Grzeszni zawsze górą - Krystyna Habrat
Proza » Długie Opowiadania » Grzeszni zawsze górą
A A A
Od autora: Wiem, za długie, bym mogła liczyć na wielu czytelników, ale to ostatnie, a napisane dość dawno.

Krystyna Habrat  

           GRZESZNI   ZAWSZE GÓRĄ

 

  Bylebym zdążyła – mamrotała bezwiednie, biegnąc przez poczekalnię - Bylebym...

Przeraził ją widok gęstej kolejki pod kasą. Przybyła długo przed czasem odjazdu pociągu, ale czy zdąży?

     Stanęła na końcu i raz po raz wyciągała głowę w stronę okienka, gdzie kasjerka ślamazarnie poruszała dźwigniami i coś tam wystukiwała. „Rusza się jak mucha w mazi” - mruczała przez zęby, pukając nerwowo palcami w wąską ladę przy kasie. Przypomniała sobie, że ktoś zwrócił uwagę, że to nie maź, ale smoła. Jednak u nich, gdzie żywe tradycje maziarzy, wypalających w lasach tę akurat substancję, czarny olej, tak się właśnie mówi. Zresztą, obcując całe życie z tutejszymi mieszkańcami, sama pewnie przejęła dużo z ich niepoprawnego języka, bo już od dawna nic w ich gadaniu jej nie razi. Ale teraz nie ma czasu o tym myśleć. Popędziła by grzebiącą się pannicę z okienka, oj popędziła.

  Kiedy w końcu stanęła przed okienkiem,  ze zdenerwowania ledwo mogła wydobyć z siebie głos.    

Wreszcie z biletem w garści, zadyszana z emocji, podrałowała na peron. Pobiegła wzrokiem hen, na koniec torów, czy pociąg nie nadjeżdża, bo w tej chwili nie miałaby sił wdrapywać się na stopnie, ale czasu było aż nadto. Przysiadła więc na ławce. Oklapła niczym balonik, gdy niepokój z niej uleciał. Zapatrzyła się w wyślizgane tory. Nagle znów się poderwała na myśl, czy aby uda się jej wsiąść do pociągu, bo to nigdy nie wiadomo. Przeliczyła wzrokiem bagaże, sprawdziła zapięcia i dopiero teraz schowała do torebki ściskany wciąż kurczowo bilet.

Spojrzała na zegarek. Do przyjazdu pociągu było jeszcze  strasznie dużo czasu, ale  lepiej być w pogotowiu. A gdyby tak przyjechał wcześniej? Albo wydarzyło się coś niespotykanego? Bomba! Napad! Burza! Albo popsuło się zapięcie torby i wszystko wysypało się na ziemię?  Raz już się tak przytrafiło. Pomógł jej  zgarnąć z chodnika książki i bluzki przechodzący chłopak. Zbierał i,  podając to leżący najdalej termometr, to bambosze z różowymi pomponami, tak patrzył jej w oczy, że przestała widzieć mijających obok ludzi,  przestała się wstydzić całego skandalu. Odtąd wszystko stało się inne. Jak i ona i... on.

Nagle poderwała się z ławki. Czyżby w monotonii oczekiwania przysnęła? Nie chciała takich snów. A tu zabrzęczały jakieś dzwonki, terkotki i w dali wyrósł  szary, malutki pociąg. Wykręcił ogonem i powoli  stawał się większy. W popłochu znowu zaczęła liczyć   bagaże. Neseser, torebka, rękawiczki, jedna, druga... Nie, te lepiej włożyć do kieszeni. A jak ktoś ukradnie? Nie  było czasu na takie niepokoje.

Popychana przez innych znalazła się naprzeciw  wagonu drugiej klasy. Wejście zastąpili jednak wysiadający. Obładowani bagażami powoli  gramolili się po trzech schodkach na dół. Trzęsło ją, że schodzą tak powoli. Na takiej stacyjce pociąg nie stoi długo. Dobrze, że w ogóle  staje, bo  dowozi uczniów do szkół,  robotników do  huty.

Rozdygotana strachem, czy zdąży wsiąść i dojechać na czas, niemal zawisła na plecach tych, co przed nią pchali się do  wsiadania. Wreszcie zaczęła wdrapywać się na stopnie wagonu z ciężkim neseserem i dyndającą na ramieniu torebką, która  wciąż o coś zaczepiała.  Nareszcie przeciskała się korytarzem pośród palących papierosy i tylko mamrotała pod nosem: „Bylebym zdążyła! Bylebym...”

     Przedziały były zatłoczone. Wypatrzyła w końcu wolne miejsce. „Pani pozwoli” - młodzian spod okna podniósł się, by postawić jej torbę na półce Drugi pomógł jej zdjąć płaszcz i zawiesił na haczyku. Opadła na ławkę i wtuliła w swe okrycie pałające policzki. Zaraz poczuła się bezpieczniej. Podziękowała wylewnie. W pedagogicznym zapale nie omieszkała dodać, jak się cieszy, że jest jeszcze dobrze wychowana młodzież.

  Uspakajała powoli oddech. Ze swego miejsca widziała, co za oknem, co po drugiej stronie wagonu, za drzwiami na korytarz. Wyjęła z torebki okulary i książkę, ale najpierw musiała wyrównać oddech, którym  jeszcze się dławiła. Była zmęczona trudami dotarcia do pociągu, a na domiar złego niewyspana z nerwów przed tak  daleką wyprawą. Bolały ją nogi i plecy. Odwykła od  podróżowania. Nie na jej lata takie trudy. Znowu zatrzepotał w niej lęk: „Bylebym przybyła na czas!”

   Dopiero na przypomnienie tego, co ją wzywał, uśmiechnęła się szeroko i szybko zakryła usta dłonią, żeby towarzysze podróży   nie zauważyli. Prawdę mówiąc, nie wzywał, ale się poskarżył. Ale czaiło się w tym coś więcej. Tylko ona mogła to wyczuć. Musiała go powstrzymać przed zrobieniem głupstwa. Przypomnieć mu, co w życiu jest najważniejsze. I kilka innych prawd życiowych.  

Marek był kiedyś jej uczniem. Przystojny, smukły brunet grywał we wszystkich szkolnych przedstawieniach. Przepięknie deklamował. Wyglądał na scenie tak zniewalająco, że przymykała oko na jego niedociągnięcia w matematyce. Ale tylko czasem, bo zaraz martwiła się, że narobi zaległości i zagubi się, jak oczko w pończosze. On zaś we wszystkim powinien być „naj”. Przede wszystkim błyszczeć inteligencją, co osiąga się przez gimnastykę umysłu, a najbardziej na działaniach matematycznych.

