Kimkolwiek jesteś, Suzie - mike17
Proza » Miniatura » Kimkolwiek jesteś, Suzie
A A A
Od autora: Czy to, co widzimy, jest tym, co naprawdę widzimy? Czy wszystko można wytłumaczyć racjonalnie? Czy może istnieje "przestrzeń" na inne interpretacje, na wielowymiarowość, całą gamę barw między czernią i bielą, gdzie nic nie wydaje się jednoznacznie oczywiste? Czym stać się może życie człowieka, któremu Los nie pobłogosławił? W końcu: czy istnieje przypadek, czy tylko Przeznaczenie? To wszystko w mojej najnowszej miniaturze. Zapraszam do lektury i dzielenia się refleksjami :)

 

                                               
 
 
 
 
Urodziłem się jako wcześniak, słaby i wątły, ledwie trzymający się życia.
Lekarze twierdzili, że przez resztę ziemskiej wędrówki będę borykał się z groźnymi chorobami, bo złośliwa natura nie okazała mi zbyt wiele łaski: wyposażyła w to, czego nigdy nie powinna była dawać, niejako zakpiła w żywe oczy, bo czemu właśnie ja miałem nieść swój krzyż cięższy niż inne?
Dość szybko poczułem jego gorzki smak, a dokładnie smaków wiele, gdyż jak puszka Pandory rozlał się wszech bólem po każdej cząstce jestestwa, wtargnął do mózgu, do krwi.
 
Jako najmniejszy w klasie i niezbyt rozgarnięty, siedziałem w ostatniej, oślej ławce.
W trakcie lekcji odwracali się, i ordynarnie śmiejąc, patrzyli na mnie jak na durnego mutanta, który spadł nagle z Księżyca i merda idiotycznie nóżkami w szkole, gdzie chodziła sama elita, kwiat młodzieży, nie jakiś nędzny miękisz z zatęchłych czynszówek.
Gdy dzwonił dzwonek, czułem, że to już zaraz się zacznie, oni wybiegną na korytarz i krzykną jak banda nieomylnych sędziów: „Debil, debil!”
Nawet kanapki miałem gorsze, bo z białym serem, nigdy z szynką czy salami, nie mówiąc o coli, o której mogłem tylko pomarzyć, podczas gdy oni opijali się nią do oporu, każąc mi na to patrzeć, gdyż wiedzieli, ile niewypowiedzianego cierpienia mi to wówczas przysparzało.
 
Po raz pierwszy ujrzałem cię, Suzie, jak siedzisz uśmiechnięta na puszystym dywanie i bawisz się szmacianymi lalkami, gładząc je jak najczulsza matka, w noc pełną majaków.
Miałaś ciemne włosy i jasne oczy, pełne radosnego blasku, kojącego mój lęk przed światem.
Drobne rączki gładziły powietrze, w którym szukałaś mnie.
Nie wiem, ile razy śpiewałaś mi tamtą piosenkę, co tak często leciała wtedy w radio, próżno by liczyć, ale czułem, że nigdy tak już nie zaśpiewasz, nie powtórzy się chwila dana tylko nam, wtedy, w lipcu, gdy za oknem świat całował upałem, a ja, miałem tylko ciebie, i kolejną klasę do powtórzenia.
- Debil, debil! – szło korytarzem, kiedy kończył się rok szkolny.
Nie mówiłaś do mnie, nigdy nie poznałem zdań ułożonych w poezję myśli, co w tobie żyły.
Twój głos jakże nieodgadniony, był jak ląd, na którym nie postawiłem dotąd stopy.
Leżąc na łóżku, patrzyłem w sufit, a tam twoja roześmiana twarz zdawała się szeptać: „Czekam, aż razem pobawimy się w mojej piaskownicy. Dam ci się pocałować. I wtedy to odejdzie. To, z czym żyjesz od samego początku. Jakby tego nigdy nie było…”
 
Po tym, jak w wielkim mozole ukończyłem podstawówkę, znalazłem licho płatną pracę w śmierdzącym wilgocią sklepie, pewnie dlatego, że tylko tam mogli zatrudnić takiego nieuka jak ja, wiecznie potykającego się o własne sznurowadła, w kiblu nakłuwającego palec, by zbadać poziom cukru, a na ulicy niepotrafiącego nawiązać kontaktu wzrokowego z ostatnim, zapyziałym lumpem tego świata.
Szybko nauczyłem się obsługiwać kasę, z uśmiechem na twarzy wydawałem resztę, przyjmowałem pieniądze i myślałem, że złapałem samego Boga za nogi, bo wiele od życia nie chciałem, aż do dnia, kiedy opasły, spocony grubas z dzikim wytrzeszczem wpadł pod wieczór z nożem w dłoni i krzyknął, bym dawał cały szmal, bo jak nie, to mnie potnie.
Poczułem, jak mocz ciepłą strugą spływał mi po nogach, kiedy bezwolnie dawałem banknoty.
- I morda w kubeł, kurwa, zrozumiano? – wysapał, wysmarkując nos na podłogę.
- Tak – odpowiedziałem drżącym głosem, patrząc, jak zabiera ze sobą swój mięsisty tyłek.
- Bo jakby co, to tu wrócę i ci łeb rozwalę, śmieciu. Znajdę cię na końcu świata.
 
Kiedy potem pojawił się szef, powiedział niewiele, lecz wyjątkowo bezwzględnie, miotając dookoła okrutne spojrzenia, jakby ktoś zabił mu matkę ruską harmonią:
- Wypierdalaj stąd, cukrzyku jebany, a o pensji zapomnij. Won, bo jeszcze po ryju dam.
- Ale, proszę pana…Ja tu prawie miesiąc…
- Milcz, jak do mnie mówisz, jasne?
Tak skończyła się moja krótka i jakże mało udana przygoda z pracą w handlu, choć jeszcze dane mi było zaliczyć kilka trefnych miejsc – wszędzie, wcześniej, czy później, wylatywałem z hukiem, bo urodzić się pod podłą gwiazdą to nie żart, to nie smętne urojenie, to najprawdziwszy fakt, taki sam, jak to, że ziemia jest okrągła i oblewają ją liczne oceany.
Mnie towarzyszył sromotny pech i brak jakikolwiek perspektyw: każdego dnia budziłem się z poczuciem winy, rozlewającej się po umyśle jak mocna trucizna, że znów coś spieprzyłem, lub kazano mi spieprzać, i stan ten trwał i trwał, gdzieś obok mijały lata, aż…
 
- Masz prawo jazdy? – spytał Kościsty Fred, facet, który miał w sobie dobroć.
- Mam. Kupiłem od takiego jednego. Ale obiecuję, że…
- Będziesz jeździć autobusem. Dużym i czerwonym. Tylko nie schrzań tego. Wchodzisz w to, mały?
- Potrzebuję forsy na czynsz za pokój, w którym mieszkam. Jestem cienki na kasę.
- To chyba jesteś w domu.
- Gdzie?
- A rodzina?
 
To pytanie nie powinno było paść, a słowo „rodzina” jawiło mi się jak kupa świeżego gówna.
Nigdy nie zapomnę obrzydliwego smrodu, jaki panował w domu dziecka, gdzie spędziłem pierwsze lata życia, zanim adoptowano mnie, wiecznych bójek tuż po zgaszeniu światła, trepów, bijących nas na oślep linijkami, ohydnego, śliniącego się dyrektora, lubiącego poczuć małą, dziecięcą dłoń na nabrzmiałym, pulsującym rozporku, wsadzającego gorący język do ucha, a potem nakazującego pełzać po podłodze, gdy on od tyłu dotykał i lubieżnie sapał.
I kiedy masturbował się, każdy z nas wiedział, że nie będzie już bić, że możemy wracać do siebie, bo on dostał to, czego chciał, i gasł kolejny dzień w przybytku lęku i upodlenia.
 
Rodzina, która mnie adoptowała, pewnego dnia stwierdziła, że mam się wynosić.
Poszedłem w świat, obcy mi, niezrozumiały, pełen dziwnych twarzy, gestów, słów.
 
Widziałem cię, Suzie, jak siedzisz w małym, wiejskim kościółku i dziękujesz Bogu za miłość.
Za to, że pewnego dnia pojawiła się na twojej drodze, i jak piękny skarb, pozostała.
Miałaś już siedemnaście lat, różowy beret i wydatne, zmysłowe usta, pociągnięte czerwoną szminką, która kojarzyła mi się ze spełnieniem, jakie pojawi się, gdy w końcu czuły Los splecie nasze dłonie – nie miałem cienia wątpliwości, że to tylko kwestia czasu.
W marzeniach całowałem tę niezwykłą czerwień, namiętnie, rozpaczliwie, jakby świat miał się zaraz skończyć, bo była wszystkim, co wtedy miałem.
Już cię kochałem, każdym oddechem, każdym spojrzeniem w przyszłość.
Coś szeptało, że nic nas nie rozdzieli, ani czas, ani źli ludzie, będziemy tylko my, nierozłączni.
A twoja młoda twarz patrzyła roziskrzonym spojrzeniem: „Kochany, kiedy przyjdziesz? Ja już tak długo czekam, i to czekanie bardzo mnie męczy, bardzo…”
 
Ktoś kiedyś w domu dziecka powiedział mi, gdzie szukać, podał nazwę wsi.
Czasem podobno warto cofnąć czas, cokolwiek by to nie znaczyło, żeby nie trwać do końca życia w bolesnych rozmyślaniach nad tym, że jedyna szansa przeszła bezmyślnie koło nosa, bo są rzeczy, co do których należy mieć absolutną pewność, nawet, jeśli cuchną.
Pojechałem, choć nie miałem żadnych nadziei, bo niby na co, po tylu latach, kiedy żyłem życiem, którego nie było, i podświadomie rwałem się jak ćma do światła ku prawdzie.
A ona nawet na mnie nie czekała, była, jak zasrany kibel na wszawym zadupiu.
- John Brown? – spytałem, doskonale wiedząc, z kim rozmawiam.
- Tak – odparł szpakowaty kurdupel w za dużych, szarych kaloszach, o wzroku onanisty.
- Dlaczego?
- Co „dlaczego”?
- Wiesz… To ja, Mike, ojcze.
- A chuj ci w dupę, bękarcie.
 
