Cóż nam z kochania, jeśli jest próżne? Żołnierza z ołowiu też serce boli. Dajmy mu miłość, a nie jałmużnę. - romantyczna
Dramat » Komedia » Cóż nam z kochania, jeśli jest próżne? Żołnierza z ołowiu też serce boli. Dajmy mu miłość, a nie jałmużnę.
A A A
Od autora: * Tytuł: Fragment tekstu pastorałki „Kolęda dobrych ludzi woli”.

Nie mogłam się powstrzymać :)

            Integrowałam się z własną kuchnią, robiąc zwyczajne, ale potrzebne do życia kanapki z szynką i serem, a Znajda nie odstępowała mnie na krok. Nadałam jej to imię, mając nadzieję, że w niedalekiej przyszłości wpadnę na lepsze, bardziej ambitne, a psu, tak czy siak, będzie wszystko jedno. Wiedziałam, że nie należy przekarmiać pupili, zwłaszcza przy skurczonym żołądku i łakomstwie, które wyłazi im wówczas wytrzeszczonymi oczami, ale dziwnym trafem, co jakiś czas na podłogę spadał mi kawałek wędliny. I to w dodatku wyzwolonej od świata zdradzieckich konserwantów czyhających na rozszarpanie jelit.

            Żeby pozytywnie nastroić do pracy wszechogarniającą niechęć, o ile to w ogóle mogło być wykonalne, włączyłam radio. Z głośników popłynęła kojąca nuta Bena Howarda – Promise, idealna na ospały poranek. Właśnie podśpiewywałam refren wraz z wykonawcą, gdy nagle znikąd dobiegł mnie krzyk Aleksa.

- Gdzie on jest?! – darł się jak opętany.

            Wprost nie znosiłam, gdy krzyczał ktoś inny niż ja. Pretendowałam na stanowisko wyłączności tej rozkoszy, bo co mogło być piękniejszego, niż wywrzeszczenie wszystkich żali i usterek natury w stronę niewinnego słuchacza? Aleks po chwili wpadł do kuchni, wywracając jedno z krzeseł, po czym rozmasował kontuzjowaną nogę. Nieźle w nią przygrzał, co tylko bardziej mnie ucieszyło.

- Spokojnie, bo ci żyłka pęknie – przywołałam go do porządku, choć czułam sympatię do pękających żyłek ludzi skłonnych do wyprowadzenia mnie z równowagi.

- Gdzie jest mój pies?! – Oczy prawie wypadły mu z orbit. Nie byłam pewna, czy zaślepiony furią nie rzuci się na mnie znienacka.

- Jaki znowu twój pies? – Odkryłam, że torturowanie Aleksa było czystą jak spirytus przyjemnością, którą ochoczo polewałam mu rany.

- Lena, ty mi tu kurwa nie znowuj, tylko gadaj, co z nim zrobiłaś?! Wywaliłaś go na bruk?! – chciał wiedzieć. I mógł, gdyby tylko się rozejrzał. Tylko że on musiał wmieszać w to górę, z której założył, że jestem stukniętą zdzirą, pożerającą psy na przystawkę.

- Lepiej opanuj nerwy, bo zaraz ciebie wywalę – ostrzegłam, siląc się na pryncypialny ton, podczas gdy w środku pękałam ze śmiechu. – Siadaj, ochłoń, zjedz kanapkę i pogłaskaj Znajdę, bo od minuty próbuje zwrócić twoją uwagę.

            Aleks raptownie zdębiał, a gdy spostrzegł czworonoga, który stanął w bezpiecznej odległości od kuchennej wysepki, gdzie toczyliśmy trzecią wojnę światową, zeszło z niego całe powietrze. Nie mogłam odeprzeć wrażenia, że z premedytacją napompowałam i przekłułam naiwny, różowy balonik, a co więcej – że byłam w tym naprawdę dobra.

- Gdyby płacono ci za bycie jędzą, zbiłabyś majątek – syknął w dzielącą nas przestrzeń.

- Przecież nic nie zrobiłam – odrzekłam z miną niewiniątka, która przylgnęła do mnie wraz z dobrym powodem. – Nie moja wina, że jesteś palantem.

- Wprowadziłaś mnie w błąd. – Starał się być cierpliwym tłumaczem, a mnie wepchnąć w schemat małego, nierozumnego dziecka. – Gdybym był palantem, już dawno przewiesiłbym cię przez kolano i sprał na kwaśne jabłko.

- Nie wiedziałam o czym bredzisz, przecież nie masz psa – stwierdziłam, rozmyślając o byciu kwaśnym jabłkiem przewieszonym przez kolano Aleksa.

- Jak to nie? A… Znajda? – Jego spostrzegawczość potrzebowała aplauzu.

- Po pierwsze, nawet nie zauważyłeś, że to dziewczynka, czym głęboko zraniłeś jej uczucia. A po drugie to nie jest twój pies, tylko…. – Każdy koniec ma swoją kropkę, a ta właśnie się postawiła. - Ona tu zostaje.

