"My brothers in arms" - Miroslaw Sliwa
Proza » Obyczajowe » "My brothers in arms"
A A A
Od autora: Tekst o wojsku, ale zdecydowanie dla dorosłych. Jako tytułu użyłem słów wielkiego przeboju znakomitej brytyjskiej grupy rockowej Dire Straits. Mam nadzieję, że mi to wybaczą. :)
Klasyfikacja wiekowa: +18

"My brothers in arms"


Wielkanoc. 22 kwietnia 1984 roku. Składy amunicji w poniemieckich fortach w okolicach Nysy. Służba wartownicza.

Jestem styrany; padam na pysk.

Pięćdziesiąta czwarta doba kołomyi w cyklu: dwadzieścia cztery godziny na warcie, dwadzieścia cztery w jednostce, a stare wojsko nie pozwala nam, kociambrom, odespać choćby tego, co się regulaminowo należy. Lenistwo zdecydowanie młodzieży nie służy. Oj, nie służy. Kadra oficerska podziela tę opinię w całej rozciągłości. Ot, element dyscypliny.

***

Monotonne kołysanie wojskowego Stara, wiozącego nas z jednostki do fortu usypia do tego stopnia, że lewym okiem opadającej bezwładnie głowy, prawie nadziewam się na lufę ustawionego na sztorc, miedzy kolanami, „kałacha”. Wracam do pionu i zobojętniałym wzrokiem obrzucam towarzyszy niedoli. Ci młodzi żołnierze wyglądają jak pokurcze.

Tak, jesteśmy bękartami, niechrzczonymi w ogniu żadnej z bohaterskich bitew. Zresztą nikt z nas nie ma ochoty umierać; bo niby za co? Za kogo? Kurwa, za ten gnój, syf i pognębienie? My, jesteśmy młodzi!!! Kurwa!!! My chcemy żyć!!! Chce nam się żyć dla naszych róż i bławatków, dla tych naszych wyśnionych dam… Jasne?!!! Kurwa, jasne, że niejasne.

No to śpijcie, chłopy, śpijcie!!!

Panuje wszechobejmująca maligna.

Wstrząs na kolejnym wertepie i chyba znowu coś niezdrowego roi się w mojej mózgownicy…Ech… Spokój! Spokojnie.

Słychać tylko warkot silnika i chrzęst amortyzatorów pojazdu tłukącego się po wybojach leśnego duktu.

W którymś momencie jednak wyczerpanie, apatia i chorobliwy rozgardiasz myśli spływają ze mnie gdzieś w niebyt, a zamiast nich pojawia się niesamowite poczucie siły i euforia.

Bardzo to nienaturalne, ale nawet nie próbuję racjonalizować tej przemiany. Cieszę się, że żyję. Cholera, jakże się cieszę!!!

***

Kilka minut po północy. Właśnie wróciłem z posterunku. Teraz dwie godziny odpoczynku, a potem dwie czuwania na wartowni, ale ja wszystko to mam w nosie. Kumple z mojej zmiany walą się na wyra w sąsiednim pokoju, a ci z czuwającej wtapiają się w anturaż i symulując baczenie, drzemią, jak który potrafi.

Siadam przy jedynym radioodbiorniku, do jakiego mam dostęp w tej zakichanej armii i przestrajam go na program III Polskiego Radia. Ciepły, głęboki tembr głosu Piotra Kaczkowskiego niezmiennie obiecujący muzyczną ucztę sprawia, że zapominam o wojsku, fali, głupich trepach, a nawet o tym, że trzy tygodnie temu rzuciła mnie Marzena.
- „Szanowni Państwo, mam wielką przyjemność zaprezentować Państwu najnowszy, koncertowy album zespołu Dire Straits, noszący tytuł „Alchemy””.

Słyszę aplauz wielotysięcznego tłumu, a w introdukcji delikatne brzmienie klawiszy i cichy, marszowy rytm werbla. Już mnie nie ma na wartowni gdzieś tam pod Nysą, w państwie zwanym PRL - em. Jestem w londyńskiej Hammersmith Odeon i wariuję, bo na scenie pojawia się Mark Knopfler i zespół zaczyna grać „Once upon a time in the west”.

Ogarnia mnie uniesienie wolności prawie fizyczne. Tak, pozwalam sobie na to, ja, młody człowiek wzięty w kamasze wbrew własnej woli, bo wiem w jakim kraju żyję i że swobodą mogę się cieszyć tylko w wyobraźni, ale wiem również i to, że tych rojeń nie jest w stanie pozbawić mnie nikt.