Na tym punkcie miała bzika. Zanudzała uczniów, by rozwijali swe uzdolnienia umysłowe. Tłumaczyła z uporem, że rozwinięty mózg ułatwia nie tylko pojmowanie matematyki, ale też łatwiej wchodzą do głowy inne przedmioty. Wcześniejsze roczniki brały te pouczenia do serca, ale młodsze miały uwagę zaprzątniętą czym innym. Czas wypełniały im komputery i internet, na co ona długo patrzyła bez przekonania, a nawet z przerażeniem, póki sama sobie czegoś takiego nie zainstalowała. Wciągnęło ją to, ale nadal pilnowała, by mieli w małym palcu ułamki, tangensy i logarytmy. W tym była nieugięta.

„Możesz nie znać jakiejś daty z historii - tłumaczyła - zapomnieć wzór na ruch jednostajnie przyśpieszony, albo ilu wartościowy jest azot (czego i ona nie pamiętała), ale zlekceważysz nowy temat z matematyki, bo wydaje się prosty - nic dalej nie pojmiesz.” Dlatego tym, co wyrwani do odpowiedzi podnosili na nią nieprzytomne oczy, tłumaczyła po lekcjach wszystko od nowa. Udawała, że nie widzi, jak ukradkiem zerkają na zegarek. „Pewnie głodni, bo to najwyższy czas na obiad” – myślała z rozczuleniem. Sama rzadko bywała głodna. Nie było jej też spieszno wracać do pustego mieszkania. „Szkoła to też dom” – mawiała.

Tylko oni zaraz po maturze znikali. Zostawali inżynierami, naukowcami. Pięli się wysoko, dzięki wpojonej im bystrości umysłu, jak i znajomości królowej nauk. Powracali czasem po latach na zjazd koleżeński, jubileusz, a ona była w szkole zawsze Nawet na emeryturze miewa w szkole zastępstwa za młodsze koleżanki, którym dzieci się przeziębiają. Nie może się opędzić od   douczania czy korepetycji.

Marek niechętnie zostawał na takim douczaniu. O, potrafił być nieznośny. Tłumaczył, że matematyka mu niepotrzebna. Chciał być aktorem. „Aktor też musi być inteligentny” - przekonywała. Mieć wyćwiczony umysł. Zresztą, wiadomo, jej przedmiot ma być priorytetem i basta! Jak wiele innych rzeczy, które wpajała uczniom. Nie podlegało dyskusji, że trzeba być oczytanym, mieć szerokie horyzonty. Taki – jak sądziła - musi być też aktor, żeby grać role wielkich bohaterów historii i oddać psychologiczne niuanse człowieka prostego. Wielkie namiętności. I rozterki. Z Szekspira i Dostojewskiego. Nie dać się zaszufladkować do jednej postaci. Nigdy nie brać ról prymitywa, gbura. Doradzała też Markowi, by kopał piłkę i nauczył się grać na skrzypcach. Wtedy będzie wszechstronnym aktorem. Pełnym człowiekiem. Tak to sobie wyobrażała, a znała to tylko od strony widowni.

     Dobrze wiedziała, że świat, do którego jej pupil aspiruje, śmieszą zasady bogobojnej nauczycielki z prowincji.

„A niech tam!- pomyślała teraz. - Byle te nauki uodporniły go przed manowcami życia marnowanego po spatifach,  co imponuje snobom”. O tym  myślała zawsze z lękiem. Znała to trochę z gazet, gdzie podobnymi wiadomościami chciano  wzbudzać podziw u maluczkich. Nie miała okazji  zaznać tego świata błyszczącego pozorami. Marek się w tym zagubi – myślała z niepokojem.

On jej jednak słuchał. Z początku tak jednym uchem, ale słuchał, bo chciał być dobrym aktorem. Rodzice wysupłali ostatni grosz na lekcje muzyki dla swego jedynaka. Zasłaniali uszy, ale znosili, gdy na początku straszliwie fałszował. Kupili mu nawet piłkę, pomimo obaw, że ganiając za nią, złamie rękę. Jak by wtedy grał na skrzypcach? Ale wszystko poszło dobrze. Dostał się do szkoły aktorskiej. Lekcje muzyki nie poszły na marne. Jak potrzebny był ktoś do roli muzyka, powierzano ją jemu. Inne role też. Przyszły i te główne i wspaniałe filmy, recenzje, wywiady, fotosy. W końcu sława.

Znowu, myśląc o tym uśmiechnęła się i pospiesznie zasłoniła usta książką, która wciąż czekała na otwarcie. Rozejrzała się po pasażerach. Dumali, ukołysani ruchem pociągu i rytmem postukiwania o tory. Na moment sama się zasłuchała, że omal nie usnęła. W porę się poderwała.

 

   Wczoraj Marek nieoczekiwanie przysłał dziwny list. Napisał, że właściwie nie wie po co mu to wszystko było? Nie ma już po co żyć. Żona odeszła, dzieci nie mają, on zbrzydł, przytył, wyłysiał, ról dostaje coraz mniej. Reżyserowanie mu nie wychodzi. Krytykują go. Pomijają milczeniem. List był długi, na osiem stron, i szczery do bólu. Pisał o sobie tak bez litości, że nie mogło być aż tak źle. Pewnie w przypływie rozpaczy przesadzał.

Nie prosił o pocieszenie, sam się oskarżał. Winił siebie? Czy los?

Miał przecież sukcesy. Szczególnie zanim przytył i się rozpił. A rozpił się, bo nie dawano mu odpowiednich ról. Ale to tylko życie zawodowe – analizowała po raz n-ty.- Jest jeszcze całe inne życie. Jedzie więc do niego, żeby mu   przypomnieć po co się człowiek tyle trudzi, po co walczy, podnosi się z porażek. Przecież to proste! Musi mu powiedzieć...

Zaraz, a co mu powie?

Zapatrzyła się w okno. Pociąg mijał teraz smętny lasek brzozowy, gdzie powtarzana w nieskończoność wertykalna biel pni ginęła w bezlistnej szarości gałęzi. Dalej ciągnęły się puste pola. Straciła wątek.

