Dobra i zła literatura - Miroslaw Sliwa
Proza » Humoreska » Dobra i zła literatura
A A A
Od autora: Wybrałem dla tego tekstu kategorię "Humoreska", bo patrząc z dzisiejszej perspektywy na wydarzenie, które w nim opisałem jest ono w istocie śmieszne, groteskowe czy absurdalne, ale wtedy nikomu do śmiechu z życiem w tym absurdzie nie było.

                                                                     Dobra i zła literatura

 

         Zdarzyło się w sierpniu 1987 roku, w mieście Jastrzębie - Zdrój. Wracałem z roboty przepełnionym autobusem i byłem tak wściekły na cały świat, że gdybym miał przy sobie granat, to… kurwa mać. Ledwie jednak ta bzdura przyszła mi do głowy, a zaraz się jej zawstydziłem, bo niby czego ci ludzie wokół mnie byli mi winni? Było im tak samo do dupy jak i mnie.

         Rano kierownik wysłał mnie razem z kolegą Jankiem do rozładunku wapna. Boczne drzwi wagonów były pozakleszczane, więc trzeba było na te wagony wleźć i worki wyrywać z góry. Dosłownie wyrywać, bo w czasie transportu uklepało się to wszystko w jedną, litą całość.

         Wapno w takim upale!!! Z nieba lał się niemiłosierny żar, więc o pracy w koszuli z długimi rękawami nie mogło być nawet mowy. Cholera, dwa wagony do rozładowania, a nas do tego tylko dwóch. Szlag by to trafił!!! Nie dość, że nawdychaliśmy się tego draństwa, to powżerało się to jeszcze w przedramiona poobdzierane do krwi i ..., a co tam wiele gadać; żadna przyjemność. Strupy porobiły się tak wielkie, że trzymając się poręczy w autobusie zwracałem na siebie raczej dość powszechną uwagę. Nie wiedziałem gdzie mam schować te pokiereszowane łapska. To tylko potęgowało moje poirytowanie, ale w końcu autobus zatrzymał się na przystanku „Supersam”. „No nareszcie”! – pomyślałem i przeciskając się pomiędzy utrudzonymi i pewno równie jak ja zagniewanymi współpasażerami z ulgą wyszedłem na zewnątrz.

         Naprawdę nie lubię tłoku, więc kiedy minąłem już wszystkich przystankowiczów czekających na swoje autobusy poczułem jak uchodzi ze mnie cała złość i agresja. Chyba się nawet uśmiechnąłem.

         Podążając żwawym krokiem w stronę domu zauważyłem, że przed księgarnią Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki (KMPiK) ustawiła się dosyć liczna kolejka. W pierwszej chwili przyszło mi do głowy, że może „rzucili” płytę jakiegoś zachodniego zespołu rockowego, ale większość kolejkowiczów wiekowo nie potrafiła mi się w tę ideę jakoś wpasować. Ha, ale kolejka stoi, a to znaczy, że coś jednak „dają”, a jeśli „dają”, to trzeba „brać”. Podszedłem, więc do ostatniego oczekującego i zapytałem:

- Przepraszam, czy nie orientuje się pan co rzucili?

Mężczyzna spojrzał z zakłopotaniem w moją stronę i zaczął dukać:

- No tego, no Hom…, no Homara. Nie! No! Tego, jak mu tam? A! Już wiem: Homera.

Widziałem jak się spocił udzielając mi częściowej zaledwie odpowiedzi, więc nie chciałem już chłopa męczyć, ale byłem ciekaw co właściwie dają, Iliadę czy Odyseję? W domu miałem obydwa dzieła z tym że Iliada, wydanie w miękkiej okładce i już wiekowe, była strasznie „wyczytana”. Prawie wszystkie kartki fruwały osobno. Z ambarasu wyciągnęła mnie elegancka pani stojąca tuż przed moim sąsiadem:

- Iliaadę dają panie, Iliaadę – informowała mnie przeciągając za każdym razem sylabę „lia”. Mówiąc do mnie równocześnie wpatrywała się uporczywie i z wyrzutem w mojego wcześniejszego rozmówcę i robiła to tak sugestywnie, że facet pod jej „bazyliszkowym” spojrzeniem kurczył się niczym suszona śliwka.