Rozmyte, debilne postacie, wypite piwa, dziwne, kolorowe pigułki, ogłuszająca muzyka…
Ile to lat, pięć, siedem, a może więcej?
Gdzieś, po drodze wskazówki zegara zapętliły się w osobliwą matnię.
Tuż po czterdziestce coś mnie tknęło: młody człowieku, zarzygasz całe swoje życie?
Przepieprzysz je na płaskich, komiksowych twarzach, których nad ranem nie pamiętasz?
Na niegodziwych obietnicach: „Ja ciebie, do końca, po czasu kres…”
Obok zmieniały się pory roku i nie dawały ukojenia, choć bardzo na nie czekałem – było poza zasięgiem, jak marzenie, które jest w głowie, ale nijak nie może się stamtąd wydostać.
 
Ten obraz zaistniał bardzo wyraziście, jakbyś była tu ze mną, w moim pokoju.
W bujnym rozkwicie rysów twoje oblicze nabrało dojrzałości – nie byłaś już młodą dziewczyną, która towarzyszyła mi od lat, od wieczności, odkąd poczułem po raz pierwszy, że są lepsi ode mnie, a ja, dziecko z przypadku, na przypadek tylko mogę liczyć, nie na łaskę losu, co gardził mną od dnia narodzin.
Ty się zmieniałaś, ja się zmieniałem, gdy obok gasły dni i noce, samotnie, w ciszy.
Jednak byłaś we mnie jak bukiet najpiękniejszych słów, jak krew żywa i niosąca radość.
Kobieta w rozkwicie – tak bym cię wówczas określił, jakże moja, jakże wyśniona.
Nawet nie wiesz, Suzie, jak bardzo mi ciebie brakowało.
W twoim uśmiechu kryła się obietnica, i już wiedziałem, że jeszcze miesiąc, może dwa…
Ale ile przyjdzie jeszcze żyć?
Może nie zdążymy?
Może miniemy się?
 
Życie jednak poszło swoją drogą.
Założyłem rodzinę z kobietą, która ciemną, listopadową nocą złapała mnie na dziecko.
Patrzyłem w gwiazdy i marzyłem, by narodzić się na nowo, w ciele atlety, w mózgu geniusza, we wrażliwości chama, którym nie umiałem być, choć pewnie wyszłoby mi to na dobre.
Gdy nagle zacząłem siwieć, zrozumiałem, że za daleko to wszystko zaszło – nadal byłem tylko kierowcą dużego, czerwonego autobusu, owszem, miałem, gdzie mieszkać i co jeść, ale inni posiadali to, czego mnie brakowało, choć tak niewiele potrzebowałem do szczęścia.
 
Któregoś dnia, kiedy wróciłem z daleka do domu, nieświadom niczego, zastałem go prawie pustym – moja pretensjonalna, byle jaka żona najzwyczajniej okradła mnie i uciekła z dzieckiem, gdzieś w nieznane, pozostawiając po sobie smród lichych perfum i niesmak.
Usiadłem wówczas wygodnie w ulubionym, zielonym fotelu, zapaliłem papierosa i wybuchnąłem radosnym, beztroskim śmiechem:
- Na zdrowie, kochanie, na zdrowie, ty pusta lalko! Tylko nie waż się wracać! Nie zamierzam cię szukać – i tak zbyt długo znosiłem cierpliwie twoją durną osobę i kiczowate ubrania, kretyńskie okulary i nudne do bólu opowieści, jak to było dziś u fryzjera, który na imię miał tak lub siak i posiadał piękne, niebieskie oczy, czy u nieznanej mi absolutnie manikiurzystki, co tydzień temu urodziła w taksówce bliźniaki, jadąc do ciotki na imieniny, gdzie jedzono gromadnie łososia w galarecie, zakąszając doskonałym ogórkiem kiszonym oraz oliwkami z Hiszpanii. To zabiłoby nawet poczciwego, drewnianego konia na biegunach. Co za ulga. Jak to dobrze, że już cię nie ma.
 
Nie miałem nic, tylko nocne widziadła, co spływały na mnie radosną kaskadą, niczym zapowiedź losu, który po latach posuchy obiecuje ciepły, obfity deszcz, ukojenie bólu, co jak rak żył w ciele przez puste miesiące, nijakie tygodnie, niezapomniane w swej szarości wtorki i soboty.
 
Był taki dzień, jakich wiele, byle jaki, bez wyrazu, niewarty wspomnienia.
Spłynął cicho jak grudniowy śnieg, przyszedł znienacka jak złodziej.
 
Nigdy nie byłem zbyt rozgarnięty, ale pewne rzeczy rozumie się same przez się.
Wtedy ujrzałem swą postać na szpitalnym łóżku… i na ślubnym kobiercu.
 
Pielęgniarka jakże lekko i od niechcenia odczytała mój wiek: pięćdziesiąt osiem lat.
Czyżbym był aż tak stary, tak nadgryziony zębem czasu?
Kiedy to nastąpiło, kiedy srebro zagościło na mojej głowie, a twarz pokryła się bruzdami?
Przecież przed chwilą… przed małą chwilą byłem tam, w domu dziecka, ja, Mike Brown, porzucony przez rodziców wcześniak, zbędny balast, ktoś, kto nie powinien się nigdy narodzić, grający od samego początku w przegraną grę.
Nie jestem starcem, jestem wciąż młody, wiem, bo ten ogień jeszcze nie zgasł.
Lekarz mówił coś o śpiączce cukrzycowej, że kiepsko ze mną, może już nigdy…
Pytał, czy mam rodzinę, kogo trzeba zawiadomić, jeżeli…
Odpowiedziała cisza, ona wie najlepiej, bywa, że to jedyny sędzia w ludzkich sprawach.
 
Nasze kochanie to moje życie, każda jego cząstka, mała chwila, kiedy byłaś w mroku umysłu, gdy podły świat gnoił mnie, dzień po dniu, a ja pełzałem jak robak.
Bez ciebie, Suzie, nie dałbym rady przez to przejść, upadłbym na pierwszym kroku.
Dawałaś mi siłę, jakiej nigdy we mnie nie było, żył tylko lęk, który ty pędziłaś precz.
A kto szeptał, że pewnego dnia dane nam będzie się spotkać, dotknąć, pocałować?
 
I wtedy, latem, ujrzałem cię, jak stoisz pośrodku rzeki i zapraszasz mnie ruchem ręki.
Nie tonęłaś, czyż to nie dziwne?
Nie unosił cię prąd, jakbyś znajdowała się na suchym lądzie.
Byłaś taka piękna i świeża, podczas gdy ja wyglądałem przy tobie jak starzec.
Jak to możliwe – dla ciebie czas stanął w miejscu?
Miałaś na sobie suknię ślubną, ja szpitalną piżamę.
Czułem, że życie wróciło, pierś znów oddychała lekkością, nic nie gniotło duszy.
I nawet starość już nie robiła na mnie wrażenia.
 
Pewnego wiosennego dnia, siedząc samotnie na szpitalnym łóżku, patrzyłem nieruchomo w ścianę, jakbym szukał tam odpowiedzi na najważniejsze pytania życia.
Była niedziela, jedna z tysiąca niedziel - dużo czasu do zabicia, lecz nie miałem na to siły.
Coś szeptało mi, że wróciło trzeźwe myślenie, niezachwiana niczym pewność, że mogę w końcu się z tobą spotkać, teraz nic nam już nie przeszkodzi, nadeszła właściwa godzina.
Jeden z lekarzy ze zdumieniem stwierdził, że to niespotykana iluminacja, bo przecież w moim stanie, sama rozumiesz…
 
Cichaczem wymknąłem się ze szpitala pewien, że nikt mnie nie widział, i postanowiłem przejść się brzegiem rzeki, która bardzo przybrała, niosąc szarą, mętną wodę.
Idąc, nie miałem żadnych myśli, ruchy nóg niosły mnie przed siebie, donikąd.
Czasem, jakby w ocknieniu, patrzyłem na brudną rzekę, mroczną w swej potędze, wijącą się ciemnymi warkoczami, szaloną w owej minucie i jakże niebezpieczną.
 
Dziwne…
Nigdy nie nauczyłem się pływać, zawsze panicznie bałem się wody, paraliżował mnie strach przed utonięciem, lęk przed śmiercią w ten sposób, tragiczny i bezmyślny, groteskowy.
W owej, dziwnej chwili myśli umarły.
 
Odległy, daleki świat, który mnie już nie widział, oddalał się coraz bardziej z zawrotną prędkością, w miarę, jak powoli brnąłem dalej i dalej w rzekę.
Woda sięgała mi już po pas, po piersi, po szyję…
Tego dnia po raz pierwszy się jej nie bałem.
 
Wtedy ujrzałem cię, jak stoisz tam, na środku, i wzywasz mnie ku sobie.
Czule, namiętnie, jakbyś chciała, by lata mego upodlenia poszły w niwecz.
Odkąd pierwszy raz weszłaś do mojej głowy, odkąd staliśmy się nierozłączni.
Zauroczony patrzyłem na ślubną sukienkę – czyżby dla mnie?
A jednak, Suzie.
U schyłku życia dane mi będzie poślubić tę, której oblicze widziałem od zawsze?
I tylko wodny żywioł między nami, tylko on, aż on…
 
W pewnej chwili dałem krok naprzód i woda zakryła mnie cichym poszumem.
Gdzieś w górze rzeka niosła swój nurt dalej, monotonnie i niewzruszenie, jak gdyby nic nie zakłóciło rutyny jej biegu, jakbym nigdy nie istniał.
Szedłem jeszcze po dnie kilkadziesiąt sekund i wtedy…
 
Zobaczyłem rzekę niejako z boku, z brzegu, jakbym był obojętnym obserwatorem.
Potem byłem w domu, spokojny i pewien, że wiem, co mam zrobić.
Zastałem go cichym i czystym, tonącym w błogim wyciszeniu.
Odnalazłem tam mały, niepozorny obrazek, szkic w zasadzie, który popełniłem pewnego dnia ołówkiem, myśląc kiedyś o tobie, w sekundzie, kiedy mój świat walił się na łeb, na szyję.
 
