Komedia kom-PL-etnie romantyczna - jasna69
Proza » Inne » Komedia kom-PL-etnie romantyczna
A A A
Od autora: Tekst powstał po ogromnie długim urlopie od pisania na zaproszenie do Konkursu na Najgorsze Opowiadanie Świata. Dołączam go z przyjemnością do portalowego dorobku.

Komedia kom-PL-etnie romantyczna

 

 

     Świat nie jest wcale zły,

     Świat nie jest wcale mdły,

     Niech no tylko zakwitną jabłonie…

 
     Gówno prawda – myślałem, nucąc znienawidzony kawałek, który usłyszałem o świcie w Radio Maryja. Od kiedy wybory wygrała partia Miłośników Klasyki i Wolnej Miłości, już nie nadawali godzinek, jakby nagle zaliczono je do hiphopowych szlagierów, które budziły zgrozę babć – opiekunek, pobierających dodatek do emerytury za wychowywanie wnuków w duchu jedynie słusznej koncepcji anty. Nie mam nic ani przeciwko klasyce, ani miłości, ale do jasnej cholery, dlaczego musieli zmienić ramówkę radia, co ratowało mi życie?
     - Może pomyślimy o przeprowadzce? – Moja żona, Maja, starała się znaleźć wyjście z sytuacji bez wyjścia.
     - I co? Do końca życia będziemy spłacać kredyt za nowe mieszkanie?
     - Sprzedamy dom.
     Rozejrzałem się po ścianach z peerelowską boazerią i śladami obrazów po babci. W prezencie ślubnym zapisała nam swoją klitkę, a że należała do niewiast o wysokim wskaźniku pragmatyzmu, umarła dzień po radosnym wydarzeniu, żeby naszej wdzięczności nie skazić obowiązkiem opieki nad zniedołężniałą staruszką. Uwolnieni od ukrytych kosztów emocjonalnie niewymiernych, cieszyliśmy się ciasnym kątem otoczonym zachwaszczonym ogródkiem tak jak naszą nieskrępowaną nagością.
     - Myślisz, że ktoś go kupi? Za ile?
     - Na wkład własny na pewno wystarczy, a reszta… – Zrobiła nieokreślony ruch ręką. – Najważniejsze, że będziemy razem.
     Spojrzałem na jej okrągłą buzię. Uśmiechnęła się jak do dziecka, które zasłużyło na karę, ale jest tak słodkie, że jedyne co można zrobić, to pogłaskać po główce, utrzymując w przekonaniu, że urodziło się najwspanialsze na świecie i nikt nie ma prawa nawet pomyśleć inaczej.
     Moja cudowna Maja, wciąż nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego pokochała właśnie mnie. I to jak pokochała! Na dobre i na złe, miłością przez wielkie M.
     Siedzieliśmy w dużym pokoju, z niepokojem przysłuchując się odgłosom zza okna. Po paru miesiącach oddechu koszmar zaczynał się od nowa. Pozbawieni ochrony modlitw płynących z radiowego głośnika, byliśmy jak tarcza ustawiona na otwartej przestrzeni. Właściwie to ja byłem, Maja zaś ponosiła konsekwencje swojego wyboru. Mogła odejść i żyć bezpiecznie z dala ode mnie, ale wiedziałem, że tego nie zrobi. Tylko raz, przy pierwszej okrutnej dla niej scenie, zwątpiła w nasze uczucie.
     Wróciła wcześniej z pracy i zamiast zająć się obiadem, wyszła do ogrodu. Wtedy kwitły jabłonie w sadzie sąsiadki. Kwiecie oblekło gałęzie niczym białe szaty niewinne dziewczątka w oczekiwaniu na pierwszą komunię. Słodki zapach roznosił się po okolicy, wywołując wrażenie, że szczęśliwcy zamieszkujący podmiejski raj są wybrańcami bogów i do życia nie potrzebują nic więcej. Ale to nie była prawda, w tym sielskim obrazku czaiły się krwiożercze potwory. Prześladowały mnie i zmuszały do robienia rzeczy, których nigdy bym nie zrobił. Nie tak mnie wychowano i nie tak pragnąłem dziękować Mai, za to, że z tłustego dzieciaka, nieudacznika, co ciągle obrywał od kolegów w czasach szkolnej gehenny, zrobiła mężczyznę godnego miłości – prawdziwe ciacho.
     Kryśka od rozwodu z mężem krążyła wokół niczym ćma, czekając aż ogniem namiętności spalę jej skrzydła nielota. Zainfekowany jadem potwora dorwałem ją między tak starannie pielęgnowanymi przez Maję krzakami jałowca. Do dziś czuję igły chłoszczące nagie pośladki. Dochodziłem a Kryśka krzyczała: jeszcze raz, jeszcze raz. I przez te wrzaski tłumione mchem z poduszki, jaką usłała nam matka natura, usłyszałem jęk rozpaczy. Maja patrzyła na złamaną gałązkę jałowca, to na mini spódniczkę Kryśki, która zamieniła się w pasek ściśle oplatający talię poprzecinaną rozstępami, to na moje utytłane ziemią buty.
     - To nie tak jak myślisz, kotku – zawołałem, krztusząc się meszkami wpadającymi do ust.
     - Nie kłam, kochanie
     - Nigdy w życiu!
     Chyba już wtedy kobieca intuicja podpowiedziała jej, że będzie jeszcze Helena z włosami jak pszenica, Wioletta, której biodra przesłaniały różany klomb, kiedy patrzyłem na nią zza kępy bambusowej trawy, Karolina, Ewa, Monika, Anka i inne całkiem bezimienne i bezbożnie potrzebujące, bo odwróciwszy się, chlipnęła:
