Wszędzie dobrze, ale... - ipsylon
Proza » Historie z dreszczykiem » Wszędzie dobrze, ale...
A A A

Telewizor w gościnnym pokoju wciąż grał, mimo że było już grubo po pierwszej w nocy. Barwne miraże odbijały się od bladych ścian i mebli, tańcząc wśród panującej w pomieszczeniu ciemności. Światło to padało, to chyłkiem znikało z zamyślonej twarzy mężczyzny siedzącego przed odbiornikiem, upodobniając go nieboszczyka w nawiedzonym pokoju hotelu w Silent Hill, którego James miał niemiłą przyjemność spotkać. Cliff nie chciał iść do łóżka. Był śpiący, to nie ulegało najmniejszej wątpliwości, ale gdy tylko pomyślał o wciśnięciu głowy w poduszkę, pod kopułą rozbrzmiewała mu syrena strażacka, a przed oczami obracały się koguty alarmowe, przesłaniając mu cały świat pulsującym kolorowym światłem. Towarzyszyło temu uczucie ciągłego niepokoju, jakby tajemniczy potwór obserwował go przez okno, a on po części zdawał sobie z tego sprawę, jednak ze strachu nie mógł podnieść się z fotela. Takie spostrzeżenie w obliczu przeszłości Jafforda oraz jego wyglądu totalnie mijało się z prawdą, ale czyż świat nie jest pełen pozorów? Cliff miał trzydzieści siedem lat, łysą głowę, tatuaże na umięśnionych przedramionach oraz spojrzenie, które zamroziłoby Słońce, gdyby dosięgło kilka cali dalej. Ludzi takich jak on mija się na ulicy ze spuszczoną głową, przepuszcza w kolejce, gdy czas oczekiwania zaczyna się niebezpiecznie wydłużać, podaje zakupy z lady bez przyjmowania pieniędzy (w końcu bardziej od kasy liczy się własne życie i kompletne uzębienie), a gdy ktoś taki parzy na ciebie dłużej niż dziesięć sekund, możesz się już tylko modlić. Psy w jego obecności uciekały z podkulonym ogonem, koty prężyły grzbiety, a papugi z sklepie zoologicznym u Siomona zdychały spłoszone w klatkach. Cały Cliff. Mistrz autoprezentacji.
Trudno uwierzyć, że facet, który z zimną krwią zabił cztery osoby podczas napadu na stację benzynową, zarywał teraz noc na seansie z teleturniejem „Guess and Bless”, popijając zimną lemoniadę. Prokurator był przekonany o winie Cliffa, dowody niezbicie świadczyły o jego winie (w końcu monitoring nie kłamie, prawda?), świadków nie było, co z uwagi na wygląd i zachowanie oskarżonego raczej nie dziwiło, także sam Jafford przyznał się do zabójstwa, mierząc zimnym wzrokiem sędziego, który ledwo utrzymał w ryzach pęczniejący ze strachu pęcherz. Wyrok zapadł, Clif dostał piętnaście lat. Dziwnie mało, trzeba przyznać. Najlepiej będzie uznać, że obrońca znalazł okoliczności łagodzące i wyrok został podzielony między Jafforda oraz trzech jego wspólników, którzy mieli zablokować drzwi i zamalować kamery monitoringu. Teoretycznie. W praktyce nie zrobili niczego. Cliff za późno domyślił się, że cała akcja okazała się zasadzką. George, Larry i Eddie do tego stopnia bali się swojego bossa, że zamiast kulki w łeb lub serce zafundowali mu piętnaście lat wakacji w Carkland County, czego później gorzko pożałowali. Poza tym tylko jedna z ofiar zmarła wskutek ciosu tępym narzędziem. Kolejna para na widok Cliffa najzwyczajniej w świecie dostała zawału, a ostatni nieszczęśnik pęknięcia tętniaka. Skąd Jafford miał to wiedzieć? Takie okoliczności nawet nie podchodziły pod nieumyślne spowodowanie śmierci. Prokurator zresztą niespecjalnie był tym faktem zawiedziony. Zaraz po zakończeniu sprawy sprzedał dom i wyjechał na drugi koniec świata. Pozbył się męczącego brzemienia, lecz koszmarne sny dręczyły go jeszcze przez długi czas. W końcu oskarżony mierzył go morderczym spojrzeniem blisko osiem sekund. Może to nie dziesięć, ale wystarczy, że napędzić człowiekowi niezłego strachu.
Cliff oglądał „Guess and Bless” przez piętnaście minut. W tym czasie odgadł jedno z ponad stu pytań zadanych przez prowadzącego. Nie był to dobry rezultat. Gdyby Clarence Sedrick widział rozgoryczoną twarz Cliffa, zapewne rzuciłby robotę w diabły i również wyjechał - wielu ludzi po bliskim spotkaniu z Jaffordem zmieniało dom, tożsamość, rodziny i wszystko, do czego byli przywiązani - ale Clarence mieszkał daleko od Marville, nigdy widział największego zbrodniarza w historii tego małego miasteczka i nie zdawał sobie sprawy z faktu, że ten oto zwyrodnialec właśnie oglądał jego program. Posyłał uczestnikom baczne spojrzenia, poprawiał ich błędy (z Cliffem miałby naprawdę sporo roboty), dziękował przegranym i gratulował najlepszym. Żył swoim życiem i nigdy nie planował podróży do zatęchłego miasteczka na północy Nowej Anglii, skąd prawdopodobnie nie wróciłby żywy. Chwała mu za to.
Cliff zmienił „Guess and Bless” na tandetną telenowelę, później uraczył oczy widokiem skąpo ubranych kobiet stojących przy tablicach z hasłami (Kochani, pozostała już tylko minuta. Koperta z główną wygraną strasznie ciąży mi w ręku, może ktoś zechce ją ode mnie zabrać? Tak? Nic trudnego. Zadzwońcie pod numer widoczny na ekranie i zgadnijcie ostatnie hasło naszego konkursu! Czy to zbyt wiele?), na koniec niezobowiązująco gapił się w ekran, gdzie para idiotów próbowała rozbawić publiczność swoimi dowcipami. Clarence’owi Cliff jeszcze by wybaczył – ośmieszał kretynów, ale potrafił docenić mądre głowy, sam też swoje musiał wiedzieć, nawet jeśli połowa odpowiedzi zamiast z głowy wędrowała do niego przez słuchawkę. Ta dwójka imbecyli opowiadała kloaczne żarty, nie rozbawiła absolutnie nikogo, a mimo to ci pajace kreowali się na następne pokolenie Mr. Beana. Po dłuższym namyśle Cliff stwierdził, że Calrence’a mógłby polubić, lecz tym dwóm wypierdkom złamałby karki jak wykałaczki, a kiedy w jego głowie rodzi się taki pomysł, lepiej żebyś nie znalazł się wtedy blisko niego.