Byłaś…
 
Uśmiechnąłem się pod nosem, odkładając kartkę.
Spokojny usiadłem w zielonym fotelu, tym samym, w którym tak lubiłem przesiadywać, kiedy jeszcze żyłem.
 
 
 
17 stycznia 2016
 
 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 04.02.2016 13:24 · Czytań: 974 · Średnia ocena: 4,89 · Komentarzy: 58
Komentarze
Usunięty dnia 04.02.2016 13:44
To imię, Suzie, oraz całe to opowiadanie kojarzy mi się z filmem "Nostalgia anioła" (książki nie czytałam), który bardzo mnie wzruszył. I twój tekst także bardzo mi się podoba :)
mike17 dnia 04.02.2016 13:54
Bardzo Ci dziękuję, Sanai, za wizytę i pozytywną opinię :)
Cieszę się, że mój tekst się podobał.
To dla mnie bardzo cenne.

Pozdrawiam :)
Miroslaw Sliwa dnia 04.02.2016 15:02 Ocena: Świetne!
Witaj Michale.

Każdy z nas ma jakieś swoje świrdy-dyrdy, swoje, mniej lub bardziej zakręcone idee - fixe, no i oczywiście, one są tylko nasze. Ukrywamy je w najgłębszych zakamarkach serc i umysłów i nie ma tak, że pozostają one bez wpływu na nasze życiorysy. Prawie na pewno odgrywają one decydujące role w podejmowanych przez nas ważnych i tych mniej ważnych decyzjach życiowych.

Twój tekst to właściwie archetypiczny portret każdej istoty ludzkiej. Okey, tutaj jest konkretny los. Jakiś ludzki dramat zakończony tragedią. Jego odmienność pozwala czytelnikowi odetchnąć z ulgą i stwierdzić: "Dobrze, że to nie ja". Tylko czy aby na pewno powinniśmy być tacy spokojni?

Ale tak to już jest; człowiek to splot różnorakich emocji, w które ewolucja wplątała jakiś jeden procent logiki, a to właściwie sprawę skomplikowało jeszcze bardziej.

Cóż, jesteśmy jacy jesteśmy, ale przyglądajmy się sobie uważnie. Kto wie co tam znajdziemy na dnie naszych dusz.

Bardzo interesujący tekst, który, Co w Twoim wypadku naturalne, świetnie się czyta.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
faith dnia 04.02.2016 15:08
Dziwnym jest, że akurat dziś trafiłam na to opowiadanie...
Akurat dziś, gdy naszła mnie podobna refleksja, jaką tutaj zawarłeś, Michale.
Czy istnieje jednak coś takiego, jak życiowa predestynacja?
Może już z góry jest nam przypisany pewien model bytności.
Mówi się przecież, że ktoś jest w czepku urodzony, a innemu wciąż wiatr wieje w oczy.

Czy istnieje na to pytanie konkretna odpowiedź? Chyba wszystko zależy od tego, w co wierzymy.

Kimkolwiek jesteś, Suzie - no właśnie, kim ona była? Jakąś drugą stroną życia Mike'a, tą lepszą. Marzeniem, które rozjaśniało jego dni... Może sensem, po który nigdy nie odważył się sięgnąć? Była przyjaciółką, dorastającą wspólnie z nim.

Świat rzeczywisty nie był na Mike'a łaskawy, zazwyczaj nawet nie zastanawiamy się nad losem takich ludzi. Często oceniamy ich powierzchownie. Uważamy nawet, że jeśli ktoś nie grzeszy urodą, z pewnością nie ma nic ciekawego do powiedzenia, nie zainteresuje nas.
A takie osoby są nierzadko posiadają bogate wnętrze i są bardzo wrażliwe. Również to pokazujesz w sowim krótkim opowiadaniu i chwała Ci za to.

Zakończenie, jak to często u Ciebie bywa, można odczytywać dwojako. Mimo że umiera główny bohater, to czy rzeczywiście jest to smutne zakończenie. Czy nie napawa pewną nadzieją? Mike odszedł, bo sam tak chciał, do świata, który kochał go zdecydowanie bardziej niż ten ziemski.

Cytat:
w szko­le, do gdzie cho­dzi­ła sama elita,

- przeoczyłeś :)

Cytat:
za­rzy­gasz całe, swoje życie

- i tu

Po raz kolejny czuję, że nie zmarnowałam ani minuty, spędzając czas u Ciebie. Bo każde opowiadanie to historia, z której, jeśli tylko ktoś chce, może wynieść wiele dla siebie.
Będę tu wracać, czytać opinię innych, weryfikować swoje.

Pozdrawiam Cię ciepło w deszczowy i płaczliwy dzień...
mike17 dnia 04.02.2016 15:46
Witaj, Mirku, pod tą miniaturą o losie człowieka, niezwykłego w swej szarości :)
Każdy się wzdrygnie - dobrze, że to nie ja - jak napisałeś, bo każda odmienność, i ta fizyczna, i psychiczna, działa odpychająco na innych i wzbudza lęk lub odrazę.
Najłatwiej krzyknąć "debil".
Mike był inny, ale czy gorszy?
Czy pod względem człowieczym był "pariasem"?
Outsiderem?
Wątpię.
Nie chcę na razie tłumaczyć moich tajemnic odnośnie tekstu, ale sam pomysł wcale nie był taki oryginalny - przecież w "Nic śmiesznego" Adaś wraca po śmierci i opowiada swoje nieudane życie.
W "Szóstym zmyśle" bohater również wraca z zaświatów, tyle że nie wie, że umarł.
Czy Mike wie o swojej śmierci, wie, mówi o tym ostatnie zdanie.

Ilu takich wśród nas żyje?
Ilu przejdzie przez życie na kolanach.
Ilu nie dożyje nawet jednego szczęśliwego momentu w życiu.

Kasiu,

Wiesz już, że mam hopla na punkcie linii przeznaczenie-przypadek, i tu też chciałem dać temu wyraz.
Już pierwszym fermentem, jaki chciałem zasiać, był tytuł.
Tu jest wiele wskazówek, aczkolwiek wiem, że interpretacji może być wiele, nie chciałem "zamykać" tekstu w podanej na tacy odpowiedzi, niech będzie ona kwestią indywidualną każdego czytacza :)
Słusznie zauważyłaś, że ludzie jak Mike mają często bardzo bogate życie wewnętrzne.
Tam uciekają przed podłym światem, tylko tam czują się bezpieczni.
Stosunki z tzw. normalnym światem bywa dla nich nieznośny, aczkolwiek od razu dementuję pewną rzecz, by nie zaciemnić opka - Mike nie był schizofrenikiem.
Uformowanie tej postaci w tym kontekście byłoby pójściem na łatwiznę, a tego nie chciałem.
I tu jest pies pogrzebany.
faith napisała:
Mike odszedł, bo sam tak chciał, do świata, który kochał go zdecydowanie bardziej niż ten ziemski.

Czyż można by go nazwać jeno nieszczęśliwym topielcem-samobójcą?
A świat, który wówczas otworzył przed nim swe wrota, był piekłem, czy "przejściem" w lepszy wymiar trwania?
Mike po utonięciu wraca do siebie, dosłownie i w przenośni :)

Literówki zaraz poprawię - dzięki za info, jak mogłem tego nie widzieć, brrr :)

Bardzo dziękuję Wam za bycie z nami w naszych pokręconych światach :)
Joan Mart dnia 04.02.2016 18:06 Ocena: Świetne!
parafrazując: ruchy gałek oczu prowadziły mnie bezwiednie po kolejnych wersach, wprowadzając w psychodeliczny stan ;)
a już na poważnie, bo taka to jest historia:
strasznie smutna opowieść, o tym jak okoliczności zewnętrzne pokonują człowieka, zwł. że we mnie nieustannie jest wiara, że ostatecznie sami kształtujemy swój los, my dokonujemy wyborów, ale też mam świadomość, że łatwo jest mi tak mówić, gdy moje okoliczności zewnętrzne sprzyjają tym wyborom
no i ta wiara w cud - że jest ktoś, kto nas uratuje, a życie płynie na taplaniu się w błocie z wizją krystalicznej wody górskich strumieni
wiesz co, bardzo mi się smutno zrobiło
poza tym, że historia daje kopa i zmusza do refleksji, to takie teksty są dobrą szkółką pisania
pozdrawiam

ps. 1. nauczona doświadczeniem, za Twoje teksty biorę się, gdy mam ciszę, spokój i czas - wciągasz w swój świat bez ostrzeżenia i nie puszczasz do końca
szacun
ps. 2.
mike17 napisał:
Czyż można by go nazwać jeno nieszczęśliwym topielcem-samobójcą?
- nie wiem, jaki był Twój zamysł i intencja, ale ja odczytałam ten fragment z iluminacją - że tak na prawdę to on zmarł na tym szpitalny łóżku
Cytat:
że mogę w końcu się z tobą spo­tkać, teraz nic nam już nie prze­szko­dzi, na­de­szła wła­ści­wa go­dzi­na

i to właśnie jego dusza, czy cokolwiek zanurzyło się w tej wodzie - dla mnie woda zawsze przynosi ukojenie - tę niezwykłą ciszę, spokój i delikatność i chyba tak to sobie skojarzyłam ze spokojnym umieraniem, czytając ten fragment
niemniej, jak mówię, cokolwiek autor miał na myśli, na czytelniku wywarło to takie wrażenie
mike17 dnia 04.02.2016 18:48
Ale koment, Asiu!
Warto było napisać tę miniaturę :)
Joan Mart napisała:
strasznie smutna opowieść,

