Cibkovsky to brzmi dumnie - mike17
Proza » Obyczajowe » Cibkovsky to brzmi dumnie
A A A
Od autora: Amerykańskie kino drogi w poszukiwaniu... a czego, to się dowiecie, kiedy przeczytacie ten kawałek. Stylizacja językowa celowa. Napisałem zainspirowany po raz kolejny prozą Bukowskiego. Będzie się działo. Zapraszam do wspólnej jazdy :) Ready, steady, go!
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

                          

 
 
 
Sacramento, California, 24 kwietnia 1966
 
Marlon Cibkovsky właśnie był niezwykle zajęty, kiedy ktoś zapukał do drzwi.
Starannie, aczkolwiek bardzo dynamicznie wykonywał powszechnie znane czynności, zapoczątkowane przez biblijnego Onana, patrząc bezrozumnym wzrokiem na lichego świerszcza z cycatą Latynoską, która ostro prężyła się na leżaku, postawionym nad przepaścią.
- Że też się nie boi, kurde… - stęknął głucho.

Pukanie upierdliwie dawało znać o sobie, podobnie jak nadchodzący, burzliwy orgazm, a trzeba zaznaczyć, iż był on jak tsunami: potężna porcja gęstego nasienia, wystrzelona pod niebywałym ciśnieniem zwaliła z telewizora małe, czarno-białe zdjęcie Rolling Stonesów z 1964, oprawione w liche, plastikowe ramki, rodem z podrzędnego supermarketu, które z suchym, przenikliwym trzaskiem potoczyło się sromotnie pod szafę.
- W mordę jeża…
- Puk puk – ktoś nie miał litości i nie zamierzał odpuścić.
- Gorzej?
- Puk puk – dźwięk mierził czaszkę.
Wyrwany ze słodkiej euforii poszedł do łazienki, urwał kawałek kwiecistego, niewybaczalnie miałkiego kolorystycznie papieru toaletowego i stanowczo wytarł nim wilgotną główkę – nie lubił wielkich, wyrazistych plam na spodniach, zwłaszcza jasnych.
Wiosna obnaża niedoskonałości.
- A pieprzyć Fidela – powiedział pod nosem.
- A pieprzyć… - powtórzyło echo czterech ścian.
 
Otworzył.
W progu stała jego siedemdziesięcioletnia matka, kobieta pomimo wieku krewka i skora do awantur.
- O, mamusia! – przy kobietach zawsze panował nad wulgarnym i prostackim językiem.
- Prowadź mnie do środka! – zawołała pani Cibkovsky, po czym prężnym krokiem pełnym zdecydowania ruszyła ku jadalni.
Opadła na fotel i syknęła:
- Kiedy, ty konusie?
- O co mamie chodzi?
- Kiedy założysz rodzinę? Kiedy znajdziesz żonę i wypełnisz ją dziećmi? Niedawno stuknęła ci czterdziestka.
- A o to chodzi…
- Johnny Michalsky w wieku pięćdziesięciu lat znalazł miłość swego życia.
- Zapewne dostał cieśni nadgarstka od onanizmu.
- Jego ojciec pochodził z Polski. To taki piękny kraj nad Dnieprem, znany ze spływów gondolami.
- Aha. Rozumiem. To mówi samo za siebie.
- Daję ci pół roku. Potem wydziedziczę jak zapchlonego psa, jasne, miglancu?
- Tak jest, mamo. Przyjąłem do wiadomości.
- Dom, działka i mój kabriolet pójdzie w łapy Pippo, choć serce będzie wyło, że nie w twoje.
- Przecież on się wżenił w naszą rodzinę! To niesprawiedliwe!
- Robi mi raz na tydzień zakupy i kosi trawnik. A ty, fagasie jeden, co matce pomogłeś?
- Moje interesy ostatnio szły licho…
- Ty mi tu nie pieprz, bo zaraz wymienię z tobą uwagi o pogodzie. Twój świętej pamięci ojciec na plaży Omaha miotaczem ognia usmażył cały bunkier pełen Szkopów, a ty ciągle biegasz w krótkich spodenkach? Dość tego! Zdania nie zmienię – masz znaleźć żonę!
 
Montgomery, Alabama, 1 maja 1966
 
- Zalać do pełna? – spytała opalona na mahoń laska, pracująca w weekendy na stacji benzynowej u „Gorrrącej Betty”, gdzie można było zjeść świeże mięso z grilla i zaliczyć ostre pukanie, bo właścicielka była obrotną burdel mamą, więc wici rozchodziły się z prędkością światła po okolicznych wioskach, że to klawy adres, ale nie o to przecież chodziło Marlonowi, nie o to.
- Szukam żony – powiedział poważnie, gapiąc się na falujący biust.
- A co uciekła od ciebie, przystojniaczku?
- Jeszcze jej nie poznałem.
- Aż tak źle?
- Tak.
- Mogę ci obciągnąć za dziesięć dolców.
- Mam sprawne dłonie.
- To czego tu szukasz?
- Mówiłem: żony.
- Ostatni z wielkich romantyków?
- Jak dotąd praktykowałem stylowe cipkarstwo. Ale nic nie trwa wiecznie. Czasem trzeba zrzucić skórę jak jaszczurka.
- Krótki kaszel i pozamiatane?
- Masz jakieś namiary? Jeżdżę po całych Stanach i szukam. Mam mało czasu. Nie mogę wrócić na chatę bez żony, czujesz? To mnie przerosło. Stoję pod murem. Tyle.
- Może skocz do chłopaków.
- Jakich chłopaków?
- A takich, różnych – i mówiąc to, powiedziała, jak tam dojedzie.
- Każdy trop wart sprawdzenia – powiedział, wsadzając jej banknot między cycki.
 
Menażeria była zaiste kolorowa i nader osobliwa: byli tam kaskaderzy, śpiewacy operowi, bokserzy, przybłędy, hrabiowie, aktorzy, mimowie, poławiacze krewetek, stolarze, dentyści, kierowcy ciężarówek, wróżbici, zbieracze truskawek, zawodowi szulerzy, tancerze, zakręceni autorzy lichych opowiadań, pospolite nieroby i inni, nawiedzeni ludzie.
Dookoła panowała atmosfera wiecznej fiesty, bez względu na warunki pogodowe i chwilowe braki tanich alkoholi. Liczył się „feeling”. A jego zawsze było w bród.
 
- Zapraszamy do wspólnej zabawy! – zawołał podchmielony, nieogolony młokos o rozbieganych, kaprawych oczkach, dziarsko pijący z gwinta.
Towarzystwo potężnie falowało, gawędziło na sto głosów i piło, co popadnie. Wina, piwo, wódkę, brandy, spirytus, perfumy, nalewkę na porost włosów, kropelki nasercowe. Wszystko oprócz wody. Wodę piją chorzy i starcy, oraz ludzie z kamicą nerkową. Tu takich nie było. Ekipa spijała się radośnie w świetle słońca i wśród wierszy początkujących poetów, zamroczonych alkoholem, a więc prawidłowo nastawionych do recytacji swych utworów.
Istnieje typ ludzi, którzy jeśli się nie napiją, nic im nie wyjdzie.
To poeci – oni po trzech piwach napiszą arcydzieło.
Nagle z tłuszczy wyłonił się kościsty blondyn i zapytał:
- Gotowi?
- Dawaj, dawaj! – rozległo się gromkie przyzwolenie.
I wypowiedziawszy te słowa złapał jakąś kartkę i utkwił w niej ogniste spojrzenie.
Po chwili już czytał:
 
ciągle jestem w kontakcie
ze zbrodniami mojego pokręconego ducha
chociaż zostawiłem je za sobą
stworzyły tkankę jestestwa
stały się czarną krwią
która zbyt szybko krąży w żyłach
 
jestem jak nagi bóg
który zwariował
we własnym niebie
 
bo mój umysł jest zbyt wysublimowany
by odróżnić dobro od zła
 
Kiedy skończył, tłumek ożywił się.
Podobało się.
Poeta nie został odrzucony – każdy rozumny pojął go bez szwanku na duszy.
Choć pijani w sztok, docenili jego sztukę.
- Brawo! – wrzasnął ktoś znienacka.
- Super! – powtórzył inny głos.
- Nie może być! – zapiał jakiś cienki falset.
- To mój trzeci wiersz – powiedział Yuri Goovienko, emigrant spod Moskwy.
- Wymiatasz, człowieku, po prostu kilerskie – wszedł w gadkę Marlon.
- Pierwszy raz nad rzeką? – spytał poeta.
- Jestem przejazdem. Szukam żony.
- To, kurwa, źle trafiłeś, tu same samce – zarechotał oddolnymi partiami podbrzusza Yuri.
- Może któryś zna jakaś sensowną suczkę?
- A coś ty taki homo ledwie sapiens? A rączka od czego?
- Ile można, panowie. To jak: znacie kogoś?
- Tu same kurwiszcza, stary, jedź dalej, bo spadłeś, zdaje się, z deszczu pod rynnę.
- Ale laska na stacji benzynowej…
- Belinda? Każdy ją tu pukał. Przypadek kliniczny. Obsłuży nawet własnego dziadka.
- A wasze siostry, koleżanki?
- Odpuść. Nie wyjdzie ci nic z tego, choćbyś się zesrał na kwadratowo.
- Jestem bogaty.
- A ja garbaty – zaśmiał się łysawy pokurcz na cienkich nóżkach.
- Coś mi się widzi, że zalewacie moczem. Takie ostre chłopaki? Coś wam się we mnie nie podoba? No, śmiało, coś nie podchodzi?
- A pędź bizony, kolo, bo kopa zapodam. Krzywy lans wal swojej starej – rzekł ponuro Yuri.
- Możesz mi naskoczyć, kmiocie z woskiem w uszach, i walnąć kankana – palnął Marlon.
- Spierdalaj, bo będą bęcki.
- Ciule skurwiałe, pijaczki zasmarkane.
- Chłopaki, brać go! – zawołał poeta, ale wkrótce po tym, jak to zrobił, nasz bohater był już w samochodzie i wiał nim, gdzie pieprz rośnie – instynkt samozachowawczy zwyciężył.
Na szczęście faceci są jak grzyby – każdy kozak.
 