   Nie miała pojęcia, co powie swemu dawnemu uczniowi. Sięgnęła po książkę. Poczyta trochę i przyjdzie coś do głowy. Oczywiście wie, jak rozmawiać z kimś na skraju załamania nerwowego. Nauczyciel, wychowawca młodzieży, musi być i na to przygotowany. Tylko, jak zacząć? Jak to wszystko ułożyć, ubrać w słowa?

Najważniejsze, by filozofię, którą sama kierowała się przez całe życie i wpajała uczniom, zmieścić w jedną rozmowę. Żeby zdążyć zapobiec czemuś złemu. Musi szybko powiedzieć Markowi co najważniejsze. Przypomnieć, po co się żyje?

   Otwarta książka opadła jej na kolana, a ona zapatrzyła w mijane za oknem pola, lasy, miasteczka, gorączkowo rozważała możliwe scenariusze: co powie on? co mu odpowie?

 

   Właściwie, co ona wie o życiu? Szczególnie tym w wielkim świecie? Sama całe życie przedreptała cichutko pomiędzy domem a szkołą. Raz tylko przejechała pół Polski, by osiąść tutaj, gdzie nikt jej nie znał. Daleko za sobą zostawiła rodzinę, ambicje, marzenia, bo tak być musiało. Odtąd wszystko najważniejsze było w szkole. Przerwane studia kontynuowała zaocznie. Szkoła musiała jej wystarczyć za cel życia. Szybko się z tym pogodziła. Dla otoczenia pozostała już tylko surową nauczycielką matematyki. Jeden rozpaczliwy list od Marka tym zachwiał. Musi pomóc uporządkować jego pomąconą filozofię życiową, gdy nie ma się już do kogo zwrócić o pomoc. Jego wiekowi rodzice dawno już odeszli. Byleby zdążyła.

Powie mu, że życie jest piękne. Warto żyć i być życzliwym dla ludzi. Marek tylko   się uśmiechnie. Przy takich zasadach zepchnęli by go na boczny tor. Nie liczyli się z nim, tylko wykorzystywali jego dobre chęci. W jego świecie panują inne pryncypia. Co ona o tym może wiedzieć?

. Raz niemal się ośmieszyła, gdy w przypływie bojowego entuzjazmu chciała napisać innemu wzorowemu absolwentowi   opinię polecającą, aby przyjęto go do pracy na dobre stanowisko. Ukończył chlubnie studia, a nie mógł znaleźć nic odpowiedniego. Był taki zdolny, solidny. Takich powinno się wybierać. Gdy już oglądała się za kartką, by mu to napisać, on szybko pocałował ją w rękę, bąkając coś o wdzięczności, i w zawiłych słowach dał do zrozumienia, że tu   pomoże tylko polecenie kogoś stojącego wysoko, prezesa, ministra... a i tak wybiorą   ze swoich...

Jaka się wtedy poczuła malutka! Jakie naiwne były jej zasady, pouczenia.

Całymi latami, gdy budzik zrywał ją jeszcze po ciemku, powtarzała sobie: muszę wstawać wcześnie rano, żeby coś w życiu osiągnąć! Co miała osiągnąć, nie precyzowała. Wiedziała tylko, ze nie wolno się długo wylegiwać, że trzeba dużo czytać i być dla ludzi dobrym. I dużo się uczyć. Dużo pracować. Pomagać. A zaczynać wszystko  wczesnym rankiem. Całe więc życie zrywała się skoro świt, choć często oczy, zmęczone poprawianiem klasówek do późna w noc, jeszcze się zamykały. Ale biegła  z determinacją polać się zimną wodą, by poskromić ziewanie. Miała wystarczająco czasu przed wyjściem do szkoły, żeby się pogimnastykować – zgodnie z zaleceniami, zjeść zdrowe śniadanie i poczytać książkę. O właściwej porze wychodziła spokojnie z domu i nigdy się na lekcje nie spóźniała. Wszystko robiła według najważniejszych życiowych zaleceń. Lubiła się nimi kierować. Tysiące takich poranków minęło, zanim pojęła, że to daremne. Jak w przewrotnym, przedwojennym przeboju, jaki nuciła czasem babcia:

„Bo to tylko tacy wstają,

co ulice zamiatają.

Reszta, wszyscy śpią.”

Ale dotąd lubi witać dzień wcześnie. Otwiera okno i chwilę cieszy się widokiem nieba i drzew, potem polewa zimną wodą, gimnastykuje... Nigdy nie pyta, po co? Dziś będzie musiała   znaleźć odpowiedź na takie pytanie. Nie dla siebie. Dla Marka. Bo on zagubił sens życia.

Żona od niego odeszła. A to dopiero! Jak takim lekko to przychodzi! A jednak się załamał.

Była całym jego światem. Zajęci sobą nie pomyśleli nawet o dziecku. Kto mu teraz gotuje obiady? Pewnie siedzi sam głodny. Zaraz, ale oni tam nie żyją jak zwykli śmiertelnicy. Obiady na pewno jadają w eleganckich restauracjach.

   Marek utknął bezradnie w beznadziei. Ról też jakoś nie dostaje. Zbrzydł, pofolgował sobie w piciu. Wszystko mu się wali. Napisał, że nie ma już po co żyć. Zamierza z tym skończyć? Z tym, czy z sobą? Zawsze tak jest, gdy ktoś mierzy wysoko, za wysoko, nie ma szerszych zainteresowań, planów awaryjnych na życie, a widzi przed sobą tylko jedno. Jak się nie uda – czarna rozpacz. Bezradny Apollo. Zawiedziony Narcyz. Życiowe Zero. Gdyby przyłożył się kiedyś do matematyki, został inżynierem, miałby pewniejszy fach w ręku, a nie taki, co na pstrym koniu fruwa. No bo co takiego jest w zawodzie aktora? Po co się chce być aktorem? Żeby inni podziwiali, sylwetkę, twarz, urodę? Czy, żeby własną grą, deklamacją, ciałem, przybliżać innym czar poezji i filozofię wielkiej dramaturgii? Musi go o to wypytać.

   Wcześniej mu nagada, aż w pięty pójdzie! Będzie się załamywał! Jej uczeń. Najprzystojniejszy. Znany z kina, telewizji. Z gazet. Tylko ostatnio pokazywany jakoś  rzadziej. Rzeczywiście się zaniedbał. Stracił uwodzicielski czar. Widać to na zdjęciach prasowych z jego nieciekawych już ról. Przygarbiony, gruby, wyłysiały. Na twarzy wyraz rezygnacji. Poddał się.