***

Wybrzmiewają ostatnie dźwięki przejmującego „Private investigations”, kiedy nagle z pomieszczenia sypialnego dobiega ogłuszający rumor. Zrywam się sprzed radia i zaglądam do sąsiedniego pokoju. W mroku widzę gramolącego się z podłogi Adama.
- Misiu, co ty odpierdalasz? – syczę wkurzony raptownym wyrwaniem z błogostanu.
- Ach, kurwa, muszę do kibla i wyjebałem się na taborecie.
- No dobra, tylko cicho. Nie pobudź chłopaków – nakazuję półgłosem.

Uśmiecham się, bo niektórzy koledzy chrapią tak, że aż sufit się trzęsie. Sen na raty… Hm. Zajadą nas kiedyś. Żacham się jednak na smutki… teraz chce mi się żyć tym, co mam. Wracam do muzykodajni. Czuję się jasny w środku, a przestrzeń rozbrzmiewa znanymi mi już doskonale „Sułtanami swingu”, chociaż to koncertowe wykonanie ma swoje kopyto. Nie ma co.

Odprowadzam spojrzeniem ginącego powoli w mroku wąskiego korytarza Misia. Kolebie się z nogi na nogę jak przygarbiony klocek, tam klocek zresztą; kloc, prawdziwy kloc. Metr sześćdziesiąt osiem wzrostu i metr szerokości w barach. Widziałem, co zrobił kilka dni temu z takim jednym „dziadkiem” z ósmej kompani, który uparł się aby koniecznie Misia przeczołgać. Fruwał biedaczyna w powietrzu jak szmaciana lalka. W pięciu pacyfikowaliśmy Adama, bo zabiłby przecież nieszczęśnika, któremu zostało zaledwie dwa tygodnie do cywila.

Nie wiem czy Ludowe Wojsko Polskie, będące bardziej formą przymusowego odosobnienia niż armią, kształtuje, jak to mówią, męskie charaktery czy raczej uwypukla najpaskudniejsze cechy w człowieku. Może wszystko zależy od tego, co się rozumie przez męskość… Od czasu do czasu muszę podobnymi refleksjami pocieszyć i podratować swój idealizm wolnościowca, który nigdy nie żył w wolnym kraju. Najwidoczniej wolność jest w nas. Tak, przede wszystkim w nas.

A Misiu, który właśnie wraca do izby zmiany odpoczywającej, od dwóch dni jest uosobieniem rozpaczy, która nie umie płakać. Dziewczyna. Dziewczyna go opuściła. Dwa dni temu dostał list od matki, gdzieś ze wsi pod Suwałkami, a w środku taki kwiatuszek wielkanocny, że „jego Adamowa Hanka nie jest już jego i ma nowego narzeczonego”.

Szlag może trafiać człowieka na różne sposoby. Podobno niektórzy pod wpływem stresu czy wzruszenia siwieją w jednym momencie. Misiu nie posiwiał, Misiu zszarzał. Zgasł. I chociaż gabarytowo nic mu nie ubyło, to jakoś skurczył się w sobie, a jego krok stał się jeszcze bardziej niedźwiedziowaty niż był do tej pory. Zawsze mało gadał, a teraz odzywa się już tylko wtedy, kiedy musi.

Ech, kobiety. Przecież osnową tak wielu melodramatów i romansów są historie o tym, że mężczyzna o złamanym sercu idzie na wojnę. Normalnie zapłakać się można. Panny i panie płaczą. My się wzruszamy. Ale oto dzisiejsza romantyczka nieco się zmodernizowała i kiedy tylko chłopaka biorą do wojska, to, ot tak, po prostu rozrzewniona dziewoja, natychmiast znajduje sobie na jego miejsce pocieszyciela; byleby był pod ręką. Ha, ha; pod ręką… Signum temporis i „la donna e mobile”; mieszanka gorsza od bomby atomowej.

Bezwiednie rozglądam się wokół. Jasno szare ściany przecięte wpół brudno-błękitną lamperią, dziwna euforia, której doznałem na pace Stara, i która trwa i trwa razem ze świeżością muzyki Dire Straits, a teraz wspomnienie tych niewiernych, które jeszcze tuż, tuż, przed wyjazdem tych wszystkich chłopaków do jednostek wojskowych w jakieś odległe rejony kraju, na tych wszystkich przystankach autobusowych i dworcach kolejowych, zalewając się łzami, przyrzekały im wierność do grobowej deski, a nie wytrwały w niej nawet pół roku; … jakież to popierdolone.

Idealizmy, romantyzmy i sru... realizm, z którym nijak pogodzić się nie można. Po co to wszystko… tak?

***

Gapię się przez okno na granatowe niebo skrzące się złogami Drogi Mlecznej. Kurwa, jak pięknie. Gdzieś spoza pleców słyszę zaspany głos „rozpylacza” – „Nooo, chłooopaki, zbierać się”. To chłopaki się zbierają. Hełmy na umęczone głowy, ładownice z magazynkami na pas, amunicja do giwery, giwera przez plecy, od niechcenia wydane komendy, no i człapią w noc.