            Aleksowi przypadła do gustu jaśniejsza, skrzętnie ukrywana strona mojej natury, natomiast ja nie lubiłam, gdy wypływała na wierzch niczym olej uciekający od wody. Jeszcze przez przypadek w swojej łatwowierności mogłabym komuś zaufać, a ten ktoś a nuż wbiłby mi nóż w plecy. Złośliwością przypadków chodzących parami zapewne razem z widelcem.

- Ale wiesz… – zaczął. – To by znaczyło, że jednak masz serce – orzekł, jak gdybym podała mu je na tacy.

- Nie wiem o czym mówisz. – Moje serce wcale nie domagało się zaszczytnego miejsca na tym bezdusznym świecie w postaci trofeum, które można by postawić na kominku. Ani tym bardziej uznania Aleksa.

            Serce chciało mieć tylko szafę pełną ubrań, dobrą pracę, nieczułą matkę i od niedawna – psa przybłędę. I posiadało to wszystko, a jednak nie odczuwało szczęścia. Gdzieś pod skórą drzemały inne ambicje i pragnienia.

            Wygoniłam psa i jego pseudowłaściciela na spacer, a sama przystąpiłam do porannej toalety. Lustrzane odbicie na początku nie pokazało niczego ciekawego. Dopiero po kosmetykowej metamorfozie mogłam zacmokać z uznaniem pomalowanymi na czerwień ustami, choć włosy dały tego ranka do wiwatu. Trzydziestopięcioletnia sweet fotka w kiblu poszła więc w odstawkę. Zrzuciłam balast z pęcherza, a lęk przed kolejnym dniem powszednim spuściłam w odmętach sedesu. To ja jestem górą!

            Przed pracą skoczyłam jeszcze do osiedlowego sklepu po suchą psią karmę dla Znajdy. Udało się też kupić dwie miski, na których widniały nadrukowane ślady zwierzęcych łapek. Napełniłam pojemniki wodą i śmierdzącym żarciem, i zostawiłam Aleksowi karteczkę, żeby rozgrzeszył się z pominiętych na uczelni zajęć, a zamiast nich wziął pod opiekę czworonoga. Przy okazji musiałam zaciągnąć hamulec pokusy, by do niepokornej prośby nie dorysować dłoni z wystawionym środkowym palcem. Uznałam, że w ten sposób nie osiągnę upragnionego rezultatu.

            Mój dzień wolałby podłubać w zamarzniętej ziemi, niż jechać do pracy, ponieważ w biurze miało odbyć się posiedzenie, które nazywałam zlotem albatrosów, gdyż każdy nadęty buc z zarządu jawnie nawadniał ego własnymi sukcesami, pokazując, że ma większe jaja, niż ci, którzy tak naprawdę byli lepsi, ale podcinano im skrzydła. Polityka marketingowa bytowała jako kawał drania. Zadawała rany, by zaraz potem sadystycznie je posolić.

            Firma, w której dogorywałam każdego dnia, nosiła nazwę Verdoyer, co z francuskiego oznaczało zielenić. Nie posiadałam wiedzy, kto wpadł na podobny pomysł, ale miałam nadzieję, że nie żadna pierdoła, bo tego bym nie zniosła. Zajmowaliśmy się uszczęśliwianiem ludzi, a właściwie starych i młodych zrzęd, którym nigdy nic nie pasowało. Przecież trawa zawsze jest zieleńsza u sąsiada, czyli generalnie tam, gdzie nas nie ma, więc możliwości na destrukcję podobnych wykroczeń było wiele: począwszy od wpuszczenia psa na działkę Kowalskiego also Kowalskiej, gdzie skuteczniej wyleje żale, przez odcięcie zraszaczy, aż po wywalenie masy forsy w celu likwidacji przekonania upierdliwego delikwenta o swojej wyższości.

            Odpowiedzialność jednak zaciągnęła mnie przed wielki budynek, przez szyby którego ujrzałam ludzkie pionki przemieszczające się z prędkością światła po oświetlonych korytarzach. Sama nierzadko miałam wrażenie, jakbyśmy grali w chińczyka – Kto pierwszy stanie na wyznaczonych polach, ten wygrywa. Najgorsza w tym wszystkim była satysfakcja z eliminacji współzawodników. Zdychajcie, ludzie maluczcy!    

            Przed wejściem uspokoiłam rozbudzone nerwy papierosem. A może podsyciłam? Kto to wie? W każdym razie czułam sympatię do robienia siwego dymu. Julia i jej fioletowe szpony, niefortunnie przedefilowały mi przed oczami. Nie chciałam przyjmować do wiadomości żadnych niuansów, ale sekretarka ojca najwyraźniej uznała, że było inaczej.

- Wszyscy już są – zaznaczyła, z naciskiem na „wszyscy”, zupełnie jakbym nie należała do grupy „szczęśliwych” wybrańców.  

            Zbyłam ją ciszą, a miast tego wygrzebałam z kieszeni najmroczniejsze spojrzenie i posłałam w jej stronę. Skrzywiła się z niesmakiem na moją niereformowalność, po czym wyciągnęła z kieszeni telefon i wystukała wiadomość do pechowego odbiorcy. Pewnie znowu oznajmiła jakiejś ograniczonej przyjaciółeczce, że zadzieram nosa, co de facto nie obchodziło mnie w najmniejszym stopniu. Pragnęłam tylko jak najszybciej uciec poza zasięg jej intryg i wizerunek różowej landrynki piżdżący po oczach.