Na początek przypomni mu, jak zawsze była z niego dumna. Zdradzi, ile jego zdjęć ma w pudle z pamiątkami. Wycina każde. Nawet z pożyczonych czasopism. Naraża się na śmieszność. A niech tam! To przecież jej uczeń.

   Czasem na Dzień Nauczyciela dostawała nagrody. Nie zawsze. Lubiła mieć własne zdanie i iść pod prąd. Śmieszyła ją uniżoność koleżanek wobec dyrektorki. Śmieszyła zmienność poglądów - niczym chorągiewka na wietrze - wicedyrektora, który bał się wszystkiego a najbardziej szefowej, lecz za jej plecami ciągle na nią nadawał. A to, że wstała dziś lewą nogą, że śmiesznie wygląda w przykrótkiej sukni – stara baba, do tego nadęta. Wszyscy śmiali się, by odreagować swój lęk wobec   humorzastej szefowej, podnoszącej o byle co wrzask.

   Najgorsze było w połowie lat osiemdziesiątych, gdy do pokoju nauczycielskiego wkraczała Fryderyka. Od razu cichły śmiechy i pogwarki. Ta „przyniesiona w teczce” nastała razem z dyrektorką, gdy poprzednią dyrekcję rozkurzono Bóg wie gdzie. Fryderyka, Frydra – jak na nią mówiono -   udawała wielce ważną. Wciąż dawała do zrozumienia, kogo to ona nie zna, jakie   miała sukcesy i kim to nie była zanim łaskawie trafiła do tego liceum. Później okazało się, że tu udawała ważną gdzieś tam, a tam - ważną tutaj. Osoby postronne bujała, że jest tu naczelną. Kłamczucha. A podobna do czarownicy. Chuda, czarnowłosa, o małych, chytrych, oczkach, którymi wszędzie świdrowała. Wygadywała na   dyrektorkę niestworzone rzeczy i tylko czekała, by ktoś   dorzucił słówko. Kiedy na dźwięk dzwonka wszyscy chwytali dzienniki i ruszali do klas, ona, nucąc pod nosem, biegła z paczką kawy do   kancelarii. Po chwili stara wiedziała, kto co powiedział, kto psioczył, kto się obija, i jeszcze więcej. Frydra dopowiadała   na pewno, że ta i owa na lekcji śpi, a uczniowie robią, co chcą, bo tak za plecami mawiała. Jak tylko wchodziła do pokoju nauczycielskiego, któraś   uciszała przez zęby: „ Cisza! Ucho dyrektorki”.

   Ale i ją   zmiótł rok 89. Niestety wkrótce wypłynęła. Tacy zawsze spadają na cztery łapy. Frydra znowu jest po zwycięskiej stronie, jakby była z nimi w podziemiu, jakby to ona rozrzucała ulotki. Pełni jakąś funkcję w Oświacie. Udziela wywiadów, bryluje na imprezach, gdzie spotyka się miejscowy świat wpływów.   Grzeszni zawsze są górą.

Wzdrygnęła się na wspomnienie tamtych spraw. Ile razy pomyślała o tamtej dyrekcji i o „jej uchu”, gniew dusił ją w gardle.   Ta kreatura zaburzała jej pogląd, jaki wpajała uczniom, że należy dążyć do ideału i pracować nad sobą.

Budzi się czasem w środku nocy i w ciemnościach świat wydaje się jej gorszy, a jej własne życie całkiem nieudane. Leżąc w pościeli duma, czemu nic się jej nie udało Nie miała szczęścia. Była za dobra dla ludzi, nazbyt ufna, naiwna i wszyscy to wykorzystywali. Jej powierzano najtrudniejszą pracę, co łechtało jej ambicję, ale awans i medale – innym.. Nie zaznała miłości ani sławy, ani nawet przyzwoitego awansu. Ile razy miała nadzieję, że teraz kolej, by jej powierzono stanowisko dyrektora szkoły, albo wizytatora, zawsze znalazł się ktoś bardziej wyszczekany, czyjś znajomy   i   sprzątał jej awans spod nosa. Nigdy nie została tą najważniejszą. Tak w szkole, jak i dla kogoś. Chociaż kiedyś była przez moment najszczęśliwsza. Tylko dotąd nie wie, czy to wspominać, czy wykreślić z myśli.

     Ona zawsze odchodzi zrezygnowana. Tak było i wtedy, gdy wolała przerwać studia i wyjechać... Tak i potem, gdy już tutaj zainteresował się nią chłopak koleżanki. Nie mogła przyjąć jego awansów. Bo jakże to tak? Skrzywdzić koleżankę. On długo jeszcze wypatrywał jej smętnym wzrokiem, ale pozostała nieugięta. Nawet, gdy narzeczeństwo koleżanki się rozleciało. Ale tamta szybko wyszła za mąż za znanego w mieście lekarza. Potrafiła go oczarować. Urodziwa, choć kokietka nie bez grzechu. Takim się zawsze uda.  

„A ja zawsze tylko się poświęcałam. Nie wymagałam nic dla siebie. Więc nic mi nikt nie dawał.”

Tamten też się szybko pocieszył. Może w pewnej chwili, gdy był już wolny, ona powinna dać mu coś do zrozumienia. Wolała być ponad to. Kto nie walczy, to nie dostaje. A tak Bogiem a prawdą nie bardzo ją pociągał. Kto jednej miłości poświęci wszystko, więcej się nie zakocha.

   „Nikt mnie nie kocha,

   Nikt nie lubi,

   Nikomu nie jestem miła.”

   Śpiewała w takich chwilach jakiś kołaczący się w pamięci fragment przedwojennego przeboju, jaki babcia czasem wyśpiewywała. I o dziwo, ile razy docisnęła tak siebie do samego dna, zrywała się zdrowsza, bo przecież miała opinię dobrej nauczycielki i uczniowie tez dawali dowody, że ją lubią. Na koniec roku dostawała najwięcej kwiatów. Nawet nie chciała  analizować, czy nie było w tym podlizywania.

Pozostała sama. Czasem bardzo malutka.  Zwykle wówczas, gdy wracał jej dawny absolwent, by z wdzięcznością wyznać, jak wysoko zaszedł.  Jej uczniowie zostawali dyrektorami, prezesami, ona jednako - zawsze  skromna nauczycielka.