Honolulu, Hawaje, 17 czerwca 1966
 
Radośnie goszczony przez pewną niezwykle towarzyską i otwartą, hawajską rodzinę, oddawał się rozkoszom konsumpcji. Właśnie trwała luau, prawdziwa uczta, w trakcie której na stole pojawiły się smakowite, lokalne ryby takie jak: ono, mahi-mahi i lomi-lomi, w połączeniu z taro, co razem z ulu, pieczonymi owocami drzewa chlebowego, kulolo, czyli puddingiem z kokosa i liści taro oraz loco moco, a więc ryżem, jajkiem sadzonym i sosem gravy, dawało raj dla podniebienia, nie mówiąc o poprawce w postaci pipikuli – befsztyku wołowego plus krewetki i ostrygi, bowiem mieszano tu dowolnie mięsa i ryby.
By w ustach nie zaschło, gospodarz szczodrze polewał Sailor Jerry Rum, czterdziestowoltowy alkohol, co oznaczało ni mniej, ni więcej zacny trunek, w którego zapachu dominuje na ogół intensywna wanilia, maślane toffi oraz nuty cynamonu. W smaku zaś ciepłe przyprawy takie jak cynamon i gałka muszkatołowa z bogatym dodatkiem wanilii i z odrobiną wiśni. Długo spływa po gardle, wyważony, z przytłumioną słodyczą.
 
- Pan jest bardzo miły, panie Cibkovsky. Dziś rzadko kto podrzuca „na stopa”.
- Ja się tam nie boję. A poza tym lubię ludzi. Może kiedyś ja będę potrzebował podwózki?
- Tak, życie to chodzenie w szklanych butach – mogą się pewnego dnia potłuc…
- Szukam żony.
- Czyżby zaginęła? – zapytała z troską w głosie rodzina de Frutti.
- Wręcz odwrotnie: wciąż jej nie znam.
- To dość niezwykła sytuacja, nieprawdaż?
- Dość, że tak powiem. Czas mnie nagli, a tu dupa…
- Że co?
- Impas.
- Może Minnesota Fred panu pomoże.
- A kto to, jeśli można wiedzieć?
- On zna wszystkich i wie o wszystkim. Jeśli on nie da rady, to…
- Jasne. A gdzie mieszka?
Kiedy Marlon podszedł do baraku, spowitego kwaśnym i dusznym odorem rzadkiej sraki, na którym namalowany czerwoną farbą widniał krwisty sierp i młot, usłyszał piosenkę śpiewaną nerwiście i z drżeniem, przy akompaniamencie gitary:

El ejército del Ebro
Rumba rumba rumba la
El ejército del Ebro
Rumba rumba rumba la
Una noche el río paso
Ay Carmela, ay Carmela
Una noche el río paso
Ay Carmela, ay Carmela
Pero nada pueden bombas
Rumba rumba rumba la
Pero nada pueden bombas
Rumba rumba rumba la
Donde sobra corazón

Ay Carmela, ay Carmela
Donde sobra corazón
Ay Carmela, ay Carmela

 
- Co ty, kurwa, Hiszpan jesteś czy jak? – zapytał, gasząc butem kiepa.
- A było się tu i ówdzie. Jebało się faszystów.
- Jakich faszystów?
- A ludzi Franco.
- To byli nacjonaliści, nie faszyści, coś ci się pogrzało.
- Tylko Bóg, Bóg, Bóg.
- Nie zabronisz nikomu, tak jak tobie nikt nie zabroni walenia porannej gruchy.
- Ale...
- Wtedy każdy, kto nie był komunistą, był faszystą.
- Cały świat tam przyjechał, by walczyć o słuszną sprawę.
- Co ty pierdolisz? Jaki świat? Ludzie Stalina i międzynarodowe komuchy. Wtedy co trzeci Hiszpan gadał po rosyjsku, nie wiesz o tym? Faszyzm to miałeś u Adolfa. Franco po prostu nie chciał zostać kolejną republiką radziecką.
- Co nasze, to nasze.
- Co masz na myśli?
- A ile tych księżulów i zakonnic zakatrupiłem, to moje.
- I do figur też strzelałeś, co? I srałeś w kościołach?
- Jasne, człowieku, codziennie.
- To po cholerę żyjesz w Stanach?
- Bo tam mnie nie kupią.
- Oczywiście. Towarzysz Chruszczow, skoro żeś żył w Stanach, uzna cię za szpiega i czeka cię drewniane kimono.
- Ale może do Polski?
- Tak. Do Polski możesz spróbować. Tylko nie mów, że gwałciłeś zakonnice. I kastrowałeś braci zakonnych.
- Jak u Franco?
- Tak. Tam też mają poczucie sprawiedliwości.
- To gdzie mam spierdalać, bo, w mordę, mam pietra.
- A na Madagaskar chociażby.
- A co to?
- A nie wiem.
- To po co mi radzisz?
- Bo tam nie było komunistów i nacjonalistów. Może ci jaj nie odgryzą.
- Ale skoro Hemingway…
- Papa był cyklofrenikiem i często nie kumał, że kuma. Myślał, jak tu zaptaszyć i zalać pałę. Reszta była mało ważnym dodatkiem.
- Ale ja jebałem ludzi Franco. Boję się dziś zemsty.
- A to było zamiast tego robić na drutach.
- To poszło samo.
- To niech ci teraz samo drugim końcem wyjdzie.
- A łatwo gadać. Chyba mnie podsłuchują, śledzą, obserwują przez lornetki…
- Sprawdź, czy nie masz kamery w sraczu, jak walisz kloca. Może i tam są.
- I coś każe mi śpiewać w kółko „Ay, Carmela, ay, Carmela”.
- Odwaliło ci, komunisto z trzeciego tłoczenia.
- Ale Lenin miał rację…
- A chuja tam miał. Zdechł na syfa i do dziś po nim zajeżdża. Zwalaj gdzieś, gdzie ci łba nie urwą.
- A co powiesz na Turcję?
- Ale to islam. Możesz jako komuch mieć tam w dupę.
- Alaska?
- Jasne, kolo. W krainie lodu i śniegu zapomnisz o Franco i nacjonalizmie, łeb ci się ochłodzi, a kolesie z Hiszpanii chyba odpuszczą, więc to raczej dobra opcja.
- Dzięki za radę.
- A wal się.
- Ale Lenin podobno żyje.
- Pogrzało ci się z Elvisem.
- A kto to?
- A król rock’n’rolla.
- Czego?
- Udało ci się jakoś skończyć podstawówkę?
- Nie.
- Więc nie pytam, gdzie znaleźć żonę.
 
Little Rock, Arkansas, 3 lipca 1966
 
Wodził bezwiednie wzrokiem za prostytutkami i patrzył, jak prężą się i wdzięczą do przypadkowych przechodniów. Były groteskowe i tragiczne. Nie potępiał ich. Ale też nie rozgrzeszał, ani nie darzył zrozumieniem. Ot, zwiędłe kwiaty, zdziczała odrośl zdrowego drzewa, chwasty na pięknej łące ludzkich spraw, namiętności i radości.
- Chcesz spróbować zakazanej miłości, mały? – spytała nagle jakaś przekwitła starucha o mocno przerzedzonych zębach i ostrym makijażu na starczej, pomarszczonej facjacie.
Wzdrygnął się odruchowo.
- Nie, dziękuję – odparł automatycznie.
- Mój alfons, Teddy, da ci upust, a następnym razem zapłacisz pół ceny. Wchodzisz w to?
- Nie.
- Jestem naprawdę dobra. Całe życie w tym fachu. Pomyśl, o czym mowa.
- Ja naprawdę jestem tu przypadkiem, proszę pani.
- To wypieprzaj stąd, skoro nie przyszedłeś pochędożyć jak mężczyzna. Mogłabym być twoją babcią, niewolniku rączki.
- A skąd pani wie, że jestem niewolnikiem rączki? – spytał.
- Bo wyglądasz, jak oni wszyscy. Wszyscyście tacy sami. Oczka rozbiegane, pusto w kieszeni, a z kobietą to by taki pofiglował, ale wiatr mu hula w portfelu, ha, ha! – zarechotała ochryple starucha i poprawiła podartą podwiązkę.
- Może i wyglądam, ale nie skorzystam – rzekł twardo.
- A jak chcesz, chłoptasiu. Przyjdzie Teddy, zobaczy, że nie ma zabawy, to jeszcze brzytwą dostaniesz. On nie lubi takich dupków, jak ty, mały, więc lepiej zwijaj się stąd, bo będzie licho. On nie żartuje. Ma znajomości na górze…
- Na jakiej górze?
- Wśród diabłów i potępieńców. Oni dają mu siłę, by był tak twardy, jak jest na co dzień.
- O czym pani plecie? – spytał zaniepokojony.
- Tylko nie plecie, kurduplu jeden. On jest tu pan, a ty cham, jasne? Jak cię złapie, to pocałuj go w sygnet, a puści cię wolno. Ma gest. Szeroki. Myślę, że chwytasz, co gadam.
- Powiedzmy.
 
Był w najpodlejszej, najbardziej zdemoralizowanej dzielnicy w mieście, pełnej wszelakiego plugastwa i obsceniczności, gdzie lepiej było wcale nie przychodzić, chyba że ktoś szukał płatnej miłości lub ciężkich kłopotów.
- Już pójdę. Na pewno już pójdę. I tak byłem tu za długo.
I wypowiedziawszy te słowa, ruszył przed siebie.
 
Nagle, gdzieś za plecami, usłyszał kogoś, kto najprawdopodobniej biegł.
Odwrócił się i wówczas zderzył się z wysokim mężczyzną.
Upadł, i kiedy próbował się podnieść, tamten przygniótł go i powiedział:
- Nie zerżnąłeś tej starej Klotyldy?
- Nie, nie rżnąłem tej nocy nikogo.
- Brawo! Co za strzał! Kto by to pomyślał. U nas czasem jajca lecą na chodnik…
- Jak to lecą? Co to za gadka, koleś?
- Jestem Teddy. Facet, który może cię posłać do piachu, mój słodki. Lubię robić to brzytwą. Jestem dobry w te klocki. Kocham zapach krwi, wali mnie to, wali mnie to, jakbym pukał dziewicę. Wtedy mój towar się nie marnuje.
- A kiedy się marnuje?
- Kiedy pukam po bożemu.
- To wsadź komuś w zadek.
- Podoba mi się twój sprzeciw, podniecasz mnie.
- Chcesz mi possać?
- Może.
- Wciskasz mi jakieś kiwane sensy.
- Jestem biseksem.
- Księżniczka atrakcyjna od zaraz?
- Właśnie kogoś załatwiłem. Stoi mi. Dam ci dwieście baksów. Muszę spuścić z krzyża.
- To już nie mój biznes. Ja też mam kosę w kieszeni – i mówiąc to, Ciblovsky nie kłamał – podczas swojej niepowtarzalnej podróży nie rozstawał się z nożem sprężynowym, który otrzymał w prezencie od kolegi komandosa. – Kto cię strugał, koleś?
- Co?
- Ciulów sto!
- Z lokówką w dupie…
- Ty mnie nie strasz, bo się zesrasz. Chcesz poczuć kosę, alfonsie? Dam ci szansę. Macie tu porządne kobiety?
- Że co?
- Że porządne, głuchy?
- Nie. Tu takich nie ma.
- Nie znajdę tu żony?
- Ha ha ha!
- Kolejne gówno na mapie?
- Ty uważaj.
- Morda, kajdaniarzu! – i zapodawszy solidnego kopa, który posłał Teddy’ego twarzą w sąsiednią kałużę, poszedł spokojnie do samochodu, by ruszyć w drogę, czas to pieniądz.
 
