Signorina Cappuccina - mike17
Proza » Miniatura » Signorina Cappuccina
A A A
Od autora: Kolejna miniatura z cyklu "Dawno temu w lipcu", do przeczytania której gorąco Was zachęcam. Tytuł zapożyczyłem ze znanego przeboju Nat King Cole'a. Życzę miłej zabawy!

 

                                                   
 
 
                                                                                                                          Monice…
                                                                                               
 
- Hej, mister Sandman, przynieś mi sen, a w nim mojego ukochanego. Niech będzie słodki i przystojny, czuły jak lipcowa bryza znad morza, niech nosi mnie na rękach. Chyba nie proszę o wiele? Chcę, żeby ktoś mnie pokochał. Ja też chcę pokochać. Spełnisz moje sny?
 
Clare miała ładne, brązowe nogi, wydatne usta, mahoniowe włosy i pisała poezję.
Jej subtelność mogła onieśmielać, dobre wychowanie działać jak płachta na byka, a sposób, w jaki formułowała swoje myśli, zdawał się być kwiecistym wierszem w szarym życiu, gdzie liryka ma raczej pod górkę.
Powiecie: nie na czasie, ale każdy ma na świecie kogoś, kto kiedyś zapuka do jego drzwi.
Jeśli szuka się miłości, ona wcześniej czy później przychodzi, macie to jak w banku.
Ta mała wierzyła, że jej dzień nadejdzie, że ten wyśniony przyjdzie i powie: „To ja, kotku!”.
Słuchała tej piosenki zwykle wieczorem i czekała, aż on wejdzie w orbitę jej życia.
 
I wtedy pojawiłem się ja.
Nie było we mnie wahania – doskonale wiedziałem, co chcę zrobić.
Po prostu to zrobiłem.
Napisałem do niej szczery list, bo ogłosiła się w rubryce matrymonialnej w lokalnej gazecie.
Pięknie się opisała, więc poczułem się zaproszony.
Po kilku miesiącach odkryliśmy swój miłosny zakątek, własne, małe miejsce na ziemi, jakby stworzone specjalnie dla nas, czekające przez wszystkie, poprzednie lata na nasze nadejście.
I nadeszliśmy, młodzi i zakochani, płynący w powietrzu jak jasne duchy radości, z uśmiechem na twarzach, niedbający o to, co przyniesie przyszłość, ufni, że nie stracimy naszego skarbu, tego, co dało nam nieprzewidywalne życie.
 
Wracaliśmy tam, by znów to poczuć – do zajazdu „Pod różowym łososiem”.
W tym zacisznym miejscu oddała mi swoje dziewictwo.
Była taka ciasna, taka moja.
Czasami na moment zastygałem w niej i czułem całą jej gorącą kobiecość, obejmującą mnie ściśle, czule, tak, że choćbym szukał pięknych słów, mogących opisać mój raj, nawet za sto lat znalazłbym stek lichych bzdur, mamrotałbym bezrozumnie o tym, co dał los, a ja byłem niemym świadkiem, kimś, kto wszedł w temat i chyba coś po sobie zostawił.
 
Potem zawsze prosiła o cappuccino.
Piła je spokojnie i niespiesznie, patrząc mi głęboko w oczy i posyłając całusa, choć przed chwilą byliśmy ze sobą, ona jednak chciała cały czas czuć tę więź, więc było tak a nie inaczej.
Zachłanni, chcieliśmy spędzać ze sobą jak najwięcej czasu i tak też było: wydzieraliśmy go śmiało życiu, bo wędrówka po ziemi, to odciskanie na niej swego małego piętna.
Ktoś powiedział, że liczą się tylko chwile, jednak myślę, że liczy się całokształt, to, co nas definiuje, i jak my definiujemy innych.
 
Il cielo in una stanza.
 
I obok mijał czas: gasły tygodnie, odchodziły w niebyt miesiące, lata umykały, jak pędzące pociągi, które miały zabrać cię na Dziki Zachód, a zabrały do wioski, gdzie kończy się trasa.
Bo nasz związek nie potrzebował fajerwerków, czasem zwyczajne, proste dawanie siebie więcej znaczy niż srebro i złoto tego świata, bardziej raduje, daje poczucie bezpieczeństwa.
Bo to kochanie nie ostygło, coś, co zaczęło się dawno temu, przetrwało.
 
Na Walentynki pojechaliśmy tam znów.
Clare była bardzo wesoła, podniecona, tryskała energią, chciała jak najszybciej pójść na wieczorną kolację przy świecach, która miała składać się z łososia z rusztu, frytek i bukietu sałatek oraz solidnej porcji niemieckich piw, jakie oboje pijaliśmy pasjami, kochając się w łóżkach, na podłodze, w trawie, na plażach, na pomostach, na pace samochodu, w wodzie na stojaka, na materacu, gdziekolwiek, gdzie uznaliśmy, że chcemy być ze sobą.
Zawsze mieliśmy magnetofon, z którego szedł śpiew Elvisa bądź Cliffa Richarda, rzadziej Stonesów lub Paula Anki. Jeśli miałbym powiedzieć o idealnej miłości, powiedziałbym o naszym, małym kochaniu, „tu i teraz”, gdzieś w życiu, które nie gardzi zakochanymi.
Byliśmy bardzo zwyczajną parą, szarą i nieaspirującą do bycia bożkami Hollywood.
Ot, on i ona, kobieta i mężczyzna, trochę magii i elektryczności.
Prosty chłopak ze wsi i świetna dziewczyna z miasta, układ niepotrzebujący analiz poetyckich.
 
Mieliśmy naszą wyspę na jeziorze, tonącą w błękicie cichej, sennej wody, niezmąconej nawet jednym zbędnym oddechem niedorzecznego, zatrutego cywilizacyjną lichotą świata.
Pływaliśmy tam łódką, i kiedy leżała na materacu, całowałem jej stopy, każdy paluszek z osobna, a ona delikatnie ssała mojego członka, potem zrzucałem ją z materaca i brałem tak, jak bierze się kobietę swojego życia. Obok świat uśmiechał się i prosił o więcej, miał rację, bo my nigdy nie mieliśmy dość: byłem z Clare wiele razy, jakże gorąco, jakże naturalnie, jak bywa się z damą, która zaprosiła cię do swego królestwa – byłem tam „kimś” i czułem się tym, co nie za pionka uchodzi, a dostawszy przyzwolenie, może wszystko, a nawet więcej.
Każdego dnia wkładała koronę na moją głowę i czyniła mnie królem.
 
Wracaliśmy tam, by znów to poczuć – do zajazdu „Pod różowym łososiem”.
Byliśmy jedyną parą, która akurat się zatrzymała, ale to nam nie przeszkadzało.
Mieli niesamowite jedzenie, kameralne, ciche pokoje, gdzie byłem z tobą do białego rana.
Pamiętasz, Clare, wszystkie nasze dzieci pojawiły się po pobycie „Pod różowym łososiem”?
Czyż to nie piękne, przecież i Henry, i Megi, i Norman, i Paul, urodzili się po naszych gorących, niezapomnianych przygodach pod tym dachem, jakież to amerykańskie, jakie zwyczajne w całej swej magii.
I niech mi nikt nie mówi, że wszystkie domy są takie same, bzdura na resorach, nie są.
Tylko Jeremy urodził się po tym, jak byłem z tobą na łące, w czerwcu, wśród setek kwiatów, gdy świat obiecywał spełnienie marzeń, a my mieliśmy swoje – nasz pierworodny urodził się zdrowy i silny, a obok lato czule szeptało, że mężczyzna i kobieta to ideał, ideał, rozumiecie?
 
