Pewnego razu latem - mike17
Proza » Inne » Pewnego razu latem
A A A
Od autora: Tym razem również nie będzie to miła przejażdżka. Ostrzegam. Zło, tkwiące w człowieku, ma wiele twarzy. Najgorsze jest to, że są tu fakty historyczne, które wplotłem w sensacyjną fabułę. I to jest najstraszniejsze. Pod koniec opowiadania jest przypis (link), koniecznie przeczytaj, by poznać postać jednego z bohaterów i jak to wszystko się zaczęło, to podstawa tej historii - nie zaczynaj od linku, bo całe czytanie nie będzie miało już sensu. Zapraszam!
Klasyfikacja wiekowa: +18

Spośród tych, co oddychają i chodzą po ziemi,
nie ma nikogo bardziej godnego pożałowania niż człowiek.
( Homer )

 

Od kilku lat mieszkałem w Al-Kantara w Egipcie, pracując tam jako inżynier nadzorujący budowę szeregu obiektów przemysłowych, mających w przyszłości wzmocnić i tak już doskonale prosperujący handel i żeglugę na Kanale Sueskim. Nasze prace powoli dobiegały końca i zbliżał się nieuchronnie dzień powrotu do dawno niewidzianego kraju.
Poza pracą starałem się jak najwięcej zwiedzić i obejrzeć, by na zawsze zachować w pamięci niezapomniane bajeczne widoki, których najpewniej nie będzie mi już dane ponownie ujrzeć.

Jednak moje zajęcie wymagało, bym raz jeszcze pojechał do Port-Saidu w sprawach służbowych, dając mi tym samym ostatnią okazję na małą wycieczkę krajoznawczą oraz na wizytę u pewnej dziwki, którą odwiedzałem dwa razy w tygodniu, bo życie bez kobiety nie było moim przeznaczeniem.
- Niezły z ciebie ogier. Inny by padł po trzecim razie – mówiła, kiedy po wszystkim przewracałem się na plecy i zapalałem papierosa.
- Twoim największym plusem jest to, że przez te lata nie zaraziłaś mnie żadnym syfem – odpowiadałem, zaciągając się dymem.
- Kiedy znów wpadniesz?
- Zobaczysz. Dziś jest przedostatni raz. Potem będzie cię posuwać inny koleś.
- Czy w twoim kraju chodzisz na kurwy?
- Jasne. Uwielbiam to. Ale ty jesteś lepsza od nich.
- Czemu?
- Bo cię nawet nie lubię.

24 czerwca wyruszyłem autem w drogę, znów mijałem dziesiątki statków żeglujących po Kanale, kilka zakotwiczonych cystern z ropą, pięknie srebrzących się w słońcu wydętych żagli rybackich łodzi, których ilość świadczyła o wielkim zarybieniu tych wód. Po godzinie podróży, przeżywając coraz to nowe wrażenia, przejechałem mostem na prawy brzeg kończącego się tu Kanału i znalazłem się na głównej ulicy Port-Saidu - to tu miałem załatwić pewne sprawy, by później wybrać się pieszo przez falochron i molo, aż do głównego portu.
To było ostatnie miejsce, którego jeszcze nie zwiedziłem w tym cudownym kraju.

I teraz dopiero dostrzegłem kierującego łodzią Araba.
Człowieka ogorzałego od słońca, rozmawiającego żywo po arabsku z jednym z Francuzów.
Kilkakrotnie rzucał w moim kierunku ukradkowe spojrzenia, nie przerywając pasjonującego monologu. Dopłynęliśmy do wspaniałego dworca morskiego, zbudowanego w stylu bizantyjskim, gdzie spędziłem nieco czasu na zwiedzaniu i robieniu zdjęć, po czym łódź ruszyła w powrotnym kierunku, prując wolno dziobem fale zatoki.

Gdy dobiliśmy do brzegu, nasz arabski przewodnik niezwykle ciepło pożegnał się z każdym z nas z osobna, życząc miłego pobytu, i gdy nadeszła moja kolej, albowiem opuszczałem łódź jako ostatni, Arab jakby się żachnął i dostrzegłem w jego czarnych oczach pewne, dziwne poruszenie...
Po chwili usłyszałem następujące słowa:
- Sahibie, czy możemy przez chwilę porozmawiać na osobności?
- Tak, oczywiście - odparłem bez zastanowienia. - O co chodzi? Czy coś się stało?
- My, Ludzie Wschodu, widzimy więcej, niż widzi ludzkie oko, tacy się rodzimy, tacy byli nasi ojcowie, dziadkowie, pradziadkowie - wielcy Mahatmowie Orientu, o wzroku widzącym, co zakryte i przyszłe, co być musi, co przeznaczone - po twarzy Araba przemknął cień uśmiechu. - Posłuchaj uważnie: gdy słońce zajdzie nad egipską ziemią po raz czwarty, ciebie już tu nie będzie. Ruszysz przez morze do domu, by nigdy już nie ujrzeć piramid. Lecz wiedz, że tam, dokąd zmierzasz, czeka na ciebie stary człowiek i tajemnica. Niech twój Bóg ma cię w opiece, sahibie, bo dane ci będzie pójść drogą, którą nigdy dotąd nie szedłeś.
- Ale skąd masz pewność, że to o mnie chodzi? Nie wierzę w takie popieprzone rzeczy, człowieku. Nie zaszła tu jakaś pomyłka? — zapytałem mocno poruszony dziwnymi słowami mężczyzny.
- Żegnaj, sahibie! Zaufaj sobie, a nie przegrasz. Gdy nadejdzie twój czas, będziesz wiedział, co robić - i kładąc mi rękę na ramieniu, uśmiechnął się przyjaźnie.

Widzę, jak leżysz na ziemi, tam, gdzie przyszło ci pożegnać się z życiem.
Kałuża krwi, która otacza twoją głowę wygląda jak pieprzona aureola.
Już nie pamiętam rysów, nie dlatego, że ci to zrobiono, ale czas wymazał je z pamięci dając jedynie jakieś ochłapy wspomnień, bardziej czuję je, niż widzą to oczy.
W głowie nadal brzmią mi twoje słowa, że muszę żyć, muszę dać świadectwo prawdzie.
Pamiętam dzień, kiedy matka nie wróciła z cerkwi.
Szukaliśmy jej po domach, pytaliśmy, czy aby ktoś jej nie widział.
Kiedy po kilku dniach przybiegł Milo i powiedział, że znaleziono ją w rowie, natychmiast ruszyliśmy, by to sprawdzić.
Poszła z nami cała wieś, jedni z ciekawości, inni, bo współczuli nam zwyczajnie po ludzku.
Jedno spojrzenie i…
Wiesz, to wrosło we mnie, gdzieś się zadomowiło, i tkwi od tamtej pory jak cierń.
Jej biała sukienka była lepka od krwi, która wypłynęła z podbrzusza…
Ante mówił, że parę dni wcześniej widział Ustaszy, jak odpoczywali w lesie.
Podbiegłeś i natychmiast oderwałeś niedopałek papierosa, który jeden z nich zgasił jej na czole.
- Obyście zdechli, skurwysyny! – krzyknąłeś na całe gardło.

- Panie Slavko, dzwoniła Candy – powiedziała aksamitnym głosem moja sekretarka, która
lubiła pozostawać ze mną po godzinach, bo wiedziała, że jak tego nie zrobi, to wyleci na zbity pysk z roboty.
- Mów, że mnie nie ma – odpowiedziałem.
- Ale dzwoniły jeszcze Lilly i Monica.
- He he, zmrowiły się. Dawno u nich nie byłem.
- Są lepsze ode mnie?
- A bo ja wiem? Nie myślałem o tym,
- Mam dziś zostać po pracy? – spytała.
- Dziś idę na kolację z Teresą. Chyba nie muszę ci mówić, co zrobię potem?
- Nie musi pan, panie Slavko. Czy pan się kiedyś ożeni?
- To nie dla mnie, moja droga, pozostawiam to głupcom.

Bo rzeczywiście nic w życiu nie musiałem: prowadziłem biuro doradztwa budowlanego i nie wiedziałem, czy pieniędzmi mam wytapetować sobie dom, czy też kupić piąty samochód.
Po przyjeździe do Ameryki zmieniłem nazwisko, jako że było ono zbyt trudne do wymówienia, przy imieniu pozostałem – tylko ono miało łączyć mnie z przeszłością.

Jeszcze wtedy nie wiedziałem, że tak nie będzie.
Że życie zaskoczy mnie swoją nieprzewidywalnością.
Nagle, by to, co wczoraj jeszcze nie istniało, nieoczekiwanie przyoblekło się w ciało.

Lecz zanim zostałem inżynierem, imałem się różnych zajęć: byłem listonoszem, kierowcą ciężarówki, barmanem, sprzedawcą ryb, nocnym cieciem, a nawet przez kilka miesięcy pracowałem w lokalnej gazecie, jako ktoś, kto parzy herbatę, dorabia klucze, biega na pocztę i jest do wszystkiego i niczego.
Rola „chłopca na posyłki” szybko mi obrzydła i rzuciłem to w czorty.
Miałem gdzieś ludzi, dających mi bez przerwy do zrozumienia, że jestem nikim.

Czas studiów upłynął mi na wiecznym pijaństwie, rozpuście i ciemnych interesach, jakie z niekrytą lubością prowadziłem z przedstawicielami miejskiego półświatka, ludźmi dawno temu już upadłymi i zgniłymi moralnie, żyjącymi w swym własnym sosie z przeświadczeniem, iż sos ten jest wyśmienity, a oni sami stanowią śmietankę zarówno towarzyską, jak i świata interesu, sos ów zdobiącą.

Ten czas szaleństw, spędzony bezpożytecznie w oparach zepsucia, zakorzenił we mnie osobliwy nałóg erotomanii i ku niej niewytłumaczalny pociąg, w zaspokajaniu nikczemnych i niskich instynktów czułem się jak ryba w wodzie, trwoniąc bezcenny czas młodości na ciągnące się całymi dniami i nocami rozrywki i hulanki do białego rana, kiedy wino lało się szczodrze, a wokół coraz to nowe twarze zepsutych, pijanych w sztok kobiet, szepczących bełkotliwie o miłości i przeznaczeniu, nalegały, by zatańczyć jeszcze raz tej nocy, i gdy z wolna rozwidniało się poranne niebo, wznosiliśmy po raz setny niegodziwy toast ,,za tych, co na morzu...”.