Chce mi się palić. Wychodzę przed wartownię. Nie bez przyjemności zaciągam się Sportem i obserwuję krótki, sześcioosobowy szereg postaci, miarowo, choć bez animuszu, oddalających się w kierunku pierwszego posterunku.

Prowadzi „rozpylacz” – podoficer rozprowadzający, kapral Wiesiek Strąk zwany przez nas Strączkiem. Jest świeżo po „szkółce”. Dopiero dwa tygodnie temu zameldował się w naszej jednostce. Trochę dziwny chłopak. Pod każdym względem. Podoficer bez choćby cienia autorytetu, którego na moje oko do końca służby nie wypracuje sobie wśród szeregowców, ale on najwyraźniej nad tym w ogóle nie boleje, bo na swój pokręcony sposób, jest ambitny i uparty. Tak po chłopsku, bo to chłop z chłopa. Dwie bele na pagonach zapewniają mu jakiś zakres formalnej władzy, a to, że wszyscy na kompani się z niego śmieją… Cóż go to obchodzi? We wsi, na przepustce może się pochwalić. Kto wie czy przypadkiem jakaś dziewczyna na to poleci? Tak sobie kombinuje.

Strączek ma osiemnaście lat. Do armii zgłosił się na ochotnika. Kurwa!!! Do syfu na ochotnika!!! Nikt z nim nie gada, co najwyżej spoglądają na niego ze zdystansowaną pogardą mijając zadziwionego i po dziewczęcemu czerwieniącego się kapralinę.

On naprawdę wygląda jak dzieciak. Twarz zupełnie pozbawiona zarostu, o wydatnych wargach, notorycznie układających się w ”karpika”, małym nosie zakończonym „kartofelkiem”, wielkich, okrągłych, wiecznie zszokowanych oczach, a to wszystko zwieńczone rudymi, jak się wydaje, loczkami. Co prawda po wojskowym strzyżeniu na głowie zostaje tylko tyle włosów, że można je przykryć dłonią, ale nawet po tych resztkach fryzury i tak u Strączka każdy widzi rude pukielki. Posturą przypomina trochę czternastolatka; szczupły tułów ze zbyt opadającymi ku dołowi barkami osadzony na grubych nogach, niemęsko krzywiących się do iksa.

Koledzy traktują go jak zepsute powietrze, ale mnie takie typy jak Strączek interesują, bo są inni… a może trochę mi go żal? Czy ja wiem?

***

Pomiędzy funflami z fali, ale i starymi mogę sobie na wiele pozwolić; no, bez przesady, ale… mogę.

Mam dwadzieścia cztery lata i przez ostatnie pięć skutecznie migałem się przed wojskiem. Poza tym, co nie bez znaczenia dla tych chłopaków, działałem w Solidarności; miewam w związku z tym, od czasu do czasu, nieprzyjemne rozmowy z „politrukiem” jednostki majorem Zimnikiem.

Te irytujące i jak na mój gust, nazbyt częste pogadanki, są do siebie jota w jotę podobne. Najpierw uświadamia mi jak wiele wie na mój temat. Potem „strzela” jakieś niedorzeczne kazanie w duchu marksistowsko-leninowskim, jednak zawsze nacechowane bardzo wysokim stopniem temperatury emocjonalnej; wrzeszczy, klnie, wyraża wobec mnie pogardę, grozi, ale i czasami coś obiecuje. Dobry i zły milicjant w jednym.

Jakież to schematyczne, przecież esbecy, który przesłuchiwali mnie rok czy dwa lata wcześniej zachowywali się dokładnie tak samo.

Skądinąd cała wiedza jaką zastępca dowódcy jednostki do spraw politycznych major Zimnik na mój temat posiada pochodzi właśnie z akt esbeckich, więc te wszystkie jego dicta i pogróżki zbywam zazwyczaj lekceważącym milczeniem, co niezmiennie kończy się czułym pożegnaniem: „Won mi stąd, skurwielu ponury!!! Jeszcze mnie, kurwa popamiętasz!!!”.

I tak do następnego razu.

Zimnik nie robi z tych „seansów” żadnej tajemnicy. To jego strategia. Chytra strategia.

Boże, przecież to zwykły, głupi komuch, któremu wydaje się, że w ten sposób zdyskredytuje mnie wobec innych żołnierzy i odstraszy szeregowe wojsko przed niedorzecznymi mrzonkami o wolnościach politycznych.

To ci dopiero zaplecze intelektualne komuny. Dobre sobie. Nie ma co. Czyżby tylko na tym ten cały bardach się trzymał? Kurwa, naprawdę nie do wiary.