         „No dobra, to stoję. Tylko czy dla mnie wystarczy”? – dumałem oczekując, bo z tymi kolejkami, to trochę jest tak jak z zawodami sportowymi; nigdy nie wiesz czy wygrasz, ale grasz.

         Ogonek przesuwał się dosyć szybko, bo księgarnia posiadała osobne wejście i wyjście, więc ci oczekujący i ci już załatwieni klienci nie wadzili sobie nawzajem.

Niebawem znalazłem się wewnątrz. Przede mną stało jeszcze ze dwadzieścia osób. Spojrzałem w stronę lady i dosłownie osłupiałem. Za pulpitem stały dwie panie bukinistki. Tą starszą znałem, bo w KMPiK – u bywałem dosyć często, ale tą drugą, nową zobaczyłem po raz pierwszy. Była drobną blondyneczką tak zjawiskowo piękną, że patrząc na nią o bożym świecie zapomniałem. Wgapiając się w to blond cudo podjąłem postanowienie: „Nie ma, że to tamto. Będę tu przychodził codziennie” i w tym oczarowaniu nawet się nie zorientowałem, że oto stoję już przed obliczem, niestety starszej pani i że ta pani coś do mnie mówi.

- Że co, słucham? - rzuciłem w roztargnieniu.

Pani księgarka wzniosła oczy ku górze jakby prosiła Boga o natychmiastowe unicestwienie mnie osobiście i wszystkich tępaków mnie podobnych, po czym     powtórzyła:

- 600 złotych się należy.

Bezwiednie wyjąłem pieniądze z kieszeni i zapłaciłem, ale pani zamiast jednej wręczyła mi dwie książki i jedną z tych pozycji rzeczywiście była Iliada, ale druga, to były przemówienia Jaruzelskiego!!! Odsunąłem „Jaruzelskiego” z niechęcią w stronę pani ekspedientki i rzekłem:

- Ale ja tego nie chcę.

- Panie, mamy sprzedaż wiązaną i albo bierzesz pan obydwie albo żadnej – ekspedientka przyglądała mi się wyczekująco i w zniecierpliwieniu.

- No dobrze, dobrze. Biorę obydwie – uległem, bo w sytuacjach kolejkowych nie lubię robić za hamulcowego.

Na odchodnym znowu odwróciłem się w stronę blondyneczki, czując jak endorfiny wypływają mi nosem i uszami, i wyszedłem z pustoszejącej powoli księgarni zadowolony jakbym wygrał główny los na loterii. Chociaż opuszczając ten kram z mową pisaną uświadomiłem sobie, że mam problem, bo niby co ja zrobię z tym bełkotem zapisanym na dwustu kilkudziesięciu stronach. Nie ma mowy, nie postawię „Jaruzelskiego” na własnej półce . Kombinując nad tym jak pozbyć się tej niechcianej książki dostrzegłem kilka kroków obok siebie kosz na śmieci pełen… przemówień Jaruzelskiego. Na szybko oszacowałem, że przynajmniej pięćdziesiąt osób przede mną wybrało takie oto radykalne, ale jakże słuszne rozwiązanie trapiącego mnie aktualnie, a ich nieco wcześniej dylematu. Wierzcie mi, nie potrafiłem na ten widok powstrzymać się od śmiechu i przyznaję zupełnie bez wstydu, że był to śmiech pełen złośliwej satysfakcji. Podszedłem do tego śmietnika i prawie z euforią stwierdziłem, że dla niejednego jeszcze „generała” miejsca w tym koszu wystarczy.

Kosz na śmieci. No tak, to jest właściwe miejsce dla złej literatury.

                                                                                           

Mirosław Śliwa

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Miroslaw Sliwa · dnia 21.10.2014 05:15 · Czytań: 1595 · Średnia ocena: 4,8 · Komentarzy: 22
Komentarze
Daniela Jadwiga Jarszak dnia 21.10.2014 10:04
Bardzo sprawnie i lekkim piórem napisane opowiadanie. Wciąga od początku do końca tak wiarygoddnie przedstawiona historyjka.
labedz dnia 21.10.2014 10:32
Całkiem niezły tekst.
Jest kilka błędów, powiedziałbym - literówkowych, ale nie zakłócają odbioru aż tak bardzo, żeby nie zaczerpnąć przyjemności z czytania tego tekstu. Jeśli chcesz, chętnie Ci je wymienię, choć pewnie sam wyłapiesz co trzeba. Taki pierwszy z brzegu, który bardziej po oczach kłuje - zamiast " drugą, nową" powinno być oczywiście " drugą, nową".