            Faktycznie wszyscy już usadzili nadpobudliwe dupska w sali obrad nazywanej przeze mnie salą obierek. Ci ludzie mieli w sobie coś z ziemniaków – byli albo surowi, albo rozgotowani. W każdym razie ambicjonalnie niesmaczni, nawet gdy polewano ich komplementami. Każdy miał przed sobą kawkę lub herbatkę (zgrubienie słów niewskazane), bez których rozmowa nie miałaby sensu, bo przecież należało przepłukać czymś gardziołko w trakcie pieprzenia głupot. Chętnie dosypałabym im wszystkim arszeniku, wtedy bez wątpienia przestaliby błaznować. I oddychać.

            Kiedy sadowiłam się na swoim miejscu, do pomieszczenia wpadł Cezary. Miał podkrążone oczy, mogące świadczyć o niewyspaniu. Jego wygląd był nienaganny, ale twarz zdradzała zmęczenie. A może zmartwienie? Ciężko stwierdzić przyczynę, gdy przywdziewanie masek tkwi, głęboko zakorzenione, w codzienności.

- Drużyno – zwrócił się do obecnych. – Czasu mamy niewiele, więc zaczynajcie.

            Ledwie zauważalnie rzucił mi spojrzenie i mogłabym przysiąc, że w jego źrenicach ujrzałam niepokój. Może wymienili z Ireną poglądy w kwestii niewychowywania córki, czytaj – mnie. A może postanowili w końcu przerwać ten bezmałżeński impas.

            Podczas gdy obecni dwoili się i troili, a niektórzy wręcz czworzyli, by w jak najlepszym świetle przedstawić swoje pomysły, ja dumałam nad własnym. W kontemplacji godnej buddyzmu nie pomagały odzieżowe defekty współpracowników. Dziewczyna z żółtymi włosami miała przeraźliwie pomiętą spódnicę, a guzik łysiejącego faceta wisiał na ostatnim tchnieniu czarnej nitki. Jeśli można posądzać rzeczy martwe o złośliwość, to można też im współczuć.  

            Kiedy nadeszła moja kolej na prezentację, wstałam, wprawiając obrotowy fotel w ruch, i podeszłam do złowieszczego rzutnika. Nie tak dawno spłodziłam niezły projekt, teraz należało go tylko urodzić. Klient był rzekomym miłośnikiem ogrodów. Rzekomym, ponieważ nigdy nie przyłożył ręki do tego, by coś w nich rozkwitło. W dodatku, zaznaczając, że jest znawcą pierwszej kategorii, w rozmowie wspomniał o meblach z lat 80-tych. Mało nie padłam trupem, gdy usłyszałam jak wychwalał zalety krzeseł z epoki plastiku – tych, które potrafiły pierdyknąć, złamane na pół pod czterdziestokilogramowym ciężarem! Facet, po kilkunastu minutach pełnych żałosnych zapewnień o własnym profesjonalizmie, zrozumiawszy błąd, zamknął nawijaczkę i postanowił mi zaufać. Sama nigdy nie zawierzyłabym kobiecie kupującej buty od Dolce & Gabbana, ale on szczęśliwie nie miał o tym pojęcia.

            Ochota na wykonywanie niniejszego zlecenia ulotniła się, gdy koleś zaczął mnie jawnie podrywać, chociaż karatowe zobowiązanie bezceremonialnie tkwiło na jego palcu. Szkoda, że ludzie nie są ubrani w etykietki: żonaty, mężatka, panna, dupek, zołza, super gość, fajna babka, bo trudno ocenić ich status. Z jednej strony jest to dobre, ponieważ mało kto lubi otwarte księgi. Jednak z drugiej, byłoby doskonałym dostrzec prawdziwą wartość danej osoby zawdzięczając to jedynie sobie i wyrobić o człowieku autorską, niepodszeptywaną przez życzliwców opinię. Taka postać rzeczy uniknęłaby zapewne wielu krzywdzących pomyłek. Jedynym znakiem rozpoznawczym postulatu małżeństwa może być właśnie obrączka, która to nierzadko nie chce sama wskakiwać na palec z wygodnictwa bądź braku sumienia. W innych wypadkach założona i świecąca na dziesięć kilometrów, zdaje się nie przejmować złożoną przysięgą, obietnicą lepszego życia dogorywającą w nic nieznaczącym złotym krążku. Tak właśnie było z panem Adrianem, do którego mówienie na ty, nie chciało przejść mi przez gardło, nawet przepłukane wodą. Praca zapewniała spokojne życie, toteż awersję do tak zwanych nietypowych typów musiałam schować w najczarniejsze zakątki kieszeni, by tam skisła w swej złości.  