Gorzej bywa, gdy przychodzi napuszony rodzic z pretensjami, czemu jego pociesze dała dwóję? I patrzy na nią z góry, pokazując: „ty mała nauczycielko, wiesz kim ja jestem?” Z takimi potrafi sobie jednak radzić. Przecież dysponuje zasobami pogardy dla takich, co nie wyrobili sobie błyskotliwej inteligencji za pomocą matematyki. Pogarda to grzech, mityguje się czasem, ale czemu tylko ona ma być bezgrzeszna? Cnotliwym nigdy nie lepiej.

   Najgorsze, gdy   przyjeżdżał z daleka  absolwent, by pochwalić się, jaki to odniósł  sukces. Wprawdzie w szkole nie kumał nic z tangensów czy sinusów, a teraz jest prezesem i obchodzi się bez tej całej trygonometrii, bez niuansów gramatyki czy teorii Darwina. Na takie dictum wbrew swym zwyczajom, nie mogła nie dać  takiemu odczuć, jak nim gardzi. Napuszony zmywał się więc jak niepyszny. Trudno,  i ona miała swoje grzeszki.  Tylko ona zostawała w  małej szkole, w miejscu, gdzie diabeł mówi dobranoc, a  pyszałek, dumny karierowicz i tak był górą, bo powracał do swych willi, samochodów, przyjęć... Cóż, zwyciężają nie grzeczni, ale grzeszni. Jak Fryderyka.

 Usilnie zwalczała w sobie każdy przejaw nienawiści, lecz w takich momentach sprzeniewierzała się zasadom. Nienawiść to grzech! Tak nie wolno!  Innym  to ujdzie, jej – nie!  Bo zasady ma  surowe.  Od zawsze.

Zasady. Czyli życiowe prawidła. Wystarczyło mieć je mocne, by niczym te wkładane do butów, stanowiły mocne oparcie dla   życia. Dotąd była pewna swej wiedzy, jak żyć. Ale, czy mogła przekazać je Markowi? Powtórzyć mu znowu, że życie jest piękne? Że należy być życzliwym dla innych. I rozwijać się. A szczególnie własny intelekt.

Marek tylko by się uśmiechnął.  Z takimi przymiotami  zepchnięto by go na boczny tor. Nikt by się z nim nie liczył. W wielkim świecie panują inne, surowe, prawa. Co ona o tym wie?   Czy wie coś o życiu? O wyścigu szczurów, o konkurencji, intrygach , nieczystych zagrywkach. Nie ma pojęcia, jak naprawdę wygląda wielki świat.

   Podpytywała raz jego żonę, kiedy przyjechał na występ do ich domu kultury. On deklamował dla uczniów „Wielką improwizację”,   a ona rozmawiała sobie w kulisach z jego urodziwą, młodą żoną. Ta na jej nieśmiałe a okrężne pytania o to, jak oni żyją, odparła: Jak wszyscy. Jesteśmy tacy sami.

Dodała, że wolne wieczory spędzają we własnych czterech ścianach. Ona gotuje, on, jak trzeba, odkurza mieszkanie.

Na to ona stara, prowincjonalna nauczycielka, pokiwała tylko głową z niedowierzaniem i popatrzyła na bluzkę tamtej, potem na swoją. Już te bluzki pokazywały wszystko, co je obie dzieliło. Ta jej była sprana, niemodna, taka ponadczasowa, z niedrogiego materiału. Nigdy jej nie będzie stać na tak szykowną, o kroju na jeden sezon, jaka tamta miała na sobie. Delikatną w dotyku i na pewno drogą. Nawet gdyby wykosztowała się na podobny materiał, żadna tutejsza krawcowa   nie uszyje tak eleganckiej. Nie podoła najnowszym wzorom. Zresztą gdzie by taką nosiła? Raz: na uroczyste rozpoczęcie roku szkolnego, potem na zakończenie, dzień nauczyciela, wspólną Wigilię, imieniny dyrektorki. Jeszcze na dzień Kobiet i wyjście z uczniami do teatru, na występ zespołu objazdowego w domu kultury.   Potem, rzadziej, żeby nie mówiono, iż ciągle chodzi w tym samym. Jakby miała tylko to. Bluzka zawisłaby w szafie na żer molom i wychodziła z mody.   Będzie więc chodziła w takiej wiecznie, no bo jak? Nie wyrzuca się rzeczy tak drogiej. Żona artysty na pewno ma takich bluzek dużo i wyrzuca je po każdym sezonie. Wie, jaki model wybrać, co zrobić ze starymi.   Wyrzuca bez żalu. Tym się od siebie różnią. Ot, dwa różne światy. Co ona wie o tamtym, by doradzać coś Markowi? Jakże blade są zasady, którymi karmiła uczniów. Niby doskonale o tym wie, ale ciągle nie dopuszcza tego do głowy, że oprócz tych zasad, oficjalnych, pisanych, są jeszcze takie niepisane. Ona zna tylko te pierwsze. Drugie są dla takich jak Fryderyka. I wszystkich, którzy coś znaczą w wielkim świecie, gdzie muszą wspinać się po trupach, intrygować, wchodzić w układy... Zresztą, co ona o tym wie!

A teraz żona Marka odeszła i on pisze, że nie ma po co żyć. Pojedzie i mu wytłumaczy. Tylko w tej chwili zmęczona podróżą oraz burzą, jaka się z tym wiązała nie mogła sobie przypomnieć, co to jest to „coś”, dla którego warto żyć. Nigdy nie próbowała tego sprecyzować. Nie traciła czasu na czcze rozważania, bo śpieszyła się, żeby najlepiej wychować swych uczniów. Nauczyć ich matematyki. I życia. Byleby zdążyła, zanim on zrobi głupstwo. Przecież we wczorajszym liście ujawnił myśli samobójcze!

Tylko, co ona sama wie o życiu. Jej cały żywot zamknął się wokół szkoły. Wreszcie znalazła się na bocznym torze w domu starców. Ot i wszystko. Każdy jej uczeń, nawet najgorszy, którego wyciągała za uszy z dwój, wiedzie ciekawsze życie. Mają rodziny, dzieci, domy, podróżują w dalekie kraje. Na pewno zaznają dużo tego coś, o czym ona nie ma pojęcia.

     Nagle nawiedziło ją zwątpienie, czy życie ma w ogóle jakiś większy sens?  