Frankfort, Kentucky, 26 sierpnia 1966
 
- To piękne, moralnie prowadzące się miasto, panie Cibkovsky – rzekł radośnie pucołowaty, gładko ogolony policjant, który zatrzymał go do rutynowej kontroli drogowej. – Wszystko wskazuje na to, że ma pan wszelkie szanse, by odnaleźć tu miłość życia – dodał, nawiązując do standardowego pytania naszego bohatera.
- Po to tu przyjechałem.
- Odważnym los sprzyja.
- W moim przypadku to się jakoś nie sprawdza.
- Proszę być dobrej myśli.
- Jasne. To mnie na szczęście nie opuszcza.
- A w wolnej chwili polecam spróbować naszego lokalnego specjału, czyli Kentucky Bourbona.
- Nie omieszkam.
 
Po tym, jak zainstalował się w lichym, trzeciorzędnym motelu o szpetnej nazwie „U Czerczila”, snuł się ulicami Frankfort i czujnie wypatrywał okazji, by spełnić życzenie swej czcigodnej matki, ale tego dnia nic się nie wydarzyło. Następnego też nie. Po tygodniu zaczął poważnie myśleć o wyjeździe i wtedy śliniący się lubieżnie portier, przeglądający całymi godzinami pod ladą świerszczyki powiedział mu, że o dziewiątej jest potańcówka w lokalu „Samotna Gwiazda”, gdzie warto po kozacku wbić, bo występuje tam zazwyczaj dość liczna populacja samiczek w różnym wieku i w różnych rozmiarach.
- Dzięki, człowieku – powiedział Marlon.
- Może chce pan nabyć coś ekstra? Mam tanio johimbinkę. Gwarancja klawego dymanka.
- Seks mnie nie interesuje. Szukam poważnych ofert.
- Ale co szkodzi puknąć towara, jak nadarza się okazja?
- Nie tym razem.
- Coś pan taki starozakonny?
- Czasami warto pomyśleć głową.
 
Kiedy lokalny zespół śpiewał właśnie „Congratulations” Rolling Stonesów, wolny, nastrojowy kawałek, podeszła do niego młoda blondynka w okularach, niespecjalnej urody, raczej przeciętna in plus, wyglądająca na pierwszy rzut oka na niespełnioną, zahukaną przez podły świat osóbkę, jednakże emanował od jej jakiś świeży urok i pewnie to sprawiło, że Marlon się zgodził, wszak nie wiadomo, gdzie czeka na niego ta jedyna.
- Mogę cię prosić do tańca? – zapytała.
- Chętnie – odparł, czując się tak, jak czuje się facet, którego rwie kobieta.
Dziewczyna miała na czym siedzieć i czym oddychać, co akurat w tej chwili nie było sprawą priorytetową, ale w dalszym rozrachunku na pewno bardzo się liczyło.
- Skąd jesteś?
- Z Sacramento.
- Co u nas robisz?
- A zwiedzam sobie miasto.
- Długo zostaniesz?
- Jeszcze nie wiem.
Po trzecim tańcu zaczął poważniej się nią interesować. Miała w sobie spokój i nienazwaną niewinność, która zaintrygowała go – czyżby trafił na porządną dziewczynę, co ma poukładane w głowie i wie, o co w życiu tak naprawdę chodzi?
Wtedy zaproponował spacer.
Nie wiedzieć kiedy, wsunęła swoją dłoń w jego i tak szli brzegiem rzeki Kentucky.
Mówił jej, że lubi podziwiać w nocy niebo, patrzeć, jak spadają gwiazdy, szeptać życzenia i potem czekać na moment, kiedy się spełnią, opowiadał, że lubi romantyczną muzykę, dobrą książkę, filmy z Marylin Monroe, kocha dzieci i jest domatorem. Brzydzi się fałszem i obłudą. Ceni uczciwość i prawdomówność. W związku stawia na kompromis i szczere rozmowy. Pamięta o tym, że małe rzeczy znaczą wiele. Nie pije i nie pali. Wierzy w raj po śmierci.
Ona słuchała, a on opowiadał, czerpiąc obficie z bujnej wyobraźni.
Kątem oka patrzył na jej rozmarzone oczy, lecz cały czas zachowywał czujność.
Wtedy odezwała się, jakże lekko i swobodnie:
- A wiesz, co ja lubię?
- No co?
- A lubię „na koguta”.
- Że co?
- „Na koguta” – i powiedziawszy to, nieznacznie opuściła okulary i spojrzała na niego znacząco.
 
Tak przeszła mu koło nosa kolejna, złota szansa, trzeba był znów ruszyć tyłek i jechać dalej.
 
Lincoln, Nebraska, 15 września 1966
 
Grupka szerokich w barach mężczyzn, w drogich, wypasionych garniturach, żywo rozmawiała przy jednym ze stolików w klimatycznej knajpce „Słoneczne Chwile”, co i rusz zamawiając kolejne drinki oraz wykwintne dania, z których słynął ów znany lokal.
- Mój mały tam zagra – powiedział Ojciec Chrząstny II, szef gangu Tommy Guns.
- Gdzie?
- W Shrine Bowl. Umie dzieciak kopać piłkę. Ma to po mnie.
- Moja córka idzie na studia – odparl Al Pacone, szef gangu Los Desperados.
- Jak to dobrze się kochać i szanować – włączył się do rozmowy rudy typ, na którego wołano Szeregowiec Brian.
- A pamiętacie czasy, kiedy było naprawdę ostro? Wtedy spędziłem w pierdlu ponad rok – rzekła prawa ręka Ojca Chrząstnego II, Brad Kitt, znany rewolwerowiec i jebaka.
- Tak, wówczas Kolumbijczycy wydymali nas na trefny towar – stęknął znad karkówki John Bambo, weteran z Korei i nie tylko.
- Czasy się zmieniają, ludzie się zmieniają – słowa Ala Pacone poszły w eter pogodnie i naturalnie. – Ale do tego trzeba dorosnąć. Co złe, mamy za sobą.
- Otóż to – potwierdził Ojciec Chrząstny II.
- Z okazji piątej rocznicy zawieszenia między nami broni proponuję toast za Ojca i Ala – wstając, oznajmił Szeregowiec Brian.
- Tak – chórem przytaknęli pozostali.
- No to siup, chłopaki, za kolejne pięć lat – powiedział Al Pacone.
- Ano – dołączył się Ojciec Chrząstny II, gasząc pall malla w popielniczce.
 
Wtedy to się stało.
Do knajpki wtoczył się, obficie krwawiąc, ranny w rękę mężczyzna.
- Co jest, Denny? – zapytał Brad Kitt.
- Idą… - jęknął przybyły i osunął się na ziemię.
Wszyscy jak jeden mąż porzucili jedzenie i padli na podłogę, szybko wyciągając klamki.
To nie pierwszy raz w ostatnich czasach mieli do czynienia z grupą napalonych na szybki szmal Chińczyków, którzy próbowali jak mogli wysadzić ich z siodła.
Choć działali od niespełna roku, zdążyli już nieco namieszać.
- To te żółte pojeby, Al – szepnął Ojciec Chrząstny II.
- Śledzili nas. Inaczej, skąd by widzieli, że tu jesteśmy? – spytał Al Pacone, wyjmując wielką spluwę z tłumikiem. – Ale zaraz nafaszeruję ich dobrym, amerykańskim ołowiem.
- Niech no tylko się pokażą – dodał Ojciec Chrząstny II.
- A ty coś za jeden? – spytał nagle Szeregowiec Brian.
- Cibkovsky. Marlon Cibkovsky – odparł nasz bohater, wpatrując się w drzwi lokalu.
- Co tu robisz?
- Leżę.
- Po co?
- Bo nie chcę dostać kulki w łeb.
- Do rzeczy gadasz. A może to ty ich nadałeś?
- Co ty, facet, ja jestem z innej bajki. Tylko przejazdem. Wpadłem na łososia w warzywach.
- A po co żeś tu przyjechał, jeśli można wiedzieć? Może jakiś szemrany tegest szmegest?
- Szukam żony.
- To ma innego gacha?
- Jeszcze jej nie znam.
- I jej szukasz?
- Właśnie dlatego.
- To zgłoś się do Główniarza, on ma cztery siostry, tylko szpetne jak skurwysyn.
- To chyba nie skorzystam.
- Ale to dobre dziewczyny są. Po studiach. Języki znają. Śpiewają i tańczą.
- Ale jak szpetne…
- Albo rybka, albo akwarium.
- Ja to chcę połączyć. Wierzę, że mi się uda.
- Nie tu. Tu rżną się na potęgę od dwunastego roku życia. Taki klimat, to krąży we krwi…
- To jadę dalej. Chyba na mnie już czas – powiedział Marlon i już próbował się podnieść, kiedy do knajpki wtargnęli Chińczycy i otworzyli ogień, niszcząc okrutnie wnętrze lokalu.
- No to patrz, Cibkovsky. Oni nawet nie wiedzą, że mamy tłumiki. Nawet nie wiedzą, gdzie leżymy i skąd padnie strzał – po tych słowach Szeregowiec Brian dość sprawnie położył do wiecznego snu trzech krewkich Azjatów.
 
Kiedy po chwili do środka wpadło jeszcze trzech, Al Pacone i Ojciec Chrząstny II wysłali ich na łona Pana celnymi trafieniami w samo niskie, pożółkłe od złości do zachodniego świata czółko.
- Hej, niech któryś skoczy do drzwi i sprawdzi, czy są następni chętni.
Niebawem Brad Kitt rozjaśnił sprawę – na zewnątrz nie było już żywych Chińczyków.
- Alex – Ojciec Chrząstny II zwrócił się do właściciela „Słonecznych Chwil” – wywal to na ulicę i zadzwoń do Mike’a. Od niedawna jest kapitanem. Dobrze mieć kumpli w policji.
- Spoko. Zaraz będzie po krzyku.
 
