym, który rozdaje karty, mój los nie był w moich rękach, a godność spłynęła do dołu kloacznego.
Kiedy już znalazłem się wśród swoich, poprosiłem o rozmowę z dowódcą garnizonu.
- O co chodzi, Johnny?
- Chcę przydział broni. Niedawno zostałem zaatakowany, cudem uszedłem z życiem.
- Ok. Chłopcy dadzą ci jakiś pistolet. Nie ma problemu.
- Rozpieprzyli mi kamerę. Chyba nie jestem tu już potrzebny.
- Jakaś kamera się znajdzie.
- To dobrze, bo chcę to kurewstwo sfilmować i pokazać światu.
- Myślę, że na dniach dostaniesz sprzęt.
 
Byłem tam dobre dwa lata.
Nic nie wskazywało na to, że podejmę tę decyzję, która później miała zmienić wszystko.
Nic nie było w mojej głowie, tylko wojna, snajperzy i kamera.
Czasem dobre żarcie, ale nie było to normą.
Kiedy pewnego razu zobaczyłem w oknie zniszczonego bloku Serba z karabinem z lunetą, coś błysnęło mi w głowie, coś, co nakazało działać.
Powiedziałem o moim odkryciu miejscowym, i ci razem ze mną poszli, aby załatwić resztę.
Trwało to wieki, kiedy bezszelestnie pięliśmy się po schodach zbombardowanego budynku, jak cienie, jak duchy, które w każdej chwili mogą wyrwać serce i odebrać życie.
 
W końcu dotarliśmy do poziomu, na którym leżał bezkarny snajper i celował w kogoś na ulicy, już śmierć była tak blisko, że bliżej być nie mogła, lodowate powietrze cuchnęło ścierwem.
Poczułem to, co było we mnie od dzieciństwa, we krwi, w mózgu, wokoło, kiedy zabijałem żaby, kopałem psy, biłem kolegów, przypływ czegoś, czego zdefiniować nie zdołam, bo bardziej to czułem, niż mogłem ubrać w słowa i określić – ta krew nie była czerwona.
- Mogę?
- Co? – spytali ludzie.
- Zabić go.
- A czemu ty? On do naszych strzelał. To nie twoja wojna.
- Moja też – i to powiedziawszy, podszedłem cicho do żołnierza i kopnąwszy go, by się obrócił, strzelałem mu w twarz tak długo, aż stała się krwawą miazgą, dopóki starczyło naboi. Wokoło walały się resztki mózgu.
Długo patrzyłem na niego i widziałem w nim ciebie, tato, jakże wtedy byłeś blisko, jakbyś stał naprzeciwko mnie i topił się jak tandetna świeca w kościele, w którym każdy jest drugiemu bogiem.
Bo w piekle nie ma już diabłów – wszystkie są na ziemi.
Trupa wyrzuciłem przez okno na ulicę.
Poczułem ulgę, a na twarzy pojawiło się coś na kształt spełnienia.
Z twarzy wytarłem krew, poprosiłem o papierosa.
Potem zapytali mnie:
- Po co ci to było?
- Bo to bandyta był.
- U ciebie charakter.
- E tam, ja tu robię tylko filmy.
 
Mamo, gdy mi o tym powiedziałaś, a chwilę tę odwlekałaś bardzo długo, nie chcąc mnie martwić, usiadłem na podłodze i zapłakałem jak dziecko.
Kiedy byłem tam, w Sarajewie, nie uroniłem nawet łzy, a widziałem rzeczy, od których normalny człowiek osiwiałby w jedną noc lub postradał zmysły.
Dlaczego to musiało spotkać właśnie ciebie, ludzie żyją przecież nawet do setki i umierają we śnie, jakby anioł śmierci spłynął na nich i złożył wiekuisty pocałunek na starczym czole.
- Synku, kiedy cię nie było już to miałam. To nie boli. Można odwlekać ten moment w czasie, ale on nadejdzie, nie w tym roku, to w przyszłym lub w kolejnym. Tak mi powiedział lekarz. Nauczyłam się z tym żyć.
- Ale bierzesz leki? – jęknąłem.
- Tak, biorę, ale one tego nie zatrzymają, to jest we mnie.
- Nie możesz umrzeć!
- Wszyscy kiedyś musimy – powiedziałaś tak, że już wiedziałem, że nigdy wcześniej w całym życiu nie poczułem takiego bólu, a to, co było dotąd, wydało mi się wtedy śmieszne i niedorzeczne, w zderzeniu z tą, brutalną prawdą wyglądało jak stara, wyblakła koszula.
 
Z każdym dniem coraz mniej mnie było, powoli docierało to do obolałego umysłu, który zawzięcie bronił się przed faktem, że przyjdzie taki dzień, kiedy ciebie już przy mnie nie będzie.
Jakże chciałem odejść razem z tobą, bo dopóki ty istniałaś, istniałem ja, byłaś częścią mnie, tą najważniejszą, jedynym sensem, choć nigdy nie poznałaś mnie naprawdę, bo ta prawda mogłaby cię zabić, a wówczas zabiłaby i twojego, ukochanego syna.
W miarę, jak mijały kolejne tygodnie i miesiące, kiedy patrzyłem na postępującą ruinę twojego zdrowia, odchodziłem od zmysłów wiedząc, że nie mogę ci pomóc i nie zatrzymam tego, co z wolna zmierzało do stacji końcowej…
Gasłaś, mamo, a ja po raz pierwszy w życiu poczułem, co to lęk.
Lęk to dziki, niezależny byt, wchodzący w człowieka, by tam rozrastać się jak pasożyt.
Duszny i gęsty, brutalnie dławiący gardło, jak zapowiedź losu, który miał być mi dany bez ciebie – wówczas umrę za życia, albo… to też brałem pod uwagę.
 
Gdzieś po roku i w moim życiu coś się zmieniło.
 
Nigdy ci o tym nie powiedziałem, chciałem zaoszczędzić czegoś, co mogłoby cię przedwcześnie złamać jak cienką trzcinę, która i tak nadwątlona, nie wytrzyma siły złego wiatru.
Ukrywałem to przed tobą, kochana, bo tylko ty się liczyłaś, ja przez ten czas przestałem istnieć i mało obchodził mnie mój los – świat zamknął się w kręgu twojej choroby, a moje życie było na drugim planie.
Nawet do głowy by ci nie przyszło, że nie byłem już człowiekiem zdrowym.
Moja przebiegłość miała objawić się wówczas po raz ostatni – już nigdy z niej później nie skorzystałem, rozdwajając się na opiekowanie tobą i bycie pacjentem, na którego widok lekarze mieli niezmiennie smutne oczy i niewiele słów do powiedzenia, zwłaszcza gdy omawiali moje aktualne badania…
 
Wtedy, po latach zapomnienia, zwróciłem się do Niego.
Chodziło mi tylko o ciebie, mamo, ja się nie liczyłem.
Kiedy pewnego dnia klęcząc na zimnej, kościelnej posadzce prosiłem o to, by choć raz w życiu zrobił coś dla mnie, bo już wtedy wiedziałem, że nigdy Go przy mnie nie było, gdy w moim umyśle latami panował mrok, który uznawałem za światło.
Wtedy, tam, w przypadkowo wybranym kościele, nie wiedząc do końca, czemu to robię, przyznałem się sam przed sobą, że od zawsze byłem zwykłym śmieciem, gnojem gorszym od własnego ojca, dobro nie miało do mnie dostępu, tylko w twoim przypadku, mamo.
Pożałowałem każdej brudnej rzeczy, jaka wyszła spod moich rąk i prosiłem Go o wybaczenie, ja morderca, ludzka menda, ktoś, kto nie powinien się nigdy narodzić.
Jakże mocno przepraszałem ciebie, najdroższa, że tak daleko padło jabłko od jabłoni.
Jeśli tak wygląda skowyt sumienia, to wtedy usłyszałem ten przenikliwy, bolesny jęk.
 
Wracałem wiele razy i w ciszy kościelnej nawy, prosiłem Go o to, by mi ciebie nie zabierał.
Prosiłem tak, jak jeszcze nie prosiłem w całym życiu.
Bo czyż kiedykolwiek to robiłem?
Teraz był pierwszy raz i nie miało być już żadnego innego.
 
I nie było.
 
To już rok, mamo, odkąd odeszłaś, pozostawiając pustkę, która stała się mną.
Wiesz, prawie nic już nie jem, mało piję, odstawiłem wszystkie leki.
Nie będą mi potrzebne, zresztą nigdy nie były, odkąd straciłaś zdrowie.
Nigdy więcej nie pójdę do Niego, już teraz nie muszę.
Ale nie mam żalu.
Wręcz przeciwnie, to długo nie potrwa, może pół roku, więcej mi nie dają.
Teraz ci mogę o tym powiedzieć, bo nie zobaczę twoich smutnych, przerażonych oczu, kiedy poznasz mój bolesny sekret.
Był taki dzień, tam, w tym dzikim kraju, było kilku Rosjan i Serbów, i ja, bezbronny.
W Afryce umierają na to codziennie tysiące ludzi.
I tak dzielnie się trzymałem, ale czasu nie cofnę, mnie się to nie uda.
 
Już niedługo, mamo, poczekaj jeszcze trochę.
Nie mówię ci „żegnaj”, mówię: „Do zobaczenia, kiedyś, po tamtej stronie…”
 
 
 
 

7 marca 2014
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 14.03.2014 19:59 · Czytań: 1394 · Średnia ocena: 4,95 · Komentarzy: 81
Komentarze
al-szamanka dnia 14.03.2014 21:56 Ocena: Świetne!
Cytat:
mówię ci dziś te słowa, choć od roku już cię nie ma.
Okra­da­łem cię od naj­wcze­śniej­szych lat

Cytat:
za­koń­czo­nych pa­znok­cia­mi o(w) kształ­cie mig­da­łów.

Cytat:
w kon­fron­ta­cji z tobą ja­wi­ły się mdło i tak też od­ci­snę­ły się w pa­mię­ci, jako śmiesz­ne pa­cyn­ki, lu­bią­ce, jak(gdy) ktoś zde­cy­do­wa­nie po­cią­ga za ten wła­ści­wy sznu­rek.

Cytat:
nowy wy­miar bije na łeb, na szyję głu­pa­we za­ba­wy

bez przecinka
Cytat:
pierw­szą rze­czą jaką od­kry­łem, była jasna

jw
Cytat:
kiedy widzę ten wstręt

jw
Cytat:
Tato, to ja(,) twój syn

Cytat:
włą­czyć radio do gniazd­ka i wrzu­cić mu je do wanny.

zbędne
Cytat:
po­wie­dział Ko­ści­sty Teddy pew­ne­go, pięk­ne­go

bez przecinka
Cytat:
To dla cie­bie, to dla cie­bie to za­koń­czy­łem

drugie to wywal
Cytat:
ale że aż takim, nigdy bym nie przy­pu­ścił.

ale nigdy nie przypuszczałem, że aż takim
Cytat:
obu­dzi­li­śmy się z syfem w ustach i z wra­że­niem, że to cze­ski film

Nie jestem pewna czy w Stanach znają takie porównanie:D
Cytat:
tym bar­dziej to chce wejść w wgłąb

wgłąb
Cytat:
po­wie­dzia­łaś tak, że już(a ja?) wie­dzia­łem, że nigdy wcze­śniej w całym życiu nie po­czu­łem ta­kie­go bólu,

Cytat:
w ciszy ko­ściel­nej nawy, pro­si­łem Go o to

bez przecinka
Cytat:
Teraz był pierw­szy raz i nie miało być już żad­ne­go in­ne­go.
I nie było.

Cytat:
Już nie będą mi po­trzeb­ne, zresz­tą nigdy nie były, odkąd stra­ci­łaś zdro­wie.
Już nigdy wię­cej nie pójdę do Niego, już teraz nie muszę.


