Eryk - Miladora
A A A

     Nigdy nie wierzyłem w duchy. Ale jeżeli nawet w coś się nie wierzy, to wcale nie znaczy, że owo „coś” nie istnieje. Za dużo wysłuchałem poza tym różnych historyjek, by w końcu nie zwątpić we własne poglądy. I pewnie dlatego któregoś dnia sam zacząłem na każdym kroku wypatrywać postaci z zaświatów, wpadając znienacka do ciemnego pokoju lub decydując się na odwiedzenie w środku nocy strychu czy piwnicy. Nawet dorobiłem sekretne klucze do owych przybytków, nie chcąc wzbudzać ciekawości żony, co niewątpliwie skończyłoby się wodospadem pytań.
     Mieszkaliśmy w starym domu, więc oba te pomieszczenia nieźle grały na wyobraźni. Strych, zupełnie jak w dawnych powieściach, był ciemny, ponury i zagracony przez poprzednie pokolenia, których potomkowie sami nie wiedzieli, co do kogo należy, więc tym bardziej nie spieszyli się z uporządkowaniem. A piwnice? Niskie ceglane korytarze z mnóstwem odgałęzień aż prosiły o zasiedlenie jakimiś duchami.
     Żona wprawdzie patrzyła dość podejrzliwie, gdy ochoczo, jak nigdy przedtem, oferowałem pomoc w przyniesieniu czegokolwiek z dołu, lecz na szczęście po chwili przestawała o tym myśleć, a ja, żegnany jej milczącą aprobatą, sięgałem po torbę.
W nocy trochę trudniej było wymknąć się z mieszkania, gdyż małżonka miała lekki sen i sporo takich prób spełzało na niczym. Tym niemniej z biegiem czasu jakby przywykła, a mnie weszło w nałóg ustawiczne kontrolowanie obu tych pomieszczeń, bo skąd miałem wiedzieć, gdzie akurat mogły przebywać wypatrywane przeze mnie duchy.

     Pewnego razu jak zwykle zszedłem do piwnicy, po ciemku oczywiście, żeby nie wystraszyć potencjalnych gości, gdy nagle w najbardziej odległym załomie zobaczyłem nikły przebłysk światła. Wstrzymując oddech, zakradłem się na palcach pod zbite byle jak drewniane drzwi, zza których przeświecał złotawy odblask, i z duszą na ramieniu zerknąłem przez szparę. Przy stoliku zrobionym ze starej skrzyni, na której stała zatknięta w butelkę świeca, siedział jakiś chłopak i pisał coś zawzięcie w grubym szkolnym zeszycie. Obok leżała sterta opasłych ksiąg przypominających na pierwszy rzut oka wielotomowe wydanie encyklopedii.
     – Czyś ty zgłupiał?! – Nie zastanawiając się, pchnąłem skrzypiące deski i wtargnąłem do środka, a pod czaszką zadzwoniło, zupełnie nie wiem dlaczego, coś jakby imię „Eryk”.
     – Odwal się. Nie twoja sprawa… – mruknął chłopak, nawet nie podnosząc oczu znad zapisanych stronic.
      – Ale dlaczego tu? W piwnicy?! – Nie mogłem zrozumieć.
      – Taki układ… – Chyba-Eryk wzruszył ramionami i wreszcie zdecydował się spojrzeć na mnie. – A co, przeszkadzam w czymkolwiek?
      – No, nie… Ale… – Zabrakło mi nagle słów.
Chłopak uśmiechnął się ironicznie. – Nigdy nie dostałeś żadnej kary?
      – Twoi rodzice to wymyślili? – Nie posiadałem się ze zdumienia.
      – Nie bądź naiwny…
Zacząłem przeżuwać w myślach tę informację, gdy nagle świeca zgasła i ledwo trafiłem do wyjścia.
      Cholera! – brzęczało w głowie przez resztę nocy.

     – Hm… kojarzysz takiego chłopaka? – zagadnąłem żonę przy śniadaniu. – Eryka, czy coś w tym stylu…?
     – A bo co – odparła bez zainteresowania.
     – Nic. Tak tylko pytam.
    – Aha. – Żona sięgnęła po następną krzyżówkę i przestała zwracać na mnie uwagę, a ja, nie chcąc podpaść, nie drążyłem tematu, skupiając się na własnych rozmyślaniach.
Faktycznie – nigdzie nie spotykałem chyba-Eryka, bo pewnie bym go zapamiętał, więc skąd nagle wziął się w piwnicy o tak późnej porze? I co, u licha, pisał w tym zeszycie?
     Następnej nocy wymknąłem się z łóżka i ponownie polazłem na dół. Eryk rzucił mi krótkie i dość niechętne spojrzenie, po czym odłożył ołówek.
      – Znowu tu jesteś, facet?
      – A jakoś tak… spać nie mogę – bąknąłem po chwili.
      – To siadaj i pisz. – Podsunął mi skrzynkę i wybrał jeden z tomów. – Zaczynasz od początku…
Cholerny świat, to faktycznie była encyklopedia.
     Nie wiem, jak długo trwała ta zabawa, bo w pewnej chwili opadła mi głowa, a gdy otworzyłem oczy, wokoło szarzało i w tym blednącym mroku wyraźnie było widać, że piwnica jest pusta – ani chłopca, ani skrzynki ze stertą opasłych tomów, żadnej także świecy, a w dodatku jeżeli na czymś siedziałem, to był to mój własny tyłek usadowiony w kącie na podłodze. W jakiś sposób udało mi się wemknąć bezszelestnie do sypialni i cichutko ułożyć obok śpiącej żony, ale w głowie dudniło niemal do południa.

