Nie mów nic, maleńka - mike17
Proza » Miniatura » Nie mów nic, maleńka
A A A
Od autora: Zapraszam Was do lektury trzeciej i zarazem ostatniej miniatury z tego cyklu. Jak poprzednio, i tu pewne rzeczy miały kiedyś miejsce. I znów miłość, kolejne jej oblicze. Poplątane losy, duchowe przemiany, życia przewrotności. Gotowi? To zaczynamy :)
Klasyfikacja wiekowa: +18

 

                                              
 
 
                                                                                          
                                                                                                                        
Moja żona była kobietą wysoką, piękną i posiadała niesamowitą inteligencję.
Wielokrotnie udowadniała mi małość, a ja, człowiek bez wykształcenia, w starciu z nią musiałem przyznawać, że daleko mi do tego poziomu, bo widać nie poszło mi w umysł, ale z tym można żyć, i ja, i ona jakoś dzieliliśmy stół i łoże od dziesięciu lat, jednak nie mieliśmy dzieci, jako że zdaniem Helen zepsułoby to jej nienaganną figurę, a czas, który mogłaby spożytkować na prężne prowadzenie agencji modelek, musiałby poświęcić potomkowi.
 
Była dobra w łóżku, piekielnie dobra, tak, że w życiu nie przyszłoby mi szukać „boków”.
Każde nasze zbliżenie było jak trzęsienie ziemi, po którym ona zasypiała kamiennym snem, a ja wciąż zastanawiałem się, co mnie właśnie spotkało, i ta prawidłowość towarzyszyła naszemu pożyciu, czyniąc go nie do końca dla mnie zrozumiałym, jakbym brał udział w osobliwym pokazie, uczestnicząc w nim jako pacynka, a sznurki były w innych rękach.
 
- Nie wiem, dlaczego wyszłam za tak niskiego faceta – mówiła, chodząc po pokoju w szpilkach, i rzucając niezbyt oczywiste dla mnie spojrzenia. – Nadal wkładasz sobie te wkładki do butów?
- Tak – odpowiadałem setny raz na to samo pytanie. – Przecież już nie urosnę. Mam czterdzieści osiem lat i tylko metr siedemdziesiąt wzrostu. Ale kiedyś ci to pasowało.
- Lubię twojego członka. Jest duży i gruby. Dajesz mi przyjemność. Umiesz mnie solidnie zerżnąć. Kobiety to kochają. A reszta, cóż, nie jesteś ideałem. Mało zarabiasz. Dopłacam do ciebie. To niemęskie. Źle się ubierasz. Używasz najtańszej pasty do zębów. Nie chodzisz w markowych ciuchach. Kiedy ostatnio kupiłeś mi prezent? Przyzwyczaiłam się do naszego, hm, małżeństwa. Co ty wiesz o nas, damach, przy których trzeba się nabiegać, by zgodziły się zjeść z tobą kolację?
- Nie muszę cię prosić o kolację. Nigdy nie musiałem.
- Bo mnie dobrze zaspokajasz. Przy tobie przestałam się masturbować. Jesteś dla mnie jak powietrze, którym oddycham, ale…
- Co „ale”?
- Powietrze jest niewidoczne, nie ma go, choć niby jest.
 
- Podaj mi szampana – powiedziała bełkotliwym głosem, dłubiąc palcem w uchu.
- Już, kochanie, proszę – odparłem jak zwykle uprzejmie i grzecznie.
- Ty ofermo! – krzyknęła, kiedy kieliszek nieopatrznie wymsknął mi się z ręki i wylał na jej niewybaczalnie drogą, markową suknię. – Jak mogłeś! – i mówiąc to, uderzyła mnie w twarz.
 
Była już pijana, ale nie było tego po niej widać, umiała nieźle grać.
Goście spojrzeli na mnie z niesmakiem i powoli rozeszli się do innych pomieszczeń.
To był czwarty raz, kiedy podobna sytuacja miała miejsce: pierwszy, kiedy upadł mi w domu papieros na dywan, drugi, kiedy zapomniałem podlać kwiaty, trzeci, gdy eksplodowałem nie na brzuch, ale do środka.
Zawsze wymierzała mi solidny policzek, patrząc nienawistnie, jakbym zabił jej ojca ruską harmonią w bury, listopadowy wieczór, gdy cały smród tego świata biesiaduje w najlepsze.
 
Nie wiem, bo wiedzieć tego nie mogę, kiedy mnie poznałaś, Lee.
Czy po dwóch dniach, czy po tygodniu, nie mnie o tym gadać.
Choć przywiązany do statku nie mogłem poruszyć się, ani wydusić z siebie słowa, widziałem twoją młodziutką twarz, wpatrzoną we mnie, jakbym był siódmym cudem świata.
Czemu przyszłaś, skąd przybywają takie kobiety?
Nagle ujrzałem, jak stoisz przy łóżku i potem było tak co dnia.
Byłem ofiarą wypadku, nieprzytomny, jednak słyszałem każde słowo lekarzy, którzy przychodzili i odchodzili, mówili wiele o niczym, śmiali się, głośno trzaskając drzwiami.
Nie obchodziło ich, czy będę mógł jeszcze chodzić, czy też poznam smak paraliżu.
Gadali o seksie, whisky, baletach i tępych dupach, które rżną, kiedy żony są w delegacji.
Małe, nędzne, wyperfumowane kundle, skurwiały odpad społeczeństwa.
 
- Ale pan ma zaganiacza, oj, ostrożnie, bo nie jestem jeszcze wilgotna – rzęziła bezrozumnie Helen, kiedy dyżurny lekarz brał ją ochoczo i bez żadnych zahamowań w takt piosenki Franka Sinatry „Somethin’ stupid”, lecącej właśnie w radio.
- A co z nim? – pytała żona.
- Kaplica. Wózek inwalidzki i tyle. Nie ma żadnych szans. Ale co to panią teraz obchodzi, nie? Życie toczy się dalej, jedni odpadają, taki los. Liczy się tylko to, co będzie.
- Jasne. Skoro to już przeszłość…
 
Potem wyła jak zarzynane prosię, nie licząc się z tym, że cały oddział to słyszy.
Niebawem jeden z lekarzy mówił, że załatwiła mi miejsce w domu opieki nad takimi, co to Los wypiął się na nich, i tam mam spędzić resztę życia, ona umywa ręce, pozamiatane.
 
Przychodziłaś codziennie, trzymałaś moją rękę, czasem czytałaś gazety.
Kiedyś powiedziałaś, że masz na imię Lee i jesteś z Oklahomy.
Skończyłaś jakieś studia, ale nie przypominam sobie jakie, niezbyt dobrze było z moją pamięcią, jednakże coś widzę w odmętach wyobraźni, jak opowiadasz o zwierzętach – tak, może skończyłaś biologię lub byłaś dyplomowanym weterynarzem, kto wie?
Twój głos lśnił w szpitalnej sali, i o czymkolwiek byś nie mówiła, miał dla mnie wartość magiczną, bo mogłem być tu sam, porzucony przez żonę, zapomniany przez „przyjaciół”.
Jednak byłaś ty.
I bardzo czekałem na chwilę, kiedy otworzą się drzwi i znów cię usłyszę.
 
- Czy on, na pewno, panie doktorze? – spytała pewnego dnia Helen.
- Jasne. Teraz możemy pojechać do Toskanii i rżnąć się od rana do wieczora. Czy taka opcja pani pasuje?
- Hm… pewnie.
- No to jesteśmy umówieni. Niebawem mam urlop. Będzie gorąco, obiecuję.
- Nie wątpię – odparła Helen, nie bacząc na to, że obok leżę ja, jeszcze żywy człowiek, jej mąż, istota rozumna.
- A co z jego częścią majątku? Mieliście przecież wspólnotę majątkową.
- Moi adwokaci zostawią tego kalekę z ręką w nocniku.
- Rozsądnie, nie powiem, robi pani na mnie coraz większe wrażenie.
 
Pewnego dnia ktoś zauważył, że drżą mi palce, jakby nieznacznie, jednak wyczuwalnie.
Lewa dłoń, poruszona nieznanym spazmem, przesunęła się po pościeli.
Później podobna rzecz miała miejsce ze stopą – najwyraźniej nieznacznie uniosła się.
Fakt ten nierozerwalnie łączył się z innym: otóż moja żona dość szybko i sprawnie, zapewne za sprawą sowitych łapówek rozwiodła się ze mną, i z tego, co usłyszałem z rozmowy między nią a lekarzem, absurdalnie mu się oświadczyła.
Nie wiem, czy to było widać, ale na mojej nieruchomej twarzy zagościł wówczas uśmiech.
Może kwaśny w całej swej szczerości grymas, bo zmarnowała mi dziesięć cennych lat, spędzonych na odartym z uczuć seksie, niczym innym, bo nie dane nam było poznać się bliżej – czasem czas jest barierą i daje się z siebie niewiele, nam nie dał prawie nic, ot, wymianę płynów, zwierzęce ocieranie się narządów, posmak duchowej nędzy.
 