     - Nigdy nie mów nigdy.
     Nie mogłem patrzeć, jak Maja cierpi, musiałem powiedzieć jej tę straszną prawdę i wierzyć, że wysłucha do końca, że zrozumie i będzie wspierać. Moja mała wielka miłość nie zawiodła. Wysłuchała, uwierzyła i gdy obeschły kryształowe łzy, szepnęła:
     - Jakiś ty biedny, mój misiaczku, jak mogę ci pomóc?
     - Tylko mnie kochaj.
     I kochała. Przez wszystkie te wiosny i lata pełne czyhających za oknem potworów. Maja zaciągała zasłony, uszczelniała kratki wentylacyjne, machała ścierką, wołając: ja wam pokażę, aż w końcu odkryła Radio Maryja - oręż, przed którym umykały w popłochu. A teraz, gdy właśnie zaczynały kwitnąć jabłonie, a Toruń przestał nadawać, znów zaczynałem się bać, że widok kolejnych obcych lejdis w moich ramionach zabije czyste uczucie Mai, a ja stracę wszystko, co kocham. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego upatrzyły sobie właśnie mnie? To było pytanie z rodzaju: ile waży koń trojański, bez możliwości udzielenia odpowiedzi.
     Mijały tygodnie. Należało poważnie pomyśleć o przeprowadzce, tylko skąd wziąć kasę i czy potwory nie ruszą moim śladem? Sprawdziłem statystyki – ciężar długotrwałych zobowiązań finansowych był równie częstą przyczyną rozwodów co zdrady małżeńskie. Rozmowy nocą raz przechylały szalę na rzecz zmiany adresu, raz na przeczekanie w zamknięciu czterech lat z nadzieją, że kolejne wybory przyniosą powrót dawnej władzy a z nią porządek w mediach. W chwilach zwątpienia Maja włączała radio, ale zamiast transmisji z mszy świętej, z głośników płynęły stare melodie. Patrzyła na mnie ze smutkiem w oczach, brała za rękę i szeptała: kochaj i tańcz.
     Zdawało się, że przedsięwzięte środki ostrożności działały bez zarzutu. Przestałem wychodzić z domu, czasem tylko podchodziłem do okna i przez szparę między zasłonami obserwowałem ogródek. Jak straszna była to izolacja. Ciągnęło mnie aby wyjść, wciągnąć w nozdrza zapach zieleni, dotknąć trawy, wystawić twarz do słońca, ale moja miłość do Mai była silniejsza, nie mogłem wystawiać na próbę jej cierpliwości. Jednak brak witaminy D sprawił, że stałem się drażliwy, byle głupstwo urastało do rangi problemu i jak zwykle za wszystko płaciła moja święta żona. Po jednym z wybuchów złości wyszła z domu i nie wracała na tyle długo, że ruszyłem na poszukiwanie. Potwory dopadły mnie w połowie drogi do furtki, poczułem ukłucie, jad powoli zaczął krążyć w krwiobiegu i już nie miałem wyjścia. Trucizna uśpiła serce i obudziła mięśnie, szczególnie ten jeden, ten, którego cierpienie mogły ukoić tylko ruchy ciasno oplatających innych mięśni. Rozejrzałem się po okolicy. Ulice były puste, ogrody sąsiadów również, instynkt zaprowadził mnie pod drzwi Kryśki. Otworzyła niemal natychmiast, jakby wiedziała, że przyjdę, ale nie zdążyła zdjąć papilotów. Odchyliła poły różowego szlafroczka. Byłem uratowany. Zaspokoiłem zwierzęcy instynkt i zanim Maja wróciła do domu, znów stałem się człowiekiem. Niestety znała mnie zbyt dobrze, domyśliła się, że zdradziłem ją znowu. Uciekła i wróciła dopiero nazajutrz, chciałem paść przed nią na kolana, błagać, by wybaczyła mi jeszcze ten jeden raz, ale nie mogłem obiecać poprawy, a przecież tylko wtedy grzechy zostają odpuszczone. Na szczęście Maja nie była księdzem, nie zadała pokuty tylko wyciągnęła z kieszeni pendriva i kazała wyjść z domu.
     Usłyszałem złowrogie brzęczenie. Chmara żółto-czarnych stworów pojawiła się znikąd i zwartą masą niczym piłkarze Borussi Dortmund ruszyła do ataku. Już szykowałem się do ucieczki, gdy z głośników popłynął Anioł Pański. Potwory zawróciły z podkulonymi żądłami. Ich skrzydła błyszczały w promieniach popołudniowego słońca jak oczy kochanków rozświetlone obietnicą wiecznej miłości.
     Genialna Maja przez cały dzień biegała po kościołach, nagrywając msze, modlitwy, próby organistów i co tylko się dało. Wszystko dla mnie. W spokoju przeżywaliśmy ostatnie dni lata aż przyszedł tamten feralny piątek.
     - Upieczesz mi szarlotkę?
     - Nie mamy jabłek.
     - Ukradniemy z sadu pani Genowefy – zaproponowałem – na pewno nie zauważy.
     - Dlaczego nie? – odparła ze śmiechem, choć brzydziła się łamaniem przykazań.
Włożyłem mp3 do kieszeni, głośniczki przymocowałem do paska od spodni i ruszyliśmy ku dziurze w płocie. Przez chwilę obserwowaliśmy sąsiadkę, która pląsała niezgrabnie przy otwartym oknie. Z radia płynęła melodia jej późnej młodości:
 