Lemoniada się skończyła, a Cliff nie miał ochoty iść od lodówki po następną. Patrzył na butelkę hipnotyzującym wzrokiem, lecz ta za nic w świecie nie chciała się samoistnie napełnić. Jak śmiała. Cisnął ją więc w kąt pokoju, gdzie wylądowała obok dwóch pozostałych, stykając się szyjkami w szklanym pocałunku. W ogóle nie miał na nic ochoty. Pragnął, by cały ten koszmar wreszcie się skończył.
Za oknem zatańczyły koguty radiowozu, za nim kolejne, a za nim następne. Wszystkie trzy samochody zatrzymały się na podjeździe na Gate Street 41. Ucichły pomrukiwania wolno pracujących silników, lecz ostrzegawcze światła nie zwolniły nawet na moment. Kręciły się w kolorowych kloszach, przyciągając do okien coraz większą liczbę mieszkańców. Cliff na widok uchylanych masowo firanek zacisnął pięści. Wszędzie mordy, pomyślał z goryczą, a może raczej bezgraniczną wściekłością. Wszędobylskie pyski, rozbiegane oczy, rozdziawione usta, niekończąca się lawina pytań. Oczywiście nikt nie przyjdzie do Cliffa i nie spyta, co się dzieje. Życie jest dość miłe dla mieszkańców Marville, żaden z nich nie chciałby wiązać sobie drutu kolczastego na szyi, a potem na nim zawisnąć, ale gdy w okolicy pojawia się radiowóz - sorry, trzy radiowozy – i to jeszcze w domu byłego skazańca, adrenalina udziela się wszystkim bez wyjątku. Przy oknach pojawiają się dzieci, ich rodzice, dziadkowie, nawet psy oraz koty. Życie w mieście zamiera, stacje telewizyjne tracą odbiorców, a radioodbiorniki milkną. Nigdy nie wiadomo, czy policjanci zastrzelą Cliffa, czy wylecą przez okna i poszybują parę metrów w powietrzu z połamanymi kończynami. Słodka niepewność, obietnica dotknięcia niemożliwego. Nawet bomba atomowa nie wzbudziłaby większego zainteresowania niż Kosiarz Cliff Jafford, rok produkcji 1978, Model Deluxe Z Tytanowym Kośćcem I Wzmacnianym Pancerzem. Niektórzy twierdzili, że jego prototypem był Robocop, ale pierwowzór nie wytrzymał testów z nowym egzemplarzem. Kto to wie?
Z pierwszego radiowozu wysiadło pięciu funkcjonariuszy, z drugiego i trzeciego po trzech. Mało, pomyślał Cliff, więc wszystko musi być w porządku. Skoro tak, to gdzie zaginiona? Nie wzięliby jej ze sobą? Coś tu śmierdziało, a Jaffordowi ten zapach się bardzo nie spodobał. Był jak radioaktywna chmura; nic nie czujesz, ale wiesz, że zaraz zaczniesz rzygać pierwszym, drugim, nawet wczorajszym śniadaniem, a w ramach rekompensaty połkniesz własne zęby.
Policjanci zbili się w ciasną grupkę i ruszyli. W rękach trzymali broń: żadne tam czterdziestki piątki; służbowe Remingtony, wielkie strzelby rozbryzgujące głowy na wielosmakowe konfitury z chrupiącymi kawałkami kości. Dowódca wziął głęboki oddech, obejrzał się z siebie, po czym cała brygada małymi kroczkami podreptała do drzwi. Cliff nadal siedział w fotelu. Nie widział konieczności, by wstawać. Rozpostarł ręce na oparciach mebla, tak żeby nadchodzący goście widzieli, że jest bezbronny. Prawdę mówiąc, taka reguła w jego przypadku raczej nie wchodziła w grę. Cliff był bronią doskonałą; do zabijania potrzebował rąk, twarzy i pary oczu, w których mógłby się odbić. Dziwne, że Pentagon jeszcze się nim nie zainteresował.
Policjanci nie pukali. Do pretensjonalnej muzyki z programu zakupowego dołączyło ciche skrzypienie wejściowych drzwi, powolne i niezdecydowane, jakby sami funkcjonariusze bali się tam wejść. Do pokoju wdarło się chłodne wieczorne powietrze. Na wytatuowanych przedramionach Cliffa pojawiła się gęsia skórka, pobiegła od kleszczy skorpiona aż po kolec jadowy, dalej zajęła eksplodujące czerwienią gałki oczne.
- Jafford? – rzucił dowódca grupy.
Kevin - rozpoznał od razu Cliff. Jedyny facet, który mógł rozmawiać z nim jak równy z równym, a przynajmniej na podobnych zasadach. Kevin był wysoki, dobrze zbudowany i mimo że w pojedynkę mógłby mieć z Cliffem problem, jako jedyny nie bał się go tak bardzo jak inni.
Po chwili wszyscy funkcjonariusze wtłoczyli się do pokoju. Za Kevinem stali Bradley i Jim, zastępcy szeryfa, dalej czwórka wyższych rangą policjantów, na samym końcu kolejna czwórka młodych adeptów, pewnie świeżo po szkole policyjnej.
- Zamknijcie drzwi – powiedział Cliff ostrym głosem, od którego wszyscy stanęli na baczność. – Robi się tu coraz chłodniej.
Najpierw głowę odwrócił Kevin, za nim następni. Młodziak stojący najbliżej drzwi patrzył na nich spłoszony. Siła spojrzeń przełożonych była rażąca, ton głosu Jafforda mroził krew w żyłach, a jego umięśnione ręce na oparciach napawały go najczystszą grozą.