Tacy ludzie żyją wśród nas, i uważam, że trzeba o nich pisać.
Mnie osobiście nie bawi pisanie wesołkowatych tekstów, bo sam z natury jestem wesoły, więc już na płaszczyźnie literackiej byłoby to przegięciem - optuję ku temu, co w człowieku jest ważne, i to ujmuję w słowo.
Joan Mart napisała:
no i ta wiara w cud

Czy to aby był cud?
Ciągle zadaję to pytanie.
Mógł być, ale czy koniecznie ta wersja?
Joan Mart napisała:
wciągasz w swój świat bez ostrzeżenia i nie puszczasz do końca

Bo o to mi właśnie chodzi :)
By Czytelnik wszedł w mój wymiar i już tam pozostał.
Joan Mart napisała:
że tak na prawdę to on zmarł na tym szpitalny łóżku

To ciekawa interpretacja.
Bardzo wiarygodna, bo ja nie podaję póki co żadnej.
Joan Mart napisała:
i to właśnie jego dusza, czy cokolwiek zanurzyło się w tej wodzie

I tu jestem na "tak" - tak mogło być, choć...
Każdy z czytających może odebrać to inaczej.
Joan Mart napisała:
tę niezwykłą ciszę, spokój i delikatność

Zgadłaś!
Wybrałem motyw wody jako kojący, taki biorący w czułe objęcia.

Joan Mart napisała:
cokolwiek autor miał na myśli, na czytelniku wywarło to takie wrażenie

Kłaniam się w pas :)

Asiu, raz jeszcze dziękuję za tak ciekawe spostrzeżenia.
Dzięki temu te teksty żyją.
Mają rację bytu literackiego.
To mnie rozwija, napędza, a gdy coś schrzanię, każe przystanąć i poprawić, dzięki czytelnikom, rzecz jasna :)

Pozdrawiam :)
Joan Mart dnia 05.02.2016 08:47 Ocena: Świetne!
to co mnie fascynuje albo śmieszy to czytam po kilka
ależ mi ten teks zapadł na umyśle
i już wiem, co mnie tak męczyło po pierwszym czytaniu - Suzie to Śmierć, która towarzyszy bohaterowi w jego "ujowym" życiu
mike17 dnia 05.02.2016 09:01
No, Asiu, bravo, jedną z wersji idealnie odczytałaś :)
Suzie mogła być Śmiercią :)
Bernierdh dnia 05.02.2016 11:53
Świetny tekst. Piszesz wspaniale, ale jestem pewien, że o tym wiesz. Przez te zdania się nie płynie, tylko w nich zanurza, a potem chłonie - i wchłonięte pozostają na bardzo długo.
Mike Brown jest bardzo żywy, prawdziwy, ale jednocześnie jest w nim coś uniwersalnego - tak łatwo się z nim utożsamić, tak łatwo znaleźć w sobie coś z jego demonów.
Suzie - kimkolwiek jest. Tak jak Joan widziałem ją jako Śmierć, niektóre zdania mocno kierują na tę interpretację. I ta wersja jest piękna, w pełni zadowala, ale gdybym nie miał przed oczami żadnej, żadnego pomysłu, to też byłoby dobrze. Mike tęsknił do Suzie. Ona pomagała mu przetrwać, była jego nadzieją, że jeszcze będzie lepiej, że skończą się cierpienia i pustka w jego życiu. Chyba każdy za czymś tęskni.
To opowiadanie posiedzi jeszcze w mojej głowie.
Pozdrawiam cię serdecznie.
mike17 dnia 05.02.2016 12:08
Witaj, Bernierdh, akurat się zalogowałem, a tu nowy koment :)
Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa, ale człek całe życie się uczy i tak musi być.
Czuję się spełniony, jeśli tak łatwo przeszedłeś przez tę opowieść.
Zawsze przed publikacją myślę, czy czegoś nie schrzaniłem, a jeśli nie, tom rad :)
Zależało mi na płynności, by nie było "lania wody", a sam konkret.
I ta wielopłaszczyznowość tego, co działo się w smutnym życiu Mike'a.
Masz rację - on ma w sobie coś uniwersalnego: ilu takich nieszczęśników żyje wśród nas, a nawet o nich nie wiemy...

Suzie, kim była, hm...

Już mogę powiedzieć, że interpretacji jest kilka, ale nadal czekam na kolejne :)

Ta o Śmierci bardzo trafna, wiele mogło na nią wskazywać.
Taka "Miłosierna Śmierć".

I chciałem, by była to historia o wielkiej tęsknocie za prawdziwą miłością.
Każdy jej potrzebuje, nie każdy ją odnajduje.

Pozdrawiam Cię serdecznie :)
Lilah dnia 05.02.2016 19:14
Intrygujesz tymi swoimi opowiadaniami, Mike.
I to przeczytałam z ciekawością.
Serdecznie pozdrawiam, :) Lila
mike17 dnia 05.02.2016 19:33
Dziękuję, Lilu, za wizytę i przeczytanie :)
Intrygowanie to moja specjalność :)

Pozdrawiam wieczorowo!
bened dnia 06.02.2016 01:15
Nie wszystko da się wytłumaczyć racjonalnie.
Mike miał ewidentnego pecha, bo życie to jedna wielka loteria, w której jedni wygrywają, a inni przegrywają.
Nie było mu dane zaznać szczęścia, tego czego pragnął najbardziej czyli prawdziwej miłości, której spełnienie widział w Suzie.
Prawdopodobnie była jedynie obiektem jego wyobraźni, ucieczką od rzeczywistości, ulgą w cierpieniach, marzeniem stworzonym od początku do końca wyłącznie w jego umyśle, ale być może gdzieś ją zobaczył i utrwalił w pamięci, bo przecież jej bezskutecznie szukał.
Bardzo to smutna opowieść, pełna męczarni, boleści i niesprawiedliwości.
Dobrze, że nadmieniasz jak ciężki jest los sierot, bez poczucia bezpieczeństwa, konkretnego wsparcia, skazanych na zawodny system prawny. To bardzo ważny problem.
Gratuluję poruszającej historii.
Pozrawiam
mike17 dnia 06.02.2016 09:08
Witaj, Beniu, pod tą miniaturą pełną niewesołego życia i czegoś jeszcze :)
Jednak płonęło w nim to światło - Suzie.
Było z nim przed całe życie, aż do końca, ale czy końca naprawdę?
Czy utonięcie było dla Mike'a końcem?
A może to, co przedtem, to tylko mała, wieloletnia "rozgrzewka"?
Jakie byłoby jego życie bez niej, kim by był, w która stronę poszłaby jego psychika?
Na razie nie zdradzam jeszcze pewnych rzeczy.
Jak już mówiłem, Mike nie był schizofrenikiem, bardzo chciał kochać i być kochanym.
Całe jego jestestwo wyło za miłością.
Była Suzie, ale czy można tak to określić?

Dzięki wielkie za garść refleksji :)
Cieszę się, że udało mi się Ciebie poruszyć - taki miałem zamiar.

Pozdrawiam kawowo :)
bened dnia 06.02.2016 12:02
Śmierć jest wybawieniem, gdy przez całe życie umiera się z tęsknoty do czegoś nieosiągalnego, nie znajduje się nigdzie szczęścia i ukojenia bólu.
mike17 napisał:
Czy utonięcie było dla Mike'a końcem?

Dla niego był to dopiero początek i ratunek z pułapki realnego świata, w której uciśnieniu tkwił.
Być może kluczem do zagadki tajemniczej Suzie jest niezwykła iluminacja, rozumiana jako nagłe oświecenie, nadprzyrodzona moc i światło udzielone przez Boga, ostatnia wskazówka do innego, lepszego wymiaru, bez strachu i upokorzeń.
mike17 dnia 06.02.2016 12:28
bened napisała:
Śmierć jest wybawieniem, gdy przez całe życie umiera się z tęsknoty do czegoś nieosiągalnego, nie znajduje się nigdzie szczęścia i ukojenia bólu.

Suzie przyszła po niego w ostatniej godzinie życia, wierna, jak była mu wierną i lojalną przez całą jego ziemską wędrówkę.
Śmierć bywa dobra, miłosierna, dająca upragnioną ulgę, czasem spełnienie.

Kimkolwiek była Suzie, po utonięciu znów była przy Mike'u - zaznaczyłem to dyskretnym:

Byłaś

A może stanowiła realny byt tylko jemu dany, dla niego wyczuwalny, jako mechanizm obronny przed skurwiałym światem?
Widział ją w wyobraźni i w snach, nigdy na jawie, więc nie była omamem wzrokowym.
Ona żyła obok niego od zawsze, odkąd świat go znienawidził i po raz pierwszy upokorzył.
Jak Anioło Stróż.

Starałem się stylizować język miniatury: to, co Mike mówił do swojej ukochanej pisałem czułym, delikatnym stylem, zaś to, co dotyczyło jego smutnego życia, językiem szorstkim, momentami ciężkim i wulgarnym, co miało stanowić kontrast dla jego świata duchowego.

A może miało tu miejsce zjawisko znane jako imaginary friend?
Ponoć przemija wraz z dzieciństwem, ale nie zawsze - czytałem o kobiecie, która doświadczała tego przez całe życie, a była w pełni zdrowa psychicznie.

