Przez wzgląd na dawne czasy, Sam - ipsylon
Proza » Miniatura » Przez wzgląd na dawne czasy, Sam
A A A
Od autora: Tytuł jest parafrazą cytatu z filmu Casablanca (1942, reż. M. Curtiz)
Zapraszam do lektury :)

 

            Nazwaliśmy go Dahaką.
            Nasza fascynacja przygodami Księcia Persji łamała wtedy wszelkie reguły. Zarywaliśmy długie noce przed komputerem, łamiąc palce przy klawiaturze, ścigaliśmy się na czas, kombinacje ciosów, wszystko. To były wspaniałe lata dla nas – jako graczy. Ówczesne twory powalały na kolana grafiką (jak na tamte czasy), ale też klimatem, zapadały w pamięć; tej poprzeczki nie przeskoczy żadna nowa produkcja. Nie sądziłem, że Dahaka dotrwa do dzisiejszego dnia w tak dobrym stanie. Nie sądziłem, że w ogóle dożyje tej chwili. Za duży jak na aktualne trendy elektroniki, za mała pamięć, staroświecki design. A jednak przetrzymał mnóstwo chińskich podróbek. I nadal budzi tyle skrajnych emocji.
            Dzisiaj nie potrafię powiedzieć, kto wpadł na ten pomysł, tym bardziej – kto nadał mu taki właśnie przydomek. Czas zatarł część faktów, a może to po prostu ja zbyt rzadko do nich wracałem. Nieważne. Gdy wyjąłem Dahakę z folii bąbelkowej, zbladłem. Małe urządzenie w ręku przeraziło mnie bardziej niż zdalnie sterowana bomba czy torebka z wąglikiem. Czułem, jakbym dzierżył przeklętą taśmę wideo, a mimo to miał zamiar przejrzeć jej zawartość; widmo nadchodzących problemów nie powstrzymywała umysłu przed wyrządzeniem sobie świadomej krzywdy. Pokusa wsadzenia ręki w gniazdo szerszeni brała górę, nawet nie wiem czy chciałem z nią walczyć.
            Żona aż przerwała lekturę książki, patrząc na mnie zaniepokojonym wzrokiem.
            - Wszystko ok, kochanie?
            Z początku nie odpowiedziałem. Później też nie. Gapiłem się tępo w odtwarzacz, bojąc się ruszyć ręką choćby o milimetr, jakbym trzymał w dłoni jadowitego pająka. Czas stanął w miejscu, strzępy wspomnień sypały się z dziurawego worka, kalecząc mi głowę ostrymi krawędziami. Po chwili usłyszałem Klarę szepczącą za gdzieś za mną, poczułem jej ciepły oddech na karku, brodę opierającą się na moim ramieniu.
            - Co jest?
            Sięgnęła po odtwarzacz, ale zamknąłem dłoń szybkim, zdecydowanym ruchem. Nie wyglądało to dobrze. Dopiero po chwili zdałem sobie z tego sprawę. W mojej postawie musiało być coś nieprzyjemnego, bo Klara się odsunęła. Już nie była tylko zmartwiona. Wyglądała na przestraszoną. Wreszcie stanęła ze mną twarzą w twarz.
            - Skarbie, co się dzieje? Co to za gadżet?
            Słowa nie chciały przejść mi przez gardło. Obserwowałem żonę, nie mogąc dobyć głosu. Klara jeszcze raz sięgnęła po odtwarzacz. Rozprostowała mi palce, jej spojrzenie przeszywało mnie na wylot, przez krótką chwilę czułem dziwny, irracjonalny gniew; coś totalnie niewytłumaczalnego. Miałem ochotę zacisnąć pięści i wybiec z domu, zostać sam na jakiś czas, uporać się z demonami bez zbędnej widowni ani pomocy; tylko ja, przeszłość i teraźniejszość, spokój i młodzieńcza buta.
            - Dahaka – odparłem, czując jak moje ciało napina się niczym struna. - Strażnik Piasków Czasu.
            Klara zrobiła zdziwioną minę. To i tak dobrze. Niejedna żona już dzwoniłaby po psychiatrę, odbezpieczała broń i zamykała się w pokoju. Ale nie ona. Znaliśmy się tylko i aż parę lat; dla jednych za krótko, dla nas wystarczająco dużo, by czytać się jak otwarte księgi. Wszystko sprowadza się do szczerości.
            - Mówiłeś, że nie wiesz, co się z tym stało.
            - Bo nie wiedziałem.
            Szczerze mówiąc, miałem nadzieję, że to cholerstwo przepadnie gdzieś w klamotach z kolejnej przeprowadzki jednego z nas, że pomysł rzucony z głupoty nie przetrzyma próby czasu, odległości czy zwyczajnej pamięci. A jednak Dahaka był tutaj ze mną, milczący i groźny jak potwór w grze Ubisoftu.
            - Przepraszam – jęknąłem do Klary. – Nie powinienem się tak zachować.
            Na jej twarzy pojawił się blady uśmiech. Była rozczarowana; miała do tego pełne prawo. Ja nie miałem żadnego wytłumaczenia.
            - Wysłuchasz zawartości?
            Rozmyślałem nad tym przez moment. Nie ma nic złego w powrotach do przeszłości, wspominaniu dawnych przyjaciół czy miejsc, takie w końcu jest życie. Ale nie każdy potrafi zawrócić w odpowiednim miejscu; niektórzy kochają przeszłość, boją się przyszłości, a teraźniejszość wydaje im się zwyczajnie mętna. Toksyczny sentymentalizm.
            Cholera. Bałem się. Klara i nasza córeczka znaczą dla mnie wszystko, oddałbym za nie życie bez chwili wahania, a mimo to powroty do czasów szkolnej beztroski napawały mnie panicznym lękiem; co osiągnąłem, czy tego chciałem, czy to, co mam, naprawdę wystarczy mi na resztę dni? Znam siebie; wiem, że mogę mieć przy sobie najpiękniejszą kobietę na świecie, trzymać w rękach moje najukochańsze dziecko, a i tak ten głupi wewnętrzny głosik będzie mi wmawiać, iż to za mało. Nienawidzę siebie za to, bo mam pewność, że gdyby którejś z dziewczyn teraz przy mnie zabrakło, ryczałbym w poduszkę przez miesiąc.
            Czasami męska psychika to ocean gówna.
            Spojrzałem w piwne oczy Klary.
            - Muszę.
 