Ale jebał pies Zimnika. Tak czy inaczej jego sprytne pomysły wychodzą raczej całkiem do bani, bo dla wielu, poprzez to, stałem się wręcz jakimś guru, co bywa czasami przydatne, ale potrafi być również cholernie kłopotliwe.

Przecież nie znam żadnej, dobrej odpowiedzi na zrozpaczone pytania typu: „Rzuciła mnie pizda jebana i co ja mam teraz zrobić?”. Nie potrafię, a może nawet nie chcę im uświadamiać, że jestem tak samo bezradny wobec życia jak i oni, odpierdalam więc śmiesznego psychoterapeutę… Coś tam ględzę, że czas uleczy rany, że tego kwiatu jest pół światu i takie tam inne pierdoły. Może trochę działa. Trochę… może. Szkoda, że samemu sobie nie potrafię nijak pomóc. Kurwa…

***

W każdym razie więcej mi wolno i nikt na to nie sarka, więc kilka dni temu, na fajce zagaduję Strączka;
- Słyszałem, że zgłosiłeś się do syfu na ochotnika?
- No i co z tego? – odpowiada trochę po koguciemu, ale już w tej samej chwili traci rezon, bo marszczę brwi. Chyba zaczyna rozumieć, że musi się wytłumaczyć; zna już układy na kompanii i wie, że jakby tam nie było, kogoś musi mieć po swojej stronie, więc trochę nerwowo zaczyna:
- No… co? Im szybciej tym lepiej. Za półtorej roku do cywila… pójdę do roboty, ożenię się… nic nade mną nie będzie wisiało.

Trudno takiemu rozumowaniu odmówić logiki. Przecież każdy z nas przykre powinności chciałby mieć jak najszybciej za sobą.

Nagle coś głupiego strzela mi do łba.
- Masz dziewczynę? - zagaduję dalej. Pykam z lekka dymnymi torusami i mam pełną świadomość, że w tym pytaniu jest nutka zarówno sadyzmu jak i masochizmu.
Strączek czerwieni się po uszy.
- Nooo…, jest taka jedna
- I co? Pisze jeszcze do ciebie? Niby familiarne pytanie, ale jakie głupie w kontekście tego, co się nam, już niemal wszystkim, na co dzień przytrafia. Wstyd wywołany mimowolną chęcią pognębienia Strączka nadrabiam aroganckim wyrazem twarzy, ale gdzieś tam z tyłu głowy, jakby wbrew mnie samemu, rodzi się złośliwa myśl: Ciekawe kiedy się dowiesz, że już jesteś sam?
Strączek wyraźnie się peszy, ale sytuację ratuje gromkie wołanie Karola:
- Mirek!!! Zbiórka przed kompanią!!!

***

23 kwietnia 1984 roku. Wielkanocny poniedziałek. Data, której nigdy nie zapomnę.

Czwarta rano; najbardziej zaspana godzina w ciągu całej doby, a ja jestem rześki jak spirytus.

Nasza zmiana wychodzi na posterunki.

Strączek, który już ledwo na oczy widzi i właściwie usypia na stojąco chce na uparciaka być regulaminowy, ale Stefan, równie wykończony macha tylko ręka na procedury i zmęczonym głosem uspokaja:
- Kapral, wszystko gra.

W zmordowanym porozumieniu formujemy szyk. Jest mi między nimi dziwnie. Jakby kabłączki nieszczęścia wokół mnie i ja z tą wewnętrzną siłą, dla której nie potrafię znaleźć uzasadnienia.
- Baczność! Spocznij! W prawo zwrot! Za mną marsz! – Strączek stłumionym głosem wydaje komendy i porusza się tak jakby był ledwie działającą zabawką na prawie wyczerpanych bateriach. Cóż, czwarta rano… Noc jeszcze ciągle panuje, ale przedświt powoli już ją łamie.

***

Wąską, ale porządnie wydeptaną dróżką, z rzadka oświetloną kołysanymi lekkim wiatrem żarówami w blaszanych kloszach, to przygasającymi, to rozświetlającymi się na nowo, kierujemy się w stronę czarnej jak sadza ściany lasu. Słyszę tylko ciężkie oddechy współtowarzyszy, czasami trzask patyka nadepniętego wojskowym butem, cichy poszum drzew i dalekie odgłosy już rozbudzonego ptactwa. Jest ciepło.

Pierwsza zmiana jest moja, druga na „kogucie” czyli na wieży wartowniczej Misia, potem Karola, Roberta, a na ostatnim posterunku Stefka.

