Szklanka w połowie czeska I - henrykinho
Proza » Obyczajowe » Szklanka w połowie czeska I
A A A
Od autora: Jest to historia opowiedziana mi kiedyś przez pewnego czeskiego emigranta, którą spróbowałem poskładać do kupy.
Klasyfikacja wiekowa: +18

 Nowy Jork w latach siedemdziesiątych zupełnie nie przypominał miasta, które dzisiaj szczerzy się z folderów reklamowych biur podróży czy tych tanich ulotek, jakimi z trudem srają jeszcze tańsze drukarki. Kiedyś to dzikie zbiorowisko miało uśmiech bogaty, racja, tyle że w dziury. Obrzydliwe, niedopasowane kolorystycznie plomby-klomby oraz ubytki pstrzyły zagajniki, alejki i parki, mające pecha nie należeć do rajskiej części Manhattanu, gdzie śpiew ptaków odprowadzał panoszących się stadnie snobów do prac w szklanych fabrykach albo towarzyszył śpiącym w śpiworze beznadziei bezdomnym. Czasami ten uśmiech przypominał zresztą grymas zmieszanego biedaka, tułającego się gdzieś pomiędzy piekącym wstydem a czyhającą nań niedaleko, bo za zakrętem poniżeń, gorzałką.

Jak wspominałem, było inaczej. Dziwniej. Pomysł na koszulki z serduszkiem i sloganem wyznającym Wielkiemu Jabłku dozgonną miłość z mozołem klarował się w mózgach zajmujących się rozwojem turystyki, dlatego nie aż tak znowu wielu sztucznie zakochanych pałętało się po lotniskach czy barach. Ćwoki z głupawo-dumnymi uśmieszkami, sączące piwo w obcej sobie mieścinie, jeszcze nie wyściubiały nosów poza matczyne łono. Wszystko tkwiło na etapie upośledzonego wzrostu. Najczęściej chodziło o wzrost okupiony wyrzeczeniami najbiedniejszych, najgłupszych oraz najsłabszych. Znaczy normalnie. Nad tym w istocie żałosnym polem budowy, ciągle górował przecież bolesny cień wyspy Ellis, trwającej jako symbol brudnego, niechcianego emigranta-tobołu z dziurawymi kieszeniami przypominającymi jakieś finansowe wrzody oraz dziwacznym akcentem, o ile w ogóle istniał jakiś akcent. Większość szczebiotała przecież po-jakiemuś-tam.

Gdybym miał porównać do czegoś tamten zapomniany Nowy Jork, to byłoby to wielkie, zakręcone niczym przerażona dżdżownica gówno. Kupa wielka i śmierdząca, śmierdząca tym gorzej, jeśli miało się pecha być emigrantem albo jednym z setek identycznych dla systemu tanich robotników, gotowych oddać zdrowie za bliżej nieznany im hymn. Niekoniecznie trzeba było być egzotycznym, nie w takim znaczeniu, jak przyjęło się uważać, bo „egzotycznym” zostawał ktokolwiek nie-spod-bandery wuja Sama. Egzotyka wzięta ze słownika najprzeciętniejszego Europejczyka nie miała racji bytu. Mogłeś być bielszy od albinosa. I tak stawałeś się gównem. A wtedy usunięcie tej parującej, brązowawej brei z ciała to nie była kwestia napotkania dowolnego krawężnika i obtańczenie go spragnioną higieny podeszwą. Zdobycie obywatelstwa, zdobycie szacunku – to była wojna. Wojna z prawdziwym szambem, z szambem wśród szamb.

Teraz na scenę wślizguję się ja. Ja, a właściwie moja historia. Historia, którą wspominam z... czym? Dumą? Strachem? Nostalgią?

Cholera, nie mam pojęcia.

 

***

 

Gdzie w latach siedemdziesiątych, już po przekroczeniu granicy amerykańskiej, trafiał przeciętny Czech? Do czesko-amerykańskiej Walhalli? Pomieszczenia, w którym sympatyczna panieneczka daje ci fantazyjnie zapakowany cukierek? Można zapomnieć, znacznie gorzej. To było coś w rodzaju przytułku dla nieporadnych, niemówiących po żadnemu przybyszów ze stron wszelakich, miejsce, gdzie Azjata wchodził na odcisk Europejczyka, który z kolei wsadzał łokieć w żebro jakiemuś narwańcowi z najgorszej części Afryki. Tygiel przegranych. Kipiący dialektami, oskarżeniami i nutką nadziei, parującej tym szybciej, im człowiek dłużej się zastanawiał.

Dziś stwierdzam, że mogłem wylądować i lepiej, i dużo gorzej, kiedy wspominam zapach stłoczonych Tajów czy innych pasjonatów cuchnących dań z ryb i soi. Ludzie ci otaczali mnie dniem i nocą, jako że opanowali, wcale nie przesadzając, cały przypisany nam budynek, swoistą „poczekalnię”, w której przyszło mi spędzić, a raczej – przeczekać - kilka tygodni. Bez wyrobionych dokumentów moja stopa nie mogła przywitać się ze światem zewnętrznym, zatrzaskując mnie oraz wielu innych w marnej jakości – grzyb szczerzył się dosłownie z każdej ściany – pułapce.

Niech będzie - poczekalni.

W trakcie tego szalonego okresu legitymowałem się wizytówką jedynego Czecha i niemal jedynego białego, który musiał smakować ów cały patologiczny zgiełk w zasrany dzień i jeszcze dotkliwiej obesraną noc.