Wkrótce, jakby nigdy nic, wrócili do picia i jedzenia.
I wtedy zauważyli Marlona, który dotąd wydawał się mało istotnym dodatkiem.
- A co to za typ? – spytał Al Pacone.
- To Cibkovsky – powiedział Szeregowiec Brian. – Szuka tu żony.
- Żony? Tu, w tej kurwiarni?
- Jeżdżę po całych Stanach – odparł nasz bohater.
- To może dlatego jej nie możesz znaleźć, że jeździsz po całych Stanach, co, mały? – zagadał Ojciec Chrząstny II. – Może warto nie jeździć, a skupić się na lokalnej społeczności?
- Moja okolica od lat jest pustynią.
- Tak cię przypiliło?
- Coś w tym rodzaju.
- To nie możesz żyć bez żony?
- Muszę ją znaleźć.
- Ostry zawodnik – zaśmiał się John Bambo. – Pewnie ci się uda. Masz błysk w oku.
- A i nie taki ostatni. Facjata niczego sobie – przytaknął Brad Kitt.
- Ty, tylko bez podrywania chłopaków w mojej obecności. Rób to po godzinach, jasne? – wtrącił się Al Pacone.
- Jasne, szefie, tylko tak gadam.
- Napijesz się z nami, Cibkovsky? Mamy akurat mały jubileusz. Ważna chwila.
- Oczywiście. Dzięki za zaproszenie.
- No ta za zwycięstwo nad żółtym szaleństwem – powiedział Ojciec Chrząstny II.
- A jak! – zawołali wszyscy, podnosząc się z krzeseł.
 
Po paru godzinach tęgiego chlania i obżerania się czym popadnie, Marlon wracał do hotelu w limuzynie Ala Pacone, który miał akurat po drodze do domu.
- Ty wal do Columbus w Ohio. Tam to są podobno laski. Coś pewnie wyrwiesz. W końcu masz spinę, nie?
- Jak cholera – wybełkotał Marlon.
- I kieruj się instynktem. Jak poczujesz, że ci się gadka układa, to znaczy, że to ta. I unikaj ruchawic, to lichota, żaden tam materiał na żonę. Możesz ją walić w krzakach, ale nic ponadto.
- Zapamiętam sobie, panie Al.
- No. To na razie.
- Na razie, i dzięki za wszystko.
- Powodzenia, Cibkovsky!
 
Columbus, Ohio, 3 października 1966
 
Kiedy wjeżdżał do miasta, minął akurat wóz z Amiszami, ciągnięty przez siwego konia.
Wyłączył radio, w którym Rolling Stonesi śpiewali właśnie „Satisfaction”, by mieć lepszy ogląd sprawy – wszak na obcym terenie warto mieć oczy szeroko otwarte.
Szybko otworzył okno i krzyknął:
- Hej, ludzie, gdzie tu szukać fajnych babek? Tylko takich na poziomie, łapiesz?
- Niech Pan wybaczy ci twoje grzechy, synu, co błądzisz w ciemności umysłu swego… - wymamrotał woźnica w wielkim, czarnym kapeluszu.
- Czyli gdzie jechać?
- Bo piekło już zalęgło się w duszy twej. Poruszasz się pojazdem, który stworzyły demony.
- Człowieku, masz jakieś namiary?
- A szatan już czeka, byś wstąpił w niego pewnym krokiem…
- Czyli do centrum?
- A los ich jeden…
 
Komitet zebrał się w parku, i wystawiwszy transparenty, ruszył spokojnie na ulicę.
Hasła niebywale działały na wyobraźnię, jak to zwykle w świecie polityki bywa.
A więc mieliśmy:
 
Koniec z bezrobociem! Niech każdy zarabia własną ręką!
Rząd won! My damy ci to, czego nie dała ci matka i inni, którym nie zależało!
Żyj godnie na zasiłku! Nie czuj, że w Azji jest prawdziwa Ameryka!
Szacun dla weteranów z Wietnamu – w końcu walka z komunizmem wymaga jaj!
Jeśli sąsiad zabiera ci żonę, zabierz jego konto bankowe!
Na stare lata nie żyj w nędzy – jedź do Bułgarii, tam za dolca przeżyjesz cały dzień!
Alkohol tańszy niż dziś – każdy lubi poczuć się, jakby ten świat był naprawdę idealny!
 
Ble, ble, ble…
 
- Czy pan jest za czy przeciw? Proszę o głos w sprawie przyszłości Ameryki, naszej Ameryki – zapytała go rasowa brunetka z naręczem ulotek w ręku.
Marlon szedł właśnie na obiad do pobliskiej restauracji „Krzyk Smaku”, kiedy usłyszał to pytanie.
Prawdę mówiąc, miał to gdzieś.
Szukał żony, nie polityki, i był cholernie głodny, więc jakakolwiek gadka nie wchodziła w grę.
- Nie mam czasu.
- Czyli panu, że tak powiem, zwisa, co stanie się z nami jutro?
- Nie wiem, co z panią, ale ja pewnie będę na tym samym wózku, moim wózku.
- Ach tak! Kolejny ignorant! Pan patrzy tylko na swój, partykularny interes.
- Interes to ja mam w spodniach, kotku.
- A więc seksoholik! Ojej! Kolejny dziś, na tej ulicy.
- To wal na inną. Może tam kupią twój wyborczy szajs, laluniu.
 
Nagle schowała ulotki do torby i zagadała innym głosem:
- No dobra, dobra. Już jestem sobą. To tylko kamuflaż. Ta cała zasrana polityka. Szukam męża. Dobrego męża, co mnie pokocha z całym dobrobytem inwentarza. Mam wady, kto ich nie ma? Mam już prawie czterdziestkę, a koleżanki urodziły już małe przedszkole dzieci. Och! Jakież to smutne, jakież dla mnie bolesne. Mój przyszły mąż nie musi mieć dwóch metrów wzrostu i wielkiego penisa, o nie, chcę być szczera, bardzo szczera, musi mnie kochać, och, i to jak, bardzo, każdego dnia i każdej nocy! Jestem tu, by znaleźć mężczyznę mych snów! Tak, tak! To się zdarzy. To jest mi pisane! Już cię kocham, mój miły!
 
- Przepraszam. W towarzystwie kobiet nigdy nie bluzgam, ale…
- Co ale?
- Pani, za przeproszeniem, pieprzy.
- Czyżbym była zboczona?
- Nie o to akurat chodzi. Pani pieprzy trzy po trzy.
- Ja wierzę w to, co mówię.
- Pani pieprzy. Jestem tego pewien.
- A jak?
- Patrząc tak na panią, wiem to.
- To mnie nie przekonuje.
- Pomimo to pani pieprzy.
- Kim pan jest?
- Nikim.
- Czyli to może coś z panem jest nie tak?
- Może. Ale ja nie pieprzę.
- A skąd to mogę wiedzieć?
- A rusza mi się tyłek?
 
Kiedy godzinę później wyjeżdżał z lokalu, nie wiedział, bo wiedzieć nie mógł, co za chwilę zgotuje mu los, ten dziwaczny gracz, grający po bandzie i na przekór logice.
Właśnie dojechał do ronda, i wtedy kostki domina potoczyły się jedna po drugiej.
Pistolet przy głowie wiele znaczy, zwłaszcza gdy trzyma go obca ręka.
- Wypad z baru, chłoptasiu, ruchy, ruchy, raz, raz!
- O co chodzi?
- Zabieramy twój samochód.
- Chwila, koleś…
- Tylko nie koleś, bo w łeb zaliczysz. Zjazd na bazę. Jasne?
- Nie.
- Mam ci przestrzelić kolana?
- Sam se przestrzel. Po co ci mój samochód?
- Nie było pytania.
- Więc o co biega?
- Ten wózek jest już nasz, a ty graj szybkie nogi, bo mnie zaraz wkurw złapie.
- A znasz Ala Pacone i Ojca Chrząstnego II?
- A tak.
- To moi kumple. Możesz za chwilę mieć ich na karku.
- Nie sądzę. To kawał drogi. Nie będzie im się chciało jechać. Póki co, dymaj w podskokach.
- Skoro nie mam innego wyjścia…
 
Potem dowiedział się z gazet, że jego całkiem podrzędny samochód posłużył lokalnej mafii do napadu na bank.
Jednak dostali za swoje, i wszyscy wylądowali za kratkami.
Dobrze, że miał w kieszeni dokumenty i forsę.
Jednak coś nie szło, jak iść powinno…
Nagle zrozumiał, że był już chyba wszędzie, w każdej, małej pipidówce, i nigdzie nie znalazł tej, której szukał, jakby cała Ameryka wypięła się na niego wielką, mięsistą dupą.
- Mama miała rację. Ile można lecieć na ręcznym? Jak mogłem tego dotąd nie wiedzieć? Wracam z zaświatów? Tak, wracam na pewno. Ale do czego?
 
Na dworcu lotniczym w Columbus kupił bilet do Sacramento i poszedł tam, gdzie trzeba.
Zjadł na lotnisku soczystego czisburgera i wysrał się, bo nerwy ostro dały znać o sobie.
Już nie wierzył w to, że znajdzie ją, teraz wiedział, że matka wydziedziczy go na zbity pysk.
Nie miał siły dalej próbować, zrozumiał, że Ameryka to kraj dziwek i nic tego nie zmieni.
- A koniec z tym - powiedział, wychodząc z dworcowego kibla. – Zrobiłem, co mogłem.
Miał wszystkiego dość i chciał być szczery.
Był tu i tam, lecz efekt zniechęcał.
Czasem wiesz, kiedy jest koniec.
Zadzwonił do matki i powiedział, że nie znalazł żony, że jest ostatnim frajerem.
Kiedy oponowała, odłożył słuchawkę.
Potem był już na pokładzie.
 
W samolocie było luksusowo i przytulnie, jak na wsi u dziadka, kiedy świat był jasny.
Jak w willi Papy Hemingwaya, sączącego brandy z gwinta.
Jak w twoich snach, jak tam, gdzie tęcza sięga ziemi.
Wtedy zobaczył jej okrągłe, seksowne kolana.
I nogi, gładkie, opalone, miękkie.
I te zmysłowe, różowe szpilki.
Miły uśmiech i ciepłe spojrzenie, w którym było coś przyciągającego.
Poczuł, że w spodniach robi się za ciasno, poczuł, że wraca z dalekiej podróży donikąd.
Zrozumiał, że od tego nigdy się nie ucieknie, dopóki jest się mężczyzną.
 
- Mogę się przysiąść? – zapytał bez wahania.
- Ależ oczywiście – odpowiedziała z uśmiechem.
- To kawał czasu. Porozmawiamy?
- Chętnie. A na jaki temat?
- Łowi pani ryby?
- Skąd pan wiedział? Tak się składa, że jestem mistrzynią stanu Kalifornia w połowie suma.
- O! To brzmi oszałamiająco.
- Szczera prawda. Połakomił się na żywca.
- Ja mam na koncie sporego szczupaka.
- Na co wziął?
- Na obrotówkę numer trzy, ze skrzydełkiem w czerwone paski.
- Pięknie.
- Czy pani jest mężatką?
- Nie.
- Z Sacramento?
- Tak. Mieszkam blisko lotniska.
- Ja też.
- Poważnie?
- Jestem Marlon.
- A ja Susan.
 