            Idea Dahaki narodziła się w dużej mierze przez przypadek. Wspólnie z moimi dwoma szkolnymi przyjaciółmi kupiliśmy sobie odtwarzacze mp3. Mówcie, co chcecie, ale w tamtych czasach postęp technologiczny nie pędził na złamanie karku; na głupie urządzenie do słuchania muzyki trzeba było zapierniczać w wakacje przy pracach polowych, a pieniądze i nowoczesna elektronika nie rosły na drzewach, przynajmniej dla nas. Pamiętam, że na pierwszą komunię dostałem mniej niż czterysta złotych; jako ośmiolatek nigdy nie trzymałem w rękach takiej forsy. Kiedy teraz patrzę na dziecięce prezenty, łapię się za głowę. Maja jeszcze nie chodzi, ale przy takim tempie życia muszę już zacząć odkładać pieniądze, zamawiać salę biesiadne i szukać zagranicznej wycieczki na jej roczek.
            Z trzech sztuk tylko jeden sprzęt wytrzymał do końca liceum. Jako że byliśmy zgraną paczką, gadżet wędrował z rąk do rąk. Każdy z nas słuchał czegoś innego, więc pierwszą rzeczą, jaką robiliśmy po powrocie do domu, było włączenie komputera i zmiana repertuaru. Łącznie dało się tam zmieścić kilka pełnych albumów, więc wybieraliśmy najlepsze utwory, tworząc składankę hitów.
            Któregoś dnia jeden z nas rzucił pomysł przerobienia odtwarzacza na kapsułę czasu. Wydzieliliśmy trzy względnie równe obszary w pamięci urządzenia i zapełniliśmy je piosenkami, które najbardziej lubiliśmy. Ostatni z grupy zobowiązał się pilnować gadżetu oraz sprawdzać czy technicznie wszystko w porządku. Nie mieliśmy pojęcia, kiedy nasz komputerowiec zdecyduje się odkurzyć Dahakę. Zresztą, potraktowaliśmy to jako przyjacielski żart, zbagatelizowaliśmy sprawę, sądząc, że cudo techniki Made In Taiwan wkrótce padnie, jak pozostałe dwa modele.
            Myliliśmy się.
 