Pewnego dnia, padał wówczas deszcz, przypomniałem sobie o nim, silniej niż dotąd.
Przed oczami stanął tamten dzień: ty, ojcze i on.
Tamten, sierpniowy dzień.
Tam, w naszym, dalekim kraju…

Wszystko wróciło, jak nagle cofnięty film, który brutalnie zaistniał na ekranie mojego mózgu.
I miało to już ze mną zostać w chwilach, gdy sam w domu kontemplowałem przeszłość.
Może te wszystkie dziwki były lekarstwem na zapomnienie?
Może bogactwo, które osiągnąłem, miało wyleczyć mnie z tamtego wspomnienia i z niego?
I ciągle, jak głuchy dźwięk ponurego dzwonu, słyszałem w głowie słowa tajemniczego Araba, które z niewzruszoną pewnością wypowiedział w Egipcie.
Jaką zagadkę miałem rozwiązać i kim był stary człowiek?

Widzę cię, jak leżysz i jesteś już tylko kupą mięsa…
Ktoś odciąga cię za nogi na bok, bo tam jest miejsce na składowanie trupów.
Twoja przechylona głowa prawie nie trzyma się na szyi – cięcie było bardzo głębokie.
Gdzie wtedy byłeś?
Czy widziałeś swoje ciało, unosząc się w powietrzu?
Czułeś coś do niego, czy też odkryłeś, że życie na ziemi to pasmo udręk?
Nikt nie wiedział, czy nie będą zabijać dalej, czy to koniec na dziś.
Kobiety płaczą, dzieci tulą się do nich, starcom już wszystko jedno.
I nie wierzą już w Boga, bo zobaczyli piekło.
Wszystkie modlitwy wylądowały w kloacznym dole.
Pan nie zszedł z Niebios i nie ocalił biednych maluczkich.
Pewnie był zajęty ważniejszymi sprawami, pewnie tak…
Widzę, jak śmierć staje się życiem, nieskończonością, tak łatwo przychodzi, że można by pomyśleć, że to jak wypić herbatę albo zjeść ciastko.
Śmierć ma wiele twarzy.
Widziałem je przez te pieprzone trzy lata.

- Tereso, smakuje ci pstrąg? – spytałem.
- Jasne, skarbie, z tobą wszystko ma smak nieba – odparła szczebiotliwie.
- Aż tak?
- Czujesz?
- Tak.
- Robiła ci tak jakaś przede mną?
- Nie.
- Ale twardnieje.
- Masz taką ciepłą stopę.
- Rajcują cię czarne pończochy? Na nim?
- Pewnie!
- Dobrze, że stolik nie jest szklany.

W lokalu nie było zbyt wielu gości, więc kiedy Teresa weszła pod stół, by dokończyć tego, co zaczęła, nikt nawet nie zauważył błogiego spazmu na mojej twarzy.
Potem wróciliśmy do obiadu, wesoło gaworząc o wszystkim i niczym.
- Zatańczymy? Grają Elvisa. Kocham go. Jest takim samcem…
- Takim jak ja?
- Nie byłam z nim, więc nie mam porównania.
- Może się kiedyś doczekasz.
- Nie chcę być jedną z wielu.
- Przy mnie jesteś tą jedyną – bezczelnie zaśmiałem się.
- Może się ze mną ożenisz?
- Poważnie?

Do dziś nie wiem, dlaczego właśnie wtedy, podczas tańca z tą małą kurewką, ujrzałem wyraźnie jego twarz, jakby puszczono ją z rzutnika na ścianę, jego dzikie, przekrwione oczy i ohydny, cyniczny półuśmieszek, pełen pogardy i poczucia wielkości.
Wtedy zrozumiałem, że myślałem o nim przez te wszystkie lata, ale bardziej jako o upiorze z przeszłości, nie jak o kimś, kto żyje i ma się świetnie, bo zamknął za sobą pewne drzwi.
Rozpływał się w nieistnieniu – zapadał w niebyt z każdą moją nadzieją na to.
Z nadzieją na to ostatnie zbliżenie, które w mych wyobrażeniach miało być kontaktem bezpośrednim, dającym mi pełnię mściwego przeżycia, pozwalającego napawać się koszmarnym lękiem ofiary, co miał narastać z chwili na chwilę, w miarę, gdy uchodzić będzie z niej stopniowo życie, nieodwracalnie i bezlitośnie, moja już własność.

Widziałem już jego martwą twarz, oczy wyszłe z orbit, zapadnięte gdzieś w głąb czaszki…
Już wtedy ,,przyłożyłem siekierę do pnia”, podjąłem ostateczną decyzję, od której nie było odwrotu – była mi jedyną drogą, którą zamierzałem podążyć.
Chciałem, by koniec należał tylko do mnie, bym ja stał się jego ostatecznym architektem.
Mijał czas.
Gasł czas.
Lata…

- Mam w głowie naszą ostatnią rozmowę – rzekł Mosze, facet „z miasta”, z izraelskiej strony, pamiętającej porachunki z samym Alem Capone, kiedy Kosher Nostra walczyła o wpływy w całych Stanach i na świecie.
- Którą?
- O nim.
- I?
- My, Żydzi, walczymy do końca, nawet, kiedy śmierć masz jak w banku. Mamy go na celowniku. Od lat. Kawał chuja. Nieźle się kamufluje. Zmienia miejsca zamieszkania i nazwiska. Kiedy docieramy tam, jego już nie ma. Krąży po całych Stanach. Myślę, że ktoś za nim stoi. Ktoś mocny, mający wpływy. Inaczej dawno już by wpadł, nie nam, to wam, nie wam, to innym. Czasem CIA chroni takich i nie podskoczysz.
- Chcę go dopaść i zabić. Robiąc to, przy okazji załatwię waszą sprawę.
- Wiem, pomożemy ci, ale na razie mamy impas – on jest jak cień.
- Wraca w snach, za dnia, ciągle, łapiesz, chłopie? Z każdym dniem jest coraz gorzej.
Już nawet jebanie mi nie służy. Nie ma minuty, żebym skurwysyna nie miał w głowie. Czy mi odpierdala? Przez te lata snuł mi się po łbie, teraz wali w moje drzwi, kurwa, tak, jak sam diabeł. To już tyle lat, aż nagle… Już tego nie cofnę, teraz to za daleko zaszło.
- Spokojnie, prawdopodobnie przybył tu między 1945 a 1950 rokiem pod fałszywym nazwiskiem. Paszport mogli podrobić mu ludzie z Watykanu, gdzie się pewnie ukrywał.
Tak samo wiał Ante Pavelić. Ruscy znaleźliby go na końcu świata, my nie mamy aż takich mocy. Ale zrobimy wszystko, co trzeba. W końcu, sam wiesz, jak tam było…
- Cena nie gra roli.
- Nie płacisz nic.
- Przecież…
- Nie w tym przypadku.
- Inni też go szukają?
- Z tego, co wiem, to jeszcze mafia romska i wywiad jugosłowiański, ale to cieniasy.
- Widzisz, Mosze, tyle lat spokoju, tyle lat wychodzenia na prostą i bach! Czy ja wariuję? Bo jeśli nie zobaczę jego trupa, nie zaznam spokoju! Dojrzewałem do tego od tamtego, sierpniowego dnia, rozumiesz? Teraz to już przyklepane.
- Slavko, on w końcu wpadnie, tak to zawsze wygląda, jakby nie kręcili, koniec ten sam. Więc wyluzuj, jesteśmy w kontakcie. To się da załatwić.

Widzę znów tę krwawą maź po tobie…
Czy, kiedy umierałeś, widziałeś mnie, jak stoję z boku?
Co widzi człowiek, który odchodzi?
Co zabiera do innego świata?
Czy w ogóle pamięć może przetrwać?
A może już mnie nie pamiętasz, tak jak ja widzę ciebie, ilekroć pomyślę o nim.
Tak, teraz wiele się zmieniło w mojej głowie.
Są tam obrazy i pragnienia, o których nigdy nie śniłem.
I już nie znikną, wiesz?
Jak głos Araba, który powiedział, że mam coś odkryć, lecz co, jak, gdzie?
Jestem w klatce, co nie ma krat, ale nie daje mi powietrza, by odetchnąć.
Dzień i noc jestem napięty jak struna.
Czemu to przyszło właśnie teraz?

Kiedy Teresa zawzięcie dobierała się do mnie, a w radio Cliff Richard śpiewał „My foolish heart”, podczas gdy ja czytałem popołudniówkę, właśnie zadzwonił telefon.
Odsunąłem jej głowę i po chwili odebrałem.
W słuchawce odezwał się znajomy głos, był to Mosze.
- Slavko?
- Jasne, co jest?
- Mamy kogoś.
- Kogo?
- Pojedziesz, zobaczysz.
- A co mam niby zobaczyć?
- Gadka sama się potoczy. On czyta ze zdjęć, rozumiesz?
- Nie bardzo... - odparłem, mówiąc szczerą prawdę.
- Gdy patrzy na zdjęcia kogoś zmarłego, kto zaginął i jego ciała dotąd nie odnaleziono, on wskaże ci to miejsce bardzo dokładnie, powie, gdzie znajdują się zwłoki. Wystarczy, że popatrzy na zdjęcie i dotknie je palcami. Żywych też namierzy.
- Gdzie on mieszka? - zapytałem.
- W Monroe, każdy go tam zna, więc trafisz bez trudu. Tylko mówią, że ma swoje humory. Potrafi odmówić i szybciej da się zabić, niż kiwnie palcem.
- Pojadę w niedzielę i znajdę go. Ale czy jesteś pewien jego zdania?
- To fachowiec. Z jego pomocy często korzysta policja. On taki się urodził. Nie wciska kitu, nie mydli oczu, tylko mówi prosto z mostu, jak się sprawy mają. Doceniam ten rodzaj szczerości. Tak bym to ujął w kilku słowach. Sądzę, że rozumiesz.
- A czemu dotąd wy nie pojechaliście do niego?
- Mafii nie pomaga, takie ma zasady. Próbowaliśmy go zastraszyć. Nie uległ. Co nam z jego trupa?
- Rozumiem.

Szybko odnalazłem dom, który wywołał we mnie przygnębiające wrażenie opuszczenia i nieładu, martwego zastygnięcia w czasie dawno, dawno temu. Nagle, bezszelestnie, zza węgła wyłonił się sędziwy, siwy jak gołąb mężczyzna, ostrożnie stawiając kroki o lasce, i ciekawie zerknął na mnie.
- Pan zapewne do mnie? Ktoś zaginął, zmarł czy jeszcze się nie urodził? - starzec sprawiał wrażenie miłego, dowcipnego człowieka bez cienia wyniosłości.
- Raczej to pierwsze - odrzekłem w równie lekkim tonie.
- Brzmi interesująco. Proszę, niech pan wejdzie - tu wskazał mi drzwi do domu i po chwili skierowaliśmy się w kierunku holu. - Prosto, ostatni pokój. Niech pan tam usiądzie, zaraz przyjdę. Z daleka? - zapytał.
- Z daleka - odparłem.
- Wszyscy przyjeżdżacie z daleka.