Historia opisana dość lekko, z pewnym polotem. Przypomina mi nieco "produkcyjniaki" - ale w tym wypadku to absolutnie nie jest żaden zarzut - człowiek pracy, sól ziemi, w konfrontacji z potrzebą kultury tak zwanej wysokiej.

A tak nawiasem - takie przemówienia Jaruzela, to byłaby dzisiaj książka w bardzo dobrej cenie...:)

Pozdrawiam!
euterpe dnia 21.10.2014 10:55 Ocena: Bardzo dobre
Przeczytałam jednym tchem, tak sprawnie poprowadziłeś tę historię.
Podejrzewam, że w autobusie mężczyzna postrzegany był jak trędowaty, z tymi wszystkimi ranami z białym nalotem. Jeszcze z pewnością, zapachem dającym poczuć to zmęczenie. Blondyneczka w księgarni, też pewnie wyrobiła o nim jakieś zdanie.
Bardzo symboliczny kosz na śmieci, który wręcz daje policzek każdemu, kto stara się pisać. Jeśli kiedykolwiek coś uda nam się wydać i znajdziemy takie wysypisko naszył rękodzieł, cóż to za potworne uczucie musi być:)
Pozdrawiam serdecznie,
Ewa
Miroslaw Sliwa dnia 21.10.2014 11:33
Pani Danielo, Pani Euterpe, Panie Łabędziu. Serdecznie Państwu dziękuję za życzliwe komentarze i pomoc.
Łabędziu, może tam "Jaruzele" są teraz w cenie, ale takiego postępowania domagała się zwykła, ludzka przyzwoitość. Zresztą inne moje książki mogłyby się na mnie obrazić za taki dyshonor. :-) Poza tym muszę się przyznać, że to nie był jedyny, tego typu "wyskok" z mojej strony. Bodaj w 1977 roku ówczesny chłopak mojej siostry przywlókł do nas "dzieła" Lenina i to był pierwszy przypadek kiedy wyrzuciłem książki do śmietnika. Zresztą swoim występkiem ściągnąłem na mieszkańców naszej klatki spory kłopot, bo jakiś konfident znalazł te "Leniny" w śmietniku i doniósł o sprawie esbecji. No i przez trzy dni esbecy szukali sprawcy, ale chyba nikt nie widział jak dopuszczałem się tego okropnego przestępstwa, bo przez kolejnych pięć lat nie miałem z esbecją do czynienia. A potem..., to już zupełnie inna historia. No i w latach 90. kupiłem "Mein kampf". Tak z ciekawości Po przeczytaniu, chyba 20 stronic wypieprzyłem to "dzieło" przez okno. Dobrze, że było lato i trzeba było wietrzyć mieszkanie, bo inaczej mógłbym wybić szybę.
Euterpe, jeśli nie jesteś żadnym zakręconym ideologiem, nie liczącym się z nikim i z niczym, to Twoje obawy są bezzasadne. :-)
Czytam Was ludzie. Dobrze piszecie i oby tak dalej.
Serdecznie Państwa pozdrawiam i sukcesów życzę. :-)
euterpe dnia 21.10.2014 12:44 Ocena: Bardzo dobre
Uspokoił mnie Pan, już nie będą mnie w nocy gonić kosze na śmieci, wykrzykujące jakieś przekleństwa. Będę więc spała spokojnie, choć jeszcze cały dzień przede mną i wszystko może się zmienić:)
Pozdrawiam serdecznie,
Ewa
mike17 dnia 21.10.2014 14:47 Ocena: Świetne!
He he niezłe, Mirosławie, humor prima sort, nie ma to tamto :)
Jak przez mgłę pamiętam podobne sytuacje, niezwykle absurdalne, gdzie jako fan muzyki musiałem w EMPIK-u też nabywać coś , co chciałem + coś "w promocji" że się tak kąśliwie wyrażę.
Oczywiście zbędny "dodatek" natychmiast po opuszczeniu sklepu lotem koszącym leciał w niebyt, by mnie więcej swoją niskopiennością nie mierzić :)

Świetnie opowiedziana w sumie prosta historia, ale z jajcem, a to się zawsze ceni i to się podoba, bo humoru nigdy dość, więc warto się śmiać i uśmiechać do bliźnich.