             Do zakochanie jeden krok, 
             Jeden jedyny krok nic więcej
             Do zakochania jeden krok,
             Trzeba go zrobić jak najprędzej…
 
     Z pewnością marzyła, że znajduje się w ramionach idola. Zgięci wpół przeszliśmy do sadu i gdy sięgaliśmy po pierwsze jabłko, nadleciał zwiadowca. Szybko uruchomiłem sprzęt. Czułki zadrgały lekko, skrzydła weszły na większe obroty, ale potwór nie odleciał. Ustawiłem głośność o stopień wyżej. Mógłbym przysiąc, że widzę chochlikowaty uśmieszek na aksamitnym pyszczku i słyszę gwizdnięcie przywołujące resztę bandy. Zmieniłem ścieżkę. Litanię zastąpiły różańcowe zdrowaśki, potem jutrznia, nieszpory, a kiedy nie pomogła nawet kompleta, już wiedziałem, że stanie się najgorsze.
     Każde kolejne ukłucie infekowało krew, aż w końcu zamieniła się w rwącą rzekę szukającą ujścia w szerokim korycie. Wpadłem do domu pani Gieni. Staruszka przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Maja patrzyła z przerażeniem jak zdzieram z niej kwiecisty nylonowy fartuch, moherowy sweterek, barchany…
     - Przecież wiesz, skarbie – zdołałem jeszcze wykrztusić – to nie ja, to on, testosteron.
 