- Jonesy – syknął Kevin – zamknij te pierdolone drzwi!
Jonesy długo myślał nad znaczeniem tego rozkazu. Wydawał się tak banalny, że zakrawał na coś w rodzaju głupiego żartu. Gdy uzmysłowił sobie, o co wszystkim chodziło, postanowił nadrobić zaległości wynikające ze zbyt długiego główkowania. Chwycił klamkę i z całej siły cisnął drzwiami we framugę. Rozległo się głuche łupnięcie. Po nim wszyscy wstrzymali oddech, a Jonesy pod kombinezonem oblał się zimnym potem. Gdyby nie ściana, której kurczowo się złapał, pewnie by zemdlał.
Cliff głośno wciągnął powietrze, podnosząc się z fotela. Wszyscy oprócz Kevina ceremonialnie przełknęli ślinę. Jafford rósł, rósł, rósł, Chryste, jakby zaraz miał dotknąć sufitu, albo przebić go swoją łysą głową. Najmłodsi policjanci po raz pierwszy w życiu spojrzeli w twarz słynnego twardziela, Kevin żałował, że wziął ze sobą Gwardii Narodowej. Czołg i kilka wyrzutni rakiet przeważyłoby szalę na jego korzyść. Wobec Cliffa obowiązywał zakaz używania broni palnej, więc służbowe strzelby załadowane były gumowymi pociskami. Czyżby jednak Pentagon miał wobec niego jakieś zamiary? Nikt z nich nie wiedział, zresztą, gówno ich obchodziło. W tamtej chwili każdy bez wyjątku wolałby siedzieć w biurze nad niekończącym się stosem papierkowej roboty. Punkt widzenia, punkt siedzenia, Cliff Jafford. Wszystko to było ze sobą dziwacznie powiązane.
Mężczyzna odsunął się od fotela i zrobił krok do przodu. Kevin nie ruszył się z miejsca, reszta skuliła się jak dzieci uciekające przed każącą ręką brutalnego ojca. Broń przestała mieć jakiekolwiek znaczenie, Jonesy zamknął drzwi, torując im drogę ucieczki. Chłopcy totalnie się posypali. Z wyjątkiem Kevina oraz jego zastępców.
Cliff podszedł jeszcze bliżej.
- Gdzie Frannie? Dlaczego jej nie przywiozłeś?
Po tym stwierdzeniu wiadomym było, że Cliff rozmawia tylko z Kevinem. Resztę policjantów traktował jak nic nieznaczące pionki, żeby nie powiedzieć „ścierwo”.
Kevin wziął głęboki oddech. Zerknął kątem oka na puste butelki po lemoniadzie. Dzięki Bogu chociaż za to, skonstatował w duchu. Gdyby gość był pod wpływem, wezwałbym tę cholerną Gwardię Narodową. I już teraz rzucałbym się do okna.
- Nie znaleźliśmy jej, Cliff. Nagrania z monitoringu pokazują, jak nieznani sprawcy wyciągają ją z samochodu i przenoszą do innego. Kamery dają koszmarnie słaby obraz. Wiemy tylko, że podejrzany Cadillac odjechał w stronę Joyceville. Nie wzięli jej torebki ani dokumentów, to dlatego nie odbierała komórki. W samochodzie zostały pieniądze, zakupy, wszystko. Chodziło im tylko o Fran. Dlaczego? Czy miałeś jakichś wrogów, Cliff?
Jafford parsknął śmiechem. Kevin chwilę później skarcił się w duchu za tak idiotyczne pytanie. Co mu przyszło do głowy? Albo co z niej uciekło? Z pewnością zdrowy rozsądek, i z pewnością nie wpadł z wizytą.
- Owszem – rzekł Cliff. – Miałem mnóstwo wrogów. Wiesz, gdzie teraz są? Nawożą ziemię w rozległych lasach Nowej Anglii. Wykańczałem wszystkich po kolei, zakopywałem płytko w ziemi, na ich gnijących ciałach rosły drzewka, które produkują teraz tlen dla ciebie i twojej walecznej trupy. Nie czułeś nigdy w powietrzu smrodu ich zielonych wnętrzności? Bo ja czuję. Jeśli chcesz, zaprowadzę cię i osobiście pokażę, gdzie kiedyś spoczywali. Zresztą, i tak tam trafisz, jeżeli do rana nie odnajdziesz Frannie. Ty i cały twój objazdowy cyrk.
- To jest groźba pod adresem funkcjonariusza policji! – krzyknął młokos z tyłu. Zaraz potem zasłonił dłonią usta. Mama od zawsze powtarzała mu, żeby pomyślał, zanim coś powie. Lekcja nieodrobiona, siadaj, pała!
- Więc mnie aresztuj – syknął Cliff, wysuwając ręce w jego kierunku.
Młodzik jęknął, przyjmując pozycję dziecka bitego przez zgraję chuliganów. Kucnął na ziemi, przyciskając ręce do ciała.
- Uspokój się, Jafford – powiedział twardo Kevin, choć Bóg mu świadkiem, że mało nie narobił w spodnie.
- Po pierwsze, nie uspokajaj mnie! Po drugie, nie zwracaj się do mnie po nazwisku! Po trzecie, znajdź Frances! Czy to takie trudne do zrozumienia? Mam ci to, kurwa, napisać?!
Mięśnie karku Cliffa napinały się coraz mocniej. Atmosfera w pokoju gęstniała z sekundy na sekundę, wszędzie unosił się coraz wyraźniejszy zapach spoconych ze strachu policjantów i rozpalającej się furii gospodarza. Powietrze tężało z zatrważającą szybkością. Kevin bał się, że za chwilę stanie się tak gęste, że nie będzie w stanie wedrzeć się do płuc, że wszyscy się poduszą, dławiąc się bulgoczącymi z gorąca kawałkami tlenu, azotu i innego gówna. Wszyscy z wyjątkiem Jafforda, oczywiście.
- Cliff, nie wiemy, od czego zacząć. Mamy rozbieżne zeznania świadków, fatalne nagrania z monitoringu i mnożące się pytania bez odpowiedzi. Próbujemy poskładać to w logiczną całość, zablokowaliśmy wszystkie drogi w promieniu kilkudziesięciu mil, nasze jednostki sprawdzają każdy samochód, jaki tylko porusza się na drodze. Gdyby ktoś natrafił na jakiś ślad, byłbyś pierwszy w kolejce do informacji.