Nie wiem, kiedy poznałem smak twoich ust, Lee.
To było chyba na Wielkanoc, tego dnia poczułem, jak pięknie pachnieć może życie.
Wtedy, rano, cicho weszłaś i po raz pierwszy od miesięcy pocałowałaś mnie.
Tak lekko, tak niewinnie, tak niezobowiązująco.
Nikt mnie tak nigdy całował, zawsze była tylko prymitywna żądza, teraz jednak miało to coś z innego wymiaru, jakby dotknięcie Dobra, odcień czegoś, na co próżno szukać słów.
Dasz wiarę?
 
Po kilku dniach okazało się, że wracam do życia, znów pewnie stanę się sprawnym jak przedtem, bo i ręce, i nogi wykazywały coraz większą ruchliwość, a więc najwyraźniej była nadzieja, a ja, gdzieś w sercu czułem, że jeszcze dzień, jeszcze dwa i…
Otworzono okna i do szpitalnej sali wpłynął czule powiew chłodnej bryzy.
Jakże chciało mi się wtedy żyć, jakże pragnąłem, by stanąć na nogi i iść na plażę, poczuć pod stopami ciepły piasek, wejść do wody, ujrzeć błękit nieba, co dotąd był mi mrokiem.
Zapomnieć wszystkie te, skundlone lata, narodzić się na nowo, oczyścić się z „tamtego”, co nie miało już do mnie dostępu, jednak pamięć nadal zachowała to, co winna wyprzeć.
 
Lee, kiedyś przyniosłaś mi gazetę, jakiegoś kolorowego brukowca, a w nim artykuł, który dotyczył bezpośrednio nas wszystkich, mianowicie opisywał wypadek:
 
W Toskanii znany lekarz W. oraz jego narzeczona Helen M. zostali porwani przez nieznanych sprawców, którzy zażądali ogromnego okupu, i zagrozili, że jeśli w ciągu tygodnia pieniądze nie zostaną oddane, zaczną ćwiartować ofiary, najpierw uszy, potem nosy, potem języki.
Jak dotąd rodziny mężczyzny i kobiety otrzymały przesyłkę z odciętymi kciukami.
 
Później czytałaś mi o kolejnych aktach gwałtu w tej sprawie.
Ostatni z artykułów niejako wieszczył śmierć obojga porwanych.
Ofiar nigdy nie odnaleziono, całość zdała się snem szaleńca.
Choć pisano jeszcze o tym, nic konkretnego nie padło już z ust dziennikarzy.
Przestępców nie ujęto, pozostali na wolności, bezkarni, królowie śmierci, śmiecie życia.
 
Nie wiem do dziś, jak to się stało, że stanąłem wtedy na nogi.
Świadomość lubi płatać figle i mnie spłatała pewnego dnia, kiedy niespodziewanie zauważyłem, że jestem w szpitalnej toalecie i myję ręce, spoglądając w lustro.
Potężna broda i wąsy początkowo sprawiły, że nie poznałem własnego oblicza.
Jednak po chwili, tam, w odbiciu zajaśniał uśmiech, szczery, naturalny, będący wyrazem powrotu z zaświatów, znikąd, gdzie dotąd dane mi było przebywać siłą złych przeznaczeń.
W spojrzeniu nie dostrzegłem niczego niepokojącego, wręcz przeciwnie, zdawało się jaśnieć i tym samym świadczyć, że coś się kończy, coś zaczyna, nie było we mnie lęku.
 
Nikogo z lekarzy, jakże szanownych i patrzących na mnie z góry, niewrażliwych na ludzkie cierpienie, bo najwyraźniej był to dla nich odległy abstrakt, nie obchodziło, że z dnia na dzień stałem się bezdomny - nie miałem dokąd pójść.
Nasz dom przejęła bezceremonialnie rodzina Helen i mnie kazała iść precz.
Nie udało się dojść do porozumienia: ilekroć dzwoniłem i taktownie próbowałem ukazać, w jak nędznej kondycji się obecnie znalazłem, tylekroć pędzono mnie jak burego psa.
To bardzo bolało: w końcu dałem spokój, nie można wiecznie być na kolanach.
Do końca odwlekałem moment wypisania ze szpitala, bo wiedziałem, że wyląduję w parku, na śmietniku lub na dworcu, wśród śmierdzących, zapijaczonych meneli, bezrozumnie mamroczących o tym, że Pan kopnął ich w tyłek, a nie powinien, bo są solą tej ziemi.
 
Wtedy to powiedziałaś, Lee, pamiętam ten niezwykły, ciepły błysk w twoim oku.
Padał deszcz, ale we mnie świeciło słońce, kwitły kwiaty, ptaki śpiewały bossanovy.
Przecież nawet mnie nie znałaś – byłem zwykłym pacjentem, którego odwiedzałaś całymi miesiącami, czemu – ty to najlepiej wiedziałaś.
Ja nie mogłem o nic prosić, nie miałem prawa.
Powiedziałaś: „Jeszcze miesiąc lub dwa, a wyjdę. Tak, wyjdę. Ta terapia trwa bardzo długo i często nie udaje się. Jestem w trakcie, wierzę, że Bóg, że On… no, wiesz, że mnie nie zostawi. Skoro ja proszę Go każdego dnia, to mógłby być nieczuły na prośby? Czy taki bóg ma prawo istnieć? Mój Bóg jest obok, czuję Go, jest tu, gdzie ty stoisz”.
Dałaś mi wtedy klucze, tak zwyczajnie, tak naturalnie.
Poznałem adres, gdzie mam zamieszkać.
Już nie byłem bękartem ulicy, twoja niewielka kawalerka stała się moją przystanią.
 
Rano chodziłem do sklepiku po świeże bułki i żółty ser, obserwując dzikie kaczki, bawiące się w pobliskim stawie – było cudowne lato, a obok morze namiętnie szeptało, że marzenia są po to, by je spełniać, sny po to, by stawały się rzeczywistością, a lęki, by ich nie dostrzegać.
Pokochałem to małe, ciche osiedle, z którego było zaledwie pięć minut spacerem na plażę, gdzie często udawałem się, by wprost od rybaków kupować świeże ryby i pogadać o życiu.
 
Wkrótce poznałem sąsiadów, zyskałem znajomych, kolegów, rozmówców na każdy temat.
Poczułem się, jakbym od zawsze był częścią ich świata, a oni zdawali się przytakiwać.
Próżno by szukać lepszych czasów – w mojej pamięci nie znalazłem niczego podobnego.
 
Tylko nie miałem ciebie, maleńka, tylko ciebie było mi brak.
 
Codziennie odwiedzałem cię w szpitalu, codziennie gładziłem twoją twarz, spijałem pocałunki, pragnąłem, by ta chwila trwała i trwała, bym nie musiał się z tobą żegnać.
Nawet nie wiesz, ile mnie to kosztowało, tego nie oddadzą żadne słowa: to było moje małe umieranie, kiedy zostawałaś tam, na cichej sali, a ja zamykałem drzwi i znikałem.
Byłaś bardzo blada, wręcz przeźroczysta, ale nie mogłem ci o tym powiedzieć.
Niewiele mówiłem, bo sam nie rozumiałem do końca własnego powrotu do życia.
Każda z tych cudownych chwil, jakie wtedy spędziliśmy, wracała ze mną do domu, i potem w nocnej ciszy, gdy już zasypiałem, cały czas miałem przed oczami ciebie, oczy, usta, nos, uśmiech, czuły oddech, w poduszkę szeptałem o nas, o tym, co być mogło, gdyby…
 
Pewnego dnia młody lekarz powiedział mi tak, jak mówi się o zeszłorocznym śniegu:
- Ona została wielokrotnie zgwałcona. W jakimś klubie, wiele lat temu. Ci goście nie żartowali. Wie pan, z czym to się wiąże? Powiedzieć? Ten nowotwór się powoli cofa, ale… Mówić dalej?
- Nie – zareagowałem instynktownie.
- Ona już nigdy…
- Dość.
- Skoro pan nie chce wiedzieć, to nic tu po mnie.
- Nie chcę – zakończywszy rozmowę, wyszedłem z gabinetu.
 