Co o tym sądzisz?
bened dnia 06.02.2016 13:01
mike17 napisał:
A może miało tu miejsce zjawisko znane jako imaginary friend?Ponoć przemija wraz z dzieciństwem, ale nie zawsze - czytałem o kobiecie, która doświadczała tego przez całe życie, a była w pełni zdrowa psychicznie.Co o tym sądzisz?


To właśnie miałam na myśli w swojej pierwszej wypowiedzi, pisząc o obiekcie jego wyobraźni :)
Takie przeświadczenie towarzyszyło mi podczas czytania.
mike17 napisał:
Ona żyła obok niego od zawsze, odkąd świat go znienawidził i po raz pierwszy upokorzył.Jak Anioło Stróż

Owszem opisywałeś Suzie w sposób delikatny,ale nasycając tekst erotyzmem, co nie do końca pasuje do stereotypu Anioła Stróża, ale w pewnym sensie była taką strażniczką i nieodłączną towarzyszką mikea, więc...
Quentin dnia 06.02.2016 13:13 Ocena: Świetne!
Odcienie szarości...

Już sam wstęp sugeruje nam bardzo wiele. Niektórzy sądzą, że życie nie składa się tylko z czerni i bieli. Większość stanowią mniej lub bardziej subtelne odcienie szarości. Ale tak twierdzą pesymiści ;)

Założenie, że w życiu jest tylko dobro i zło z natury jest straszne i prowadzić może do samobójstw, zabójstw, chorób psychicznych i potwornej nienawiści wobec siebie i innych. Myśleć tak i uznawać to za pewnik, to skazywać siebie samego. Niestety.

Mnie twój tekst jest bardzo bliski, Mike, bo odzwierciedla kilka obaw, z którymi muszę sobie radzić. I pewnie cała masa nas. Po pierwsze jest poczucie nierzeczywistości, gdzie fikcja wdziera się w nasze sprawy i czasem bierze górę nad rozsądkiem. Bierze się to z poczucia, że gdzieś kiedyś będzie żyło się lepiej, ale na pewno nie tu i na pewno nie teraz.

Po drugie pogoń za marzeniami powiązana ściśle z "po pierwsze". U ciebie jest to akurat chęć bycia kochanym i kochania. Jedna połówka jabłka marzy o tej drugiej i marzy. Lęk przed niepowodzeniem ( odrzuceniem, niespełnieniem) jest równie silny jak samo pragnienie miłości.

Po trzecie czekanie na ten właściwy moment. Ani się obejrzałem, aż nagle nastąpił koniec. Zaskoczyło mnie to tak samo jak głównego bohatera. Przykre, bolesne, ale prawdziwe.

Znowu stworzyłeś uniwersalną opowieść. Równie dobrze w miejsce Suzie w tytule moglibyśmy wstawić coś innego. Tekst uświadamia, jak bardzo mamy niesprecyzowane oczekiwania i pragnienia. W życiu może się coś udać, coś spieprzyć całkiem, ale nie zawsze jest tylko dobrze i źle. Bywa różnie w każdym razie. Wszystko zależy od nas, przeznaczenia, losu i pewnie jeszcze paru innych kwestii. Historia pozornie zwyczajna, ale przekaz będzie ponadczasowy, Maestro.

Chylę czoła przed geniuszem :)
Quen
mike17 dnia 06.02.2016 13:51
Beniu, oczywiście stwierdzenie "anioł stróż" było tylko w przybliżeniu, wiadomo, że Mike kochał Suzie swoją cichą miłością, ale czyż ci, którzy nas kochają nie są takimi naszymi aniołami stróżami?
A więc mamy już kilka odpowiedzi na pytanie, kim mogła być Suzie.
A może była po prostu bytem, który "stamtąd" przyszedł do niego, wszedł do głowy i duszy, jemu pisany, jak druga połówka jabłka?
Może po śmierci Mike'a żyli "długo i szczęśliwie"? (oczywiście to niezbyt fortunne określenie).
W końcu w chwili śmierci bohatera Suzie ma na sobie ślubną suknię, to też wiele tłumaczy :)

Stary,

Jakże miło mi czytać to, co zawsze pozostawiasz pod tymi tekstami :)
Jako bardzo wnikliwy obserwator świetnie wchodzisz w moje światy, nic nie stanowi dla Ciebie problemu w kontekście poczucia, co miałem zamiar przekazać.
I tu jest tak samo: twoja analiza tekstu to moje własne myśli.
Czytasz w nich jak w otwartej księdze, to bardzo cieszy, bo wiem, że moje teksty są zrozumiałe i nic w nich nie mieszam - zależy mi, by ich konkret nie był rozmyty, nawet kiedy piszę o rzeczach nieoczywistych, ale i wtedy daję wolną rękę w interpretacji.
Niech każdy znajdzie własną drogę wytłumaczenia.

Moją pasją jest tworzenie historii uniwersalnych, gdzie można odnieść treść, przesłanie i akcję do tego, do czego się chce, ale pewne prawdy są stałe i niezmienne.
I o nich lubię pisać.
Jak tu, gdzie Mike spragniony miłości Suzie wciąż na nią czeka.
Mija życie i w końcu się spotykają na dobre.
Jak w bajce - jako duży chłopiec nadal tkwię poniekąd w świecie bajkowym :)
Bo takie historie mogły się zdarzyć już nie raz, kiedy czyjeś życie było pasmem bólu i jedynym ratunkiem były marzenia.

Dzięki wielkie za komplementy, ale to, co robię, to odrobina talentu + ciężka praca nad sobą.
I tak od 15 lat, brachu, popycham ten wózek.
Miło mi to słyszeć od kogoś takiego jak Ty :)

Bardzo Wam dziękuję za czytanko i serdecznie pozdrawiam!
akacjowa agnes dnia 06.02.2016 19:50
Michale, przeczytałam i przyznam, że nie przyszło mi to łatwo. Nie z powodu jakości opowiadania, absolutnie. Napisałeś doskonałe opowiadanie: przemyślane, podbija emocje, wciąga i zostawia zadumę.

Moim problemem jest treść Twojego dzieła. Nie lubię emanowania cierpieniem, nieszczęściem i "złym losem". Uważam, że każdy ma takie życie, jakie sobie "wyrobi". Bo życie urabia się jak ciasto. Jeśli o nie zadbasz, dobrze dobierzesz składniki i proporcje, włożysz w nie serce, siłę i czas, a następnie odpowiednio upieczesz, to masz fantastyczny posiłek, którym możesz się radować do ostatniego dnia. Może to nieco ogólnikowe i trywialne, ale dziś inaczej nie umiem tego określić.

Gdy potrafisz zaakceptować siebie i pokochać każdą swoją cząstkę, to będziesz promieniał miłością i spokojem tak, że świat przywita cię z otwartymi ramionami. Gdy będziesz siebie traktował źle, to nigdy nie zaznasz dobra z zewnątrz. Lub nawet jeśli ktoś zechce ci je dać, to nie weźmiesz, bo będziesz uważał, że nie zasługujesz i nie jesteś wart.
Gdybyśmy w szkołach byli uczeni samoakceptacji, tolerancji i miłości, a nie przede wszystkim mitozy, całek i stratosfery, to byłoby nam łatwiej i przyjemniej.
Twój tekst upewnił mnie, że długa jeszcze przed nami droga. Oj, długa.

Uwielbiam Twoje teksty, ale zdecydowanie wolę te pozytywne i pogodne.

PS. Zauważyłam, że mówię o Twoim bohaterze, jakby o Tobie, bo zwracam się per ty, ale chyba rozumiesz o co mi chodzi :)

Pozdrawiam :)
mike17 dnia 06.02.2016 20:07
Aga, czasem tak mam, że muszę pisać o tym, co złe w człowieku.
Może to jakaś forma terapii, oczyszczanie się, nie wiem.
Ale znasz już na tyle moje pisanie, że wiesz, że raz słońce, raz deszcz.
Nie uciekam przed brudem życia, i wiem, że nie każdy to łyknie.
Dlatego szanuję twoje zdanie - uwierz, chciałbym pisać tylko o pięknie świata, ale najzwyczajniej się nie da, bo świat jest tak skurwiały, że trza go za pysk i prawdą w oczy.

Wiem, o czym mówisz.
Ale mój bohater to człowiek a la Michał Wiśniewski, człowiek o koszmarnym dzieciństwie, sierota, weteran domów dziecka, który nigdy nie zaznał ciepła rodzinnego domu, bo zastępcze rodziny wypieprzały go po jakimś czasie na zbity pysk.

U Mike'a nie mogło być samoakceptacji, bo z czego niby miałaby wynikać?
Z tego, że dostawał w tyłek na każdym kroku od każdego?

Ale była ona - Suzie, i kimkolwiek była, była jego sercem, duszą, miłością i nadzieją.
Czasem tak życie wygląda.
Czasem masz tylko marzenia, a nie wizję samego siebie, której nigdy nie zrealizujesz, bo jak?

Mike miał świadomość własnej małości.
I tylko Suzie trzymała go przy życiu.
Tylko to określało go przez te wszystkie, podłe lata.
Ta miłość...
Ciekawe czemu?

Dzięki ogromne za czytańsko, ale ja czasem tak mam: raz jasna strona, raz ciemna, i nie ma bata :)

Pozdruffki wieczorne :)
akacjowa agnes dnia 06.02.2016 20:19
mike17 napisał:
uwierz, chciałbym pisać tylko o pięknie świata, ale najzwyczajniej się nie da, bo świat jest tak skurwiały, że trza go za pysk i prawdą w oczy.