Zafrasowała się. Na szczęście pociąg wjeżdżał w znajome przedmieścia miasta, gdzie kiedyś studiowała, dojeżdżała na   szkolenia. Tylko, co to wszystko dało? Młodzieniec siedzący naprzeciw podał jej z półki torbę. Schowała okulary i książkę, z której przeczytała zaledwie kilka stron. Włożyła płaszcz i zaczęła przeciskać się korytarzem do wyjścia.

Doszła do postoju taksówek i stanęła jak wryta. Jaki poda adres? Mieszkania Marka? Miałaby stanąć pod jego drzwiami i pukać? A do teatru? Co by powiedziała? Stara, naiwna, nauczycielka z prowincji przyjeżdża do swego ucznia? Ośmieszy się. Nawet on będzie zażenowany. Ale, na litość boską, musi mu jakoś pomóc, gdy ma myśli samobójcze! Nie kosztem śmieszności. To tylko odstręcza.

Długo stała bez ruchu na samym przejściu, a śpieszący się wkoło ludzie co i raz ją potrącali, potykali się o jej torbę na ziemi. Nie wiedziała, co robić. Odwróciła się zobaczyć, o której ma pociąg powrotny.

   Za godzinę. Zrobiła kilka kroków w stronę kasy. Nagle stanęła jak wryta. Straszna myśl spadła jej na głowę, niczym drapieżne ptaszysko i niemal powaliła. Wyjawi Markowi, jakie ma prawo być przy nim.

Dochowała tajemnicy tyle lat. Chyba już odcierpiała swój grzech, gdy obcy ludzie wozili jej dziecko w wózeczku, a ona patrzyła tylko z daleka. Może takim samym wzrokiem, głodnym i szalonym, jak kiedyś w szpitalu tamta kobieta, która w bryzgach krwi straciła ostatnią szansę. Wtedy w ręce jej męża powierzyła swoje zawiniątko. To im mówił: mamo, tato. Ale ich już nie ma. A co tam, niech się ludzie dowiedzą, że i ona była kiedyś kochana.

Wyprostowała się dumnie, uśmiechnęła i dodała półgłosem, jakby chciała, żeby wszyscy wkoło usłyszeli:

- I ja nie byłam bez grzechu.

                                                                                                                   Krystyna Habrat

 

  

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Krystyna Habrat · dnia 28.01.2015 23:51 · Czytań: 2371 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 13
Komentarze
Heisenberg dnia 28.01.2015 23:51
Długie czy nie - polecam gorąco

Głęboka i świetnie ukazana psychologia bohaterki - to chyba najważniejszy atut utworu. Język plastyczny, tekst dopracowany. Ale, co zapamiętałem:

Cytat:
Kiedy przy­szła jej kolej(,) ze zde­ner­wo­wa­nia ledwo mogła wy­do­być z sie­bie głos. 

Cytat:
za­dy­sza­na z emo­cji, pod­ra­ło­wa­ła na peron

Chyba "powędrowała"
Cytat:
Albo po­psu­ło się za­pię­cie torby i wszyst­ko roz­sy­pa­ło. Raz już się jej tak przy­tra­fi­ło. Po­mógł jej zbie­rać z chod­ni­ka książ­ki i bluz­ki chło­pak o dziw­nym spoj­rze­niu.

W pierwszym zdaniu się zarymowało, drugie trochę mi zgrzyta i jakoś dziwnie brzmi...
Cytat:
po­wo­li zstę­po­wa­li po trzech schod­kach w dół.

Zstępować w dół to trochę taki "fakt autentyczny"
Cytat:
Od­wy­kła od da­le­kich po­dró­ży. Nie na jej lata takie trudy.

Znów rym, chociaż mniej dokładny
Cytat:
nie­wy­spa­na z ner­wów przed tak rzad­ka już wy­pra­wą.

Dziwnie to brzmi ;)
Cytat:
O tym ostat­nim   my­śla­ła za­wsze z lę­kiem. Wie­dzia­ła o tym co nieco z do­nie­sień pra­so­wych,

Dwa razy "o tym"
Cytat:
choć czę­sto oczy po po­pra­wia­niu kla­só­wek do późna w noc jesz­cze się za­my­ka­ły.

Przekombinowane, moim zdaniem

Cytat:
Na to wbrew sobie, nie mogła nie dać   mu od­czuć, jak nim gar­dzi. Na­pu­szo­ny zmy­wał się jak nie­pysz­ny. Nie była więc   taka cał­kiem dobra. Nie­ste­ty... ona zo­sta­wa­ła w swej małej szko­le, w miej­scu, gdzie dia­beł mówi do­bra­noc, a ten wra­cał do swych willi, sa­mo­cho­dów, przy­jęć i był górą. Zwy­cię­ża­ją nie grzecz­ni, ale grzesz­ni.

Dużo "nie" tu i w okolicy

Znalazłyby się jeszcze pojedyncze literówki i źle postawione spacje.

Pozdro
euterpe dnia 29.01.2015 09:18 Ocena: Świetne!
Świetny tekst, Krysiu. Pięknie przedstawiłaś troskę, tęsknotę, miłość i smutek towarzyszący matce, która nie miała okazji wychowywać swoje dziecko. Tak właśnie sobie wyobrażam, takie osoby. Zamknięte w sobie, ukierunkowane na jeden cel, który daje im odrobinę energii do życia. Tak to jest z nieszczęściem, trzeba mieć dla kogo żyć, bez względu na wszystko, w przeciwnym razie, nic tylko się rzucać pod pociąg, do czego nie namawiam:p
Cytat:
Rusza się jak mucha w mazi