            Początkowo miałem zamiar przesłuchać zawartość odtwarzacza w samotności. Tak właściwie, to chciałem zamknąć się w pokoju, zalać ustrojstwo wodą, a później powiedzieć, że musiało się zepsuć podczas transportu, bo nie działa. Wiedziałem jednak, że Klara od razu pozna moje kłamstwo; w kwestii wciskania kitu byłem fatalnym łgarzem. Leżałem więc przez prawie godzinę na naszym małżeńskim łóżku, bijąc się z myślami. Przytrzymywałem przycisk zasilania, a gdy wyświetlacz rozbłyskał kolorami, traciłem rezon. Tak długo nie myślałem o mojej szkolnej paczce; głupio mi teraz powiedzieć, że kiedyś byliśmy przyjaciółmi. Po szkole każdy poszedł w swoją stronę. Trochę pisaliśmy, trochę dzwoniliśmy, lecz do każdego z nas docierała bolesna prawda: skończyły się czasy beztroski, a miejsce niezobowiązujących rozmów o pierdołach zajęła twarda proza życia. Uświadomiliśmy sobie, że po liceum, gdy każdy rozpoczął inne studia lub zajął się od razu pracą, nasze weekendowe rozmowy sprowadzały się wyłącznie do przeszłości. Tkwiliśmy w potwornym zawieszeniu, bojąc się mówić o życiu, które czeka za zakrętem.
            Wyprowadziliśmy się z rodzinnych domów, uwiliśmy własne gniazda (z tego, co wiem), zepchnęliśmy młodzieńcze lata w zakamarki pamięci, by nie mąciły nam w głowach. Znamy nasze nowe adresy, ale poza kartkami świątecznymi nie potrafimy już rozmawiać tak jak wtedy. Coś pękło, pięć minut szkolnej przyjaźni przeminęło. Właściwie, to nie wiem czemu. Bo tak jest prościej? Bo życie czasem nas przygniata i chcielibyśmy na powrót stać się nastolatkami, a to przecież niemożliwe? Może jedno i drugie?
            Nie wiem jak moi ziomkowie, ale ja chyba najbardziej obawiam się straconych szans. Mam wspaniałą żonę i córkę, własny dom, pracę, ale też kilka spalonych mostów, które wciąż wołają, by rzucić na nie okiem, stracić równowagę nad przepaścią. Mówi się, że najbardziej bolą niewykorzystane okazje. Ktoś miał cholerną rację. A co, jeśli po chwili zadumy obudzę się z ręką w nocniku, albo po raz kolejny zapragnę być kimś innym, tak skrajnie różnym od obecnego siebie, że to będzie zwyczajnie niemożliwe? A co, jeśli się po prostu rozsypię?
            Zwlokłem się z łóżka, otępiały od nadmiaru myśli i sprzecznych uczuć. Choć Klara zna mnóstwo szczegółów z mojego młodzieńczego życia, nie umiałem tak po prostu podzielić się z nią tym doświadczeniem. Takie prywatne, intymne; wypowiedziane na głos mogło stracić na wartości.
            Ale przecież jestem tutaj, teraz. Z nią.
            Otworzyłem drzwi do salonu. Klara stała po drugiej stronie, na wyciągnięcie ręki.
            - Chodźmy do pokoju Mai – powiedziała.
            Dobry pomysł.
 
            Usiedliśmy na sofie. Klara włączyła odtwarzacz, podała jedną słuchawkę mi, drugą zatrzymała dla siebie.
            - Może chcesz sprawdzić zawartość przed przesłuchaniem?
            Maja drzemała, zaciskając co jakiś czas malutkie rączki. Wziąłem głęboki wdech.
            - Nikt z nas nie wie, co pozostali tu umieścili. Taka była umowa.
            - Więc zobaczmy, co tu jest – powiedziała Klara, mocniej wtulając się we mnie.
            PLAY
           
            Spędziliśmy na sofie całą noc bez zmrużenia oka. Piosenki przychodziły i odchodziły, zostawiając mnie z gęsią skórką przez praktycznie cały czas. Nigdy nie przypuszczałem, że muzyka może zrobić komuś w głowie takie spustoszenie. Czułem się jak Salvatore w ostatnich minutach Cinema Paradiso. Obrazy powracały jeden za drugim, kawałki wspomnień układały się oraz uzupełniały w chronologicznym porządku, tak klarowne i drobiazgowe, jakby wszystko to działo się wczoraj, a nie dziesięć lat temu. Teksty piosenek nagle zmieniły wydźwięk, zupełnie jakbym dawniej w ogóle nie rozumiał ich przekazu, choć wtedy przecież myślałem inaczej. Część z utworów na pewno trafi jutro do mojego telefonu, dziś odkryłem je na nowo, tak „naprawdę”. Miałem ochotę słuchać ich na okrągło, puszczać raz za razem, gdy tylko wybrzmią ostatnie nuty.
            Różnorodność gatunkowa przyprawiała o zawrót głowy. Było tu absolutnie wszystko; pop, rock, metal, klubowe klimaty, hip-hop, muzyka alternatywna, filmowa, klasyczna, disco polo?! Mniejsza z tym, każdy popełnia błędy.
            Nawet po tylu latach pamiętałem teksty większości piosenek, teraz mógłbym wyrecytować je bez żadnej pomyłki. Byłem tak przytłoczony ogromem odmiennych myśli, że nie wiedziałem, co właściwie mam robić. Śmiać się, płakać, ciąć nadgarstki, wymiotować... Czasami miłe wspomnienia najbardziej bolą, tak odległe w czasie, nie do powtórzenia. Przypominało to trochę oglądanie chwytającego za serce dramatu; włączasz go, chociaż wiesz, że po tym seansie przez kilka dni będziesz czuł, jakby ktoś otworzył ci czaszkę i nasrał do środka. Życie zacznie ci po prostu śmierdzieć, i to śmierdzieć fiołkami.
           