     Tej zdrady moja kochana żona już mi nie wybaczyła.
Od trzech lat siedzę i piszę listy do M. i myślę sobie, że pszczoły nie są głupie, nie dają się nabrać na tę samą, powtarzaną w nieskończoność śpiewkę. To one powinny mieć dostęp do urn.

 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
jasna69 · dnia 22.12.2015 10:07 · Czytań: 549 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 6
Komentarze
mike17 dnia 22.12.2015 14:01 Ocena: Świetne!
Renato, jakże swojsko i korzennie popłynęły słowa, z których składa się ta przezabawna, z lekka odmóżdżona historyjka, pełna rubaszności i krzątań przedpłcennych jakby to nazwał mistrz Witkacy, piewca absurdu, podobnego do tego, z którym tu żem przed momentem obcował.

Płynie się gładko po morzu tej opowiastki, a czytacza raczy świetny humor, nie jakiś tam napompowany miękisz, japa się śmieje, bo każde zdanko coś tam wnosi do całości i popycha ten absurdalny wózek do przodu, ku mej radości, a wielka ona :)

Na pochwałę zasługuje bajer z zastosowaniem tytułów polskich filmów, notabene komedii romantycznych, w dialogach, miodzio po prostu - jako gorrrący miłośnik naszego kina znam te obrazy, oj tak, jedne lepsze, inne mniej, ale suma summarum idzie obejrzeć.

Podziwiam lekkość pióra i zdolność obserwacji - postaci pięknie zarysowane, akcja pełna życiowych ciężarów, ale taki lajf, no i te laski w ilościach hurtowych - miał kolo parę jak parowóz, choć chuć ku staruszce okazała się zgubną - każda żona ma dokładnie wyliczoną matematycznie cierpliwość, i nasz heros przegiął, jak gnie się banany :)

Ależ mi sprawiłaś, Renato, radość tym pisaniem swoim, że jest mi dobrze, że dobrze mi tak :)

Wesołych Świąt :)
tydrych dnia 22.12.2015 17:05 Ocena: Świetne!
Bomba! Jak zawsze czarujesz slowem ! Nie zagladalem tu dawno, ale po skonczeniu nauk, mam wiecej czasu. Nie obiecuje, ze tu znowu zajrze, ale wpasc w "ramiona"Twoich tekstow, to czysta przyjemnosc . Dzieki.
Dobra Cobra dnia 22.12.2015 23:16
Piekna opowieść w swej rasowej odsłonie najgorszości.

Ukłony,

DoCo
purpur dnia 23.12.2015 10:56
Miałem okazję to już wcześniej czytać, gdy przeglądałem opowiadania na najgorsze opowiadania świata :)

A że to było wcześniej niz wczoraj ( tak, pamięć mam dobrą, no ale krótką... :p ) więc oczywiście zapomniałem o tym i przyznam sie, że dopiero w połowie, coś mi zaświtało, że ja to chyba znam :)

Wiesz, bez napiętnowania "najgorsze..." to kurcze nie jest takie złe... Pomijając końcówkę, która tak, dodała masę punktów w tamtym konkursie, to czytało się nad wyraz sprawnie.

Fajne zdania, fajne obrazy które tutaj obserwuje, no naprawdę da się czytać :)

Pozdrawiam i zapraszam do siebie
jasna69 dnia 09.01.2016 23:47
Przepraszam, Panowie, że tak długo nie składałam podziękowań za wizytę i komentarz, ale real pozbawił mnie dostępu do przyjemności wirtualnych.

Mike – Twoje komentarze są jak miód płynący prosto na spragniony słodyczy języczek. Ogromnie się cieszę, że pomysł z tytułami przypadł Ci do gustu i że doceniasz humor w tej opowiastce. Po moich poprzednich, zwykle dość „ciężkich” tekstach to spora odmiana i ogromnie się z niej cieszę.

Tydrychu – ja też ostatnio byłam w ciągłym niedoczasie, znam ten ból, ale zapewniam Cię, że nawet, gdy nie pojawiam się na portalu, to ciągle mam w pamięci czasy, gdy tak świetnie się razem bawiliśmy. Dzięki za komentarz, teraz czekam na Twoje teksty.