     Nie muszę chyba mówić, że ogarnął mnie nieodparty przymus, by wyjaśnić tę dziwną sytuację, ale co z tego, skoro Eryk nie miał zamiaru gadać i na wszelkie próby pytań tylko gapił się w zeszyt z nieco drwiącą miną. A mnie język drętwiał i czym prędzej zabierałem się do pisania. Tak skończyłem jedną literę i przeszedłem do następnej. Stos zeszytów narastał, ale nigdy nie udawało mi się uchwycić momentu, gdy chłopak je zabierał, bo nieodmiennie opadała mi głowa, a potem w piwnicy nie było już żywego ducha i znowu siedziałem w kącie na podłodze.
     Jak długo to trwało? Nie mam pojęcia, bo dni pozlewały się w jeden ciąg i odnosiłem wrażenie, że cały czas siedzę w piwnicy. W każdym razie chyba ogarnął mnie jakiś amok, bo pisałem, pisałem, pisałem, a sterta urosła na wysokość metra.
     Którejś nocy zacząłem właśnie wyślizgiwać się z łóżka, gdy nagle rozbłysła lampka. Żona patrzyła na mnie kpiąco.
      – Daj sobie spokój. I nie rób baraniej miny. Zacząłeś tak wariować z tymi duchami, że diabli wiedzą, gdzie byś jeszcze polazł, więc wolałam, żeby to była piwnica. Przynajmniej bezpiecznie…
      – Co?! – nie dałem jej skończyć. – Zrobiłaś mi kawał?!
      – Jasne! – Żona uśmiechnęła się od ucha do ucha.
      – Ale… – na próżno szukałem słów.
      – Pytasz, jak? Po prostu znalazłam kogoś.
Chwyciłem się za głowę. – I pewnie jeszcze mu zapłaciłaś, co?!
     – No… trochę – przyznała małżonka ze skruszoną miną.
     – Kto to był?
     – Syn takiej mojej znajomej…
     – Eryk?
     – Jaki Eryk? – spytała ze zdziwieniem. – Nie znam żadnego Eryka. Marcin.
    Na drugi dzień wieczorem wpadłem do owej znajomej, wymuszając na żonie adres groźbą szybkiego rozwodu. Tak, jak przypuszczałem, chłopak siedział w domu przy komputerze. Wszedłem do pokoju i rzuciłem ostro: – Ile ci żona odpaliła, żebyś wystrychnął mnie na dudka?!
Marcinowi zastygły palce. – Dwie dychy, ale niech się pan nie gniewa… – wymamrotał po chwili.
Złapałem za oparcie krzesła, odwracając je przodem do siebie.
Zamurowało mnie. To nie był tamten chłopak!
      – Nie gniewa…? – Gapiłem się na niego z wytrzeszczonymi oczyma.
Marcin wzruszył ramionami. – Nic się przecież nie stało. Byłem tylko raz i nawet pan nie przyszedł…

      No i nie miałem innego wyjścia, jak tylko wrócić do domu.
      Co, do jasnej cholery, się dzieje?! – zachodziłem w głowę.
Natomiast żona machnęła ręką na sprawę, mimo iż nie omieszkała dość zgryźliwie zapytać, czemu w takim razie, do diabła, utknąłem tam jak głupi, na co natychmiast usłyszała gniewną ripostę, że zwyczajnie przesadza.
     Jak można przewidzieć, nadal łaziłem do piwnicy i – co było silniejsze ode mnie – natychmiast sięgałem po ołówek. Cały czas jednak dręczyły mnie jakieś mgliste wspomnienia, chociaż jak na złość pamięć odmawiała wyjaśnień. A potem, w nagłym przebłysku, wróciły do mnie ironiczne słowa dawnego nauczyciela: Nie lubisz zaglądać do książek, prawda? – gdy wielokrotnie na lekcjach przyłapywał mnie na kompletnej niewiedzy. Ale co mogła mieć do tego moja impertynencka odpowiedź, że jak będę musiał, to najwyżej sięgnę po encyklopedię?
Od tamtej pory minęły całe wieki i jakoś radziłem sobie bez tego.
Tak rozmyślając, przepisywałem kolejne hasła, a chyba-Eryk od czasu do czasu przyglądał mi się badawczo spod zwichrzonych włosów.
      – No i jak? Pamiętasz chociaż cokolwiek? – zagadnął wreszcie z ironią.
      – A ty? – odgryzłem się niezwłocznie.
      – Ha ha – powiedział.
      – Zdradzisz wreszcie, o co tu chodzi? – Przyznam, że trochę mnie już wkurzył.
      – Nie wiesz? – zdziwił się. – Jeszcze do ciebie nie dotarło, tępaku?
„Tępaku” odebrałem niczym sygnał trąbki alarmowej. Kto i kiedy tak mówił, do nagłej i niespodziewanej…
      – Jesteś duchem? – spytałem z wahaniem.
      – Idiota – stwierdził spokojnie. – A teraz pisz, bo już niewiele zostało. Poza tym też mam dosyć – dorzucił, a moje palce same zacisnęły się na ołówku.
     Jak zwykle ocknąłem się na podłodze. Tym razem jednak pół piwnicy zawalone było zeszytami. Nie chciałem ich widzieć, a mimo to ręka natychmiast sięgnęła po najbliższy. Na pierwszej karcie widniała krótka inskrypcja, lecz w miarę czytania pismo blakło i po chwili nie zostały już żadne ślady, że cokolwiek tam zamieszczono. Wywlokłem się z piwnicy, mając wyryte w oczach zdanie: Do zobaczenia w tunelu…