Nie minęła minuta, kiedy przyszedł do mnie i usiedliśmy przy małym, okrągłym stoliku.
- Niech pan pokaże te swoje fotografie... - zagadnął bez uprzedzenia. - Zobaczymy, w czym problem.

Otworzyłem kopertę i wyjąłem zdjęcia i wycinki z gazet.
Starzec rozłożył je na stole i zmrużył dziwnie oczy.
Po chwili spytał:
- A więc chodzi tu o wiele osób.
- Coś w tym rodzaju.
- Ale on jest podmiotem. Te zdjęcia pochodzą z gazet, czyż nie? Często zamieszcza się w nich podobiznę poszukiwanego. Szukacie go, co? Jest jak lis, stary, ale cwany. Ciągle o krok przed wami. Ma na rękach krew. Spełniał się w niej. Jak aktor na swojej scenie. Ukrył się. Nie wiem, czy w to wierzycie, ale człowiek czasem rodzi się zatruty. To jednostronna reakcja. Tak, jak smutny nigdy nie zagra wesołego, tak wesoły z łatwością odegra smutnego.
Ten, którego szukasz, ma już z górki, że się tak wyrażę. Mieszka w Santa Fe i obecnie nazywa się Henry Miller, Silver Street 12.
- Jest pan pewien?
- Absolutnie. Decyzja należy do pana. Jest pan człowiekiem dorosłym i zapewne zdającym sobie sprawę z konsekwencji własnych działań. Bierze pan na siebie odpowiedzialność, a to bardzo poważna kwestia. Ma pan los ludzki we własnych rękach. Proszę się nie pomylić.
- Czy pan wie, co zrobię?
- Wiem — rzekł poważnie jasnowidz. - Niedługo i pan pozna tę prawdę.
- Do widzenia — powiedziałem i ruszyłem w kierunku drzwi.
- Żegnam to lepsze określenie na tę chwilę, bowiem nigdy już się nie spotkamy. Niech pan na siebie uważa.

Pojechałem tam pewnego dnia pod wieczór rozejrzeć się.
Teraz już mi się nie spieszyło, mogłem działać na chłodno, bez pasji.
Miałem go w ręku i coś mi szeptało w głowie, że tego ptaszka już nie wypuszczę.
Kiedy podszedłem pod gęsty żywopłot, odgradzający willę od ulicy, usłyszałem tę rozmowę:

- Oczywiście, zasługiwał pan, panie Miller – odparł Chester.
- I nie dostałem tego, tylko wieczną papkę porąbanego schizofrenika! – wykrzyknął, nie kryjąc złości.
- Tak było…- rzekł posępnie stary.
- No, więc mnie rozumiesz. Nie miałeś nigdy dzieci, więc nie wiesz, jak to jest. Nie ma nic gorszego jak patrzeć na dno, Chester, bo twój syn to dno, które sam sobie zafundowałeś.
- Mocne słowa, panie Miller – odparł służący. – Mocne…
- I nie mogą być inne! Nie w tamtym przypadku – zakończył.
- I nie żałuje pan? Nie żałuje pan t e g o? – zapytał.
- Nie, nie żałuję, musiałem, by nie zwariować. Musiałem się od niego uwolnić. Pozbyć się go, by zachować samego siebie. Był mi zawsze obcy, wcale do mnie nie podobny, nie rozumiałem jego pokręconych myśli. Żył w swoim chorym śnie, który śnił za dnia. I dla niego wszystko było zawsze nie takie, jak trzeba, nie takie, jak dla innych, co to śnili swe sny, gdy przychodzi noc. Nie chciałem na to patrzeć. To mnie zatruwało. Musiałem wybierać między sobą a nim… – mówiąc to, spojrzał na starego tak, jakby chciał mu coś jeszcze powiedzieć.

- Co zrobił pan z głową, panie Miller? – zapytał Chester.
- Zakopałem ją w ogrodzie, tam, pod krzakami porzeczki – wskazał palcem.
- Nie przypuściłbym, że…- zająknął się służący.
- Że co? – spytał.
- Że pan ją tu przyniesie…- dodał szybko.
- To moja własna forma dalszego z nim kontaktu. Jesteśmy znów razem, Chester, może nie jestem aż tak złym ojcem - zakończył.
- Może coś w tym jest…- rzekł filozoficznym tonem stary.
- Możesz mi zaufać, że jest – uśmiechnął się cierpko - i niech dalej głowią się, kto i dlaczego zabił syna pana Millera. Niech się dalej głowią – rzekł, wstając z wiklinowego fotela. – I mało mnie obchodzi, jakiego winnego sobie znajdą.
- Na pewno kogoś znajdą, panie Miller - przytaknął Chester.
- Na szczęście mam jeszcze dobrą żonę, wykształconą córkę, no i małego Johna.

Któregoś dnia, jakoś niby zupełnie przez przypadek, przeglądając pobieżnie sennym wzrokiem rubryki prasowe, przeczytałem w lokalnej gazecie, że w pewnym domu na przedmieściach Santa Fe doszło nocą do krwawej jatki: nieznani sprawcy wdarli się niepostrzeżenie do pokojów i wyprowadzili dwie kobiety, matkę i córkę oraz małego chłopca.
Kobiety błyskawicznie ogłuszono, po czym poderżnięto im gardła.
Chłopcu zakneblowano usta, i po wyniesieniu na dwór, utopiono w basenie.
Nie zabito służącego: na widok zamordowanej rodziny wiekowe serce nie wytrzymało – padł na ziemię martwy, zanim zdążył obudzić swego pana…

Na nocnym stoliku pozostawiono starą, jugosłowiańską monetę.

Jakim cudem przeżył gospodarz, nie wiadomo, i kiedy rano obudził się, krzyczał tak długo, aż w końcu przerażeni sąsiedzi z trudem uspokoili go i bezzwłocznie wezwali policję.
Coś tknęło mnie, by śledzić tę sprawę.
Coś mi się tu wyraźnie układało w spójną całość, lecz by potwierdzić domysły, potrzebowałem czasu.
Jednak zbyt dobrze pamiętałem rozmowę Millera z Chesterem, by bez cienia wątpliwości podejrzewać, kim były ofiary.

I kiedy po kilku dniach zadzwonił Mosze, wiedziałem już wszystko.
Jednak zrobił to ktoś inny, nie Żydzi „z miasta”, i to pozostawało na razie wielką tajemnicą, w jaki sposób udało się tajemniczemu zabójcy namierzyć go i dlaczego tylko jego oszczędzono, choć to właśnie na nim ciążył wyrok śmierci, wydany przez wielu, którym zalazł za skórę.
Czyżby wyrafinowane okrucieństwo, polegające na daniu mu „nowego życia” w cieniu śmierci najbliższych, aby resztę swych dni cierpiał, rozpamiętując w nieskończoność tę koszmarną noc i już nigdy nie podniósł się z kolan?
Wydawało mi się to całkiem logicznym wyjaśnieniem.
Zemsta ma wiele twarzy, każdemu ukaże inne oblicze.

Minęło kilka tygodni, w których nic się nie działo, jakby owa cisza przed burzą miała wieścić potężne wyładowania, by to, co dotąd uśpione, przebudziło się i nastało nowe „teraz”.
Ludzie nadal zarabiali mi pieniądze, ja używałem pulchnego ciała Teresy, ktoś się rodził, ktoś umierał, a kto inny miał biegunkę, inny wygrywał w lotto walizkę baksów, podczas gdy po Atlantyku nadal płynęły okręty, a gdzieś obok, niedorzeczny świat wciąż nucił swą niedorzeczną pieśń, aż nagle…

- Slavko, jest do ciebie list – powiedział Mike, nasz listonosz.
- Ciekawe, z nikim nie prowadzę korespondencji…
- Może ktoś z rodziny?
- Nie mam rodziny.
- A słyszałeś, podobno ktoś porwał tego faceta z Santa Fe, co to mu wytłukli rodzinę. Co to się, kurwa, wyrabia w tym kraju. Szkoda chłopa, tyle trupów naraz, a to ponoć starowina…

Wszedłem do domu i natychmiast otworzyłem list.
Oto jego treść:

Witaj, Slavko!

Kim jestem, nieważne, nie ma to żadnego znaczenia, ktoś puścił farbę, ktoś, kogo już nie ma, więc dowiedziałem się, że jesteś w temacie.
Mam go, mam go w piwnicy, wpadniesz?
Będzie twój, zrobisz z nim, co zechcesz.
Już nie znajdziesz go w Santa Fe pod Silver Street 12, teraz jest ze mną.
Jest moją własnością, którą zamierzam ci sprzedać.
Cena: pięćset tysięcy dolców, wchodzisz, czy mam szukać innego kupca?
Ktoś go w końcu kupi, a mnie to wisi, kim ten ktoś będzie, byle dał chajs.
Szybko się decyduj, bo ktoś może cię wydymać w te klocki.
Czekam w sobotę o świcie w opuszczonej chacie nad Spooky River, przy samym lesie, obok jest cmentarz, znajdziesz bez trudu.
Bez kasy nie przyjeżdżaj, bo jak to zrobisz, to zafunduję ci w czółku taką małą dziurkę he he, jasne?

Życzliwy

Odłożyłem list, poszedłem do barku i nalałem sobie pełną szklankę whisky.
Wypiłem jednym haustem, potem drugą, a kiedy już poczułem się na luzie, wyszedłem na balkon i spojrzałem w niebo: było błękitne jak oczy Teresy, spokojne jak moje życie, stałe jak moja nienawiść.
Zajrzałem do szafy, w której miałem nowiutką siekierę.
Pogładziłem z lubością palcem jej ostrze i ujrzałem wszystko to, co chciałem wtedy zobaczyć.
A więc nareszcie…
W mojej głowie to się już stało, już było po wszystkim.

Kiedy po chwili włączyłem odbiornik, w telewizji ładna pani o pustej twarzy lalki z sex shopu mówiła plastikowym głosem, że w porachunkach mafijnych zginął niedawno Mosze „Kogut” Halberstaim, jeden z członków mafii żydowskiej, handlującej bronią na całym świecie, działający w Stanach bezkarnie w oparciu o potężne wpływy w sferach władzy.
Miał pięćdziesiąt sześć lat.
Oficjalnie zajmował się hodowlą indyków.
Znaleziono go w bagażniku, porzuconego na przedmieściach miasta starego Buicka.
Zmarł na skutek ran kłutych klatki piersiowej.
Zabójca obciął jedno ucho.

