Top Writer - Rozdział 6 - Indyphar
Proza » Fantastyka / Science Fiction » Top Writer - Rozdział 6
A A A
Od autora: Co planuje Roberto? tekst z: indyphar.blogspot.com

W restauracji nie było nikogo, poza barmanem, dwoma kelnerami i czterema ovrowcami. Funkcjonariusze popijali spokojnie herbatę wzmocnioną rumem. Stefano minął boya hotelowego i podszedł do osiłków.

Wzywali mnie panowie.

To ten?jeden z ovrowców zapytał kolegi.

Chyba tak.

Nie wygląda na takiego.

I co z tego? Nazwisko się zgadza.

W zasadzie.Funkcjonariusz spojrzał na Stefano.Niech pan usiądzie i sobie coś zamówi. Czeka pana długa noc.

Nie, dziękuję. Wolałbym mieć to już za sobą.Usiadł między ovrowcami na jedynym wolnym krześle przy ich stoliku.Czy mógłbym wiedzieć, o co chodzi?

Nie. Nie znamy szczegółów. Mamy tylko dostarczyć pana do sztabu. Tam wszystkiego się pan dowie.

Ale musieli panom zdradzić jakieś szczegóły. Choćby to, czy jestem aresztowany.

Panie, ja mam pana tylko dostarczyć na miejsce. To czy jest pan aresztowany, czy nie, gówno mnie obchodzi. Mam rozkazy i się ich trzymam. Tyle.

Stefano spojrzał po pozostałych funkcjonariuszach, mieli równie zacięte miny i najwyraźniej żaden nie kwapił się do wyjaśnień. Zostało czekać, panowie skończą herbatę.

Po niespełna kwadransie wychodzili z hotelu. Na żwirowanym podjeździe czekał czarny sedan, Stefano usiadł na tylnej kanapie, między dwoma ovrowcami. Ruszyli. Podczas podróży osiłki były równie rozmowne, co w restauracji, na szczęście już po pół godzinie skręcili na teren prywatnej posesji. Minąwszy bramę i alejkę przecinającą ogród, zatrzymali się przed dobrze zakonserwowanym pałacykiem.

W środku panował jeszcze większy przepych niż w hotelu, ściany wyłożone ciemnymi, lakierowanymi panelami, bogactwo różnorakich obrazów i rzeźb wielkości człowieka, perskie dywany, zdobione żyrandole i kinkiety, a wszystko zalane przyjemnie ognistą poświatą lamp. Ovrowcy zaprowadzili Stefano do pomieszczenia na prawo od wejścia. W fotelu przy kominku siedział rosły mężczyzna po siedemdziesiątce, mimo drogiego garnituru i monokla zatkniętego pod krzaczastą brwią, budził respekt i nadal sprawiał wrażenie człowieka raczej fizycznego niż intelektualistę. Mężczyzna wstał, gdy tylko pisarz się do niego zbliżył.

Witam w moim skromnym domu, zapewne pan Stefano Librarte.Wyciągnął przed siebie dłoń.

Tak, zgadza się.

Proszę, niech pan usiądzie.

Gdy tylko ovrowcy opuścili salon, mężczyzna sięgnął do stolika po papierową teczkę. Otworzył pośpiesznie i wyciągnął kilka zapisanych kartek.

To, zdaje się, pański manuskrypt, prawda?Podał Stefano tekst.

Racja.

Mógłby pan go przeczytać?

Nie rozumiem. Po co?

Och, to tylko skromna prośba niedowidzącego starca.

Stefano skinął nieznacznie i zabrał się za czytanie.

 