Czytałam, a ciarki cały czas latały mi po plecach.
Bo jak miały nie latać, gdy w tak okropny sposób pokazałeś człowieka - jakim się stał, jakim był, co się w nim działo.
Zmarnowane życie, gdzie jedyną miłością była matka, a autoagresja, okrucieństwo i emocjonalne ubóstwo rezultatem doświadczeń związanych z ojcem.
Znienawidzonym, w pełnym tego słowa znaczeniu, zabójczo.
Historia się powtarza.
Johnny stał się nie lepszym człowiekiem niż jego ojciec.
A nawet przerażająco gorszym.

Niesamowicie zmajstrowałeś ten tekst.
Opisy brudne, mroczne jak opuszczona piwnica - głęboko zachodzą pod skórę, nachalnie ściskają w przełyku.
Słownictwo okropne, pasujące jak ulał do treści.
Przejmująca końcówka.
Takie łamanie się łotra w obliczu utraty jedynego sensu życia.
Ta rozpacz, to jego jedyny ludzki odruch.

Uff, trudno mi będzie zasnąć po takim tekście, ale przeczytać musiałam.
mede_a dnia 14.03.2014 21:56 Ocena: Świetne!
I to mi się bardzo, bardzo podoba. Jest okrutnie, brudno, wstrętnie, ale prawdziwie.

Kreślisz portret psychopaty i jest on uzasadniony psychologicznie. Takie zazwyczaj bywa podłoże: patologia w rodzinnym domu - przemoc psychiczna i fizyczna, w odwecie katowanie zwierząt, samookaleczenia, lubowanie się w zadawaniu bólu innym. Twój bohater to zwyrodnialec, który ludzkie odczucia ma jedynie wobec matki i wobec prostytutki, bo z nią łączy go uczciwy układ. Przez tę miłość do rodzicielki uczłowieczasz go, czynisz istotą ludzką i w pewien sposób tłumaczysz. Nie rozgrzeszasz, ale ukazujesz proces stawania się takim a nie innym osobnikiem.

Uderzyłeś swoim opowiadaniem w coś ze sfery etyki, co jest dla mnie bardzo ważne - w problem obiektywnej odpowiedzialności za to, jacy jesteśmy. Ile osobistej zasługi jest w naszych zasługach i ile winy w winach. Super mike! Szóstka!
zajacanka dnia 14.03.2014 23:01 Ocena: Bardzo dobre
Zbrodnia i kara, rzec by się chciało.

Tak, nieźle napisane. Wielką miłość do matki wyczuwa się przez cały tekst, jednak opisy tych wszystkich okropieństw są jakby wyprane z uczuć. I za to brawo! Bo to przecież nie jest spowiedź "normalnego" człowieka, a zniszczonego psychicznie i fizycznie przez życie.

Zastanawiam się jednak nad czymś innym. Nad mechanizmem powstania takiej, a nie innej, postawy/charakteru/zachowania młodego, dojrzewającego człowieka. Rozumiem, że kochał matkę, podskórnie czuł potrzebę jej ochrony, zemsty na ojcu itd. Zabrakło mi tu opisu drobnej chociaż reakcji matki na zachowanie syna: przecież wiedziała chyba, że ileś razy (i za co) został wyrzucony ze szkoły. Tak ją kochał, że z tej miłości upodobnił się do znienawidzonego ojca? !

Opis gwałtu bardzo obrazowy, kurczę, wciąż mam przed oczyma przyciśniętą do muru twarz.

Dużo tu celnych spostrzeżeń o ludzkich zachowaniach.

Bdb, Mike, co tu wiele mówić.
spawngamer dnia 15.03.2014 07:42
Taka dygresja - ostrzegasz, że to brudny i ciężki tekst. Niestety nie jest. To w takim znaczeniu, że TV, film, prasa serwuje nam takie przekazy, że nic już nie potrafi zaszokować. Dla mnie zbyt wielowątkowe, zbyt długie.
amsa dnia 15.03.2014 09:33
Mike - Powiem tak, brutalnie, chociaż jak dla mnie większe okrucieństwo jest pokazane w pierwszych akapitach, może dlatego że dotyczy dziecka, ale bezmyślne zadawanie cierpienia jest zawsze bulwersujące i nie do przyjęcia, w każdym wieku. Dalsza część historii jest mniej drastyczna, ale nie w sensie samych uczynków, co opisu, bo szczęśliwie darowałeś sobie szczegóły. Jeśli czytelnik zechce odpowiednio spojrzeć, dojrzy pewien aspekt psychiki ludzkiej, zaburzenia powstałego w dzieciństwie, oraz tego który jest temu winien i dlaczego doprowadziło do takiego a nie innego końca. Z punktu psychologicznego opowieść jest całkowicie wiarygodna i myślę, że takich życiorysów jest sporo. Jak również sporo jest takich osób, którym można by pomóc, gdyby odpowiednie osoby chciały umieć dostrzec problem w rozwoju młodego i nieukształtowanego jeszcze charakteru. Bo z jednej strony ukazałeś miłość do osoby dobrej i nienawiść do złej. Nieumiejętność radzenia sobie ze sprzecznymi sygnałami rujnują poczucie wartości i postrzegania dobra i zła, samostanowienia o własnej godności i prowadzi do chorej duszy. Bo to co opisałeś jest raczej zaburzeniem powstałym na skutek okoliczności a nie z powodów choroby organicznej.
Można ewentualnie się zastanawiać dlaczego matka nie reagowała na zachowanie syna w latach młodości, wydaje się niemożliwym, żeby tego nie widziała. Otóż całkowicie dla mnie wiarygodne jest, że nie widziała. Zaślepiona? Nie, po prostu niektórzy ludzie o tzw. profilu "ofiary" są ślepi. To poniekąd nie ich wina, są ofiarami więc występują u nich pewne syndromy, które ludziom z otoczenia wydają się tak bardzo niezrozumiałe, że aż nie wierzą w taką ślepotę. Nie wiem, czy pamiętasz taki serial sprzed lat "Ballada o Januszku"? Normalnie człowiek nie wierzył, że matka (genialna gra aktorki) nie widzi, nie słyszy i nie przyjmuje do wiadomości zachowań syna.

Dla mnie cała historia jest prawdziwa.

Pozdrawiam

B)
mike17 dnia 15.03.2014 17:24
Witajcie, moi kochani pod okrutnym tekstem, do którego dorastałem przez wiele lat, oddalając go od siebie, bo to nie mój świat, ale on wciąż pukał do drzwi i w końcu zebrałem razem wszystkie rozmowy z ludźmi, których określiłbym jako mniejszych lub większych psychopatów i dodając elementy fikcyjne napisałem.

Aldonko, dzięki przede wszystkim za wyłapywanie tych moich przeklętych zaimków (brrr...), tam, gdzie to będzie możliwe wywalę :)
Wiem, że kto jak kto, ale Ty wiesz, o jakim świecie ja pisałem.
On istnieje i istnieć będzie, bo jest odwieczny.
Bo skoro jest złoto, będzie też szambo.

Mede_o, dzięki wielgaśne za szóstkę, trochę bałem się twojej reakcji, ale ja lubię ryzyko, i bardzo się cieszę, że kupiłaś tę mroczną opowieść :)
Czasem to siedzi w człowieku i trzeba to wyrzucić z siebie, bo zbyt wiele podobnych ludzi poznałem w życiu.
Johnny nie miał prostytutki - słowa w kursywie do Marii to wyznania ojca do niej, które ona lekko przekazała Johnny'emu, kiedy ją odwiedził, by zabić.

Aniu, nie chciałem dawać słów matki i tego, co czuła i myślała.
Niech wynurzenia Johnny'ego wykreują jej osobę jako tak wyrozumiałą/zaślepioną, jak mogła być jego miłość do niej - może to dwie strony tej samej monety.
Mówią, że psychopaci często wywodzą się z domów, gdzie był zimny ojciec i nadopiekuńcza matka.
Tu pewnie zagrały jeszcze patologiczne cechy wrodzone bohatera.

Spawngamer, myślę, że chyba jest tu coś nowego - chociaż scena gwałtu w Sarajewie, znajdziesz to w necie albo na YT, wątpię :)
Miało być wielowątkowe, bo to nie jest opowiadanie oparte na jednym wątku, a że długie (jak na mnie to raczej niedługie), w paru słowach trudno wyrazić tyle treści, bólu, patologii i człowieczeństwa.

Amsiu, ktoś kiedyś powiedział, że nie ma bardziej okrutnej osoby, jak małe dziecko i tu ta treść zagrała - mój bohater od dzieciństwa wykazywał cechy psychopatyczne i w tym kierunku szedł jego "mentalny" rozwój.
Zatruty dom, parszywy ojciec, to też zaważyło na jego przyszłych losach i "preferencjach".
Ja myślę, że taki się urodził i nawet jakby rodzina była ok, osobowość dałaby znać o sobie wcześniej czy później.

Nie odkryję Ameryki jeśli powiem, że w każdym mieście i wsi, szkole czy zakładzie pracy znajdą się osobnicy o mniej lub bardziej nasilonych cechach psychopatycznych.
Chodzili do mojej podstawówki, stykałem się z nimi w liceum, na studiach, i w życiu.
Jedni będą ludźmi ulicy, marginesu, inni zaś mogą piastując wysokie stołki manipulować i niszczyć innych, jeszcze inni czynią zło pod rodzinnym dachem, a są i tacy, którzy robią to tak perfekcyjnie, że cała reszta uważa ich za ludzi z charyzmą.

Mój bohater urodził się zły, od pierwszego dnia, kiedy ujrzał ten świat.
Ze złego nasienia.
I tylko miłość do matki i ukończone jakoś tam szkoły i studia są jedynym przebłyskiem człowieczeństwa.
I to, że wiedząc, że umrze na AIDS, pożałował za całe swoje plugawe życie.
Lepsze to niż nic, a może wręcz wielkie?
Nie mnie oceniać.

Wszystkim Wam bardzo dziękuję za wejście w ten brudny świat i dotrwanie do końca, no i za wyczerpujące, mądre komenty :

Pozdro!
Artur Bakos dnia 15.03.2014 17:46
w porządku - jest w tym "jakaś" prawda - ale obrazowanie... jest banalne... niczym nie zaskakuje...

dlaczego?

czytam i wiem, że czytałem już takich setki... i to w gazetach...

dlaczego?

temat dobry - jak każdy - dlaczego nie ma w tym... indywidualnego sznytu?...

tej poezji mitu - tak niezbędnej, dla zaznaczenia odrębności...

tam, na początku - te czerwone paznokcie zdają się coś obiecywać - ale rychło wszystko pada i mamy fakty, fakty, fakty a nie... tekst!!!

sorki... piszesz "ostro" - więc pewno się nie rozpłaczesz... żadnej oryginalnej metafory, żadnej oryginalnej myśli -

typowe dzieciństwo i młodość (dojrzewanie) - sadyzującego psychopaty (będzie żołnierzem, czy seryjnym mordercą?... na jedno wychodzi)

- tekst Cię niesie - ale nie tam, gdzie trzeba... przecie mnie (czytelnika) nie interesuje, na którym "płaskim" poziomie był snajper...

mnie interesuje - jak go widziałeś, jak "zaznaczył" swoją obecność w tekście - i nie chcę czytać, że był dobrze ukryty i się nie spodziewał a my go przechytrzyliśmy...

ja chcę mitu i poezji - Twojego mitu i Twojej poezji - chcę go dostrzec Inaczej! za Twoją sprawą-robotą!!

epatować - tak, ale oryginalnością, świeżością spojrzenia... kombinacją elementów rzeczywistości, która pozwala "zwykłe i banalne" dostrzec w nowy... sposób...