O piątej rano byłem już nad Spooky River, czy coś czułem, nie powiem.
W prawej ręce miałem walizkę, a lewej torbę, było lato, a ja wiedziałem już wszystko.
To w zupełności wystarczało, by mieć spore szanse w tej rozgrywce.
Dom wyglądał nieszczególnie, jak miejsce, gdzie możesz położyć się i umrzeć, a za tydzień znajdą twój zewłok objedzony przez psy i szczury, i poranną gazetę, którą właśnie ktoś się podtarł.
Kopnąłem w drzwi i tak znalazłem się w środku: tu napotkałem martwą ciszę.
- Hej, kolego, pokaż się! – zawołałem. – Mam kasę, wchodzisz?
- Jasne – usłyszałem za plecami. – Tylko nie wal w ciula, mam szybkie ręce. Nawet nie poczujesz, kiedy odstrzelę ci jajca.
- To ty do mnie pisałeś? – zapytałem.
- Ja, a co?
- A coś ty za jeden?
- Lensky.
- Żyd?
- Żyd.
- Lubisz dymać swoich?
- To tylko biznes, koleś, bez dolarów byłbym śmieciarzem w Tel Avivie, a moje córki pewnie robiłyby laskę Amerykanom w pierwszej, lepszej bramie.
- Pokaż go.
- Najpierw szmal.
- Ni chuja. Pokaż go, bo ci łeb rozwalę.
- Mówisz? – to powiedziawszy, wycelował we mnie kałacha, którego miał pod kurtką.
- A mówię.
- Ostro popierdalasz.
- Są tacy, którzy wiedzą, że tu dziś jestem, kumasz? Jak mi spadnie włos z głowy, wąchasz stokrotki od spodu. Dawaj go – blefowałem.
- Chodźmy – powiedział, uśmiechając się głupkowato.

Zeszliśmy do piwnicy, gdzie po raz pierwszy od dziesiątek lat nasze spojrzenia się spotkały.
Miller leżał przykuty do metalowego łóżka grubym łańcuchem jak marna, szmaciana kukła.
Kątem oka dostrzegłem ślady krwi w miejscu, w którym go ujrzałem.
Nie był już takim pięknym, silnym i przystojnym samcem – był starcem, w którego oczach wyczytałem bezgraniczny lęk i pustkę, był jak nikt, nikt pokazany mi tu i teraz.
- A poznajesz? – zagaił Lensky. – To słodkie uszko Mosze. Chciał być za szeroki w barach. Podsłuchałem waszą rozmowę, wiedziałem, gdzie szukać Millera. Potem chłopcy trochę pofiglowali z jego rodzinką. Teraz ja rozdaję karty. Po czasu kres. I nie ma to tamto.

Spojrzałem raz jeszcze na niego, przykutego do łóżka, i na tę krew wokoło.
Nie spodobało mi się to, nie spodobało bardzo.
Spytałem:
- A co on taki czerwony?
- A trochę go pociąłem. A co, nie wolno? Od czego brzytwa? Tyle skurwysyn nawywijał, że chciałem sobie ulżyć, chyba mam prawo, co?
- Masz prawo, by umrzeć – i to powiedziawszy, wyszarpnąłem siekierę z torby i zatopiłem ją w jego czaszce. – Zabiłeś mojego przyjaciela, gnoju. Obszczywałeś nie ten murek.

- Niech pan mnie oszczędzi, proszę – usłyszałem nagle cichy szept, idący gdzieś, wzdłuż podłogi. – Zapłacę, dam panu dom, samochód, co pan zechce, niech mnie pan oszczędzi. Niedawno straciłem całą rodzinę. Moje życie już jest skończone, przegrane…

„Niedawno straciłem całą rodzinę, całą rodzinę, całą rodzinę…” – grało mi w mózgu jak winylowa płyta, która się nagle zacięła.

- Petar Brzica vel Henry Miller vel jeszcze wielu innych?
- Tak.
- Byłem tam. Byłem wtedy dzieckiem. Widziałem cię, pojebie, tego sierpniowego dnia. Lał się z ciebie pot, lał się szeroką rzeką, podawali ci wódkę, kiełbasę, byś miał nadal siły. W przerwach paliłeś papierosy i chodziłeś się wysrać. Było gorąco. Pamiętasz nasze twarze?
- Przepraszam…
- Bawiło cię to? To było lepsze niż seks?
- Musiałem.
- Nie musiałeś. Po prostu nienawidziłeś.
- Zabiliby mnie za sprzeciwienie się rozkazom.
- Wiesz, że mogę cię zajebać tą siekierą?
- Wiem.

Podszedłem do trupa Lensky’ego, kopnąłem go na bok i wziąłem kałacha.
Czas stanął w miejscu, więc wyjąłem paczkę Lucky Strike’ów i zapaliłem.
Przez chwilę nie czułem nic, po prostu paliłem, nigdzie mi się już nie spieszyło.
Wycelowałem w Petara, rozgniatając butem kiepa.
Długo patrzyłem w jego oczy, jakbym szukał tam odpowiedzi.
Wtedy zrozumiałem, że nigdy jej nie odnajdę.
- Nie zabijaj! Błagam!
Skulił się w sobie, zamarł w przerażeniu i tylko dłonie drżały jak w febrze.
W takich chwilach człowiek jest zaprzeczeniem samego siebie, śmierdzi jak świeże gówno.
Mała kupka niczego, bo czy ścierwo wzbudza jakieś emocje?
Szybka seria, łańcuchy opadły jak stare, znoszone gacie na kościstym tyłku.
Tylko cisza...
I nagi szept ścian.
Minuty na wieczność.
Wtedy rozwiązałem zagadkę.
- Spierdalaj!
- Co? – krzyknął przerażony.
- Spierdalaj, bo…

 

JASENOVAC*, 28 sierpnia 1942

Ustasze bili na oślep, ustawieni w gęstym szpalerze.
W powietrzu unosił się gęsty zapach wódki, moczu, kału, potu i krwi, i ten ostatni dusił najbardziej.
Wypuszczano Żyda, Serba lub Cygana, wielu natychmiast otrzymywało cios młotem w skroń.
Kiedy upadali, inni przekłuwali serce bagnetem, a pozostali odciągali ciało i wrzucali na stojący obok wielki wóz.
Potem na kopniakach wypuszczali kolejnego.
Nie miał szans ubiec nawet dwudziestu metrów: szybko zatłuczono go metalowymi prętami, by po chwili inni podbiegli i piłą ciesielską oderżnęli głowę, i trzymając ją za włosy, śmiali się do rozpuku.
- Ratko, ale morda, jakby go sam diabeł spłodził!
- Jebał go pies, w piekle z nim pofiglują!
Ktoś pod ścianą grał na harmonii i śpiewał ludowe przyśpiewki.
Nie minęła minuta i biegł następny, tym razem rozebrany do naga, nogi skute kajdanami.
Częściowo zdarta z pleców skóra leżała porzucona jak wstrętny ochłap pod murem.
Celne uderzenie siekiery trafiło w czaszkę, lecz nadal trzymał się na nogach.
Ktoś ciął nożem po twarzy, inny sierpem odcinał uszy.
Inny łańcuchem łamał nos i wybijał oczy.

Jeśli przeżył, docierał wreszcie do stacji końcowej szpaleru, gdzie stał Petar Brzica z srbosjekiem w dłoni.
- Chodź, serbska kurwo, potańczymy sobie w ten wieczór. Już ja cię tak wyrucham, jak cię jeszcze w życiu nikt nie ruchał.
I podrzynał gardło, jakby grał rolę Hamleta w najlepszym teatrze świata.
Kiedy ostatni przebiegł pod szpalerem, kłuty nożami z obu stron, by w końcu paść na ziemię, Petar powiedział:
- Tysiąc trzysta sześćdziesiąty. Trza wypić gorzałki, bo ręce spracowane. Dajcie mi tu tę Maricę, mam zamiar poczuć, co to solidne rżnięcie tej nocy. Ale przedtem, dawać żarcie! I raz, dwa przygotować mi balię z gorąca wodą. Jestem zmęczony. Jutro kolejny dzień. Dopóki tu jestem, żaden nie przeżyje.

Stałem wśród armii przerażonych ludzi, ja, siedmioletni chłopiec, Slavko Srebrenić.

Ostatnim, któremu poderżnął tego dnia gardło, był mój ojciec.


• http://pl.wikipedia.org/wiki/Jasenovac_%28ob%C3%B3z_koncentracyjny%29

 


28 marca 2014

 

 

 


.

 

 

 

 

 