Clare, a jesienią 1968 roku, kiedy byłem z tobą pod prysznicem…
Wtedy coś stało się z twoim oddychaniem.
Co, nie wiem, astma, inny szajs, mętnie gadali, ci mędrcy medycyny.
Potem powiedzieli, że to na tle nerwowym, że w chwilach wielkiej ekscytacji możesz udusić się, jak to możliwe, co to za bzdety, ludzie po studiach, puknijcie się w puste czerepy!
 
- Mike, zrób mi cappuccino, ok.? – poprosiłaś.
- Jasne, skarbie – odpowiedziałem.
- Zaparz tak, jak jeszcze nigdy nie parzyłeś – powiedziałaś.
- Co to ma znaczyć?
- Czas nie lubi nas.
- Hej, o co chodzi?
- Signiorina Cappuccina mówi ciao.
- Ale co to za tekst?
- Zaśpiewasz mi coś Nat King Cole’a?
- Jasne, kochanie, co zechcesz.
- No to… - i tu zasłabłaś.
 
Potem zabrano ją do szpitala, a po szpitalu wróciła do domu.
Była blada i przeźroczysta, jakby zła moc wyssała z niej zdrową energię.
Lekarze zalecili spokój i brak wzruszeń, wtedy ataki bezdechu nie powinny się pojawiać.
Lecz pomimo tego, że nasze życie dalekie było od burz i sztormów, co jakiś czas traciłaś oddech, a ja wtedy ratowałem cię, jak mogłem.
Potem wszystko wracało do normy, by znów kiedyś powrócić.
Któregoś dnia orzekli, że musisz spać w specjalnym aparacie oddechowym.
I tak już pozostało.
Ale nie miałaś przecież wyboru – często są nam narzucane z góry wybrane opcje.
Każdy kocha życie, bo umieranie może się dać nieźle we znaki.
 
Pewnego razu znów tam byliśmy, teraz już nie jako kochankowie, lecz leciwi emeryci.
Młodość to kolorowy ptak, który kiedyś musi odlecieć w inne strony.
Ptaku, słodki ptaku, ileż ci zawdzięczaliśmy!
Czy wyrazi to moje liche słowo?
Pewnie nie, choć bardzo bym chciał, bo pamięć wciąż miałem dobrą.
Zapaliłem długie, różowe świece, otworzyłem szampana, kelner przyniósł grillowane pstrągi, ukochane ryby Clare.
Patrzyłem na nią i czas zdawał się cofać do punktu zero.
 
Widziałem moją ukochaną, znów w rozkwicie, w lipcowej krasie, opaloną i seksowną.
Poezję w ruchu, ucieleśnioną magię, zjawisko, którego pomimo tylu lat, wciąż nie umiałem nazwać, choć żyłem w jego cieniu od zawsze, i każdego dnia w moim sercu była zwykła, ludzka radość, że ona jest przy mnie, że budzę się przy niej i nie ma we mnie lęku.
Teraz spoglądałem na siwą babcię, niefarbującą już włosów na wciekły mahoń, pogodzoną z tym, co przyniosą kolejne dni, jednak dla mnie kobietę życia, radość moich lędźwi – co z tego, że od lat nosiła sztuczną szczękę, co z tego, że popuszczała mocz, chyba nie jesteśmy od tego wolni, my, ludzie starzy, schorowani, niewolni od niedoskonałości?
Pięknie się zestarzeliśmy, życzę wam tego, i byście nigdy nie stali się zrzędliwymi dziadami.
 
Moja Clare odeszła pięć lat temu, w sędziwym wieku, że tak powiem.
Choć tak długo jestem już sam, nigdy nie żaliłem się na swój los.
Coś odchodzi, coś przychodzi, tak to jest, nie?
To życie razem, co mam powiedzieć?
Że było boskie?
Jasne, właśnie to chcę rzec, że to cud na ziemi, jeden raz, tylko jeden, ten jedyny.
Że wciąż mam to w głowie?
Też byś miał na moim miejscu.
Bo z prawdziwą kobietą życie nie boli, możesz mi zaufać, bo z prawdziwą kobietą smakuje każdy alkohol, każdy papieros i każde łóżko.
 
Położyliśmy się spać i Clare włączyła swój ulubiony serial.
Przez chwilę nawet się śmiała, żywo gestykulowała, coś mi tłumaczyła, wesoła i pochłonięta tym, o czym chciała mi powiedzieć, promienna i pełna tego, co zwie się werwą, bo kątem oka widziałem, że czuje się świetnie i jest bardzo pobudzona, to mnie uradowało, jako że każda jej mała radość była moją, a teraz czułem, że znów jest w swoim sosie, jak za dawnych lat.
 
Patrzyłem razem z nią i nawet nie zauważyłem, kiedy umarła.
Tak zwyczajnie, tak cicho, jak żyła, tak niezauważalnie, jaką była osobą.
Nigdy nie robiła wokół siebie szumu, uważając to za rzecz niską i miałką.
Zgasła jak światło, które komuś dawało radość, jak słońce, które dawało nadzieję.
Nagle poczułem jej ciężką głowę na ramieniu, cięższą niż kiedykolwiek dotąd.
W tamtej chwili pocałowałem ją po raz ostatni.
Raz jeszcze dotknąłem jej włosów, policzków, przywarłem ustami do dłoni, wsunąłem w nią swoje drżące palce – drżały, jakby nagle znalazły się na dwudziestostopniowym mrozie.
Byliśmy, choć nas nie było.
Już nas nie było, jednak byliśmy.
 
Wtedy w moim umyśle puszczono nagle barwny film z przeszłości, ujrzałem przeróżne, kolorowe slajdy, i nie miałem cienia wątpliwości, jaki miały charakter.
Powiedziałem, spełniony i wolny od ciężarów:
- Dziękuję ci za każdy dzień, za każdą noc, malutka, za to, że znosiłaś moje muchy w nosie, za to, że kochałaś „pomimo”, czy mógłbym chcieć czegoś więcej? Razem stworzyliśmy słodki świat, w którym często brakowało mi tchu, byłaś tylko ty jak najpiękniejszy z prezentów, jaki można otrzymać. Padło na mnie, zwykłego, szarego chłopaka. Zawsze czułem się dzięki tobie kimś wyjątkowym, kto przeszedł zupełnie inną drogą, bo tak właśnie miało być. Nie zmarnowaliśmy nawet minuty. Mam wrażenie, że pomnożyliśmy je, tworząc nieskończony skarb. Wciąż mam na ustach twoje pocałunki, wciąż pamiętam ciepło dłoni. Smak skóry. Zapach włosów. Tego nikt mi nie odbierze. Stały się częścią mnie, moją krwią, moim oddechem, moim jestestwem. Dałaś mi wspaniałe pięćdziesiąt jeden lat małżeństwa, świetne dzieci, udane życie. Nikt nie dałby więcej. Kocham cię, Clare, kocham cię na śmierć.
 