Chcesz pokoju, szykuj się do wojny” — tak mawiali dawni władcy i filozofowie. Trudno się z nimi nie zgodzić, bo choć wojna sama w sobie uchodzi za zjawisko złe, a przynajmniej niemoralne, to nic nie stoi na przeszkodzie by u jej podstaw leżała słuszność idei. Jak chociażby idea pokoju. Państwo, otoczone ze wszystkich stron wrogą nacją, musi być wiecznie czujne, ciągle przygotowane, na nagły atak, wtargnięcie wojsk nieprzyjaciela, musi spodziewać się najgorszego. Zawsze. W tym kontekście militarny charakter Państwa wydaje się być całkowicie naturalnym. Zło nigdy nie śpi, a obrońcy muszą być wiecznie czujni. Ale czujność to nie wszystko. Co zdziała jeden żołnierz przeciwko całemu legionowi, lub niosącym śmierć machinom zniszczenia. Nic. Sama gotowość nie wystarczy. Taki żołnierz musi być nie tylko czujny, ale i oddany bez reszty, lojalny, a również sprawny zarówno fizycznie, jak i umysłowo. Powinien miast pałki, czy miecza, dzierżyć w dłoniach niezawodny karabin. Jego hełm powinien być odporny na kule przeciwników. Odziany w technicznie najnowocześniejszy pancerz, uzbrojony w najnowszą broń i wyszkolony lepiej niż wróg, może się mierzyć z legionem, a nawet machiną śmierci. A wsparty armatami i czołgami jest gotów walczyć nie tylko z legionem, ale i z całą armią. Dlatego tak istotne jest wyposażenie żołnierza, zapewnienie mu mechanicznego wsparcia, aby na polu bitwy zwyciężał okrutnych nieprzyjaciół. Wojna to coś więcej niż zabijanieto rozwój techniczny. Każda wojna pchała cywilizacje do przodu. Najpierw był kamień, później kij, następnie miecz, w końcu karabin. Gdy wróg brał pałkę, my braliśmy większą. I teraz też nie można zapomnieć tej zasady. Nasz wspaniały Wódz dobrze zna i od ponad dwóch lat forsuje machiny fabryczne, by produkowały więcej karabinów, więcej nabojów i hełmów. Partia Kanclerza w kwietniu zeszłego roku powołała do życia zespół specjalistów, którzy od tego czasu zajmują się badaniem nowych technologii. To właśnie dzięki nim, stary karabin AK-47 został przekonstruowany do swojej nowej wersji o zwiększonym zasięgu. Obecnie trwają prace nad mechanizmem zapobiegającym zacięciom, testowane również nowe rodzaje amunicji. Jednak na to wszystko potrzeba pieniędzy, a jak wiadomo, aby mieć na coś pieniądze, trzeba skądś je zabrać. Teraz powinniśmy się zastanowić, co jest ważniejsze, nowe mieszkania, czy lepiej wyposażeni obrońcy naszego Państwa. Jako naród jesteśmy w ustabilizowanej sytuacji demograficznej. Stały, niemal geometryczny przyrost pozwala sporządzać prognozy daleko patrzące w przyszłość i to właśnie na podstawie takich prognoz łatwo można podjąć decyzję. Przecież mieszkania są, a nim nasze latorośli dojrzeją do opuszczenia rodzinnego gniazda, miną lata. Łatwiej jest rozłożyć inwestycje takie, jak budowa nowych mieszkań, na dłuższy okres, a i jakość budownictwa na tym zyska. Co innego przemysł militarny. Ten winien rozwijać się dynamicznie, szybko, bez zwłoki. Wyszkolenie żołnierza trwa lata, ale budowa karabinu już tylko godziny. Jasnym jest, co ma wyższy priorytet. Skoro mieszkania są, to po co ich budować więcej, jeśli za granicą czai się, niezaspokojony w swej krwiożerczości, wróg. Spójrzmy na naszych żołnierzy, świetnie wyszkolonych, doskonale wyposażonych, a to przecież zasługa sprytnej polityki naszego Wodza.

 

Zdumiewający akapitprzerwał mężczyzna.Ta niesamowita, chłodna ocena. Proszę, niech pan czyta dalej.

Stefano spoglądał na mężczyznę nieco podejrzliwie. Wiedział, że chodzi o coś więcej.

 