weźmy to -

Wtedy, po latach zapomnienia, zwróciłem się do Niego.
Chodziło mi tylko o ciebie, mamo, ja się nie liczyłem.
Kiedy pewnego dnia klęcząc na zimnej, kościelnej posadzce prosiłem o to, by choć raz w życiu zrobił coś dla mnie, bo już wtedy wiedziałem, że nigdy Go przy mnie nie było, gdy w moim umyśle latami panował mrok, który uznawałem za światło.
Wtedy, tam, w przypadkowo wybranym kościele, nie wiedząc do końca, czemu to robię, przyznałem się sam przed sobą, że od zawsze byłem zwykłym śmieciem, gnojem gorszym od własnego ojca, dobro nie miało do mnie dostępu, tylko w twoim przypadku, mamo.
Pożałowałem każdej brudnej rzeczy, jaka wyszła spod moich rąk i prosiłem Go o wybaczenie, ja morderca, ludzka menda, ktoś, kto nie powinien się nigdy narodzić.
Jakże mocno przepraszałem ciebie, najdroższa, że tak daleko padło jabłko od jabłoni.
Jeśli tak wygląda skowyt sumienia, to wtedy usłyszałem ten przenikliwy, bolesny jęk.

i co zostaje? -

po latach zapomnienia...
chodziło mi o Ciebie, ja się nie liczyłem...
zimna, kościelna posadzka...
nigdy Go nie było, gdy w moim umyśle mrok uznany za światło...
przyznałem przed sobą, że byłem zwykłym śmieciem...
pożałowałem... wybaczenie... ludzka menda... nie powinienem się narodzić...
jabłko od jabłoni...
skowyt sumienia... bolesny jek...

przecie to truizmy i banały... już bardziej typowo nie można opisać "nawrócenia"...
język rodem z mowy potocznej, gazetowego śmiecia, internetowej papki... okropne...

gdzie jakaś myśl?
gdzie ujęcie jej choćby na poziomie "czerwonych paznokci głaszczących penisa"?

no, snajperze... słabo
ajw dnia 15.03.2014 19:30 Ocena: Świetne!
Wczoraj przeczytałam słowa odautorskie i wiedziałam, ze do tego tekstu nie można podejść z marszu. Przeczytać jako kolejne opowiadanie. Trzeba odpowiedniej chwili, by bez pośpiechu wczytać się w kazde słowo.
Wchodzi się w niego jak w mroczny obraz i chociaż piszesz pozornie lekkim piórem, to z każdym przeczytanym zdaniem wokoło robi się ciemniej i atmosfera gęstnieje, a oczy zaczynają aż boleć od 'zobaczonego' zła, które rozrasta się niczym rak obejmując kolejne tkanki. A jednak ciężko przestać to czytać i człowiek brnie coraz dalej i dalej aż do ostatniego słowa.
Wielkim atutem tego opowiadania jest plastyczność, ale również budowanie charakterystyki postaci. To taka geneza zła, które opanowało bohatera od stóp po czubek głowy. Niesamowita jest ta relacja z matką, która jest jedyną dobrą rzeczą, która go spotkała, ale mimo to nie ocaliła go swoją miłością. A może właśnie ocaliła wybłagawszy Boga, by zabrał go z tego świata, aby już NIGDY nie mógł zrobić niczego złego?
mike17 dnia 15.03.2014 20:11
Jak napisałem na wstępie, znałem wielu takich.
Chętnie opowiadali, a ja mam dobrą pamięć.
Teraz, po latach, wróciła.
Nawet gwałcenie w Jugosławii czy kobiet czy mężczyzn było czymś normalnym, oczywiście w świetle "praw wojny", która gwałt zawsze używała do upokorzenia.
Ale już nie, kiedy celowo zarażano ich wirusem HIV.

Tak, mój bohater tylko matkę miał poza kręgiem zła.
Jedyną świętość.
Jednak ta miłość była im pisana - mieli razem umrzeć, tak, jak się kochali.
Ona, dobry człowiek, on, psychopata.
Jednak niezbadane są wyroki Losu...

Może ten, który pod koniec życia pożałuje za gnój swego żywota dalej pójdzie niż ten, co od zawsze był dobry i świetlany?
Nie znam odpowiedzi na takie pytania, mogę je najwyżej zadawać.

Dzięki, Iwonko, za penetrację tej mrocznej, ale bardzo ludzkiej historii :)
Trzcina dnia 15.03.2014 20:43 Ocena: Świetne!
Mocne, brutalne, prawdziwe, z werwą i zacięciem. Tekst na miarę pisarza. Słowo maluje obraz ruiny jestestwa, tak prawdziwy, że niemal namacalny. Kolejne wersy niczym pociągnięcia pędzlem dopełniają całości. Michał, ja nie muszę Cię chwalić, wiesz jak jest - rozumiemy się bez niepotrzebnych pochlebstw. Dobre czytanie, nie zaskoczyłeś mnie, bo wiem do czego jesteś zdolny.
Sięgaj tam, gdzie Cię jeszcze nie było, rozwalaj mury, przebijaj się przez sacrum i tabu, rób to, do czego jesteś stworzony. Brawo. Czekam na kolejne teksty, na kolejne tematy, kolejne przełamane schematy.
mike17 dnia 15.03.2014 21:17
Tak, Beatko, nie uznaję tabu, wiem, że będę pisał o tym, co w danym momencie mnie zaintryguje :)
Lubię być szczery wobec siebie, a temat, to już drugi plan.
Idę za impulsem, za instynktem.
Z czymś, co muszę w sobie poczuć, wtedy tylko mogę coś o tym naskrobać.

Jakże fajnie, że po długiej nieobecności jesteś :)
I bądź cały czas.
Bo wiem, że rozumiemy się bez słów :)
A to piękne, i czekam na twoje wiersze!

Pozdro!
shinobi dnia 16.03.2014 15:22
Bardzo dobry tekst. Zrezygnowałeś z elemantu paranormalnego, co dla mnie jest plusem, bo lubię realizm. W tym tekście realizm jest brudny, wręcz obleśny. Całość wygląda bardzo wiarygodnie, nie czuć przerysowania, choć momentami może jest za intensywnie.

Jest to, na moje oko, kompletny i wnikliwy portret człowieka. Czuć w narracji, że masz olbrzymi dryg do pisania i idzie Ci to łatwo, ale to już mowiono Ci milion razy.

Podobało mi się też z tego względu, że nie zanotowałem ani razu uderzenia w fałszywą nutę.

Całość bardzo dobra albo świetna. Nie wiem, ostatnio zrezygnowałem z wystawiania ocen. Po prostu mi się podobało.

Takie mini coś znalazłem:

Cytat:
usmażyłem ż cebulką


z
mike17 dnia 16.03.2014 16:07
Shinobi, my man, ależ koment, jestem pod wrażeniem :)
Starałem się bez uproszczeń i nadmiaru plastycznego okrucieństwa pokazać skończony obraz psychopaty, który musiał być brudny i odrażający, by być wiarygodnym, i tym bardziej przerażającym, że zachował w sobie tę enklawę dobra, którą była matka - tego nigdy nie zrozumiem i to budzi we mnie ciarki na plecach, jak to możliwe, jak w tak zaćmionym umyśle ocalała ta miłość?

Czysta, nieskalana syfem, jak?

Dlatego tak często babrzę się w ludzkim mózgu, bo to nieskończone źródło tematów na opowiadania.
Ta historia miała być mieszanką tego, co najplugawsze i tego, co święte.
Ale czyż nie jest takim świat, w którym żyjemy?
Zawsze będą rodzić się pedofile i ludzie gotowi poświęcić życie dla innych.

A dla mnie jest tu jeszcze bardzo ważna kwestia: Johnny wiedząc, że oboje z matką już umierają, pożałował za swoją chorą przeszłość.
Słyszy się o takich czynach w obliczu śmierci.

Tak samo, jak o gwałtach w b.Jugosławii, na wszystkich, od dzieci, po staruszki.
I o ruskich najemnikach, walczących po stronie Serbów, o których filmy można obejrzeć z tamtej wojny na YT.

Fajnie, że wpadłeś, i dzięki za to, że "świetne" :)


Pozdro!
pablovsky dnia 16.03.2014 19:19 Ocena: Świetne!
Hello, mike. Po przeczytaniu kilku zdań Twojego tekstu, postanowiłem nałożyć na uszy słuchawki i zagłębić się w opowiadanie, słuchając w tle utworu w mocno mistycznym klimacie Red Buddha, Hawa Mahal.
Zdradzę, że to muzyka, której słucham tylko wtedy, gdy piszę o złych rzeczach. Odpowiednio nastraja i sprawia, że mój mózg zaczyna pracować na dużo mocniejszych obrotach.
Odruch sięgnięcia po te specyficzne dźwięki, które, jak się okazało- idealnie wkomponowały się w Twój tekst- możesz uznać za komplement.
Komentarz uważam za zbyteczny, ponieważ oprócz jednej, negatywnej opinii, zgadzam się z przedmówcami, którzy napisali wiele pochlebnych opinii.
Twierdzę również (podobnie, jak shinobi), że tylko zyskujesz na treści, gdy nie wplatasz w swoje historie czarów i magii.
Moim skromnym zdaniem, to najlepszy Twój tekst na PP, oczywiście w moich ulubionych klimatach, stąd zastanawiam się, czy nie jeden z lepszych ogólnie, jaki ostatnio przeczytałem na portalu.
Congratulations! Excellent, mike.
puma81 dnia 16.03.2014 19:36 Ocena: Świetne!
No mnie już poszarpał pierwszy akapit, a to zdanie:
Cytat:
Za­my­ka­łem się w ła­zien­ce i dra­pa­łem nimi po człon­ku, wy­obra­ża­jąc sobie, że robi to ko­bie­ta o pięk­nych pal­cach, za­koń­czo­nych pa­znok­cia­mi o kształ­cie mig­da­łów.

stanowi idealną zapowiedź świetnego tekstu. Zgadzam się z Panem powyżej, że to jeden z Twoich the best of. Ręce same składają się do braw.
Uwielbiam brudne klimaty, więc czuję się syta, jak po zjedzeniu krwistego steku. Może to nie najbardziej trafny komplement w kontekście ładunku treściowego tekstu, ale jakoś tak przyszło mi do głowy.
Jesteś mistrzem tworzenia klimatów, różnorakich. Od miłosnych, przez magiczne, po zalatujące ludzkim syfem.
Super.
Pozdrawiam.
blaszka dnia 16.03.2014 19:38 Ocena: Świetne!
Mike
straciłam oddech podczas czytania i nadal nie mogę go odzyskać.
Niesamowite wrażenie wywarł na mnie Twój tekst, sama historia, jak i sposób jej opisania, niezwykle przejmujący, szczery, prawdziwy. Szacun i słowa uznania. Poruszasz emocjami, nie ocierając się o kicz.
Odchodzę zapłakana i jakoś tak dumna z Ciebie ;)
mike17 dnia 16.03.2014 19:41
My sweet Pablo, bo ja mam wiele oblicz i chyba już o tym wiesz, hm? :)
Nie jestem facetem, który bezrozumnie płodzi 123 opko o tym samym: dziś dałem Ci ostrą jazdę bez trzymanki, jutro może być grotecha, a pojutrze kryminał, zresztą czytałeś, wiesz, i ta nieobliczalność cholernie mnie rajcuje, bo sam nie wiem, co napiszę, a chcę być wszechstronny i posmakować wszystkiego.

Tym razem nadszedł czas na to, co właśnie czytałeś.
I obecnie jestem w takich klimatach, wiersze to odskocznia, to inny mike :)
Staram się pisać różne rzeczy, a ten temat dojrzewał od lat.
Teraz jest już na portalu i każdy może się wypowiedzieć.
Ja nie boję się żadnego tabu - kocham je łamać :)
I zawsze pozostać szczery wobec siebie i dać czytaczowi coś, co będzie miało wszelkie znamiona prawdopodobieństwa, bo SF nie piszę - interesuje mnie CZŁOWIEK, i to, co w nim.

Jak tu, co było w Johnny'm.
Kim stawał się aż do śmierci.

Kłaniam się, stary, za tak piękny i entuzjastyczny koment, no i ocena cieszy :)
Masz to jak w banku - takich historii będzie więcej, więc już się szykuj.
Życie pisze mi scenariusze.