Dobrze, że Robert podzielił się ze mną ćmikami, bo inaczej przez te dwie godziny chyba bym jajo zniósł. Dwieście metrów od telefonu w lewo, dwieście metrów od telefonu w prawo i „na abarot”. To samo widzisz, to samo słyszysz. Najnudniejsza mantra na świecie. Pieprzę takie mistyczne ćwiczenia. Palenie pomaga; zabija czas.

Zbliżamy się do umownego miejsca, w którym, mam przejąć służbę od poprzednika, ale… nikogo nie widać. Cholera, gdzie on jest? Teren płaski jak stół. Słabo, bo słabo oświetlony, ale ludzką sylwetkę zawsze by dojrzał. Rozglądamy się wokół i nic. Jesteśmy raczej zaskoczeni niż zaniepokojeni, więc głośno, właściwie mówię niż krzyczę:
- Janusz! Janusz! Gdzie jesteś? – Ale żadnego odzewu. Ani mru, mru.
Spoglądamy na siebie już nieco bardziej skonsternowani, wtem Karol konspiracyjnym tonem tropiciela zwraca naszą uwagę:
- Cicho! Coś słyszę.
Wszyscy wytężamy słuch… i rzeczywiście dobiegają nas jakieś odgłosy.
Karol raptem prycha śmiechem.
- Ale piłuje!
No tak, to przecież chrapanie. Hm…
Strączek oburza się po swojemu, co w jego wypadku zawsze wygląda raczej niepoważnie.
- Kurwa, nogi z dupy mu powyrywam!
- No dobra, ale najpierw go znajdźmy – nieco lżejszą wymową dość oczywistej propozycji próbuję rozminować „wkurwienie” niedowarzonego podoficera.


Po chwili Stefek stoi nad jedyną na całej długości posterunku transzeją, świeci na dół latarką i przyzywająco kiwa ręką w naszym kierunku. Podchodzimy i spoglądamy z zaciekawieniem. Naszym oczom ukazuje się taki oto widok: Janusz na dnie okopu w pozycji horyzontalnej, całkowicie przysypany zeszłorocznymi, suchymi liśćmi. Spod zbutwiałego listowia wyłania się jedynie twarz, a z na wpół otwartych ust wydobywa się charakterystyczny, miarowy, głośny dźwięk. Człowiek leżący w dole; obraz rodzący najgorsze skojarzenia, ale jednostajne: chrrr, chrrr, chrrr czyni go mocno komicznym.

Robert wskakuje do okopu, pochyla się nad głową zmorzonego snem Janka i niezbyt donośnie, ale prosto do ucha skanduje śpiochowi.
- Pobudka!!! Pobudka!!! Wstać!!! – pośród leśnego pustkowia słowa komendy, która normalnie budzi nas każdego ranka, równo o szóstej, w koszarach jednak, brzmią groteskowo.

Janusz raptownie i bardzo szeroko otwiera oczy. Przerażenie. Z pozycji leżącej na wznak, z okopu głębokiego na jakieś półtora metra, w ułamku sekundy, zupełnie bez użycia rąk wyskakuje na równe nogi. Wygląda jakby ducha zobaczył. Gwałtownie dyszy i nic nie rozumie. Zaskoczeni nieoczekiwaną nagłością jego reakcji przez chwilę wszyscy czujemy się jak stado baranów. Chyba nikt z nas, nigdy nie był świadkiem takiego wyczynu „sportowego”. No, no… I nagle zaskakujemy. I erupcja wesołości.

Pierwszy, krztusząc się śmiechem zaczyna Strączek.
- Szeregowy Napiórkowski… - ale krztusi się i nic więcej wyrzec nie może. Wszyscy rechoczemy, tylko Janusz, który jeszcze do końca nie ochłonął bełkocze niezrozumiale jakieś, chyba usprawiedliwienia.

Jeden Misiu dobrze się nie bawi. Stoi z boku i patrzy na tę błazenadę niewidzącym wzrokiem. Cóż, jego sprawa. Nie on jest bohaterem chwili.

- Napiórkowski, ale daliście dupy – w końcu, ciągle jeszcze z lekka prychając, wyraża swoją opinie o zachowaniu podkomendnego Strączek.
- Kapral, no zmogło mnie. Kapral… kapral chyba nie zamelduje o tym dowódcy warty? Co? – Wręcz błaga, niebaczny i słusznie przestraszony wartownik.

Strączek tylko przez chwilę, wszelako zdecydowanie umyślnie zwleka z odpowiedzią. Tak, tak. Widzimy jak młodziak, co prawda jeszcze niepewny swego, jednak powoli zaczyna smakować danej mu władzy.
- Zbieraj broń, przekazuj posterunek i zapierdalamy, bo zaraz zaczną nas szukać.
- Ale kapral… - mamrocze Janusz.
- Kurwa mać!!! Zbieraj się i do szeregu!!! – zdesperowany „rozpylacz” olewa regulamin.