I tu się nie zgodzę. Naprawimy świat, gdy zaczniemy od siebie i od promowania dobra, miłości i ciepła. Wyrzucając komuś, że jest podły i paskudny nie zrobimy z niego anioła, a i nam samym wówczas do niego daleko :)

Kochajmy się. To nas uzdrowi :)
mike17 dnia 06.02.2016 20:27
Tak, kochajmy się, ale o brudzie życia trzeba pisać wprost i nie zamiatać pod dywan, udając, że tak wszyscy się kochają, bo tak nie jest.
Są wśród nas ludzie nieszczęśliwi, kalecy, bezdomni, ofiary innych ludzi.
I co im powiesz?
Kochajmy się?
Jak on nie ma na jedzenie, na czynsz, nikt go nie kocha, śpi pod mostem.
Tak się składa, że pomagam bezdomnym, i widzę, jaka jest polska rzeczywistość.
Tylko człowiek człowiekowi może być człowiekiem.
I tu nie trzeba zaczynać od siebie.
Trzeba zacząć od podania ręki.
Bo my możemy być we własnych oczach ok, ale kim naprawdę będziemy, powiedzą o nas inni.
akacjowa agnes dnia 06.02.2016 20:42
Cóż, długo można dyskutować, a i tak do niczego nie dojdziemy. Niech każdy żyje wg swojego sumienia i nie ocenia innych. Albo jak chce, niech ocenia - wolna wola.

Opowiadanie napisałeś perfekcyjnie i tego się trzymajmy :)
mike17 dnia 06.02.2016 20:54
Nie oceniajmy, by nie być ocenianymi.
Opowiadanie o życiu, o tym, że nie zawsze jest z górki :)

Dzięki, Aga, fajnie było wymienić poglądy.
ajw dnia 06.02.2016 21:47 Ocena: Świetne!
mike - spodziewałam się pikantnej opowieści, przy której uśmiechnę się w wielu momentach, a tu zaserwowałeś nam mega-smutasa. Oczywiście to nie zarzut. Cieszę się, że mogę poczytać tak różnorodne historie spod twojego pióra. Fajny tytuł, sugerujący, że stoisz za nim Ty (jakoś tak nie wyobrażam sobie by był innego autorstwa), no i ciekawa, cholernie smutna opowieść o człowieku, którego los nie oszczędzi, a i matka natura nie wyposażyła zbyt bogato. Ładnie poprowadziłeś od poczatku do końca. Nadałeś opowiadaniu autentyczność i wymusiłeś empatię na czytelniku. Kupuję :)
Ula dnia 06.02.2016 21:58 Ocena: Świetne!
Mike,
To naprawdę dobry tekst i trudno wobec niego przejść obojętnie. Nawet, jeśli moje ogólne spojrzenie na świat jest myślę dużo bardziej "racjonalne" od Twojego, to i tak z przyjemnością zaglądam pod Twoje opowiadania.
Podoba mi się wielowymiarowość tekstu. Przedstawienie postaci Suzi jako śmierci, z którą bohater borykając się z chorobą miał co chwilę styczność i naszkicowanie jej jako obrazu pięknej kobiety, do której Twój bohater zwraca się delikatnie i czule, to w mojej ocenie świetny zabieg. Oczywiście zdaję sobie sprawę z różnych możliwości interpretacji, ale ta przemawia do mnie najbardziej. Bardzo dużo cierpienia i bólu jest w tym tekście. Przyznam, że po pierwszym czytaniu miałam wrażenie, że jest go nadmiar. Dostrzegam jednak, że taki był zamysł, by pokazać postać człowieka już w takiej absolutnej beznadziei. Przyznam jednak, że czytając przyszła mi do głowy taka refleksja. Piszemy wiele o tym, jak źli potrafią być ludzie wokoło, ile przysparzać cierpienia. Z drugiej jednak strony, czy osoba tak doświadczona przez los jak Twój bohater potrafiła by dostrzec wyciągniętą rękę, czy potrafiłaby kochać? Po chwili wracam do momentu opowiadania w którym odchodzi żona z dzieckiem. Trudno mi sobie wyobrazić, że tak na utratę dziecka reaguje człowiek o dużej wrażliwości wewnętrznej. Tak reaguje człowiek o zdeptanej wrażliwości... Tym bardziej tragiczną stworzyłeś postać. Człowieka skazanego na Suzi.
Pozdrawiam serdecznie i życzę miłego wieczoru :)
aleksander81 dnia 06.02.2016 23:33
Mike, ale ten gość ma tutaj naprawdę przeje...., jest mi go żal od początku do...i tutaj właśnie nie wiem czy do końca, bo przecież czasem jesteśmy sami sobie winni, będąc ofiarą(losu?), a tutaj troszkę tak to wygląda, jakby gość miał łatkę (2) przyklejoną do dużego palca w kostnicy niczym Adam Miauczyński, całe życie drugi, nawet po śmierci czuję, że wylądował nie w tym dole co powinien;-) ale przeczytałem z przyjemnością. lubię takie proste, życiowe pointy jak ta, w ciężkich chwilach warto mieć przy sobie drugie serce, nawet jeśli drewniane, pluszowe czy wyimaginowane. lektura lekka, chociaż życie bohatera ciężkie, z podobaniem wielkim:-)

Aleks...
mike17 dnia 07.02.2016 09:31
Bardzo miło mi Was widzieć pod tym mrocznym tekstem :)

Iwonko, Mike'a los nie oszczędzał, ale w jakiś sposób nigdy nie był sam, miał Suzie.
Kimkolwiek by nie była - wiele interpretacji tu już padło.
Była dla niego realna, choć realną nie była.
Cieszę się, że bohater wzbudził empatię, to piękny odruch w stosunku do takich ludzi.
Sama opowieść "spadła" na mnie... w sklepie, kiedy stałem w kolejce.
Pognałem do domu i zasiadłem za kompem :)
Niezbadane są drogi natchnienia.

Ulu, w moich opowieściach częstym jest wątek irracjonalno-metafizyczny, bo też taki jest mój światopogląd - wierzę w wielość wymiarów bytu, w wielość rzeczywistości, w zaświaty.
Staram się jakoś wplatać ten element do niektórych moich historii, jak tu, gdzie przecież nie wiemy do końca, czy Suzie była śmiercią, imaginary friend, czy bytem, który żył obok bohatera, dany mu z Niebios, a może była jego marzeniem?
Mike nie zareagował na stratę żony i dziecka bo był zaimpregnowany na kochanie innych osób niż Suzie - i tu mam po raz kolejny pytanie - kim była Suzie?
Może była klatką, w której tkwił Mike?
Wiem, że dużo tu bólu, ale takie bywa życie, znam osoby, którym los nie pobłogosławił, żyjące w skrajnej biedzie finansowej i duchowej.

Aleks, Mike nie był nawet drugi, był najczęściej ostatnim z ostatnich.
Ale miał Suzie i tylko to trzymało go przy życiu.
Tylko to i aż to.
Uważam, że Mike'a w żaden sposób nie można potępiać za miłość do niej, świat dał mu tyle zła, że była to jedyna przystań pełna Dobra i akceptacji w jego ponurym życiu.
Czy był tak naprawdę ostatni?
Chyba nie - całe życie był kierowcą autobusu, miał dach nad głową i miał co jeść, a więc jakoś się potem wyrobił.
Zrobiłeś mi smaka - dziś obejrzę sobie "Nic śmiesznego" :)

Bardzo Wam dziękuję za mądre, konkretne komenty :)
Za wizytę w świecie, którego nie powinno być, a jednak...

Kłaniam się nisko :)
bened dnia 07.02.2016 17:35
Cytat:
Naprawimy świat, gdy zaczniemy od siebie


Myślę, że w słowach Agi też jest prawda, choć nie dotyczy ona głównego bohatera, lecz hipokrytów, którzy widzą drzazgę w oku innej osoby, a belki we własnym już nie.
Czasem bieda wynika też z lenistwa i braku zaradności, a nie tylko pecha, bo znam przypadek rodziny pięcioosobowej żyjącej w rozsypującej się ruderze, w opłakanych warunkach i gdy ojcu zaproponowano pracę za 3 500 zł to powiedział, że nie przyjdzie, bo trzeba za wcześnie wstawać.
Są też jednak i takie osoby, które się starają i robią wszystko co w ich mocy, by polepszyć swoje warunki bytowe, lecz okoliczności nie pozwalają na to by rozwinąć skrzydła, mają problemy zdrowotne, rodzinne, nawarstwiające się długi i bez pomocy innych, bez wyciągnięcia do nich dłoni, o czym wspominasz, mogą skończyć w rynsztoku lub popełnić samobójstwo.
Uczestniczyłam kiedyś w poszukiwaniach dziecka, które uciekło z domu i znaleziono je ze sznurem w plecaku przygotowanym do powieszenia, a powodem całego zajścia było wyśmiewanie go w szkole przez rówieśników.
Widać z tego, że słowa innych mają duże znaczenie i mogą zarówno uszczęśliwiać jak i doprowadzić do tragedii. Bywa, iż sam optymizm nie wystarczy w starciu z przeciwnościami losu.
"Gdybyśmy w szkołach byli uczeni samoakceptacji, tolerancji i miłości, a nie przede wszystkim mitozy, całek i stratosfery, to byłoby nam łatwiej i przyjemniej."
To też prawda.
mike17 dnia 07.02.2016 18:32
bened napisała:
"Gdybyśmy w szkołach byli uczeni samoakceptacji, tolerancji i miłości, a nie przede wszystkim mitozy, całek i stratosfery, to byłoby nam łatwiej i przyjemniej."

Wiele, co tu napisałem, wydarzyło się kiedyś w szkole, do której chodziłem, w jednym z elitarnych, warszawskich liceów, gdzie zarówno bezlitośni uczniowie, jak i skurwiali profesorowie bezlitośnie kastrowali tych słabszych, tak, że po każdej klasie wykruszali się ci "gorsi" - albo nie zdawali, albo dobrowolnie zmieniali szkołę na "lżejszą", bo stężenie nienawiści było nie do zniesienia.
Na moją szkołę do dziś mówi się "mordownia" - tam chodził mój Mike, tam zaznał upodlenia, i tam pewnie nie raz widywał Suzie, była z nim w niedoli, bo tak to można było tylko nazwać.
I te "prawo pierwszych połączeń" jakby to ujęli psychologowie, zaważyło na reszcie życia.