W opisywanym akurat, opuszczonym przez bogów rasy kaukaskiej miejscu, lśniłem jak pieprzony diament. Wspomnę tylko, że czasem jakieś szczury próbowały mnie nawet oszlifować, podbierając buta albo zegarek. A najczęściej oba. Pełno było zresztą historii podobnego kalibru. Całe zastępy złodziei pośród uczciwych lub względnie uczciwych skutecznie rozpylały gaz piekącego poczucia niepewności. Jak każdy gaz, przedostaje się on przez wszystkie otwory w twoim ciele i na wzór kota drapiącego o ulubioną wycieraczkę, drażni serce oraz duszę. Bezradność, zakłopotanie, często wkurzenie. To czujesz. Jednak te niekiedy rasowe rozboje to nie do końca ich wina. Oficerowie amerykańscy nie byli chyba specjalnie domyślni, kiedy przyszło im rozdzielać wysypujących się niejako z kontenerów ludzi, wypluwanych z oceanu niczym rzygi wkurzonego Posejdona. Karaluch, żuk-gnojarz, glista, menda. Założę się, że tak o nas myśleli. Każdego mogli przecież rozdeptać na identyczną rozmiarami miazgę. Z tymi swoimi fantastycznymi, wzmacnianymi butami nie mogło to im stwarzać nad wyraz ekwilibrystycznego problemu. Podział zdał się zupełnie niepotrzebny.

Mniejsza o policję i służby celne. To ten typ ludzi, który jest podobny zarówno „za”, jak i „przed” oceanem, więc co rozsądniejszy sobie dopowie. Szczególnie, jeżeli przyszło mu widzieć policyjną pałkę z bliska. Zapewniam, że jej twardość nie zależy od strefy czasowej, a co najwyżej od strefy geograficznej, w jakiej zbierano kauczuk, niezbędny do jej seryjnej na ogół produkcji.

W „przytułku”, jak zdążyłem nazwać gniazdo Tajów – głównie ze względu na to, że czekaliśmy w nim wszyscy na odpowiednie dokumenty i gdyby nie ono, po przybiciu do portów, lotniczych albo morskich, najpewniej znaleźlibyśmy się na ulicy, ulicy w ojczystym kraju – znalazłem kilku kumpli.

No i dziewczynę.

Była Tajką. Tak przynajmniej twierdziła, a ja jej uwierzyłem. Zresztą miałem to w jeszcze odleglejszym miejscu niż „gdzieś” oraz ciemniejszym niż „dupa”. Mogła być Chinką, Wietnamką albo kimkolwiek podobnym, a ja nie robiłbym problemu. Wolałem jej o tym nie wspominać, bo i tak by raczej nie zrozumiała, a gdyby nawet, to ONI – żółci - również mają swoje terytorialne, chamskie wojenki, które bywają tematem zażartych sporów. Gdybym powiedział coś w złym momencie, to w innym mogłoby się okazać, że mam niemały problem z wyciągnięciem jakiegoś żelastwa z płuca. Żółci okazali się być drażliwi na tym punkcie i ta wiedza wystarczała mi do przeżycia. Ciekawość nie wnosiła protestów.

Wracając.

Kobieta. Potrzebowałem jej.

Powiem tylko, że pieprzyła się jak małpa. Była skoczna i ryczała tak nieziemsko głośno, jakby ktoś odtwarzał dźwięk z dyktafonu umieszczonego wcześniej w epicentrum wielkiej orgii świńskiej, gdzie pokrywają się całe stada chętnych i rozpalonych knurów, a potu skapuje z nich więcej, niż później, gdy przyjdzie im tańczyć za drzwiczkami wędzarni. Krzyk. Ryk. I tak na zmianę. Darła się na wzór stukilogramowej diwy operowej, która bije jakiś egzotyczny rekord na najdłuższy skowyt. Oczami wyobraźni widziałem szklanki pękające w kredensie; taka była dobra, tak pobudzająco rozgrzewała trybiki wyobraźni.

Będę szczery. Po każdym spotkaniu z nią byłem zmęczony. Najpierw fizycznie. Potem psychicznie. Wprawiała mnie w coraz to podlejszy nastrój, bo ciągle czegoś chciała, ta rozpustnica, a ja raczej na stałe nie pragnąłem się wiązać. Nie z nią, nie z obcą. Miałem przed sobą życie, natomiast ona... Cóż niektórzy po prostu nie rokują. Ja za to rzucałem na przyszłość ten cień szansy, pewną podpórkę, od której mógłbym wybić swój obumarły życiorys, który trwał dzień i noc. Podpórkę, znaczy zbliżające się wielkimi krokami pozwolenie na pobyt oraz balsam dla portfela – zgodę na pobyt, zgodę na zatrudnienie. W końcu trafiłem coś na poziomie, poziomie lepszym, niż początkowo twierdził horyzont. A ona, wiadomo – wolałaby mnie zatrzymać mimo tego, że nie bardzo potrafiliśmy rozmawiać. Pewnie i coś bym gadał, gdyby się nauczyła czeskiego, nawet kilku najprostszych słówek. Jednak mój tajski miał pozostać na swoim stałym, całkowicie niewysokim poziomie przez następne dziesięciolecia, aż do dzisiaj, stąd nasza współpraca opierała się wyłącznie na... miłości.