     Nie ulegało wątpliwości, o jaki tunel chodzi. Od chwili zainteresowania się duchami, sporo przeczytałem na temat ewentualnego życia po śmierci i to słowo natychmiast nasunęło mi skojarzenia z początkiem wędrówki w zaświaty. Cóż, mój wiek wyraźnie mówił, że jestem już bliżej niż dalej, i mimo iż podobno wszystko wówczas miało stać się jasne, coś nagliło mnie do wyjaśnienia tego incydentu jeszcze teraz, tu, na ziemi. Podstawowe pytania brzmiały: Czy Eryk istotnie przybywał stamtąd? I jak się o tym przekonać, skoro nagle zniknął?
     Zamiast więc schodzić do piwnicy, wędrowałem godzinami po mieście, wpatrując się w twarze wszystkich napotkanych chłopców. Czasem w niektórych uderzał mnie jakiś znajomy wyraz, lecz po chwili odczucie to mijało i szedłem dalej, by szukać następnych. W ten sposób zwiedziłem miasto wzdłuż i wszerz, pojawiając się przed szkołami, w parkach, zaułkach, barach, a nawet na dyskotekach, chociaż tłok i błyskające delirycznie światła nie dawały specjalnych szans na odróżnienie znajomych rysów. Eryka nigdzie jednak nie było i nawet częste wizyty w rozmaitych wypożyczalniach nie przyniosły żadnej odpowiedzi.
     Wracałem właśnie przygnębiony z kolejnej wędrówki, przechodząc korytarzem pod jezdnią, gdy olśniło mnie, że przecież to mógł być i taki tunel. Od tego czasu skupiłem uwagę wyłącznie na przeszukiwaniu podziemnych pasaży.

     Pewnego wieczoru, gdy wlokłem się słabo oświetlonym przejściem pod jednym ze skrzyżowań, niespodziewanie z boku dobiegł znajomy głos: – Uprzedzał, że będziesz próbował mnie znaleźć… Stanąłem jak wryty, a potem powoli odwróciłem głowę. Eryk spoglądał na mnie ze zwykłym kpiącym uśmiechem. – No i udało ci się, facet – powiedział po chwili.
Podszedłem i złapałem go za kurtkę, patrząc w oczy, w których migały poznane już wcześniej ironiczne błyski.
     – Kto u p r z e d z a ł?! – Potrząsnąłem nim gwałtownie.
     – A jakiś taki, nie znam go. – Eryk wyrwał się z uchwytu i rozłożył ręce. – Znalazł mnie kiedyś na haju i zaproponował umowę.
     – Umowę? Jaką umowę?!
     – Że każdy coś otrzyma – uśmiechnął się szeroko.
     – Co?!
    – Niestety… – Eryk pokiwał głową z udanym współczuciem. – Tego nie powiedział. Zresztą nic więcej nie mówił.
Miałem ochotę go walnąć, ale co by to dało, więc tylko odwróciłem się i odszedłem.
    – Aha, wspomniał jeszcze, że gdy odgadniesz znaczenie jego imienia, wszystko stanie się jasne… – dogoniły mnie słowa.
      Ale jakiego imienia?! – wracało w myślach, które wirowały niczym ciuchy w pralce. – Od czego mam zacząć?...
     I wtedy przypomniała mi się ta cholerna encyklopedia. Przepisywałem ją wprawdzie czysto mechanicznie, ale coś jednak pamięć zdążyła odłożyć, w tym także imię „Eryk”. Co w nim było takiego, u licha, że tłukło się teraz w mózgu niczym echo w studni? Przyspieszyłem kroku, sięgając do kieszeni po klucz od piwnicy. Stos zeszytów sterczał na środku, zacząłem przeglądać je gorączkowo i po długiej chwili znalazłem szukaną notatkę, choć bynajmniej nie rozjaśniła mi w głowie. Ten, dla którego honor jest najważniejszy nic mi nie mówiło.
      Myśl, myśl, facet – powtarzałem sobie. – Dlaczego honor?...
I nagle zobaczyłem twarz Eryka w chwili, gdy rzucił: Tępaku… To nie była jego odzywka, to była odzywka… Prawie biegiem wróciłem do mieszkania, by wydobyć album ze starymi zdjęciami. Ja w szkole, koledzy, wychowawca, nauczyciele, kolejne lata… Tak, to musiało być wtedy i to chyba ten człowiek…
    Nie mogłem zasnąć, bo pamięć podsuwała obraz za obrazem i chociaż starałem się ją przytłumić, gdyż niezbyt miłe było oglądanie siebie w roli kosmicznego dupka, co teraz dopiero spostrzegłem wyraźnie, to jednak w owym kalejdoskopie tkwiła pewna pociecha, że zdarzenia miały miejsce dawno temu i jestem obecnie kimś zupełnie innym. Innym?
      No tak – zakpiło coś w myślach. – Teraz masz w głowie już cały leksykon…

     Rano natychmiast pojechałem do szkoły. Sekretarka, zapytana o mojego nauczyciela, nie potrafiła niczego konkretnego powiedzieć, lecz była na tyle uprzejma, że zajrzała do teczek w archiwum i podała mi adres.
      – Nie mam natomiast pojęcia – zastrzegła – czy profesor nadal tam mieszka, i czy w ogóle żyje, bo to już sporo czasu od przejścia na emeryturę…
Podziękowałem i wyszedłem.
      Najlepiej byłoby zadzwonić – przyszło mi na myśl i prawie zobaczyłem siebie rozmawiającego z owym belfrem, chociaż chyba nie bardzo mnie lubił. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna, gdyż w słuchawce usłyszałem damski głos i to niewątpliwie starszej osoby, która wyraźnie się zawahała, gdy przedstawiłem prośbę o spotkanie.
      – Dobrze – zgodziła się jednak po chwili. – Niech pan przyjdzie o czwartej…
Żona popatrzyła na mnie spod oka. – Usiłujesz wywołać duchy? – spytała z przekąsem.
      – Jakie tam duchy – mruknąłem. – Staruszkowi będzie miło, gdy odwiedzi go dawny uczeń.
A to, że niezbyt udany, zostawiłem dla siebie.
     Może nareszcie zdołam coś wyjaśnić – myślałem po drodze. – Chociaż z pewnością nie zechce się przyznać. Sam bym się nie przyznał – stwierdziłem bezstronnie.
     Drzwi otworzyła dość wiekowa pani, niewątpliwie ta, która odebrała telefon, bo bez słowa wskazała mi wieszak. Przemierzyliśmy spory korytarz, po czym kobieta nacisnęła klamkę i wszedłem do pokoju. Pod oknem stało szpitalne łóżko z dostępem z obydwóch stron, a obok różne medyczne akcesoria. Wpatrzyłem się w twarz leżącego człowieka, a z tyłu, jak akompaniament, brzmiał cichy szept: – To już prawie dwa lata… i nawet nie wiem, czy cokolwiek kojarzy…
W tym momencie mężczyzna odemknął powieki i nagle zrozumiałem, że przebywa zupełnie gdzieś indziej.