See you soon :)
blaszka dnia 16.03.2014 19:55 Ocena: Świetne!
Dodałam ocenę, choć z zasady tego nie robię, być może rezerwuję na szczególne okazje ;)
mike17 dnia 16.03.2014 20:12
Kasiu, jakże mi miło to czytać, bo cholernie trudno było mi wejść w umysł psychopaty i opowiedzieć jego życie z jego punktu widzenia.
Jak już wcześniej pisałem, z takimi ludźmi życie zetknęło mnie wiele razy, poznałem ich od podszewki, znam ich na wylot i "wyczuwam", a nosa mam niezłego :)
Chyba takich właśnie wyczuwam najsilniej.
Mają to wypisane na... na czym, właśnie?
Na Johnny'ego złożyło się aż czterech chłopaków, których znałem + fikcja autorska.
Będę wracał do tych spraw, to ocean dla piszącego.
Jestem kontent, że odnalazłaś się w tej opowieści.

Ukłony za wejście w ten brudny, ale prawdziwy świat :)

Blaszko, choć piszę momentami rzeczy brutalne wiem, że by były strawne dla czytacza, musi być jakiś element Dobra, jak tu, gdzie Johnny kochał matkę i to ona była całym jego światem.
Chciałem pokazać, że w każdym człowieku można znaleźć pierwiastek Dobra, tylko trzeba dobrze poszukać.
Nie przekreślać od razu, czasem przymknąć oko na drobiazgi, dać szansę.
Johnny w końcu żałuje za swoje grzechy.
Bez tego to opko byłoby knotem - byłoby opowieścią od a do z o istocie Zła, a nie tak miało być - chciałem wymieszać te składniki i dać miksturę.

Bardzo mi miło (och!), że dla mnie zrobiłaś wyjątek, dając mi maxa :)
A że płakałaś... wszystkie moje domowe kobiety, a jest ich trzy, płakały :)
Bo nie ukrywam - chciałem dać Wam prawdę o człowieku, bez kiczu, retuszy, bez ckliwości.
I jeżeli się spodobało, to jestem w siódmym niebie!

Super, że wpadłaś, super, really :)
Usunięty dnia 17.03.2014 14:17
Przyznam się szczerze, że nic co ostatnio czytałam nie zrobiło na mnie takiego wrażenia... odebrało mi mowę (a to się rzadko zdarza) ;)
mike17 dnia 17.03.2014 15:09
Bo to miał być wstrząs dla czytelnika, to nie jest opowiadanie rozrywkowe, ani mające się podobać, owszem, w ramach pewnej konwencji, czyli jako obraz człowieka i jego wewnętrznego świata.

Widzisz, Zrekapitulowana, tak to już jest w życiu, że skoro jest światło, musi istnieć też mrok, skoro są ludzie o kryształowych sercach, muszą być też i tacy, którzy mają w mózgu ciemność.
I tego się nie przeskoczy, to odwieczna prawidłowość.

Chciałem pokazać to w tym utworze, i nie ukrywam, pozostawić odbiorcę w osłupieniu.
Bo wobec takich rzeczy nie sposób przejść obojętnie.
Trzeba je nazywać po imieniu, nie zamiatać pod dywan.

Dzięki ogromne, że znów mnie odwiedziłaś i przebyłaś tę brutalną podróż :)
Bardzo ważne dla to, co napisałaś.

PS. Wybieram się do Ciebie niebawem z rewizytą :)

Pozdro!
marukja dnia 17.03.2014 15:14
What a brutal truth, Mike. Aż nie wiem, co powiedzieć. No, jestem pod wrażeniem: nie tylko stylu, bo u Ciebie zawsze jest wysokich lotów, ale i samej historii. Porusza, to mało powiedziane. Wierci coś w mózgu, i trochę nawet boli, ale lubię, jak kawałek dobrej prozy działa jeszcze długo po przeczytaniu. :)
Udało Ci się osiągnąć tu swego rodzaju rys psychologiczny, a także istotę przemiany. To smutne, że dopiero w obliczu śmierci, ale zawsze. Gdzieś, między wersami widziałam też przeznaczenie, jak zatacza kręgi i zbliża się wielkim krokami.
Mocny tekst, nie można przejść obojętnie. I nawet nie podpalony kot, czy wątroba z cebulką, a zamordowana dziwka - była dla mnie chyba najmocniejszym momentem.

Tutaj znalazłam drobiazg:
Cytat:
Jak to jest, że im bar­dziej coś od­da­lasz, tym bar­dziej to chce wejść wgłąb.
- w głąb.

Konwencja tekstu, taki monolog, a jednak dialog, dodatkowo na plus. Odchodzę nieco zamyślona, ale na pewno kontent. :yes:
Pozdrowienia!
mike17 dnia 17.03.2014 15:34
Tak, my good woman, miało telepnąć i to porządnie, a od siebie powiem, że i ja pisząc miałem wrażenie przebywania w zupełnie innym wymiarze, w którym nigdy nie chciałbym się znaleźć i się nie znajdę, ale życie w większości napisało ten scenariusz, a ja uzupełniłem go własną fikcją, przemyśleniami Johnny'ego, faktami, które nigdy nie miały miejsca, jak morderstwo dziwki Marii chociażby, ale gwałt w Sarajewie to już niestety smutna prawda: wystarczy poczytać o wojnie w BiH, aby włosy się uniosły na czaszce...

Ponadto chciałem pokazać Johnny'go w obrazach, sucho, beznamiętnie, by nieoczekiwanie wplatać jego myśli, z których bił straszliwy brak wglądu we własne postępowanie i siebie.
No i brak poczucia winy, ale...
Śmierć zmienia ludzi, i kiedy jest już za winklem, wtedy nawet najtwardsi zwracają się do Boga.
Johnny w końcu ujrzał siebie z boku i przeraził się, poczuł wstręt.

No i ten patologiczny dom: kochająca matka i ojciec-kanalia.
Z takich właśnie często wywodzą się psychopaci.

Literówka poprawiona :)

Marukjo, cieszę się bardzo, że poczułaś mój tekst, zobaczyłaś go swoimi oczami i nie pozostawił Cię obojętną - o to mi chodziło :)
Wiedziałem, że taki obraz może wywołać skrajne reakcje.

...but all of this was already written in the stars before...

Pozdruffki bardzo wietrzne znad Wisły :)
Ryszard Taxidriver dnia 17.03.2014 16:13
Jakoś nie jest mi żal głównego bohatera. Za to co robił i jaki był AIDS to niewielka kara.
mike17 dnia 17.03.2014 16:41
Ryszardzie, kolejnym aspektem tej opowieści jest to, iż nie ma jednak zbrodni bez kary - to kwestia czasu, kiedy winy zostaną osądzone.

Choć Johnny w obliczu kostuchy żałuje za to, kim był, nie zwolniło go to jednak od owej kary.
Ale może to, znając jego uwielbienie dla matki, była nagroda i odszedł, nieukarany?
Skoro odstawił leki, zdecydował się na przyśpieszoną śmierć, nie ratował życia, bo odkąd odeszła matka, i on chciał jak najszybciej znaleźć się koło niej.
Więc problematyczna jest tu kwestia śmierci jako kary.

Myślę, że nie mógł się jej doczekać.
I nawet gdyby nie miał AIDS, popełniłby samobójstwo po odejściu matki z tego świata.
Taka konstrukcja psychiczna, w umyśle psychopaty wszystko inaczej działa.

Dzięki za wizytę i czytanie tej historii :)

Pozdro!
Quentin dnia 17.03.2014 19:31 Ocena: Świetne!
Tekst historia...

Zbilansowałeś, Mike, historię całego życia w tych kilku, kilkunastu akapitach. Co ciekawe całą historię głównego bohatera. Są przecież oprócz dramatów także i te chwile, które nas krzepią. Myślę, że to nie jest opowiadanie o miłości do matki, ani nawet o gniewie w stosunku do ojca. To chyba studium ludzkiej duszy i umysłu. Podobno gdy rozum śpi, budzą się demony, ale co dzieje się, gdy serce śpi, gdy nie ma uczuć albo są , jednakże tylko te negatywne.

Główny bohater cierpi na potworny dualizm. To bestia, którą stworzono, ale to także człowiek broniący się ostatkiem sił przed totalnym zatraceniem. Gość upadł, zginął, przegrał, ale nikt nie powie, że nie kochał. Był zdolny do miłości.

Myślę, że to dość przewrotna historia o tym, że całe niebo i piekło żyje w nas.

Pozdrawiam mistrza
mike17 dnia 17.03.2014 19:58
Quentin, dla takiego komenta warto pisać i spalać się w tej robocie do bólu :)
Oddałeś to dokładnie tak, jak ja sobie zamierzyłem, bez dwóch zdań przejrzałeś tę opowieść.
Bo to nie historia prostego psychopaty - to rzecz wielowątkowa, zapętlająca się w licznych punktach, nie dając w końcu żadnej odpowiedzi - dałem znak zapytania, tyle i aż tyle.

Nie podejmę się oceny Johnny'ego.
Chociażby za ostatni akt woli - skruchę.
I miłość do matki ustawia go w jaśniejszym świetle w porównaniu do innych psychopatów.
Gdzieś paliło się nikłe światło...

Nie napiszę więcej, bo żeś mi wszystko wyjął z ust.
Tak samo ujrzeliśmy tego dziwnego chłopaka.
Jako tego, który zabił, ale też tego, który kochał.

I tej przewrotności nie chcę do końca zrozumieć - chcę przyjąć ją do wiadomości.
Tyle mi wystarczy.

Dzięki, stary, za wizytę, i za niespotykaną u Ciebie maksymalnie wysoką notę :)


Pozdro!
Ryszard Taxidriver dnia 17.03.2014 20:01
Historię przeczytałem z przyjemnością. Podobało mi się też to, że bohater tak późno zauważył swoje podobieństwo do własnego ojca, cały czas żył uważając się za lepszego. Opowieść zostawiła we mnie trochę niedosytu. Chciałbym, żeby skurczybyk został bardziej ukarany. Przydałby się jakiś anioł śmierci, który sprawiłby, że gamoń naprawdę pożałowałby swoich występków.
Pozdrawiam i do następnego.
mike17 dnia 17.03.2014 20:15
Widzisz, Ryszardzie, a może całe jego życie, cięcie się, ból istnienia, nienawiść do ojca, do świata, tkwienie w brudzie codzienności, niezdolność do pokochania kobiety (sic!) poza matką, niezdolność do bycia ojcem było już niesamowicie kur....skim bólem, od zawsze związany z okrucieństwem, jak mógł być po jasnej stronie?

Była nią tylko matka.

Nie zapominajmy, że Johnny był mordercą, i może gwałt w Sarajewie nie był dziełem przypadku?
Podejrzewam, że mógł być ostrzeżeniem, ale...
Johnny niebawem morduje snajpera.
Jest nadal sobą.

I dochodzimy do punktu końcowego - jego śmierć i śmierć matki.
Jak już pisałem, to wybawienie.
Całe życie w cieniu przemocy uchodzi jednak płazem...
Johnny umiera, i... to jest to, na co czekał.

I tak to chcę zamknąć.
Bez wniosków, bez kropek nad "i", bez morałów.
Zapętliłem to opowiadanie tak, by każdy mógł ocenić go po swojemu i wyjść z własnymi konkluzjami.

Dzięki raz jeszcze za wpis i za to, że byłeś w tym świecie :)

Pozdrawiam :)
Ryszard Taxidriver dnia 17.03.2014 20:43
Cytat:
To ostry je­ba­ka, cho­dzą słu­chy, że każ­dej robi mię­dzy no­ga­mi roz­kle­pio­chę

Zapomniałem wspomnieć, że ten tekst mnie zabił. :D
mike17 dnia 17.03.2014 20:49
Wiesz, co?
Znam pewną rodzinę w pewnej miejscowości na Mazurach, gdzie kobieta ma szóstkę dzieci... każde z innym ojcem, to chyba podobne zjawisko, co?
To ona miała... co?
Chyba czysty pragmatyzm, życie z alimentów, ohyda, ale to się dzieje...