24 października 1966, Sacramento, California
 
- Ach, ten łajdak Pippo! – krzyknęła z pasją pani Cibkovsky, wachlując się gazetą.
- Przecież mama chciała przepisać mu cały majątek, a mnie wydziedziczyć.
- Co on zrobił! Taki skandal w naszej porządnej rodzinie!
- A co takiego?
- Zostawił naszą słodką Mary dla… kolegi z pracy!
- To ci kaszaniarz jeden.
- Co za ludzie! Czas umierać!
- Może jeszcze nie nadeszła na to pora?
- Co masz na myśli? Tylko mi tu nie kręć, artysto ze spalonego teatru.
- Komu mama teraz przepisze dom, działkę i kabriolet?
- Muszę się poważnie zastanowić. Niedługo poznasz moją decyzję.
- Może nie będzie trzeba.
- Czy ty chcesz mi powiedzieć, że…
- Chciałbym mamie kogoś przedstawić i zaprosić do mnie na obiad w sobotę o siedemnastej.
- Kochany synku! Będę na pewno! Świat jest piękny!
- Cieszę się, mamo, cieszę się bardzo.
 
 
 
 
2 lipca 2014
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 05.10.2014 09:11 · Czytań: 1246 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 52
Komentarze
euterpe dnia 05.10.2014 10:24
Trochę przypomniało mi to nie wiem czemu "małego księcia". Taka podróż w nieznane w poszukiwaniu siebie i celu.
Poza tym główny bohater jest szalenie konfliktowy. Gdzie się nie ruszy, tam ktoś mu chce...
Ciekawe opowiadanie. Czytałam z zaciekawieniem, choć nie przywykłam do tego typu języka.
Pozdrawiam serdecznie,
Ewa
Usunięty dnia 05.10.2014 10:30 Ocena: Świetne!
O godzinie 7 rano, moja kwadratowa sąsiadka, która mieszka poniżej mojej podłogi, a swojego sufitu, rozmawiała tak głośno i długo przez telefon, że szyby w oknach mi drżały, zaś kibel ze strachu sam się spuścił. Jedyną dobrą rzeczą, która mi się przytrafiła z samego rana, to zasiąść przed komputerem i zajrzeć na portal. Tam czekała na mnie Wiadomość, że Mike napisał opowiadanie. Dzięki Niemu uśmiech powrócił, nie pamiętam jak szybko zniknęła mi kawa i śniadanie razem z opowiadaniem. Dawno się tak nie bawiłem.
Komedia kryminalno - obyczajowa :)... Marlon źle szukał, ja bym mu pokazał gdzie powinien szukać dobry materiał na żonę, bo bardzo dobry jest już zajęty przeze mnie :)

Mike dzięki za miły poranek.... Pozdrawiam Bardzo Serdecznie, Cefeusz :)
Dam dwie oceny, jedną u Góry, drugą u dołu ŚWIETNE!!!!!!
Usunięty dnia 05.10.2014 10:47 Ocena: Świetne!
Bardzo ciekawy tekst, rzeczywiście hardcorowy ;). Wyrazisty główny bohater, poszukujący miłości. W zabawny i interesujący sposób skłoniłeś czytelnika do refleksji. Widać, że czytujesz Bukowskiego, znam go bardziej od poetyckiej strony, szczególnie lubię czytać w oryginale- Światło błyskawicy za górą”. Bomba!. Wydaje mi się, że czasem ten autor jest niezrozumiały dla ludzi przez podążanie za stereotypami. Mam nadzieję, że Bukowski kiedyś zajmie należyte mu miejsce w literaturze. Wracając do opowiadania: ŚWIETNY WARSZTAT!!!!, podoba mi się cały tekst od góry do dołu. Ważny jest tutaj motyw podróży przypominający właśnie jak już euterpe wsomniała, Małego Księcia- trochę w niegrzecznej formie Mam nadzieję, że Cibkovskiemu się ułoży ;). Czekam na dalsze opowiadania- dawaj znać na PW, zawsze chętnie zajrzę. Super frajda

Pozdro ;)
mike17 dnia 05.10.2014 11:09
W imieniu Cibkovsky'ego i własnym bardzo dziękuję Szanownym Czytaczom :)

Euterpe, ja często piszę slangiem, bo tego wymaga konwencja danego opka: jeśli mamy ludzi ulicy, to nie będą mówić kwiecistym językiem, bo wyjdzie lipa lipiasta :)
Miło mi, że zajrzałaś i zaciekawiłaś się przygodami Marlona.

Cefek, lubię pisać dla jaj, na luziku, bez spiny, stąd dość często powstają takiego kawałki jak ten, fajnie się je piszę, a żem wesoły gość, to i teksty wesołe spod palców wypuszczam.
Marlon szukał w rynsztoku, więc perły nie mógł tam znaleźć.
Ale w końcu Los podał rękę...

Apollo, co jakiś czas lecę w hardcore'a, pisanie podobnych rzeczy to dla mnie wielki fun, spalam się przy tym i mam wrażenie, że biorę udział w opisywanych wydarzeniach.
Tekst miał być i wesoły, i brudny, no i kino drogi, bo Marlon obskoczył całe Stany.
Miłe słowa "świetny warsztat" to bardzo uskrzydla i daje pałera :)

Wielgaśne dzięki, kłaniam się Wam nisko i dobrze mi, że dobrze mi tak :)
Fabularia dnia 05.10.2014 18:21
Lektura długa i solidna, zmuszająca do wysiłku wizualno-myślowego. Ten Cibkowsky to kawał sensualnego american-latino-pornobohatera, choć na pewno jego postawa seksualno-życiowa jest jakoś tam uzasadniona. A do tego to nazwisko - jakże dowcipne! Gdybyśmy w naszych skromnych polskich warunkach hodowali takich Cibkowskich, pewnie by nam nieco wzrósł poziom mentalności...

Chyba najbardziej zaintrygował mnie w Twoim tekście poniższy fragment flamenco:

Cytat:
El ejército del Ebro
Rumba rumba rumba la
El ejército del Ebro
Rumba rumba rumba la
Una noche el río paso
Ay Car­me­la, ay Car­me­la
Una noche el río paso
Ay Car­me­la, ay Car­me­la
Pero nada pu­eden bom­bas
Rumba rumba rumba la
Pero nada pu­eden bom­bas
Rumba rumba rumba la
Donde sobra co­ra­zón
Ay Car­me­la, ay Car­me­la
Donde sobra co­ra­zón
Ay Car­me­la, ay Car­me­la


Czy można to jakoś przetłumaczyć iberoanalafabetom, bo mnie aż swędzi z ciekawości, cóż to może znaczyć.

Pozdrawiam, z podziwem dla płodności twórczej

Fabularia
mike17 dnia 05.10.2014 18:34
Cibkovsky i ja cieszymy się z twojej wizyty, Fabulario, ale tekstu "Ay, Carmela" Ci niestety nie przetłumaczę, bo mój spanish ogranicza się jeno do "dzień dobry" i "do widzenia".
To piosenka z hiszpańskiej wojny domowej 1936-1939, śpiewana przez siły komunistyczno-socjalistyczno-anarchistyczne.
Kiedyś za komuny śpiewaliśmy to na obozie harcerskim, ale tekstu polskiego nie pomnę.

Miło mi było gościć Cię w tej przejażdżce po Stanach, gdzie wiele może się zdarzyć, oj, wiele...

Zapraszam za jakiś czas na kawałek o podobnym "feelingu".

Pozdro!
Margareta dnia 05.10.2014 19:32
przeczytalam, a rzadko mi sie chce czytac na portalu tak dlugie formy...;) lubie ten seksistowski styl bukowszczyzny, jaraja mnie nawiazania do rockenrolla i co wazne a cenne nie widze tu przypadkowosci w nazwiskach, nazwach, a nawet takich drobiazgach jak ‘pukanie‘ do drzwi... tylko Ci sie myli ‘dzwonek‘ nomen omen z pukaniem na poczatku...;) nie znam sie na topografii USA, ale zastanawiam sie czym kierowales sie dobierajac miejsca kolejnych odslon podrozy bohatera... i jeszcze jedno, masz swietny warsztat i elastycznosc w stylistykach... po pelnych liryzmu i refleksji miniaturach milosnych, znowu zapachnialo seksem... samczym oddechem i alkoholem.:-)
Pozdrawiam serdecznie:-)
mike17 dnia 05.10.2014 19:56
Marlon Cibkovsky bez wątpienia był prawdziwym samcem, ale mamuśka zmieniła jego priorytety :)
Czasem warto pomóżdżyć mózgiem.
Wyszło mu to na dobre.
Miejsca kolejnych odsłon przypadkowe, seksik w tle to mój konik he he :)
Co do "samczych" historii, to dla mnie oaza mojego spełnienia.

Dzięki za uwagę o warsztacie, hm, miło...

PS.
Tak, dzwonek i pukanie najpierw, coś pomyliłem, ale już jest git :)

Ukłony, Margareto, za wjazd do krainy moich prawdziwych mężczyzn!

Pozdro!
Figiel dnia 06.10.2014 10:22 Ocena: Świetne!
:) Czytajac Twoje teksty nieodmiennie mam wrażenie, że patrzę na kameleona. Siedzi sobie Autor cichutko za tekstem, jak ten kameleon na gałązce i czaruje... On barwami, Ty słowem. Kameleon się nie rusza, tekst płynie, czytelnik sobie czyta i nie wie, że robi zwyczajnie za muchę czy jakieś tam inne żyjątko, i nagle bach! - kameleon wysuwa język, łapie zdobycz, bo kilka super splecionych słów i czytelnik Twój. Nieustannie w te splecenia wpadam i... zawsze wracam po więcej.
No cóż, twarda mamuśka może zmusić syna do najdziwaczniejszych czynów, nawet do przemierzania Stanów w poszukiwaniu małżonki. Droga, jak to droga, wrzuca w człowieka wszystko, co napotka, dobrze, jeśli umie z tym się zmierzyć i coś dla siebie wyciągnąć. Cibovsky - mam skojarzenia z nazwiskiem! - chyba sporo dla siebie znalazł. A na końcu drogi ta cudowna niespodzianka: oto nie jest już czarna owcą rodziny, tylko "kochanym synkiem". I motywacje dla podjęcia takiego wysiłku stają się już bez znaczenia.
Podobało się:)
Pozdrawiam :)
mike17 dnia 06.10.2014 10:42
Dzięki, Beatko, za tak wyczerpujący i fantastyczny koment, z którego wiele się dowiedziałem, wielce mnie uradował i teraz uśmiecham się do siebie.
Zawsze pisząc kolejne kawałki zastanawiam się, czy znów uda mi się "zassać" czytacza od samego początku i utrzymać napięcie do samego końca, o to mi głównie chodzi.
No i o suspens, bo bez tego byłoby opko jak lizak bez patyka :)
Tak, nawiedzone i krewkie mamuśki mogą takich nygusów popchnąć na dobre tory, i nie ma wtedy bata!
Cibkovsky posłuchał dobrej rady i wygrał :)

Bardzom rad, że się podobało i że odnajdujesz się w mojej pisaninie, co za radość dla operatora klawiatury!