            Projekt dotyczył zagospodarowania przestrzeni w wielkim ogrodzie. Obejmował rodzaje – materiałów do jego budowy, roślin, ścieżek, mebli i zbiorników wodnych. A wszystko to, mimo nielichych funduszy, doprawione dawką skromności i minimalizmu. Byłam zwolenniczką tworzyw z odzysku – podobno nic w przyrodzie nie ginie, chyba że wszystko. Przedstawiłam zarządowi swój pomysł, w którym prym wiodły surowce wtórne. Wyświetliłam zarys ścieżek, zrobionych z potłuczonych doniczek i cegieł dziurawek. Zachowana część starej, fikuśnej bramy miała posłużyć za podporę dla winorośli. Wielowiekową altanę zamierzałam odnowić, a tym samym podarować jej nowe życie.

            Wszyscy „koledzy” z pracy, patrząc na slajdy wyświetlane na rzutniku, mieli rozdziawione gęby, jakby łączyli się z mózgiem, ale nie byli w stanie tego zrobić. Niektórzy przybrali dziwne pozy, coś na kształt znudzonego tramwajarza, babci siedzącej w autobusie czy kasjera z rozwolnieniem. Ich miny również były zróżnicowane. Jedni patrzyli na mnie wzrokiem pod tytułem: Ta kretynka znowu wymyśliła coś całkiem dobrego, inni decydowali się na: Kończ już tą gadkę-szmatkę, bo jestem głodny, a pozostali lewitowali pomiędzy: Nie wiem, co o tym myśleć, a: Mów do mnie jeszcze.

- Uważam, że to świetny pomysł – dobiegł mnie głos z tyłu, zawstydzając niesforne myśli.

            Podniosłam wzrok znad monitora i ujrzałam ucieleśnienie swojego wyobrażenia o Apollu. Mężczyzna miał kręcone blond włosy i gdyby nie ostry zarys szczęki, wyglądałby jak istny aniołek. Mimo niezaprzeczalnej urody i pozytywnej energii, jaką emanował, nie był w moim typie. To pewnie dlatego nie zwróciłam na niego uwagi. Zresztą istniał w firmie jako ten nowy, więc tak czy siak miał mocno przejebane. Harpie wkrótce się na niego rzucą – pomyślałam.

- Co w niniejszym pomyśle jest takiego świetnego? – chciał wiedzieć czterooki łysol, poprawiając spadające okulary, przy których bledło nawet denko od słoika.

- Dziewczyna ma ciekawy koncept. Wykorzystanie zniszczonych i bezużytecznych rzeczy do nowych projektów jest fenomenalne i podpisuję się pod tym rękami i nogami. – Po wnikliwszej analizie tej przystojnej twarzyczki, jednak stwierdziłam, że mogłabym być wieńcem na jego głowie, jak Dafne na Apolla, choć tamta odrzucała zaloty boga.    

- Rupiecie są rupieciami, a nie innowacją – łysol bronił swojego przekonania jak ostatniego ciastka na talerzu.

- Nadawanie nowego życia rzeczom sprawdzonym jest o wiele bardziej efektywne, niż wykorzystywanie nowych, pozornie ulepszonych materiałów. – Tembr jego głosu był tak jedwabisty, że chciało się w nim zasnąć.

            Bezwłosy typ w końcu dał za wygraną i zamknął postulaty za zagryzionymi zębami. Projekt został zaklepany, a uśmiech wybawcy-cherubinka rozłożył mnie na łopatki. Po przemówieniu szefa, pełnego uznania dla co poniektórych osób, wszyscy wstali i dziękowali Bogu za drzwi, którymi mogli wyjść. Chciałam przelać falę wdzięczności na boskie ciało nowego za to, że jako jedyny miał jaja, by się za mną wstawić, w dodatku grzęznąc w nieciekawej pozycji, jednak Cezary zniweczył mój zamiar.

- Lena, poczekaj chwilkę, proszę. – Nie wiedzieć czemu, poczułam się jak urwis wezwany na dywanik.

           Mój pseudoojciec miał styl charakterystyczny dla ludzi posiadających za dużo forsy. Zawsze nosił złote spinki do mankietów, świecąc swą zajebistością na kilometr. Zapach perfum, za cenę których można by wykarmić kraje trzeciego świata, płynął za nim niczym rekin za ławicą ryb.

- Potrzeba ci pieniędzy? – przemówił bez ceregieli, gdy usiadłam na wprost niego.

- Spytaj, czy nie potrzeba mi miłości – odburknęłam pod nosem.

- Słucham? – Niedosłyszenie przywarło do Cezarego niby zdesperowana kochanka do żonatego faceta i nie miałam pojęcia, czy było celowe, czy nie. Podobnie jak większość romansów tego brudnego świata.

- O co ci chodzi? – Byłam nieźle wpieniona, na niego i finansową infantylność, jaką się kierował.

- Chciałem po prostu wiedzieć, czy sobie radzisz – usprawiedliwił swoją niesubordynację.

- Tak, radzę sobie świetnie, ale zamiast traktowania mnie jak jakąś cholerną inwestycję, mógłbyś od czasu do czasu zabawić się w ojcowanie, bo w tym jesteś beznadziejny! – Wszystkie żale wystrzeliły ze mnie jadem prosto w nagłe i niespodziewane oszołomienie Cezarego. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby je z niego wyssać.