Potem opuściłaś szpital i od tej pory jesteśmy razem, nierozłączni jak dzień i noc.
Nigdy nie wiedziałem, co to miłość, ale tobie, tylko tobie mógłbym…
Ale po co, to się przecież czuje bez słów.
Bo czy są słowa, które oddają w pełni to, co w człowieku?
Nie znam takich, nawet nie będę ich szukał.
 
Tamtego wieczora, pierwszego w domu, długo patrzyliśmy na siebie, jakby chwila ta miała stać się naszą małą fotografią na wieczność, niezapomnianym slajdem, na którym zapiszemy kochanie, słowa ledwie szeptane, by nie uronić tego, co „pomiędzy”, by dać jak najwięcej.
 
Całowałem twoje szczupłe dłonie, palec po palcu, szyję, usta, policzki, gładziłem włosy.
Jak najdroższe perfumy świata, w rozkosznym zapomnieniu wdychałem twój zapach.
Czułem się jak król, który posiadł wszystko, a nawet więcej, mimo że o nic nie prosił.
Tuliłaś się do mnie, a ja byłem jedynym obrońcą, twoim światem, planem na życie.
Już wiedzieliśmy, że tak miało być, choć dotąd nasze drogi szły w innych kierunkach.
Wczoraj stawało się z wolna jutrem, a jutro było już tylko nami.
Tobą i mną, Lee, czy trzeba było czegoś więcej?
 
Wsunęłaś mi rękę do spodni i znów stałem się mężczyzną.
Patrzyłem ci w oczy, jednak niczego nie chciałem.
To, że jesteś, wystarczało mi.
- Ja nie mogę… - szeptałaś. – Wiesz, ja kiedyś… Był taki dzień…
- Nieważne – odpowiadałem.
- Ja mam… - dodawałaś.
- To nie ma znaczenia – mówiłem.
- Jestem…
- Nie mów nic, maleńka, nie mów nic.
 
 
 
Cykl: Tamtego lata nad morzem
 
 
 
15 sierpnia 2015
 
 
 
 
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 17.09.2015 16:32 · Czytań: 944 · Średnia ocena: 4,91 · Komentarzy: 45
Komentarze
Miroslaw Sliwa dnia 17.09.2015 18:20 Ocena: Świetne!
"Crazy, little thing called love"

Nawet najbanalniejsze życiorysy (widziane z lotu ptaka) w istocie bywają "proste" jak trzydzieści metrów sznurka w kieszeni.

Kompletnie niezaplanowana, niewykreowana, niewymyślona ani niewymarzona miłość przychodzi, wydarza się (wydarza - źródłosłów "dar";) dobrym i złym, grubym i chudym, bogatym i biednym, Nieba wiedzą komu tam jeszcze; wszystkim i to jest cudowność życia, takiego zwykłego; wprost.

Tak, możesz być biedny, chory czy pogardzany i tak ci się miłość przydarzy.

Z mojego doświadczenia wynika, panie Michale, że to nie jest tylko jakieś wydumane, wyidealizowane pocieszenie kierowane do nieszczęśliwców. Tak się w życiu dzieje.

Są tacy, którzy ostrzegają:"Tylko nie przegap miłości". Można przegapić miłość? O.K. zdarzają się osobniki tak zapatrzone w siebie, że oprócz stanu konta, ewentualnie możliwości wykaszania przeciwników stojących im na drodze do kariery nic nie widzą, ale mam nadzieję, że to niewielki margines.

Michał, czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś, właściwie...hmm... edukatorem?

Bo wiesz; w pewnym sensie jesteś. :) No i dobrze.

Trudne sprawy, świetny tekst. Brawo Michale.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
mike17 dnia 17.09.2015 18:50
Mirku, bo miłość przychodzi, kiedy się tego najmniej spodziewamy, mówię to z autopsji :)
Miroslaw Sliwa napisał/a:
Tak, możesz być biedny, chory czy pogardzany i tak ci się miłość przydarzy.

O tym ta skromna historia.
Bo kochanie jest nam pisane i basta.
Miroslaw Sliwa napisał/a:
Z mojego doświadczenia wynika, panie Michale, że to nie jest tylko jakieś wydumane, wyidealizowane pocieszenie kierowane do nieszczęśliwców. Tak się w życiu dzieje.

Widuję ludzi, którzy mogliby uchodzić za takich, którzy...
Że niby nikt się na nich nie skusi, a...
Mamy w sobie takie pokłady Dobra i Kochania, że każdy dostanie kawałek tortu - bardzo w to wierzę i bardzo tego życzę każdemu z nas - was.
Miroslaw Sliwa napisał/a:
Można przegapić miłość?

Tak.
Kiedy nie dostrzega się potrzeb drugiego człowieka, kiedy "ja" to bóg.
Miroslaw Sliwa napisał/a:
Michał, czy Ty zdajesz sobie sprawę z tego, że jesteś, właściwie...hmm... edukatorem?

Prowokatorem, Mirku, i to zupełnie średnim.
Chodzi mi o to, by utwór zamotał pod czaszką, coś wywołał, skłonił do refleksji.
Tyle.
Miroslaw Sliwa napisał/a:
Trudne sprawy,

Takie jest życie, i nie uciekajmy od tego.

Mirku, raz jeszcze wielkie dzięki za nalot :)
Bardzo cenię sobie Twoje refleksje, są mi bardzo bliskie, i poprzez to czuję, że myślimy podobnie.

Ukłony i zapraszam wkrótce :)

:)
faith dnia 17.09.2015 19:06 Ocena: Świetne!
Dla mnie to tekst o tym, że życie zamykając nam pewne drzwi, otwiera nowe, nieznane dotąd. Dzięki cierpieniu często stajemy się lepszymi i przewartościowujemy pewne rzeczy. Ono też wystawia na próbę osoby z naszego otoczenia. Helen, co prawda od początku do końca była zdzirą, ale całe to zdarzenie, które miało miejsce pozwoliło bohaterowi się od niej uwolnić i poznać smak tego, co w życiu jest najważniejsze. Odkryć, że obdarty z bliskości seks jest nic nie warty, że w tym wszystkim chodzi o pokrewieństwo dusz i wzajemne zrozumienie.

Pokazałeś dwa różne światy, w które wkroczył Twój bohater. Ten czysto cielesny, bezuczuciowy, gdzie wartością jest właściwie tylko to, co posiadamy, nie zaś to, jacy jesteśmy.
I ten zupełnie od niego różny. Pełen wartości czysto duchowych, intymności, ufności, wzajemnej troski.

Podział jest tutaj bardzo wyraźny, jak strefa profanum i sacrum. Główny bohater to człowiek, który nie pasuje to świata stworzonego przez swoją żonę. Ale najprawdopodobniej jest zbyt słaby psychicznie, by się z niego uwolnić. Aż los w końcu postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i pomóc facetowi odnaleźć to, za czym najprawdopodobniej całe życie tęsknił, a czego do tej pory nie zaznał - prawdziwą miłość w czystej postaci.

Piękna historia. Życzę dwójce głównych bohaterów wszystkiego dobrego. Bo miłość to również ciężka praca, by móc żyć długo i szczęśliwie. Myślę nawet, że po pewnym czasie, wielu rozmowach i wspólnych wieczorach, przyjdzie czas również na to fizyczne zbliżenie, bo i ono może być przecież cudowne.

Pozdrawiam Michale i dziękuję za koleją porcję refleksji:)
Miroslaw Sliwa dnia 17.09.2015 19:30 Ocena: Świetne!
Ha, ha, Michale prowokator to najlepszy edukator, ale nie będę kontynuował tego wątku.

Nie chciałbym zostać uznany za heretyka, ale zawsze kiedy widzę, słyszę o albo doświadczam miłości, to myślę sobie o niej, w sensie, że o niej :) :"Co ona sobie wyobraża" "Zachowuje się, wręcz skandalicznie", "Już człowiek spokojnie czuje się jak pruchenko, a tu masz; miłość!!!" i kiedy tak się zadziwiam, a może nawet oburzam, to prawie zawsze przypominają mi się słowa Pisma: "Duch wieje kędy chce". Może to z mojej strony nadużycie, ale jakoś nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ta Pani i ten Pan mają ze sobą bardzo wiele wspólnego.

Nie wiem od kogo za to dostanę bardziej w pałę: od Ducha Świętego czy od Miłości; tak czy inaczej będzie to duży honor.