Pozdrowionka nadwiślańskie :)
ekonomista dnia 06.10.2014 18:49
Szkoda, że Pippo nie zostawił Mary dla Marlona ;)
Chociaż tak naprawdę bardzo mi się podoba, że znalazł jednak fajną i seksowną laskę :D
mike17 dnia 06.10.2014 18:56
No widzisz, Paweł, kto szuka, ten znajdzie :)
Nie ma to jak amerykański sen :)
al-szamanka dnia 07.10.2014 10:43 Ocena: Świetne!
Tekst przeczytałam już dwukrotnie, lecz ze względów katarowo-kaszlących nie byłam w stanie napisać komentarza.
Ale wyspałam się dzisiejszej nocy, więc motywacja od razu większa:)
Hmm, co tu mówić, Michale, znowu się popisałeś i napisałeś:)
I jak zawsze w Twoim niepowtarzalnym stylu.
Niby stylizowany, niby inspirowany Bukowskim, a jednak na wskroś Twój.
Atmosferą przypomina mi amerykańskie filmy, te typu balladowego... Bonnie and Clyde, Easy Rider , jest w nich ta sama nostalgia, zaplątanie, wędrówka po horyzont, poszukiwanie.
Chociaż u Ciebie cel jest bardzo konkretny.
Wydaje się, że to tylko w bajkach biedny pastuszek poszukuje żony... i trafia na księżniczkę.
Dokładnie to właśnie znajduję w Twoim opowiadaniu.
I jak zwykle wędrówka okazuje się być wysiłkiem bez efektu, bo dopiero w drodze powrotnej Los, niby przypadkiem, oferuje najlepsze z rozwiązań.
Bardzo podoba mi się ta końcówka, zderza się z całym opowiadaniem z wyjątkową siłą normalności i prostoty, przez co po prostu urzeka.
Podobało się.

Pozdrawiam serdecznie :)
wiktoria dnia 07.10.2014 11:17
Długa drogę przebył, żeby znaleźć. A znalazł, kiedy przestał szukać. Klasyczny przypadek prawa przyciągania.
Tylko czasami trudno pogodzić się z tym co jest, kiedy człowiekowi naprawdę źle. Więc szuka nadal.
Ale dobrze, że bohater znalazł. Matki zawsze wiedzą, co jest najlepsze dla ich dzieci, choć może nie wszystkie.

No fajna historia, można by film na jej podstawie nagrać. Mogłabym zagrać tę w różowych szpilkach, która łowi ryby. Pod warunkiem, że Marlonem będzie Bradley Cooper:)

Bardzo mi się podobało, wyszło amerykańsko, jak na amerykańską historię przystało.

Pozdrawiam:)
mike17 dnia 07.10.2014 11:39
Witajcie, Kochane Dziewczyny!

Cibkovsky nie miał wyjścia - mamuśka to ostra babka i nie popuściłaby!
Więc chcąc nie chcąc ruszył w drogę, co mu wyszło na zdrowie :)
To chyba pierwsze moje opowiadanie drogi, Aldonko, tym bardziej cieszą mnie twoje ciepłe słowa uznania dla mojej pracy, nie było łatwo, a chciałem nie przynudzać, a dać dynamiczne opko.
No i Bukowski jako patron moich pismaczych zmagań zawsze robi mi dobrze.
Trochę obawiałem się wulgaryzmów, ale w takich kawałkach są częścią integralną całości.

Tak to już bywa, że gdy się usilnie czegoś chce, to wychodzi dupa blada, a kiedy się przestaje szukać, to ta rzecz sama do nas przychodzi.
Masz tak, Justyś?
Bo ja czasami tak.
I tę prawidłowość zastosowałem w poszukiwaniach Marlona, który już totalnie zdesperowany poznaje "przypadkowo" swoją miłość.
Bardzo się cieszę, że Ci się podobało, wiedząc, że to w sumie męska proza, bo taką najbardziej lubię pisać, spalam się w tym, a nie każdej dziewczynie może to przypaść do gustu.

Obie Panie pozdrawiam i kłaniam się wdzięczny za odwiedziny :)
wiktoria dnia 07.10.2014 11:57
Mam tak Mike, bo tak to właśnie działa. Nie inaczej:)

Poza tym, dlaczego uważasz to za męską prozę? Bo język był ostry? Może rzeczywiście był przesyt, ale to nie kwalifikuje tekstu do działu męski czy żeński.

Mężczyźni mają swój "męski" świat, a kobiet swój? Chyba nie do końca.
Ja myślę, że one się świetnie uzupełniają. I tak właśnie powinno być.

Jeszcze raz pozdrawiam:)
mike17 dnia 07.10.2014 12:07
Mówiąc "męska proza" miałem na myśli moje ulubione elementy, które w niektórych opkach się pojawiają, czyli kobiety, sex, alkohol, fajki, ludzie z marginesu, przestępcy, dziwki, typy upadłe - jest w tym pierwiastek bardziej męski niż kobiecy, brudny, momentami odpychający, a to, co żeńskie mnie przynajmniej kojarzy się z ciepłem, czułością i delikatnością, może dlatego, że mam to na co dzień.

Ale dziś kobiety też tworzą ostrą prozę, więc masz poniekąd rację :)
wiktoria dnia 07.10.2014 12:27
A ciepło, czułość i delikatność są niemęskie?
Kobiety nie lubią seksu, alkoholu i fajek? ;)
mike17 dnia 07.10.2014 12:31
Nie to miałem na myśli, pisałem o literaturze "męskiej", a babki tak naprawdę przeca się niczym (prawie!)) od nas nie różną, jeśli idzie o upodobania życiowe :)

Kobiety raczej nie piszą "brudnej" prozy, wolą tematykę nieco bardziej lajtową.

Jasne, że cechy, które wymieniasz są męskie, sam je posiadam :)
bosski_diabel dnia 07.10.2014 12:35 Ocena: Świetne!
Ja bym skomentował tylko tak, kapitalnie i jak zawsze dajesz czytelnikowi dużą dawkę prozy życia, potrafisz to robić i mam nadzieję, że będą następne teksty dające satysfakcję z czytania, pozdrawiam Michale serdecznie.
mike17 dnia 07.10.2014 12:44
Bardzo dziękuję, Tadeuszu, za docenienie moich starań tfurczych i że Ci się znów podobało, dla takich słów warto pisać, więc nie mam innego wyjścia, jak dalej popychać mój wózek :)

Pozdrawiam słońcem Warszawy :)
ajw dnia 07.10.2014 12:53 Ocena: Świetne!
Dopiero dzisiaj znalazłam chwilę, by zanurzyć się w Twojej prozie i nie żałuję czasu spędzonego przed monitorem (choć leje się z nosa, a oczy łzawią się łzawo). Kawał mikowej prozy bez znieczulenia, z wyłożeniem kawy na ławę (o innych rzeczach wyłożonych nie wspomnę) ;). No cóż Ci mam powiedzieć, drogi Mike - jestem pod wrażeniem i zawsze zastanawiam się , jak to się dzieje, że zaczynasz pisać, co Cię inspiruje etc. A poza tym sypnę jeszcze kawałem na temat:
Facet miał trzy kandydatki na żonę, ale nie wiedział którą wybrać. Dał więc każdej po 5 tysiaków i czekał na akcje z ich strony. Pierwsza wydała wszystko na ciuchy i kosmetyczkę, druga, chcąc mu się przypodobać kupiła sprzęt RTV, a trzecia poszła na giełdę i podwoiła kasę. Którą wybrał? Oczywiście, tę ... która miała największe cycki ;)
wiktoria dnia 07.10.2014 12:54
I słusznie Mike, to się chwali. Tylko mi chodzi o to generalizowanie i szufladkowanie.
Widzisz, ja nie tak dawno napisałam tekst typowo kobiecy, uczuciowy, romantyczny srutu tu tu.
I to, co mnie najbardziej zaskoczyło, to większość komentarzy od mężczyzn. A niby tekst damski. Rozumiesz o co mi chodzi?
Myślisz, że kobieta nie napisała by tekstu o podobnej tematyce, co Twój?
Tak, jak Ty piszesz o miłości, tak samo kobieta mogłaby napisać tekst o seksie, alkoholu i tym, co uważa się za męskie.
Ja myślę, że faceci są dużo bardziej czuli, uczuciowi i delikatni, niż kobiety. Kobiety wcale nie są uczuciowe, są emocjonalne, a to różnica. A te męskie atrybuty, są tylko dlatego, żeby zachować "właściwy" obraz twardziela.
A facet wcale nie musi być twardy, wystarczy tylko jedna część jego ciała;)

Dobra, nie zawracam już gitary. Miłego dnia:)
mike17 dnia 07.10.2014 13:06
No nareszcie przybyłaś, Iwonko, cieszę się jak dziecko :)
Pomysły przychodzą zazwyczaj nagle, na ulicy, w parku, kiedy jadę samochodem, kiedy jem obiad, nie ma reguł, ale też czasem jakiś detal z życia zainspiruje, a moja buuujna wyobraźnia robi resztę :)
Oby ta studnia nigdy nie wyschła he he.
Inspirują mnie zwykli-niezwykli ludzie, zapętlam je, by opka były odjazdowe, ale piszę też i spokojne kawałki, subtelne wręcz, bo mam wielkie serducho :)
Dowcip klawy, też bym wybrał tę z balonami :)
Kłaniam się do samej podłogi i życzę miłego dzionka :)
Zdrówka!

Justyś, dobrze prawisz, tylko że ja znam kobiety uczuciowe, wiem, co mówię, emocjonalne też po drodze są, ale za ich uczuciowość dam się pochlastać czerstwą bułą :)
Faceci nie wszyscy rżną twardzieli, są owszem niskopienni pozerzy, ale również znam masę gości, którzy po prostu urodzili się z silnym charakterem i nikogo nie grają.
Podobnie jest z tymi zniewieściałymi.
ajw dnia 07.10.2014 13:13 Ocena: Świetne!
Zadziwiająca jest logika mężczyzny ;) - to jako komentarz do Twojej odpowiedzi na kawał ;)

Co do inspiracji, to mam tak samo :)
mike17 dnia 07.10.2014 13:21
I nie tylko pewnie my :)
Lilah dnia 07.10.2014 19:25
Dość długi kawałek, ale nie żałuję. Nazwisko bohatera bardzo, bardzo pasujące.
Podziwiam Twoje pisanie i pomysły.