            - A niech mnie – westchnęła Klara, gdy po ostatniej piosence zapadła cisza.
            Była późna noc. Wstyd przyznać, ale po moich policzkach poleciało kilka łez. Klara może nie była tak zaabsorbowana, ale zauważyłem, że kilka utworów wprawiło ją w zadumę. Maja czasami budziła się z płaczem, więc musieliśmy robić małe przerwy. I dobrze. Przesłuchanie tego wszystkiego na dosłownie jeden raz mogło mnie sporo kosztować.
            Żona mocniej wtuliła się we mnie. Przegadaliśmy jeszcze kilka godzin, rozprawiając o naszych odczuciach. Zdziwiłem się, jak dużo faktów - niby banalnych informacji – uszło naszej uwadze, o ilu rzeczach w ogóle nie rozmawialiśmy, bo nie uznaliśmy tego za konieczne. Nie czułem się w stu procentach komfortowo. Bliskość Klary była dla mnie bezcenna, to oczywiste. Utwierdziłem się w przekonaniu, że z tą kobietą chcę spędzić całe życie, że ona nadaje sens wszystkiemu, co mnie otacza.
            A mimo to gdzieś w środku znów odezwał się ten wredny nostalgiczny głos, głupie przekonanie, iż mogłem to wszystko zrobić lepiej, albo po prostu inaczej. Gdzie bym teraz był, z kim, jak bym się czuł... Czy to wystarczający powód, by zapukać do drzwi gabinetu psychiatrycznego i powiedzieć „Dzień dobry, chyba coś ze mną jest nie tak?”.
            - Zostawię cię samego – powiedziała w końcu Klara, wstając z sofy.
            Pozwoliłem jej wstać, ale wciąż trzymałem za rękę.
            - Nie – szepnąłem, choć spojrzenie w oczy kosztowało mnie dużo wysiłku.
            Bałem się pokazać, że coś mnie gryzie, że wizerunek dobrego męża i ojca, a przede wszystkim prawdziwego mężczyzny, po prostu runie. Co się stanie, kiedy Klara pomyśli: Boże, poślubiłam mięczaka!
            - Nie wychodź – ponownie szepnąłem.
            Usiadła z powrotem, uśmiechając się nieznacznie.
            - Kocham cię, wiesz?
            Wyrwałem się z głupiej zadumy. Powtarzamy to sobie dość często, a jednak w tych okolicznościach poczułem się dziwnie, jakbym znów patrzył na nią pierwszy raz, zafascynowany niczym nastolatek. Myślałem, że miłość odsłoniła przede mną już wszystko. Myliłem się. Chciałem jej powiedzieć to samo, wykrzyczeć to w niebo, ale miałem wrażenie, jakby to było za mało. Próbowałem znaleźć inny sposób, by przekazać, jak ważna dla mnie jest.
            Cóż, po Kocham Cię nikt już nie wymyślił niczego mądrzejszego.
            Klara wzięła odtwarzacz i włączyła laptopa. Dzisiaj uruchomienie systemu trwa sekundy; kiedyś mogłem sobie spokojnie szykować kolację, zanim komputer pokazał pulpit. Podłączyła urządzenie i dostała się jego zawartości.
            - Co robisz?
            - Zobaczysz – odpowiedziała, nie patrząc na mnie.
            Wyczyściła całą pamięć odtwarzacza. Z wrażenia aż wybałuszyłem oczy. W pierwszym odruchu zapragnąłem wyszarpnąć kabel USB, lecz byłem chyba zbyt zdziwiony, by wykonać jakikolwiek ruch. Gdy wszystko do mnie dotarło, Klara uśmiechała się najpiękniej jak tylko potrafiła. Tym mnie zawsze przekonuje. W międzyczasie Maja znów zaczęła pojękiwać.
            - Pora wpuścić trochę świeżości do tego grata – powiedziała żona. – Gdzie tu jest dyktafon? W ogóle jest?
            Szybko znalazła. Włączyła przycisk nagrywania i podeszła do łóżeczka. Maja zdążyła się rozbudzić, mamrotała coś do sufitu, popłakiwała, znowu mamrotała.
            Ja też wstałem. Nie żałowałem zawartości odtwarzacza, dzisiaj mogę ją pobrać na laptopa w kilka minut. Czułem lekkie ukłucie żalu, że tyle lat składania idealnej listy można usunąć w kilka sekund. Z drugiej strony, to tylko piosenki.
            Lub Aż piosenki.
            Objąłem Klarę. Zaczęliśmy mówić, w akompaniamencie pokrzykującej Mai.
            W końcu jest tyle do opowiedzenia.
           

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
ipsylon · dnia 29.02.2016 00:01 · Czytań: 976 · Średnia ocena: 4,67 · Komentarzy: 16
Komentarze
purpur dnia 29.02.2016 13:56
Ojej!