Wreszcie spotkania z nią stały się wystarczająco uciążliwe. Nachodziła mnie o każdej porze dnia i nocy, tak samo, jak jej handlujący papierosami kuzyni. Wymiana dóbr i plotek na poziomie pięcioletnich dzieci była w porządku, ale reszta... Reszta nie była dobra. Raczej zdrowo porąbana. Tajskie wrzody na dupie uwierają tak samo, jak czeskie wrzody, z tą tylko różnicą, że co czeskie jest swojskie, a więc i przyswajalne. Szybko sobie uświadomiłem ową życiową prawdę i próbowałem, jak to ja, reagować. Począwszy od krycia się pod trzeszczącym łóżkiem, kiedy nie słuchając protestów mojego współlokatora, wpadała z dostojnością rannej słonicy do mojego pokoju, a kończąc na próbach sfingowania własnej śmierci. Ale tego nie dało się dobrze zrobić, nie ma szans. Nie, kiedy masz niebieskie oczy i włosy starannie wymordowane łysiną. Nie, kiedy wszyscy inni to złośliwi Tajowie. Zupełnie tak, jakby różnice kulturowe nie były wystarczającym argumentem, żebym uznał ich za szaleńców, oni oprócz tego wstrzykiwali mi do łba masę innych, niepojętych rzeczy, które pod postacią chorych sytuacji przedostawały się do mojego notorycznie niepokojonego krwiobiegu.

Dlatego ucieczka z tego uniwersum absurdu została przyjęta przez mój mózg z radością większą niż przez jakąkolwiek inną część ciała. Mój penis trochę tęsknił, ale reszta krzyczała: „Jest błogo!”. Czułem, jakby ktoś wyjął mnie wreszcie z brudnej, skromniutkiej klatki i wsadził na rączego konia, a potem klepnął go z całej siły w zad, szepcząc jednocześnie do kosmatego ucha pokrzepiające uwagi. Oczywiście wcześniej sam byłem koniem; musiałem biegać po schodach i korytarzach, skacząc między nogami wylegających codziennie na korytarze Azjatów, jednak koniec końców dobrze się to skończyło. Dżokej zwany pechem wreszcie opuścił łaskawie mój obolały grzbiet. Morderczy, parotygodniowy bieg przez Tajów-płotki dobiegł słodkiego końca.

Ja uciekłem, a oni zostali sami.  

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
henrykinho · dnia 25.03.2014 19:09 · Czytań: 669 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 13
Komentarze
ajw dnia 25.03.2014 19:32 Ocena: Świetne!
Opowiedziałeś tę historię (nie taką znów ciekawą) w pasjonujący sposób i to jest właśnie Twój atut. Umiejętnosci językowe. Władasz nim (jęzorkiem znaczy) jak Chuck Norris nogami, gdy robi wykop z półobrotu.
Co Chuck Norris zrobi gdy napadnie go armia?
Otoczy ją.

Ja też czuję się otoczona twoimi słowami, bo stosujesz fajne i zmyślne porównania, a Twoja wyobraźnia jest mega bogata :)
I tak trzymaj! jest świetnie! :)
Fabularia dnia 25.03.2014 21:00
Hmm... Przyznam, że z trudem przebrnęłam przez grubą warstwę fekaliów, aczkolwiek robota językowa - i tu zgodzę się z przedmówczynią - pozytywnie nastraja do tego tekstu. Nie dziwię się, że trudno było poskładać te wyznania Czecha do kupy - dosłownie i w przenośni B) .

Czytając Twój solidny tekst (nie pozbawiony również jaj) czułam się trochę, jakbym słuchała po raz kolejny opowieści oficera (wątek z filmu "Pulp Fiction";), który małemu Butchowi przywozi z wietnamskiego frontu zegarek trzymany przez całą wojnę w dupie. To moja ulubiona scena.
Opowieść dosadna i życiowa, autentyczna, mierząca się z mitem współczesnej Ziemi Obiecanej.
pablovsky dnia 25.03.2014 21:41 Ocena: Świetne!
Henrykinho, zacznę nie od tekstu. Jak wiadomo, człowiek ma różne wyobrażenia o innych. Do czego zmierzam, zdajesz sobie sprawę, że od zawsze sądziłem, że jesteś facetem dobrze po pięćdziesiątce?! :) Dopiero Twoje zdjęcie wśród redakcji mnie oświeciło i przyznaję, że czułem się mocno zaskoczony!
Mniejsza o to, młodzienaszku ;)
Napisałeś świetny tekst, muszę przyznać, że nie znałem Cię z tej strony. Zastanawiam się, czy to Twój styl, czy być może próbujesz bawić się w pewne parodie, coś na mój wzór, gdy czasami naśladuję styl DoCo.

Bo wiesz, chwilami odnosiłem wrażenie, jakbym czytał shinobiego, podobna budowa zdań, sposób wyrażania i tym podobne.
Summa summarum napisałeś bardzo ciekawy artykuł, a sam tekst ująłeś w sposób niekonwencjonalny, czytało się z zainteresowaniem!
Wiesz mój drogi, że Nowy Jork, to moje wielkie marzenie? Pewnie nigdy się nie spełni, bo jestem nielotem, ale takie są fakty.