- Wobec tego gdzie jest Frannie?
Cliff był nieugięty. W dupie miał mrzonki o postawieniu wszystkich radiowozów w stan gotowości, guzik go obchodziło zaangażowanie policji stanowej i sąsiednich posterunków w sprawę zaginięcia młodej kobiety. Interesowała go Frances. Tylko ona. Był strasznie ciekaw, w jaki sposób wędrówka po zakupy do sąsiedniego miasteczka przeszła w zapętlający się spektakl pod tytułem „Gdzie się podziała Frannie, czyli krótkie studium niepokoju”. Bo przecież Cliff był zaniepokojony, tylko i wyłącznie. Być może okazywał zdenerwowanie w dość nietypowy sposób, ale jedyne, czego teraz pragnął, to zobaczyć jego kobietę z torbą na zakupy. Lub bez niej. Nie musisz kupować tych pierdolonych krakersów, pomyślał z goryczą, ale wróć. Nie kupuj niczego. Po prostu przyjdź. W jednym kawałku.
- Nie wiemy – odparł Kevin, za wszelką cenę starając się zachować poważny wyraz twarzy. Chociaż on powinien trzymać fason. Reszta załogi posypała się jak domino, jeden za drugim.
Cliff odwrócił się od funkcjonariuszy i oparł masywne dłonie na miękkim oparciu fotela. Silne palce coraz mocniej wbijały się w gąbczasty materiał, ten skwierczał jak przypalany na patelni boczek.
Kevin machnął do Jonesy’ego. Dzieciak trzęsącą się ręką sięgnął do klamki. Rozległo się znajomy dźwięk, drzwi zaskrzypiały, a Cliff obrócił nieznacznie głowę. Wyglądał jak drapieżnik nasłuchujący w lesie śladów ofiary.
- Czy możemy coś dla ciebie zrobić? – zapytał teatralnym głosem Kevin. Zabrzmiało to fatalnie, nie przypominało policyjnej akcji, tylko urywek z „Mody Na Sukces”.
- Tak – odparł Cliff, po czym się zaśmiał. Nawet Kevinowi włosy stanęły dęba.
- Co takiego?
- Wypierdalać! – wrzasnął Jafford, podrywając fotel z podłogi.
Policjanci schowali głowy i w popłochu rzucili się do wyjścia, jakby zamiast jednego mężczyzny zaatakowali ich uzbrojeni po zęby gangsterzy. Głos Cliffa niósł się po pokoju jak echo demonicznego krzyku. Zasłony w całym Marville w mgnieniu oka zawisły z powrotem, a ludzie odsunęli się od okien przerażeni, że to akurat ich twarze widział szaleniec, wyglądając przez szybę. Cliff wykonał dwa zgrabne obroty wokół własnej osi niczym dyskobol przygotowujący się do rzutu, po czym cisnął fotel w miejsce, gdzie ułamek temu stała grupka przestraszonych policjantów. Kevin nie zdążył zamknąć drzwi, lecz pokojowy mebel zrobił to za niego, głośno i brutalnie, odbijając się od ściany, na której niedawno opierał się młody policjant. Twardsze kanty fotela wyżłobiły w tynku głębokie dziury, okruchy zerwanej farby posypały się na podłogę jak śnieg. Jeden z żółtodziobów podczas ucieczki upuścił broń, lecz widocznie nie była mu więcej potrzebna, bo leżała samotnie obok przewróconego fotela. Lufa mierzyła groźnie dziurę po wypędzonej niedawno myszy. Cliff poprawił mebel, usiadł i wziął strzelbę do ręki. Leżała pewnie i lekko, jak każda broń palna w jego ogromnych dłoniach.
Po raz ostatni wyjął z kieszeni telefon, wybierając ostatnie połączenie. Komórka po drugiej stronie nadal nie odpowiadała. Cliff żywił głupią, niewytłumaczalną wręcz nadzieję, że Frannie tym razem odbierze. Mogła zgubić aparat i znaleźć go dopiero teraz. Może zakupy wymknęły jej się spod kontroli, może spotkała dawną przyjaciółkę, może siedzą w kawiarni i wspominają dawne czasy. Wyraz „Może” ma to do siebie, że znaczy wszystko, a zarazem nic. W ten sam sposób kobiety odbierają stwierdzenie „To nie tak, jak myślisz”, gdy zastają swoich facetów w łóżku z innymi kobietami.
W głowie Cliffa zaświeciło kolejne ostrzegawcze światełko. Zdrada. Może Fran miała dość życia ze skazańcem i uciekła? Zerwanie związku z facetem pokroju Cliffa Jafforda wymagało nie lada sprytu. Może taki miała sposób? Upozorowanie porwania w miejscu, gdzie ciężko będzie zdobyć jakikolwiek znaczący dowód, to dobry pomysł. Mężczyzna poczuł, jak jego serce zalewa fala żalu i złości, dziki tajfun niczym nieskrępowanej nienawiści.
Czemu nie. Przecież w identyczny sposób trafił za kratki. Padł ofiarą zasadzki. Ludzie, których uważał za wspólników, wbili mu nóż w plecy, zakapowali do glin i upozorowali napad. Ich pistolety nie były załadowane, a broń Cliffa wprost pęczniała od naboi. Już wtedy był w związku z Fran, która regularnie namawiała go do poddania się policji. Wówczas Cliff postanowił, że wykona tylko jeden skok. Ostatni napad, wisienka na torcie. Jak się później okazało, ciasto było zepsute, a wisienki stalowe jak kraty w oknach zakładu Carkland County.