Pozdro!
Usunięty dnia 17.03.2014 21:09
wstrząs był, ale pod względem kunsztu wykonania; tak realnego oddania tego, co się działo w umyśle dziecka, młodzieńca, mężczyzny dotkniętego "złym genem"... majstersztyk literacko-psychologiczny; ukłon (szacunku) albo co najmniej dyg;) dobrej nocy

p.s. też znam rodzinę na Mazurach, gdzie kobieta (dziewczę jeszcze młode) ma szóstkę (troje) dzieci - każde z innym, martwię się o te dzieci (autentycznie się o nie martwię)... o to czego doświadczają na co dzień, ilu mają "wujków", do których chciałyby się przytulić... i dlaczego ich placem zabaw jest zadymiona i zaszczana klatka schodowa?! no i mnie poniosło przed snem... a tak pokojowo byłam nastawiona;)
mike17 dnia 17.03.2014 21:21
Widzisz, Zrekapitulowana, życie dziś nie jest ani piękne, ani łatwe, ani uczciwe.
Nic nie zastąpi kochającej się rodziny.
Mamy i taty, i całej reszty.
Bardzo chciałbym pisać o tym opowiadania, ale chyba się nie da...
Czasy się popieprzyły i ludzie coraz bardziej mniej ludzcy.
Więc takie mam myśli, a nie inne.
Bo znam ludzi, którzy mają naprawdę cholernie pod górę.
I syf, który ich tłamsi.

Jak Johnny, który w innej rodzinie nie musiałby wyrosnąć na psychopatę.
Ale życie to rwący potok, to on cię porwie, nie ty jego.
Usunięty dnia 17.03.2014 21:25
dlatego - UCZMY SIĘ PŁYWAĆ!...
mike17 dnia 17.03.2014 21:31
Jasne, bo obrona przed brudem życia to coś, co faktycznie może być sztuką pływania wśród raf obrzydliwego ataku na człowieka :)
Druus dnia 18.03.2014 16:04
Mike, powiem szczerze, warto było, warto było poświęcić czas i przysiąść nad historią Twojego autorstwa. Zawsze jestem sceptycznie nastawiony do długich tekstów, ale wiadomo, że u Ciebie człowiek się nie zawiedzie. Byle czego czytelnikowi nie zaserwujesz, dlatego bardzo Cię cenię.

Wiadomo, że napisanie takiego tekstu wymaga szczególnego wysiłku, bo niełatwo jest "narysować" taką postać bez przegięć i nuty fałszu. W tym miejscu, według mnie, spisałeś się na medal. Poszczególne opisy wypadają bardzo wiarygodnie i przykuwają uwagę czytelnika. Nie czuć jakieś ściemy, która miałaby to wszystko jakoś uatrakcyjnić. Biję barwo i jestem TAK.

Cytat:
Wy­gło­si ci swoje ka­za­nie, a potem powie, być klęk­nął, i klęk­niesz, bo to bóg silny.


byś?


Pozdrawiam i Gratuluję!
mike17 dnia 18.03.2014 17:45
Kopę lat, drogi Druusie, w końcu zawitałeś pod moją strzechę :)
Co za słowa, co za rzeka komplementów, kurde, jakże miło, jakże odlotowo!
Dla takich chwil warto pisać, nawet jak tu, z ryzykiem, że można zostać odebranym różnie, ale mnie to akurat nie przeszkadza - wiem, że nie wszystkim się dogodzi.
A i temat nie dla każdego.
Ale musiałem się z tą historią rozprawić, bo żyła we mnie od lat.
Samo opko powstało na spontanie w niecałe dwa dni, z poprawkami i dopiskami.

Tak, niełatwo nakreślić Johnny'ego, by nie popaść w... właśnie w wiele pułapek.
Jeśli sądzisz, że wszystko jest ok, tom rad, bo chciałem polecieć "na żywca", bez lipnych pseudo treści i czegoś, co czytanie zrobiłoby niestrawnym.
Nie wiedziałem do końca, czy dobrze go oddałem.
Może za brutalnie, a może nie, a może jeszcze w inny deseń?

Literówkę zaraz spacyfikuję!

Raz jeszcze dziękuję Ci za wspaniały koment i niech Cię nie odstrasza długość moich kawałków - staram się już pisać krócej, schodzę poniżej 30 tys. znaków :)

Pozdruffki :)
labedz dnia 20.03.2014 11:08 Ocena: Świetne!
No i wreszcie znalazłem dla tego tekstu odpowiednią ilość czasu. Warto było odczekać i zająć się tym tekstem wtedy, kiedy nic nie goni i nie rozprasza.
Pod względem stylistycznym - absolutnie pierwsza liga, kolejny raz pokazujesz, że potrafisz dobrze i właściwie wybrać interesujące dla narracji elementy, a potem wyeksponować je od strony, z której pada najlepsze, choć nie zawsze najjaśniejsze, światło.
Warsztatowo dobrze wykonana robota. Tekst pozornie długi, ale jakby na niego nie patrzeć, nie ma ani jednego akapitu za dużo. Po prostu nie ma czego wyciąć bez straty dla całości. Świetne wręcz wyważenie. Mnósto atrakcyjnych językowo kunsztownych perełek, które bardzo mi imponowały (z np. Piekło. Dosłownie i w przenośni na czele. Bo chodzi o byciu w piekle sytuacji, czy o pieczeniu w...? No właśnie. Niestety, chodzi o jedno i drugie...)
Bardzo podoba mi się kreacja świata przedstawionego. Realizm, jaki tu zastosowałeś, ma sznyt reportaźu, co podnosi jakość tego tekstu na dóch płaszczyznach - pierwszą zauważyli już przedmówcy, druga polega na tym, że piękną klamrą zamyka się z profesją bohatera.
Treściowo - opowieść straszna i ciężka, ale do bólu wiarygodna. Patologicznie umotywowany Kompleks Edypa robi wrażenie.

Całość, Mike, niesłychanie pomysłowa, boleśnie prawdopodobna i wiarygodna, do tego napisana z werwą i polotem. Genialny tekst, gratuluję i
Pozdrawiam.
mike17 dnia 20.03.2014 15:30
Twoje słowa, drogi Łabędziu, to miód na moje artystyczne serducho, ująłeś wszystko dokładnie tak, jak ja miałem w zamyśle, pisząc tę opowieść, gdzie ukazałem dwa oblicza Johnny’ego – psychopaty i czułego syna, i już ta mieszanka jakim jest kontrastem, ale istnieją ludzie tak rozdwojeni, że sam nie wiem, co dzieje się w ich mózgach, bo jest to tak mroczne kłębowisko namiętności, że lepiej się tam nie zapędzać zbyt często.

Świetnie zrecenzowałeś moje opowiadanie, wyczerpująco i z pełną profeską.
Starałem się, by poszczególne części trzymały się pewnych proporcji, coś tam wyrzuciłem, coś dopisałem, generalnie lubię wstawiać kawałki prawie zaraz po napisaniu.
Bardzo zależało mi na wiarygodności, by całość nie zabrzmiała sztucznie albo jakiś wątek nie poszedł w tę stronę, w którą bym nie chciał.

Chodziło mi o zderzenie brudu i świętości, jak to bywa nieraz w życiu.
O ten paradoks, jakim jest niejednokrotnie psychika psychopaty.
Człowieka, który cierpi i cierpienie daje innym, zamknięty na zawsze w klatce bez krat.

Wielką radość żeś mi sprawił tym niezwykłym komentem, garścią pochwał i tak wysoką oceną opowiadania - coś pięknego!
To dla mnie ważne, bo stanowi wskazówkę na przyszłość, jak pisać, jak to konstruować.
Po tak pięknych słowach mogę tylko podziękować i brać się za kolejne tematy.

Wpadaj, czekam.

Pozdro słoneczne :)
Usunięty dnia 20.03.2014 19:59
Błędy pozostawiam innym... mówiłam, że nic mnie nie zaskoczy.. mówiłam i miałam rację.. przeczytałam jednym tchem.. świetny kawał tekstu, mocny i z zadziorem.. taki lubię... Zazdroszczę ci talentu
mike17 dnia 20.03.2014 20:14
Thanx a lot, dałem to tak, jak umiałem, jak mogłem, a w tym temacie to niełatwe, można mocno zboczyć z właściwego toru.
I ważne było zupełne przestawienie myślenia.
Wejść w inny świat, w którym się nigdy nie było, to nowe wyzwanie.
Nowy lot, nowe słowa.
Podróż tam, gdzie nigdy nie chciałabyś być.
I to jest to.
Johnny i jego świat, jego śmierć.
Iluż takich wokół nas?

Dzięki, dziewczyno z Kurpi, bo ja sam w połowie Kurp, więc grabson!
Fajnie, że byłaś, że czytałaś, żeś to to wytrzymała.

Pozdro, dark_kid :)
Urbi dnia 21.03.2014 15:24 Ocena: Świetne!
Jak już ktoś napisał, nie da się podejść do tego tekstu z marszu i czytać jak każdy inny. Nie mogłam się nadziwić ile tu bólu, prawdy psychologicznej, brudu, przed którym ostrzegasz. Tylko tytuł mi się nie podoba i to zakończenie - czy bohater, dorosły facet z zadrą w sercu, potrafi konfrontować swoje wybory i postepowanie, cały sens swojego istnienia, jedynie z matką, jej zdaniem, jej wyobrażeniem o synu? Końcówka wyszła przez to strasznie sentymentalnie.
Styl masz jednak wyśmienity. Rozważania, uzasadnienia, metafory - wciągające. Migawki z życia bardzo poruszające. Jestem pod ogromnym wrażeniem.
Dzięki za wskazanie tego tekstu, zdecydowanie warto było zajrzeć i przeczytać. Koniecznie muszę zapoznać się z pozostałymi dziełami Twojego autorstwa.
Pozdrawiam.
mike17 dnia 21.03.2014 19:22
Witaj, Urbi, pod tym mrocznym, lecz niestety bardzo człowieczym tekstem.
Mój zamysł był taki, by zacząć od pokazania, jak dorastał Johnny, w jakich konkretnych okolicznościach rozkwitała jego psychopatyczna osobowość, jaką rolę w jego życiu odegrał ojciec i matka, jedyne dobro, jakie miał i jedyne dobro, jakie umiał świadczyć.

Potem widzimy go w różnych sytuacjach, rzucam obrazami, by go przybliżyć, że jednak jakoś skończył studia, ale już za chwilę jest wzmianka, że bawił się kobietami, jak niegdyś jego stary, w końcu mamy gwałt.
Ale nawet to go nie ruszyło – wkrótce masakruje snajpera.

Dopiero białaczka mamy (bo tę chorobę miałem na myśli) otwiera ślepe dotąd oczy.
I jako kontrast dla całego opowiadania i jego mrocznej aury, chciałem właśnie końcówkę dać ciepłą, pełną dobra, wręcz sentymentalną, z... nadzieją.
Jak i tytuł: nie mógł być inny, wszak mama była dla Johnny’ego najcenniejszym skarbem.

Bardzo Ci dziękuję za wejście w ten niecodzienny świat i mądry koment.
Dla autora liczy się odbiór, czy robota nie poszła na marne.
Skoro odebrałaś ją pozytywnie, to jestem w siódmym niebie.

Pozdrawiam marcem ciepłym :)
bosski_diabel dnia 22.03.2014 19:29
Na dziś /a ..wrócę/ powiem, że "w tym Ci do twarzy" pozdrawiam.
mike17 dnia 22.03.2014 19:32
A więc czekam, i pozdrawiam wieczorem wesołym :)
julanda dnia 22.03.2014 20:40
Zastanawiam się, skąd bierzesz takie potworności i w takim natężeniu?
Takiego świata nie chcę, takiej literatury również. To jeszcze bardziej upośledza ludzkość. Jeśli musisz pokazać takie zwyrodnienie, to może subtelniej i zaproponuj literackie zakończenie. Dawniej baśnie miały swoją rolę. Nie szkoda Ci czasu na spisywanie takich potworności i wynaturzeń? Brukowce i tak nie oszczędzą ciekawych zezwierzęcenia. To nie literatura, coś tu nie jest w porządku.
Pozdrawiam.
mike17 dnia 22.03.2014 21:17
Jula, to nie jest baśń, to brutalna opowieść złożona z losów czterech ludzi, a ja to ułożyłem w całość i pokazałem, jak wygląda psychopatia.