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 06.04.2014 08:31 · Czytań: 934 · Średnia ocena: 4,9 · Komentarzy: 41
Komentarze
pablovsky dnia 06.04.2014 14:02 Ocena: Świetne!
Pierwszy! ;)
Bardzo ciekawa historia o wojnie na Bałkanach.
Rzeczywiście, opisane przez Ciebie sceny i wydarzenia, miały wtedy miejsce, co potwierdzali wówczas wszyscy obserwatorzy i wysłannicy ONZ .
Obozy koncentracyjne, masowe morderstwa, gwałty, wszystko to działo się przy mało zdecydowanej (do pewnego czasu) postawie krajów NATO.
Interesująca historia mężczyzny, którego dotknęła wojna w dzieciństwie i był naocznym świadkiem wydarzeń. Traumatyczne przeżycia zaowocowały nieopisaną chęcią zemsty. Jak wygląda puenta wszyscy czytelnicy mogą się przekonać.
Myślę, że poprawnie zakończyłeś opowiadanie. Decyzja Slavko, pomimo, że nieoczekiwana, nadaje smaczku i mocno podnosi morale tej historii.
Całkiem mocne dzieło, mr. mike.
ajw dnia 06.04.2014 15:43 Ocena: Świetne!
Zarezerwowałam czas wieczorkiem. Trzymaj dla mnie kolejkę ;)
mike17 dnia 06.04.2014 15:59
Jasne, wszystko jest pod kontrolą :)
mede_a dnia 06.04.2014 19:10 Ocena: Świetne!
Jest wartko, soczyście. Trzymasz czytelnika w napięciu do ostatniej chwili i rozwiązujesz akcję inaczej, niżby wskazywała na to opowieść i punkt kulminacyjny. Poprzez takie rozwiązanie pozostawiasz czytelnika w domysłach. Slavkowi nie zadrżała ręka, gdy zabijał siekierą Lenskiego, a oszczędził mordercę ojca i symbolicznie matki. Dlaczego? Nie mam jeszcze odpowiedzi, ale warto jej poszukać…
To, co psuje mi całość to znów magiczne momenty: z Arabem i jasnowidzem. Pierwsza - moim zdaniem – niewiele wnosi i mogłoby jej nie być. Druga – wydaje się niewiarygodna, bo nie ma na świecie nikogo, kto na podstawie zdjęcia poznałby czyjeś przybrane nazwisko i adres , w dodatku z ulicą i nr. mieszkania. Petara mógł rozpracować po prostu Mojsze. Bez tych wątków, w dodatku skoro rzecz jest absolutnie realistyczna, byłoby lepiej. Ponadto nie pasuje mi podsłuchanie rozmowy Millera o zabiciu syna, choć rozumiem rozbudowanie postaci Ustasza o synobójstwo. Dla mnie to też mało wiarygodne, taki traf. Ale się nie upieram, wiesz, że po prostu nie lubię czarów – marów na serio. Za to będę Cię pod niebiosa chwalić za styl, prowadzenie narracji, budowanie napięcia, jej nielinearność. W tym jesteś mistrzem. I za to daję Ci świetne!
ajw dnia 06.04.2014 19:30 Ocena: Świetne!
Posiedziałam u Ciebie, Miku, ale nie powiem, by był to czas na popijanie kawki, którą sobie zaparzyłam. Kawka wystygła, bo drastyczne sceny powodują, ze nie mam ochoty na żadną konsumpcję.
Tak sobie myślę, że człowiek to dziwna istota. Wciąż musi uczestniczyć w jakiejś wojnie. Wszystko jedno gdzie: na Bałkanach, w Wietnamie, Kambodży, Rwandzie, czy choćby w jakiejś wojence domowej bedąc snajperem w stosunku do żony, czy męża, zabijając słowami.. I po co? Pamietam tekst z mojego ulubinego musicalu "Hair" (bo ja pacyfistką jestem) " Biali, którzy zabrali ziemię czerwonych, wysyłają czarnych na wojnę z żółtymi". A przecież mogłoby być tak pięknie ..
Nie powiem, że twój tekst jest zwięzły, bo nie jest, ale na pewno nasycony jest pobudzającym do refleksji przekazem, czego kawałek właśnie przeczytałeś wyżej. Momentami gęsia skóra pojawiała się na krzyżu (szeczególnie działały na mnie wstawki pisane kursywą), bo dodawały tekstowi złowrogiej tajemniczości. No i finał wycinajacy z kapci.
Jestem pod wrażeniem, Miku. Świetne, bez dwóch zdań!
darek i mania dnia 06.04.2014 19:38 Ocena: Bardzo dobre
poczytałem sobie.
nie zwróciłem uwagi na błędy itp.
bo nie było czasu.
pozdrawiam .
pablovsky dnia 06.04.2014 20:35 Ocena: Świetne!
Jasny gwint. Rzeczywiście popełniłem gafę. ;)
Ale nie będę nic zmieniał.
Z prostej przyczyny, wojna w byłej Jugosławii przyniosła również wiele makabrycznych wydarzeń. Czytałem Twój przypis, Michałku, ale pewnie tak jest, że jak człowiek sobie coś ubzdura w głowie, to później ciężko to wyplenić :)
Podejrzewam też, że doznałem pewnego skrzywienia pod wpływem użytych nazwisk. Petar Brzi­ca, czy Sla­vko Sre­bre­nić mówi samo za siebie.
Wybacz, mój błąd nie ma nic wspólnego z nieuważnym czytaniem.

Kiedy historia opatrzona jest podpisem autora o pseudonimie mike17 - zawsze trzeba mocno skupić uwagę. Tym razem również odebrałem tekst w pełnym skupieniu.

Podejrzewam, że Slavko nie dokonał egzekucji, uznając, że pozostawienie przy życiu oprawcy będzie jeszcze większą karą.
mike17 dnia 06.04.2014 20:52
Witajcie pod tym brutalnym opowiadaniem, ale nikt nie obiecywał, że człowiek kiedyś przestanie być drugiemu wilkiem.

Raz jeszcze wklejam link o tym, co najważniejsze:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Jasenovac_%28ob%C3%B3z_koncentracyjny%29

Mede_o, na wstępie po całości rozumiem twoje "nie" dla elementów paranormalnych, każdy z nas wierzy w co innego, szanuję twoje zdanie i się z nim liczyłem, chciałem jednak nadać nieco tchnienia "fatum" i w pierwszej wizji Araba, i potem jasnowidza.
Wierz mi, oni czytają nie tylko adresy, ale i całą resztę, są tacy, patrząc na zdjęcie powiedzą, co ten człowiek właśnie robi, jaki jest stan jego zdrowia, czy ma rodzinę, czy dobrze śpi.
Ale ja do tego nie chcę Cię jako realistki przekonywać.
Podsłuchanie rozmowy to już taki typowo literacki myk: jakoś trzeba "usankcjonować" dalszy przebieg akcji, jakoś niech ten "przypadek" popchnie wszystko do przodu.
Synobójstwo?
A co po takim psycholu można się spodziewać?
Tu link o nim:

http://pl.wikipedia.org/wiki/Petar_Brzica

Skoro zarżnął jednego dnia 1360 osób, po drodze będąc franciszkaninem, potem awansował w obozie, później ukrył się w USA, i do dziś go nie namierzono, coś musiało być na sprawie...

Ukłony za miłe słowo, wiem, że temat ciężki, ale nie na samych żartach życie polega, czasem trzeba wsadzić paluch w rany, niech nie odchodzą w niepamięć.

Iwonko, wiem, że dla Ciebie czytanie takich rzeczy to pewnie mocne przeżycie, ale tak się złożyło, że wróciło wiele wspomnień, o Ojcu partyzancie, o jego braciach, którzy albo zginęli w obozach, albo w walce ze Szwabem i z UPA, więc musiałem i ja dać swój mały głos.
To ciężka i brutalna historia, ale takie było, jest i będzie życie, dopóki człowiek wyceluje karabin w drugiego człowieka.
I nie ma zmiłuj - ktoś kogoś zabić musi.
Ale...
Slavko jednak tego nie robi, i jak myślisz, dlaczego?
Ofiara JASENOVACA, chorwackiego Auschwitz.

Bardzo się cieszę, że przebyłaś tę drogę przez mękę, ale jak już mówiłem: życie to czasem chwila refleksji nad śmiercią i tymi, których już wśród nas nie ma.

Darku i Maniu, miło mi, żeście wpadli i zostawili ślad.
Nie było czasu?
To komplement?
Jeśli tak, przybijam pionę :)

Wszystkich Was pozdrawiam wieczorowym chłodkiem :)
amsa dnia 07.04.2014 23:25
Mike - Samo opowiadanie bardzo ciekawe, podoba mi się sposób poprowadzenia, taki skrótowy, wyrywkowy nawet. Ciekawa historia, bardzo krwawa, chociaż tylko w końcówce, jednak pozostawia człowieka w nieprzyjemnym osłupieniu, że potrafi wykazać się takim okrucieństwem, ale tacy ludzie nie mają duszy, mają tylko ciało. Mam wrażenie, że próbowałeś zmienić styl pisania.

Pozdrawiam

B)
mike17 dnia 08.04.2014 09:51
Witaj, Amsiu, pod tym mrocznym opowiadaniem, które miało skłonić do refleksji nad naturą człowieka i czym może się okazać dla innych ludzi.
Jak widać wilkiem to mało powiedziane.
To moim skromnym zdaniem wymyka się nawet solidnym kwalifikacjom psychiatrycznym, choć najprościej nazwać takich ludzi psycholami, ale i to jakoś za mało...

Zastosowałem tu styl polegający jakby na pisaniu kadrami, jak w filmie, metoda kolejnych obrazów, urywanych nagle, by wywołać większy niedosyt i zasiać silniejszą intrygę.
Obrazy konsekwentnie płynęły aż do koszmarnego finału, w zasadzie dwóch.
Lubię eksperymentować i nie stać w miejscu - to nie dla mnie, muszę być w twórczym ruchu.

A sama opowieść, hm, miała coś pokazać, nie jest to literatura rozrywkowa, choć w konwencji przypomina kryminał, ale nie o niego mi tu chodziło.

Bardzo się cieszę z twojej wizyty, fajnie, że dotrwałaś do końca, mam nadzieję, że nie popsułem Ci dobrej nocy, bo i z tym się poważnie liczyłem :)
Zapraszam, kiedy dusza zapragnie :)

Pozdruffki kawowe :)
amsa dnia 08.04.2014 10:00
Mike - jeśli źle sypiam, to raczej z własnych powodów, a nie sprowokowanych przez innych, tak więc spokojnie:).

Eksperymenty zawsze dobre, powodzenia:).

B)
mike17 dnia 08.04.2014 12:30
No teraz mogę Ci, Pawełku, odpowiedzieć, bo jest już miejsce na mój koment :)
Idealnie żeś odczytał końcówkę: Slavko nie zabił go nie dlatego, że poczuł litość, ale wstręt i pogardę, że kogoś takiego jak Brzica nawet zabijać nie warto...
I kiedy pozostanie ze swoim życiem, to będzie najgorszą karą.

Szczęśliwym, że Ci znów przypadło do gustu, choć to może niezbyt fortunne określenie, ale że poczułeś klimat i zagadał on do Cię :)
Taka pisanina nie jest dla każdego, wiem, że wielu w połowie skończy i włączy dobry, polski serial, bo przeca to lepsze, niż rozrachunki z historią i kawałki, gdzie trup ścieli się gęsto, a patologia unosi się w powietrzu na każdym kroku.

Dzięki, stary, za wjazd w ten mroczny świat i najwyższą notę :)

Have a nice day :)
pablovsky dnia 08.04.2014 12:57 Ocena: Świetne!
Cieszę się, Michałku, że celnie odczytałem Twoje kolejne interesujące dzieło. Ludzie nie zaczną się zastanawiać, co my tacy mili? He he :)
Słuchaj, że tak powiem.
Przypadł mi do gustu Twój tekst, użyłeś poprawnego określenia!

Sądzę, że jeśli będziemy dotykać historii w naszych opowiadaniach, to wszystkim wyjdzie na dobre.
Bo o niektórych rzeczach nie wolno zapominać, musimy mieć świadomość, że tylko dzięki odpowiedniemu przekazowi jest szansa, że kolejne pokolenia będą znać prawdę.
A o prawdzie nie wolno zapominać, nawet, jeśli jest brutalna.

Nie jest łatwą rzeczą napisać opowiadanie na podstawie realnych wydarzeń i jeszcze zrobić to z wyczuciem, odpowiednio wpleść bohaterów, ułożyć scenariusz i sprawić, żeby puenta była na poziomie. Tobie się udało, włożyłeś w to sporo pracy, to jaka może być nota, jeśli nie najwyższa?