Trzymaj się agencie Jasnej Strony Mocy. :)

Mirek
Lilah dnia 17.09.2015 19:35
Mike,
nie potrafię tak pięknie pisać jak moi poprzednicy, więc powiem krótko - dla mnie jest to piękna historia, wzruszyłam się.
I pozdrawiam Cię serdecznie, :) Lilah
mike17 dnia 17.09.2015 20:22
Katarzyno, tak, znów próbowałem ukazać dwa różne światy: ten odarty z uczuć, i ten, gdzie kochanie samo przychodzi do nas, za nic, może niejako jako wynagrodzenie za krzywdy?
Kto wie...
Jest, jak piszesz: on przechodzi za sprawą wypadku mentalną i duchową przemianę.
Seks?
Teraz to wspomnienie starych, skurwiałych czasów, już nie jest konieczny.
Już jest ona, i to, co "pomiędzy".
I wierzę, że tak może być.
Bohater wyrzeka się miłości fizycznej, wie, że "już to miał". więc chyba nie na tym polega kochanie, może też nie na tym.
A może był, jak to określa psychiatria, osobowością bierno-zależną?

Mirku, staram się nim być, choć kreślę tak pokrętne historie.
Ale...
Sam wiesz.
Życie, ono pisze takie scenariusze, i nie ma bata.
Trza mieć jasny ogląd i wiedzieć, skąd nogi wyrosły.
Od nikogo nie dostaniesz w dekiel, bo piszesz prawdę.
Co tu dodawać?
Jest git.

Lilu,
Bardzo dziękuję za szczere wyznanie.
To wystarcza.
A wzruszać?
Miała, tak miała.
Cały cykl jest tak zbudowany, by wzruszał i poruszał.
Jeśli się udało, to...

Pozdrawiam Was i życzę spokojniej nocy :)
Klau dnia 18.09.2015 09:02 Ocena: Świetne!
Prawdziwe, poruszające i wzbudzające nadzieję.
mike17 dnia 18.09.2015 09:09
Wielkie dzięki, Klau, za wizytę i pobycie przez chwilę w świecie, gdzie plączą się losy ludzkie, ale zwycięża czuła miłość :)
Nie mogło być inaczej.
W tych czasach zwłaszcza, kiedy kochanie tak łatwo utracić... :upset:

Pozdrawiam kawowo :)
Alicja225 dnia 18.09.2015 10:41
Ta historia wzruszyła mnie nawet bardziej, niż dwie poprzednie!
Jak pięknie, że życie wynagrodziło cierpienia tym dwojgu pokrzywdzonych ludzi, dając im szczere uczucie. Współczuję zarówno mężczyźnie - został sprowadzony do roli gadżetu zaspokajającego potrzeby - jak i Lee, która była ofiarą gwałtu. Oboje skrzywdzeni, w momencie kiedy mieli wrażenie, że świat się dla nich skończył, otrzymują największy dar: miłość. Taką bezwarunkową i opartą na istotnych wartościach, a nie na fizyczności :)
Michale, to jest oczywiście moje subiektywne odczucie, upodobanie, ale zdecydowanie wolałabym, gdy akcja działa się w naszym rodzimym kraju, a imiona bohaterów były Polskie :) Ale tak, jak mówię - to tylko delikatna sugestia patriotki :)
Tekst był piękny, wciągający i na prawdę mistrzowski! :D
mike17 dnia 18.09.2015 11:43
Witaj, Alicjo, pod kolejną miłosną miniaturą :)
Życie jest przewrotne i płata figle, czasem okrutne, o czym napisałem.
Ale jako życiowy optymista wierzę, że jeśli nie człowiek sam, to miłość go znajdzie, kiedy będzie się tego najmniej spodziewał, w miejscu zupełnie zaskakującym.

Bardzo się cieszę, że tak wysoko oceniasz cykl i tę opowieść, która miała poruszyć.
Mam tak czasem, że muszę zmieniać konwencje literackie, by nie popaść w rutynę.

Odnośnie "amerykańskości" to jest to mój głos fascynata :)
Pisałem też rzeczy dziejące się u nas, ale tamten klimat znacznie bardziej mnie pociąga, co nie znaczy, że za jakiś czas nie przeczytasz czegoś "polskiego" :)

Miło było Cię znów gościć i już zapraszam na następną opowieść niebawem :)

:)
Ula dnia 18.09.2015 15:54
Mike,
Świetne opowiadanie. Dla mnie nie tyle o samej miłości, ile o dojrzewaniu do miłości. Lee tak pięknie uczyła kochać: trzymając za rękę, rozmawiając, po prostu będąc tuż obok "na dobre i złe", cały czas z wiarą i nadzieją na lepsze. Romantycznie, lekko, cudnie.
Pozdrawiam :)
mike17 dnia 18.09.2015 16:09
Ulu, bo tak naprawdę było :)
Do kochania się dojrzewa, czasem boleśnie, innym razem nie.
Moi bohaterowie musieli obejść wszystkie złe drogi, by odnaleźć tę dobrą.
Ale takie życie...
A ścieżki miłości kręte są...

Pozdrawiam serdecznie :) i bardzo dziękuję za czytanie :)

:)
marukja dnia 18.09.2015 18:59 Ocena: Świetne!
Mike, zaskakujesz mnie :)
Przeczytałam z zapartym tchem, będąc pod wrażeniem, jak z lekkością prowadzisz Czytelnika za rękę, pokazujesz mu nowe perspektywy, nowe światy.
Bardzo dobrze zbudowałeś tekst, słowa położone starannie, z wyczuciem.
Zauważyłam, że Los ma u Ciebie duże znaczenie, rozdaje karty, zabiera je i układa od nowa. Podobają mi się tu zwroty akcji i fajnie, że również tym razem wplotłeś muzyczny cytat (zawsze ubarwia i dodaje coś więcej).
(...)czasem czas jest barierą i daje się z siebie niewiele, nam nie dał prawie nic, ot, wymianę płynów, zwierzęce ocieranie się narządów, posmak duchowej nędzy. - ten fragment ujął mnie szczególnie, daje do myślenia.
A koniec... jak dla mnie cud-miód, świetna klamra z cytatem i bardzo obrazowa scenka :)

Well done, good man! :)
Pozdrowienia!
mike17 dnia 18.09.2015 19:41
Hello, good woman, bardzo dziękuję za odwiedziny :)
Pisząc, mam w głowie plan.
Co chcę pokazać, jak to pokazać, by miało to wiarygodność, bo na tym mi zależy.
Jakby była to literatura faktu.
Stąd takie jest moje pisanie.
Bardzo emocjonalne.
Na tej intensywności buduję resztę.

Ilekroć czytam, że się podobało, cieszę się, bo...
Bo nie każdemu może to przypasić.
Z tym się liczę.

A Los?
Wierzę w przeznaczenie, stąd patrzę weń jak dziecko.
I zdaję się, jak dziecko :)

Good Woman, ukłony za bycie tutaj, gdzie w sercu wiele się dzieje.
Gdzie mogło się nie dziać, ale stało się inaczej :)

:)
akacjowa agnes dnia 19.09.2015 12:37
Dolałeś, wstrząsnąłeś, zamieszałeś a ja się upiłam :-)
Twoje historie są jak baśnie. Trochę ciemne, poszarpane ale z dnem, od którego można się odbić, by poszybować tam, gdzie wszystko lżejsze, jaśniejsze i prawdziwsze.
Nie będę więcej czadzić, tylko pomilczę w zadumie.
Pozdrawiam serdecznie
mike17 dnia 19.09.2015 12:56
akacjowa agnes napisała:
Dolałeś, wstrząsnąłeś, zamieszałeś a ja się upiłam :-)

O to mi właśnie chodziło, Aguś, by potrząsnąć ostro czytaczem, jednocześnie dając mu garść wzruszeń i refleksji nad nieprzewidywalnością żywota :)
Skoro i tak wszystko jest zapisane w gwiazdach...
akacjowa agnes napisała:
Twoje historie są jak baśnie.

Ten skromny cykl taki akurat miał być: o jego baśniowości chciałem by decydował m.in happy end, zamierzałem pokazać, że życie ma wiele jasnych stron.
akacjowa agnes napisała:
Nie będę więcej czadzić, tylko pomilczę w zadumie.