           Co prawda zapewnił mi pracę i kupił dom, który uparcie spłacałam, choć tego nie wymagał, jednak nie byłam w stanie wysupłać z siebie uczuć wyższych jeśli chodziło o jego osobę. Zupełnie, jakbym patrzyła na figurkę z masy solnej – bez jakichkolwiek emocji, w dodatku niejadalną. Na przywiązanie trzeba zasłużyć, podobnie jak na wszystko inne.

           Bez słowa wyjaśnienia wstałam i wybiegłam z sali obierek, trzaskając za sobą drzwiami. Panie i Panowie, dziś na lunch była kiszka – pomyślałam. Łzy uparcie mąciły pod powiekami, pragnąc ujrzeć światło dzienne, jednak tym razem nie dałam im wypłynąć. Oddaliłam urazy na bezpieczną odległość od oszklonego pomieszczenia, gdy nagle drogę zaszła mi kędziorkowa czupryna. Podskoczyłam ze strachu, co wywołało szczery śmiech blondasa.

- Przepraszam, nie chciałem pani wystraszyć – wytłumaczył.

- Nie szkodzi. – Nagły rumieniec zdradził mój wstyd. – Innym nieczęsto udaje się tego dokonać.

- Jestem wyjątkiem – odrzekł z dumą w głosie. – Może w innej kwestii również nie poniosę porażki. Bardzo bym nie chciał.

- A propos chcenia… – Przypomniałam sobie, że właściwie sama zamierzałam go zagadnąć. – Dziękuję panu za wsparcie. Żadna łajza nie otwarłaby parszywej gęby. – Zdawszy sobie sprawę z tego, co oznajmiłam, położyłam dłoń na czole. – Powiedziałam to na głos?

- Tak, powiedziałaś – zaśmiał się perliście. Przy okazji odnotowałam dwa fakty – że ma nieziemsko równe, bielutkie zęby i że powiedział do mnie na ty.

- Jestem Lena – oznajmiłam niepytana. Nagle jednak dostrzegłam u niego zakłopotanie. – A ty? Masz jakieś imię?

            Deja vu przeniosło mnie do momentu starcia z Aleksem. To było nasze pierwsze spotkanie (nie licząc zajścia w sklepie i incydentu przed domem). Miałam nadzieję, że nie usłyszę odpowiedzi, jakiej udzieliłam Aleksowi, gdy zapytał o to, co teraz chciałam wiedzieć o stojącym przede mną mężczyźnie.

- Niespecjalne – odrzekł z kwaśną miną. Jednak widząc moje wyczekujące spojrzenie, w końcu spasował. – Mam na imię Gabriel.

            Gabryś! Oczywiście! Archanioł Boży Gabryjel. Dziecięcia o cudownych, kręconych włoskach i zaróżowionej buzi nie można było nazwać inaczej. Rodzice naprawdę potrafią skrzywdzić swoje pociechy, często nieumyślnie.

- Bardzo… oryginalnie. – Walczyłam o każdy oddech, bo jego imię za nic w świecie nie chciało dotrzeć do mojej świadomości.

- Przyjaciele mówią mi Gabi. W każdym razie chciałem zaprosić cię na kolację w piątek wieczorem.

            Przewlekłe yyyyyy, które wyskoczyło ze mnie w postaci osłupienia, bynajmniej nie rzuciło światła na odpowiedź. Niezręczność stała się wręcz namacalna, gdy za plecami Gabriela mignęła sylwetka Aleksa. Albo raczej podobna do niego, nie byłam pewna, a że chciałam być, poświęciłam uwagę temu, co przebiegało na drugim planie. Po krótkiej chwili dokonałam niezaprzeczalnego odkrycia, że w istocie Aleks rozmawiał z Cezarym. Tylko po co? I skąd on się właściwie wziął w firmie? Przecież miał pracę i to niezłą w dodatku, więc optowanie za stanowiskiem u mojego ojca nie wchodziło w grę. A może chciał mi zaszkodzić kompromitującymi zdjęciami z imprezy lub nagraniem z ukrytej kamery w łazience?

- Więc jak? – Głos Gabriela uderzył o moje zamyślenie niczym trąby jerychońskie.

- Tak, tak – odrzekłam, nie wiedząc właściwie o co chodziło.

- To świetnie – Wyraz jego twarzy został złagodzony dzięki wyraźnej uldze. – Podaj mi swój adres, to wpadnę po ciebie o… dwudziesta może być?

            Zaraz, że co? – zapytałam samą siebie w myślach, choć świadomość uparcie milczała, nie chcąc w żaden sposób dopomóc. – O czym on właściwie mówił? W mojej podzielności uwagi najgorsze było to, że jej nie miałam. Niejednokrotnie więc skazywałam własną dekoncentrację na pośmiewisko.

- Przepraszam, mógłbyś mi przypomnieć, o czym właściwie rozmawialiśmy? – Tym wolnym od poczucia winy pytaniem przypuszczalnie dałam mu w mordę.