Mimo to Fran czekała. Pracowała ciężko w supermarkecie na skraju Marville, walcząc z obciążoną hipoteką i pogróżkami ze strony starych wrogów jej faceta. Przeciętna kobieta rzuciłaby wszystko w cholerę i wyjechała, co nie byłoby niczym dziwnym, zważając na osobowość Cliffa, ale Fran nie była przeciętną kobietą. Przez ponad trzy lata spędzała noce w asyście policyjnego radiowozu przed domem, skrupulatnie zapamiętywała pseudonimy wszystkich oprychów czyhających na jej życie, spisując każdą informację, która mogła być później pomocna. Pogróżki się skończyły, ochrona przestała przesiadywać w aucie na Gate Street 41, ale Fran pamiętała. Pamiętała wszystko, a gdy Cliff opuścił więzienie – ku wyraźnej uldze skazańców i władz kompleksu – Fran czekała na niego. Cliff przeczytał dokładnie zapiski sporządzone przez kobietę, likwidując po kolei wszystkich, którzy ośmielili się wkroczyć z buciorami w ich życie. Nie został powtórnie skazany, choć policja doskonale wiedziała, kto stoi za morderstwami znanych i wpływowych gangsterów. Kevin nie zamierzał wszczynać śledztwa. Cliff w ramach zadośćuczynienia oczyścił okolicę z najgorszego ścierwa. Odtąd funkcjonariusze znów mogli zajadać pączki i wlepiać mieszkańcom mandaty za nieprawidłowe parkowanie. Krwawa pokuta.
Czy Fran ryzykowałaby tyle czasu, nerwów, nierzadko nawet życia, by uciekać z kimś innym pod przykrywką zaaranżowanego porwania? Cliff nie mógł uwierzyć w tak kiepską historyjkę. Nie dość, że nie trzymała się kupy, to jeszcze była gówno warta. Człowiek nie czeka piętnastu lat tylko po to, by zabić tuzin szumowin i wyciąć komuś tak niesmaczny żart. Chyba że istnieje ktoś gorszy niż Cliff Jafford.
Jeśli tak było, to mam kurewskie kłopoty, pomyślał.
Wyciągnął z szafki pod zlewem napoczętą butelkę szkockiej i nalał sobie pokaźną ilość. Opróżnił zawartość szklanki za jednym zamachem. W żołądku zapłonęło mu prawdziwe ognisko, a głowę zalał mu ołów.
- Wracaj, Frannie – szepnął, po czym pogrążył się we śnie.

Fran wróciła, ale w koszmarach nic nie jest takie, jakie powinno być. Cliff znów był na stacji benzynowej. Dzień był taki jak wtedy, pogodny i parny. Bandyci wyglądali komicznie w obszernych bluzach, podczas gdy co odważniejsze z pań prezentowały swoje ciała okryte cienkim materiałem szortów i biustonoszy. Znów dogadywał ze wspólnikami; George denerwująco pociągał nosem, Larry drapał się po całym ciele, jakby go pchły oblazły, a Eddie potwornie się czerwienił. Cliff już wtedy powinien dostrzec zmiany w zachowaniu partnerów. Byli jacyś nieobecni, nie sprawdzali co chwila broni, co namiętnie robili przed każdą akcją. Cliff też nie należał do mistrzów koncentracji. Świadomość, że to ostatni skok, że dalej będzie tylko Fran i zwyczajne życie, trochę go przerastała. Nie bał się bić, mordować, rabować, lecz perspektywa praworządnego i odpowiedzialnego życia z jedną kobietą napawała go pewnym rodzajem niepokoju.
Wnętrze wyglądało znajomo, lecz tym razem za kasą nie stał krępy mężczyzna. Obok monitora znajdowała się Fran, a Cliff zbyt późno dostrzegł tę dość istotną różnicę. Broń znów wypaliła, a siła uderzenia cisnęła Fran na szklaną półkę z pocztówkami. Pod pełnymi piersiami wykwitła paskudnie poszarpana dziura, krew sączyła się rozharatanego brzucha obfitym strumieniem. Cliff krzyknął z przerażenia i upuścił spluwę. Strzelba ponownie wypluła kolejny pocisk, odrywając przypadkowemu klientowi stopę na wysokości kostki. Mężczyzna przeskoczył przez ladę, gdzie w brudnoczerwonej kałuży leżała Fran. Krew ciekła jej z ust wąskim strumieniem, a głowa podrygiwała w przedśmiertnych drgawkach.
- Czasami wracają – wyrzuciła kobieta, brudząc siwą bluzę Cliffa kropelkami krwi.
Chwilę później już nie żyła.
Cliff nie zauważył zbliżających się do niego wspólników. Krzyczał, błagał, by wezwali karetkę, ale oni zdawali się tego nie słyszeć. Na ich twarzach gościły upiorne uśmiechy, grymasy, które widzą ludzie na krótko przed zejściem, gdy śmierć zagląda im w oczy, szczerząc spiczaste zęby.
- Czasami wracają – powtórzyli unisono napastnicy, gdy ich oblicza zaczęły się rozmywać w odrażające kształty.

Cliff wrzasnął, gdy Eddie z nieludzko wykrzywioną twarzą nadepnął mu na stopę. Jafford w ułamku sekundy znalazł się z powrotem na Gate Street 41, dygocząc ze strachu i zimna. Miał koszmarny sen, więc strach można wytłumaczyć. Któryś z przestraszonych policjantów nie domknął drzwi. Pora wieczorna przeszła w porę nocną, a wraz z nią przez szparę wdzierał się wczesnowiosenny chłód. Tę kwestię zatem również można było racjonalnie wyjaśnić.
Mimo to nacisk na nogę pozostał. Nie wzmógł się, nie osłabł, po prostu był, jak wszędobylskie zimno. Obraz z telewizora śnieżył, rozświetlając pokój biało-szarym strumieniem. Cliff obejrzał się w prawo; pusto. Jednak bardzo wyraźnie czuł napierający na stopę ciężar. Czyżby to Frannie? Jakimś cudem wydostała się z jego koszmaru, a teraz trzyma martwą dłoń na jego bucie? Jafford nie chciał tego sprawdzać. Jeśli wychyli głowę i zobaczy leżącą w kałuży krwi martwą blondynkę, najpewniej oszaleje. Weźmie strzelbę i zaaplikuje sobie gumowy pocisk wprost między oczy. W najlepszym wypadku nabój strzaska mu czaszkę i facet wywinie kopyta, w najgorszym uszkodzi kość i Cliff będzie umierał w potwornych męczarniach z ręką jego nieżyjącej kobiety na sportowym bucie.