Serdeczności :)
mike17 dnia 07.10.2014 20:05
Cibkovsky dał radę i to się w tym wszystkim liczy :)

Lilu, jeśli poetka gości pod tak męskim tekstem, to święto.
Więc idę do lodówki po browar, bo jest mi niezmiernie miło.

Bardzo fajnie się poczułem po twoim komencie.

Za jakiś czas opko, które przebije to, które czytałaś :)

Mile pozdrawiam :)
labedz dnia 08.10.2014 12:06 Ocena: Świetne!
Bardzo porywająca podróż. Jakoś bardziej kręcą mnie ostatnio opowieści drogi, tym z większą radością połykałem ten kawalek.
Znów nie odwalasz lipy, świetnie prowadzony tekst trzyma poziom od początku do końca, bardzo przekonujące i atrakcyjne wymaściłeś tu opisy, ale dla mnie numerem jeden są w tym opku dialogi. Naprawdę - świetne. Z pasją, polotem i ekwilibrystyką, tworzysz mięsiste, prawdopodobne rozmowy. I zabawne, swoją drogą. A bawią naturalnie, nie wymuszonym humorem, z lekkością i wdziękiem. Genialne są.
A Marlon - fajnie jest skonstruowany. Jak Yossarian z "Paragrafu 22" - jego szaleństwo polega na tym, że jest jedynym normalnym w otoczeniu świrow.
Jedna rzecz mnie w opku raziła - za czesto pojawiał mi się czasownik "lichy", ale pewnie się czepiam.
mike17 dnia 08.10.2014 12:30
Cibkovsky dał radę, a o to przeca chodziło, bo mamuśka dałaby mu czadu :)
Wojtek, jak zwykle piszesz doskonały koment, wyczerpujący, wiele mi mówiący i podpowiadający, wiem, że byłeś w tej historii i coś dla siebie wyniosłeś, a to dla mnie bezcenne.
Co do dialogów, to są wesołe, bo ja wesoły gość jestem :)
Staram się pisać rzeczy z pewną dozą humoru, tego nigdy dość, zjednuje ludzi.

Bardzo Ci dziękuję za garść pochwał, jestem szczęśliw, że się podobało, że podróż nie okazała się zwykłym ględzeniem.

Tak, z "lichym" to pewnie przeginam, bo to moje ulubione określenie na coś, co mi się nie podoba :)

Pozdro!
marukja dnia 09.10.2014 14:22
Nie bierzesz jeńców, Mike. :)
Bardzo mi się podobał Cibkovsky i jego podróż w poszukiwaniu tej jedynej. A jeszcze bardziej podobał mi się język, rzęsisty, męski, bez żadnego owijania w bawełnę. Świetny pomysł z wplecieniem myzucznych cytatów z The Rolling Stones, w ogóle sam poczatek bardzo trafiony i zapamiętywalny.
Uśmiałam się :)

Cytat:
Kiedy skoń­czył, tłu­mek oży­wił się.
Po­do­ba­ło się.
Poeta nie zo­sta­ło od­rzu­co­ny
- tutaj mała kosmetyka, ale to szczegół.
Bo istotne jest, że pisać umiesz, lekko i specyficznie, a co najważniejsze - rozpoznawalnie - to jest już wyczyn! :)

Miło poczytałam, pozdrawiam serdecznie!
mike17 dnia 09.10.2014 17:03
Hello, good woman, Cibkovsky w końcu znalazł w myśl maksymy, kto szuka, ten znajdzie :)
Mądrzy ludzie mówią, że wato zacząć opko "z grubej rury", wtedy reszta może już potoczyć w myśl intencji autora.
Odnośnie języka, to znasz mnie już na tyle, że wiesz, że ja nie przebieram w słowach, u mnie jest mięsisto i do słuchu, jeśli oczywiście rzecz o męskich sprawach.

Bardzo mnie cieszą twoje słowa, bo być rozpoznawalnym to wielka sprawa, ale też wielką pracą poparta, nie oszukujmy się, nic nie przyszło samo, w bólach wręcz.

Literówkę zaraz spacyfikuję!

Kłaniam się i gdzieś za miesiąc podobna historia, oj będzie się działo :)

Pozdro!
mede_a dnia 10.10.2014 13:44
Siłą Twojego opowiadania są dialogi i dobrze o tym wiesz. Spokojnie mogliby je wykorzystać scenopisarze z Holyłód. Jest barwnie, mięsiście, wartko, ale naturalnie. Tak się dziś mówi w wielu kręgach; czy nam się to podoba, czy nie. Mnie się TAK nie podoba, ale podoba się w Twoim wykonaniu. Serdeczności.
mike17 dnia 10.10.2014 15:20
Dzięki, Mede_o za przychylny koment i nawiedzenie tego kawałka :)
Tak, żeby oddać klimat ludzi z marginesu, czy też w ogóle stworzyć autentyczność językową, trzeba ten język podać w wersji bez znieczulenia, czyli tak, jak to się mówi na co dzień.
Dlatego często posługuję się slangiem, by uwiarygodnić całość.
A i w życiu też tak przy różnych ludziach i okazjach gadam :)
Cieszę się, że wychwyciłaś mięsistość tego kawałka, wszak to o typach z krwi i kości.

Bardzo dziękuję za wizytę i liczę w przyszłości na kolejne :)

Mile pozdrawiam :)
alkestis dnia 10.10.2014 16:40 Ocena: Świetne!
hej Mike,
znalazłam odpowiednio spokojną chwilę, żeby pochłonąć (to najlepsze słowo) Twoje opko. Matulu, jaki czad! Tarantino byłby z Ciecie dumny, Ci wszyscy bohaterowie drugoplanowi... Mistrzostwo :)
opisy - znienawidzone przeze mnie od zawsze, oswoiłeś na maksa. Ten zwłaszcza:

Cytat:
Wo­dził bez­wied­nie wzro­kiem za pro­sty­tut­ka­mi i pa­trzył, jak prężą się i wdzię­czą do przy­pad­ko­wych prze­chod­niów. Były gro­te­sko­we i tra­gicz­ne. Nie po­tę­piał ich. Ale też nie roz­grze­szał, ani nie da­rzył zro­zu­mie­niem. Ot, zwię­dłe kwia­ty, zdzi­cza­ła od­rośl zdro­we­go drze­wa, chwa­sty na pięk­nej łące ludz­kich spraw, na­mięt­no­ści i ra­do­ści.


toż to poezja, bracie.

jestem przerażona Twoim talentem. Istne szaleństwo. Masz taką lekkość w przelewaniu potoku swoich myśli, że to normalnie skandal. Niektórzy wiele by dali, żeby choć w niewielkim stopniu to odczuć.

pozdrawiam:)
mike17 dnia 10.10.2014 20:03
Ja pierdykam, ale komplementy, kurde, szok'n'roll :)

Cibkovsky po prostu szukał żony, jak szalony, jak do akcji ośmielony!
A kawałek taki po mojemu, korzenny, z jajcem, na luzie.
Kocham takie pisanie.
Ktoś polubi, kogoś odrzuci.
Taki lajf.
Liczę się z każdą percepcją.

A twoje przerażenie moim talentem przeraża mnie!
Tera trza już nie opuszczać poprzeczki, kurde, bo wyjdę na one show mana.
Co do lekkości, jestem gadułą, stąd te potoczyste dialogi :)

Jestem cholernie dowartościowany po tym komencie.
Ilekroć zapodaję kawałki, powiedzmy, "z pogranicza", liczę na baty, a jak ich nie ma to, to otwieram zimnego Lecha i piszę koment zwrotny, jak ten :)

Miło mi było, Alka :)
blaszka dnia 12.10.2014 20:21
Brawo za luzackie, soczyste dialogi. Ubawiłam się przy czytaniu ;)
Zabrakło mi tym razem "gawędziarstwa" narratora, które tworzy charakterystyczny dla Twoich utworów klimat. Zabrakło charakterystyki psychologicznej postaci, co też u Ciebie lubię.
Dlatego dzieło traktuję raczej w kategoriach humoreski czy groteski niż opowieści obyczajowej.
No chyba, ze nieobyczajnej obyczajowości tu mowa ;)
Pozdrawiam ciepło.
mike17 dnia 12.10.2014 20:40
Blaszko droga, jak to w kinie drogi bywa, to zbiór slajdów, kolejnych odcinków owej drogi, tu raczej nie skupiamy się na charakterystyce poszczególnych postaci, choć nadałem im tu pewien rys, ważny jest motyw drogi i poszukiwania.
Kim byli ludzie napotkani przez Marlona, chciałem dać tylko z dialogów.
Zero opisu.
Oszczędność.
Facet miał znaleźć żonę i na tym się skupiłem, w sumie jego charakter był tu elementem drugorzędnym, no wiadomo, onanista i cipkarz :)
To coś pomiędzy humoreską a groteską, żadna tam rzecz na poważnie.
Lubię robić sobie jaja, ot, co!

Pozdrawiam Cię serdecznie, dziękując za koment, kolejne opko będzie jeszcze bardziej zakręcone, masz to u mnie jak w banku :)
Quentin dnia 23.10.2014 12:24 Ocena: Świetne!
Maestria

Cóż mogę powiedzieć, mike. Tekst sam w sobie przypomina jak najbardziej Bukowskiego od początku do końca, ale nie jest skopiowany, więc brawo, bo ciężko odnaleźć się w tej konwencji, której hołdował pan Charles, choć na pozór wydaje się banalna. Nic z tych rzeczy. Byle bełkot pisać może każdy, ale nie każdy wychowa na tym pokolenia.

Fabularnie historyjka mi pasuje do kilku filmów, a najbardziej jakoś widzę tu "Las Vegas Parano", choć nie w skali 1:1 naturalnie. Krótko mówiąc ostro powykręcany świat.

O kunszcie nie ma co gadać, bo wiadomo, żeś pisarz z prawdziwego zdarzenia. Wystarczy spojrzeć tylko na poprzednie teksty. To mi się także podoba w twojej twórczości; jesteś jak Bracia Cohen - obok zabawnych historyjek z dystansem tworzysz poważne, kurewsko mocne rzeczy. Na myśl o opowiadaniu "Najdroższa mamo" do dziś mam ciarki.