- Widzę, że jesteś gdzie indziej – zauważył błyskotliwie. – Zgodziłaś się na randkę ze mną, w piątek o dwudziestej.

           Czy tak zawsze musi oznaczać tak? Obawa niedosłyszanej propozycji została potwierdzona, a wraz z nią konieczność wywiązania ze słowa, które się rzekło. Kto jest bez winy, niechaj pierwszy rzuci kamień.

- A więc do piątku.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
romantyczna · dnia 29.01.2015 11:32 · Czytań: 1902 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 5
Komentarze
euterpe dnia 29.01.2015 20:15 Ocena: Bardzo dobre
Romantyczna, cieszę się że wstawiłaś kolejny fragment swojej powieści, pomimo zapewnień, że następne zobaczymy w wersji papierowej. Dzięki temu mogę domyślać się ciągu dalszego, skoro Gabryś zaistniał, Gabryś musi wystrzelić, ale Aleks, myślę że nie pozostanie w tyle. Jest przecież jej soulmate:)
Pozdrawiam serdecznie,
Ewa
Miladora dnia 29.01.2015 21:58
Miło było wrócić do Twojej bohaterki i Aleksa. :)
Gładko się czyta i w dodatku często z uśmiechem.

Ale przy okazji (taka moja stała kwestia): ;)

Cytat:
a psu tak, czy siak bę­dzie wszyst­ko jedno.

- psu, tak czy siak, będzie wszystko jedno.
Cytat:
od świa­ta zdra­dziec­kich kon­ser­wan­tów, czy­ha­ją­cych na roz­szar­pa­nie jelit.

Bez przecinka.
Cytat:
Wprost nie zno­si­łam, gdy ktoś inny niż ja, krzy­czał.

Lepszy byłby szyk - ...nie znosiłam, gdy krzyczał ktoś inny niż ja.
Cytat:
Pre­ten­do­wa­łam na sta­no­wi­sko wy­łącz­no­ści do tej roz­ko­szy,

Pretendowałam do stanowska wyłączności tej rozkoszy.
Cytat:
Tylko, że on mu­siał wmie­szać

Bez przecinka.
Cytat:
Gdy­bym był pa­lan­tem, już dawno prze­wie­sił­bym cię przez ko­la­no i sprał­bym na kwa­śne jabł­ko.

Pogrubione "bym" zbędne.
Cytat:
- Nie wie­dzia­łam(,) o czym bre­dzisz, prze­cież nie masz psa – (s)kon­sta­to­wa­łam, roz­my­śla­jąc o byciu kwa­śnym jabł­kiem, prze­wie­szo­nym przez ko­la­no Alek­sa.

Konsekwencja czasów - skonstatowałam - ale masz rym "nie wiedziałam/skonstatowałam", więc jedno do zmiany. Pasuje - stwierdziłam.
Bez podkreślonego przecinka.
Cytat:
A po dru­gie(,) to nie jest twój pies, tylko….

Cytat:
gdy wy­pły­wa­ła na wierzch, ni­czym olej, ucie­ka­ją­cy od wody.

Bez przecinków.
Cytat:
Jesz­cze przez przy­pa­dek, w swo­jej ła­two­wier­no­ści mo­gła­bym

Bez przecinka.
Cytat:
Zło­śli­wo­ścią przy­pad­ków, cho­dzą­cych pa­ra­mi, za­pew­ne razem z wi­del­cem.

Bez przecinków.
Cytat:
- Ale wiesz(...) – za­czął. – To by zna­czy­ło, że jed­nak masz serce. – stwier­dził,

Dałabym wielokropek, żeby rozciągnąć to "zaczął".
Bez podkreślonej kropki.
Cytat:
- Nie wiem(,) o czym mó­wisz.

Cytat:
Wy­go­ni­łam psa i jego pseu­do wła­ści­cie­la na spa­cer,

- pseudowłaściciela -
Cytat:
za­cmo­kać z uzna­niem, po­ma­lo­wa­ny­mi na czer­wień usta­mi

Bez przecinka.
Cytat:
po suchą, psią karmę dla Znaj­dy.

Bez przecinka.
Cytat:
żeby roz­grze­szył po­mi­nię­te na uczel­ni za­ję­cia, a za­miast nich wziął pod opie­kę czwo­ro­no­ga.

- żeby rozgrzeszył się z pominiętych na uczelni zajęć -
Cytat:
gdyż każdy na­dę­ty buc z za­rzą­du, jaw­nie na­wad­niał ego

Bez przecinka.
Cytat:
ludz­kie pion­ki, prze­miesz­cza­ją­ce się z pręd­ko­ścią

Bez przecinka.
Cytat:
Julia(,) i jej fio­le­to­we szpo­ny, nie­for­tun­nie przede­fi­lo­wa­ły mi

Cytat:
Zby­łam ją mil­cze­niem, a miast tego wy­grze­ba­łam z kie­sze­ni naj­mrocz­niej­sze spoj­rze­nie

Rym.
Cytat:
jak naj­szyb­ciej uciec, poza za­sięg jej in­tryg i wi­ze­ru­nek ró­żo­wej lan­dryn­ki, piż­dżą­cy po oczach.