Cytat:
Po­wiem tylko, że pie­przy­ła się jak małpa. Była skocz­na i ry­cza­ła tak nie­ziem­sko gło­śno, jakby ktoś od­gry­wał dźwięk z dyk­ta­fo­nu umiesz­czo­ne­go wcze­śniej w epi­cen­trum wiel­kiej orgii świń­skiej, gdzie po­kry­wa­ją się całe stada chęt­nych i roz­pa­lo­nych knu­rów, a potu ska­pu­je z nich wię­cej, niż póź­niej, gdy przyj­dzie im tań­czyć za drzwicz­ka­mi wę­dzar­ni


To zdanie, to taki prawdziwy majstersztyk, na dodatek przezabawny :)
Jest super, henry!
Miladora dnia 26.03.2014 15:21
Bardzo dobry tekst, Henry.
Nie tylko w warstwie literackiej, lecz i klimatu, jaki udało Ci się uzyskać.
Niemalże widziałam wszystko, co opisujesz, nie mówiąc o tym, że wrażenia bohatera udało Ci się tak świetnie przekazać, że przez chwilę poczułam się, jakbym to ja miała do czynienia z tym brudnym tyglem zagubionych w obcym środowisku ludzi.

Coś niecoś jednak warto byłoby dopracować. ;)

Cytat:
mia­sta, które dzi­siaj szcze­rzy się z fol­de­rów re­kla­mo­wych biur po­dró­ży czy tych ta­nich ulo­tek, któ­ry­mi z tru­dem srają

Daj - jakimi srają - i nie będzie powtórzenia.

Cytat:
Eg­zo­ty­ka wzię­ta ze słow­ni­ka eu­ro­pej­czy­ka

- egzotyka/słownika/europejczyka - pozbyłabym się tych rymów.
Przy okazji - Europejczyk.

Cytat:
wcho­dził na od­cisk Eu­ro­pej­czy­ko­wi, który z kolei wsa­dzał ło­kieć w żebro ja­kie­muś na­rwań­co­wi z naj­gor­szej czę­ści

Rym. A wystarczy dać "na odcisk Europejczyka".

Cytat:
który mu­siał sma­ko­wać owego ca­łe­go, pa­to­lo­gicz­ne­go zgieł­ku

Smakuje się "coś", a nie "czegoś", czyli "smakować ów cały patologiczny zgiełk" - bez przecinka.

Cytat:
Ja każdy gaz, prze­do­sta­je się on przez każdy otwór

- jak każdy gaz -
- przez wszystkie otwory - pozbywasz się powtórzenia.

Cytat:
Z tymi swo­imi fan­ta­stycz­ny­mi, wzmac­nia­ny­mi bu­ta­mi nie mogło to (im) stwa­rzać nad wyraz ekwi­li­bry­stycz­ne­go pro­ble­mu.


Cytat:
Szcze­gól­nie(,) je­że­li przy­szło mu wi­dzieć


Cytat:
w ja­kiej zbie­ra­no kau­czuk, nie­zbęd­ny do jej se­ryj­nej na ogół pro­duk­cji.

Sądzę, że dzisiaj służy już do tego sztuczny kauczuk, więc zastanowiłabym się nad tym zdaniem.

Cytat:
miej­scu, niż „gdzieś” oraz ciem­niej­szym, niż „dupa”.

Nie dałabym przecinków. W przypadku "niż" przecinki dodaje się, gdy w zdaniu podrzędnym występuje czasownik.

Cytat:
i ta widza wy­star­cza­ła

- wiedza -

Cytat:
wy­star­cza­ła mi do prze­ży­cia. Cie­ka­wość nie pro­te­sto­wa­ła.

- wystarczała/protestowała - rym.
Była wystarczająca do przeżycia?

Cytat:
jakby ktoś od­gry­wał dźwięk z dyk­ta­fo­nu

- odtwarzał -

Cytat:
po­kry­wa­ją się całe stada chęt­nych i roz­pa­lo­nych knu­rów,

To brzmi, jakby knury pokrywały się ze sobą.

Cytat:
Ocza­mi wy­obraź­ni wi­dzia­łem szklan­ki pę­ka­ją­ce w moim kre­den­sie, kre­den­sie, któ­re­go prze­cież nie mia­łem;

Rym. No i zrezygnowałabym z "w moim".
Szklanki w nieistniejącym kredensie?

Cytat:
bo cią­gle cze­goś chcia­ła, ta roz­pust­ni­ca, a ja ra­czej na stałe nie chcia­łem się wią­zać.

- stałe/chciałem -
Nie zamierzałem się wiązać? Usuń "na stałe", to nie będzie rymu.
Cytat:
Nie z nią, nie z obcą. Mia­łem przed sobą życie,

- zamierzałem/miałem - lepiej połączyć te zdania:
- nie z nią, obcą, mając przed sobą życie - wtedy nie będzie także rymu z poniższym "rzucałem".

Cytat:
po­zwo­le­nie na pobyt oraz bal­sam dla port­fe­la – zgodę na pobyt, zgodę (na) za­trud­nie­nie.

Drugą "zgodę na pobyt" bym usunęła.
Rym "pozwolenie/zatrudnienie" - zgodę na pracę?

Cytat:
Pew­nie i bym coś gadał,

Pewnie i coś bym gadał...

Cytat:
uświa­do­mi­łem ów ży­cio­wą praw­dę

"Ów" się odmienia - ową życiową prawdę.

Cytat:
Po­cząw­szy od cho­wa­nia (się) pod łóżko,


Cytat:
Po­cząw­szy od cho­wa­nia pod łóżko, kiedy nie słu­cha­jąc pro­te­stów mo­je­go współ­lo­ka­to­ra, wpa­da­ła z do­stoj­no­ścią ran­nej sło­ni­cy do mo­je­go po­ko­ju, a koń­cząc na pró­bach sfin­go­wa­nia wła­snej śmier­ci.

Zwracaj uwagę na rymujące się słowa.
Począwszy od krycia się pod łóżkiem?

Cytat:
ja­ką­kol­wiek inna część ciała.