Bardzo dziękuję za zaproszenie. Czasem potrzebuję, żeby ktoś wyciągnął mnie za uszy :-) jak każdy leniwy i trochę zajęty skubaniec. Sam ostatnio napisałem tekst o poszukiwaniu żony, ale bardziej lokalny.

Świetna robota tradycyjnie

Pozdrawiam
mike17 dnia 23.10.2014 17:34
Aleś mi napisał komenta, drogi Quentinie, znawco męskiej prozy, sam piszący takową z najwyższej półki :)
Staram się ssać inspirację z Buka, zachowując własny styl, ciągle nad nim w mozole pracując, bo nie lubię stać w miejscu, jako niespokojny duch, cały czas prę do przodu.

Tyle miłych, budujących słów...
Ech...
Dzięki wielkie, tylko pisać i pisać, by znów móc kiedyś (może) podobnego komcia czytać :)

Jeśli chodzi o "Najdroższa mamo" to za jakiś czas znów zamierzam wrócić do brutalnego hardcore'u, ale jeszcze nie teraz.

Ponieważ rzadko bywasz na PP, o nowym opku powiadomię Cię na priva.

Raz jeszcze thanx i pozdrawiam :)
Usunięty dnia 23.10.2014 18:03
Bardzo dobra proza.

Rzec można, że pikantniejsza wersja „Alchemika”;)
Świetnie poprowadzone dialogi, tworzące przezabawne przygody głównego bohatera, o jakże wymownym nazwisku, kolidującym z jego zamiłowaniem;)
Wciągający tekst, który mega szybko się czytało, jestem pod niemałym wrażeniem.
Płynność scen, profesjonalizm - brawo.
Wg mnie najlepsza scena to mafijne porachunki i ci - Chińczycy ;)
Pozdrawiam i życzę miłego popołudnia.
mike17 dnia 23.10.2014 18:59
Fajnie, że Cibkovsky, facet z jajami, wciągnął Cię w wir swych przygód :)
Lubię pisać o dzianiu się, z soczystymi dialogami, pełnymi wulgaryzmów, ale tego wymaga ta konwencja, nie może być lajtowo.

Bardzo mnie cieszy co innego: że jako kolejna kobieta odnajdujesz się w tak męskiej prozie.
O czym to świadczy?
Nie wiem.
Może o tym, że prawdziwych panów już dziś nie ma, jeno ci twardziele z opowiadań?

Za ogrom pochwał kłaniam się do samej podłogi.
Wiem, co to dla mnie znaczy.
Nie każdemu w sumie musi pasować taki kawałek.

Tym bardziej wdzięcznie dziękuję, Aniu :)
jasna69 dnia 28.12.2014 16:26
Od tej pory Marlon już nigdy nie będzie tylko TYM Marlonem.
Mike, stworzyłeś bohatera, którego ciężko nie polubić, tak po matczynemu. Jakież to nieszczęśliwe stworzenie, wychowanek Onana, który musi ruszyć w świat, żeby zaspokoić rodzicielkę.
Jak dobrze, że w końcu oboje stwierdzają, że świat jest piękny, bo przecież jest, mimo kurzu na drodze ;) .
Umiesz tworzyć (i pisać!) historie, Mike.
Powtórzę po raz kolejny – podziwiam.

Pozdrawiam serdecznie
mike17 dnia 28.12.2014 19:21
Bo Cibkovsky na byle laskę nie poleci :)
Jakże dawno Cię ostatnio widziałem, ale kto czeka, ten się doczeka.
Jeśli ta prosta opowiastka przypadła Ci do gustu, tom rad, bo daje mi to pałera, by jechać dalej z tym koksem.

Renato,

Bardzo dziękuję i kłaniam się wdzięcznie.
Jeśli czytelnik wraca, to dobry znak, prawda?
Miłe to i motywujące.

Pozdrawiam wesoło :)
jasna69 dnia 31.12.2014 01:42
Jedź, Mike, jedź, a ja choć spóźniona, zawsze będę jeździć z Tobą, bo to jak podróż autostopem, nigdy nie brakuje emocji.
mike17 dnia 31.12.2014 09:22
Obiecuję Ci, Renato, że przejedziemy się jeszcze nie raz razem :) moim literackim wózkiem bez trzymanki :)

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

:)
faith dnia 20.02.2016 12:19
Michał, po przeczytaniu już niejednego Twojego opowiadania chyba muszę stwierdzić, że najbardziej lubię Cię w takim wydaniu à la Bukowski właśnie:)

Historia z jajem, a jednocześnie nie pozbawiona morału.
Uwielbiam klimat amerykańskiego kina drogi, a jeśli dodać do tego, że wszystko dzieje się w latach 60. to mamy mieszankę arcysmaczną. Twoje opowiadanie skojrzyło mi się trochę z filmem "Dzikość serca" Barry'ego Gifforda. Wiem, że te historie różnią się od siebie, ale uważam, że mają bardzo podobną atmosferę.

Najzabawniejszy był dla mnie fragment dziejący się w Nebrasce, z wszystkimi tymi Ojcami Chrząstnymi i innymi Bradami Kittami ;) Świetne i przwerotne. W ogóle nazwiska wymyśliłeś doskonałe ;)

A morał? Nigdy nie wiadomo, kiedy i gdzie Los zechce zgotować nam niespodziankę. Czasami musimy przejść długą drogę, by natrafić na to, co jest najbliżej.

W humorystyczną i bardzo męską narrację wplotłeś ponadczasową prawdę.

Czytało się przednio. Pozdrawiam!
mike17 dnia 20.02.2016 13:18
Jako wierny uczeń mistrza Bukowskiego obiecuję Ci jeszcze nie raz zaskoczyć próbką mojej "bukowszczyzny", trochę tego już machnąłem, ale nie jest to łatwy materiał do pisania - trzeba absolutnie wyłączyć się ze świata i wejść w inny, jakby się grało w filmie pełnym podejrzanych typów i kobiet nieciężkich obyczajów :)

Jako polski Amerykan kocham osadzać moje opka w Stanach, bo kocham ten kraj, mentalność i ludzi, mam tam od groma rodziny, więc czuję się związany na śmierć i życie.

W Nebrasce byli sami porąbani kolesie :)

A mottem tego opowiadania jest to, że "czasem tak bywa, że im bardziej szukasz, tym mniej znajdujesz, a jak przestajesz szukać to to, czego szukałeś odnajduje ciebie w najmniej oczekiwanym momencie i miejscu".
I tak było z Marlonem.

Bardzo lubię uprawiać męską prozę, to w sumie moje logo, i nawet jak piszę o kochaniu, też piszę z pozycji faceta, czasem dosadnie, bezpruderyjnie, szczerze, od serducha.

Bardzo Ci dziękuję, Kasiu, za kolejny czytelniczy nalot :)
Twoje konkretne komenty to miód na moje artystyczne serce - aż chce się pisać i publikować.
Zresztą sama wiesz, jak cenię sobie Twoje słowo.

Pozdrawiam wczesnym popołudniem :)
Kazjuno dnia 09.05.2018 21:49 Ocena: Świetne!
Ja też dziękuję Ci za rozrywkę, która sprawiła, że przez hook point, na samym początku, gdy Marlon zwalił gruchę i przywitał rodzicielkę, parsknąłem śmiechem, aż oplułem cały ekran komputera. Potem już tak nie parskałem, ale uśmiechając się pod nosem, każdą chwilę wolną wypełniłem dziejami Marlona. Bardzo ciekawymi, dowodzącymi twojej bogatej wiedzy o Juesej. Tym razem czytałem na raty, bo trochę miałem obowiązków. Ale zaraz szukam kolejnego twojego kawałka, a jest w czym wybierać.
Zresztą jak zapowiedziałem - przeczytam wszystko.
Serdeczne pozdrówka, Kaz
mike17 dnia 10.05.2018 15:33
Kaz, wraz z Cibkovsky'm dziękujemy Ci za literacki nalot i garść refleksji :)
Co jakiś czas czuję potrzebę "bukowszczyzny" i wtedy siadam do klawiszy i walę takie opowiastki.
Ilekroć ktoś podziela mój osobliwy humor, tom rad.
Chciałem tu dać moje poczucie humoru + akcję w poszukiwaniu żony :)
A to niełatwe.

Fascynuje mnie pisanie Bukowskiego i co jakiś czas popełniam coś w podobie.
Jest jeszcze trochę tego, a wśród nich "Frankie Cool" i "Charlie Bambino" - wyróżniony przez Redakcję.

Hej, jak to fajnie, że zaglądasz!
Czuję, że żyję.

Niebawem się u Ciebie zjawię, nie ma to tamto :)

Trzymaj się, Żeglarzu, po morzu słowa!
Kazjuno dnia 10.05.2018 17:25 Ocena: Świetne!
Jak tu Cię nie lubIć i nie podziwiać? Przecież już sama forma odpowiadania na komentarze, zawarte w niej ciepło i serdeczność to literackie mini majstersztyki.
Aż się zrobiło na duszy ciepłej...
Dzięki Wielkoduchu! Kj :)
mike17 dnia 11.05.2018 11:32
Jakże miło czytać TAKIE słowa, Kaz :)
Warto lubić ludzi, bo to do nas wraca.

Cieszę się, że Ty się cieszysz :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
al-szamanka
24/04/2019 21:41
Powiem Ci tak: Wiersz byłby o wiele lepszy, gdyby był… »
Marek Adam Grabowski
24/04/2019 13:36
Bynajmniej nie chodzi o błędy językowe; lecz o to, iż temat… »
Miladora
24/04/2019 12:50
Witaj poświątecznie, Hope. :) Będzie krótko, bo nie mam się… »
Berele
24/04/2019 10:19
Zdanie w 2 zwrotce jest nienaturalnie długie. To nie jest… »
pociengiel
24/04/2019 08:33
Chyba tak mam czas do wieczora. »
al-szamanka
24/04/2019 08:23
Fajnie, że się podobało. Dziękuję za poczytanie i miły… »
al-szamanka
24/04/2019 08:21
Odjazdowy tytuł :D Najbardziej podoba mi się słońce… »
lew morski
24/04/2019 03:44
Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz – myślałem, że… »
Abi-syn
23/04/2019 21:28
Hejka Wiki to prawie jak ja, :) , też rzadko, też z… »
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
ShoutBox
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:55
  • Cholera jasna! Co mnie tu znowu przygnalo? :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:54
  • By ich nie spalic, troskliwie zawijaj w sreberka. /Swistak/ :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:52
  • I pamietaj by wsrod przypraw , byla oliwy kropelka.
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:51
  • Juz niedlugo, za dni pare. Idz po piwko, nie gitare. Rozpal grilla a w sam zar, wloz kartofli kilka par.
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
Ostatnio widziani
Gości online:12
Najnowszy:yxutyf
Wspierają nas