To co napisałem powyżej, spokojnie mogło by wystarczyć za cały komentarz.

Bo to "ojej" jest zarówno okrzykiem odczuć które pojawiły się po przeczytaniu - bo trafiłeś w bardzo nostalgiczne, ale przez to i cudownie lukrowane przesłodkim cukrem - wspomnienia. Które, jak sam powyżej zauważyłeś - no mają moc. Do tego w ciekawy - "horrorowaty" :) sposób przedstawione - już myślałem że to będzie jap horror :D

"ojej" oznacza również reakcję na sposób zapisania tego, fajnie, naprawdę fajnie i jest atmosfera i nie jest jakieś "pouczające", jest miło, nostalgicznie i z wyczuciem.

No i "ojej" jest również dla puenty, którą wierz mi, że musiałem "powstrzymywać" - tak, bardzo chciałem przewinąć i zobaczyć gdzie to pójdzie...

To jest dla mnie kwintesencja opowiadania, które ma poruszyć. Nie ma tu wyciskacza łez, nie ma tu jakiś wymyślnych mądrości, ot ... jest coś, coś co ma każdy a Twój tekst tylko trąca rozmyślania, nad samym sobą.

Naprawdę gratuluję - bardzo dobry tekst!

Cytat:
a i tak ten głupi we­wnętrz­ny gło­sik bę­dzie mi wma­wiać, iż to za mało
- tiaaa, nie tylko ty masz takie "głupie" głosiki w głowie :) Chyba po prostu tak jest ... Co "fcale" nie znaczy, że łatiwej z tym żyć :p

Taka dygresyjka:
Cytat:
W końcu jest tyle do opo­wie­dze­nia.
- chyba nie jest konieczne, daj się "zawiesić" czytelnikowi, poprzednie zdanie daje do myślenia , aż nadto :)
aha... jeszcze jedno - fatalny tytuł :) Naprawdę jakoś mnie zniechęcał do czytania :) No ale to tylko moja opinia :D
Usunięty dnia 29.02.2016 14:21
Mi również bardzo podobało się twoje opowiadanie :) Nie mam się do czego przyczepić.

Pozdrawiam!
ipsylon dnia 29.02.2016 15:49
Dziękuję Wam serdecznie za wizytę i komentarze :)
Purpur; Zmieniłem tytuł, mam nadzieję, że teraz bardziej przyciąga uwagę. Cieszę się, że tekst do Ciebie przemówił :) Miałem lekkie obawy, gdy wysłałem go do publikacji. Nagle zaczął mi się wydawać jakiś dziwny, dlatego miło czytać tak pochlebną opinię. To podnosi na duchu. Co do ostatniego zdania, to na razie je zostawiłem, chyba muszę się nad tym głębiej zastanowić.
SanaiStark; Również dziękuję za miłe słowa i kłaniam się nisko :)
Pozdrawiam!
purpur dnia 29.02.2016 16:09
Jasne - myśl chłopie - to na pewno nie zagrozi Twoim tekstom :)

Widziałem - tytulik fajowy, szczególnie ten Sam, na końcu. Od razu do atmosfery +1, "acotam", +2!

Tak, też jak już coś napiszę, i przeczytam to sto razy, to wydaje mi się mizerny i właśnie po to są czytelnicy, aby uwiadamiać jak bardzo mylę się w ocenie :p

Pozdrawiam i zapraszam do siebie!
Jaga dnia 01.03.2016 10:10
Może dlatego, że też mam swoją Dahakę, a może z powodu innych zbieżności, bardzo się wzruszyłam czytającą ten tekst. Mądre opowiadanie z morałem, lecz nie moralizatorskie. Skłania do refleksji...
Dziękuję za możliwość przeczytania :)
Jaga
ipsylon dnia 01.03.2016 23:04
Purpur; Na razie zostawię ostatnie zdanie. Jakoś tak nie mam serca go usuwać :) Dzięki raz jeszcze za garść miłych słów, i w wolnej chwili zajrzę!
Jaga; To ja Ci dziękuję, że zajrzałaś do tego tekstu i zostawiłaś po sobie ślad! Dla mnie Dahaką jest chyba cały mój laptop, wszystkie zdjęcia, filmy, muzyka, przyczepiają się do zdarzeń i nie chcą się odkleić :) Aż strach później cokolwiek włączać.
Serdecznie dziękuję za wizytę.
Pozdrawiam :)
Quentin dnia 02.03.2016 21:53 Ocena: Bardzo dobre
Historia zaklęta w dźwiękach

Lubię takie historie, po których wzbiera się na wspomnienia. Zdecydowanie takie chwile sprawiają, że odrywamy się na chwilę od ziemi i przemieszczamy się do innego świata. Świata, którego już nie ma, ale był.