I to jest piękne!
Że ją w Tobie wywołałem, czuję się kontent :)

Trzymaj się zdrowo i zapraszam za jakiś czas znów :)
amsa dnia 19.09.2015 14:41
Mike17 - po pierwsze, dlaczego miniatura? Po drugie, miałam już kiedyś zapytać, to tylko ciekawość, nie zarzut - czemu osadzasz swoich bohaterów gdzieś tam, za oceanem, czy też za granicą? Akurat to opowiadanie mogłoby spokojnie toczyć się u nas. Historia zderzenia dwóch miłości, w tym wypadku może bardziej namiętności, czy pożądliwości i miłości właśnie, upadek pierwszej i wzniesienie się drugiej, przedstawienie, że w życiu zawsze się płaci za swoje czyny. Lubię czytać Twoje historię, masz lekki, potoczysty styl, którym starasz się, myślę że skutecznie, wpłynąć na wrażliwość czytelnika.

Pozdrawiam

B)

Parę uwag do rozważenia :)

Podziel zdania, zwłaszcza w pierwszym akapicie i dalej. Rozumiem że są monologiem bohatera, jednak źle się to czyta, bo wychodzi z tego trochę taki nerwowy słowotok, a przecież nie o to chodziło.

Cytat:
a czas, który mo­gła­by spo­żyt­ko­wać na pręż­ne pro­wa­dze­nie agen­cji mo­de­lek, mu­siał­(a)by po­świę­cić po­tom­ko­wi.

Cytat:
domu opie­ki nad ta­ki­mi, co to Los
- jednak daj z małej los
Cytat:
o czym­kol­wiek byś nie mó­wi­ła, miał(o) dla mnie

Cytat:
za­po­mnia­ny przez „przy­ja­ciół”.
- wg mnie ten cudzysłów jest niepotrzebny, zdanie samo w sobie wyraża sarkazm.
Cytat:
Czy on, na pewno, panie dok­to­rze?
– co on na pewno? skonkretyzuj, być może jest to ciąg jakiegoś dialogu ale go nie podałeś.
Cytat:
- Jasne. Teraz mo­że­my po­je­chać do To­ska­nii i rżnąć się od rana do wie­czo­ra. Czy taka opcja pani pa­su­je?
- wątpię, czy na tym etapie prowadzą rozmowę per pani
Cytat:
Nie wąt­pię – od­par­ła Helen, nie ba­cząc na to, że obok leżę ja, jesz­cze żywy czło­wiek, jej mąż, isto­ta ro­zum­na.
- leżę obok (pozbędziesz się zaimka)
Cytat:
Moi ad­wo­ka­ci zo­sta­wią tego ka­le­kę z ręką w noc­ni­ku.
- zostawią go z ręką, bez kaleki, będzie to miało mocniejsze brzmienie i wobec traktowania męża równocześnie bardziej hm... naturalne dla Helen
Cytat:
Lewa dłoń, po­ru­szo­na nie­zna­nym spa­zmem, prze­su­nę­ła się po po­ście­li.
- nieznacznym
Cytat:
było po­znać się bli­żej – cza­sem czas
- niekiedy czas
Cytat:
Czy taki bóg ma prawo ist­nieć?
= mimo wszystko, w tym miejscu powinno być Bóg
Cytat:
To, że je­steś, wy­star­cza­ło mi.
- Wystarczało, że jesteś.
Cytat:
- Ja mam… - do­da­wa­łaś.
- dodałaś, ale może lepiej - chciałaś coś dodać, chciałaś dodać.
mike17 dnia 19.09.2015 15:11
Witaj, Amsa, pod tą miłosną miniaturą :)
Dziękuję za podzielenie się swoim odczuciami.
Mam nadzieję, że opowieść się podobała :)
Około 10 tys. znaków, więc chyba miniatura jeszcze :)
Moje historyjki zawsze dzieją się, no prawie zawsze w Stanach, tak już mam :)

Odnośnie uwag, to mam nieco inne zdanie, a mianowicie:
amsa napisała:
Podziel zdania, zwłaszcza w pierwszym akapicie i dalej. Rozumiem że są monologiem bohatera, jednak źle się to czyta, bo wychodzi z tego trochę taki nerwowy słowotok, a przecież nie o to chodziło.

Nie odnoszę wrażenia, że słowotok.
Po prostu zdania wielokrotnie złożone, stosowane powszechnie przez wielkich i małych literatury, zwykły zabieg, a może cecha stylu?
amsa napisała:
jednak daj z małej los

Zawsze daję Los, poprzez szacunek.
amsa napisała:
wg mnie ten cudzysłów jest niepotrzebny, zdanie samo w sobie wyraża sarkazm.

Potrzebny, by ów sarkazm podbić.
amsa napisała:
Czy on, na pewno, panie dok­to­rze?

Czy musiałem tłumaczyć, o czym rozmowa?
amsa napisała:
wątpię, czy na tym etapie prowadzą rozmowę per pani

Tu chodziło mi efekt groteski: przecież wiadomo, że powinni być na "ty".
amsa napisała:
leżę obok (pozbędziesz się zaimka

A niech sobie będzie, nie wadzi mi.
amsa napisała:
Lewa dłoń, po­ru­szo­na nie­zna­nym spa­zmem, prze­su­nę­ła się po po­ście­li.

"Nieznanym" w sensie jego fizycznego pochodzenia.
amsa napisała:
mimo wszystko, w tym miejscu powinno być Bóg

"Bóg" myślę jest jeden, a inni to już bogowie, tworzeni przez ludzi i ich wyobraźnię.
amsa napisała:
Wystarczało, że jesteś.

Wolę jednak swoją wersję.

Resztę sugestii zastosuję, gdyż nie kłócą się z moją wizję tekstu, za co serdecznie dziękuję :)

Pozdrawiam, sącząc popołudniowe piwko :)
amsa dnia 19.09.2015 16:39
Mike17 - oczywiście, że się podobała. I, rzecz jasna to Twój tekst :). Moje uwagi dotyczyły obserwacji mojego odbioru w trakcie czytania. Na pp tudzież w innych znakomitych poradnikach, oraz wg opinii uznanych autorów ciągle się powtarza, zdania nie za długie, bo to wytrąca i przeszkadza. Sama mam tendencję do pisania zdań na pół strony i potem trzeba mi je skracać. Robię to z bólem, bo wydają mi się dobre, ale z tego co wiem, to mają się takie wydawać drugiej stronie - płynność czytania itd.. Być może zresztą jestem w błędzie. Co do oczywistości w pytaniu czy na pewno doktorze... Otóż myślałam, że ona pyta, czy on na pewno zejdzie z tego świata, dopiero później zweryfikowałam, że chodzi o paraliż, być może jestem mało bystra... ale nie było to takie oczywiste. Jeśli chodzi o Bóg/bóg, ze zdania wynikało, że chodzi o tego samego Boga, jednakże jednostki ludzkie czasem nie rozumiejąc Jego działania, sądzą iż nie jest miłosierny i zsyła na nich same nieszczęścia, co zresztą jest wielokrotnie pokazane w Biblii - znaczy, że ludzie tak sądzą, i dlatego też ja to tak odczytałam. Widać znowu inteligencja mnie zawiodła. Ale co się dziwić, w końcu jestem po imprezie integracyjnej :upset: . Co do pokreślenia sarkazmu, masz widać rację, po moim przykładzie jako odbiorcy, że nie należy ufać czytelnikowi i trzeba mu wyraźnie powiedzieć, ale z drugiej strony, jako pisarz należy być konsekwentnym.
Też poję piwko:)

Pozdrawiam

B)
mike17 dnia 19.09.2015 17:23
Cieszę się, że pomimo różnicy zdań tradycyjnie osiągamy konsensus :) no i razem wypiliśmy browara :)

:)
Pri dnia 19.09.2015 21:50
Zakochałam się w tym tekście. Szczerze mówiąc nigdy nie pociągała mnie ani taka tematyka ani forma, ale jednak coś mnie podkusiło i przeczytałam. I oniemiałam. Cudowne, aż brak mi słów, żeby wyrazić co czuję! :)
mike17 dnia 19.09.2015 22:18
Pri, bardzo dziękuję za ciepłe słowa :)
Fajnie, że utwór zagadał.
Że coś dał i pozostawił.
O to mi chodziło.