- inną -

Cytat:
część ciała. Mój penis tro­chę tę­sk­nił, ale resz­ta krzy­cza­ła:

Rym.
Reszta mówiła: Jest błogo?
Nie dałabym cudzysłowu.

Dobrze byłoby jeszcze sprawdzić przecinki - zwłaszcza we wtrąceniach.
Ale i tak dobrze sobie radzisz z interpunkcją.

W sumie (mimo tych niewielkich wpadek) odchodzę usatysfakcjonowana, czekając na ciąg dalszy. :)

Miłego :)
henrykinho dnia 26.03.2014 22:10
Ajw > Dziękuję za Twe słowa. Porównanie do mistrza pośród mistrzów - samiutkiego Chucka Norrisa - jest dla mnie niesamowicie budujące ;) To wstęp, być może nie jest niezwykle pasjonujący, ale miał niejako zbudować sam klimat wielkiego, porąbanego miasta.

Fabularia > Może przesadziłem z fekaliami, sam nie wiem; muszę w tym miejscu usprawiedliwić Czecha, bo to mój wymysł :) I tak, było trudno poskładać wszystko do, co by nie było, kupy, bo rzeczony Czech był średnio trzeźwy...

Pablovsky > Kurcze, w wieku pięćdziesięciu lat to pewnie nie będę nic widział i marnie będzie z pisaniem tekstów, hah ;) Ale w duchu śmieję się szczerze, że udało mi się Ciebie zaskoczyć. Mam nadzieję, że raczej pozytywnie, no ale! Co kto lubi.
Co do porównania do Shinobiego - nie, wydaje mi się, że to bardzo bliski mi styl, przychodzący dość naturalnie, jednak fakt - podobieństwa widzę i ja.
Nowy Jork to ciekawa mieścina, Pablo. Może warto dać się jakoś przetransportować... nawet siłą! :)

Miladora > Wychodzi na to, że "rymiarz" ze mnie niezgorszy. Szczerze mówiąc to w ogóle nie zwracałem na to uwagi, dopiero teraz coś mi zaczęło świtać - postaram się więc lepiej wypatrywać rymów w przyszłości...
Dziękuję za poprawki! Wdrożone. Ale kauczuk oszczędziłem, jakoś się polubiliśmy :)

pozdrawiam
Miladora dnia 26.03.2014 23:02
henrykinho napisał:
Ale kauczuk oszczędziłem, jakoś się polubiliśmy :)

Wcale się nie dziwię. :)
Moja uwaga była w zasadzie zastanawianiem się, czy faktycznie pałki policyjne produkowane są z naturalnego, a nie syntetycznego tworzywa.
Przypomniała mi się bowiem historia odkrycia kauczuku i perypetie Goodyeara, który za Boga nie mógł otrzymać gumy, gdyż produkt uzyskiwany z lateksu w procesie wulkanizacji był niezmiernie kruchy. O ile pamiętam, przez przypadek dostała się do niego sadza i... bingo. :)
Jak się okazało, wystarczyła odrobina węgla, by kawałki kauczuku stały się elastyczne.
Dzięki temu niebawem ludzie zaczęli chodzić także w kaloszach, chociaż "kalosze" znacznie wcześniej produkowali Indianie południowoamerykańscy, oblewając nogi mleczkiem kauczukowym i podgrzewając je na ognisku.
No dobra, przestaję się mądrzyć i znikam. :)))
Wasinka dnia 03.04.2014 10:23
Że język posiadasz sprawny, to już Cię informowałam nie raz, więc chyba nie powinnam się powtarzać... Ale muszę po raz kolejny stwierdzić, że potrafisz nim tak zainfekować czytelnika, że nawet gdyby nie chciał, to i tak czytać będzie dalej. Nie znaczy to, że nie chciałam, ale w zasadzie nie jest to tematyka aż tak mnie porywająca. Jednakowoż wielokrotnie okazuje się, że historia i sposób narracji tak potrafią wciągnąć i obezwładnić, że nawet tematyka okazuje się ciekawa. Chociaż z drugiej strony - nigdy w zasadzie nie twierdziłam, że takowa mi nie odpowiada; może bardziej pomyślałam o brudzie i syfie (wybacz brak eufemizmu), który się stąd wylewa.
Potrafisz poprzez obrazowość stworzyć klimat, czytający widzi przestrzeń, którą pokazujesz, a i wszelkie dźwięki z aromatami docierają bez przeszkód. Chyba że takową zaplanujesz.


Ewentualnostki:
Cytat:
przez wszyst­kie otwo­ry w twoim ciele
- wyrzuciłabym "twoim", bo jest zbędne, tym bardziej że tworzy nakładanie się "t" (otwory/twoim)
Cytat:
To czu­jesz. Jed­nak te nie­kie­dy ra­so­we roz­bo­je to nie do końca ich wina.
- pokombinuj z zaimkami, bo nieco wpadają na siebie To/te/to
Cytat:
Z tymi swo­imi fan­ta­stycz­ny­mi, wzmac­nia­ny­mi bu­ta­mi nie mogło to im stwa­rzać nad wyraz ekwi­li­bry­stycz­ne­go pro­ble­mu.
- trochę tymi/to, ale głównie zrezygnowałabym z "im", bo w pobliżu masz sporo zaimków dotyczących "ich"
Cytat:
Cóż(,) nie­któ­rzy po pro­stu nie ro­ku­ją.