***

Słyszę tylko: „Za mną marsz” i koledzy giną w szarzejącym mroku, a ja zaczynam wędrówkę donikąd po ściśle wyznaczonej trasie. Już kiedyś próbowałem, to łażenie w kółko uznać za spacer, ale kto przy zdrowych zmysłach szwenda się po nocy, wydeptując ścieżki, ależ oczywiście jak na spacerniaku. Regularny idiotyzm stosowany.

No i zaczyna się strach przed natręctwem myśli. Nie da się nie myśleć o Marzence. Ale na litość boską już nie ma o kim myśleć. No bo nie ma!!!

„I don`t love you, you don`t love me”; nie, nie, na odwrót “You don`t love me, i don`t love you”; tak jest właściwie.

Ciekawe. No ciekawe; spodziewany zamęt, ckliwość czy melancholia jakoś nie nadchodzą. Jest inaczej.

Zmysły mam wyostrzone jak brzytwa i całkowicie nad sobą panuję. Nadzwyczajne uczucie. Wierzę. Stał się cud unicestwienia udręki. Jak? Dlaczego? Nie wiem. Czuję tylko tyle, że wypełnia mnie przenikliwy spokój.

Z tej lekkości bycia jestem tak mocny, że całego papierosa ciągnę na zaledwie trzy machy. Już dnieje. Wtem… Trach!!! Wystrzał. Panika wśród ptactwa.

Co jest do chuja wafla?!!!

Jeżą mi się resztki włosów pod hełmem – to przecież z wieży.

Kurwa!!! Misiu… kurwa!!!

Przez ułamek sekundy zastanawiam się czy dzwonić na wartownię… Kurwa, jebał pies przepisy.

Co sił w nogach biegnę w stronę „koguta” Trzysta metrów. Schody przeskakuję po pięć stopni. Jestem.

Niby jakoś rejestruję obraz, ale nie mogę uwierzyć własnym oczom. To nie może być prawdą. Nie może…

Adam siedzi na podłodze w kącie wieży. Wyraźnie rozróżniam tylko dolną połowę ciała. Cała góra jest zalana czerwono – różową mazią. Z przerażeniem zaczynam dostrzegać szczegóły. Przestrzelony hełm tkwi na głowie, która, no… się rozpłynęła, spłaszczyła i to jakoś… krzywo tak. To nie jest przecież głowa Misia. Lufa kałacha wbita w krwawą dziurę, która jeszcze niedawno była jego ustami. Kolba oparta o deski platformy pomiędzy wąsko rozrzuconymi nogami. Z przechylonego trochę na prawo ciała krew ciągle ścieka. Koszmarna ciemna kałuża niezakrzepłymi ciężkimi kroplami, po krzywiźnie podestu skapuje na świeżą trawę, która sześć metrów niżej wyrasta z budzącej się do życia ziemi.

Adam!!! Adam!!! Jak cię poskładać?!!! Boże!!! Jak go poskładać?!!!

Żołądek mam pod gardłem. Przechylam się przez barierę i spazmach wyrzucam z siebie zawartość trzewi.

Zaczynam się cofać. Powoli, tyłem schodzę stopień po stopniu.

***

Tydzień po tragedii.

WSW, prokurator, „politruk”, przesłuchania. Wszyscy w drużynie i na kompani jesteśmy przybici. Milczymy. Mijamy się nie patrząc sobie w oczy. Owszem jestem wytrącony z orbity, ale jakoś tak i jestem i nie jestem, bo potrafię myśleć zimno i wiem, że gdyby nie jakaś tam chutliwa Hanka Misiu byłby dzisiaj pośród nas, cały i zdrowy. Z drugiej strony jednak, cóż począć przeciw rozwydrzonej ludzkiej naturze? To tak jakby się gniewać, czy ja wiem?; na sztorm. Niby można, lecz jaki to ma sens.

Niemen ma rację; „Dziwny jest ten świat”.

Jaka szkoda Adamie, że nie doznałeś łaski unicestwienia udręki na czas. Wielu nie doznaje. Żal.

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Miroslaw Sliwa · dnia 29.02.2016 20:36 · Czytań: 1018 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 26
Komentarze
Dobra Cobra dnia 29.02.2016 23:45
Bardzo dobra rzecz!

Miroslawie,

Takie było Woksko Polskie. Zdaje się nasi komandosi w razie wojny mieli zdobyć Danię, taki był przydział.

Tamta cała armia to był wielki nonsens i bezsens. Poborowi obcinali se palce skazujące u prawych dłoni, byleby nie iść w kamasze. Udawali choroby...

A koncert Dire Straits ikoniczny... Choć Brother in Arms pojawił się dobre lata po live Alchemy.