Szacuneczek! ;)
mike17 dnia 08.04.2014 14:00
:)
gabstone dnia 08.04.2014 20:12 Ocena: Świetne!
Oj dawno mi się tak dobrze nie poczytało na PP. Masz styl, masz pomysł, po prostu masz:) Tym bardziej, że ja lubię dłuuugie opowiadania. Cieszy, że ktoś potrafi trzymać poziom PP na wysokim pułapie. I tylko jedno wypada dodać... Jak zwykle "Ludzie ludziom zgotowali ten los"
Dzięki Mike, za miły wieczór przed kompem. Warto było
mike17 dnia 08.04.2014 20:55
Hey, kurde, ale czad, no nokautujesz mnie normalnie, gabstone :)
Witaj, nowa czytelniczko!
A że pod tak mrocznym kawałkiem, to już tak padło...
Wena rządzi nami, nie my nią.
Jeśli lubisz męską prozę, znajdziesz ją u mnie na bank!
Lubię mocne sprawy, ale też i tę czułą stronę.
Co będę gadać, będziesz chciała sobie poczytać, to już sama znajdziesz :)
Piszę na wielu frontach, więc coś tam można sobie wygrzebać.

Szczęśliw, kłaniam się i w zaskoczeniu pozdrawiam :)
A za miłe słowo, thanx.
Druus dnia 09.04.2014 01:19
Późna pora, ale warto było przysiąść i w spokoju zagłębić się w serwowaną historię. Na początek duży plus za wybrany temat - z historii jestem noga, chociaż zdawałem z niej maturę. U Ciebie dowiaduję się czegoś nowego i przede wszystkim ważnego.

Co do stylu - jest wszystko w porządku, przez każde Twoje opowiadanie płynie się bez zgrzytów. Ja bardzo lubię, jak czasami pojawi się jakieś ostrzejsze słówko, a i wstawki z panienkami też dobrze mi robią. Budowanie napięcia masz w małym palcu.

Po raz pierwszy mam wrażenie, że było trochę za krótko, a to chyba trochę dziwne. Rozumiem konstrukcję opowiadania, ale na przykład rozmowę z jasnowidzem mogłeś trochę bardziej podkręcić. Trochę za prosto poszło (ale to już takie moje czepialstwo).

Bardzo dobra końcówka. Szczerze mówiąc na takie zakończenie liczyłem i mnie nie zawiodłeś. Ten trup niczego by nie zmienił.

Co tu dużo mówić - po raz kolejny kawał dobrej roboty. Bez ściemy. Trudne tematy poruszasz, a to się chwali.

Do następnego, przyjacielu!
mike17 dnia 09.04.2014 10:29
Dzięki ogromniaste, drogi Druusie, za podróż po krainie mroku ludzkich serc i umysłów.
Ostatnio tak mnie właśnie bierze na pisanie rzeczy z historycznym tłem, ciężkim niestety, ale świat to poza wieczną zabawą też arena wojen i konfliktów etnicznych, czego przykładem było chorwackie państwo faszystowskie (1941-45), gdzie rozegrały się obrazy z tego opowiadania.

Masz rację, pewne scenki okroiłem, przyznaję się, bo chciałem oddać samą esencję, bez podawania szczegółów, jako że miałem zamiar trzymać czytacza w niepewności do samego końca, a jasnowidz mógł puścić nieco "pary" i efekt by oklapł :)

Tak, lubię poruszać trudne i brudne tematy, rynsztok życia, syf człowieczy.
To prawda, od której nie powinniśmy uciekać, bo może kiedyś objawi się na naszej drodze.
Jest czas na śmiech, jest czas na refleksje, wstrząs i osłupienie.

Dzięki, przyjacielu, za wizytę i tak pochlebne słowa, to strasznie motywuje, i do następnego :)
puma81 dnia 09.04.2014 21:49 Ocena: Świetne!
Mike, to niezwykle wartościowe opowiadanie, dlatego, że po pierwsze temat niebanalny i w zasadzie rzadko poruszany, po drugie ze względu na motyw wybaczenia najcięższej zbrodni. Niewielu potrafi wybaczyć, chyba sama bym nie mogła. Wojna zmienia ludzi w bestie, daje przyzwolenie na uwolnienie instynktów, daje możliwość uniknięcia kary.
Narracja na najwyższym poziomie.
Pozdrawiam pełna podziwu :)
gabstone dnia 09.04.2014 21:57 Ocena: Świetne!
Gdzie tam nowa czytelniczka? Stara, jak węgiel kamienny:) Podczytuję sobie po cichu, a z braku czasu niestety nie piszę komentarzy, bo nie lubię pisać byle czego... Ale chwalić, chwalić za dobre nigdy nie zaszkodzi. Pozdrawiam
P.s A za "Z pamiętnika menela Czesia" masz u mnie browar przy jakijkolwiek okazji
mike17 dnia 09.04.2014 22:13
Kasiu, po prostu napisałem o czymś, o czym czytam i czym się interesuję od lat, mianowicie nazizmem chorwackim, i stąd to opowiadanie, dzieje Slavka, jego droga do...?
Co czuł wtedy, kiedy mógł go zabić, a jednak się cofnął?
Co czują ludzie, którzy nie wymierzają sprawiedliwości, bo pogarda jest silniejsza.
Jak to jest, kiedy odpuszczasz?

Tu trzeba być człowiekiem, naprawdę.

Bilans zysków i strat nie odda ci ojca, więc...

Dzięki, Kasiu, za bycie w moim świecie, gdzie czasem świeci czarny księżyc.
Ale życie to nie deska na Hawajach, to czasem gnój.
Smród człowieczeństwa.

Gabstone
, kurde, a ja o tym nie wiem???
To daj jakiś znak, że jesteś, że czytasz!
Napisz bodaj dwa słowa, a ja już sobie dośpiewam resztę, ok?
Stoi?
Jakże miło :) kurde, nieziemsko.
Naprawdę, takie komenty dają mi wiele do myślenia.
Czekam i zawsze zapraszam :)
Wbijaj, kiedy najdzie chęć!
gabstone dnia 09.04.2014 22:34 Ocena: Świetne!
Oj, Mike, jak ja chciałabym mieć czasem ten czas na dwa słowa:) Teraz jestem w pracy, to luzik...A komentarz napiszę rzetelnie, bez ogólników, jak tylko znajdę chwilkę. Historia zapisana w tych słowach tego wymaga. Temat ciężki? Znam gorsze, i sztuką jest, żeby czytelnik przeczytał do końca. Tobie się udało

Aha, stoi:)
mike17 dnia 09.04.2014 22:44
Miło mi Cię poznać, kurcze, jak to zawsze cieszy :)
Co mam więcej gadać.
Sama wiesz :)
Niesamowite, a dla mnie pismaka, nagroda.
No i czekam na browczyka z Tobą :)
zajacanka dnia 10.04.2014 23:13
Powiem tak, Mike: przeczytałam. Temat bolesny, a jakże. Rzeczywista historia może wstrząsać suchością faktów (te dane z Wiki), wtedy każdy sobie coś wizualizuje w głowie. Jednak Twoje opowiadanie mną nie wstrząsnęło. Za miękko, Mistrzu. Faktem jest, że rozciągnąłeś emocje bohatera na lata, aż do wyzwolenia z nienawiści tudzież chęci pomszczenia ojca. (Dobrze, że młody nie przysiągł wcześniej). To na wielki plus. Pokazałeś jego plugawe życie, momenty nienawiści i wspomnień, ale niczym nie potargałeś czytelnika, nie sprowadziłeś do poziomu podłogi w nienawiści. Tak to czuję. Za delikatny jesteś na takie tematy, Mike. Żeby mocno zagrało nie możesz się szczypać kurtuazją, tylko walić między oczy. Wtedy czytelnikowi (mnie) gdzieś temat siądzie z tyłu czaszki.
Tyle na dziś.
Kiss
A
mike17 dnia 11.04.2014 09:26
Witaj, Aniu, teraz nadszedł czas na zmierzenie się z nowymi tematami i miałem tego świadomość, że można iść od razu na całego i tak naszpikować opko brutalnością i okrucieństwem, że czytacz nie dotrwa nawet do połowy - mnie chodziło o pewien umiar, na zasadzie "co za dużo, to nie zdrowo", aby nawet delikatna kobieta mogła jakoś dotrwać do końca.
Tu miałem nieco inny zamysł niż w NAJDROŻSZA MAMO, gdzie miało być ostro i chyba było.
Tu pojawiają się nieco inne elementy i to może one "złagadzają" treść, jest wątek kryminalny, a więc nie szło mi tu o pokazanie okrucieństwa, a o to, co działo się w głowie Slavko.
Tu właściwie, aby rąbnąć mocno czytaczem zależało mi głównie na scenie końcowej i przypisie z Wiki - a reszta jakby zmierzała do tej koszmarnej kulminacji.

Rozumiem Cię doskonale, że lubisz mocne wrażenia, ale tutaj nie to było dla mnie najważniejsze, i dlatego poczułaś się nie zaspokojona, co w zupełności rozumiem i szanuję - każdy z nas ma inny odbiór i zawsze się z tym liczę, wstawiając nowy kawałek.
Wierz mi, mógłbym napisać hardcore, ale chyba by mnie to już nie bawiło :) - masz rację, mam swoją wrażliwość i nie chcę robić nic wbrew sobie.

Dzięki wielkie za to, że byłaś w tym mrocznym świecie i za garść cennych sugestii :)

Pozdrowczyk poranny :)
Krystyna Habrat dnia 15.04.2014 11:47
Dobry tekst. Mocny. Męski. Bohater wystarczająco odrażający. Realia krwawe i nawiązujące do prawdziwych wydarzeń, znanych z nieodległej historii. Egzotyka scenerii przyciąga uwagę.
al-szamanka dnia 15.04.2014 17:43 Ocena: Świetne!
Michale, wiem, że zdajesz sobie sprawę z tego jak bardzo cenię Twój specyficzny styl, wyobraźnię, umiejętność prowadzenia narracji, budowania napięcia.
Zawsze uważałam, że piszesz świetnie.
Twoje teksty uwalniały we mnie różnorodność emocji, nigdy nie pozostawiały mnie obojętną.
Dzisiaj oniemiałam.
Czytałam, czytałam, i nie mogłam się oderwać.
To niezaprzeczalnie Twój najlepszy tekst!
Pokazałeś w nim swoją wszechstronność jak rzadko kiedy.