Cytat:
przez na­stęp­ne dzie­się­cio­le­cia, aż do dzi­siaj
- nie dawałabym tu przecinka
Cytat:
Taj­skie wrzo­dy na dupie uwie­ra­ją tak samo, jak cze­skie wrzo­dy,
- nie wydaje mi się potrzebne powtórzenie; można zrezygnować z drugiego wg mnie
Cytat:
wstrzy­ki­wa­li mi do łba masę in­nych, nie­po­ję­tych rze­czy
- przecinek zbędny


Aha, tak sobie przypomniałam. Gdy piszesz o Tajce jako małpie, a potem dozujesz pięknie porównania z knurami i świnią, następnie wspominasz, że działała na wyobraźnię, to mi się pomyślało: rany julek, skojarzenia z chlewem i jego mieszkańcami drącymi się wniebogłosy może być pożądane podczas seksualnej ekscytacji? ;)


Pozdrawiam słonecznie, z wiosenką na karku.
Usunięty dnia 19.04.2014 17:16
Fantastycznie poprowadzony tekst. Świadome, w pełni uzasadnione i umiejętnie wmontowane powtórzenia. Trochę wpadających końcówek i powtórzeń przypadkowych, ale niedużo - widać, że bardzo dbasz o stronę techniczną.

Lekko kpiarski ton, czyli mój najulubieńszy. Poza tym pokazujesz, jak można pisać smacznie o rzeczach mało smacznych i jak używać wulgaryzmów, aby nie przekroczyć pewnej linii.

No i to, co najciekawsze, to aspekty kulturowe różnych odłamów świata, które pojawiają się w każdym Twoim tekście, a które są tak przekonująco przedstawione, że pozostaję z wrażeniem osobistej autora z nimi styczności.

Jak będziesz miał chwilę, to pooglądaj:

Cytat:
ubyt­ki pstrzy­ły za­gaj­ni­ki, alej­ki i parki

Cytat:
gdzie śpiew pta­ków od­pro­wa­dzał pa­no­szą­cych się stad­nie sno­bów do prac w szkla­nych fa­bry­kach albo to­wa­rzy­szył śpią­cym w śpi­wo­rze bez­na­dziei bez­dom­nym.

Cytat:
wspo­mi­na­łem, było ina­czej. Dziw­niej. Po­mysł na ko­szul­ki z ser­dusz­kiem i slo­ga­nem (,)wy­zna­ją­cym Wiel­kie­mu Jabł­ku do­zgon­ną mi­łość(,) z mo­zo­łem kla­ro­wał się w mó­zgach zaj­mu­ją­cych się roz­wo­jem

Cytat:
kla­ro­wał się w mó­zgach zaj­mu­ją­cych się roz­wo­jem tu­ry­sty­ki, dla­te­go nie aż tak znowu wielu sztucz­nie za­ko­cha­nych pa­łę­ta­ło się

Cytat:
tkwi­ło na eta­pie upo­śle­dzo­ne­go wzro­stu. Naj­czę­ściej cho­dzi­ło

Cytat:
z dziu­ra­wy­mi kie­sze­nia­mi(,) przy­po­mi­na­ją­cy­mi ja­kieś fi­nan­so­we wrzo­dy(,) oraz dzi­wacz­nym ak­cen­tem

Cytat:
jako sym­bol brud­ne­go, nie­chcia­ne­go emi­gran­ta-to­bo­łu z dziu­ra­wy­mi kie­sze­nia­mi przy­po­mi­na­ją­cy­mi ja­kieś fi­nan­so­we wrzo­dy oraz dzi­wacz­nym ak­cen­tem, o ile w ogóle ist­niał jakiś

Cytat:
by­ło­by to wiel­kie, za­krę­co­ne ni­czym prze­ra­żo­na dżdżow­ni­ca gówno. Kupa wiel­ka i śmier­dzą­ca, śmier­dzą­ca tym go­rzej, jeśli miało się pecha być emi­gran­tem albo jed­nym z setek iden­tycz­nych dla sys­te­mu ta­nich ro­bot­ni­ków, go­to­wych oddać zdro­wie za bli­żej nie­zna­ny im hymn. Nie­ko­niecz­nie trze­ba było być

Cytat:
Eg­zo­ty­ka wzię­ta ze słow­ni­ka naj­prze­cięt­niej­sze­go Eu­ro­pej­czy­ka

Cytat:
i nutką na­dziei, pa­ru­ją­cej tym szyb­ciej, im czło­wiek dłu­żej się za­sta­na­wiał.

chyba jednak: parującą tym szybciej

Cytat:
Dziś stwier­dzam, że mo­głem wy­lą­do­wać i le­piej, i dużo go­rzej, kiedy wspo­mi­nam

Cytat:
ota­cza­li mnie dniem i nocą, jako że opa­no­wa­li

Cytat:
prze­cze­k - kilka ty­go­dni. Bez wy­ro­bio­nych do­ku­men­tów moja stopa nie mogła przy­wi­t

Cytat:
Niech bę­dzie - po­cze­kal­ni.

kilka zdań wcześniej masz poczekalnię

Cytat:
tego sza­lo­ne­go okre­su le­gi­ty­mo­wa­łem się wi­zy­tów­ką je­dy­ne­go Cze­cha i nie­mal je­dy­ne­go bia­łe­go

Cytat:
prze­do­sta­je się on przez wszyst­kie otwo­ry w twoim ciele i(,) na wzór kota dra­pią­ce­go o ulu­bio­ną wy­cie­racz­kę, draż­ni serce oraz duszę.