Kiedy jakiś czas temu dowiedziałem się, że nasze miejsce kupił młodociany, rozparzony bogacz z dużego miasta, taki w najdroższym samochodzie i butach za roczną wypłatę zwykłego szaraka, i bezceremonialnie zamknął zajazd, czyniąc sobie z niego dom, poczułem się nieszczególnie, wręcz podle, choć i to nie odda w pełni, jak mnie to wówczas zabolało.
Chciałem tam od czasu do czasu wpaść, spędzić noc w naszym pokoju, poczuć zapach tej niezwykłej miłości, który na trwałe wszedł w ściany, sufit i podłogę, zabrać album z twoimi zdjęciami, powspominać.
 
Teraz jeżdżę tam raz na pół roku, jeden z synów mnie wozi, sam już nie prowadzę, nie te oczy, i razem stoimy przed „Różowym Łososiem”, on widzi tylko zwyczajny budynek, dach i cegły, ja zaś nasze kochanie, nasze niesamowite życie, każdą szczerozłotą godzinę, Clare, i ciebie, i mnie, właśnie to widzę.
To się nigdy nie zmieni, malutka, wiemy to oboje.
 
 
 
Cykl: Dawno temu w lipcu
 
 
 
24 lipca 2014
 
 
 
 
 
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 07.09.2014 08:52 · Czytań: 906 · Średnia ocena: 4,6 · Komentarzy: 46
Komentarze
marukja dnia 07.09.2014 10:21
Pierwsza!
I popłynęłam z tekstem, a czytając myślałam sobie, że czytam prawdziwą historię. Takie mam właśnie wrażenie: Twoi bohaterowie są z krwi i kości, żyją i umierają, kochają naprawdę.
Podoba mi się bardzo narracja. Fajnie ją różnicujesz i zmieniasz, zwracając się do czytelnika, a potem do Clare.
Jestem ciekawa dalszych odsłon cyklu, bo coś mi mówi, że stanowią jedną całość, a poprzednia miniatura jakby zazębiała się z tą?
I tak jak napisałeś:
Cytat:
Pro­sty chło­pak ze wsi i świet­na dziew­czy­na z mia­sta, układ nie­po­trze­bu­ją­cy ana­liz po­etyc­kich.
- tak prosta jest ta historia, co mnie urzekło. :) Bo każdy ma gdzieś tam swój zajazd „Pod różowym łososiem”, do którego wraca chociażby w myślach.
Pozdrowienia!
mike17 dnia 07.09.2014 10:28
Hello, good woman, co za słowa, rosnę w górę ze szczęścia :)
Powiem Ci w tajemnicy, że sporo tu wątków autobiograficznych, stąd celnie wyczułaś, że to faktycznie mogło się zdarzyć.
Chciałem tym razem dać naprawdę prostą, nieskomplikowaną opowieść o zwyczajnej miłości, bez fajerwerków, ale bardzo namiętnej i czułej.
Tacy są moi bohaterowie, z krwi i kości, jak piszesz.

Za parę dni kolejna część cyklu, w którym chciałem każdą miniaturę dać o czymś innym, ale wspólnym mianownikiem jest miłość, najważniejsza rzecz na tej ziemi.

Alem rad, że wpadłaś, pozdrawiam gorrrąco, sącząc kawkę :)
Figiel dnia 07.09.2014 15:05 Ocena: Świetne!
Już chciałam zapytać, dlaczego "signorina" a nie "signora", ale załapałam, że to zapożyczenie. Ładna jest miłość Twoich bohaterów, pełna czułości i dobrych wspomnień.
Na nic nie patrzę z takim zachwytem, jak na starszych ludzi, którzy przetrwali przy sobie lata. Wiadomo, różne. Pewnie nie obyło się bez dramatów, ale przetrwali. Kiedyś zobaczyłam taką parę. Oboje siwiuteńcy, zgarbieni zasuszeni powolutku szli przed siebie po ulicy pełnej spieszących się tu i tam ludzi. Ona opierała się na lasce, a on podtrzymywał jej drugą rękę. Ileż w tym było czułości, dbałości i szacunku!
Aż zatrzymałam się, by ich zapamiętać
Twój tekst przywołał tamten obrazek.
Pewnie jego bohaterowie nie żyją i zniknęły "ich" miejsca, stoi tam jakiś supermarket albo inne bezosobowe dziadostwo, a wspomnienia zabrali ze sobą.
I gdy pewnego dnia samochód nie stanie "Pod różowym łososiem", tamte wspomnienia też uciekną, chociaż ich istota nie zmieni się nigdy.
Kłaniam się:)
mike17 dnia 07.09.2014 15:24
Cytat:
Ileż w tym było czułości, dbałości i szacunku!

Bo tak właśnie postrzegam miłość, nie ma dla mnie innej opcji :)

To smutnie, że giną takie miejsca jak "Różowy Łosoś", jak słusznie zauważyłaś demolowane przez jakieś markety albo deweloperskie przekręty, coś umiera na zawsze, a na stare lata chciałoby się odwiedzać miejsca, gdzie było nam dobrze.

Ale wspomnień nie zabije czas.
Żyć będą w nas, po czasu kres.

Bardzo dziękuję, Beatko, za jak zwykle mądry i wyważony koment, to się ceni :)

Odkłaniam się zatem :)
Usunięty dnia 07.09.2014 16:50 Ocena: Świetne!
Wzruszający tekst o niestety rzadkim zjawisku - prawdziwej, romantycznej miłości. Stworzyłeś bardzo realistyczną i wciągającą historię, naprawdę dobra treść. Czyta się jak czyjeś wspomnienia, w ogóle ta miniatura działa na wyobraźnię czytelnika i skłania go do refleksji. Ciekawy kawałek prozy, dający człowiekowi nadzieję, iż wielkie uczucie może istnieć na tym świecie. Fajna lekturka, wysoki poziom pióra.

Pozdrawiam ;)
mike17 dnia 07.09.2014 17:15
W dzisiejszych czasach, gdy w Polsce rozpada się co trzecie małżeństwo, moi bohaterowie są jakością samą w sobie, bo tak po prostu powinno być :)

Niech żyje miłość, najpiękniejsza z przygód!

Dzięki, Apollo, za wizytę i czytanko, jestem bardzo zobowiązany i miło mi :)
wiktoria dnia 07.09.2014 18:51
Tak, miłość jest piękna, choroba już nie. Skoro była taka piękna miłość, skąd się wzięła choroba? Choroby biorą się z braku miłości.

Mike, ja wiem, że to szczera ludzka historia od serca. Miłość piękna, ale nie rozumiem dlaczego się rozchorowała. Przy takiej dawce pozytywnej energii?
Nie zgadzam się też z tym, że młodość musi gdziekolwiek odlecieć. To jest zwyczajne stereotypowe myślenie. Nie twierdzę, że całe życie można wyglądać i czuć się jak trzydziestolatek, ale starzenie się nie oznaczą niedołężności czy choroby. Ja bym to raczej nazwała życiową mądrością, która odciska swoje piętno na twarzy czy ciele. Stopień sprawności człowieka zależy od zrozumienia pewnych rzeczy w jego życiu, pogodzenia się z nimi lub nie, wybaczenia i wewnętrznego spokoju lub jego braku.
Wiem, mam dość specyficzne podejście do tych spraw, ale piszę szczerze. Pojawia się w tym momencie pytanie, na co umrzeć skoro jest się szczęśliwym człowiekiem, którego otacza miłość? Co niby miałoby mieć negatywny wpływ na zdrowie, a tym samym na życie?