Pewnie będę nieco obok tekstu, ale motyw muzyki w życiu większości ludzi jest bardzo ważny. Któż nie ma swojej ukochanej piosenki, która wywołuje milion skojarzeń albo choćby jedno konkretne. Oto jest magia. I tu fajnie jeśli w wielkich, wspaniałych chwilach towarzyszy nam dobra muzyka z dobrego filmu. Ale z drugiej strony zaśpiew "Pizda nad głową" też może wywołać jakieś skojarzenia. Może nawet i pozytywne. Wiem, że trochę popłynąłem, ale tak mnie naszło po twoim opowiadaniu. Mam nadzieję, że wybaczysz ;)

Pozdrawiam
Quentin
ipsylon dnia 03.03.2016 13:08
Dziękuję za wizytę i komentarz, Quen :)
Wybaczam, absolutnie. Miałem takie same odczucia zarówno podczas pisania, jak i publikacji tego tworu.
Masz rację. Może dzisiaj "Pizda nad głową" kojarzy się dziwnie, czy jakkolwiek inaczej, ale za parę lat będziemy to wspominać z uśmiechem na twarzy. Bo przecież nie przeszliśmy obok tego obojętnie, jednych to rozbawi, innych zachwyci, ale z czymś na pewno nam się skojarzy.
Jeszcze raz dziękuję za pamiątkę lektury :)
Pozdrawiam
tomek
Wasinka dnia 03.03.2016 20:29
Ipsylonie,
masz w swoim pisaniu coś takiego, co wciąga. Jest to między innym umiejętność stworzenia niedomówionej tajemnicy; nawet jeżeli nic wielkiego się nie wydarzy, czytelnik podąża głębiej, mimo że nie jest pewny, czy tajemnica w ogóle istnieje (stąd owa niedomówiona tajemnica). Masz też przyjemny dla mnie styl wprowadzający złowieszczy klimat.
Nie wiem, czy mogę to powiedzieć, bo jestem zwykłym czytelnikiem, ale powiem: rozwinąłeś się w pisaniu; nie twierdzę przy tym, że kiedyś Twój styl był kiepski, po prostu - coraz płynniej i bardziej świadomie poruszasz się w jego sferze, jeśli tak to można ująć.
Tutaj temat niby błahy, choć dla bohatera niezwykle istotny. Zresztą - każdy z nas przywiązuje wagę do przeszłości, nawet jeżeli chce się od niej odciąć lub temu zaprzecza. I Ty to tutaj pokazałeś - akurat na przykładzie muzyki, co nie jest wcale dziwne; wszak muzyka to bardzo ważna część życia wielu ludzi i niesamowicie działa na świat w środku.
Jako kapryśny czytelnik pomyślałam, że szkoda, że pod przykrywką aury pewnej niesamowitości nie kryło się nic więcej, ale nie mogę Cię za to winić. ;)
Ładnie pokazałeś bohatera, jego emocje i relacje z rodziną; nie zawsze tak gładko przez niego przepływające, bo i też życie nawet w najbardziej prostym aspekcie nie jest oczywiste.

Pozdrawiam księżycowo.
ipsylon dnia 04.03.2016 22:46
Aniu; Bardzo dziękuję za wizytę i tyle ciepłych słów.
Chciałbym, by było tak jak piszesz, odnośnie stylu i płynności, lecz podejrzewam, iż po prostu miałem lepszy dzień i we właściwym momencie usiadłem do laptopa. Zresztą, sam fakt opublikowania jednego tekstu (i to jeszcze miniatury) w ciągu roku świadczy o sporym zawieszeniu z mojej strony. Ale Twoje słowa mocno mnie podbudowały, i wcale nie jesteś tylko zwykłym czytelnikiem :)
Cytat:
Jako kapryśny czytelnik pomyślałam, że szkoda, że pod przykrywką aury pewnej niesamowitości nie kryło się nic więcej, ale nie mogę Cię za to winić. ;)

Cóż, sam byłem odrobinę zdziwiony, gdy spojrzałem na efekt końcowy, ale czasami życie nie potrzebuje ostrych zębów i przerażających potworów, by budzić lęk. Chyba takie przesłanie chciałem tutaj zawrzeć. Postawiłem na przyziemność :)
Jeszcze raz stokrotne dzięki za pamięć i obecność.
Przyjemności
tomek
Wasinka dnia 05.03.2016 13:08
ipsylon napisał:
Chciałbym, by było tak jak piszesz, odnośnie stylu i płynności, lecz podejrzewam, iż po prostu miałem lepszy dzień i we właściwym momencie usiadłem do laptopa.