Nie dziwi mnie kosz pełen Jaruzela: jako nastolatek pamiętam naszą ogólną nienawiść do tej postaci oraz wszelakich jego pachołków - gościu miał u nas przesrane i ma do dziś, choć o zmarłym nie wypada...

Było wyrwać tę blondyneczkę, jak Cię tak wzięło.
Czasem złota szansa zdarza się tylko raz, a potem człek se pluje w brodę i wspomina chwilę zawahania.

Good text :)
Miroslaw Sliwa dnia 21.10.2014 15:50
Ewo, no kto jak kto, ale Ty możesz spać spokojnie. :-)

Michale, serdecznie dziękuję. Twoim tekstom też niczego nie brakuje i serio; bardzo lubię Pana czytać "romantyczny twardzielu" współczesnej polskiej literatury.
A z tą blondynką, to szybko okazało się, że to była młoda małżonka okropnie w swoim mężu zakochana. Kurczę, miałem wtedy 27 lat, a w tym wieku człowiek szybko znajduje ukojenie i pocieszenie.
Ten tekst, to trochę takie memento dla tych, którzy tęsknią za PRL - em.
I jeszcze jedno; Michale ja tak zamilkłem "na chwilę", bo miałem wątpliwą przyjemność zostać kaleką. Poza tym ostatnio do dyspozycji miałem tylko tablet, a sensownie pisać przy pomocy tego urządzenia to ja nie potrafię, ale od teraz już spoko.
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam serdecznie. :-)
mike17 dnia 21.10.2014 16:07 Ocena: Świetne!
Dziękuję, Mirosławie, za "romantycznego twardziela", jesteś blisko, oj, blisko :)
Chciałbym Ci życzyć pisania podobnych opowiadań, choćby właśnie z PRL-u, bo to kopalnia totalnego absurdu, i człeka może pozytywnie ponieść w pisaniu, w ogóle, byś publikował.
No i zdrowia, czymkolwiek dla Ciebie by było :)

Michał
Krystyna Habrat dnia 22.10.2014 19:51
Podobało mi się, choć nie zaszkodziła by tu szczypta przewrotności, byle nie zmieniająca właściwego wydźwięku.
Miroslaw Sliwa dnia 22.10.2014 22:14
Krystyno, to zdarzenie jest prawdziwe od A do Z. Nie bardzo wiem... no kurczę nie rozumiem co z tą przewrotnością. Chyba będziesz musiała mi to wytłumaczyć wielkimi literami.
Starszym chciałem przypomnieć, a młodszym unaocznić kilka absurdów PRL - u, a tu spójrz w ciągu jakichś 40 minut; kolejki w których stawało się na chybił trafił, bo i tak człowiek coś tam do domu przyniósł. Dalej; sprzedaż wiązana - towar pożądany plus bubel (zazwyczaj bubel do kosza). I na koniec kosmiczne zestawienie Homer - Jaruzelski. A wszystko okraszone atrakcyjną blondynką i koszem na śmieci pełnym przemówień Jaruzelskiego. Uważam, że gdybym jeszcze coś do tego dodał, to czytelnicy mogliby uznać mnie za mało wiarygodnego, a na PP odbiorcy są raczej wymagający.
Dziękuję za odwiedziny i lekturę mojego tekstu.
Pozdrawiam. :-)
zajacanka dnia 24.10.2014 00:18
Bardzo sympatyczna historia, całkiem sprawnie napisana. I przede wszystkim życiowa:taki obrazek wyjęty z przeszłości. Sama pamiętam, jak z Gdańska do Gdyni sie jechało po książkę (ktoś zapodał, że tam "dają "Zarys dziejów religii", a to w tamtych czasach dosc unikalna pozycja była).
Z przyjemnością przeczytałam.