Bez przecinków.
Cytat:
w sali obrad, na­zy­wa­nej prze­ze

Bez przecinka.
Cytat:
Miał pod­krą­żo­ne oczy, mo­gą­ce świad­czyć o nie­prze­spa­nej nocy.

Rym. Mogące świadczyć o niewyspaniu?

Na razie połowa, bo mnie odwołują, ale wrócę, by przeczytać do końca, bo jest ciekawie. :)
romantyczna dnia 30.01.2015 08:35
euterpe - też się cieszę :) nie wiem, czy doczekam się wersji papierowej. Nadal zastanawiam się, czy warto kontynuować tę opowieść. Ale nic to, pożyjemy - zobaczymy ;) Póki co, chyba potrzebuję wsparcia, stąd to wrzucanie kolejnych części. Co do Gabrysia i Aleksa, spodziewaj się zaskakującego zwrotu akcji, ostatnio nawiedził mnie ciekawy pomysł na fabułę. Fajnie, że zawsze do mnie zaglądasz.

Milu - Jak zwykle dziękuję Ci za tak wnikliwą analizę tekstu :) widzisz, ciągle mam problem z przecinkami - jak nie za mało, to za dużo! I tak w kółko. Muszę się wybrać na jakiś kurs, żeby się podszkolić. W wolnym czasie oczywiście poprawię, a póki co dziękuję pięknie za odwiedziny i uwagę.

Pozdrawiam
Miladora dnia 30.01.2015 15:30
romantyczna napisała:
widzisz, ciągle mam problem z przecinkami

Kiedyś zniknie w końcu. :)

No to przyszłam przeczytać drugą część...

Aha - z pierwszej jeszcze:
Cytat:
- Lena, ty mi tu(,) kurwa(,) nie zno­wuj, tylko gadaj,


Teraz druga:
Cytat:
Jeśli można po­są­dzać rze­czy mar­twe o ich zło­śli­wość,

Zbędne.
Cytat:
po kil­ku­na­stu mi­nu­tach, peł­nych ża­ło­snych za­pew­nień

Bez przecinka.
Cytat:
ko­bie­cie, ku­pu­ją­cej buty od Dolce

Bez przecinka.
Cytat:
gdy usły­sza­łam(,) jak wy­chwa­lał za­le­ty krze­seł

Cytat:
do­strzec praw­dzi­wą war­tość danej osoby, za­wdzię­cza­jąc to je­dy­nie sobie(,) i wy­ro­bić o czło­wie­ku au­tor­ską,

Cytat:
mał­żeń­stwa, może być wła­śnie ob­rącz­ka

Bez przecinka.
Cytat:
wy­god­nic­twa, bądź braku su­mie­nia.

Bez przecinka.
Cytat:
W in­nych wy­pad­kach(,) za­ło­żo­na i świe­cą­ca na dzie­sięć ki­lo­me­trów, zdaje się nie przej­mo­wać zło­żo­ną przy­się­gą, obiet­ni­cą lep­sze­go życia, do­go­ry­wa­ją­cą w nic nie zna­czą­cym zło­tym krąż­ku.

Bez podkreślonego przecinka.
- nic nieznaczącym -
Cytat:
za pod­po­rę dla pną­czy wi­no­gro­na.

- dla winorośli -
Cytat:
babci sie­dzą­cej w au­to­bu­sie, czy ka­sje­ra z roz­wol­nie­niem.

Bez przecinka.
Cytat:
więc tak, czy siak

Bez przecinka.
Cytat:
bro­nił swo­je­go prze­ko­na­nia, jak ostat­nie­go ciast­ka

Bez przecinka.
Cytat:
a uśmiech wy­baw­cy – che­ru­bin­ka roz­ło­żył

Dałabym bez spacji - wybawcy-cherubinka.
Cytat:
falę wdzięcz­no­ści na bo­skie ciało no­we­go, za to

Bez przecinka.
Cytat:
Mój pseu­do oj­ciec miał styl cha­rak­te­ry­stycz­ny dla ludzi, po­sia­da­ją­cych za dużo forsy.

Bez przecinka i pseudoojciec.
Cytat:
pły­nął za nim, ni­czym rekin

Bez przecinka.
Cytat:
przy­war­ło do Ce­za­re­go, ni­czym zde­spe­ro­wa­na ko­chan­ka

Bez przecinka.
Cytat:
wy­strze­li­ły ze mnie jadem, pro­sto w nagłe i nie­spo­dzie­wa­ne

Bez przecinka.
Cytat:
Bez słowa wy­ja­śnie­nia, wsta­łam

Bez przecinka.
Cytat:
Innym nie czę­sto udaje się tego do­ko­nać.

- nieczęsto -
Cytat:
- A pro­pos chce­nia(...) – (P)rzy­po­mnia­łam sobie, że wła­ści­wie sama za­mie­rza­łam go za­gad­nąć.

Cytat:
że ma nie­ziem­sko równe, bie­lut­kie zęby(,) i że po­wie­dział mi na ty.