Samo życie, panie...


Dziękuję za wieczorową zadumę nad przemijaniem (armii).


Pozdrawiam,

DoCo
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 00:39
Do Co chodziło mi tylko o to, co zrobiły z nami kobiety

Jesteś w sytuacji przymusowej czyli jak w więzieniu, no bo siedzisz za kratami, a ona
jest na wolności i wie tylko tyle, że jej chłopak nie będzie do niej należał przez dwa lata.

Kobieta natychmiast podejmuje decyzję, a Ty walcz. Ale o co? Z kim? I w imię czego?

Jasne, że Brothers in arms na płycie ukazało się później, ale jakoś Braterstwo broni spodobało mi się, choćby ironicznie, w kontekście całej opowieści; właśnie dlatego dałem taki tytuł.

Dzięki Do Co z lekturę i komentarz.

Mirek
Jaga dnia 01.03.2016 09:55
Bardzo dobrze czyta się Twoje teksty, Mirku, bo są realistyczne, aż do bólu!
Ciekawa kompozycja, a do tego piękna muzyka "w tle"... A z tymi kobietami, które nie chcą czekać...Cóż, to pewnie złe kobiety były;-)
Pozdrawiam,
Jaga
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 10:34
Wiesz Jago, ja tam nawet nie mam jakichś specjalnych pretensji do tych dziewczyn. Człowiek żyje jak się da. One miały wtedy po siedemnaście, osiemnaście, no może po dwadzieścia lat. W takim wieku człowiek żyje ile fabryka dała, a nawet więcej.
To system, który nie licząc się z ludzką naturą, o wolności nie wspomnę dzieląc nas tak na zimno był sprawcą tych dramatów, a czasami tragedii.
Oczywiście, taka jest refleksja po latach.
Kiedy pisałem powyższy tekst musiałem sobie jednak przypomnieć siebie i swoje odczucia z tamtego okresu. Tekst musi być wiarygodny.

Trzymaj się ciepło. :)

Mirek
DragonLady dnia 01.03.2016 11:10 Ocena: Świetne!
Cytat:
Nie­mem


Ot, literówka.

Tekst jest do bólu wiarygodny. W dodatku podoba mi się pod tym względem, że dotyka... Właśnie, czego właściwie dotyka? Problemy tego rodzaju, że - w związku z utworem, rzecz jasna, nie w ogóle - wojsko przybiera formę paskudnego weryfikatora i jakimś cudem postrzegam je jako drugoplanowe. Z czymś takim jeszcze się nie spotkałam w dziełach o podobnej tematyce.

Czyta się świetnie.
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 11:19
Cześć DragonLady.

Błąd zaraz poprawię.

Masz rację, każda przymusowa sytuacja jest weryfikatorem człowieczeństwa. Z tekstu trochę wychodzi, że znęcam się nad dziewczynami, ale to wcale nie tak. One były normalne tylko sytuacja była nienormalna. No a potem różne konsekwencje.

Lepiej ludziom świata od nowa nie wymyślać.

Dzięki za lekturę i fajne postrzeganie.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
DragonLady dnia 01.03.2016 11:25 Ocena: Świetne!
Hmmm. Jeśli Ty obawiasz się, że dziewczyny mogą być w tym tekście atakowane, to ja wychodzę na jakiegoś potwora, bo - nie wiem, czy były nienormalne i myślę, że należałoby gwoli czystości sumienia zastanawiać się nad każdym przypadkiem z osobna. To wcale nie zmienia faktu, że zjawisko, które opisałeś, a które było dość powszechne, niesamowicie mnie denerwuje.

Dzięki. Również pozdrawiam.
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 11:57
DragonLady, nic takiego z Twojego komentarza nie wynika.

Tak trochę na wyrost się wytłumaczyłem. :)

Trzymaj się ciepło. :)

Mirek
purpur dnia 01.03.2016 12:01 Ocena: Świetne!
Witaj.

Właśnie zakończyłem wpatrywać się w Twój tekst. Powiem Ci, że ma on moc. I nie dlatego, że zakończenie jest takie a nie inne ( co by nie robić spoilerów :), że napisałeś o wojsku poborowym ( chyba ), ale dla mnie, największe wrażanie wywarło to JAK on jest napisany.

Kompletnie wyciąłeś mnie z otoczenia, czułem tylko te resztki śniegu, tego stara, te męsko - głupie gadanie, tę nudę i to... zimno. Kurcze, ja ich widziałem, w tych starych brudno zielonych, pękatych mundurach, wojska z lat 80... Świetnie, bardzo realistycznie ( ale bez przesady to nie jest reportaż) napisane. Dodatki w postaci opisów otoczenia / ich odczuć są w idealnych miejscach, tak że nie przeszkadzają zgłębiać fabuły, a jedynie rysują tło.