Jednak nie należy zapominać o żołnierskiej odwadze. Daleko naszym wrogom do świetności naszych najznamienitszych obrońców, ich oddaniu i pełnej poświęcenia dumie. Nie można porównywać bolszewickiej brutalności i żądzy władzy, z oddaniem i honorem żołnierzy rzucających się w wojenne piekło obcych lądów i wód. W zagranicznej walce najgorsza jest tęsknota. Za ojczyzną, za rodziną, za przyjaciółmi i domem, tłocząca nawet najdzielniejsze serce. Rozkoszne ukojenie przynosi jedynie świadomość, że ów walka ma sens i to sens wielki, bo wycelowany nie tylko we wszystkie państwa, ale i wszystkie jednostki nastawione wrogo. Oto jawi się nam nowe oblicze wojny, nie jako starcie armii, ale starcie jednostki-żołnierza reprezentującego wolę Państwa, walczącego nie o swoją chwałę, a o chwałę Państwa; oto żołnierz, przed którym stoi jednolity, wrogi las. Ilekroć słychać grzmot, pada kolejne, wrogie drzewo, kolejne tereny zostają odzyskane. Mieszkańcy Państwa spokojnie śpią, podczas gdy jego obrońcy odzyskują skradzioną nam ziemię, walczą i jedynie ich krzyk słychać tutaj. Emocje rozdarte karabinami przeciwników, malujące się na twarzach jednostek-żołnierzy idących wciąż naprzód. Eliminujących kolejne przeszkody, gotowych na wybuch kolejnych wojen. naszymi obrońcami i każdy z Obywateli zawdzięcza im życie, tym którzy zginęli, ale wciąż żyją w naszej pamięci. Europa o nich zapomniała i teraz zmierza donikąd. Ewidentną zasługą władz jest uchronienie nas wszystkich od okrutnego losu innych narodów, gdyż zapomnieniu oprze się tylko nasze Państwo z naszym Wodzem i naszym Kanclerzem. Chwała naszym dostojnikomtrzeba powiedzieć to teraz. To coś więcej niż zasługi wojenne. Rodzina każdego z nas może żyć w dostatku i spokoju dzięki jednostce-żołnierzowi, dzięki Wodzowi i dzięki Kanclerzowi i jego Partii, dlatego każdy z nas winien być władzy bezwzględnie oddany. Ze względu na to, co już zostało dokonane i ze względu na to, co dokonane dopiero zostanie. Rodzi się we mnie, osobiście, podniosła duma, gdy za każdym razem uświadamiam sobie, jak wiele zawdzięczam naszym dobroczyńcom, i za każdym razem, gdy widzę ich bohaterstwo.

 

Ach, toż to prawdziwa poezja. Te metafory i styl. Właśnie, właśnie. Styl. Jak pan to zrobił? Takie niesamowite bogactwo wypowiedzi połączone z chłodną analizą. Coś niesamowitego.

Nie do końca rozumiem. Chyba nie wezwał mnie pan do siebie po to tylko, żebym panu przeczytał fragment broszury?

Och, naturalnie, że nie. Najbardziej interesuje mnie to, czym się pan kierował. Co sprawiło, że te dwa akapity, tak niesamowite. Co sprawiło, że tak niesamowite dwa kolejne. I ostatni również.

Zawstydza mnie pan, panie...Stefano spojrzał prosto w oczy mężczyzny.

Ten uśmiechnął się tajemniczo.

Nie zrozumieliśmy się. Ja naprawdę chcę wiedzieć, czym się pan kierował.

Dostałem polecenie napisania tekstu pochwalnego, który ma być częścią ogólnopaństwowej broszury. Moim tematem były przede wszystkim osiągnięcia militarne. Starałem się po prostu dobrze oddać temat. To wszystko.

Panie Librarte, doprawdy?Mężczyzna potarł dłonie.Przecież obaj wiemy, że to kłamstwo. Nie łatwiej będzie, jeśli wyjawi nam pan prawdę.

Czyżby Stefano został zdemaskowany? Starał się zachować zimną krew, choć wiedział już, że czeka go ciężka próba, której może nie przeżyć. Nie bał się śmierci. Gorsza wydawała się dla niego sama perspektywa bólu. Właśnie wpadł w ręce organów Państwa.

Nie? Cóż, w takim razie, będziemy musieli zmienić nieco sposób rozmowy.

Do salonu ponownie weszli ovrowcy.

Zabierzcie pana Librarte na dół.

Dwóch funkcjonariuszy chwyciło pisarza pod ramię i wywlekło z salonu. Nie stawiał oporu, wiedział, że to mogłoby tylko pogorszyć sprawę.

Ruszyli wąskimi schodami. Wyglądało na to, że piwnica pałacyku jest bardziej rozbudowana, niż sugerowałaby to naziemna część. Zatrzymali się na końcu korytarza, przed stalowymi drzwiami. Jeden z osiłków otworzył je, a ze środka pomieszczenia wypełzł jaskrawy blask. Wrzucili Stefano do środka. Zamknęli drzwi. Nastała wwiercająca się w mózg cisza. I nieznośny blask lamp.