Po chwili, która przeciągała się nieskończoność, ze schodów stoczyła się cytryna. Cliff wybałuszył oczy, gdy żółty owoc z głuchym stukotem spadał po kolei z każdego stopnia. Po raz pierwszy w życiu Jafford był przerażony. Serce łomotało mu w piersi jak dzikie, oddech przyspieszył, a pęcherz nagle zaciążył mu niemiłosiernie. Nikt nie mógł wejść do domu, fotel blokował drzwi, okna były szczelnie pozamykane, poza tym żaden przedmiot nie zmienił swojego położenia.
Pomijając spadającą cytrynę.
Cliff zauważył jeszcze kilka innych drobiazgów: herbatę na trzecim stopniu, rozerwaną torebkę z bułkami na piątym, a obok bułek krakersy, pierdolone krakersy, których naprawdę Frannie nie musiała kupować.
Jafford zerwał się na nogi jak rażony prądem. W rękach kurczowo trzymał strzelbę, mierząc wylotem okrągłej lufy wokół siebie. Poza szumem przyciszonego telewizora do jego uszu dochodził jeszcze inny dźwięk, którego nie potrafił określić, ani zlokalizować. Przypominał coś z pogranicza szeptu i dyskretnego nawoływania, jakby ściany naśmiewały się z Cliffa, szydziły z niego. Powietrze zastygło w bezruchu, chmurki z płuc mężczyzny wypływały z ust i wisiały jak niegroźne Cirrusy na letnim niebie. Cliff zwiesił ręce. Nagle znów zapragnął być na stacji benzynowej, odtwarzać fatalny w skutkach napad. Tutaj wszystko wyglądało jak psychodeliczny miraż. Poza przedmiotami ze schodów oraz telewizorem panowała kompletna martwota, świat zatrzymał się jak film po wciśnięciu pauzy. Co tu się wyrabia? – powtarzał zszokowany Cliff. Co tu się, kurwa, wyrabia?!
Wtem nadeszło oświecenie. Umieram, pomyślał. To nie Fran, lecz ja leżę w kałuży krwi na wypastowanej podłodze stacji benzynowej. Pewnie któryś z policjantów trafił mnie swoją czterdziestką piątką. Proces był złudzeniem, więzienie było złudzeniem, zemsta była złudzeniem. Życie pokazało mi, kim bym się stał, gdybym nie połasił się na ostatni skok. Fran klęczy nade mną, a ja przeciekam jak zepsuta rura. To tyle? Naprawdę tyle?
Myśl zniknęła równie szybko, jak się pojawiła. Do dzisiaj wszystko było w porządku, jeśli można takim stanem określić morderstwo, kryminalną przeszłość, odsiadkę w więzieniu stanowym, śmiercionośny odwet i (wreszcie) stabilizację. Dla Cliffa taki obrót spraw był do zaakceptowania. Do dzisiaj.
Dzisiaj Fran pojechała na zakupy i nie wróciła. Policja twierdzi, że została uprowadzona, że nieznani sprawcy zaciągnęli ją do samochodu i odjechali w siną dal. Bon Voyage! Już to samo w sobie było dla Cliffa wystarczającym ciosem. Teraz jeszcze te dziwne rzeczy w domu. Nieobecny telewizor, w jakiś dziwny sposób złowieszczy, zakupy rozrzucone na schodach, zimno panujące w domu, niepokojące uczucie, że nie jest sam wśród tych bladych ścian, że ktoś czeka na niego w najmniej odpowiednim miejscu, skąd porwie go prosto do krainy obłędu, królestwa szaleństwa. To już nie przelewki. Coś czaiło się w ciemnych kątach mieszkania, sapało niecierpliwie, nie mogąc dłużej znieść niepewności, ukrycia.
- Cliffie?
Jafford stanął jak wryty. Nikt nie zwracał się do niego w ten sposób. Nikt poza Fran. Ale przecież Fran tu nie było. Oddałby wszystko, żeby znów ją tu zobaczyć, ale w tych okolicznościach to zwyczajnie niemożliwe. Oszołomiony wyjął telefon i drżącymi z przerażenia rękami wybrał numer. Ekran zamigotał, a po chwili na piętrze rozległy się dźwięki „Mr Sandman”. Melodia narastała, ale nikt nie odbierał.
- Cliffie?
Cliffie nie wytrzymał. Po nogawkach spodni spłynęła ciepła strużka moczu, lecz on nie przejął się tym faktem. W głowie jak nieznośna piłeczka pingpongowa odbijało się echo głosu Fran. Wołanie dobiegało z góry, teraz był tego absolutnie pewien, a na górze poza sypialnią mieściła się tylko łazienka. Jafford usłyszał swoje imię z lewej strony piętra, więc nie miał wątpliwości, że musi iść do sypialni. Jednak wcale nie chciał tam pójść. Przyznał sam przed sobą, że się boi. Boi? Jest przerażony do szpiku kości. Nadstawił uszu, gotów usłyszeć tupanie, które tak często pojawia się w horrorach o nawiedzonych domach, ale nic takiego nie miało tu miejsca. Na piętrze panowała absolutna cisza, wyłączając
Cliffie?
uporczywe nawoływanie. Jafford na miękkich nogach ruszył w kierunku schodów. Jeszcze nigdy droga do drewnianych podestów nie wydawała mu się tak żmudna i długa. Stawiał kroki z werwą stulatka przy balkoniku, szurał stopami po dywanie, nierzadko potykając się o własne stopy. Strzelba wypadła mu z rąk metr dalej. Przeciążony umysł Cliffa nawet nie zarejestrował tego faktu. Groza miejsca i sytuacji przesłoniła mu wszystko.
Ze schodów teraz stoczyła się kapusta. Główka warzywa w foliowym worku turlała się po stopniach z miękkim plaskaniem. Cliff wrzasnął. Przez ułamek sekundy wyobraźnia podsunęła mu obraz odciętej głowy Fran owiniętej śliskim materiałem: pozlepiane włosy, otwarte oczy, odciśnięte na folii usta z resztką ostatniego oddechu na wewnętrznej stronie koszmarnego klosza. Jafford zatoczył się do tyłu i runął jak długi na podłogę. Płakał, nie wiedział czemu. Główka kapusty toczyła się w jego kierunku, a on uciekał przed nią, szurając tyłkiem po dywanie. W końcu wyrżnął głową o ekran telewizora. Urządzenie zachybotało na komodzie, ale jakimś cudem wytrzymało starcie z masywnym karkiem Cliffa.