Jak wygląda okrucieństwo i mrok umysłu.
Nie chciałem łagodzić tego tematu - chciałem dać go w ostrym sosie.

Ameryki nie odkryłem i to opko nie jest niczym odkrywczym.
To było, jest i zawsze będzie, dopóki człowiek będzie drugiemu wilkiem.

I jest też miłość do matki - a więc nawet ktoś taki umie kochać.
Ma tę cząstkę swojej natury, która nie uległa wypaczeniu.

Dziękuję Ci, że wpadłaś, wiem, że to nie kawałek dla Ciebie, ale pamiętaj, że tacy ludzie zawsze będą się rodzić.

Pozdruffki nocne :)
Hedwig dnia 25.03.2014 14:04 Ocena: Świetne!
Uffff... i po co ja tu przyszłam? Żeby się w tym brudzie unurzać.? Teraz to albo się upić albo z balkonu rzucić.
Ale przyznaję, że świetnie napisane!
Zamykam oczy, uszy i inne zmysły wyłączam.
Ale oceniam najwyżej!
ajw dnia 25.03.2014 14:10 Ocena: Świetne!
Jula - lepiej wiedzieć, że takich ludzi też ziemia nosi..
blaszka dnia 25.03.2014 14:15 Ocena: Świetne!
Hedwig
chodzisz dzisiaj po tych tekstach z mamuśką w tytule, szukasz może czegoś pokrzepiającego, miłego i ciepłego, a tu takie ostro-gorzkie smaki. Współczuję, te dwie mocno dołujące historie, to za dużo na jeden poranek.
mike17 dnia 26.03.2014 09:33
Witajcie, drogie dziewczyny, ostrzegałem, że bez znieczulenia będzie i było :)

Hedwig, kopę lat, cieszę się, że przetrwałaś i jesteś cała i zdrowa, ale wspomnienie tej historii pozostanie, obawiam się...
Kłaniam się za komplementy, a za portalową notę najwyższą dziękuję czując spełnienie.
Trzymaj się twardo, idzie wiosna, kochajmy się i świat :)

Iwonko i blaszko,
Tak, oni będą odrastać jak źle wyrwane chwasty i nic na to się nie poradzi.
Tak już ten świat urządzono.
Ale czasem trza nazwać rzeczy po imieniu, jak tu, w tej historii.

Pozdrowczyk dla Was wesoło-kawowy :)
bosski_diabel dnia 26.03.2014 10:36
Wiesz Mike tu już tyle na temat tego tekstu powiedziane, że co bym nie napisał wypadnie banalnie, już tom pisałem, ze potrafisz oddać rzeczywistość nawet tak brutalnie jak jest tu a jest .Pozdrawiam Tadeusz.
mike17 dnia 26.03.2014 19:27
Tadeuszu, bo to brutalna historia jest i nie ma zmiłuj, nie tym razem, tu miało być bez znieczulenia.
Cieszę się, że znów jesteś pod moim tekstem, nawet tak ciężkim i mrocznym.
Ale ja lubię babrać się w dziwnych rzeczach i to mnie nakręca.
Nie uciekam przed syfem świata.
Życie to rollercoaster i tak to widzę :)

Dzięki wielgaśne za bycie, czytanie i komentowanie :)

Czekam znów, za jakiś czas :)
romantyczna dnia 14.04.2014 10:19 Ocena: Świetne!
Michale, właśnie drukuję Twoje opowiadanie i siadam do niego dziś przy kawie. Refleksjami podzielę się później.

Pozdrawiam ciepło
mike17 dnia 15.04.2014 12:29
No to czekam na twoją wizytę, Moniko, ta jazda nie będzie przyjemna, ale przynajmniej prawdziwa, jak życie, którym raz słońce, innym razem deszcz...

Zapraszam i pozdrawiam mokrą szarugą :)
jasna69 dnia 21.04.2014 01:08
Mike, to prawdziwa opowieść z piekła rodem. Nakreśliłeś portret człowieka, którego trudno takim nazwać, stworzyłeś klimat niemożliwy do przetrawienia, mroczny, pełen przemocy, wplatając weń jasny promień, jakim miała być miłość do matki i bez zbędnych ozdobników w sposób wyważony i oszczędny przeprowadziłeś mnie przez życie naznaczone nienawiścią. To sztuka tak poprowadzić narrację, by przykuć czytelnika i nie pozwolić nawet na chwilę znużenia. Nie wiem, czy takie było Twoje zamierzenie, ale mimo całej ohydy chorego umysłu bohater wywołał we mnie współczucie. Dlaczego? No właśnie, sama jeszcze nie wiem i czuję, że czeka mnie ciężka noc poświęcona na „rozkminianie” tego problemu.

Dobra robota, Mike, gratuluję i pozdrawiam.
mike17 dnia 23.04.2014 20:43
Reniu, tak, jest coś w nim, co niepokoi tym poczuciem "litości", współczucia...
W opowiadaniu widać, że to psychopata czystej wody, ale...
Są tacy, to nie żart.
Którzy mają małe miejsce w sercu czy rozumie, czort wie, gdzie, na tę odrobinę dobra.
Czy on był taki?
Może...
Podobno Matka to najpiękniejsze imię świata.
Więc w tym całym bagnie, jakim była jego psychika, ostało się jednak coś.
Nie lubię bawić się w oceny, to nie dla mnie, wolę pozostać obserwatorem.
I tu takim pozostanę.

Super, że wpadłaś, że byłaś, pomimo ciężkiego tematu.
Zapraszam znów, a co mi strzeli do głowy, nie wiem, nie obiecuję humoreski :)
Ale zawsze próbę odnalezienia prawdy o człowieku, tu dryfuję bez przerwy.

Dobranoc, sweet dreams, my dear :)
romantyczna dnia 28.04.2014 18:08 Ocena: Świetne!
No Michale i powiem Ci, że mną wstrząsnąłeś. Rzadko kiedy znajduję w sobie siłę, by brnąc przez podobne teksty, ale tutaj było coś prawdziwego, coś, co przecież się zdarza, choć smutne i okrutne. Ja zawsze staram się zrozumieć ludzi, co nimi powoduje. W tym przypadku świetnie ukazałeś podłoże psychologiczne problemu, jakim jest okrucieństwo. Z czego ono wynika, bo zazwyczaj z czegoś wynika, niestety. Nie będę się rozpisywać, bo jeszcze się nie otrząsnęłam, ale tekst naprawdę dobry.

Pozdrawiam
mike17 dnia 28.04.2014 19:17
Moniko, bo czasem trzeba napisać tak, by potrząsnęło.
By ukazał się problem, zjawisko, w czym rzecz i na czym ona polega.
Ja nie uznaję tabu w pisaniu, więc piszę o wszystkim, co wyda mi się OPOWIEŚCIĄ O CZŁOWIEKU.
O nim, tak do bólu, zarówno w jasnościach, jak i mrokach duszy...
To mnie fascynuje, pociąga, inspiruje, czasem ten jeden palec wsadzony w szprychy może otworzyć drzwi...
Bo udawanie, że oni, ci podli, nie istnieją, to żałosna ściema na własne życzenie.
Świat trzeba poznać od podszewki.
Próbuję to robić w mojej pisaninie, bo wiem, że prawda jest naga i okrutna.
Nie spodoba się, ale to już nie moja wina.
Staram się nazwać to po imieniu.

Moniko, po raz kolejny wielkie dziękuffki za podejście do tej mrocznej a brutalnej materii.
Wiem, że dla Ciebie to musiała być przykra jazda, ale...
Tym bardziej jestem spełniony, że zakończona i jesteś cała i zdrowa :)
Cóż, nie zawsze pisze się o happy endach.
Czasem tak po prostu się nie układa.
Bo nikt nie ma monopolu na everlasting success :)

Kisski :)
romantyczna dnia 28.04.2014 19:51 Ocena: Świetne!
To w ramach rekompensaty napisz coś wesołego z dedykacją dla mnie, a będzie Ci odpuszczone :p

Pozdrawiam, czekam i wcale nie podpuszczam :p

PS. A z tym wszystkim, co napisałeś oczywiście się zgadzam.
mike17 dnia 28.04.2014 19:59
To będzie wiersz, ale kiedy, trudno mi na razie rzec, ale obiecuję :)

Dla takiej Czytelniczki pójdę za całość :)
Figiel dnia 30.08.2014 22:11 Ocena: Świetne!
Wiesz, to jest po prostu prawdziwe. To szczera opowieść o człowieku, którego życie było grzebaniem gołą ręką w gównie, i sprowadziło go do poziomu bydlaka, a on próbuje ocalić ostatni, a zarazem pierwotny bastion uczucia. To taki typ, który nie wie co to strach i wyrzuty sumienia,jest okaleczony doświadczeniem, nie potrafi trzymać instynktów na uwięzi, nie liczy się ani z sobą ani z nikim, i idealnie pasowałby do profilu psychopaty, gdyby nie stosunek do matki. I to jest prawdziwe w jego postaci. W każdym przejawie życia, a więc i w każdym człowieku jest przerażająca czerń i jasność, jak dwie strony medalu. Dlatego ta historia jest opowiedziana prawdziwie i cóż z tego, że w bohaterze czerni więcej?
I tak sobie myślę, ze gdyby ludzie nagle zaczęli zaglądać w siebie, tak naprawdę, do bólu, bez fałszywych usprawiedliwień i wymówek, okazałoby się, że wielu blisko do Twojego bohatera.
Językowo tekst doskonale poprowadzony, z właściwą Ci wrażliwością( ale nie ckliwością czy sentymentalizmem)pozwalającą nadać postaci bohatera nie "jakiś", ale wiarygodny rys jasności.
No i co? I świetne. Wszystko.
mike17 dnia 31.08.2014 10:38
Bardzo dziękuję, Beatko, za ten wspaniały koment, w którym doskonale ujęłaś to, co chciałem przekazać w tym brutalnym i mrocznym opowiadaniu.
Zgadzam się z każdym słowem, bo tak faktycznie jest, i to jest najstraszniejsze...
Oni żyją wśród nas i zawsze będą się rodzić następni, od urodzenia spaczeni psychopatią.
Bo Johnny był zły od dzieciństwa, częściowo za sprawą ojca, ale głównie, bo po prostu się taki urodził i nawet czuła miłość jego wspaniałej matki na nic tu była.
Dobrze, że nigdy nie poznała tak naprawdę syna, choć pewnych rzeczy mogła się domyślać.

Super, że wróciłaś w moje skromne progi, każdy twój koment to wielka radość dla mnie i zachęta, by pisać dalej.

Pozdrawiam słonecznie :)
akacjowa agnes dnia 31.08.2014 22:03 Ocena: Świetne!
Jestem, jestem. I to nadal w szoku. Poczytałam z wieczora i potem z rana. Do tej pory mnie trzyma. Straszne jest to, co dzieje się z ludźmi, gdy mają na mało miłości, za mało rodzinnego ciepła.

Moja przyjaciółka pisała pracę dyplomową o roli ojca na kształtowanie się osobowości dziecka. Niewiarygodne jest to, jak ważny jest zdrowy kontakt dziecka z tatą. Tu pokazałeś skrajny przypadek, ale zwykła nieobecność taty (bo dużo pracuje, bo woli spędzać czas poza domem, bo nie ma cierpliwości, czy po prostu serca) może wywoływać poważne uszczerbki na psychice i chłopca i dziewczynki. Stąd mamy czujących się niemęsko panów, męskie kobiety i różne inne dewiacje.

Nie będę więcej na ten temat się rozpisywać. Powiem tylko, że poruszasz takie tematy, które uderzają bardzo mocno i głęboko. I trafiają tak, że bolą.
Pozdrawiam
AA
mike17 dnia 01.09.2014 10:33
Masz rację, Aga, lubię poruszać ciężkie i mroczne tematy, nie mam w tej kwestii żadnych oporów, aczkolwiek pisanie takich rzeczy nazwę bardziej wewnętrznym "musem" niż przyjemnością, bo wolę przebywać w jaśniejszych światach :)
Ta opowieść musiała ujrzeć światło dzienne, zbyt wiele tego siedziało w mojej pamięci.