Pozdrawiam serdecznie :)
ajw dnia 20.09.2015 19:37 Ocena: Świetne!
Kobiety lubia takie kawałki, a już w szczególności wtedy, kiedy za sprawą hormonów ich oczy są w bardziej mokrym miejscu niż zwykle :) I ja tak mam, wiec przeczytałam z szybkością błyskawicy. Połknęłam po prostu od poczatku do końca. Lubię Twoją manierę pisania, bo jest taka charakterystyczna, ze można by było poznać na końcu świata. Tekst bogaty we wzruszenia, szczery, dzielący świat na dobrych i złych. Jest też w nim sprawiedliwość, co jest bardzo budujące. Odchodzę zadowolona, pozostawiając maxa :)
euterpe dnia 20.09.2015 23:47 Ocena: Świetne!
Piękna opowieść, choć nie wszystko wydaję się być prawdopodobne, jak np. to porwanie Helen i jej kochanka. Świat nie bywa aż tak sprawiedliwy, chyba że wierzyć w karmę, fatum...
W każdym razie podziwiam konstrukcję, która pojawiła się też w poprzedniej miniaturze, a którą uważam za genialną:) To przeplatanie się przeszłości z teraźniejszością w tak subtelny sposób, wspaniałe!
Pozostaję jednak, jako fanka, przy Twoim drugim opowiadaniu z tego cyklu. Jest dla mnie przecudowne:)
Pozdrawiam serdecznie,
Ewa
mike17 dnia 21.09.2015 09:27
Bo tak miało być, Iwonko, zmarnowane lata odeszły w niebyt, a na świecie pojawiła się miłość, której oboje bohaterowie nigdy wcześniej nie zaznali :)
Pisałem cały cykl właśnie z myślą o paniach, stąd tyle tu wzruszeń i poruszeń.
I happy endów, co dają podstawy, by wierzyć w człowieka i kochanie, co lubi przyjść z zaskoczki.
I jest owa sprawiedliwość, jak w dobrych, amerykańskich filmach, gdzie zło zawsze jest ukarane.
A styl?
On jest ciągle inny :)
Zależy od tematu, jaki akurat dręczę :)
Cieszę się, że jesteś zadowolona, ja też zatem.

Ewo, jak już wyżej pisałem ten wątek z porwaniem kochanków jest typowy dla filmów zza oceanu, gdzie tryumfuje Dobro, a Zło jest ukarane, czasem w dość mało prawdopodobny sposób, ale zawsze - tu wykorzystałem ten trik.
A można też spojrzeć na to, że zło wraca złem, a dobro dobrem, co dajesz, to dostajesz.
Co do konstrukcji, to mój kolejny experyment z tekstem.
Już dwa razy w życiu tak pisałem, teraz będę to robił częściej.
Jakże miło, że dostrzegasz subtelność, o nią mi tu chodziło w tej niezwykłej relacji miłosnej.
Cykl składa się z różnych miniatur, każdemu mogła przypaść do gustu ta lub inna, to normalne, najważniejsze, że się podobały, wzruszyły i poruszyły.
Taki był mój cel.
Dziękuję za "przecudowne" - dla takich słów warto pisać, Ewo :)

Dzięki ogromniaste za czytanko, pozdrawiam Was, pijąc poranną kawkę :)
bened dnia 22.09.2015 23:10
Moim zdaniem obcojęzyczne imiona idealnie wpasowują się w proamerykańską konwencję utworu- porwanie, tortury, okup, romanse i love story z happy endem. Nie rozumiem nacisków na autora miniatury, by używał polskich nazw.
Patriotyzm jest objawem szacunku i umiłowania do tradycji, czy języka, ale trzeba być też otwartym na inne kultury i cywilizacje, bo zamykanie się w klatce zwyczajów wyłącznie własnego narodu prowadzi do znacznego ograniczania się w rozwoju światopoglądowym. Nie widzę powodów, by cokolwiek w tej kwestii zmieniać. Taki był pomysł naszego kolegi i należy to uszanować. Poza tym to nie imiona, czy miejsce zdarzeń, ale przesłanie i emocje jakie niosą ze sobą przedstawione perypetie są tu najważniejsze.
To przecież kolejna piękna odsłona miłości oraz jakże innego niż w poprzednich częściach podejścia do erotyki. Mary dopiero poznawała uroki zbliżeń, Candy traktowała seks i mężczyzn jako narzędzia do zapłodnienia, a dla Helen płeć przeciwna była ulepszoną wersją wielofunkcyjnych wibratorów :)
Godna uwagi jest przemiana wewnętrzna i zewnętrzna głównego bohatera, który nieustannie poniżany i upokarzany przez swoją żonę traci poczucie własnej wartości i dopiero przy Lee czuje się doceniony i odzyskuje wiarę w swoją męskość.
Jest tu ukryte ostrzeżenie dla tych, którzy w zbyt młodym wieku lub bardzo pochopnie decydują się na ślub idealizując małżeństwo jako cudną rzekę, z której prądem będzie łatwiej i przyjemniej płynąć przez ziemskie trudy i znoje, a po czasie może się okazać, że to tylko kanał ściekowy, którego opary skutecznie zatruwają życie.
Wzruszający jest wątek przypominający, iż prawdziwych przyjaciół poznajemy w biedzie. Istnieją bowiem ludzie, którzy najlepiej czują się w roli pasożytów unikając wchodzenia w interakcje protekcjonistyczne na zasadzie mutualizmu, czy też komensalizmu, który zmieniałby strony układu w zależności od sytuacji i czynników zewnętrznych.
Los bywa jednak przewrotny i czasem w zaskakującym momencie, w najdziwniejszych okolicznościach, od ludzi zupełnie obcych lub takich , po których się tego najmniej spodziewamy, otrzymujemy mnóstwo troski i dobra :)

Oby tak dalej Mike :)
Pozdrawiam!
mike17 dnia 23.09.2015 09:58
Jakże miło mi Cię widzieć, Beniu, pod tym miłosnym kawałkiem :)
Tradycyjnie jestem pod ogromnym wrażeniem wnikliwości Twojego komenta, jest w nim wszystko to, co chciałem tu przedstawić.
Odnośnie "amerykanizmów" to już wiele razy pisałem, że to część mojego stylu, mój wybór i fascynacja :)
Przecież, tak jak piszesz, nie ma sensu skupiać się na imionach, tylko na tym, co autor chciał tu przekazać, jakie problemy nakreślić, i wejść w jego świat, spojrzeć jego oczami.
Tylko to się liczy.
bened napisała:
Godna uwagi jest przemiana wewnętrzna i zewnętrzna głównego bohatera, który nieustannie poniżany i upokarzany przez swoją żonę traci poczucie własnej wartości i dopiero przy Lee czuje się doceniony i odzyskuje wiarę w swoją męskość.

Tak się sprawy miały, bo "z dobrą kobietą nie boli życie" jak mawiał mój idol Mareczek Hłasko, i Mike w końcu po zmarnowanych latach odnajduje kochanie, choć to raczej ono odnajduje jego.
I po drodze przechodzi przemianę: jest już kimś innym, "dawne" przemija na zawsze.

Mądre snujesz rozważania o małżeństwie.
Tak, to może być raj, ale też niebezpieczna pułapka.
Nigdy nie wiadomo, co będzie, gdy przeminie pierwsza fascynacja, czy szara rzeczywistość nie zabije cennego uczucia.

Przyjaciół poznajemy w biedzie, i Mike miał to szczęście.
Bo czasem im mniej chcemy, tym więcej dostajemy.
To bardzo piękna prawidłowość :)

Beniu, bardzo Ci dziękuję za wartościowy i mądry koment, dla takich Czytelniczek pójdę w ogień, cokolwiek by to nie znaczyło :)
To czysta przyjemność dostawać taką nagrodę.
Warto dla niej pisać :)

Pozdro znad kawki :)

:)
Quentin dnia 27.09.2015 13:26 Ocena: Świetne!
Tamtego lata nad morzem

Sporo się działo tamtego lata nad morzem. Cykl krótki, ale jakże wartościowy. Miłość, poświęcenie, szczęście, pech i wszystko, co człowieka w życiu spotkało, spotyka, albo dopiero spotka.

Przy "Nie mów nic..." miałem dwa skojarzenia. Pierwsze fragmenty przywołały w pamięci "Gorzkie gody", a końcówka, a jakże by inaczej, znowu Hemingway i "Komu bije dzwon". Tam także relacja głównego bohatera i jego ukochanej nacechowana była wielką miłością, która leczyła, dopóki mogła, przykrą przeszłość.

Myślę sobie, że miłość jest prawie idylliczna. Jeśli w ogóle coś takiego na świecie istnieje jak ideał, to właśnie o miłość warto się zarzynać. Może wydawać się śmieszne, że ludzie dla miłości są gotowi cierpieć i umierać, ale prawda jest taka, że jeśli nie miłość, to co...?