tu mi bardziej pasuje "w smole"
Pozdrawiam ciepło,
Ewa
Miroslaw Sliwa dnia 29.01.2015 12:02 Ocena: Świetne!
Bardzo przejmujące opowiadanie. Zderzenie świata surowych, mądrych, a w istocie dobrych zasad życiowych ze światem blichtru i tymczasowości i rozmyślania, właściwie rozpaczliwe Twojej bohaterki nad tym jak usensownić życie człowieka tymczasowego już to było ciekawe, ale puentą zastrzeliłaś mnie zupełnie. W istocie człowiek nie anioł; ideał nie przemówi do człowieka zmaltretowanego rzeczywistością. To dziwne, ale nasze grzechy nas uczłowieczają, a przez to zbliżają do innych.
Gdyby św. Augustyn nie napisał swoich "Wyznań" nie byłby dla nas taki ludzki jakim staje się po lekturze tego dzieła.
Cóż, tak to już jest, że nasze potknięcia uwiarygadniają nas w oczach innych ludzi.
Znakomity tekst.
Podziwiam i pozdrawiam serdecznie. :)
Krystyna Habrat dnia 29.01.2015 20:01
Heisenberg.
No tom sobie narobiła! Zaczepiłam komentarzem wytrawnego specjalistę od gramatyki i teraz muszę się przyłożyć do poprawek. Już to robię, ale nie ze wszystkim się zgadzam. Czasami drobna niestosowność gramatyczna bywa zamierzona. Choćby owo powolne schodzenie po schodkach wagonu w dół. Wiem, zawsze schodzi się w dół, ale tu potrzebny mi efekt wydłużenia czasowego i zniecierpliwienia oczekujących na swą kolej. Czasem też muszę chyba podkreślić w tekście, że stara nauczycielka matematyki na zapadłej prowincji, osłuchana w miejscowe gadanie, może nawet gwarę, nieco odwykła od poprawności językowej. Ale oczywiście dziękuję bardzo, doceniam wysiłek przy korekcie i jestem wdzięczna.
Zwykle już tak jest, że tekst długo poprawiany uzyskuje nowe niedociągnięcia. Błyśnie pomysł, by coś udoskonalić, a nie zauważa się, że jakieś słowo dodane zrymuje się w niedalekim sąsiedztwie. Trudno, nie jestem purysta językowym, ale mam ambicje wnikania w ludzką psychikę. Ale poprawię, poprawię "niedoprane" zdania. Jeszcze raz dziękuję.

euterpe - dziękuję bardzo. Cieszę się, że lubisz moje pisanie.
Co do "mazi", to u nas tak się mówiło. Chyba, że zawodzi mnie pamięć. Mam nawet w uszach ostry ton mojej surowej nauczycielki z taką właśnie przyganą.

Mirosław Ś. - dziękuję bardzo i doceniam zawsze Twoje komentarze. Ta puenta narzucała się dawno, ale wydawała się zbyt łatwa. Kiedy wreszcie na nią przystałam, i to wbrew sobie, tekst okazał się gotowy.
Heisenberg dnia 29.01.2015 20:20
Krystyna Habrat napisał/a:
Zaczepiłam komentarzem wytrawnego specjalistę od gramatyki i teraz muszę się przyłożyć do poprawek.

Staram się komentować większość tekstów, które dodaję na główną. Jak dopatrzę się jakichś błędów czy nieścisłości, to zwracam uwagę. Chyba że zapomnę albo jest zbyt dużo błędów, żeby wymieniać:)
A specjalista ze mnie żaden
Krystyna Habrat dnia 29.01.2015 21:15
Witaj Heisenberg - bystre oko kogoś z zewnątrz jest dla każdego tekstu pożądane i korekta cenna. Samemu się wielu rzeczy nie dostrzega. Jak własnej twarzy bez lustra.
Już wprowadziłam zmiany. Dziękuję bardzo.
Pozdrawiam.
KH.
Zurbanizowany dnia 30.01.2015 08:41 Ocena: Świetne!
Krystyno.

W krótkiej podróży bohaterki, pokazałaś całe jej życie i bardzo wyraźnie zarysowałaś charakter postaci. Osoba akuratna i zawsze na miejscu, która pragnie by i świat, który kręci się wokół niej, był taki sam. Starej daty nauczycielka, której jeszcze zależało na nauczeniu przedmiotu, ale też, na wypuszczeniu swoich dzieci w dorosłe życie przygotowanych na różne ewentualności. Zawsze służąca pomocą, zawsze będąca w dyspozycji właśnie dla nich, dla tych, którymi się opiekowała i których uczyła. Niestety z przykrością stwierdzam, że jest to gatunek pedagoga będący na wymarciu. Dodatkowo podejrzewam, iż to właśnie żal za straconym macierzyństwem, był dodatkowym katalizatorem większego oddania i pracy z uczniami, a tajemnica, którą nosiła przez całe życie, motorem "pracy u podstaw". Każdy z nas nosi w sobie coś, czym nie ma ochoty chwalić się przed światem. Raz są to rzeczy chwalebne, innym razem mniej, jednak nie zawsze są one przyczyną poświęceń i celu w życiu.

Świetny tekst. Pozdrawiam serdecznie i czekam na kolejne. :)

Serg
palenieszkodzi dnia 30.01.2015 18:55 Ocena: Świetne!
Bardzo fajne opowiadanie Krysiu, z ciekawą, zaskakującą czytelnika puentą. A do tego bohaterka niewylukrowana, zwyczajna, "nasza". I mająca w sobie dużo dobroci. I duży grzech na sumieniu:).
Ano, ten niech pierwszy rzuci kamieniem, kto go nie popełnił...

Zawarłaś w tekście dylematy starej nauczycielki, której się nie powiodło w życiu a która chciałaby, aby wszyscy jej uczniowie zostali szczęśliwymi i bogatymi ludźmi. Kobieta ma sporo żalu do losu, który jej nie rozpieszczał, mimo to częściowo godzi się z nim. Dodatkowym motorem do działania starszej pani jest tajemnica, noszona w sercu. Tej tajemnicy na imię miłość. To miłość kieruje naszymi myślami, czynami, pragnieniami. Amor vincit omnia - chciałoby się powiedzieć. Mam nadzieję, że tak samo stało się w przypadku naszej bohaterki.
Tekst jest lekko napisany, świetnie się go czytało. Brawo, Autorko!

Aha, wydaje mi się, że cudzysłów w pierwszym zdaniu nie jest potrzebny.
palcia:)
Krystyna Habrat dnia 30.01.2015 20:14
Palciu, jesteś bardzo życzliwa. Teraz myślę nad tym cudzysłowem i myślę. Miała to być myśl bohaterki, a więc w cudzysłowie, ale została jednak zwerbalizowana półgłosem, to może być bez. Uważam Cię za autorytet, zatem skasuję.
I dziękuję bardzo.
palenieszkodzi dnia 02.02.2015 11:47 Ocena: Świetne!
Krysiu, napisałam "wydaje mi się", właśnie z powodu tego "mamrotania", ale dodatkowo sięgam nieraz do porad, jak na przykład tutaj: http://sjp.pwn.pl/poradnia/.../;10328.
Nie czuję się autorytetem w żadnej mierze, ale lubię sobie czasem zerknąć, żeby się nie pomylić. Dlatego dziękuję Ci za miłe słowa, na razie jeszcze nie zasłużone :-). Oczywiście nie zawsze się tak dzieje;p ( z tym zerkaniem). Tak czy siak, takie dyskusje nad tekstem tylko wzbogacają naszą wiedzę w temacie, co zawsze jest przydatne. Pozdrawiam
palcia:)
Krystyna Habrat dnia 02.02.2015 16:09
Zurbanizowany. Dziękuję bardzo. Tak długo myślałam nad odpowiedzią, że gdzieś mi się zgubiła. Chyba w natłoku wydarzeń domowych - przyjazd młodszego pokolenia. Powiem więc krótko: cenię sobie bardzo twoje komentarze. Pozdrawiam.