I właśnie tego mi tu zabrakło, bo historia brzmi, oczywiście z mojego punktu widzenia, nierealistycznie. Opisujesz same pozytywne rzeczy. I dobrze. Ale negatywne, tak jak tu choroba, zawsze mają swoje uzasadnienie. Ona nie bierze się z kapelusza.

Cały tekst podobał mi się, bo lubię Twoja szczerość i bezpośredniość w tym co piszesz. Ale nie widzę tu uzasadnienia dla choroby i śmierci bohaterki. Może przyczyna pojawiła się wcześniej, może w dzieciństwie, niestety tego nie wyczytałam.

Wybacz moje metafizyczne dywagacje, ale takie mam odczucia, a nie chce słodzić, wbrew temu co czuję.

No chyba, że wolisz: Mike, świetny tekst, poruszył mnie.

Owszem poruszył i bardzo mi się podobał, ale z pewnym małym "ale".

No to tyle. Teraz mnie zbij:)

Pozdrawiam:)
al-szamanka dnia 07.09.2014 19:03 Ocena: Świetne!
Zapewne nie zdziwisz się Michale, gdy powiem, że czytając, cały czas znajdowałam się na granicy szlochu.
Bo takie historie wyjątkowo mnie wzruszają.
Miłość taka, jaka zawsze być powinna.
O pierwszego momentu zachwytu, oczarowania, i tej niewzruszonej pewności, że to właśnie on/ona... aż po siwy włos. A nawet jeszcze dalej.
Bo kiedy jedno pozostanie, to dalej może w sobie pielęgnować piękne, wspólne chwile.
Życie, które często jest podobne do życia wielu innych ludzi, ale tylko dla nas miało ten czar, tylko dla nas stanowiło nieporównywalną wartość.

Opisałeś to fantastycznie.
Wiele fragmentów odczytywałam wielokrotnie, aby się nimi tak naprawdę nasycić.
A poniższe jest moje ulubione:
Cytat:
I obok mijał czas: gasły ty­go­dnie, od­cho­dzi­ły w nie­byt mie­sią­ce, lata umy­ka­ły, jak pę­dzą­ce po­cią­gi, które miały za­brać cię na Dziki Za­chód, a za­bra­ły do wio­ski, gdzie koń­czy się trasa.

Cudne. Przeczytałam jeszcze raz i rzeczywiście - rozszlochałam się na całego.
Świetny tekst, wspaniała miłość.

Pozdrawiam serdecznie:)
ajw dnia 07.09.2014 19:54 Ocena: Świetne!
miku, w życiu potrzebne są wzruszenia (przynajmniej mnie), a Ty je fundujesz ot tak sobie jak lody waniliowe, które rozpływają się z kazdą chwilą i płyną po ręce jak łzy po policzkach. Chciałabym mieć takie piękne, normalne życie. By Bóg nie odebrał mi ukochanego niespodziewanie, ale byśmy dożyli sędziwego wieku i potrafili zawsze okazywać sobie miłość i czułość. Tak niewiele, a czasem jest to nieosiągalne, bo wypadki, choroby i inne przeciwności losu .. Opowiadanie jest piękne, pełne ciepła i tego co lubią 'normalsi' najbardziej, czyli takiej fajnej normalności . Dziękuję Ci za nie , mając nadzieję, że mój ukochany będzie zawsze tak patrzył na mnie jak Twój bohater na swoją Clare :)
mike17 dnia 07.09.2014 20:34
Justyś, teraz zdradzę genezę miniatury: to mieszanka mojego życia, pewnego prawie 90-letniego przyjaciela i jeszcze kogoś tam.
Choroba a miłość, hm...
Tak jak miłość, tak i choroba nie wybiera, spada nawet na zakochanych.
To akurat wątek M. mojego przyjaciela, który przeżył 55 lat z żoną, która w międzyczasie się rozchorowała i zmarła we śnie, przy oglądaniu TV.
Wierz mi, i szczęśliwi umierają, mimo bycia kochanymi, straszne.

Aldonko, tak, aż po siwy włos...
M. który jest pierwowzorem tej historii, to już dziś sędziwy emeryt.
Miał fantastyczne życie obok fantastycznej kobiety, którą miałem okazję poznać.
Byli niesamowitą parą.
Nawet urodzeni prawie tego samego dnia :)
Może jestem nie z tego świata, ale wierzę w miłość idealną, nawet w tych, pieprzonych czasach.
To zależy tylko od nas, co z niej zrobimy, czy pokochamy i damy się kochać.

Iwonko, mam nadzieję, że spotka Cię to samo, co Mike'a z tej miniatury, czego Ci szczerze życzę, bo świadomość, że się z kimś przeżyło całe życie jest świadomością wygranej, że wygrało się LOS na loterii, że nie zasiliło się morza rozwodników i wdów/wdowców, a to przykra rzecz jest.
Tak, wzruszenia to integralna część mojego życia i znajduje też miejsce w mojej pisaninie.
Myślę, że wiem, co w życiu najważniejsze.
Myślę, że wiem to od 23 lat.
I chcę jak Clare i Mike umrzeć z tą pewnością.

Kłaniam się wszystkim Paniom i dziękuję za wizytę, zapraszając za parę dni na koniec cyklu :)
wiktoria dnia 07.09.2014 20:40
Oj nie uwierzę, nie uwierzę, Widać kiedyś szczęśliwi nie byli. Ale wdzięczność za przeżyte szczęście jest najważniejsza.
Choroba owszem, nie wybiera, to człowiek ją wybiera. Choć o tym nie wie.

Ok, już nic nie piszę. Nie brykam i do dalszego czytania mykam:)
mike17 dnia 07.09.2014 20:45
Niestety, tę historię napisało prawie w całości życie...
Wiem, że boli, ale nie nam decydować.
Quentin dnia 07.09.2014 21:38 Ocena: Bardzo dobre
Epicka mądrość

Jak widać nawet tak krótka forma nie stanowi przeszkody dla prześledzenia losów pewnej miłości. Tego akurat nie potrafię, dlatego tym bardziej podziwiam.
Umiejętnie przechodzi się przez tekst z punktu A do punktu B i nawet te ogromne przeskoki czasowe nie są problemem. Tkwiłem w historii tych dwojga na każdej płaszczyźnie.
Chyba zbyt młody jeszcze jestem, aby zrozumieć wszystko, ale pewnie nadejdzie taki czas (oby), że pojmę znaczenie słów "To się nigdy nie zmieni, malutka, wiemy to oboje.".

Proza na najwyższym poziomie.
Pozdrawiam
mike17 dnia 07.09.2014 21:46
Życzę ci, Quentin, byś kiedyś poznał prawdziwe znaczenie cytowanych słów :)
W nich zamknie się twoje udane życie.
Ta miłość była niezwykła pod każdym względem, znam ją, więc wiem, czym była.
To może też tekst o wielu ludziach, których znam, którzy mają w tych porąbanych czasach udane życie małżeńskie.
A to już ideał!