Przekaz jest, powiedziałbym, bajkowy. Na końcu zwycięża dobro, a źli, przeżarci zgnilizną bezuczuciowości przepadają i pozostają po nich palce i ogólnie odpad. Główny bohater zdaje się dziwnie pogodzony z własnym losem z tą potworną kobietą, która przypomina okropnego, jadowitego pająka. Można to jednak zrozumieć, wszak nie bez powodu mówi się, że mężczyźni lubią zołzy. Tyle, że mnie zołza nie kojarzy się z chutliwą suką, ale to już moje skojarzenia ;)

Reasumując, wielkie dzięki za pamięć, Maestro. Stworzyłeś epizodyczne historie, w których przemknęły całe życiorysy. Mniej lub bardziej szczęśliwe, ale finalnie przetrwało to, co najważniejsze. To istotna sprawa, nie mam wątpliwości. Nawet jeśli człowiek nie ma tego wszystkiego, co chciałby mieć i nie żyje tak, jakby chciał, musi wierzyć, że przyjdzie lepszy czas. I taka nauka płynie z twoich uroczych opowiadań. Cieszę się, że wszystko kończy się dobrze.

Do następnego!

Pozdrawiam
Quentin
mike17 dnia 27.09.2015 18:04
Cześć, Quentinie, bez Twojego komenta czułbym się niespełniony :)
Bo cenię sobie to, co piszesz, a zawsze piszesz mądrze i bardzo dojrzale, wchodzisz bardzo głęboko w tekst, między wiersze, i dlatego Twoje słowa są kwintesencją tego, co ja chciałem przekazać :)

Quentin napisał:
Cykl krótki, ale jakże wartościowy

Jakże mi dobrze to czytać.
Nie chciałem przegadać.
Trzy krótkie teksty miały wystarczyć i poruszyć.
Quentin napisał:
a końcówka, a jakże by inaczej, znowu Hemingway

Nie inaczej :)
Papa od zawsze jest moim Mistrzem i czerpię z niego wiele, co nazwałbym męską prozą.
Jest on obecny w mojej pisaninie.
Quentin napisał:
"Komu bije dzwon".

I o tym tu pomyślałem, o takiej miłości.
Quentin napisał:
Jeśli w ogóle coś takiego na świecie istnieje jak ideał, to właśnie o miłość warto się zarzynać.

Lepiej dla niej żyć i umierać potem w świadomości, że się w niej przeżyło całe udane życie.
Quentin napisał:
Przekaz jest, powiedziałbym, bajkowy.

Bo tak miało być :)
Dużo bólu i cierpienia, ale na koniec happy end, zwycięstwo kochania.
Ja tak postrzegam świat, i to był mój pogląd na życie, na istnienie w ogóle.
Quentin napisał:
wszak nie bez powodu mówi się, że mężczyźni lubią zołzy.

Myślę, że do czasu :)
Wszystko może się przejeść, nawet największa podnieta.
Quentin napisał:
Stworzyłeś epizodyczne historie, w których przemknęły całe życiorysy.

Jasne, że można było te teksty ostro rozbujać i dać długie opka, ale mnie chodziło o feeling, wstrząs i przekaz, o taką w sumie zajawkę, pozostawienie niedosytu.
Quentin napisał:
Cieszę się, że wszystko kończy się dobrze.

Tym razem nie uśmierciłem moich herosów.
W końcu lato ma swoje prawa :)

Dzięki wielkie, stary, za wizytę i niespotykaną u Ciebie najwyższą notę - czuję się, żę dobrze mi tak :)

Pozdro!

:)
Margareta dnia 09.10.2015 19:27
Witaj Mike,

dawno mnie nie było, to i zajrzałam co wyprodukował jeden z moich ulubionych autorów na pp;)

ładne... nawet się wzruszyłam... choć na początku jakoś nie czułam do bohatera zbytniej sympatii... ale tak jak pisali poprzednicy i Ty sam - dwie potluczone dusze i o tym jest ta opowieść... ja tu jednak widzę dużo goryczy, bo ta milość, to poniekąd nadal cierpienie, bo nie może być tak do końca calkowita. Więc gorzko, mimo odrobiny slodyczy w smutnym życiu.
Nie umiem co prawda rozkminic, co konkretnie dolega ginekologicznie bohaterce, ale tak to zrozumialam... wyprowadz mnie najwyżej z błedu.

Pozdrawiam.:)

a i wkradło ci się "go" zamiast "je"... to potoczność, ktorej nie powinno być.;) drugi akapit.

Cytat:
i ta pra­wi­dło­wość to­wa­rzy­szy­ła na­sze­mu po­ży­ciu, czy­niąc go nie do końca dla mnie zro­zu­mia­łym
mike17 dnia 09.10.2015 20:47
Margareto, witaj pod tą miniaturą o miłości :)
Miało wzruszyć i dobrze, że tak się stało.
Czasem takie potłuczone dusze jakoś instynktownie się odnajdują.
Jakoś ściąga je przedziwna energia, magia?
Może przeznaczenie, w które wierzę.
Są i są razem.

Ginekologicznie nie odpowiem.
Musiałbym opowiedzieć coś, co kiedyś usłyszałem od pewnej koleżanki.
Niech to będzie wytłumaczeniem.

Błąd zaraz poprawię.

Dzięki za "ulubionego autora" dla takich słów warto klepać w klawisze :)

:)
Niczyja dnia 18.02.2016 21:34 Ocena: Bardzo dobre
Zaczęłam od tej, z 3 poleconych przez Ciebie miniatur.
O niebo lepsze niż poprzedni czytany przeze mnie tekst. Zawiera w sobie wszystko, rożne rodzaje miłości, cierpienia, kłamstwa, zdrady, szczęścia, radości i tęknoty zarazem... Zawarłeś całą masę uczuć w tak krótkim utworze. Przesłanie, motto i pomyślne zakończenie. I nadzieję, że warto czekać...

Piekny tekst i sam tytuł również:) Zastanawia mnie tylko zakończenie, bo wg. mnie u niej to nie tylko strach przed zbliżeniem. Ja jakoś widzę czarniej, że ona choruje na śmiertleną chorobę i oboje o tym wiedzą, że ich dni są policzone. Że ich czas, choć szczęsliwy, jest naznaczony nieuniknionym smutkiem i rozstaniem... Ale tak ja to widzę, ktoś inny może widzieć zupełnie inaczej.

Z chęcią zabiorę się za drugą miniaturę z cyklu "nad morzem". Może tam znajdę bezwarunkowe, niczym nie ograniczone szczęscie... choć myślę, jednak, że nie.

Bardzo dobrze napisane!

Pozdrawiam.
mike17 dnia 18.02.2016 21:50
Niczyja napisała:
O niebo lepsze niż poprzedni czytany przeze mnie tekst.

Raczej inny, tam chodziło o zaklętą w chwili namiętność, tu o szersze spektrum życia.
Tam jest tylko moment, tu kawał ludzkiego żywota.

Ich czas dopiero się zaczął :)
Ona wyszła z raka, i teraz będą żyć w szczęściu i harmonii.
Już nic nie zagrozi.

I ostatnia scenka świadczy o tym, że może być już tylko lepiej.

Dziękuję za miłe słowa i zapraszam ponownie, nie obiecując, że raj na ziemi istnieje :)

Pozdrawiam.
maak dnia 20.05.2016 23:01 Ocena: Świetne!
Twoje opowiadanie zostawia ślad na człowieku. Zastanowiłem się chwilę ... i olewam los. Sam zdecyduję gdzie jest moje szczęście. Odejdę, lub nie, to zależy tylko ode mnie. Jak nie zechcę, to będę żył tysiąc lat, a może i mniej. Jak zechcę... pewnie mniej. Ale jak będę kochał, to czy będzie to ten szczęsny dzień, czy sto lat później, to nie będzie dla mnie różnicy. Ważna będzie TA chwila i TEN mój świat.
Świetnie się czyta!
mike17 dnia 21.05.2016 10:14
Maak, dziękuję za czytanie tej miniatury, i za wizytę w moim świecie :)
Tak, bez miłości życie nic niewarte...
Tak już jesteśmy skonstruowani, że poszukujemy tej drugiej połówki.
Czasem aż do śmierci, nawet w zaawansowanym wieku, ale każdy wiek jest dobry na kochanie.