Pozdrawiam :)

a
Miroslaw Sliwa dnia 24.10.2014 15:10
Dzięki Zajacanko. A pamiętasz premierę sfilmowanego koncertu Led Zeppelin "The song remains the same" w "demoludach"? To był chyba sam początek lat 80. Z kilkoma kolegami wybraliśmy się na ten film aż do Budapesztu. Dzisiaj to wszystko "pikuś", ale kiedyś tak się ganiało za kawałkiem wolnej kultury, a łatwo nie było.
Jeszcze raz dziękuję i pozdrawiam serdecznie. :)
al-szamanka dnia 24.10.2014 15:17 Ocena: Świetne!
labedz napisał:

A tak nawiasem - takie przemówienia Jaruzela, to byłaby dzisiaj książka w bardzo dobrej cenie...

Co zupełnie nie dowodzi, że to dobra literatura.

W dawnych czasach, ojciec kolegi, za to iż był najlepszym studentem medycyny dostał nagrodę - wszystkie dzieła Lenina. Początkowo, w geście szlachetnego zrywu chciał je podarować bibliotece uniwersyteckiej, ale zachował. I jak sam twierdził, dobrze zrobił, gdyż potem nastały ciężkie czasy, a w sklepach panował permanentny brak papieru toaletowego...
Czyli, niekoniecznie kosz na śmieci :D
Chociaż tak czy owak jest tragicznie.

Przypomniałeś w swoim tekście niesamowity absurd z tamtych czasów.
Takich transakcji wiązanych było wiele, niechciane buble lądowały w rupieciarniach i nakręcały kołowrót popytu... na buble.
W tej chwili fakty te to już na szczęście egzotyka, chociaż podtekst jak najbardziej żywy.
Kurcze, trzeba mocniej szarpać za struny weny. Śmietnik to czarna wizja.

Podobało się.
Pozdrawiam:)

Aha, Led Zeppelin, to do dzisiaj mój ukochany zespół :)
Miroslaw Sliwa dnia 25.10.2014 00:44
A- szamnka jesteś debeściara. Nigdy nie napiszę nieprawdziwego tekstu. Nigdy nie będę kłamał. Nigdy nikomu nie będę się podlizywał.
Jestem jaki jestem i można we mnie tłuc jak w kaczą dupę. :)
Pozdrawiam serdecznie i życzę sobie pisarstwa na Twoim poziomie... a Tobie wygranej w totolotka. :)
Pozdrawiam serdecznie. :)
al-szamanka dnia 25.10.2014 11:22 Ocena: Świetne!
Za życzenia wygranej w totolotka bardzo dziękuję. Niech się spełni!
Niepokoi mnie nieco słowo debeściara, gdyż słyszę je po raz pierwszy.
Zaraz spojrzę do słownika w necie.

Pozdrawiam ponocnodyżurowo :)
trawa1965 dnia 01.03.2016 08:12 Ocena: Świetne!
Oczekiwałem zupełnie czegoś innego po tytule. A tu proszę- takie zaskoczenie! Pokazałeś tym utworem, o co w literaturze chodzi. Język rzeczywiście lekki, wręcz perfekcyjny, a przede wszystkim naturalny. Mogę się przy Tobie wiele nauczyć.

Błędy zostały już wyszczególnione, ale ja wolałbym strzelać ortograficzne byki, a mieć Twój styl. Bo to są utwory na MAKING MONEY, a nie moje...
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 09:23
Witaj Trawa1965. Miło, że Cię tu przywiało.
Bardzo się cieszę, że tak wysoko oceniasz moje rzemiosło.
Myślę, że jest taka uniwersalna wartość dotycząca dzieła i to niezależnie od dziedziny sztuki; chodzi o wiarygodność.
Jeśli pisarz pamięta o tym podczas pracy nad tekstem, to prędzej czy później zostanie to docenione.
Jeszcze raz dzięki i zapraszam do lektury My brothers in arms.

Pozdrawiam serdecznie.

Mirek
Jaga dnia 01.03.2016 09:34
Mirku,
Lekko, bardzo sprawnie napisana historia. Chętnie przeczytałabym więcej tego typu opowieści z czasów, w których królował absurd. Tym bardziej, że przesłanie nadal aktualne:
"Kosz na śmieci (...) to jest właściwe miejsce dla złej literatury." ;)
Pozdrawiam ciepło,
Jaga
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 09:44
Witaj Jago.

Dzięki za odwiedziny, lekturę i dobre słowo.
Zapraszam zatem do czytanki My brothers in arms. Też powieść z tamtych czasów.