Mike żył w pewnym sensie godnie, choć duchowo był w rozsypce: był kierowcą i miał stałą pracę, ale nic poza tym.
I tu też chciałem ukazać taką sytuację: że można mieć "parę złotych", ale nic ponadto - nie ściany tworzą dom.
A co z sercem, co z duszą?
Tu była tylko ona, Suzie...

I wszystko zaczyna się i kończy na niej.
retro dnia 12.02.2016 09:14 Ocena: Świetne!
Cześć Michał:)

Korzystając z zaproszenia z przyjemnością zabrałam się za czytanie Twej najnowszej opowieści, która okazała się być historią niespełnienia człowieka, który (jak sugeruje narracja) urodził się za wcześnie. I tu delikatne post scriptum: to nie prawda, że wcześniacy są niżsi, czasami bywa wręcz odwrotnie.

Już wiosną żyję (czuję ją nawet w powietrzu, chociaż wczoraj sypał śnieg…), więc takie dramatyczne opowiadanie nie podeszło mi z samego rana. Od początku stawiasz bohatera na straconej pozycji. Wcześniak, cukrzyk, dom dziecka, rodziny zastępcze, molestowanie seksualne to wszystko ma stanowić o tym, że przegra. I przegrywa.

A sam koniec przywiódł mi na myśl ”Świteziankę”, ale to przez tę wodę;) no i jeszcze śmierć głównego bohatera jest kolejna cechą wspólną.

Mam nadzieję, że w kolejnym wcieleniu okaże się pięknym niebieskookim, o blond grzywie atletą, który będzie kapitanem drużyny bejsbolowej w liceum ;)

Zapraszam Ciebie do czytania i komentowania moich (nie tak profesjonalnych, ale się doskonalę ciągle) opowiadanek.

Pozdrawiam serdecznie z wiosennym uśmiechem i wąsem od kawy:)
mike17 dnia 12.02.2016 10:24
Witaj, Ewo, w ten słoneczny poranek lutowy :)
Zależało mi, by opowiadanie szło dwutorowo: z jednej strony ciężkie i smutne życie Mike'a, z drugiej zaś postać Suzie i jej wpływ na jego losy i duchowość.

Na pewno za życia mój bohater nie miał lekko, ale istniała ona i tylko temu zawdzięczał to, że jakoś mógł żyć i nie zwariował.
Moment śmierci jest wyzwoleniem.
Mike przechodzi do lepszego wymiaru, gdzie czeka na niego Suzie, choć nie wiemy, w jakiej postaci, czy widzialnej, czy wyczuwalnej.

Kim była, pisałem we wcześniejszych komentach - interpretacji było kilka, i dobrze, niech każdy wybierze sobie własną, jemu najbliższą.

Dziękuję Ci za bycie w moim świecie i garść refleksji :)

Niebawem odwiedzę twoje opowiadania :

Pozdrawiam kawowo :)
retro dnia 12.02.2016 10:34 Ocena: Świetne!
A może być i Ewa, chociaż na Adama też bym się nie obraziła;)

A widzisz "postać Suzie", i tu pogrzebany jest problem bohatera. Jeśli miałby gdziekolwiek szukać ratunku to tylko w sobie, no chyba, że przyjmiemy iż Suzie to uosobienie anioła, przewodnika duchowego, wewnętrznej siły.

Nie czytałam wcześniejszych komentarzy, aby pozostać całkowicie obiektywną, bez sugerowania się zdaniem innych czytających.

Pozdrawiam już niemalże weekendowo!:)
mike17 dnia 12.02.2016 10:41
Pomyliłem imię?
Kurde, tak długo Cię nie było, że coś mi się pogrzało, czyli jak mam pisać, jeśli to nie tajemnica?

Dobrze odczytałaś, kim mogła być Suzie.
To jedna ze świetnych interpretacji.
Niektórzy czytacze podejrzewali, że mogła być Śmiercią - to też całkiem prawdopodobne.
retro dnia 12.02.2016 10:58 Ocena: Świetne!
Mów mi Retro:)

Śmiercią? Ale to ponoć dopiero początek... więc mogło i tak być. Może czasami trzeba mieć bliższe spotkanie z "Suzie", lub czegoś na jej kształt, aby coś zrozumieć? Dojrzeć? Interpretacji może być naprawdę wiele i jak słusznie zauważasz, każdy weźmie coś dla siebie. To, czego potrzebuje na danym etapie życia, bycia.

Dobra mykam, życząc słonecznego weekendu (i sobie też, bo wyjazd mi się kroi)

No i wiosny!
mike17 dnia 12.02.2016 11:05
Interpretacji może być wiele, każdy poczuje co innego, każdy może inaczej odebrać tę opowieść.
A czy śmierć to koniec?
Nie, to początek :)


Miłego, radosnego weekendu, Retro :)
Izabea Bocian dnia 12.02.2016 18:26
Przyznaję, czytam drugi raz, fajnie wciągasz czytelnika i ta do końca tajemnicza Suzi.
mike17 dnia 12.02.2016 19:14
No to się bardzo cieszę, że udało mi się Ciebie zainteresować :)
Znaczy się, że utwór działa.

Pozdrawiam, Izabeo :)
esere dnia 29.04.2016 18:27
Mike17!

Cytat:
wcze­śniej, czy póź­niej


Nie dawałabym tego przecinka, ale oczywiście da się go uargumentować ;)

Cytat:
Od­po­wie­dzia­ła cisza, ona wie naj­le­piej, bywa, że to je­dy­ny sę­dzia w ludz­kich spra­wach.


Piękne zdanie, choć takich perełek jest więcej.


Zadziwiasz mnie swoim polotem! Wzruszyła mnie ta historia, mimo że teoretycznie to nie moje klimaty. Jest przede wszystkim pięknie napisana!
Nie będę Ci już tak słodzić, ale im więcej czytam Twoich tekstów, tym bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że Twój styl pisania jest dla mnie bardzo porywający.

Zakończenie na moją miarę :D , co zapewne wiesz po moim opowiadaniu.
Pozdrawiam!
mike17 dnia 29.04.2016 18:58
Esere, po raz kolejny dziękuję za to, że byłaś tu dziś ze mną :)
Jak już widzisz, piszę o wszystkim, co wyda mi się ciekawe.
I przede wszystkim intrygujące.

Bardzo się cieszę, że wracasz do mnie, że coś Cię tu ciągnie.
Staram się nie być nudziarzem i one story manem, dlatego poruszam tak różne tematy.

Zapraszam do pozostałych miniatur, tym razem bardziej osadzonych w miłości, np, tu:

http://www.portal-pisarski.pl/czytaj/52145/swiat-w-ktorym-kochamy

Te klimaty są mi najbliższe :)

Pozdrawiam :)
Zbigniew Szczypek dnia 01.05.2016 21:00 Ocena: Bardzo dobre
Cześć Michał
Przepraszam Cię na wstępie, za niedotrzymanie obietnicy. Twoje opowiadanie przeczytałem dopiero dziś i nie żałuje.
Chciałbym podzielić się inną refleksją – jakże bardzo jesteśmy nietolerancyjni i okrutni od dziecka! Tak, okrutni! Kiedyś tak było, a teraz jest jeszcze gorzej. Dzieci, gdy ja chodziłem do szkoły, czepiały się, przy aprobacie niektórych nauczycieli i rodziców, kolegów i koleżanek przychodzących do szkoły w brudnych ubraniach lub ogólnie brudnych, mających kłopoty w nauce, nieśmiałych, zakompleksionych, źle ukształtowanych fizycznie, nierzadko biedniejszych. Kiedyś miałem takie dwie koleżanki i kolegę. Kolega – „brudas”(miał trudne warunki, liczne rodzeństwo, biedę w domu) szybko, przynajmniej wśród chłopaków, zyskał sympatię i zrozumienie. Gorzej było z wyzywanymi koleżankami – pariasami (dosłownie), łatka ciągnęła się za nimi całą podstawówkę. Po latach, już jako dorosły, szczerze i serdecznie przeprosiłem za zło, jedną z nich. Przyjaźnimy się, bo Marysia była/jest mądra i mi wybaczyła, że przez 5 lat(!!!) stałem z boku i nic z tym nie zrobiłem, a przecież nasi starsi bracia się przyjaźnili.
Michale, nie wiem kim wg Ciebie jest Suzie. Dla mnie prawdziwą miłością: - dobrej kochającej matki, której nie miał i nie zaznał; -rodziny i przyjaciół, których zabrakło do kształtowania osobowości; - ukochanej osoby, w wieku dojrzałym – upragnioną ”Małgorzatą”, kalekiego bytu. Jest wszystkim tym, czego w swoim życiu nie doświadczył. Śmiercią? Być może ale tylko w sensie uwolnienia się od chorego życia, A więc WOLNOŚCIĄ i MIŁOŚCIĄ, której został pozbawiony, gdy się urodził i do której dojrzał, gdy umarł, wyzwalając tę jej cząstkę, która zawsze w nim tkwiła (zwana duszą). Mógłbym także śmiało pójść dalej i powiedzieć, że Suzie jest Bogiem i wcale bym się nie pomylił ale nie chcę tu wywoływać „teologicznej burzy”.
Pozdrawiam serdecznie
Zbyś
mike17 dnia 02.05.2016 10:16
Witaj, Zbyszku, pod tą zagadkową historią o wielu dnach :)
Kim była naprawdę Suzie już pisałem we wcześniejszych komentach - mogła być wszystkim, czego bohaterowi brakowało w smutnym życiu.
I tak pewnie było.
Była z nim od początku do końca i po śmierci także - więc kim była?

Była ideałem, a nazwanie go to bardzo trudna rzecz.