 

*

 

Nie wiedział, czy minęła godzina, dwie, trzy, osiem; nieustający blask i odcięcie od jakichkolwiek bodźców zewnętrznych uniemożliwiły rozeznanie w czasie. Jedyne, co mógł, to czekać. Krążył po swojej jasnej, wyłożonej kafelkami celi, mając nadzieję, że da radę. Nie mógł zdradzić Ruchu Oporunawet gdyby chciał. Nic o nich nie wiedział. Coraz częściej nachodziła go myśl, że tortury już się zaczęły. Pozostawili go z własnymi myślami, w niepewności. Na jak długo?

Podszedł do stalowych drzwi, zapukał, najpierw delikatnienic; później mocniejdalej nic. Z korytarza nie dobiegał żaden dźwięk.

Halo!

Wpatrywał się w nagą stal. Przyłożył ucho do jej zimnej powierzchni. Cisza.

Halo! Jest tam ktoś? Wypuśćcie mnie. To jakaś pomyłka.

Odczekał chwilę. Bezwiednie zaczął znowu krążyć po celi. Liczył w myślach mijające sekundy. Jeden, dwa, trzy, cztery, pięć... Przy sześćdziesięciu wrócił do drzwi. Uderzył w nie pięścią.

Halo! Słyszy mnie ktoś?

Dopiero teraz dostrzegł, że od wewnątrz nie ma klamki. Nie widział też żadnego otworu, czy rygli. Pchnął drzwi z całych siłnie ustąpiły. Kopnął. W celi rozległ się metaliczny grzmot.

Do jasnej cholery, nie macie prawa!

Mieli prawo, mogli z nim zrobić wszystko, a on doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Uderzył pięścią w stalową powierzchnię. Z jego gardła wyrwał się pełen gniewu ryk.

Cisza.

Osunął się na zimną podłogę podkulając nogi. Zaczeka. Ktoś w końcu po niego przyjdzie. Nie mogli go tu przecież trzymać w nieskończoność. Nie mogli?

 

*

 

Obmyli Julie szlauchem, rzucili w twarz białym proszkiem przeciw wszomstrasznie piekł w oczy; odebrali wszystkie rzeczy, jakie przy sobie miała i wręczyli szary, jednoczęściowy uniform. Nie wydali pościeli, bo w celi brakuje wolnych prycz. Trafiła na ciekawe współlokatorki: grubą lesbijkę z tatuażami rozciągającymi się od karku, przez bark do lewego nadgarstka; jej dziewczynę, kruchą blondynkę bez górnego siekacza; dwie złodziejki po czterdziestce i wychudzoną szatynkę z burzą loków na głowie, której prawe oko zamykało się dwa razy częściej niż lewe, a głowa sama co jakiś czas odskakiwała na bok. Wszystkie spoglądały na nią wrogo.

Grypsujesz?zapytała grubaska.

S-słucham?

Patrzcie, co za damulka. Pewnie w domu nie zadawa się z takimi co grypsują.

Olbrzymia pięść wylądowała na twarzy Julie. Jej głowa uderzyła o metalowe drzwi, przed oczami pojawiły się ciemne plamy. Nie upadła. Podtrzymała się o framugę i wyprostowała. Z nosa ściekał obfity strumień krwi.

Pytam jeszcze raz szmato. Grypsujesz?

Przepraszam, ale ja nie wiem, co to...

Oberwała drugi raz. Mocniej. Tym razem osunęła się na podłogę, mając nadzieję, że uległość pozwoli uniknąć kolejnego atakuchoć nie miała też pewności, czy nogi w ogóle by utrzymały. Zebrało jej się na mdłości. Grubaska coś krzyczała, ale do Julie docierał tylko zniekształcony szmer.

Spadł na nią kolejny cios. Potem zapadła ciemność.

 

Obudziła się w lazarecie. Jeszcze nigdy nie czuła takiego bólu, zupełnie jakby pod jej skórę włożono rzędy imadeł zaciskających się na mięśniach i kościach. Nie mogła ich z siebie zdjąć. Otworzyła usta, gwałtownie wciągając powietrze. Drżące, brudne od zaschniętej krwi palce nie były w stanie zacisnąć się na pościeli. Chciała krzyczeć, ale spuchnięte gardło skutecznie to uniemożliwiało. Do oczu nabiegły łzy.

Powoli przechyliła głowę, najpierw w jedną stronę, potem spróbowała w drugąnie mogła, ból okazał się zbyt silny. Nie słyszała nic, poza miarową pracą urządzeń medycznych i szumu ciepłej wody w żeberkowym kaloryferze.