Mężczyzna zerwał się na nogi i pognał do schodów. Uznał, że jeśli nie zdobędzie ich sprintem, to za nic w świecie nie dotrze na piętro. Z impetem wparował na stopnie, zadeptał bułki, zgniótł pierdolone krakersy, których Fran wcale nie musiała kupować, po czym dostał się na poddasze. Z sypialni przez półotwarte drzwi widać było słabe światło nocnej lampki. Cliff nie przypominał sobie, żeby zostawiał ją zapaloną, ale czy teraz to miało jakieś znaczenie? Tej nocy nic nie było na swoim miejscu, łącznie z jego klepkami, może nawet począwszy od nich.
- Cliffie?
Głos z tej odległości był znacznie bardziej wyraźniejszy, znacznie bardziej paraliżujący, cholernie złowróżbny. Przy uchylonych drzwiach leżała torba na zakupy, w połowie opróżniona, i egzemplarz „Nocnej Zmiany” Stephena Kinga. Nic dziwnego, spora część produktów chyba znudziła się siedzeniem w ekologicznej siatce i postanowiła sama zejść po schodach do kuchni. Jak dotąd szło im to zadziwiająco dobrze, zauważył Jafford, śmiejąc się sam do siebie. Złapał klamkę i wszedł do sypialni.
Ku jego zaskoczeniu nie zauważył lewitujących pomidorów czy makaronu. Pomieszczenie wyglądało zwyczajnie. Gdyby nie siedząca w półmroku kobieta, byłoby to najnormalniejsze miejsce w całym domu. Ale kobieta tam jednak była, a Cliff na jej widok krzyknął z przejmującej go grozy.
- Cliffie? – spytała pogrążona w ciemności Fran. – Dlaczego krzyczysz?
Słabe światło nocnej lampki rzucało zaledwie mały blask na jej sylwetkę, znacząc kontury twarzy i całego ciała. Fran siedziała prosto na krześle, splatając ręce na podołku. Cliff zrobił krok do przodu, ale kobieta zatrzymała go łagodnym ruchem czarnej dłoni.
- Nie podchodź bliżej, skarbie. Nie wyglądam dziś najlepiej.
Jafford zachwiał się na nogach. Frannie wyglądała jak hologram w jednolitym kolorze smoły. W konturach sylwetki rozpoznawał ubranie, w którym wyszła dzisiaj z domu: buty na średnim obcasie, spódnicę do kolan, bawełniany sweter i jesienny płaszcz. Włosy nie pasowały do porannego wspomnienia; ze starannie uczesanej fryzury zostały pasma poskręcanych na wszystkie strony kosmyków, kołtuny odbijały się na tle bezgwiezdnego nieba za oknem niczym mikroskopijne gałązki wyjątkowo rozłożystego drzewa.
- Frannie? – szeptał Cliff łamiącym się głosem. – Kiedy wróciłaś?
- Nie wróciłam – odparł cień. Jafford poczuł, jakby ktoś spuścił mu po kręgosłupie kostkę lodu. – Kochanie, mamy problem. Gdy wracałam z zakupów, zajrzałam na stację benzynową. Jutro mieliśmy jechać do centrum handlowego, więc pomyślałam, że zatankuję auto. Tak zrobiłam. Gdy zatrzymałam Chevroleta obok toalety, nadjechał jakiś samochód. Wysiedli jacyś mężczyźni. Byli dziwni, wiesz? Jeden non stop pociągał nosem, drugi się drapał, a trzeci wyglądał, jakby zamiast wody łoił tanie wino, taki był czerwony.
Umysł Cliffa wrzeszczał. Nie, to nie miało prawa się zdarzyć. Przecież George, Larry i Eddie nie żyli od kilku lat. Jafford sam o to zadbał. Był z nimi do końca. Dopilnował, by każdy z nich wyzionął ducha, zanim Cliff zakopie ich w lesie. Jakby tego było mało, wszystkim poucinał głowy, w razie gdyby chcieli zgrywać jakieś sztuczki. Tak, ci goście nie mieli najmniejszego prawa pojawić się na stacji benzynowej paręnaście godzin temu. To przeczyło regułom logiki, fizyki, nauki... wszelkim prawom. Martwi nie wstają z grobów, zwłaszcza jeśli grabarzem był Cliff Jafford. Ten facet posyła cię na drugą stronę bez możliwości reklamacji.
- Chyba zrobili mi krzywdę, Cliffie. Wiesz? Odurzyli mnie jakimś środkiem, zgwałcili, pobili, znów zgwałcili, potem prawie zakatowali.
Jafford padł na kolana. Ryczał jak bóbr.
- Frannie? O co tu chodzi?!
- To proste, skarbie – rzekła Fran, nadal nie zmieniając pozycji. – Ja umieram, wiesz? Pamiętałam tych mężczyzn. Kiedyś mi grozili. Ale przecież zrobiłeś z nimi porządek. Bo zrobiłeś, prawda?
- Och, Frannie...
- No właśnie. Nie wiem, skąd się tam wzięli. Jeździliśmy Cadillackiem po I-95 i Route 110, później straciłam orientację. Robili ze mną straszne rzeczy, skarbie. Nie chcę ci o tym mówić, bo możesz się diablo zdenerwować. Czułam się strasznie, nadal zresztą tak się czuję. Ale nie o to chodzi. Widzisz, Cliffie, ja umieram. Ci faceci zerżnęli mnie jak tanią dziwkę, pobili do nieprzytomności i zostawili w rowie na jakimś zadupiu, gdzie właśnie wykrwawiam się na śmierć.
- Przecież jesteś...
- To tylko złudzenie, skarbie – zaprzeczył cień – szaleńcza fatamorgana. Prawdziwa Frances umiera gdzieś na zewnątrz, dygocząc z zimna i bólu, tracąc krew z każdą minutą. Larry powiedział, że powinieneś znać tę trasę. Podobno często jeździliście tamtędy razem. Pamiętasz?
Cliff miał w głowie mętlik. Jako banda przemierzyli razem mnóstwo dróg i autostrad. Która to ta właściwa? Ile czasu zostało jego kobiecie?