Jakże się cieszę, że w tej prostej historii odnalazłeś się i że dała radość.
Kapelusz z głowy za miłe słowa :)
introwerka dnia 08.09.2014 15:24 Ocena: Świetne!
I ja się wzruszyłam, czytając tę napisaną z serca historię, którą każda kobieta chciałaby od kogoś usłyszeć. Dużo w niej idealizmu, ale czy idealizm nie jest częścią życia, a nawet - nadającą mu smak esencją? Piękna, wszechogarniająca opowieść rozedrganej wzruszeniem pamięci.

Pozdrawiam serdecznie :)
Lilah dnia 08.09.2014 16:29 Ocena: Świetne!
Mike,
przeczytałam Twoją love story ze wzruszeniem. Dziękuję Ci. :)
mike17 dnia 08.09.2014 16:31
Dziękuję, Werko, za przybycie i bycie w moim świecie :) gdzie tym razem nigdy nie zachodziło słońce, gdzie miłość pisana była przez duże M.
Takie przestrzenie istnieją, to nie żart!
Jak nadal istnieje prawdziwe kochanie.

Życie, ten niezwykły gracz, pisze takie opowieści.
My potem ubieramy je tylko w zdania.

Kłaniam się i pozdrawiam, sącząc popołudniowe piwko :)

LILU - bardzo cieszy mnie twoja wizyta i to, że odnalazłaś się w tej prostej historii, to miłe i ważne dla mnie jako autora.

Pozdrawiam słonecznie :)
blaszka dnia 08.09.2014 18:10
Witaj Mike

operujesz słowem jak skalpelem, rozcinasz powierzchnie i wydobywasz emocje z wnętrza czytelnika. Każdy o czymś marzy, czegoś się boi, a Ty chwytasz te lęki i marzenia, i układasz z nich historie spełnione.
Pewnie, że życie nie jest jednym pasmem szczęścia i miłości, ale może za bardzo skupiamy się na jego negatywnych aspektach, by zobaczyć piękny całokształt. Twój bohater potrafił dostrzec to, co najcenniejsze, a cała opowieść stanowi zachętę do naśladowania takiego podejścia.
Pozdrawiam mile
palenieszkodzi dnia 08.09.2014 18:42
Mike17 napisał kolejną, po Waldku i Barze, historyjkę nazbyt landrynkową i mało odkrywczą. Miłość, choroba a potem śmierć - te wątki przypominają mi serie w kioskach z prasą o wspólnym tytule "Harlequin". To właściwie główny zarzut do tego tekstu, nie licząc pewnego śmiałego fragmentu, opisującego erotyczne przejścia bohaterów, który w ogóle nie pasuje mi do ckliwej i uduchowionej całości. Podobnie jak tytuł, zapowiadający jakąś groteskę.

Oczywiście do warsztatu autora nie mogę się przyczepić, widać, że pióro lekkie i sprawne. Ale ta tematyka...

Wydaje mi się, że wiersze wychodzą Ci o wiele lepiej, niż proza, na przykład "Wieczorem kiedy jesteś".
mike17 dnia 08.09.2014 18:53
Hello, Blaszko, co tu dużo gadać, prosta opowieść z życia, zwyczajna, bez zadęć, coś, co każdy z nas chciałby przeżyć, przynajmniej ja na pewno, choć nie mam prawa narzekać...

Cieszę się, żeś wpadła, za parę dni ostatni odcinek, nieco inny, uprzedzę.
Ukłony!

Palenieszkodzi, to, że drastycznie różnimy się ogólnie pojętą wrażliwością to jedno, to że nie czytasz ze zrozumieniem, chyba w ogóle nie czytając, kierując się personalnym uprzedzeniem do autora (nie po raz pierwszy), to drugie - ani na jedno, ani drugie lekarstwem służyć Ci nie mogę, więc pewnie tak już pozostanie...
Nie zbiednieję, na bank, kurde :)

Co do tematyki, to jak lubisz ostry hardkor, to wbijaj do "Najdroższa Mamo", czy "Pewnego razu latem", ewentualnie połechcę Cię z lekka tematyką menelską, ale tę, już po tytule pewnie odnajdziesz :)
Zresztą pisze w wielu konwencjach, od horroru, po groteskę :)
Dziękuje za czytanie mnie na bieżąco, to cenne.
No, to tyle.

Całuski i dwie rybie łuski :)
palenieszkodzi dnia 08.09.2014 20:01
Niemiło się odgryzłeś, mike17, zniknęła gdzieś cała Twoja elegancja i poczucie savoir vivre ; - ), którymi wypełniasz portalowe szpalty. Nerwy Cię poniosły a niesłusznie. I nie zasłaniaj się tu inną wrażliwością, bo nie o tym pisałam.
Może tak naprawdę to Ty nieraz czytasz bez zrozumienia?

Piszesz czasem teksty o wyświechtanej tematyce, ale podane na porcelanowej zastawie. Ta zastawa to Twój warsztat. Sama potrawa aż mdli od cukru.
Trudno dociec także, o jakiej osobistej antypatii mówisz? Znam Twoje teksty a nie Ciebie, wyluzuj z podejrzeniami.

Strasznie się uśmiałam, jak po słowach „…i dwie rybie łuski” dałeś wesoły pyszczek. Musiało Cię to kosztować hi hi ;p
mike17 dnia 08.09.2014 20:17
Nic mnie nie poniosło, nie schlebiaj sobie, i znając twoją złośliwą retorykę, także w stosunku do innych autorów, pozdrawiam wesoło, rezygnując z dalszej bezproduktywnej konwersacji, cenię swój czas, a i Ty swój szanuj.

Kisski :)
palenieszkodzi dnia 08.09.2014 20:32
Mike17, ochłoń na koniec i poczytaj sobie, kto z nas dwojga reprezentował "złośliwą retorykę". A także niesensowne insynuacje. Reszta, jak w poprzednich komentarzach - gdzie odnosiłam się tylko do Twoich tekstów, w przeciwieństwie do Ciebie. Pa ;p
mike17 dnia 08.09.2014 20:38
Oj, daj spokój, pozdrawiam z uśmiechem i życzę spokojnej nocki :)
Życie jest takie krótkie, takie krótkie...

Cmok cmok :)
Usunięty dnia 08.09.2014 20:51
Opowieść niosąca nadzieję na to, że prawdziwa miłość jednak istnieje. Będąc niedawno w księgarni dostrzegłam na ladzie maleńkie obrazki, po wnikliwych oględzinach spostrzegłam, że to magnesy na lodówkę, właśnie w formie obrazeczków. Uwagę mą zwrócił jeden. Przedstawiał parę nagich staruszków, trzymających się za ręce i biegnących w stronę morza. To (wg mnie) jest właśnie o nich opowieść. I nie wiem, czy większość ludzi zdecydowałaby się umieścić ten magnesik na lodówce, ja na pewno.
p.s. tylko dwie rzeczy mnie zaniepokoiły... te brązowe nogi Clare - musiałam się przekonywać, że to nie brak depilacji, tylko opalenizna;) i to nagłe, i niespodziewane przejście z całowania paluszków do czegoś innego;)
Jeszcze raz powtórzę, że niesamowita historia i ta piątka dzieci - super!
I ona żyła - w jego sercu.

Pozdrawiam:)
mike17 dnia 08.09.2014 21:03
Bo z prawdziwej miłości często bywa piątka dzieci :)

A to była taka, już zaczęta jeszcze w innym stuleciu!