Cytat:
my­śle­li. Każ­de­go mogli prze­cież roz­dep­tać na iden­tycz­ną roz­mia­ra­mi mia­zgę. Z tymi swo­imi fan­ta­stycz­ny­mi, wzmac­nia­ny­mi

Cytat:
jej twar­dość nie za­le­ży od stre­fy cza­so­wej, a co naj­wy­żej od stre­fy geo­gra­ficz­nej, w ja­kiej zbie­ra­no kau­czuk, nie­zbęd­ny do jej se­ryj­nej

Cytat:
d­le­glej­szym miej­scu niż „gdzieś” oraz ciem­niej­szym niż „dupa”. Mogła być Chin­ką, Wiet­nam­ką albo kim­kol­wiek po­dob­nym, a ja nie ro­bił­bym

Cytat:
Była Tajką. Tak przy­naj­mniej twier­dzi­ła, a ja jej uwie­rzy­łem. Zresz­tą mia­łem to w jesz­cze od­le­glej­szym miej­scu niż „gdzieś” oraz ciem­niej­szym niż „dupa”. Mogła być Chin­ką, Wiet­nam­ką albo kim­kol­wiek po­dob­nym, a ja nie ro­bił­bym pro­ble­mu. Wo­la­łem jej o tym nie wspo­mi­nać, bo i tak by ra­czej nie zro­zu­mia­ła, a gdyby nawet, to ONI – żółci - rów­nież mają swoje te­ry­to­rial­ne, cham­skie wo­jen­ki, które by­wa­ją te­ma­tem za­żar­tych spo­rów. Gdy­bym po­wie­dział coś w złym mo­men­cie, to w innym mo­gło­by się oka­zać, że mam nie­ma­ły pro­blem z wy­cią­gnię­ciem ja­kie­goś że­la­stwa z płuca. Żółci oka­za­li się być

Cytat:
pie­przy­ła się jak małpa. Była skocz­na i ry­cza­ła

Cytat:
była dobra, tak po­bu­dza­ją­co roz­grze­wa­ła try­bi­ki wy­obraź­ni.Będę

Cytat:
od któ­rej mógł­bym wybić swój ob­umar­ły ży­cio­rys, który

Cytat:
kiedy nie słu­cha­jąc pro­te­stów mo­je­go współ­lo­ka­to­ra, wpa­da­ła z do­stoj­no­ścią ran­nej sło­ni­cy do mo­je­go po­ko­ju, a koń­cząc

Cytat:
ich za sza­leń­ców, oni oprócz tego wstrzy­ki­wa­li mi do łba masę in­nych, nie­po­ję­tych rze­czy, które pod po­sta­cią cho­rych sy­tu­acji prze­do­sta­wa­ły się do mo­je­go

Cytat:
oni oprócz tego wstrzy­ki­wa­li mi do łba masę in­nych, nie­po­ję­tych rze­czy, które pod po­sta­cią cho­rych sy­tu­acji prze­do­sta­wa­ły się do mo­je­go no­to­rycz­nie nie­po­ko­jo­ne­go krwio­bie­gu.Dla­te­go uciecz­ka z tego uni­wer­sum ab­sur­du zo­sta­ła przy­ję­ta przez mój mózg z ra­do­ścią więk­szą niż przez ja­ką­kol­wiek inną część ciała. Mój penis tro­chę tę­sk­nił, ale resz­ta krzy­cza­ła: „Jest błogo!”. Czu­łem, jakby ktoś wyjął mnie wresz­cie z brud­nej, skrom­niut­kiej klat­ki i wsa­dził na rą­cze­go konia, a potem klep­nął go

Cytat:
byłem ko­niem; mu­sia­łem
zawsze dnia 24.04.2014 04:00
Cytat:
pi­sy­wa­nym aku­rat, opusz­czo­nym przez bogów rasy kau­ka­skiej miej­scu

bez przecinka
Cytat:
. Cóż(,) nie­któ­rzy po pro­stu nie ro­ku­ją.

Cytat:
zna­czy zbli­ża­ją­ce się wiel­ki­mi kro­ka­mi po­zwo­le­nie na pobyt oraz bal­sam dla port­fe­la – zgodę na pobyt, zgodę na za­trud­nie­nie.

Cytat:
W końcu tra­fi­łem coś na po­zio­mie, po­zio­mie lep­szym, niż po­cząt­ko­wo twier­dził ho­ry­zont.
w coś? na coś? + bez drugiego przecinka

Przebyłom, aby móc w spokoju i świadomie wyczytać część drugą. Uśmiechnęłom się jakieś sto razy podczas czytania, chociaż i mnie tematyka chyba nie jest najbliższa. Nie wiem samo.

Doskonale prowadzisz tekst, henry, język, gibki i plastyczny, jest jego najsilniejszą bronią. Widzi się wszystko, o czym piszesz.
Ciekawe życie znajomy Czech prowadził, nie ma co :).
Do zobaczenia w kolejnej odsłonie.
henrykinho dnia 24.04.2014 14:22
Dziękuję wam szczerze za wyłapanie niezręczności i powtórzeń/rymów/reszty dziwactw (tych to u mnie na kilogramy ;) ).
W końcu mam czas na powiercenie w tej mojej historyjce. Czechowi przyda się redakcja.