- Czuję, że koniec jest coraz bliżej. Cliffie, co zrobisz? Pojedziesz mnie szukać czy zostaniesz z tą częścią mnie, która zdołała do ciebie dotrzeć? Nie chcę umierać w samotności. Powspominamy stare dobre czasy?
Cliff poczuł, jak obwody pod kopułą eksplodują z przegrzania. W tej chwili wiedział wszystko, przypomniał sobie odpowiedzi na większość pytań z „Guess and Bless”, hasła z teleturniejów interaktywnych dla debili, historię jego związku z Fran ze wszystkimi szczegółami, lecz nie potrafił odtworzyć ani jednej trasy z bandyckiej działalności sławnego kwartetu, nad którym sprawował pieczę. Nazwy ulic i autostrad zlały się w ciąg wyrazów bez żadnego sensu, a zawiłe arterie amerykańskich dróg jeszcze nigdy nie wydawały mu się tak obce.
Cliff Jafford, legenda przestępczego półświatka, klęczał w sypialni na piętrze, wlepiając zrozpaczony wzrok w widmo kobiety siedzącej na krześle. Telewizor na dole znów nawiązał łączność, a na ekranie Clarence Sedrick po raz kolejny witał uczestników. Kto zgranie całą pulę, a kto odejdzie z niczym? Komu uściśnie rękę, a komu zasadzi kopniaka w tyłek? Wątpliwości już wkrótce zostaną rozwiane. Ciąg dalszy po krótkiej przerwie. Tymczasem proszę o oklaski dla śmiałków...

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
ipsylon · dnia 27.03.2014 05:16 · Czytań: 542 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 2
Komentarze
Quentin dnia 02.04.2014 21:22 Ocena: Bardzo dobre
Wszędzie dobrze, ale...

Intryguje mnie ten tytuł. Nie umiem odnaleźć klucza. Przyznam szczerze, że tekst przeczytałem w dwu turach, jako że i obszerny i czas nie zawsze się znajdzie, więc mogło mi co nieco umknąć, chociaż z reguły raczej docieram u ciebie od początku do końca bez większych trudności.

"Wszędzie..." skojarzyło mi się trochę z ostatnim opowiadaniem Mike'a. Tam też widziałem "kreację" pół człowieka, pół potwora. Każdy jest zdolny do uczuć i to poważnych uczuć, ale każdy zdolny jest także do okrucieństwa.

Będę jeszcze myślał nad twoim tekstem, ipsylonie. Gdzieś dzwoni, tylko gdzie.. ;-)

Pozdrowienia
ipsylon dnia 02.04.2014 22:49
Witaj ponownie, Quentinie :)
Inspiracją dla tekstu było opowiadanie "Czasami Wracają" Stehpena Kinga, nawiązałem do tego w pewnym momencie. Sam nie potrafię jednoznacznie określić, do czego właściwie zmierzałem. W tym przypadku (jak i w kilku innych) pierwsze przyszło do głowy zakończenie i to właśnie pod ten pomysł konstruowałem resztę. A tytuł po prostu kiedyś się pojawił, i już. Dążyłem w głowie do stworzenia uczucia impasu, pozostawić szeroką furtkę do interpretacji. Nie każdemu może się to spodobać, ale osobiście bardzo lubię mieć coś do powiedzenia po lekturze, nawet jeśli wizja siedzi tylko w mojej mózgownicy.
Jakkolwiek odbierzesz ten utwór, Quentinie, znajdziesz się na właściwej ścieżce. Mnie cieszy fakt, że będziesz nad tym tekstem myślał. Możesz nawet po głębokim zastanowieniu stwierdzić, że to zlepek nieskładnych myśli. Wolę zebrać cięgi, niż przejść niezauważony :)
Przyjemności :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
RafalSulikovski
19/08/2019 07:10
:) :) :) »
Kushi
18/08/2019 19:30
Wiolinku Czarodzieju, wiesz, że jesteś jednym z nielicznych… »
Kushi
18/08/2019 19:24
Hej Besko... pierwsza zwrotka jak najbardziej na tak,… »
Decand
17/08/2019 23:53
Nuira - błądzić jest rzeczą ludzką. Przy czym chętnie… »
domofon
17/08/2019 20:13
Jola S. , chyba się dzisiaj upiję. Wielkie dzięki Pulsar,… »
Pulsar
17/08/2019 18:12
Dostosuję się. Nie nadam, na nikogo w życiu nie nadałem.… »
Bartek Otremba
17/08/2019 18:10
Niestety nie mogę zmienić tytułowego pytania :) Dodałem… »
pociengiel
17/08/2019 17:56
Ile razy to robiłeś własnym sumptem? Zwykle pozostaję… »
Pulsar
17/08/2019 17:34
Dla mnie rozpiska , czyli wersyfikacja fatalna. źle się… »
Pulsar
17/08/2019 17:27
" Pola " Muńka . Jeśli o tego samego biega… »
Pulsar
17/08/2019 17:18
Dużo tracimy przesypiając różne sytuacje, c później są nie… »
pociengiel
17/08/2019 17:12
Dla mnie Munkiem. »
Pulsar
17/08/2019 17:05
Znowu Pan Bóg w poezji »
Pulsar
17/08/2019 16:56
kim jest Marcin Sztelak? »
JOLA S.
17/08/2019 12:59
Al, na świecie jest dużo religii, proszę Pani. Gdyby była… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
  • Dobra Cobra
  • 13/08/2019 15:03
  • Niektórzy znow wierzą, że jak zostawisz 40 komentarzy różnym osobom to te 40 osób wróci do ciebie i da tobie takze 40 komentów
  • Dobra Cobra
  • 12/08/2019 18:38
  • Najprostsza rzecz to załatwić sobie klakierów ;)
  • Joefrind1
  • 11/08/2019 00:51
  • Nikt nie komentuje mojego wiersza :(
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 20:52
  • A to przepraszam, juz nie przeszkadzam
  • Dobra Cobra
  • 10/08/2019 19:20
  • Prozaicy piszą kolejne wersy, poeci kolejne rymy spisują. Nikt nie ma czasu ma oglądanie pogody, gdy Ojczyzna w potrzebie.
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 16:25
  • Ale dzisiaj fajna pogoda
Ostatnio widziani
Gości online:19
Najnowszy:2carolinec2923gg5
Wspierają nas