Wielka rozkosz się w moim sercu rozlewa, kiedy widzę, że czytacz zadowolony, choć tematyka straszliwa, to mnie napędza i buduje, każe tworzyć dalej w nadziei, że nie zawiodę.

Wielgaśne dzięki za czytanko i zapraszam znów wkrótce :)

Pozdrowczyk!
Asik dnia 25.05.2015 11:08 Ocena: Świetne!
Wciągające, przerażająco dobrze opisana patologia.
mike17 dnia 25.05.2015 18:27
Droga, nowa Czytelniczko, nie boję się pisać o brudzie ludzkiej natury, stąd to mroczne i duszne opowiadanie, ale czasem tak trzeba, bo życie to nie tylko sielanka, ale też syf.

Bardzo dziękuję, Asik, za czytanko i to, że jako kobieta zniosłaś ten tekst, a to sztuka :)

:)
Asik dnia 26.05.2015 08:57 Ocena: Świetne!
Nie widzę tu nic do znoszenia, nie oceniam bohatera, oceniam to jak go opisałeś, jak poprowadziłeś przez ścieżkę jego życia i umysłu. Takie obyczajowe teksty (powiedzmy) nie są moją bajką, ale czyta się świetnie. Co do bohatera - w tym przypadku karma powróciła.
Pozdrowionka :)
mike17 dnia 26.05.2015 13:13
No to cieszę się, bo jak pisałem wcześniej temat ciężki, i nie każdy przebrnie przez takie opko :)

Pozdruffki :)
ajw dnia 26.05.2015 13:22 Ocena: Świetne!
Dzisiaj jest doskonały dzień na to by przypomnieć sobie ten tekst. Pozdrawiam, mike :)
mike17 dnia 26.05.2015 13:26
Dziękuję, Iwonko, że pamiętałaś, bo i dla mnie ten tekst jest bardzo wyjątkowy, z wielu powodów.

Miło Cię widzieć :)

:)
Miroslaw Sliwa dnia 01.06.2015 12:34 Ocena: Świetne!
Kiedy człowiek konfrontuje się z prawdą o swojej naturze, to czuje się jakby "diamentową kulą dostał prosto między oczy".

Wiem, że te prawdy, które zwerbalizowałeś w swoim opowiadaniu są do tego stopnia bolesne, że chciałoby się je wyprzeć, na zasadzie; "Nie, mnie to nie dotyczy".

Gówno prawda.

Niby żyjemy pod kloszem, pudrujemy się tym "postępem cywilizacyjnym", Unia Europejska, prawa człowieka i takie tam sranie w banię, a każdy z nas przegląda się w Twoim opowiadaniu jak w lustrze.

Ileż to skumulowanego brudu tkwi w każdym z nas? Odpowiednie warunki wystarczą aby zainicjować reakcję.

Nasze nieszczęście polega na tym, że jesteśmy inteligentnymi i moralnymi drapieżcami i okrutnikami.
Cholernie dziwne, ale prawdziwe.

Może nie zawsze, ale od czasu do czasu, warto to sobie uświadomić.

Michał, szacun za to, że się przemogłeś i świetnie literacko wypieprzyłeś "diamentową kulą prosto między oczy".

Pozdrawiam :)

Mirek :)
mike17 dnia 01.06.2015 16:30
Do napisania tak okrutnego i brutalnego tekstu musiałem się zmusić, ale było to silniejsze ode mnie, bo zbyt wiele wiem, by chować to dla siebie - uważam, że tak jak piszemy o istocie Dobra, tak należy pisać o istocie Zła, bo od niego się nie ucieknie i warto wiedzieć, jak to ugryźć.

Bardzo Ci dziękuję, Mirku, za jak zwykle mądry i dogłębny koment.
Zwłaszcza pod utworem takim jak ten, gdzie nie każdy zdzierży do końca.
Tym bardziej czuję, że warto było poruszyć "czułą strunę".

Tak, Mirku, wypieprzyłem, i to z premedytacją.
Nie boję się trudnych tematów, wręcz przeciwnie, chcę o tym pisać.
Będę wracać do patologii, jestem tego pewien.

Pozdro

M.
faith dnia 07.01.2016 20:12
Podczas czytania przez moją głowę przewijało się tyle myśli, że nie wiem, jak mam je teraz uporządkować.
Przygotowując się do matury przeczytałam wiele książek o podobnej tematyce, bo zawsze mnie ona fascynowała. Zastanawiałam się nad genezą rodzącego się w nas zła. Kim jest człowiek, który posuwa się do okrucieństwa. Jak funkcjonuje, i co doprowadziło go do tego, że stał się potworem.
Czytając Twoje opowiadanie, Michale, krok po kroku przypominałam sobie wszystkie te książki, które poruszały podobny temat i doszłam do wniosku, że ma ono w sobie coś z każdej z nich.
Ten chłopiec, ze swoją miłością do matki i nienawiścią do ojca, przypomniał mi lekturę, którą czytałam w tamtym roku, a która poruszyła mnie do tego stopnia, że postanowiłam napisać o tym, wiersz. Czytając Twoje słowa, myślę, że jeden z jego fragmentów bardzo tutaj pasuje.
Cytat:
by ten pierdolony cham zadławił się żarciem, sam go mordowałem w myślach na wiele sposobów, ale nigdy nie posunąłem się tak daleko,



co wieczór mordowałem cię tylko po to,
by rano okazać się tchórzem,
desperatem niezdolnym do działania.


Czy nie podobne?:)


Z kolei inne przemyślenia głównego bohatera nasunęły mi na myśl jedno z opowiadać E.A Poe pt. Czarny kot

Cytat:
Mogę śmiało rzec, nic tak nie pociąga, jak czynienie zła dla samego jego czynienia, bo czyż to, co zakazane, nie pociąga najbardziej? Czyż świadomość wynaturzonego postępowania nie stanowi owej diabelskiej siły, która do tegoż postępowania najbardziej zachęca i popycha?


Któż z nas nie dopuścił się (...) czynu haniebnego lub głupiego, wiedząc doskonale, że nie powinien go popełniać? (...) Niewytłumaczalne pragnienie duszy, by sprzeniewierzyć się samej sobie - popełnić zło dla samego zła, pchnęło mnie ku zbrodni na Bogu ducha winnym zwierzęciu.

Chcę jednak jeszcze wrócić do Twojego bohatera, który niezwykle mnie intryguje. Co miało na niego wpływ? Od dziecka fascynowała go przemoc i zadawanie bólu innym. Czerpał z tego satysfakcję. Niewątpliwie był pozbawiony empatii, myślę że już od wczesnego dzieciństwa. Jednak, czy byłby inny gdyby ojciec był dla niego rzeczywiście ojcem? Może to również środowisko, to domowe zatrzymało w nim pewne emocje i nie dało im rozkwitnąć? Można by przypuszczać, że jedyne uczucia jakie żywił, to nienawiść do ojca i miłość do matki, chyba równe ze sobą mocą odczuwania.
Nie jestem psychologiem, nigdy nie miałam nawet takich aspiracji, ale myślę, że jak każdego z nas, intryguje mnie to, czego nie potrafię do końca pojąć.
Stworzyłeś naprawdę ciekawą postać. Przerażające jest jednak to, że czerpałeś inspirację z życia i ludzi, którzy istnieją w naszej rzeczywistości.
Pewne fragmenty wstrząsały mną naprawdę mocno. Szczególnie te dotyczące samookaleczenia i znęcania się nad zwierzętami.
Całość niezwykle mocna, nieprzebierająca w słowach i obrazach. Zostanie w mojej pamięci na pewno długo.
Sposób pisania, którym się posługujesz w stu procentach pasuje do klimatu całej historii. Czym jednak ona jest? Próbą rozliczenia się z samym sobą? Wyznaniem grzechów? Rozmową? A może ukorzeniem przed najukochańszą i zawsze wybaczającą matką? On nie żałuje, bo nie zna tego uczucia, ale potrafi kochać, być może za bardzo...
Z pewnością nie jest to pożegnanie, raczej powiedzenie Poczekaj jeszcze chwilę, wkrótce się zobaczymy.


Zostanę jeszcze chwilę z przemyśleniami.

Pozdrawiam serdecznie.
mike17 dnia 08.01.2016 09:37
To ciężka, okrutna i brutalna opowieść.
Niestety, w większości napisało ją samo życie, ja tylko ułożyłem słowa.
Skąd przychodzi okrucieństwo, skąd biorą się podobne zachowania?
Nie umiem powiedzieć, mogę je jedynie opisać, bo wiele słyszałem.
I te słowa, lekko rzucane, uderzyły mnie kamieniem.
A było tego multum, a ja czułem, że mam do czynienia z czymś, co wymyka się kontroli.
E.A.Poe – tak, świetny przykład, zło czynione dla samego czynienia zła, bo to rajcuje.
Ale czemu, dlaczego to, co jest patologią, tak przyciąga?
Czemu zabijanie jest od wieków dla niektórych przyjemnością?

W końcu, czemu rodzą się ludzie zdolni do wybiórczej miłości, a pełni nienawiści do innych?
Kochający matkę, a niemający skrupułów, by zabić.

Johnny niejako siłą mrocznych przeznaczeń pada ofiarą własnej nienawiści – zgwałcony w Sarajewie, ma AIDS, umiera, żegna się z matką, nie mówiąc jej o chorobie, ona również umiera na raka.
Los łączy ich w śmierci.
Życie oddalało, bo nigdy nie poznała syna naprawdę – ukrywał swoje mroczne sekrety, by nie sprawić jej bólu.
Matka i on umierają razem.
Oddzielnie w niewiedzy o nim.
To najlepszy prezent, jaki Johnny mógł jej sprawić – nie poznała nigdy syna-psychopaty.
Ale było w nim coś ludzkiego, czego nie chcę gloryfikować w porównaniu z resztą, mianowicie miłość do matki, bezwzględna i totalna.
I nie wiem, jak ma się to w kontekście jego zwyrodnienia, nie chcę tego wiedzieć.
Mogę mu tylko współczuć.

Uwielbiam Twoje komenty, Katarzyno, bo docierasz w nich do samego sedna tego, co miałem w głowie, pisząc dane opowiadanie :)
Zgadzam się ze wszystkim, co napisałaś - tak faktycznie wyglądała postać Johnny'ego.
Może gdyby miał porządnego ojca, byłoby inaczej, a może się taki urodził?
Na pewno matka była dla niego świętością, i jak słusznie zauważyłaś, całe opowiadanie może być spowiedzią przed nią, chęcią oczyszczenia się w obliczu nadchodzącej śmierci.
Wtedy ma się inną optykę i mój bohater ją otrzymał.

A tak na koniec, wierzę, że w każdym człowieku jest odrobina dobra.
Nawet w takich, jak mój bohater.
Tylko trzeba umieć ją wyzwolić.

Bardzo Ci dziękuję za czytanie i garść mądrych, wartościowych spostrzeżeń :)

Pozdrawiam kawowo :)
stawitzky dnia 01.02.2017 18:25
mike!

Co Ty żeś tu nawyczyniał.

Bardzo podoba mi się obojętność piszącego. Dałeś palcom upust i nie wpieprzałeś się zbytnio, szanuję to. Jest to pikantne, bardzo pikantne, i wywarło na mnie duże wrażenie.

Po raz kolejny w oczy drażnią anglojęzyczne imiona. Szlag by trafił, no! Musiałeś?

Przeczytałem tekst jakiś tydzień temu, myślałem nad nim długo nie dlatego, że chciałem, a tak po prostu, samoistnie siedział mi w głowie. Tekst inspirujący, pierwszy raz spotykam się z czymś takim, i nie jest to coś takiego, tylko coś samo w sobie, coś dobrego - zdecydowanie.