Początek niczym łagodne wprowadzenie w przedsionek piekła.
Przestroga Araba (doskonale wycyzelowany język przepowiedni, wibrujący tajemnicą i nieuchronnością) zapowiada coś niezwykłego. Jeszcze nie wiadomo czego. Usypiasz czytelnika.
A potem uderzasz kursywą.
I już wiadomo, że to nie taka zwykła opowieść.
Nie jakieś tam wspominki o wojnie.
Tylko kawał porządnej roboty o okrucieństwie, nienawiści, zafajdanym życiu, wypaleniu, które degraduje człowieczeństwo do mechanicznie przeżywanej, nic nieznaczącej cielesności.

Tylko jednym mnie nie zaskoczyłeś.
Końcówką.
Znając Ciebie wiedziałam, że tylko takie rozwiązanie wybierzesz.
Inne nie miałoby sensu.

Pozdrawiam:O
mike17 dnia 15.04.2014 21:32
Dzięki, Krystyno, za czytanie i bycie w tym świecie, który zawsze będzie istniał obok tego słodkiego i wesołego, ale na to nie ma się wpływu.
Pewne rzeczy są odwieczne i takimi pozostaną.

Co za koment!
A już myślałem, że dla tak subtelnej dziewczyny ten utwór wyda się totalnie niestrawny.
Jak to miło się mylić.
Cieszę się, że jednak przeszłaś przez to cało i potrząsnęło.
Bo miało.
Tym razem tak właśnie miało być - bez znieczulenia, mocno, brutalnie.
Męska proza, albo wzbudzi odrazę, albo zachwyt.
Nie mam oporów przed wkładaniem kija w szprychy.
Dlatego powstają takie opowiadania jak to, które powinny zmusić do refleksji, do poszperania w Wiki o zbrodniach ludobójstwa, o nazizmie chorwackim, o UPA, o okrucieństwie Japończyków w wojnie japońsko-chińskiej 1937-1945.
Czasem warto przyjrzeć się tzw. człowiekowi.
Jaką potrafi być mendą.

Bardzo bardzo dzięki za tak fantastyczny koment, Aldonko!
Jednak warto experymentować i będę to robił dalej.
Lubię ryzyko i adrenalinę.

Pozdrawiam Was piwnie :)
marukja dnia 16.04.2014 16:14
Cześć Mike,
listonoszu! ;) Ależ opowiadanie, wieści dość ciężkiej wagi. No, krwiście baaardzo wyszło, momentami miałam wrażenie, że widzę sceny z jakiegoś slashera. I o ile poprzedni tekst, choć wydawać by się mogło, że podobny w klimacie, kupiłam w całości, tutaj troszkę mam niedosyt, który objawia się przesytem (wiesz, co mam na myśli, prawda?), co oczywiście jest moje i całkiem subiektywne. Natomiast tak, to lato robi wrażenie i poraża swoją dozą prawdopodobieństwa.
Cytat:
W lo­ka­lu nie było zbyt wielu gości, więc kiedy Te­re­sa we­szła pod stół, by do­koń­czyć tego, co za­czę­ła,
to?
Cytat:
Wi­dzia­łem już jego mar­twą twarz, oczy wy­szłe z orbit, za­pad­nię­te gdzieś w głąb czasz­ki…
:)

Niezależnie jednak od tematyki, miło się Ciebie czyta, man, bo pisać po prostu umiesz i czuć to w każdym Twoim kawałku. :yes:
I wiesz, co mi wpadło do głowy? Taki pomysł, żebyś może kiedyś głównego bohatera uczynił dla odmiany... kobietą. Co Ty na to?

Pozdrowienia!
mike17 dnia 16.04.2014 18:59
Witaj, Madziu!
Postanowiłem rozprawić się z demonami historii, które wciąż żyją w wielu ludziach, w odległych krajach, krążą w krwi, nie dając spokoju.
Stąd moje ostanie dwa opowiadania do miłych nie należą, bo nie miały, szło mi o mój głos w kwestiach życia i śmierci, okrucieństwa i człowieczeństwa, i jak to ma się względem siebie, bo że to dwie strony tej samej monety tłumaczyć nie trza, ale warto obok śmiechu powiedzieć, że istniej też ból i cierpienie, że obok zabawy jest też mrok i ciemność...

W człowieku.

To opowiadanie miało być mocne i wiem, że mogłaś poczuć przesyt, ale wierz mi, to jest nic w porównaniu z tym, co więcej można by napisać.
To wersja reżyserska, wygładzona i bardziej dla tych, którzy czytając o krwi natychmiast zmieniają książkę.
Nie chciałem iść w totalny hardcore, a tylko tyle dać brudu, ile uznałem, że trza, by sprawnie oddać to, co chciałem.

Na razie w tym temacie to wszystko.
Wyrzuciłem z siebie to, co potrzebowało, by oblec się w literę.
Wystarczy.
A z kobietą w roli głównej mam opko, ale ze względu na wybujały erotyzm wolę go tu nie zapodawać.

Ukłony za czytanko, zmiany poczynię, dzięki, że wytrwałaś do końca w świecie, gdzie skurwiałość jest normą :)

Ahoy!
al-szamanka dnia 16.04.2014 21:41 Ocena: Świetne!
Oczywiście, Michale, warto eksperymentować, do czego odwagi na pewno Ci nie zbraknie:)
mike17 dnia 16.04.2014 21:53
Też tak myślę, i miło, że to mówisz :)
blaszka dnia 18.04.2014 13:32
Kolejny raz zabieram się za napisanie komentarza i jakoś nie umiem zgrabnie podsumować swoich odczuć po przeczytaniu. Pisanie, że utwór zrobił na mnie wrażenie, ze jest dobrze napisany, wydaje mi się zbyt miałkie w stosunku do tego, co dzieje się w tekście i pod tekstem również. Zatem zostawię komentarz trochę niedosycony, żebyś poczuł to, co ja czuję po przeczytaniu ;)
Dodam jeszcze, że podziwiam (nie tylko w tym dziele) Twój dar do psychologicznego uczestnictwa w wydarzeniach, w których w rzeczywistości nie brałeś udziału. To tzw. inteligencja emocjonalna.
Pozdrawiam ciepło.
bosski_diabel dnia 18.04.2014 14:20 Ocena: Świetne!
Michale Blaszka napisała...inteligencja emocjonalna i tu w zupełności się zgadzam bo trzeba mieć to COŚ aby tak wyraziście opisać a właściwie przemówić, ja ze swej strony tylko dodam, że to jest prawdziwe na wskroś. Wiesz, ze temat mi bliski, że wróciły koszmary, czytałem to wcześniej i zastanawiałem sie czy skomentować, po opadnięciu emocji uznałem, ze nie moze mnie tu zabraknąć http://www.portal-pisarski.pl/czytaj/8570/isze-serbskie-wyznanie-tryptyk-serbski, i wszystko jasne a może i nie...pozdrawiam świątecznie.
mike17 dnia 18.04.2014 20:05
Blaszko, określenie "inteligencja emocjonalna" jest wielkim wyróżnieniem dla mnie, ale nieśmiało powiem, i szczerą prawdą - taki jestem, nie kieruję się w życiu rozumem i zimną kalkulacją, a emocjami, intuicją i instynktem, jakimś "szóstym zmysłem", "czuciem", cokolwiek to jest.
Jestem bardzo empatyczny, staram się wchodzić czy to w żywych ludzi, których znam, czy moich bohaterów, być w ich głowach, by utwór był wiarygodny - by tak się stało, muszę wejść w ich emocje.
Lubię intensywność, do bólu czasem, ale intensywność.
Wynika to z mojego charakteru i tego, jak widzę życie.
Piękne słowa mi napisałaś - kłaniam się, moja miła, i zapraszam znów za jakiś czas!

Tadeuszu
, wiem, że temat niełatwy, może nawet niestrawny w dobie totalnej rozrywki i "tańców z gwiazdami", ale ja mam swoją niszę i pozostanę jej wierny.
Piszę o CZŁOWIEKU.
Wyciągam to, co w nim dobre, i to, co złe.
A że tematyka jugosłowiańska jest mi z wielu względów niezwykle bliska, stąd ten utwór, i poprzedni.
Tam "śmierć" była jak kromka chleba.
A ci, co przeżyli, mają dwie opcje: zabić lub nie zabić.
I jeszcze trzecią, jak Slavko: pogardzić katem, niech żyje i niech to życie stanie się klatką.

Co za zbieg okoliczności!
Rok temu, w Wielki Piątek, czytałeś "Czarnego Skorpiona", a ja "Dziesięć minut na wieczność".
Dziś znów przeczytaliśmy swoje utwory, znów chwila refleksji...

Dla Was pozdruffki świąteczne :)
Miroslaw Sliwa dnia 01.06.2015 19:15 Ocena: Świetne!
Anatomia zła wykonana perfekcyjnie.
Noż kurwa mać, majty i skarpety spadają momentalnie.

Michał, nie tylko tym tekstem, bo na przykład "Waldek" - całkiem inna bajka, rozkładasz mnie na łopatki.

Mam w nosie tych pisarczyków, których, "grubachne" wydawnictwa, kierujące się chuj wi jakimi strategiami, kreują na extra ligę polskiej literatury.

Michał, to Ty jesteś w tej extra lidze i to bardzo wysoko.

Szacun Michał.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
mike17 dnia 01.06.2015 21:13
Kłaniam się nisko, bo tekst okrutny i mogący odrzucić, ale chodziło mi tu o prawdę, o tę historyczną, bo chorwacki morderca nigdy nie został ujęty, bawił się pewnie do ostatniej chwili, posuwał laski i pił tequilę.

Mirku, to kolejny mój głos w kwestii człowieczeństwa.
Tego, jak mutuje w kierunku moralnego syfu.
Jak czasy wpływają na to, kim się jest.

I wtedy, i dziś, o skurwienie jakże łatwo.

Dziękuję Ci za koment - wiem, że jednak warto wsadzać kij w szprychy.
Warto obnażać.
Jeśli ta próba zagadała, tom spełniony.
I powiem, że niełatwo pisać w ten deseń.

Pozdro

M.

:)
faith dnia 08.01.2016 18:34 Ocena: Świetne!
Czuję się rozłożona na łopatki.
Takie historie zawsze poruszały i poruszać będą.
Mnożą się we mnie pytania i emocje.
Kto tu jest zły? Kto dobry? Czy istnieje w ogóle taki jednoznaczny podział?
Dlaczego Slavko pozwolił uciec draniowi, do którego nienawiść podsycał przez większość swojego życia? Dlaczego go puścił? Czy to litość? A może poczucie, o którym myślał wcześniej? Może chciał by zemsta była bardziej wyrafinowana. Puścił go wolno, by żył jak kundel, z poczuciem straty i bezsensu, bez ukochanych osób.