- do mnie na ty -
Cytat:
- Więc jak? – Głos Ga­brie­la ude­rzył o moje za­my­śle­nie jak trąby je­ry­choń­skie.

- niczym -
Cytat:
nie wie­dząc wła­ści­wie(,) o co cho­dzi­ło.

Cytat:
Zaraz, że co? – (z)a­py­ta­łam samą sie­bie w my­ślach


Fajnie się to czyta, Romanko, bo naprawdę masz lekkie pióro. Coś w rodzaju Chmielewskiej. :)
A przecinki to zwykła kosmetyka. I jeszcze trochę, a nie będziesz miała z nimi żadnych problemów.

Serdeczności :)
romantyczna dnia 30.01.2015 17:14
Milu - z taką motywacją można góry przenosić ;) do Chmielewskiej mi daleko, ale będę pracować nad warsztatem i stylem ;)

Dziękuję
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
StalowyKruk
19/09/2019 00:41
Jestem. Trochę mi to zajęło. Umieram na przeziębienie ;)»
bruliben
18/09/2019 22:04
Jestem na części 6-tej twojego czytadła i bardzo… »
Kushi
18/09/2019 21:36
Niech żyje bal Agnieszki Osieckiej a zaśpiewanej przez… »
AntoniGrycuk
18/09/2019 21:23
Wariacie_egzystencjalny, miał to być klimat z umysłu… »
Lilah
18/09/2019 21:11
*odnóży »
voytek72
18/09/2019 21:09
Chyba warto aby tekst miał jednak tekstowy tytuł zamiast… »
voytek72
18/09/2019 20:55
prosty przepis na pożar. ;) wers środkowy zbędny,… »
Dobra Cobra
18/09/2019 20:52
W jakże piękny sposób złapiesz tropy i sęsy ;) Kazjuno,… »
Lilah
18/09/2019 20:51
To ja dziękuję, że do mnie zajrzałeś. Pozdrawiam:)»
voytek72
18/09/2019 20:47
Myślę, że temat który bardzo trudno utrzymać w ryzach, z… »
Nuria
18/09/2019 20:40
Słowa płyną melodyjnie, aż chciałoby się zatańczyć :)»
voytek72
18/09/2019 20:32
Mistycyzm, ale taki... realistyczny i to mnie tu ujmuje :)»
wariat_egzystencjalny
18/09/2019 20:26
Dla mnie jest to takie małe studium szaleństwa a dokładniej… »
voytek72
18/09/2019 20:24
"Niech żyje bal" Maryli Rodowicz Takie… »
Lilah
18/09/2019 19:48
To mnie zaskoczyłaś, Al. Dziękuję pięknie. Pozdrawiam… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:22
  • tej wytwórni. Ale sam szef D. próbuje zmienić czasy i transformację koncernu w stronę tematyki niebaśniowej. [link]
  • Dobra Cobra
  • 18/09/2019 08:20
  • Disney ma nie lada orzech do zgryzienia :) . Johansson zaprosili nawet na spotkanie dyrektorów D. I ona tam jasno mówiła, że reżyser niepokorny i film też, co niespecjalnie idzie za rączkę z polityką
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:50
  • em FOXa, więc Disney nie miał nic do gadania. A czy film pojawi się w Polskich kinach? Sadzę, że tak, ale nie wszędzie i nie od razu, bo tu nie chodzi o ideologię, ale o kasę.
  • TomaszObluda
  • 18/09/2019 06:48
  • Co do filmu, ten Hitler, będzie wymyślonym przyjacielem i z tego co wiem, będzie takim diabłem na ramieniu, co mówi źle, to wbrew pozorom nie komedia. Druga sprawa film powstał praktycznie przed zakup
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 14:16
  • Znowu przesadzasz. Jesteś wrażliwym facetem, na dodatek z intuicją muzyka, więc czułym na fałszywe nuty. Także te cecha ułatwia Ci trafne komentarze. Więc jak znajdziesz czas(?)...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:55
  • Powiem tak: technicznie mam coś do powiedzenia i choć nie jest to idealne, to potrafi być pomocne, natomiast mój gust znacznie odbiega od przeciętnej i to, co mi się podoba, nie zawsze jest dobre.
  • Kazjuno
  • 17/09/2019 11:49
  • Przesadzasz Antosiu! Bardzo cenię Twoje komentarze i byłbym rad przeczytać twoje wnikliwe uwagi. Zawsze były celne. Jak znajdziesz czas to zapraszam...
  • AntoniGrycuk
  • 17/09/2019 11:38
  • Kazjuno, ja chętnie skomentowałbym Twój tekst, ale ostatnio mam urwanie głowy i jedynie czasem króciutkie komentuje. Choć z drugiej strony, co jest wart mój komentarz?
  • Dobra Cobra
  • 17/09/2019 08:09
  • Sztuka kreskówkowa jest uważana za gorszą ze sztuk pięknych. :( A tak można w kinie podziwiać i piękną Scarlett i małego Hitlerka. Jak żywych. Choć ten synek ma nadzwyczaj mądry wyraz twarzy.
Ostatnio widziani
Gości online:22
Najnowszy:raleighh2a
Wspierają nas