Tomku, ale ja nie piszę tylko o tym tekście; wysnułam prz tej okazji po prostu ogólny wniosek. :)
Zawieszenia bywają potrzebne, ale też bywają zdradliwie. Cieszę się zatem, że coś jednak w Twoim przypadku się zrodziło.

ipsylon napisał:
Cóż, sam byłem odrobinę zdziwiony, gdy spojrzałem na efekt końcowy, ale czasami życie nie potrzebuje ostrych zębów i przerażających potworów, by budzić lęk. Chyba takie przesłanie chciałem tutaj zawrzeć. Postawiłem na przyziemność

Pewnie, że tak też jest okej. Zwyczajnie się "rozbuchałam"; miałam chyba "zapęd" na coś mroczniejszego, chi chi.

Pozdrowienia sobotnie, słoneczne mimo ponurawej aury za oknem.
ipsylon dnia 06.03.2016 21:21
Aniu;
Cytat:
Tomku, ale ja nie piszę tylko o tym tekście; wysnułam przy tej okazji po prostu ogólny wniosek. :)

Bardzo cieszą mnie Twoje słowa, zatem :)
Cytat:
Zwyczajnie się "rozbuchałam"; miałam chyba "zapęd" na coś mroczniejszego, chi chi.
Mam nadzieję, że następny tekst będzie traktować o czymś bardziej nadprzyrodzonym, i - oby - mrocznym. Mały powrót do korzeni dobrze by mi zrobił.
Jeszcze raz dziękuję za obecność i jej ślady :)
Serdeczności!
tomek
mike17 dnia 08.03.2016 14:00 Ocena: Świetne!
I ja bardzo lubię i cenię sobie opowieści, gdzie jednym z wątków są wspomnienia, im starszy człek jest, tym częściej wraca do tego, co było kiedyś, łapie się na tym, że nie pamięta tego, co robił miesiąc temu, a pamięta wszystko doskonale sprzed 20 lat.

Lubię taką nostalgię jak tu, u Ciebie, Tomku, otuloną niedopowiedzeniem i swoistą magią, że trudno przewidzieć, w którą stronę bujnie się opko, jakie może być zakończenie.
Trzymasz w niepewności do końca, to się ceni.
Poza tym odpowiada mi gawędziarski ton tej miniatury, bez napuszenia i ckliwości dałeś coś, co przywołuje własne wspomnienia, wzrusza i porusza.

Ja akurat jestem fanem muzyki i muzykiem amatorem, więc tym bardziej odnalazłem się w Twoim pisaniu :)
I też mamy swój gadżet - kubańską gitarę akustyczną, za którą kiedyś dałem kupę szmalu.

Utwór udany, bo operujesz świetną polszczyzną, czyta się płynie, wciąga aż do końca.
I tak trzymaj :)

PS.
W czwartek ukaże się moje nowe opko - zapraszam Cię już dziś :)

Pozdro!
ipsylon dnia 09.03.2016 11:45
Mike; Stokrotne dzięki za wizytę i komentarz!
Nie ukrywam, że tekst pisałem przez pryzmat własnych przeżyć, dlatego fakt, że czytelnik odnalazł w nim cząstkę siebie, niezmiernie mnie cieszy. Przez krótką chwilę miałem ochotę umieścić tu konkretne tytuły piosenek i wspomnienia z nimi związane, ale uznałem, że to by było trochę za dużo, że zrobiłbym z tego pamiętnik, a nie opowiadanie. Chyba lepiej, kiedy czytelnik sam dopowie sobie pewne rzeczy, taki wkład własny zwiększa tylko radość z lektury. Ja tak to odczuwam :)
Cytat:
I też mamy swój gadżet - kubańską gitarę akustyczną, za którą kiedyś dałem kupę szmalu

Jak widać, pamięć niejedno ma imię :) I bardzo dobrze.
Co do Twojego nowego tekstu, obiecuję zajrzeć, nie wiem tylko kiedy. Mam jeszcze parę opowiadań do przeczytania na portalu, a z natury jestem osobą, która fatalnie organizuje sobie wolny czas:p
Jeszcze raz dziękuję za odwiedziny i pozdrawiam!
tomek
Niczyja dnia 18.03.2016 15:07 Ocena: Świetne!
Nie napiszę długiego komentarza, teraz, po przeczytaniu nie potrafię. Niech wystarczy jedno zdanie:
Bardzo mądre, piękne i życiowe opowiadanie:)

Tekst taki jak lubię, z nutką zamyślenia i smutku. I płynnie napisany.

Szkoda tylko tej muzyki. Ja na miejscu bohatera nie pozwoliłabym usunąć swojej historii, swoich wspomnień. Każdy, nawet w związku, ma prawo do swoich tajemnic, oby tylko nie było ich zbyt wiele.

Znalazłam jedno zbędne słowo "dopiero", ale nie pamiętam już, w której części tekstu. Może autor sam je odnajdzie i usunie:)

Tekst świetny! Gratuluję!