O! widzisz Palciu, mnie się to też przyda i zaraz wpisuję adres do Ulubionych. Dziękuję.
mozets dnia 31.10.2017 21:28
Nie jestem w stanie ocenić tego utworu. Muszę go przemyśleć - nim go ogarnę. Na początek ylko rozwinę nastrój utworu poprzez miażdżący opis wspólczesności na Dworcu Centralnym w Warszawie. Znajoma studentka UJ anglistyki i II fakultetu italianistyki , obecnie stewardessa na A-380 i Boeingach 777 wraca w nocy do Krakowa . Na DC kolei w Warszawie o 2 w nocy pali się światełko w 2 okienkach. W 1 okienku prawie ciemno - to okienko informacji. Studentka pyta więc kasjerkę : ( brak kolejki - pusto) , czy mogłaby pani powiedzieć mi o której godzinie mam najbliższy pociąg do Krakowa?
BO informacja niestety - nieczynna.
Kasjerka odpowiada : "STETY! CZYNNA ".
Krystyna Habrat dnia 13.11.2017 11:14
Dziękuję Ci "mozets". W czasach, gdy dużo podróżowałam pociągiem, byłam świadkiem tylu drobnych wydarzeń, a tak ciekawych, że niejedno weszło do moich tekstów. A już stają mi w pamięci kolejne takie drobiazgi, dziwni ludzie... Tam to dopiero była kopalnia pomysłów: ludzie poznawani poprzez ułamek zdarzenia, fragment rozmowy, długie zwierzenia, sposób bycia wśród ściśniętych w przedziale; wygląd...
Ktoś już dawno temu zalecał pisarzom podróżowanie II (tam zdaje się było III) klasą, bo tak najbardziej nauczą się życia i nałapią pomysłów.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Kazjuno
20/09/2019 10:20
Ciekawy, choć niełatwy do przetrawienia tekst. Przynajmniej… »
Wiktor Mazurkiewicz
20/09/2019 09:16
Wiosenko niezawodna korektorko :) tak, rym wkradł się… »
Wiktor Mazurkiewicz
20/09/2019 08:56
Nuria 22227 bruliben Proszę nie mieć mi za złe,… »
domofon
20/09/2019 07:54
bruliben, dokładnie, dzięki za ocenę. Pozdrawiam »
Rafi
20/09/2019 02:33
mike17 Bardzo dziękuję za opinie :D są to moje początki,… »
mike17
19/09/2019 22:14
He he, miło mi to słyszeć :) Dobre słowo wszystkiego warte… »
Yaro
19/09/2019 21:44
Dzięki bruliben :) »
Yaro
19/09/2019 21:40
To od Mike Jagger https://youtu.be/K5_EBAzIPJM. Jakbym… »
bruliben
19/09/2019 21:40
Żonę skserować, hmmm? No pewnie, nikt nie jest doskonały.… »
bruliben
19/09/2019 21:21
Dziękuję Lilah. Miło gościć. »
bruliben
19/09/2019 21:19
Ciekawy wiersz, misternie zbudowany. Skomentuję go słowami… »
Kazjuno
19/09/2019 20:26
Droga Al Szamanko - panienko z dobrego domu. Na wstępie… »
wiosna
19/09/2019 20:02
Niejednemu się przytrafiło. I niejednemu nie udało się tak… »
mike17
19/09/2019 19:48
I miałaś w nim archaizm "shall" a nie… »
wiosna
19/09/2019 19:47
hmmm, hmmm aż się zaczęłam zastanawiać do jakiej grupy ja… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:22
  • tej wytwórni. Ale sam szef D. próbuje zmienić czasy i transformację koncernu w stronę tematyki niebaśniowej. [link]
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:20
  • Disney ma nie lada orzech do zgryzienia :) . Johansson zaprosili nawet na spotkanie dyrektorów D. I ona tam jasno mówiła, że reżyser niepokorny i film też, co niespecjalnie idzie za rączkę z polityką
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:50
  • em FOXa, więc Disney nie miał nic do gadania. A czy film pojawi się w Polskich kinach? Sadzę, że tak, ale nie wszędzie i nie od razu, bo tu nie chodzi o ideologię, ale o kasę.
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:48
  • Co do filmu, ten Hitler, będzie wymyślonym przyjacielem i z tego co wiem, będzie takim diabłem na ramieniu, co mówi źle, to wbrew pozorom nie komedia. Druga sprawa film powstał praktycznie przed zakup
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 14:16
  • Znowu przesadzasz. Jesteś wrażliwym facetem, na dodatek z intuicją muzyka, więc czułym na fałszywe nuty. Także te cecha ułatwia Ci trafne komentarze. Więc jak znajdziesz czas(?)...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:55
  • Powiem tak: technicznie mam coś do powiedzenia i choć nie jest to idealne, to potrafi być pomocne, natomiast mój gust znacznie odbiega od przeciętnej i to, co mi się podoba, nie zawsze jest dobre.
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 11:49
  • Przesadzasz Antosiu! Bardzo cenię Twoje komentarze i byłbym rad przeczytać twoje wnikliwe uwagi. Zawsze były celne. Jak znajdziesz czas to zapraszam...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:38
  • Kazjuno, ja chętnie skomentowałbym Twój tekst, ale ostatnio mam urwanie głowy i jedynie czasem króciutkie komentuje. Choć z drugiej strony, co jest wart mój komentarz?
  • Dobra Cobra
  • 17/09/2019 08:09
  • Sztuka kreskówkowa jest uważana za gorszą ze sztuk pięknych. :( A tak można w kinie podziwiać i piękną Scarlett i małego Hitlerka. Jak żywych. Choć ten synek ma nadzwyczaj mądry wyraz twarzy.
Ostatnio widziani
Gości online:29
Najnowszy:Kimbrilse10
Wspierają nas