Zdradzę, że nagość dla moich bohaterów to była powszednia zwykłość :)

Nawet, gdy siwizna zdobiła już skroń...

Ale to piękne, zacne, ludzkie, kiedy miłość nie ma granic czasowych, nie patrzy na wygląd, nie liczy już na udane amory - jest, po prostu jest :)

Dzięki, Aniu, za wizytę i bycie z nami i nimi :)
akacjowa agnes dnia 08.09.2014 21:17 Ocena: Bardzo dobre
Mike, za takie teksty kobiety Cię uwielbiają. To masz pewniejsze niż śmierć i podatki :) Natomiast u facetów sobie narobisz. Mówię "facetów", bo każdy mężczyzna będzie myślał tak jak TY.
Więcej dziś nie napiszę, bo "time is money", ale "I'll be back, man!"

Pozdrawiam
mike17 dnia 08.09.2014 21:39
Sure, I'll be back, too :)

Aga, fajnie żeś wpadła, miło mi bardzo, bo czasem takie opowieści mają pod górkę, ale chyba broni je naturalna szczerość.

Twoja wizyta jest dla mnie radością i czytam ją jak dobry znak.
A zatem dziękuje, kłaniam się i zapraszam za parę dni znów.

Pozdruffki nocne, oj, nocne :)
romantyczna dnia 10.09.2014 11:10
Michale - dałam się wciągnąć w Twój świat. Trochę mi to przypomina "Lato z Moniką", przez tą dedykację zresztą wyobrażałam sobie, że to tekst dla mnie :) I proszę, znalazłam tu nutkę romantyzmu, erotyzmu, liryzmu, a wszystko to wymieszane i podane z niezłym smakiem na talerzu. Mam kilka ulubionych fragmentów, ale zachowam je dla siebie ;)
Końcówka bardzo mnie urzekła, bo jest mi bardzo bliska, wiele razy snułam podobne refleksje nad domem moich ukochanych dziadków. A co jeśli ich zabraknie i będę mogła tylko tęsknie popatrzeć na ściany, w których oddychali? Dobrze ukazałeś odczucia narratora, była tam radość i smutek, szczęście i tęsknota.
Cóż mogę powiedzieć? Pisz, bo to najważniejsze dla nas piszących ;) A ja będę sobie tu siedzieć cichutko i czytać.

Pozdrawiam
mike17 dnia 10.09.2014 11:26
Dziękuję, Moniko, za ten piękny, urzekający i obszerny koment prosto z serca, jak ta skromna opowiastka o prawdziwym kochaniu, na faktach, jak już we wcześniejszych wypowiedziach mówiłem, bo większość z tego, co opisałem, wydarzyło się naprawdę.

Tak, ja już znam ból nieposiadania dziadków, więc rozumiem twoje obawy...

To tekst dedykowany żonie, ale tak naprawdę pisany z myślą o Szanownych Czytaczach, którzy lubią zaglądać do mojego kramiku z opowiadaniami :)

Trafnie scharakteryzowałaś tę miniaturę - właśnie to chciałem ukazać.

Zapraszam Cię do poprzedniej części "W barze u Smukłego Steve'a" i za kilka dni do części ostatniej "Tango Italiano".

Pozdrawiam wesoło :)
puma81 dnia 12.09.2014 11:03
Mike, uwielbiam, kiedy piszesz o miłości, gdyż Twój "model" jest moim ideałem. I jeśli o mnie chodzi, jest to temat wiąż aktualny, obojętnie ile bym nie przeczytała, ciągle mi mało, obojętnie jak mocno bym nie kochała, wciąż czuję, że można mocniej, głębiej. Pomimo, pomimo wszystkiego. To słowo jest niezwykle istotne w Twoim tekście.
Piękny styl, wciągający, bliski, zupełnie jakbyś stał gdzieś z boku i szeptał do ucha.
Brawo, proszę Pana, brawo!
mike17 dnia 12.09.2014 12:50
Twoje słowa, Kasiu, to miód na moje artystyczne serce, sama rozkosz, co sprawia, że czuję się skończenie spełniony i very happy :)

Lubię pisać o miłości, i w taki sposób, jak tu, i nieco bardziej drapieżnie, ale sam temat jest bardzo wdzięczny i na tym polu można zdziałać cuda.
Wiem, że będę do niego nadal wracać.

Dziękuję bardzo za garść pochwał, strasznie mnie to motywuje i daje pałer :)
Jeśliś zadowolona, to ja też!

Kłaniam się nisko :)

PS. Zapomniałem pogrubić imię, nieładnie, panie mike...
Barbara K.W. dnia 12.09.2014 13:43
No, no! Dobrze, że tu trafiłam, chociaż nadmiar damskich wzruszeń i szlochów w komentarzach na trochę wstrzymał chęć odezwania się do Ciebie.
Obok nas żyją ludzie, którzy nie robią sobą subiekcji innym. To rzadkie, wspaniałe, dojrzałe osobowości. Zwykle ich nie zauważamy lub sądzimy, że tak ma być, to normalne. Spotkałam tylko dwoje i mogę mówić, że mam szczęście.
Jeśli wątek ogłoszenia matrymonialnego jest prawdziwy, to kolejny raz będę musiała przyznać, że życie jest ciekawsze i bardziej zaskakujące niż fikcja.
Istotnie wzruszająca lektura.
Pozdrawiam
mike17 dnia 12.09.2014 15:32
Witaj, Barbaro, w mojej czytelni opowiadań przeróżnej treści :)
Wątek ogłoszenia matrymonialnego to czysta fikcja - mój przyjaciel poznał żonę w życiu, gdzieś, kiedyś, pewnego pięknego, pisanego im dnia, kiedy wypełnia się Przeznaczenie.
Im się wypełniło w 200 procentach.

To bardzo dojrzali ludzie, jak piszesz, inaczej nie przeżyliby ponad pół wielu ze sobą, "pomimo", a to sztuka nad sztukami, najłatwiej się rozwieść, gorzej pracować nad konsensusem.

Bardzo dziękuję za wizytę i miłe słowa, to bezcenne i ważne.

A że udało mi się wzruszyć, to już miodzio dla mnie :)

Pozdrawiam słońcem stolicy :)
labedz dnia 14.09.2014 13:04 Ocena: Świetne!
Znany temat: miłość, choroba, śmierć, samotność. Oszczędny w formie styl narracji, co nie znaczy, że mało ciekawy. Raczej: styl spokojny, nienachalny, podkreślający treść swoim ascetyzmem, oddający jej należny szacunek. Na pozór - nie zachwyci, ckliwe, może nuda nawet.
Ja w tej mieszance widzę świadectwo, relację, mimo fabularnej narracji pewną prawdę dokumentalną. Czy mamy prawo zarzucać tkliwość czyjemuś prawdziwemu, wywalczonemu i przeżytemu do końca szczęściu? Nie mamy. Zwłaszcza, że wszyscy o tym marzymy. Dla mnie więc ten tekst kategorycznie nie podlega ocenie w zakresie rzekomej cukierkowatości treści, naiwności czy taniości ckliwej opowieści. A do stylu i warsztatowych umiejętności autora tylko kretyn mógłby się przyczepić.
Dla mnie to tekst szczery i prawdziwy, przyziemny i codzienny, jak wszystkie prawdziwe, bliskie życia historie. I jest w tym wielkie piękno, bo to co najprostsze - paradoksalnie - wcale nie jest najłatwiejsze, i każdy dojrzały facet czy babeczka o tym wiedzą. A na pewno wiedzą o tym szczęśliwe pary.
Prawdziwa miłość, prawdzwie szczęście, które jest zwykłe, codzienne i proste, jest cholernie trudne. I dlatego uwielbiam ten tekst.