     W jakiś czas potem zabrano mnie do szpitala. Rokowania nie były zbyt dobre, ale trudno, kiedyś wreszcie musi nadejść ta chwila i trzeba się z nią pogodzić. Lecz pewnej nocy obudziło mnie niejasne odczucie, że ktoś jest w pobliżu. Odwróciłem się w drugą stronę, a tam, na krześle przysuniętym do łóżka, siedział jakiś chłopak, w którym mimo niewyraźnego światła, rozpoznałem Eryka. Wydoroślał, a jednak na twarzy nadal błąkał mu się cień dawnego, kpiącego uśmiechu.
     – No i co? Pamiętasz chociaż cokolwiek? – zagadnął jak niegdyś w piwnicy, a mnie natychmiast stanęła przed oczyma cała encyklopedia. I nie tylko encyklopedia – zobaczyłem również żonę, stertę krzyżówek oraz siebie konkurującego w ich rozwiązywaniu. Jakby zadzwoniło mi w mózgu, ale zanim zdążyłem otworzyć usta, Eryk wstał i ruszył w stronę wyjścia.
     – Mówiłem, że każdy coś otrzyma… – dorzucił i zniknął za drzwiami.

     Po tygodniu doszedłem do zdrowia. Żona zgarnęła rzeczy, zaniosła je do auta i zapuszczając silnik, mruknęła pod nosem: – Wiedziałam, że nie odpuścisz…

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Miladora · dnia 21.03.2014 18:25 · Czytań: 702 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 22
Komentarze
spawngamer dnia 21.03.2014 19:50
Tekst mnie wciągnął jak rzadko który dotąd na PP. Niestety, napięcie siadło zamordowane zakończeniem. Wielka szkoda.
Miladora dnia 22.03.2014 11:09
spawngamer napisał:
Niestety, napięcie siadło zamordowane zakończeniem.

Bo nie było żadnego fajerwerku? ;)
Nie miało być - to równanie z paroma niewiadomymi i czytelnik sam musi zadać pytania i poszukać odpowiedzi. A tych może być kilka.
Zauważ, że tu nic nie jest jednoznaczne.

Dziękuję, Gamer. :)

I miłego wiosennego :)
ajw dnia 23.03.2014 21:25 Ocena: Świetne!
Wiesz co to znaczy wodzić czytelnika za nos i robiłaś to konsekwentnie do końca, bo zakończenie również nie jest takie jasne i można w różny sposób interpretować. Dla mnie facet miał wylew, był na granicy śmierci, ale wyszedł z tego i w szpitalu ćwiczył szare komórki. Ciekawa jestem jaki był Twój zamysł?
Pozdrawiam ciepło :)
SzalonaJulka dnia 23.03.2014 23:44
Miluniu, po twojemu - magicznie i nie wiadomo o co chodzi :) czyli tak jak lubię...
No po co komentować, lepiej sobie wymyślę jeszcze trochę interpretacji, o!
Buziaki
henrykinho dnia 24.03.2014 10:06
Klimat oraz styl poprowadziły mnie za rączkę aż do samego, zagmatwanego końca. Śledztwo rozmarzonego mężulka takie całkiem klasyczne można rzec, bo jest odwiedzanie miejsc, ludzi i snucie się za poszlakami, jednak z zadowoleniem podróżowałem tropem rzuconych czytelnikowi śladów. Co do zakończenia: pasuje mi zastosowanie zasady: "wędkę, nie rybę!", w końcu nie wypada wymagać od każdego para-kryminału soczystego zabójstwa oraz oskarżenia rzuconego w stronę tego a tego lokaja... ;)
Mam wrażenie, że tekst dobrze by się nadał do portalowego konkursu "Tajemnica kamienicy", ponieważ pasuje lepiej, niż jak znalazł. Takie wtrącenie.

pozdrawiam
Miladora dnia 24.03.2014 11:57
ajw napisała:
Ciekawa jestem jaki był Twój zamysł?

W zasadzie, by niczego nie dopowiadać, Ajw. :)
Życie też bardzo często nie podsuwa jednoznacznych rozwiązań i nie mamy pojęcia, w jakiej mierze decyduje w nim przypadek, a w jakiej świadome działanie.
Zresztą temat duchów jest tak wyeksploatowany, że trudno powiedzieć coś nowego. Można albo potwierdzić, że istnieją, albo opisać jakąś mistyfikację. Dlatego wolałam zawiesić epilog w powietrzu, dając czytelnikom możliwość wysnucia własnych wniosków. Bo tak naprawdę nadal mało wiemy na temat zjawisk paranormalnych. Są ludzie wierzący w duchy, niewierzący w duchy, a także tacy, którzy twierdzą, że ich dusza potrafi opuścić ciało. Jak jest naprawdę - nie wiem. Dlatego w dalszym ciągu zastanawiam się z bohaterem tego opowiadania, co go właściwie spotkało. :)

SzalonaJulka napisała:
lepiej sobie wymyślę jeszcze trochę interpretacji,

No właśnie, Szalonka. :)
Przypomniała mi się przy okazji Twoja "Lola z Ludwinowa". Wierzę, że ją widziałaś, chociaż dam sobie głowę uciąć, że do dzisiaj nie wiesz, dlaczego Ci się ukazała, i jak to zrobiła.
Więc sądzę, że Twoja interpretacja pójdzie w kierunku rozwiązania pozazmysłowego.
Bo może akurat tak było?... ;)

henrykinho napisał:
pasuje mi zastosowanie zasady: "wędkę, nie rybę!"