Nawet nie podejmowała próby wstania. Zamknęła oczy, a po jej bladych policzkach spłynęło kilka łez.

Gdy oddech w końcu się uspokoił, usłyszała tykanie. Zdawać by się mogło, że dobiega znad niej. Sam zegar wisiał poza zasięgiem jej wzroku. Wsłuchała się w rytmicznie wybijane tik-tak. Zasnęła.

 

*

 

Uczucie głodu powoli ustępowało, organizm przestawił się na tryb przetrwania — pytanie tylko, jak długo wytrzyma. Stefano skulił się w kącie, na oczach zasychała sól po łzach, załamanie minęło i powoli godził się z myślą, że może już stąd nie wyjść, nie zobaczyć Julie, ani słońca. Tląca się w nim nadzieja bledła, wewnętrzny głos sprzeciwu, tak głośny, gdy pisał swoją część broszury, zamienił się w ledwo słyszalny szept.

Zza drzwi dobiegło echo kroków, Stefano zerwał się z miejsca — pierwsza myśl: gdy tylko usłyszy przesuwanie rygla, wyskoczy z celi i ucieknie. Nie ważne, że nie znał drogi. Musi uciec.

Ale czy da radę? Czy będzie miał w sobie na tyle dużo odwagi. Co, jeśli ten, kto stanie w progu okaże się silniejszy?

Kroki stawały się coraz głośniejsze, a z każdą sekundą serce pisarza uderzało mocniej. Nagle nastała cisza. Stefano podszedł do drzwi — ten ktoś musiał za nimi stać. Dlaczego nie otwierał?

Chwile wydłużały się nieubłaganie, każdy oddech trwał wieczność, a brzęczenie jarzeniówek wwiercało się w czaszkę. Coraz mocniej i mocniej. Każdy mięsień sztywniał z napięcia.

Znowu kroki. Ów ktoś odchodził.

Stefano podbiegł do drzwi. Z całym impetem uderzył w nie pięściami.

Nie! Nie odchodź! Masz mnie wypuścić!

Kroki powoli cichły.

Wracaj tu! — krzyczał waląc w stalową powierzchnię. — Nie możecie... Nie macie prawa mnie tu trzymać!

W końcu powróciła cisza.

 

*

 

Do salonu wszedł chudy majordomus, stanął przed siedzącym przy kominku staruszkiem z monoklem.

Sir, pana gość właśnie przybył i jest gotowy do spotkania.

Wyśmienicie, wprowadź go.

Majordomus opuścił salon, po chwili wrócił z siwym mężczyzną krępej budowy, ubranym w zniszczony garnitur.

Dobry wieczór, panie Pasqua — odezwał się starzec z monoklem.

Dobry wieczór.

Proszę, niech pan usiądzie. — Wskazał na fotel.

Roberto wykonał polecenie.

Czy już pan posiada jakieś informacje?

Muszę przyznać, że ten cały Librarte całkiem dobrze się przygotował. Nie tak łatwo było odkryć jego intrygę.

Czy mam przez to rozumieć, że zna już pan zawarte w tekście informacje?

Niestety, jeszcze nie. Póki co, wiem jedynie, które fragmenty tekstu zostały spreparowane, a które to zwykłe wodolejstwo.

Panie Pasqua, w takim razie, po co to spotkanie? Czy nie powinien pan teraz siedzieć w swojej kwaterze i pracować nad zagadką?

Powinienem i w zasadzie od wczoraj to robię.

Starzec z monoklem rozłożył ręce w pytającym geście.

Chodzi o to, że podczas pracy wpadłem na pewien pomysł. — Roberto zmierzył swojego rozmówcę uważnym spojrzeniem. — Próba odszyfrowania tekstu może zająć miesiące, a nie wiemy, czy posiadamy aż tyle czasu. Gdyby sam autor podpowiedział nam, jaki jest klucz, wszystko z pewnością poszłoby dużo szybciej.

A dlaczego sądzi pan, panie Pasqua, że nasz gość będzie skłonny do pomocy?

Może gdyby udało mi się z nim porozmawiać, sam na sam, to przekonałbym go do pomocy.

Wątpliwe.

Ale nie zaszkodzi spróbować. W naszej sytuacji nie powinniśmy marnować takiej okazji.

Staruszek milczał przez chwilę, przeniósł wzrok na tańczące w kominku płomienie. Roberto czuł, że to tylko gra; już przekonał swojego rozmówcę.