Miło mi, że wpadłeś i dzięki za najwyższą notę :)
Aronia23 dnia 24.06.2016 18:00 Ocena: Świetne!
Przeczytałam kolejne Twoje opowiadanie i jak zwykle jestem pod wrażeniem. Jakie dziwne, okrutne, ale i piękne relacje między ludźmi pokazujesz. Wiesz, opowieść jest jak bajka z morałem. Zło zostaje ukarane w niebywale bezwzględny sposób. Podłota żona i lekarz zostali sprawiedliwie potraktowani przez los. Choć ten opis ich kolejnych okaleczeń jest trudny do przełknięcia.
Opowiadanie jest mi bliskie ze względu na sytuację w nim ukazaną oraz niektóre stwierdzenia. Największe wrażenie wywarły na mnie dwa zdania:"Świadomość lubi płatać figle i mnie spłatała pewnego dnia, kiedy niespodziewanie zauważyłem, że jestem w szpitalnej toalecie i myję ręce, spoglądając w lustro." i jeszcze "Jednak po chwili, tam, w odbiciu zajaśniał uśmiech, szczery, naturalny, będący wyrazem powrotu z zaświatów, znikąd, gdzie dotąd dane mi było przebywać siłą złych przeznaczeń.". To naprawdę bardzo mi bliskie. I rozmyślania, prośby do Boga, i obojętność większości ludzi na nieszczęścia innych. Tak to jest. Przejmują się do jakiegoś momentu, a później choroba, nawet najbliższej osoby, zaczyna przeszkadzać.

"Bo czy są słowa, które oddają w pełni to, co w człowieku?
Nie znam takich, nawet nie będę ich szukał.". Czara się przepełniła. Pozdrawiam Michale i dziękuję za chwile niewiarygodnych wzruszeń. Aronia23
Tekst bardzo mi bliski.
mike17 dnia 24.06.2016 18:27
Aronio, staram się pisać, by wzruszać i poruszać.
W tej kwestii moje poczucie humoru jest wyłączone - nie bawi mnie pisanie rzeczy wesołych, czy groteskowych, mam to na co dzień, ja chcę penetrować ludzkie dusze i mózgi.
Zgłębiać labirynt pokrętnych uczuć.
I to, czym jest i może być kochanie.
Bo u mnie kochanie to nie zawsze znaczy to samo.
To nigdy nie jest wg szablonu.

Bo raz to sielanka, innym razem piekło.
Fascynuje mnie pisanie o miłości.
Tak do kości i do bólu.
Bo miłość to nie zawsze radość i kwiatki, czasem to niepokój, lęk i ból.
I tak ją postrzegam.

I tak jest w tej miniaturze.
Jeśli potrząsnęła, to znaczy się, że mi się udało.
Bo miała nie pozostawić obojętnym.
Jak ludzkie życie nie powinno nas pozostawiać obojętnym.
Podaj mi bracie dłoń, a ja podam tobie...

Dzięki wielkie za czytanie, za wzruszenia, za bycie :)
Za to, że poczułaś.
Aronia23 dnia 24.06.2016 18:58 Ocena: Świetne!
Jakbyś siedział w mojej skórze, ech...
mike17 dnia 24.06.2016 19:30
Czyli ten utwór działa.
Cieszę się, że tak jest.
Aronia23 dnia 25.06.2016 09:39 Ocena: Świetne!
"Podaj mi bracie dłoń, a ja podam tobie..." I tyle w temacie. Poczytam dziś sobie Twoje opowieści, muszę nabrać siły na następny, trudny dla mnie tydzień. Ahoj... Do następnego zachwytu. Aronia23
mike17 dnia 25.06.2016 10:29
Zapraszam Cię w każdej chwili :)
skroplami dnia 25.06.2016 11:01 Ocena: Świetne!
Cholera :(.
Facet wyciskający z oczu łzy facetowi :(.
Ok, powstrzymałem :).
Szkoda, że miniatura :(. Ok, miniatury mają swoje życie, w tej skondensowano wiele i bardzo wiele.
Gratulacje, treść, konstrukcja, i coś tam jeszcze, doskonałe.
W podobnym klimacie chociaż inna historia, w filmie "In Your Eyes" z 2014 r.. To romans sci-fi o niezwykłej miłości. Realia są rzeczywiste, polecam jeżeli jeszcze nie znany, dla porównania a może z innej przyczyny :).
mike17 dnia 25.06.2016 19:38
Bo ja, Skroplami, piszę by poruszać i wzruszać :)
Nie interesuje mnie rozśmieszanie, śmiechu mam aż nadto na co dzień, sięgam do uczuć.
Jak w tej miniaturze.
Do sedna człowieczeństwa.
By dać do myślenia, skłonić do refleksji.

Dziękuję za wizytę i zapraszam znowu kiedy dusza zapragnie :)
Kazjuno dnia 11.08.2018 18:06
Przeczytałem Mike jeszcze przed Twoim urlopem. Przed chwilą po raz drugi.
Twoja pomysłowość imponuje. Ilość zwrotów dramaturgii jak na tak króki tekst zakakująca.

Cóż, jak zwykle gratuluję świetnego utworu!!!

Ostatnimi czasy nie za wiele czytam, piszę też mało.

Wykańczają upały, tenisowe obowiązki i jeszcze przyjechał brat i nie odmawiam mu, gdy chce tarczować w rękawicach.
Krew zamiast zasilać szarekomórki spływa do mięśni, przez co łeb tępieje, a przecież pisanie to harówa intelektualna.
Tak, że wybacz przyjacielu, że nie popiszę się ekwilibrtystyką słowną w zachwalaniu Twego dzieła.
Obiecałeś czytać moje wypociny, bo nader ciekaw jestem Twojej opinii. Właśnie interesuje mnie Twoje zdanie, bo znam z grubsza Twój światopogląd. Ciekawa jest dla mnie Twoja opinia, czy przez nadmiar seksu, wulgaryzmów i przemocy, nie zatraciłęm edukacyjnych walorów swojej powieści.

Ale nie chcę nic wymusząć, będziesz miał nastrój, to poczytaj i coś napisz. I nie owijaj w bawełnę.

Pozdrówka, Kaz
mike17 dnia 12.08.2018 17:02
Cześć, drogi Kaziu :)
Cieszę się, że mój kawałek przypadł Ci do gustu.
By miniatura żyła, musi mieć masę wydarzeń na małej płaszczyźnie słownej albo być zbudowaną w oparciu o nastrój i uczucia, ale i tego u mnie nie brak.

Oczywiście, że poczytam Cię, nadejdzie taki moment.
Jestem ciekaw, co tam u Ciebie się zmieniło.
Może nie będę czytał po kolei, bo pogląd mam już wyrobiony, ale tak z doskoku, co nie umniejszy mojej percepcji.

Znów przeniosę się do krainy ubeków i kurewek.
I walki wyzwoleńczej, of course :)

Teraz polecam Ci miniaturę MOJA MILENA.
Krótka, zwarta i czytelna.

Ahoy!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
pociengiel
23/04/2019 10:01
Dzięki. Jest najlepsza. Aczkolwiek zaszalałem dodając cztery… »
allaska
23/04/2019 09:38
Popracowalabym nad ostatnia strofa:) »
AntoniGrycuk
22/04/2019 21:14
Marku, dzięki za nalot na tę mini-miniaturę. I za taką… »
Marek Adam Grabowski
22/04/2019 20:18
Świetne. Tylko tyle i aż tyle. Pozdrawiam »
maleo
22/04/2019 10:31
Pełen uczuć, słodki :) »
al-szamanka
22/04/2019 05:26
Hmm, widać wyraźnie, że puenta ma tu być z założenia mocna i… »
Scareto
22/04/2019 01:28
Dziękuję ślicznie za wizytę! :) Czy puenta nie wydaje się… »
22227
21/04/2019 20:54
Ciekawy tekst szczególnie: "ile muszę popełnić… »
22227
21/04/2019 20:36
Bardzo fajny wiersz. samotna świadomość bogini zwycięstwa,… »
ShoutBox
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
  • AntoniGrycuk
  • 22/04/2019 18:12
  • Dzięki. Choć logicznie to brzmi, jakby chodziło o znaczenie słowa winny w sensie długu, a nie przyczyn wydarzeń.
  • al-szamanka
  • 22/04/2019 18:02
  • Jestem winny WSZYSTKIEMU... WSZYSTKIEMU jestem winny.
  • mike17
  • 22/04/2019 16:51
  • Nasza zabawa trwa. Głosujcie w MUZO WENACH 7, łatwo czytać miniatury, bo jest ich niewiele. Dlatego liczę na Wasz odbiór i cenne głosy. Czekają na nie też Autorzy, którzy zaszczycili konkurs :)
Ostatnio widziani
Gości online:36
Najnowszy:aciri
Wspierają nas