Ładnie to określiłeś, Henry. :)
Bo wędką można posługiwać się wiele razy i w różny sposób, a co można zrobić ze złowioną rybą? W zasadzie tylko zjeść. Ale po co serwować gotowe danie? Niech każdy upichci własne. ;)

henrykinho napisał:
Mam wrażenie, że tekst dobrze by się nadał do portalowego konkursu "Tajemnica kamienicy",

Do licha... nie przyszło mi to do głowy. :|

Dziękuję, kochani, za zrozumienie zamysłu. :)
Trochę się zastanawiam, czy nie dopisać drugiej części i nie pociągnąć dalej tego śledztwa.
Może coś wykiełkuje przy okazji?...

Serdeczności wiosenne :)
SzalonaJulka dnia 24.03.2014 13:53
Miladora napisała:
Więc sądzę, że Twoja interpretacja pójdzie w kierunku rozwiązania pozazmysłowego.


No nie wiem, Miluś, nie wiem... "moje" (wierzę, a raczej wiem, że prawdziwe) duchy nie potrzebują tajemniczej scenerii, ani ciemności. Przyłażą kiedy i gdzie chcą. Są takie zwykłe i mało tajemnicze - pewnie dlatego, że chodzę twardo po ziemi i takie "z klimatem" bym nie uwierzyła - każdemu duch na jego miarę!

Miladora napisała:
Wierzę, że ją widziałaś, chociaż dam sobie głowę uciąć, że do dzisiaj nie wiesz, dlaczego Ci się ukazała, i jak to zrobiła.


dlaczego? ja pomogłam jej, ona chciała pomóc mnie
jak? normalnie - jak duch

:D

Hehe, i zamiast komentować opowiadanie, dyskutujemy o naturze duchów... ładnie ładnie
Miladora dnia 24.03.2014 16:02
SzalonaJulka napisała:
Przyłażą kiedy i gdzie chcą.

No to zazdroszczę. :)
Ja jestem jak ten facet, chociaż jeszcze nie biegam po strychach czy piwnicach.
Chyba mnie unikają, dranie. :upset:

SzalonaJulka napisała:
każdemu duch na jego miarę!

Idę się zastrzelić. :|
A Ty lepiej napisz coś więcej o swoich, zanim zacznę Cię straszyć. ;)
WholeTruth dnia 25.03.2014 12:16
najmniej dopracowany fragment to przekupstwo dzieciaka, który miałby chodzić nocami do piwnicy i przesiadywać tam ze swoim sąsiadem za marną kasę? uśmiałam się i zastanawiałam, na co jeszcze wpadnie żonka, żeby uspokoić mężulka.

opowiadanie się rozkręciło i wciągnęło. zakończenie zaskoczyło i rozsypało na nowo już prawie ułożoną historię. fajna zabawa. lubię puzzle.

zostawiam pozdrowienia. Whole
Miladora dnia 25.03.2014 12:32
WholeTruth napisała:
najmniej dopracowany fragment to przekupstwo dzieciaka, który miałby chodzić nocami do piwnicy i przesiadywać tam ze swoim sąsiadem za marną kasę?

Nie jest powiedziane, że miał przesiadywać. :)
Może tylko mignąć, nastraszyć?...
Tu nie ma żadnego znaku równania pomiędzy działaniem tego przekupionego chłopca a działaniem Eryka. One bynajmniej się nie pokrywają.
Zresztą nie wiadomo, czy chłopak nie dostał kasy tylko za to, żeby wprowadzić w błąd faceta, gdy się u niego zjawi.
To mógł być albo nieudany kawał żony, albo następna mistyfikacja.

Ale nie posiadam się ze zdziwienia, że zawitałaś, Prawdko, do prozy. :)
Bardzo miła niespodzianka, bo chyba jeszcze nie byłaś moim gościem.

Dziękuję serdecznie. :)

I miłego wiosennego :)
WholeTruth dnia 25.03.2014 12:38
w komentarzach robisz ciąg dalszy opowiadania ;) dokładasz kolejne możliwości, dodajesz smaczku i większej tajemniczości. bawi cię własne opowiadanie ;)

miło mi było czytać. i robię to często. rzadko komentuję :p

słonecznego Krakowa :)
Miladora dnia 25.03.2014 12:49
WholeTruth napisała:
bawi cię własne opowiadanie

To prawda, Prawduniu. :)
Często traktuję teksty jak puzzle, które trzeba ułożyć. :)

Serdeczności :)
Tomek i Agatka dnia 25.03.2014 20:19
Witaj Milu :)

Miałam ogromną frajdę z czytania, bo jak to u Ciebie, tajemniczo i śliski mech, prześlizgniesz się jak ten bosak zbyt szybko i wylatujesz, szorując dziurawym tyłkiem za zupełnie innymi drzwiami -

i myślałbyś że świta, gdy oczy ci muruje złowieszczo-rdzawy gwóźdź : ) : )

A zatem ostrożność i uwaga na tych śliskich półkach jak najbardziej wskazane, więc stopa za stopą, cal na cal - już bez zagapień i niefortunnych wyrżnięć, zupełnie powoli, niteczka po niteczce, bo przecież w 'trzy kądziołki' zapleciona sieć. Labirynt przemierzonych korytarzy i mrowie obrazów przemykających ściegiem mózgu. W tym wirze - studnia - z pękiem zgrabnie zapodanych kluczy i honorowo zarzuconym kołem ratunkowym, a czasu na łowy tyle, ile tylko ktoś zechce poświęcić na zgłębianie. Obracam sobie to brzęczące kółeczko, i przymierzając następne klucze, napotykam na ten jeden, który zdaje się otwierać wszystkie kolejne zamki.