Pozdrawiam.

P.S.: Wyrazy szacunku dla protagonisty tego tekstu, to musi być wspaniały człowiek.
mike17 dnia 14.09.2014 14:45
Wojtek, twoje komenty to prawdziwy miły nokaut :)
Mam wrażenie, że strasznie dużo nas łączy, skoro tak samo patrzymy na świat, miłość i ludzi.
To niesamowite, jestem w szoku, stary, poważka.
Rozgryzłeś mnie i mój tekst w 200 procentach, a to mnie bardzo cieszy, bo wiem, że to może wydawać się banalne, ale czyż piękna i czuła, wypełniona udanym seksem i radością, pięknem małych rzeczy, miłość nie jest zwyczajna, banalna i bez fajerwerków?
Otóż jest!
I takie było życie M., który posłużył mi za tworzywo do tego dziełka.
Jego życie to coś niezwykłego, ma 88 lat, a nadal dużo chodzi, jeździmy na ryby, gramy w pokera, potrafi wypić parę piw, ma niezamąconą demencją inteligencję i wrażliwość prawdziwego mężczyzny.

Cały ten malutki cykl to proste historie wzięte z życia bez artystycznych zadęć.
Coś a la "Prosta historia" Lyncha.
Nie szło mi tu o nic więcej.

Dziękuję Ci za pochwały warsztatu, ciągle jestem w drodze, ciągle pracuję nad sobą bardzo dużo pisząc i czytając, czasem pisanie idzie mi pod górkę, ale impas w końcu mija.

M. pozdrowię od Ciebie.

Raz jeszcze ukłony za taki koment, stary, to mega kozak :)
labedz dnia 14.09.2014 19:28 Ocena: Świetne!
mike17 napisał:
czyż piękna i czuła, wypełniona udanym seksem i radością, pięknem małych rzeczy, miłość nie jest zwyczajna, banalna i bez fajerwerków?
Otóż jest!

Oczywiście, że jest. I to jest w niej piękne, zachwycające i pociągające. Ale ciekawie i dobrze to opisać, to już bardzo trudne zadanie, które Tobie, stary, jakoś zgrabnie, cholera, wychodzi.:)
Z reguły przecież dużo łatwiejszym tematem do opisania jest tragedia, jakieś pogmatwane losy, karczemne trudy, patologia i inne takie aspekty, niż szczęście właśnie. Każda bajka, gdy jej treść przebrnie przez wyboje, a głównym bohaterom pozostaje już żyć razem w szczęściu, zdrowiu i dostatku, zazwyczaj wtedy się kończy. I tego szczęścia nie ma odwagi już opisywać, urywa się znanym zdaniem "i żyli długo i szczęśliwie", choć trudności i perturbacje wcześniej owa bajka opisywała z pasją i namiętnością.;)
Cieszę się, że można zrobić taki poruszający kawałek o dobrze przeżytym życiu, można tak wzruszyć i zainspirować.
Dobrze, że pracujesz nad warsztatem, że poszukujesz, ćwiczysz, choć moim zdaniem masz już naprawdę sprawnego i wyrobionego skilla pisarskiego, zawsze dobrze się "Ciebie" czyta. A z lynchowską "Prostą historią" też mi się to skojarzyło, gdzieś na etapie odbierania głównego bohatera, co tylko i wyłącznie dobrze zrobiło tej opowieści.
Raz jeszcze gratuluję kolejnego udanego kawałka, do zobaczenia pod kolejną z cyklu miniaturą.:)
mike17 dnia 14.09.2014 19:44
Cytat:
Ale ciekawie i dobrze to opisać, to już bardzo trudne zadanie, które Tobie, stary, jakoś zgrabnie, cholera, wychodzi.:)

Bo ja, Wojtek, jestem facio z dużym serduchem, ale twardym zadkiem :)
Cytat:
Z reguły przecież dużo łatwiejszym tematem do opisania jest tragedia, jakieś pogmatwane losy, karczemne trudy, patologia

Wiem, ale i o tym pisałem wiosną w moich brutalnych kawałkach, które nie są tym, co lubię pisać, kocham Dobro i o nim chcę układać litery.
Cytat:
Cieszę się, że można zrobić taki poruszający kawałek o dobrze przeżytym życiu, można tak wzruszyć i zainspirować.

To już nie ja pisałem, a życie, życie M. profesora ekonomii, mego przyjaciela od kufla i od wędki.
Cytat:
masz już naprawdę sprawnego i wyrobionego skilla pisarskiego

To ciągle w pracach, Wojtku, wierz mi, czasem mam w deklu taką pustkę, że wątpię w siebie cholernie...

Jakże fajnie się znów spotkać pod tym mikrusem :)
Jeśli było na poziomie, tom rad.
Nie jestem facetem od miniatur, więc to w zasadzie moje początki.
Coś tam się pisze przy okazji konkursów.

Przybijam pionę, stary, i pozdrawiam pijąc browca :)
labedz dnia 14.09.2014 20:10 Ocena: Świetne!
Mówią - "pokaż mi swoich przyjaciół, a powiem Ci kim jesteś." Nie dziwi mnie więc, że pociąga Cię dobro, skoro masz przyjemność otaczania się takimi wybornymi ludźmi jak chociażby rzeczony profesor, czy Waldek, którego nadal mam w dobrej pamięci.
Dobrze wiedzieć, że jesteś przystanią, w której można zacumować w poszukiwaniu czegoś optymistycznego. Pisz, pisz. Przyda się na przygnębiające, zimowe wieczory.;)

Przybijam i ja! :)
mike17 dnia 14.09.2014 20:16
Możesz na mnie liczyć :)
Nie rzucam słów na wiatr, nawet po pijaku.
Kocham ludzi, i chyba z wzajemnością???

Ahoy! :)
jasna69 dnia 17.09.2014 18:38
Mike, niesamowicie wzruszająca opowieść o miłości. Spokojnej, jakby niewidzialnej a jednak docenionej. I to chyba najbardziej uderza w tym tekście – świadomość bohatera, że w życiu odnalazł to, co najważniejsze.
Uwielbiam Minę, a utwór Il cielo in una stanza, szczególnie. Esencja radości z bycia razem. Gdy jesteś tu ze mną, ten pokój nie ma ścian… kiedy jesteś blisko mnie, nie istnieje sufit… widzę niebo ponad nami. Gra harmonijka, a mi wydaje się, że to organy, które wibrują dla mnie, dla ciebie, w górze, w nieskończoności nieba.

Och, rozmarzyłam się… i jak mam Cię za to nie kochać, drogi Autorze.
Pozdrawiam serdecznie i do "zobaczenia" wkrótce
mike17 dnia 17.09.2014 18:50
Nareszcie!!!
Il cielo in una stanza było inspiracją tej miniatury!
A wykon Miny Mazzini z 1960, w kolorze, zwala mnie zawsze z nóg, chwyta za gardło, szok i moją żonę też :)
Bo pokój mojej pary był światem, w którym kochali.
Bez ścian, bez sufitu, bez zbędnych ozdobników.
Tylko kochanie...
To kochanie.
Czasem wiesz, że nigdy nie będzie drugiego razu.