Dobrze, niech będzie. Ale proszę się śpieszyć.

Naturalnie.

Gospodarz przywołał gestem majordomusa.

Proszę zaprowadzić pana Pasqua do naszego gościa na dole. I proszę dopilnować, by podczas ich rozmowy nikt im nie przeszkadzał.

Tak jest, sir.

Majordomus wyprowadził Roberto z salonu. Weszli do zimnej piwnicy. Gdy dobrnęli do ostatniego korytarza Pasqua zatrzymał się na chwilę.

Czy coś się stało, sir?

Tak się zastanawiam... może lepiej, gdybym miał coś dla naszego gościa? Choćby kubek ciepłej herbaty, lub kawałek chleba.

Zobaczę, co da się zrobić.

Dziękuję.

Majordomus zaprowadził Roberto do stalowych drzwi, wyciągnął klucz i wsunął pewnie do zamka.

Od wewnątrz nie ma klamki, ani zamka, będę na końcu korytarza, gdyby chciał pan wyjść, sir, proszę zapukać trzy razy.

Pasqua skinął. Majordomus otworzył drzwi, a z wnętrza wylała się jaskrawa poświata. Roberto zmrużył oczy, przez chwilę ledwo dostrzegał skuloną w rogu pomieszczenia sylwetkę. Wszedł do środka, a majordomus zamknął za nim drzwi.

Stefano? — odezwał się, niepewnie zbliżając do skulonej postaci.

Pisarz podniósł głowę, ale dopiero po chwili skierował wzrok w stronę Pasqua.

Roberto? Co ty tu robisz?

Powinniśmy o czymś porozmawiać, nie uważasz?

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Indyphar · dnia 13.09.2015 18:18 · Czytań: 399 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
RafalSulikovski
19/08/2019 07:10
:) :) :) »
Kushi
18/08/2019 19:30
Wiolinku Czarodzieju, wiesz, że jesteś jednym z nielicznych… »
Kushi
18/08/2019 19:24
Hej Besko... pierwsza zwrotka jak najbardziej na tak,… »
Decand
17/08/2019 23:53
Nuira - błądzić jest rzeczą ludzką. Przy czym chętnie… »
domofon
17/08/2019 20:13
Jola S. , chyba się dzisiaj upiję. Wielkie dzięki Pulsar,… »
Pulsar
17/08/2019 18:12
Dostosuję się. Nie nadam, na nikogo w życiu nie nadałem.… »
Bartek Otremba
17/08/2019 18:10
Niestety nie mogę zmienić tytułowego pytania :) Dodałem… »
pociengiel
17/08/2019 17:56
Ile razy to robiłeś własnym sumptem? Zwykle pozostaję… »
Pulsar
17/08/2019 17:34
Dla mnie rozpiska , czyli wersyfikacja fatalna. źle się… »
Pulsar
17/08/2019 17:27
" Pola " Muńka . Jeśli o tego samego biega… »
Pulsar
17/08/2019 17:18
Dużo tracimy przesypiając różne sytuacje, c później są nie… »
pociengiel
17/08/2019 17:12
Dla mnie Munkiem. »
Pulsar
17/08/2019 17:05
Znowu Pan Bóg w poezji »
Pulsar
17/08/2019 16:56
kim jest Marcin Sztelak? »
JOLA S.
17/08/2019 12:59
Al, na świecie jest dużo religii, proszę Pani. Gdyby była… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
  • Dobra Cobra
  • 13/08/2019 15:03
  • Niektórzy znow wierzą, że jak zostawisz 40 komentarzy różnym osobom to te 40 osób wróci do ciebie i da tobie takze 40 komentów
  • Dobra Cobra
  • 12/08/2019 18:38
  • Najprostsza rzecz to załatwić sobie klakierów ;)
  • Joefrind1
  • 11/08/2019 00:51
  • Nikt nie komentuje mojego wiersza :(
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 20:52
  • A to przepraszam, juz nie przeszkadzam
  • Dobra Cobra
  • 10/08/2019 19:20
  • Prozaicy piszą kolejne wersy, poeci kolejne rymy spisują. Nikt nie ma czasu ma oglądanie pogody, gdy Ojczyzna w potrzebie.
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 16:25
  • Ale dzisiaj fajna pogoda
Ostatnio widziani
Gości online:20
Najnowszy:2carolinec2923gg5
Wspierają nas