Ale do rzeczy...
Pobawiłaś się widzę znaczeniem imienia Eryk:

Eryk - imię pochodzenia staroniemieckiego, od słów era (cześć, honor) i richi (bogaty). Oznacza: ten, dla którego honor jest rzeczą najważniejszą!

Cóż mogło być gorszego dla nauczyciela, jak drwiący mu prosto w twarz uczeń, który wiecznie nieprzygotowany i tak nie miał najmniejszego zamiaru, by kiedykolwiek sięgnąć do książki. Jak widać nauczycielski honor, nie mógł pozwolić by taki stan trwał wiecznie.

I kto by pomyślał, że wypowiedziane przez Tępskiego słowa, będą dla niego tak prorocze. : )

"Nie lubisz zaglądać do książek, prawda? – gdy wielokrotnie na lekcjach przyłapywał mnie na kompletnej niewiedzy. Ale co mogła mieć do tego moja impertynencka odpowiedź, że jak będę musiał, to najwyżej sięgnę po encyklopedię?"

Nauczyciel nie mógł w spokoju odejść, dopóki nie wypełnił swojej misji.

Chyba-Eryk jest tylko chyba-Erykiem, jak każdy popełnia błędy, a przyłapany na złym uczynku, niejako za karę - dla wymazania własnych win, otrzymuje do wykonania zadanie. Pod jednym ale..., o tym na sam koniec. ;)

Każda z trzech osób coś otrzymuje, racja.

Nauczyciel ratuje swój honor, ale też zyskuje spokój ducha i może odejść spełniony.

Chyba Eryk - spełnia dobry uczynek i wina zostaje mu darowana.

Tępski, jak nigdy rozwija swoją pamięć, a może raczej wypełnia dziury i luki, ważne że nauka mimochodem nie idzie w las, bo jak sam zauważa - niepostrzeżenie konkuruje z własną żoną w rozwiązywaniu krzyżówek.

Zastanawiam się nad zakończeniem, bo tak sobie jeszcze myślę, że chyba- Eryk mógłby być równie dobrze Erykiem, bo to przecież było jego zadanie do wykonania, więc czemu nie mógłby się ukazać Tępskiemu w postaci młodego chłopaka, z całą pewnością mógłby i stawiam, że to nikt inny jak właśnie sam młody Eryk. To był jego własny układ z Panem Bogiem. A dusza podobno się nie starzeje;)

Sądzę, że Tępski zyskuje coś więcej niż wiedzę czy pamięć, wraz z odzyskaną w szpitalu pamięcią, zyskuje szansę na nowe życie. W tym świetle "ostateczność sięgnięcia po encyklopedię" nabiera nowego wymiaru.


Zaplątałaś sprytnie i tak jak lubię, więc nie mogło zabraknąć smoczej łapy.

Z wiosennym pozdrowieństwem od kądziołkujących smoczysk :D

I uśmiecham się też do Szalonki, bo coś w tym faktycznie jest - "każdemu duch na jego miarę". Od dawien dawna za smokami łazi dręcząca myśl, że każdy 'drański smokcz' otrzyma w nagrodę takiego ducha na jakiego zasłużył. ;)

Posyłam bukiety buziaków :* :*
Miladora dnia 25.03.2014 23:09
No, smoki zrobiły niezłą wiwisekcję. :)))
I bardzo logiczną.
Gdyż większość przesłanek świadczy raczej o ratowaniu honoru, w sensie nadrobienia czegoś, czego nie zrobiło się we właściwym czasie, a nie o mistyfikacji żony zniecierpliwionej mało inteligentnym mężem. Ona wcale nie musiała być aż taka sprytna, żeby prowadzić podwójną grę z Marcinem i chyba-Erykiem. Mogło to być po prostu pewne zderzenie czasowe, gdy zaplanowała nieudany w sumie kawał, a jednocześnie do akcji weszły zupełnie inne siły.
Czy Eryk był chyba-Erykiem? Istnieje i taka możliwość, i za tym przemawiałaby gasnąca nagle świeca, przesypianie za każdym razem przez Tępskiego (jak go ładnie nazwałaś) momentu, gdy z piwnicy znikały rekwizyty, a także końcowe słowa „Mówiłem, że każdy coś otrzyma”. Eryk, odgrywając chyba-Eryka, mógł zwodzić bohatera fikcyjną postacią nieznajomego, który zawarł z nim układ, by Tępski doszedł po nitce do kłębka.
Ale… mógł również nim nie być, posługując się chłopakiem, którego znalazł na haju, i któremu w odpowiednich momentach podsuwał właściwe słowa czy reakcje. A może nawet mówił przez niego?
Dlaczego Eryk chciał ratować honor? Czy dlatego, że nie zdołał swojego ucznia niczego nauczyć? Czy może zdał sobie w końcu sprawę, że epitet „tępaku” nie jest właściwą metodą i powinien to w jakiś sposób naprawić. Faktycznie może przez to nie mógł odejść. I może przy okazji udało mu się uratować także chyba-Eryka, wyciągając go z narkomanii. Każdy więc coś otrzymał – także żona, dla której Tępski na pewno stał się bardziej wartościowym mężem, i który dostał przy okazji jeszcze coś więcej – życie. Ponieważ wizyta w szpitalu zasiała ziarno wątpliwości, zmuszając go do walki o zdrowie i powrót do domu, by nadal próbować wyjaśnić to, co się zdarzyło. Po prostu nie mógł odpuścić. Bo ktoś, kto jest zdolny przepisać całą encyklopedię, nie odpuszcza tak łatwo.
Można zadać jeszcze pytanie, dlaczego profesor osobiście nie prowadził tej gry, ale tu nasuwa się następne – czy dla kogoś, kto nazywa ucznia tępakiem, warto przepisać cały leksykon? Ja na pewno bym nie przepisała. :)

Ścielę się, Smoki, do stóp, uradowana przede wszystkim Twoim ponownym zjawieniem się na portalu. :)
Mam nadzieję, że już nigdzie nie znikniesz.