Czekam, bardzo, bo poczuj, jak cykl tych miniatur zwieńczy swe dzieło.
Zwyczajnie-niezwyczajnie, jak to w życiu.

Czekam, Renato, czekam bardzo :)
Ananke dnia 06.06.2015 20:29 Ocena: Dobre
przeczytałam, tekst bardzo poprawny technicznie, napisany płynnie, nie męczysz opisami, jednak momentami czuję pewną nieścisłość, twojego bohatera (pod koniec) raz odczuwam jako starca, który patrzy wstecz na swoje życie, a raz po prostu mężczyznę w średnim wieku po przejściach, który dokonuje pewnego podsumowania, rozliczenia swojego życia. Niemniej jednak tekst mi się podoba :)
mike17 dnia 06.06.2015 20:39
No to fajnie, że się podoba :)
Oby tak dalej.

Pozdrowczyk :)
faith dnia 29.03.2016 18:23
To kolejna już opowieść z tego cyklu, która wzruszyła mnie niezwykle (nie przyznam się do jakiego stopnia, bo wolę udawać twardszą niż jestem:)).

Historia, od której robi się na sercu cieplej. Chyba czegoś takiego potrzebowałam. Ostatnio czytywałam Cię raczej w tej cięższej prozie, natomiast ta miniatura znów udowadnia, że czujesz się dobrze w wielu gatunkach.

Chcę jednak teraz nawiązać do samej historii, jej bohaterów, treści, życia które tu opisałeś. W trakcie czytania powoli zaczynałam rozumieć co chcesz przez nią pokazać i to Ci się udało.
Niewielu ludzi potrafi stworzyć taki związek, zgodny i długotrwały. Pełen czułości pomimo upływających lat. Czasami jesteśmy zbyt egoistyczni, by móc zbudować coś takiego, a czasami to po prostu kwestia niedobrania zapewne.
Twoi bohaterowie to niezwykli ludzie. Ta miłość, którą opisujesz nie jest "słodko-pierdząca", od początku do końca jest dojrzała.
Lubię bardzo, gdy ktoś przedstawia to uczucie w ten właśnie sposób. Gdy pokazuje, że nie wystarczy być ze sobą tylko na dobre, ale właśnie przede wszystkim na złe, zaakceptować człowieka ze wszystkimi jego ułomnościami, które powstają bardzo często niezależnie od niego.
Być oparciem, uśmiechem, promykiem. Wspólnie przecierać szlaki mimo przeciwności.

I wiesz... myślę sobie, że nie każdy ma tyle szczęścia jednak. Szczególnie dzisiaj, gdy tyle w nas niepewności, tyle pokus. Dzisiaj ludzie bardzo często się gubią. Żyjemy w dobie jednorazówek, gdzie wszystko jest ważne i potrzebne dopóki działa bez zarzutu. Gdy zacznie się psuć, należy wyrzucić i udawać, że jeśli zniknęło z zasięgu wzroku to nigdy nie istniało. Tak jest z ubraniami, rzeczami codziennego użytku, sprzętami elektronicznymi, ale też z ludźmi, uczuciem, związkami... I to jest najsmutniejsze. Bo pewnego dnia sami obudzimy się z ręką w nocniku, starzy i schorowani, nie mający do kogo wyciągnąć ręki po pomoc, do kogo się uśmiechnąć.

Twoja opowieść jednak, daje nadzieję, pokrzepia serca i sprawia, że robi się w nich cieplej. Zawsze mnie zastanawiało, kiedy człowiek może czuć się spełniony. Myślę, że Mike z pewnością należy właśnie do spełnionych ludzi. Bo czego można chcieć więcej od życia, niż pięknej miłości kwitnącej aż do końca?

Pozdrawiam!
mike17 dnia 29.03.2016 19:57
Choć tekst zadedykowałem żonie, pierwowzorem bohatera jest mój serdeczny przyjaciel, pan M., emerytowany profesor ekonomii, z którym od lat jeżdżę na ryby :)
To on miał zaszczyt mieć TAKĄ żonę i TAKĄ miłość, trwającą ponad 50 lat.
Sam chcę pobić ten rekord, ale brakuje mi jeszcze 25 lat, bo dzieje tego kochania z tej miniatury to w głównej mierze moje i mojej żony piękne i udane lata, które tak szybko biegły, że nawet nie wiem, kiedy to minęło.

Wiem, że piszę często mocne rzeczy, ale mam wielką potrzebę wzruszać i poruszać, pisać o szczęściu, lirycznie i ciepło, oddawać magię zwykłego, dobrego kochania.
Zwłaszcza w tych pokręconych czasach, kiedy ludzie brukają najpiękniejsze uczucia, ranią się i idą dalej robić to samo, bez żadnych wniosków.

Bo wierzę w miłość do grobowej deski.
Jeśli tylko ludzie byli sobie pisani, to się uda.

I wiem też, że gdy się kocha, jest się też przyjaciółmi, namiętność z czasem wygasa, przywiązanie i przyjaźń pozostaje.
I to, że cię nie opuszczę aż do śmierci...

Twoje komenty, Kasiu, to małe perełki.
Ilekroć je czytam, wiem, że warto wytężać mózg, by dać kolejne opko, bo może trafi się czytelnik, który w stu procentach odczyta mnie tak, jakbym tego chciał.
I Ty to robisz.
Podziwiam zdolność wchodzenia w tak różne klimaty, w jakich się poruszam.
To świadczy o wielkim wyrobieniu czytelniczym i wyczuciu tekstu.
To piękna nagroda, za co Ci bardzo dziękuję :)

Pozdrawiam!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
al-szamanka
24/04/2019 21:41
Powiem Ci tak: Wiersz byłby o wiele lepszy, gdyby był… »
Marek Adam Grabowski
24/04/2019 13:36
Bynajmniej nie chodzi o błędy językowe; lecz o to, iż temat… »
Miladora
24/04/2019 12:50
Witaj poświątecznie, Hope. :) Będzie krótko, bo nie mam się… »
Berele
24/04/2019 10:19
Zdanie w 2 zwrotce jest nienaturalnie długie. To nie jest… »
pociengiel
24/04/2019 08:33
Chyba tak mam czas do wieczora. »
al-szamanka
24/04/2019 08:23
Fajnie, że się podobało. Dziękuję za poczytanie i miły… »
al-szamanka
24/04/2019 08:21
Odjazdowy tytuł :D Najbardziej podoba mi się słońce… »
lew morski
24/04/2019 03:44
Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz – myślałem, że… »
Abi-syn
23/04/2019 21:28
Hejka Wiki to prawie jak ja, :) , też rzadko, też z… »
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
ShoutBox
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:55
  • Cholera jasna! Co mnie tu znowu przygnalo? :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:54
  • By ich nie spalic, troskliwie zawijaj w sreberka. /Swistak/ :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:52
  • I pamietaj by wsrod przypraw , byla oliwy kropelka.
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:51
  • Juz niedlugo, za dni pare. Idz po piwko, nie gitare. Rozpal grilla a w sam zar, wloz kartofli kilka par.
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:yxutyf
Wspierają nas