Widzimy nagle jak wiele łączy tych dwoje. Ten, który kiedyś był oprawcą przeobraża się w ofiarę. Oboje wiedzą już jak to jest stracić wszystko co się kochało.
To dziwne, ale czytając końcówkę, a potem odnośnik dotyczący samego Petara, poczułam gniew, że Slavko nie zrobił tego, do czego się przymierzał.
Zazwyczaj staram się patrzeć na takie historie pod różnym kątem, czasami nawet w pewien sposób "usprawiedliwiając" zwyrodnialców grzebię głęboko, by spojrzeć na wszystko z różnych punktów widzenia. Nie należę też do osób mściwych, zemsta nie sprawia mi satysfakcji.
Ale tym razem poczułam, że nie znajdę choć krzty sił, by na takiego potwora spojrzeć ludzkim okiem i gdy nadszedł moment kiedy powinien zginąć z rąk swojej ofiary, chciałam by został zamordowany i zgnił w tej piwnicy zapomniany przez wszystkich.

Czy każdy z nas nosi w sobie taką uśpioną bestię, którą łatwo zbudzić w poczuciu zagrożenia? Historia nierzadko pokazuje, że tak właśnie jest.
Ciągle w takich chwilach przywołuję w głowie to, co działo się w czasie II wojny światowej na ziemiach wołyńskich. Kiedy ludzie, którzy jeszcze do niedawna byli dla siebie sąsiadami nagle byli zdolni z zimną krwią mordować w najbardziej okrutny sposób.
Wojna ujawnia wiele podobnych, przerażających przykładów.

Sowim opowiadaniem wywołałeś we mnie lawinę podobnych wspomnień, o których czytałam, zasłyszałam, lub których konsekwencje oglądałam podczas wizyty w obozie Auschwitz.
Ciężko o tym, myśleć, trudno sobie wyobrazić, a gdy pomyśleć, że są wokół ludzie, których udziałem był ten koszmar, włosy jeżą się na głowie.

Slavko jest jedną z takich osób. Czy to tchórz, czy wielkoduszny bohater? Myślę, że nie da się na to odpowiedzieć jednoznacznie. Przecież kierują nami złożone emocje. Kto wie, czy potem nie żałował swojej decyzji. A może to wydarzenie sprawiło, że udało mu się uwolnić od gniewu.
Nie wiem... tyle we mnie pytań i myśli...
mike17 dnia 09.01.2016 09:44
Jestem powalony Twoim dogłębnym komentem, Katarzyno, to coś niesamowitego, co Ty robisz z tymi moimi tekstami, wchodzisz w nie jak do znajomego od zawsze pokoju, gdzie każdy metr powierzchni, każdy mebel jest Ci znany na pamięć :)
To wielka umiejętność tak czytać i wyłapywać wszelkie "smaczki", w które staram się zaopatrywać moje opowieści, by nigdy nie były jednoznacznie czarne lub białe - po drodze jest przecież tyle innych kolorów.
faith napisała:
Może chciał by zemsta była bardziej wyrafinowana. Puścił go wolno, by żył jak kundel, z poczuciem straty i bezsensu, bez ukochanych osób.

To raczej tak właśnie wyglądało: Petar nie mając już bliskich, będzie żył w pustce i beznadziei, jak kundel, któremu ktoś darował życie.
Może nawet nie warto było go zabijać?
Ciężkie dylematy...
faith napisała:
Oboje wiedzą już jak to jest stracić wszystko co się kochało.

Petar i Slavko, role odwrócone, lecz Slavko nie zabija.
faith napisała:
To dziwne, ale czytając końcówkę, a potem odnośnik dotyczący samego Petara, poczułam gniew, że Slavko nie zrobił tego, do czego się przymierzał.

I poczułbym taki gniew, choć nie jestem mściwy, ale zabiłbym kanalię, albo jako świadek założył mu proces, wydał go policji, przecież Petar się ukrywał pod zmienionym nazwiskiem.
Kanalią był wyjątkową, zabił dodatkowo własnego syna-schizofrenika.
Więc był niereformowalny, od czasów Jasenovaca nie zmienił się wcale - morderca i tyle.
faith napisała:
Ale tym razem poczułam, że nie znajdę choć krzty sił, by na takiego potwora spojrzeć ludzkim okiem i gdy nadszedł moment kiedy powinien zginąć z rąk swojej ofiary, chciałam by został zamordowany i zgnił w tej piwnicy zapomniany przez wszystkich.

Myślę, że podzielasz zdanie większości, bo kto zdobyłby się na akt litości wobec kogoś, kto w jeden dzień zarżnął 1360 osób?
Tylko święty.
Ja zobaczyłbym wtedy to, co wtedy zrobił w 1942 i wymierzyłbym mu sprawiedliwość.
faith napisała:
Czy każdy z nas nosi w sobie taką uśpioną bestię, którą łatwo zbudzić w poczuciu zagrożenia? Historia nierzadko pokazuje, że tak właśnie jest.

Bo człowiek jest bardziej skłonny do czynienia zła niż dobra.
Smutna prawda...
faith napisała:
Ciągle w takich chwilach przywołuję w głowie to, co działo się w czasie II wojny światowej na ziemiach wołyńskich.

Mój śp. Tata jako 14-letni chłopiec walczył w AK z Niemcami i UPA, więc temat jest mi bliski.
Jego brata banderowcy rozerwali końmi na oczach całej wsi.
Zdobyłabyś się na litość, gdybyś mogła ich ukarać na własną rękę?
Ja nie, jestem tylko i aż człowiekiem.
faith napisała:
Slavko jest jedną z takich osób. Czy to tchórz, czy wielkoduszny bohater?

Nie wiem, raczej to była jego forma zemsty - nie chciał padliną brudzić sobie rąk, wystarczyło mu, że Petar stracił całą rodzinę, no tak to sobie tłumaczę, choć wiem, że to pewnie uproszczenia w tej jakże cienkiej materii.
Może skoro nigdy nie zabił nikogo, nie był do tego zdolny?
Trudno rzec.

To faktycznie złożona historia.
Tym bardziej cieszę się, że byłaś w niej ze mną i poczułaś cały brud ludzkiej natury.
To, że czasem ciężko o jednoznaczne oceny.
Czasem jest tylko "być może".

Najgorsze, że Petar uciekł do Stanów i nigdy nie został ujęty.
Nie odpowiedział za swoje zbrodnie.
Pewnie dlatego nie mogłem go też uśmiercić w opowiadaniu, bo kłóciłoby się to z prawdą historyczną.

Raz jeszcze bardzo się cieszę, że czytałaś, i że mogliśmy chwilę porozmawiać.
To dla mnie bezcenne :)

Pozdrawiam znad kawki :)
faith dnia 09.01.2016 10:10 Ocena: Świetne!
No właśnie, nic tu nie jest oczywiste, niczego nie przedstawiasz jednoznacznie. Czytelnik odchodzi z głową pełną wątpliwości i rozważań.
Myślę, że to puszczenie wolno było zdecydowanie bardziej wyszukaną zemstą, choć jest pewnie dużo prawdy w tym, że Slavko nie chciał brudzić sobie rąk krwią kogoś takiego jak Petar. To spowodowałoby też, że musiałby zniżyć się do jego poziomu. Zabijać i czerpać z tego satysfakcję.
Ciężko mi powiedzieć, jak zachowałabym się w podobnej sytuacji. Ekstremalne przeżycia sprawiają, że odkrywamy siebie na nowo i naiwny jest ten, kto sądzi, że doskonale wie, co by zrobił.

mike17 napisał:
Czasem jest tylko "być może".

Zazwyczaj tak jest, ale ja wolę właśnie tak napisane historie, gdzie bohaterowie to nie sztuczne i płaskie marionetki, ale pełnowymiarowi ludzie, ze swoimi wątpliwościami, grzechami i niedoskonałościami.

Pozdrawiam :)
mike17 dnia 09.01.2016 10:21
faith napisała:
Myślę, że to puszczenie wolno było zdecydowanie bardziej wyszukaną zemstą

Tak właśnie było - zabicie Petara byłoby zbyt "proste", choć to niezbyt fortunne określenie.
Slavko nie chciał zniżać do jego poziomu, i z łatwością przewidział, jakie będzie jego życie po tym akcie łaski - pustka i nicość, przeżywanie codziennie własnego upadku.
Życie w samotności po stracie bliskich to piekło, i Petar tam wyląduje.
Cytat:
Ekstremalne przeżycia sprawiają, że odkrywamy siebie na nowo i naiwny jest ten, kto sądzi, że doskonale wie, co by zrobił.

Otóż to.
Nie wiemy, czy mając pewność, że nasz akt zemsty nigdy nie wyjdzie na jaw, nie wymierzylibyśmy sprawiedliwości na własną rękę.

To kolejna opowieść, gdzie nic do końca nie jest pewne i oczywiste.
Jak często w życiu, gdzie nie potrafimy posunąć się do jednoznacznej oceny.
Jest tylko to wszechobecne "być może".

Pozdrawiam Cię :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
xolowr
22/07/2019 01:06
Do wielkich liter jestem przywiązana tak samo jak do małych… »
domofon
21/07/2019 23:34
Dzięki za wnikliwe potraktowanie tekstu. Temat znam niejako… »
JOLA S.
21/07/2019 19:44
Kocanko, ogólnie tekst mi się podoba, chociaż nie… »
Leopold Mysz
21/07/2019 19:40
Wow. Właśnie mi uświadomiłeś, że gość od lobotomii dostał… »
JOLA S.
21/07/2019 19:12
Kazjuno, przepięknie jest czytać Twój komentarz. Daje… »
22227
21/07/2019 17:20
Bardzo dobry wiersz, Pan Cogito, Sofista, Zosima. Jest… »
22227
21/07/2019 17:13
Podobało mi się i fajnie, że poruszasz takie tematy. Mam… »
Kazjuno
21/07/2019 16:49
JOLU.S Spodobało mi się to krótkie i treściwe opowiadanie.… »
Opheliac
21/07/2019 12:48
Powiem tak - ogólnie niezły - ale znając już jednak Twoje… »
AntoniGrycuk
21/07/2019 11:01
Zdzichu, cały sens, jaki chciałem zawrzeć w tym wierszu,… »
Zdzislaw
21/07/2019 10:21
Konstrukcyjnie wszystko utrzymane, rytmicznie i ze… »
Indyphar
21/07/2019 01:39
@Skuul, dzięki za opinię. Co do "wyjaśniania",… »
Skuul
21/07/2019 00:11
zamiast wyjaśnić działanie dajesz czytelnikowi opinie,… »
Skuul
20/07/2019 23:42
czy wieko trumny? mocno poetyckie opisy, w całym tekście… »
Marek Adam Grabowski
20/07/2019 19:45
Patrząc na kategorię spodziewałem się jakieś baśni. Napisane… »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:bertygoforo
Wspierają nas