Ściskam serdecznie i z wdzięcznością :)
Tomek i Agatka dnia 25.03.2014 23:51
I to jest odpowiedź jaką chciałam uzyskać. Właśnie, nauczyciel nie wzbudził mojej sympatii, przez zwroty kierowane w stronę ucznia. Takie zachowanie stawiało go w niechlubnym świetle, przecież musiało być dużo więcej świadków tych zdarzeń, i z pewnością niejednemu Tępskiemu się w ten sposób obrywało, co wcale nie mogło zachęcać do nauki. Słowa wypowiadane przez nauczyciela były więc samospełniającym się proroctwem, sam niejako naznacza Tępskiego niechęcią, buntem do jakiegokolkolwiek działania czy nauki, nastawia go i programuje w ten sposób. Ten jeden zwrot, a ile w nim krzyku, słowa ukazują cały jego charakter. Z pewnością sumienie nie dawało mu spokoju, ale do tego musiał sam znaleźć się w takiej, a nie innej sytuacji.

Milu, uwielbiam opowiadane przez Ciebie historie, nie zliczę ile razy dzięki temu zabawiłam się w detektywa, haha, odskocznia gwarantowana!

Znikanie jest wpisane w ten mój akuratny czas, ale czytam, jestem duchem i zawsze pamiętam. Niemiłosiernie tęsknię! Oczywiście, w miarę moich możliwości obiecuję wpadać.

Smocze radosne buziołki i podziękowania : ) : )
Miladora dnia 26.03.2014 13:46
Tomek i Agatka napisała:
nie zliczę ile razy dzięki temu zabawiłam się w detektywa,

To prawda, Smoki.
I w dodatku zawsze dobrze Ci to wychodziło. :)

Buziaki milowe z podziękowaniem jak stąd do nieskończoności :)
Wierszybajka dnia 26.03.2014 21:00 Ocena: Świetne!
Miladoro,
Tak sobie myślę, jak to mawiał znany Grek: "Wiem, że nic nie wiem" i wierzę, że to już dobrze. Bo zostałam zmuszona do poszukiwań.
Wydaje mi się, że taki był właśnie cel Eryka nakierować życie bohatera nowy na tor, wyciągnąć z marazmu.
Zatopiłam się w słowach :)

Pozdrawiam gorąco :D
Miladora dnia 27.03.2014 00:07
Wierszybajka napisała:
Bo zostałam zmuszona do poszukiwań.

No to mi się udało. :)

Dziękuję, że przyszłaś się pomęczyć z moimi duchami-nieduchami. :)

Serdeczności, Wierszko. :)
Wasinka dnia 02.04.2014 14:45
Zazębiasz tutaj myśli i interpretacje możliwe, a to jest przyciągające i się ładnie tajemniczy.
Ciekawa historia. TiA przykładem, jak wiele można poodkrywać.

Teraz od tej strony:
Cytat:
Ni­skie(,) ce­gla­ne ko­ry­ta­rze z mnó­stwem
- dałabym po niskie przecinek
Cytat:
gdy ocho­czo – jak nigdy przed­tem, ofe­ro­wa­łem
- zamiast kreski pionowej włożyłabym poziomą
Cytat:
za­kra­dłem się na pal­cach pod zbite byle jak drew­nia­ne drzwi, zza któ­rych prze­świe­cał zło­ta­wy od­blask(,) i z duszą na ra­mie­niu zer­k­ną­łem przez szpa­rę.

Cytat:
I co(,) u licha(,) pisał w tym ze­szy­cie?

Cytat:
wo­ko­ło sza­rza­ło i w tym bled­ną­cym mroku wy­raź­nie było widać,
- chyba zrezygnowałabym z "tym"
Cytat:
Co(,) do ja­snej cho­le­ry(,) się dzie­je?! – za­cho­dzi­łem w głowę.

Cytat:
i mimo iż po­dob­no wszyst­ko
- postawiłabym na "że", bo wpada i/i; można ewentualnie zamiast wcześniejszego "że" w zdaniu dać "iż"
Cytat:
to jed­nak w tym ka­lej­do­sko­pie tkwi­ła pewna po­cie­cha, że to zda­rzy­ło się dawno temu
- zaimki to/tym/to/temu, ale tak naprawdę najbardziej wyskakuje podwójne to
Cytat:
Se­kre­tar­ka(,) za­py­ta­na o mo­je­go na­uczy­cie­la, nie po­tra­fi­ła

Cytat:
czy pro­fe­sor nadal tam miesz­ka, i czy w ogóle żyje
- jak dla mnie - zbędny robaczek, chyba że to z w ogóle potraktować jako dopowiedzenie
Cytat:
usły­sza­łem dam­ski głos(,) i to nie­wąt­pli­wie star­szej osoby,



Pozdrowionka ćwierkające.
Miladora dnia 06.04.2014 00:34
Dziękuję, Wasineczko - jak miło, że wpadłaś. :)

Wasinka napisała:
- dałabym po niskie przecinek

Niskie ceglane to uzupełnienie - chyba tu nie musi być, ale ja się często w tym mylę.
Wasinka napisała:
- zamiast kreski pionowej włożyłabym poziomą

Czyli przecinek. Racja.
Wasinka napisała:
zło­ta­wy od­blask(,) i z duszą na ra­mie­niu

Racja.
Wasinka napisała:
I co(,) u licha(,) pisał

Jak mogłam to przeoczyć? :|
Wasinka napisała:
Co(,) do ja­snej cho­le­ry(,) się dzie­je?!