Dziękuję Ci, Zbyszku, za garść cennych refleksji, za to, że zajrzałeś do mojego wymiaru i poświęciłeś cenny czas na lekturę tej miniatury.
Zapraszam, kiedy dusza zapragnie :)
Zawsze jesteś mile widzianym gościem.

Pozdrawiam z rana :)
Aronia23 dnia 05.06.2016 04:35 Ocena: Świetne!
"Czym stać się może życie człowieka, któremu Los nie pobłogosławił? W końcu: czy istnieje przypadek, czy tylko Przeznaczenie? To wszystko w mojej najnowszej miniaturze."

"bo urodzić się pod podłą gwiazdą to nie żart, to nie smętne urojenie, to najprawdziwszy fakt, taki sam, jak to, że ziemia jest okrągła i oblewają ją liczne oceany.
Mnie towarzyszył sromotny pech i brak jakikolwiek perspektyw: każdego dnia budziłem się z poczuciem winy, rozlewającej się po umyśle jak mocna trucizna, że znów coś spieprzyłem, lub kazano mi spieprzać, i stan ten trwał i trwał, gdzieś obok mijały lata, aż…".

Zacytowałam te Twoje wypowiedzi, które najbardziej mnie poruszyły.

Właściwie cały tekst porusza trudne sprawy. Samotność, lęki, obawy przed wodą i oczywiście ludźmi i przed całym złym światem. Jest Suzie, która jak opiekuńczy Anioł towarzyszy bohaterowi. Kimże Ona jest? "Miałaś na sobie suknię ślubną, ja szpitalną piżamę." Niesamowite porównanie. Przeciwieństwa. Piękna młoda panna i chory człowiek.
"I wtedy, latem, ujrzałem cię, jak stoisz pośrodku rzeki i zapraszasz mnie ruchem ręki.
Nie tonęłaś, czyż to nie dziwne" To mi przypomina Mickiewicza taką balladę.

Bohater błądzi, jest szarpany tak jakoś dziwnie przez los. Nieszczęśliwy od urodzenia. Popychało takie. A ludzie, szczególnie dzieci potrafią być bezwzględni. Wg mnie opowiadanie jest jak wiatr. Delikatny, ale jednak porusza. Stwarza pozory ruchu. Jest też nawet szczególnym obrazem, bo tak je napisałeś, że mogłoby być natchnieniem dla malarza.

Suzie zabiera bohatera w szczęśliwość, że się tak wyrażę. Zabiera go od wyzwisk, opluwania, od chama i nieuka "Milcz, jak do mnie mówisz"
I te kanapki z białym serem, brak coca - coli. Ten człowiek jest odrzucany przez wszystkich, że to aż boli. Smutne, bardzo smutne.
"Spokojny usiadłem w zielonym fotelu, tym samym, w którym tak lubiłem przesiadywać, kiedy jeszcze żyłem". A jednak poczuł spokój. Imaginacja się nim zajęła. Albo to śmierć, albo jakiś własny świat bohatera. Nie wiem.
"kiedy żyłem życiem, którego nie było, i podświadomie rwałem się jak ćma do światła ku prawdzie." To jest ważne zdanie. W ogóle cały tekst wprowadził mnie w świat taki oniryczny.
mike17 dnia 05.06.2016 11:09
Aronio, bo nie wiemy, kim była Suzie i to jest oś tego opowiadania, wokół której kręciło się życie bohatera.
Czy była aniołem, czy śmiercią, czy wytworem wyobraźni - nie wiadomo, ale faktem jest, że była.
Bez niej bohater zwariowałby i nie dał sobie rady w życiu.

Była niezależnym Bytem, który on widział.
Była tylko dla niego, jemu pisana.

To niewesoła miniatura, ale końcówka daje nadzieję - wraz z utonięciem bohater na zawsze łączy się ze swoją Suzie i już nigdy nie rozstaną się.
"Póki śmierć ich nie połączy" chciałoby się rzec.
I tylko on się zmieniał, starzał się, ona nadal była młodą dziewczyną.
No i ta sukienka ślubna - a więc zaślubiny w śmierci.
Na zawsze, nieodwołalnie.

Dzięki ogromne za tak piękny i wielki koment, cieszę się, że utwór zrobił na Tobie takie wrażenie, to dla mnie bardzo ważne i cenne :)

Pozdro!
Aronia23 dnia 05.06.2016 12:23 Ocena: Świetne!
Bo zrobił. Jest naprawdę dobry. No może być jeszcze Aniołem Śmierci. W ogóle to tekst dotyczy nieszczęśliwych, samotnych ludzi. Ja też Ci dziękuję. Za wszystko. Aronia23
mike17 dnia 05.06.2016 12:33
To ja dziękuję :)
Aronia23 dnia 05.06.2016 12:48 Ocena: Świetne!
Zdanie z tego tekstu, mike17, najlepsze uważam: "To zabiłoby nawet poczciwego, drewnianego konia na biegunach. Co za ulga. Jak to dobrze, że już cię nie ma." Na razie.
mike17 dnia 05.06.2016 14:20
Cieszę się, że lubisz moje poczucie humoru :)
al-szamanka dnia 09.07.2016 09:50 Ocena: Świetne!
No, Michale, tym opowiadaniem wstrząsnąłeś moim weekendem i chyba wieloma dniami po.
Już od początku wiedziałam, że to jedno z Twoich najlepszych.
I pomimo, że czas mnie goni, że do pracy muszę, nie mogłam się od niego oderwać, tak bardzo mnie zafascynowało.
Jak zwykle nie masz oporów, aby podjąć temat trudny, skomplikowany i na pierwszy rzut oka po prostu brzydki.
A jednak robisz z tego przepiękne opowiadanie o ludzkim nieudacznictwie, które do końca byłoby tylko i wyłącznie nieudacznictwem, gdyby nie...
No właśnie, gdyby nie te marzenia.
A w marzeniach ujawnia się człowiecze piękno. I obojętne jest, kto marzy.
Ważne o czym.

I ta tęsknota, powiedziałabym, wierna do grobowej deski, powaliła mnie na łopatki.
Niezwykła i pozostająca do końca celem życia.

Przyznaję, że cudowna końcówka wywołała mi łzy w oczach, chociaż byłam na to przygotowana, gdyż znając Ciebie takiej właśnie się spodziewałam.

Świetny tekst, Michale.
Pozdrawiam wzruszona.
mike17 dnia 09.07.2016 10:49
Co za koment, Aldonko, dziękuję pięknie :)
Starałem się ukazać tu tajemnicę - bo kim była Suzie tego nie wie nikt, i czy była.
Odegrała jednak ogromną rolę w życiu bohatera.
Bez niej pewnie by nie dał rady popychać swojego wózka.
Interpretacji może być wiele, faktem pozostaje, że tworzyli nierozerwalny duet.
I w życiu i w śmierci, a to dużo mówi.

To opowieść o ludzkiej tęsknocie za miłością i spełnieniem.
I im dalsze się wydają, tym te drugi świat rozszerza swoje rozmiary.

Miło mi niezmiernie, że tekst Ci się spodobał, zawsze czekam na Twój koment, bo wiem, że dotrzesz do clue utworu.
I teraz też tak było :)
A że się wzruszyłaś, tym bardziej się cieszę, bo lubię wzruszać :)

Pozdrawiam wesoło!
Usunięty dnia 09.07.2016 11:00
Mike może warto spróbować z książką się zmierzyć pewnie zamysł masz.
Trzymam kciuki brakuje jakichś Nocy i Dni , czegoś podobnego.
al-szamanka dnia 09.07.2016 11:07 Ocena: Świetne!
Grain napisał:
Mike może warto spróbować z książką się zmierzyć


Oooo, dla Michała to nie problem, zmierzał się już kilkakrotnie i tyleż książek ma na koncie :)
Usunięty dnia 09.07.2016 11:11
Nie wiedziałem.
Napisałem nietaktownie przepraszam.
mike17 dnia 09.07.2016 11:31
E tam, nie ma za co przepraszać, Grain :)
A tak gwoli ścisłości to wydałem już pięć książek :)
Usunięty dnia 09.07.2016 12:35
Twoja wrażliwość przedarła się.
Fajnie.
mike17 dnia 09.07.2016 13:29
Dzięki wielkie, Grain :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
al-szamanka
24/04/2019 21:41
Powiem Ci tak: Wiersz byłby o wiele lepszy, gdyby był… »
Marek Adam Grabowski
24/04/2019 13:36
Bynajmniej nie chodzi o błędy językowe; lecz o to, iż temat… »
Miladora
24/04/2019 12:50
Witaj poświątecznie, Hope. :) Będzie krótko, bo nie mam się… »
Berele
24/04/2019 10:19
Zdanie w 2 zwrotce jest nienaturalnie długie. To nie jest… »
pociengiel
24/04/2019 08:33
Chyba tak mam czas do wieczora. »
al-szamanka
24/04/2019 08:23
Fajnie, że się podobało. Dziękuję za poczytanie i miły… »
al-szamanka
24/04/2019 08:21
Odjazdowy tytuł :D Najbardziej podoba mi się słońce… »
lew morski
24/04/2019 03:44
Wielkie dzięki za przeczytanie i komentarz – myślałem, że… »
Abi-syn
23/04/2019 21:28
Hejka Wiki to prawie jak ja, :) , też rzadko, też z… »
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
ShoutBox
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:55
  • Cholera jasna! Co mnie tu znowu przygnalo? :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:54
  • By ich nie spalic, troskliwie zawijaj w sreberka. /Swistak/ :)
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:52
  • I pamietaj by wsrod przypraw , byla oliwy kropelka.
  • tydrych
  • 24/04/2019 22:51
  • Juz niedlugo, za dni pare. Idz po piwko, nie gitare. Rozpal grilla a w sam zar, wloz kartofli kilka par.
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
Ostatnio widziani
Gości online:11
Najnowszy:yxutyf
Wspierają nas