Pozdrawiam,
Niczyja
ipsylon dnia 20.03.2016 22:25
Niczyja; Po raz kolejny wielkie podziękowania za wizytę i komentarz :)
Zabłąkane "dopiero" znalazłem, usunę zaraz po napisaniu odpowiedzi.
Co do muzyki, podoba mi się Twój punkt widzenia. Masz absolutną rację, niemniej spróbuję przedstawić mój punkt widzenia. A więc:
W tej miniaturze użyłem metafory odtwarzacza, jako czegoś co trzyma nas z przeszłością, z którą nie zawsze dobrze nam się układało. Może właśnie tego potrzebował bohater; zmierzenia się dawnymi demonami, a potem symbolicznego zwycięstwa (usunięcie). Jeśli zechce, zawsze może przesłuchać tych piosenek w internecie, z nutką sentymentu, ale już bez strachu.
Nie wiem, czy rozjaśniłem coś tym wytłumaczeniem, mam nadzieję, że tak. Większość tekstów piszę pod wpływem konkretnych emocji, dlatego czasami ciężko mi się do nich merytorycznie odnieść :)
Serdeczności
tomek :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Nuria
25/08/2019 22:16
Zaimków osobowych tyle, że można obdzielić z trzy utwory.… »
Lilah
25/08/2019 21:10
To świetnie, Mike. :) »
Opheliac
25/08/2019 21:04
Kreseczka, głównie Podoba mi się Olaboga City,… »
Opheliac
25/08/2019 20:57
Wodniczko, dziękuję za obecność i "odkopanie" ;) »
AntoniGrycuk
25/08/2019 20:28
Jolu, napisałem ten tekst po przeczytaniu tekstu… »
Kazjuno
25/08/2019 19:28
Narracja niezmiernie ciekawa. Pełno znakomitych porównań i… »
Marek Adam Grabowski
25/08/2019 19:25
Witaj na tym portalu. Na poprzednim nie czytałem demona,… »
Carvedilol
25/08/2019 18:43
Kazjuno Jolu dzięki za przeczytanie i komentarze… »
mike17
25/08/2019 18:22
Całkiem to fajne, Zdzisławie, z humorem i pewnym morałem.… »
Decand
25/08/2019 18:12
Kazjuno - za odczyt dziękuję, za komentarz również.… »
Decand
25/08/2019 18:09
Madawydar - bardzo dziękuję za odczyt i tak pozytywny… »
Kazjuno
25/08/2019 18:09
Zapomniałem o ocenie. Ale, Upsss... i nie mam możliwości… »
JOLA S.
25/08/2019 18:05
Odnajduję w tym tekście znajomy zapach. Czytając, pragnęłam… »
Kazjuno
25/08/2019 18:04
Na mój gust dużo tu poetyckiej prozy pomieszanej z… »
mike17
25/08/2019 18:03
Niebawem trzy nowe miniatury miłosne :) »
ShoutBox
  • Carvedilol
  • 25/08/2019 18:44
  • Vanillivi, dzięki i ode mnie za wrzucenie tekstu
  • AntoniGrycuk
  • 25/08/2019 16:10
  • Vanilivi, ja też dziękuję za dodanie tekstu po krótkiej przerwie.
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 13:36
  • Dzięki Vanilivi
  • Vanillivi
  • 25/08/2019 13:29
  • Przepraszam wszystkich za problemy z publikacją.
  • Vanillivi
  • 25/08/2019 13:28
  • Wrzuciłam jeszcze kilka waszych tekstów, tych które najdłużej zalegały, korzystając z tego, że Wiktor nie zabrał mi jeszcze uprawnień. Mam nadzieję, że sytuacja się niebawem wyklaruje.
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 11:51
  • Jednak Antoni Grycuk masz rację! Moja koleżanka rzeczywiście zasuwa w prozie. Trzeba JEJ dać ochłonąć. Chyba ledwo dyszy przygnieciona stertą makulatury, oczywiście też mojej...
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 11:27
  • Komentujemy tylko ja z Tobą i jeszcze kilka miłych pań i łaskawych facetów. Reszta milczy; A Feith to moja dobra znajoma, ale od POETÓW. Mnie by na pewno opublikowała. Jednak cisza online. Przykre...
  • AntoniGrycuk
  • 25/08/2019 10:33
  • Ze specjalną, niekoniecznie związaną, dedykacją: [link]
  • AntoniGrycuk
  • 25/08/2019 08:57
  • Kazjuno, jest jedna Pani redaktor od prozy, Faith się zowie. Ale widzę, że ten portal umiera. Nie tylko ten. W ciągu 2 lat mojej bytności ilość komentarzy pod prozą spadła drastycznie.
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 07:21
  • Szkoda, nie mamy redaktor od prozy. Nie mam nic do poetów, ale CI mają wykwalifikowaną trójkę. Nie dziwię się Vanilivi, że nie podołała. Ech, co za niesprawiedliwość...
Ostatnio widziani
Gości online:11
Najnowszy:Wojciech
Wspierają nas