Wszystkiego dobrego. :)

Mirek
trawa1965 dnia 01.03.2016 10:21 Ocena: Świetne!
A powiedz mi na podstawie moich tekstów: czy uważasz mnie za pisarza wiarygodnego?
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 11:05
A wiesz trawa1965, że dopiero co skończyłem czytanie Twojej Ballady o nadnidzińskiej prerii.
Jesteś sprawny językowo - to ważne. Dobrze posługujesz się wyobraźnią i to jest właśnie to czego ja nigdy nie robię.

Kiedy zaczynałem pisać, to również tworzyłem konstrukty oparte na imaginacji.
Autor jest dla siebie pierwszym krytykiem. Przynajmniej ja tak mam. Poza tym jestem nieźle oczytany - jakieś dwa i pół tysiąca przeczytanych książek, to nie jest w kij dmuchał.
Do czego zmierzam; otóż moje produkcje z wyobrażeń jakoś bardzo źle wypadały w konfrontacji z tym co wiedziałem o dobrej literaturze. Były nieprawdziwe.

Zdarzyło się, że popełniłem pierwszy reportaż i oto Eureka; po co wymyślać życie skoro ono jest.

Taka jest moja metoda i tyle. Piszę o tym co się zdarzyło, tak jakby właśnie się działo.

Każdy z nas musi znaleźć swoją drogę. Musisz się w to mocno wmyślić. Tu nie trzeba zbytnio kombinować. Trzeba odnaleźć siebie. Dasz radę.

Mirek
Niczyja dnia 22.04.2016 20:32 Ocena: Świetne!
Witaj Mirku,

Szukałam czegoś lekkiego i przyjemnego na ten posępny wieczór i bardzo się cieszę, że trafiłam akurat na Ciebie. Tak naprawdę, to szukałam autora, którego dobrze mi się czyta i mój wybór był zamierzony;)

Twój tekst skutecznie poprawił mi nastrój:) Wstałam, wrzuciłam do kosza, to co mnie dręczyło, podobnie jak Ty ową złą literaturę, i teraz jestem lżejsza. W ręku trzymam dobrą.
Niesamowite w literaturze jest to, że ma magiczną siłę uzdrawiania. Mam na myśli dobrze napisany tekst, treść, dobór słów, przesłanie, głębię i to coś.

Po stokroć dziękuję Ci za ten tekst, wspaniale napisany, mądry, choć z pozoru niby o niczym, taki zwyczajny. Niech żyje dobra literatura. Słowo górą!

Pozdrawiam serdecznie z wysokiego piętra:)
Niczyja
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
domofon
23/07/2019 23:56
Florian Konrad, fajniasty komentarz. Dzięki »
AntoniGrycuk
23/07/2019 23:23
DoCo, to nie tyle asekuranctwo, co swoiste machnięcie… »
Zdzislaw
23/07/2019 22:39
DoCo, lubisz bajki? ;) »
Kazjuno
23/07/2019 21:59
Przeczytałem Ciążę z zainteresowaniem. Podobnie do… »
Dobra Cobra
23/07/2019 21:18
Jest i część druga! Coś może się to wszystko źle skończyć w… »
Dobra Cobra
23/07/2019 21:15
Witaj, Panie Asekurancki ;) Co się oceniasz, sztuka jest… »
Ustiusza
23/07/2019 18:28
Trochę późno odpisuję na ostatni komentarz. Crescendo to… »
Kazjuno
23/07/2019 17:54
Bardzo Ci Wiosno dziękuję za przeczytanie tekstu. Także… »
Yaro
23/07/2019 17:50
podziały to naturalne , czy zasłużenie nie wiem ? Uwielbiam… »
Florian Konrad
23/07/2019 16:09
bardzo złe pisanie »
Marek Adam Grabowski
23/07/2019 15:51
Dobrze udało ci się oddać klimat Polskiej prowincji. Druga… »
wiosna
23/07/2019 15:44
Kazjuno dziś ciężej mi się czytało niż poprzednio. Może mam… »
pociengiel
23/07/2019 15:28
Dzięki. Serdeczne. »
Florian Konrad
23/07/2019 14:49
Może dlatego na dolnej, że jednak ten erotyk nie kończy się… »
Florian Konrad
23/07/2019 14:48
anioły w poezji są takie zgrane... wręcz zużyte... »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:25
Najnowszy:asusere
Wspierają nas