Cieszę się, że tekst dostarczył rozrywki. Oby facet się nigdy nie dowiedział, heh.
zawsze dnia 24.04.2014 16:52
to ja wpadam z korektą własnej korekty - dwoma pierwszymi uwagami wprowadziłam Cię nieświadomie w błąd. o tych mieszkańcach kontynentów. już usuwam, co by nie straszyło. ot, wcześniej mnie w błąd wprowadzono, a ja sprawdzałam rzecz w jakichś starych, najwyraźniej mylących źródłach, mede-a wyprowadziła mnie z błędu.

mea culpa, przeprasza, dobrego dnia :)
amsa dnia 01.05.2014 09:43
henrykinho - jakie to soczyste, pełne kipiących emocji, skojarzeń (już kiedyś wspominałam, że Twój sposób dobierania wyrazów, używanych dookreśleń jest niesamowity), a wszystko zamknięte w jakby suchej relacji z tego wyglądania na Eden, na raj nie-utracony, bo jeszcze niezdobyty, dopiero oczekiwany w przedsionku, chociaż z przeczuciem - niekoniecznie na lepsze, ale też nie wiadomo, czy na gorsze. Bardzo ciekawy zapis konglomeratu ludzkiej wegetacji, nadziei i frustracji, desperackiego czepiania się okruchów, namiastki wspólnoty.
Bardzo mi się ta historia podoba, bardzo.

Pozdrawiam

B)
henrykinho dnia 02.05.2014 23:54
Dziękuję za przyglądnięcie się tej opowiastce. Postawiłem tu własnie na opisowość, dokładny opis emocji rodzących się w głowie czecha; pewnie trochę kosztem szybkości akcji. Fajnie, ze się podoba

Pozdrawiam ;)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
bruliben
18/09/2019 01:38
Prosto i wymownie. Zabawne te wygibasy. Gdybym był wędkarzem… »
bruliben
18/09/2019 01:33
Ładne, uczuciowe zakończenie. Mężczyźni miewają podobne… »
bruliben
18/09/2019 01:19
Myślę, że grunt to mieć ten swój styl, na wspak różnym… »
SzalonaJulka
18/09/2019 00:07
andro, w sensie, że po co? »
mike17
17/09/2019 22:53
Wiersz ma swój urok - jest bardzo dynamiczny - nie sposób… »
bruliben
17/09/2019 20:55
Doceniam twoją wizytę Kazjuno. Będzie dalszy ciąg, stąd… »
Kazjuno
17/09/2019 20:40
Dzięki serdeczne Brulibenie za komentarz. Jestem… »
Kazjuno
17/09/2019 20:30
Całkiem ciekawa impresja, zawierająca trącenie mojego konika… »
wiosna
17/09/2019 19:20
Witaj po urlopie al-szamanko:) Brakowało Ciebie:) Dziękuję… »
mike17
17/09/2019 19:16
Początek zapowiadał się bardzo obiecująco, ale... Ale… »
bruliben
17/09/2019 18:43
Tak mi się widzi, że utwór trochę przyciężki jak na wiersz.… »
wodniczka
17/09/2019 18:34
Dziękuję wiosna za odwiedziny! Pozdrowienia przesyłam… »
bruliben
17/09/2019 18:24
Fakt, są takie odcienie szarości co wybitnie uciszają. Są… »
bruliben
17/09/2019 18:20
Poezja potrafi pomóc w miłości, w przełamaniu oporu i… »
bruliben
17/09/2019 18:07
Dobrze wam z tym Bogiem. Ja jeszcze nie mogę tak powiedzieć.… »
ShoutBox
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 14:16
  • Znowu przesadzasz. Jesteś wrażliwym facetem, na dodatek z intuicją muzyka, więc czułym na fałszywe nuty. Także te cecha ułatwia Ci trafne komentarze. Więc jak znajdziesz czas(?)...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:55
  • Powiem tak: technicznie mam coś do powiedzenia i choć nie jest to idealne, to potrafi być pomocne, natomiast mój gust znacznie odbiega od przeciętnej i to, co mi się podoba, nie zawsze jest dobre.
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 11:49
  • Przesadzasz Antosiu! Bardzo cenię Twoje komentarze i byłbym rad przeczytać twoje wnikliwe uwagi. Zawsze były celne. Jak znajdziesz czas to zapraszam...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:38
  • Kazjuno, ja chętnie skomentowałbym Twój tekst, ale ostatnio mam urwanie głowy i jedynie czasem króciutkie komentuje. Choć z drugiej strony, co jest wart mój komentarz?
  • Dobra Cobra
  • 17/09/2019 08:09
  • Sztuka kreskówkowa jest uważana za gorszą ze sztuk pięknych. :( A tak można w kinie podziwiać i piękną Scarlett i małego Hitlerka. Jak żywych. Choć ten synek ma nadzwyczaj mądry wyraz twarzy.
  • bruliben
  • 16/09/2019 22:11
  • A może przemeblowanie na kreskówkę by pomogło. Takie elementy jak w Masce z Jimim Carreyem?
  • Dobra Cobra
  • 16/09/2019 21:01
  • Bo w.Disenyu wszystko musi być prawilne i bardzo uładzone, a tu niepokorny reżyser, niepokorny temat ... i na dodatek nasza wszechobecna martyrologia, z której nie wolno żartować, tylko na poważnie
  • Dobra Cobra
  • 16/09/2019 20:58
  • U nas jakoś nie widzę tego filmu w oficjalnej dystrybucji. Choć kto wie, bo jak donosi Hollywood Reporter to jest Fox, a więc koncern Disney, ale pewnie będą się bać puścić to w Polsce .
  • bruliben
  • 16/09/2019 15:58
  • Guardian / dosyć kontrowersyjny temat (Hitlerek jako wymarzony przyjaciel). No ale nie od dziś H. pełnił rolę idola. Poprzez komedię można dotrzeć do większej liczby ludzi z przekazem...
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:Owes6
Wspierają nas