Zachodzę w głowę, dlaczego opuściłam przecinki. :|
Wasinka napisała:
- chyba zrezygnowałabym z "tym"

"Tym" jednak zostawię. :)
Wasinka napisała:
postawiłabym na "że", bo wpada i/i; można ewentualnie zamiast wcześniejszego "że" w zdaniu dać "iż"

Przemyślę.
Wasinka napisała:
zaimki to/tym/to/temu, ale tak naprawdę najbardziej wyskakuje podwójne to

Ano, wyskakuje.
Wasinka napisała:
Se­kre­tar­ka(,) za­py­ta­na o mo­je­go na­uczy­cie­la,

Nie bardzo mi pasował, ale racja - lepiej dodać.
Wasinka napisała:
jak dla mnie - zbędny robaczek, chyba że to z w ogóle potraktować jako dopowiedzenie

Dałam ze względu na drugie "czy". I jako dopowiedzenie.
Wasinka napisała:
usły­sza­łem dam­ski głos(,) i to nie­wąt­pli­wie

Tu jednak bym nie dała.

No to lecę poprawiać. :)

I cieszę się, że coś w tym także odkryłaś. :)

Serdeczności :)
Wasinka dnia 07.04.2014 10:21
Miladora napisała:
Wasinka napisała:
- zamiast kreski pionowej włożyłabym poziomą
Miladora napisała:
Czyli przecinek. Racja.

W zasadzie obie też mogą być pionowe. Ale żeby obie. ;)

Miladora napisała:
Dałam ze względu na drugie "czy". I jako dopowiedzenie.

Jeśli ze względu na drugie "czy", to w związku z "i" przecinka nie musi być. Bo to jest, moim zdaniem, na zasadzie spójnika współrzędnego (i), który łączy dwie frazy zdaniowe otwarte "czy".

Miladora napisała:
Wasinka napisała:
usły­sza­łem dam­ski głos(,) i to nie­wąt­pli­wie
Miladora napisała:
Tu jednak bym nie dała.

Zasugerowałam ze względu na to, że potraktowałam, jak dopowiedzenie.



Pozdrowionka ćwierkające słońcem. :)
Miladora dnia 07.04.2014 23:55
Dzięki, Wasineczko - co było, to już poprawiłam, a za jakiś czas popatrzę świeżym okiem, bo a nuż jeszcze coś pozmieniam przy okazji. :)

Serdeczności :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Lilah
20/10/2019 22:09
Dziękuję, Marco. Trochę wiosny jesienią się przyda,… »
bruliben
20/10/2019 21:30
Był czy nie był nie daje mi spokoju. Ten chłopiec ma… »
marzenna
20/10/2019 21:24
bruliben Mam tego chłopczyka przed oczami, z pobrudzoną… »
JOLA S.
20/10/2019 20:52
Drogi Kazjuno, bardzo mi miło słyszeć takie słowa.… »
pociengiel
20/10/2019 18:29
i tak jeszcze będę zmieniał - pomyślę nad wypośrodkowaniem. »
marzenna
20/10/2019 17:42
bruliben nie chciałam nikomu zrobić krzywdy :) lot był… »
marzenna
20/10/2019 15:57
Gramofon Biegnę i wracam w to samo miejsce, codziennie. Czas… »
bruliben
20/10/2019 15:55
Za przedmówcami. Aż tęskno do tych obrazów. Gdyby przełożyć… »
Opheliac
20/10/2019 15:47
Ja też wklejam i zawsze czcionka jest normalna :D Ay, w… »
marzenna
20/10/2019 15:36
allaska, bruliben, Gramofon, dla Was :) Jak w starym kinie… »
Opheliac
20/10/2019 15:35
To jest to co mi się podoba bardzo! »
allaska
20/10/2019 14:31
Bruliben dzięki serdeczne »
bruliben
20/10/2019 14:23
Matka może być błogosławiona i pamiętamy same dobre rzeczy o… »
bruliben
20/10/2019 13:59
Wiersz zwala z nóg, jak każda surowa kometa. Będę spał jak… »
bruliben
20/10/2019 13:57
Odnoszę wrażenie, że sam już tak miałem. I motyle w brzuchu… »
ShoutBox
  • bruliben
  • 20/10/2019 11:11
  • A gdzie to ześrodkowanie? Gubię się w portalu. Może ktoś, coś podpowiedzieć?
  • Zola111
  • 19/10/2019 00:18
  • Jak Wam się pisze wiersze do Zaśrodkowania?
  • mike17
  • 18/10/2019 14:04
  • MUZO WENY 8 zapraszają do udziału śmiałków pióra. Podejmijcie wyzwanie i dajcie z siebie wszystko :) [link]
  • bruliben
  • 18/10/2019 09:02
  • Już wiem, ktory utwór najlepiej rozgrzewa do pisania :)
  • bruliben
  • 18/10/2019 04:56
  • Dlaczego tu jestem, czego szukam, skoro większość dreamin’ offline.
  • bruliben
  • 18/10/2019 04:48
  • Aż sześć muzo wen - wypadałoby zajrzeć, zobaczyć, poczuć jak zainspirują.
  • allaska
  • 17/10/2019 16:27
  • Prośba do redakcji przy wysyłaniu tekstu nie wiem co zrobiłam ale wkleiłam dwa na raz proszę o usunięcie jednego one są takie same. Pozdrawiam. Czarodziejka z planety: " nie dorastam wam do pięt ;)"
  • mike17
  • 16/10/2019 19:13
  • Jeśli chcesz zaistnieć w portalowej sławie, nie wahaj się już i pisz śmiało do konkursu dla prozaików MUZO WENY 8, gdzie jedynym wymogiem jest napisanie miniatury. Dużo? Nie, mało. Zatem do boju :)
  • allaska
  • 16/10/2019 16:12
  • Gratulacje :) Vanillivi
Ostatnio widziani
Gości online:26
Najnowszy:gigi
Wspierają nas