Podsumowując: tematyka kompletnie mnie nieinteresująca, a jednak wieczór mi skradłeś. Tydzień, no. Czyli dobrze.
mike17 dnia 01.02.2017 18:35
Dzięki, Stawitzky, to zaiste niezwykłe opko :)
Najbrudniejsze, jakie kiedykolwiek napisałem.
Ale kiedyś musi być ten "pierwszy raz".
I był.
I od razu z grubej rury, jakżeś sam zauważył.
W takich razach nie lubię się pieprzyć z tematem, biorę go na rogi i basta.
Bo czasem są takie tematy, które trzeba potraktować naprawdę brutalnie i bez ściemy.
Bo inaczej wyjdzie popelina.
Niełatwo było mi opowiedzieć w miarę wiarygodnie historię psychopaty.
Musiałem wejść w jego mózg.
To wymagało nie lada wysiłku.
Efekt jest jaki jest.
Zależało mi na totalnym hardcorze.
Zero "zmiłuj".
Takie walenie w dekiel czytacza, aż do nieprzytomności.
Bo jeśli już postanowiłem napisać o istocie Zła, to musiałem to zrobić nie na skróty.

Dzięki za czytańsko i to, że Tobą potrzepało.
O to mi chodziło :)

Trzymaj się!
Krzysztof Konrad dnia 05.06.2017 16:12 Ocena: Świetne!
To niesamowicie chora historia. Ale byłbym zwykłem złośliwcem, gdybym tak zakończył tę wypowiedź, bo tyle w tym prawdy, że wypadałoby zadać sobie pytanie "dlaczego tak się buduje człowiek"? Zobacz, ile chłoniemy - cholera, przecież Ty to wiesz, w końcu to napisałeś. Wiemy o tym, widzimy tego psychopatę, znamy jego przyczyny, ale i tak go nie rozumiemy. Nikt nie rozumie, wszyscy czytamy, ale współczujemy jedynie na papierze, bo - co zrobilibyśmy widząc tak zaszlachtowanego beznadziejnym dzieciństwem, dorosłością, generalnie życiem - człowieka? Spieprzalibyśmy wszyscy, gdzie tylko się da i na wszystkie strony. Nie obchodziłoby nas w najmniejszym stopniu, w tej sytuacji, gdybyśmy stanęli z nim twarzą w twarz, że on przeżył pieprzone piekło. Czy to nie jest niesprawiedliwe, że kształtujemy się od dzieciństwa? To jest pytanie, które zadałem sobie po odczytaniu opowiadania. Ja mam takie coś, że od 6 roku życia trafiam tylko i wyłącznie na ludzi chorych psychicznie, poważnie. Wujek tyran, ciocia histrioniczka, przyjaciel przygodnik, agresor i narkoman. A ja? Kim jestem? Nie wiem, kim jestem. Może schizofrenikiem? Noszę ten popieprzony bagaż na plecach i nie mam go gdzie rozładować, bo na każdym z moich przystanków czekają nowe plecaki, które powinienem, i z reguły zakładam na plecy. Pisałem Ci niedawno, że czytałem o Pani Wisłockiej. Jest tam taka wzmianka, że dziecko bez ojca staje się mamisynkiem, bez matki - bezuczuciowym głazem. Gdyby zastosować analogię do bohatera Twojego opowiadania, można by dojść do przerażających wniosków. Nawet nie próbuję podstawiać tych zmiennych.

Jeśli chodzi o stylistykę - czytałem to jak wiersz... wiersz oszołomionego żołnierza na skraju załamania nerwowego, który stracił na polu walki przyjaciela, który widzi, jak w powietrzu szybują pourywane kończyny i w głowie pisze sobie list do matki, jakby ta retrospekcja była pewną genezą jego bycia ty, gdzie jest, co właśnie robi.

Trochę przypomina mi to Dextera i jego pobudki do bycia tym, kim był (nie chcę spoilerować).

Jeśli chodzi o sam mord i sposób, w jaki to pokazałeś - wyrachowany, buntowniczy, a wręcz coś ponad, jakby narrator (bohater) czuł się w tym arcymistrzem, jakby wiedział, że mimo czytania nikt, kompletnie nikt go nie zrozumie. Bo... ilu jest takich ludzi jak on? Tyle.
mike17 dnia 05.06.2017 18:39
Krzysiek, wychowywałem się na Powiślu-Czerniakowie, gdzie nóż szedł w ruch codziennie, gdzie się chlało i pieprzyło, gdzie rządziła tylko SIŁA, może dlatego dość szybko zabrałem się za boks i kulturystykę, by nie dostawać wpierdolu.
Dość szybko miałem 1,80cm, więc to już ja miałem coś do powiedzenia.
Tłukłem się wiele razy, ale o tym już czytałeś w innym opku.

Psychopatia to choroba jak każda inna.
Johnny był nią dotknięty, był jednak święty, bo kochał mamę, i tylko to jest jego plusem.
Nie wiem, jak oceni go Bóg, ale ja jednak nie potępiłbym go do końca.
Zafundowałbym mu Czyściec, ale nic ponadto.
Bo to tylko człowiek, zasługuje na łaskę.

Johnny nie wiedział co to litość.
Ale wiedział, co to miłość do mamy.
To rozważmy.

Znałem tych kolesi, znałem ich wielu, ich brudne opowieści.
Gdzieś zasłyszane przy winie czy piwie.
Ze mnie to nie wyparowało - to złożyło się na tę opowieść.
Wiem, że jest bardzo brutalna, ale takie bywa życie i ja o tym wiem.
Bo z nimi piłem i z nimi gadałem.

Dzięki, Krzysiek, za podróż do krainy koszmaru.
Ale czasem tak trzeba.
Nie ma innej drogi.
Ta do nieba nie zawsze jest nam dana :)
Kazjuno dnia 08.05.2018 08:15 Ocena: Świetne!
Połknąłem tekst na jednym wdechu. Poczytałem też kilkanaście komentarzy, a są ich dziesiątki. Cóż, chóralny krzyk zachwytów.
Czy jest choć dla mnie szczelinka na wścibienie niepowielonego komplementu?
Wątpię, ale spróbuję.
Ta ogromna ilość twoich tekstów pokazuje, że mam do czynienia z pasjonatem pisarstwa.
Więc napiszę trochę z innej beczki. Nie będę się rozwodził na temat tego opowiadania.
Krótko mówiąc, w moim odczuciu, jest doskonałe!
Ma jedną cechę wspólną z dwoma innymi opowiadaniami, które miałem przyjemność przeczytać. Czytając, nie mogłem się oderwać.
Co to oznacza?
Otóż kiedyś interesowałem się, czy można zarobić na pisarstwie? Zadawałem sobie pytanie: czy jest jakaś metoda, żeby napisać bestseller?
Jedyną sensowną receptą jaka utkwiła mi w pamięci była podpowiedź: "pisz tak, aby czytelnik nie mógł się oderwać, aby był ciekaw każdej następnej strony".
Co widzę. TY TAK PISZESZ!
Teoretycznie więc biorąc, powinieneś być zamożnym człowiekiem! Czy tak jest w istocie?
Nie wiem.

Co zauważyłem to w Polsce, przynajmniej jak dotąd, dopieszcza się i lansuje wyłącznie pupilków "Gazety Wyborczej": Ola Tokarczuk, Joanna Bator, Pilch i jeszcze parunastu dostawało nagrody Nike.
Znam osobiście Olę Tokarczuk i doceniam jej twórczość, też zajmująco i dowcipnie potrafi pisać Joanna Bator, ale czy przykuwały mnie ich teksty jak Twoje?
Raczej nie.
Już wiem, że będę czytał wszystko, co zamieściłeś w PP.

Tyle byłoby na dzisiejszy ranek. Świeci słoneczko, nie jest za gorąco, zanosi się na miły dzień. Spieszę się na kort, zaraz gram debelka. (Już przed laty z boksera przepoczwarzyłem się na tenisistę i dzięki wczorajszem tenisowemu zmęczeniu, mimo przeczytania "Najdroższa mamo", spałem dobrze).

Miłego dnia, Majki.
mike17 dnia 08.05.2018 15:42
Kazjuno napisał:
Połknąłem tekst na jednym wdechu.

I o to mi, Kaz, chodziło.
Zacząłem z grubej rury i dalej miało być już tylko podkręcanie akcji i eskalacja przemocy.

Kazjuno napisał:
Czy jest choć dla mnie szczelinka na wścibienie niepowielonego komplementu?

Jeśli utwór się tylko podoba, to zawsze ta szczelinka istnieje :)
Cieszą mnie Twoje słowa i że kupiłeś ten tekst, a to już sztuka.

Kazjuno napisał:
Krótko mówiąc, w moim odczuciu, jest doskonałe!

Starałem się jak mogłem, by oddać portret prawdziwego psychopaty, sklejony z tych, których miałem okazję w życiu poznać.
Ten temat dojrzewał we mnie bardzo długo, w końcu dałem mu wyraz.
Wszak jestem pisarzem wszechstronnym i żadnego tematu się nie boję i na każdy mogę pisać.

Kazjuno napisał:
Czytając, nie mogłem się oderwać.

Staram się od razu rzucić czytacza w wir wydarzeń.
Ruszyć na ostrej petardzie.
Stąd moje pisanie jest dynamiczne, nie ma tu lania wody ani przestojów.
Jest czysta akcja, nawet jeśli piszę o miłości.

Kazjuno napisał:
czy można zarobić na pisarstwie?

Mam na rynku 7 książek i jakieś tam piniędze wpływają, ale z tego nie da się wyżyć.

Kazjuno napisał:
Co widzę. TY TAK PISZESZ!

Jak już pisałem, zależy mi na dynamice, i jest ona obecna nawet w moich miłosnych miniaturach, którym się oddaję od ostatnich kilku lat.
Kwestia miłości bardzo mnie fascynuje, i bynajmniej nie chodzi mi o płytki erotyzm, ale o warstwę psychologiczną kochania, o jego różne odcienie, barwy.

Kazjuno napisał:
Już wiem, że będę czytał wszystko, co zamieściłeś w PP.

Zatem trzymam Cię za słowo, Kaz :)

Bardzo Ci dziękuję za tradycyjnie piękne słowa.
Dla mnie jako twórcy to bezcenne.
To mi daje odbicie jak w lustrze - wiem, w jakim kierunku idę.
I to się dla mnie najbardziej liczy - kiedy komentujący moje prace wyczerpująco mi powie o swoich odczuciach, wtedy wiem, na czym stoję.

Pozdrawiam Cię, tenisisto, sącząc popołudniowego browarka :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
al-szamanka
24/04/2019 21:41
Powiem Ci tak: Wiersz byłby o wiele lepszy, gdyby był… »
Marek Adam Grabowski
24/04/2019 13:36
Bynajmniej nie chodzi o błędy językowe; lecz o to, iż temat… »
Miladora
24/04/2019 12:50
Witaj poświątecznie, Hope. :) Będzie krótko, bo nie mam się… »
Berele
24/04/2019 10:19
Zdanie w 2 zwrotce jest nienaturalnie długie. To nie jest… »
pociengiel
24/04/2019 08:33
Chyba tak mam czas do wieczora. »
al-szamanka
24/04/2019 08:23
Fajnie, że się podobało. Dziękuję za poczytanie i miły… »
al-szamanka
24/04/2019 08:21
Odjazdowy tytuł :D Najbardziej podoba mi się słońce… »
lew morski
24/04/2019 03:44
Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz – myślałem, że… »
Abi-syn
23/04/2019 21:28
Hejka Wiki to prawie jak ja, :) , też rzadko, też z… »
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
ShoutBox
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:55
  • Cholera jasna! Co mnie tu znowu przygnalo? :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:54
  • By ich nie spalic, troskliwie zawijaj w sreberka. /Swistak/ :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:52
  • I pamietaj by wsrod przypraw , byla oliwy kropelka.
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:51
  • Juz niedlugo, za dni pare. Idz po piwko, nie gitare. Rozpal grilla a w sam zar, wloz kartofli kilka par.
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
Ostatnio widziani
Gości online:13
Najnowszy:yxutyf
Wspierają nas