Dobra Cobro – jak dobrze, że jesteś i pobudzasz do działania. Dzięki za miłe słowo i nagrodę, która zrobiła furorę wśród rodzinki. Pomiędzy świątecznymi posiłkami z przyjemnością biegaliśmy po boisku.

Purpurze – z komentarza wnioskuję, że jesteś dość wymagającym czytelnikiem, tym bardziej się cieszę, że dwukrotnie przeleciałeś tę historyjkę i zechciałeś pozostawić komentarz. Dzięki wielkie i do zobaczenia u Ciebie.

Pozdrawiam lekko zmartwiona "świetną" najgorszością.
purpur dnia 10.01.2016 14:32
Czy wymagającym... aż tak bardzo chyba nie, natomiast lubię gdy tekst który czytam sam w sobie powoduje chęć kontynuacji zaglądania w kolejne zdania. Fakt sporo oglądam różnych tekstów, przyglądam się, oceniam sobie, dotykam... A twój, mimo iż przecież napisany pod określony temat, sugerujacy watlosc treści taki nie był... czytając miałem wrażenie, że jest tu sporo uśmieszku autora, ze sporym dystansem napisany i do tego w ładny sposób. Zakończenie świetne, jeśli chodzi o temat konkursu, bo przecież miało być najgorsze... Całość z wyczuciem , bez presji. Ciężki temat był!

Nie zrozum mnie źle , nie roznioslo mnie na strzępy :) Ale biorąc pod uwagę temat konkursu to chybA dobrze ;)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
RafalSulikovski
19/08/2019 07:10
:) :) :) »
Kushi
18/08/2019 19:30
Wiolinku Czarodzieju, wiesz, że jesteś jednym z nielicznych… »
Kushi
18/08/2019 19:24
Hej Besko... pierwsza zwrotka jak najbardziej na tak,… »
Decand
17/08/2019 23:53
Nuira - błądzić jest rzeczą ludzką. Przy czym chętnie… »
domofon
17/08/2019 20:13
Jola S. , chyba się dzisiaj upiję. Wielkie dzięki Pulsar,… »
Pulsar
17/08/2019 18:12
Dostosuję się. Nie nadam, na nikogo w życiu nie nadałem.… »
Bartek Otremba
17/08/2019 18:10
Niestety nie mogę zmienić tytułowego pytania :) Dodałem… »
pociengiel
17/08/2019 17:56
Ile razy to robiłeś własnym sumptem? Zwykle pozostaję… »
Pulsar
17/08/2019 17:34
Dla mnie rozpiska , czyli wersyfikacja fatalna. źle się… »
Pulsar
17/08/2019 17:27
" Pola " Muńka . Jeśli o tego samego biega… »
Pulsar
17/08/2019 17:18
Dużo tracimy przesypiając różne sytuacje, c później są nie… »
pociengiel
17/08/2019 17:12
Dla mnie Munkiem. »
Pulsar
17/08/2019 17:05
Znowu Pan Bóg w poezji »
Pulsar
17/08/2019 16:56
kim jest Marcin Sztelak? »
JOLA S.
17/08/2019 12:59
Al, na świecie jest dużo religii, proszę Pani. Gdyby była… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
  • Dobra Cobra
  • 13/08/2019 15:03
  • Niektórzy znow wierzą, że jak zostawisz 40 komentarzy różnym osobom to te 40 osób wróci do ciebie i da tobie takze 40 komentów
  • Dobra Cobra
  • 12/08/2019 18:38
  • Najprostsza rzecz to załatwić sobie klakierów ;)
  • Joefrind1
  • 11/08/2019 00:51
  • Nikt nie komentuje mojego wiersza :(
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 20:52
  • A to przepraszam, juz nie przeszkadzam
  • Dobra Cobra
  • 10/08/2019 19:20
  • Prozaicy piszą kolejne wersy, poeci kolejne rymy spisują. Nikt nie ma czasu ma oglądanie pogody, gdy Ojczyzna w potrzebie.
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 16:25
  • Ale dzisiaj fajna pogoda
Ostatnio widziani
Gości online:14
Najnowszy:8milae641ro2
Wspierają nas