Powiem CI, że nie spodziewałem się popędzenia historii właśnie w ten "temat". Zaskoczyłeś. Nie powiem, fajny pomysł na historię, natomiast, chciałbym więcej poczytać o ich "problemach" - "dziewczynach" zanim doczytam do końca. Fakt, że może troszkę wciągnęło mnie w inną stronę, może za bardzo zwróciłem uwagę na inne rzeczy w tym tekście, ale "problem" zaskoczył mnie. Nie poczułem go wcześniej w tekście - ot, było to takie "wojskowe" gadanie, tak jak o fryzurach, loczkach, czy gości od SB.
No ale, z drugiej strony, zaskoczyłeś na końcu - co też nie jest bez wartości, ba, ja to wręcz bardzo lubię :D

Tak, przy okazji, kompletnie nie widzę tu szykanowania kobiet - ot, życie...

Naprawdę świetny tekst, z genialnie wykreowaną atmosferą! i tak bardzo inny od tego co czytałem ostatnio!

Takie tam, wynotowane:
Cytat:
Strączka każdy widzi rude pukielki.
- :) Fajne dodanie "kolorytu" osobie! Cały opis jego jest "modelowy!".
Cytat:
Najnudniejsza mantra na świecie. Pieprzę takie mistyczne ćwiczenia.
- to jedno z wielu zdań, które tworzą "humor" w opowiadaniu, mimo iż szorstkie jak cholera, to jednak uśmiecham się :) Nice!

Pozdrawiam!
Dobra Cobra dnia 01.03.2016 12:17
Taaaa, bo to zła kobieta była.

Tytul pasuje idealnie.


Pozdrawiam,

DoCo
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 12:30
Witaj Purpur, bardzo się cieszę z takiego odbioru tekstu.
Sama jego natura jest dramatyczna, więc musiałem tylko wymyślić sposób na opisanie zdarzenia. Wygląda na to, że się udało.

Dzięki serdeczne.

Pozdrawiam.

Mirek


DoCo, ale chłopak się zabił.

Można powiedzieć tylko tyle: Takie jest życie.
O braterstwie broni też warto by było kiedyś napisać.

Na twarde życie nie ma żadnych mądrości.

Trzymaj się.

Mirek
Niczyja dnia 01.03.2016 12:39
Czy użycie tytułu znanej piosenki Dire Straits jest rzeczą dopuszczalną? Czy tak można?
Nie komentuję tekstu, tylko tytuł.
Nie wracam do autorów, którzy nie potrafią podziękować za komentarz.
Pozdrawiam.
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 13:08
Cześć Niczyja.

W sztuce cytowanie jednych autorów przez drugich jest całkiem powszechne i nie ma w tym nic złego. Spora część opowiadania jakoś zahacza o muzykę Dire Straist, więc oczywiste oczywistości stają się jeszcze bardziej oczywiste.

Pisałem o wojsku; angielskie "brothers in arms" na polski przekłada sie jako braterstwo broni. Żaden cywil tego nie zrozumie, ale w wojsku jest to fundamentalna wartość, która czasami decyduje o tym czy przeżyjesz.

Przepraszam, ale rzadko zaglądam na swoje stare teksty. Jeśli przegapiłem jakiś komentarz, to dzisiaj nadrobię.

Pozdrawiam.

Mirek
purpur dnia 01.03.2016 13:08 Ocena: Świetne!
Wybaczcie, że wtrącę się, co do tytułu.

Tak do końca przecież nie jest to tytuł piosenki, to jest "angielskie" określenie na "wojskową brać" - piosenka chyba jest "przy okazji", a że pasuje...

Skorzystanie ze słowa "Rambo", no to już by było "pożyczanie" :)

Zresztą, chyba DS, nie wpadną na forum z żądaniem tantiem :p Chociaż nie powiem, mogli by :)
faith dnia 01.03.2016 13:13
Niczyja napisała:
Czy użycie tytułu znanej piosenki Dire Straits jest rzeczą dopuszczalną? Czy tak można?


Nie ma ku temu przeciwwskazań. Jednak zgodnie z regulaminem:

5.5.2 W przypadku tytułów obcojęzycznych, autor zobowiązany jest podać tłumaczenie, ewentualnie źródło cytatu lub inspiracji oraz umieścić je pod tekstem w formie przypisu, np. Bitter sweet symphony* - *Słodko-gorzka symfonia. Wymóg ten ma także zastosowanie przy zamieszczaniu tłumaczeń całych utworów literackich, gdzie pod przetłumaczonym tekstem należy umieścić cały tekst źródłowy lub odnośnik do źródła.

Proszę Cię więc, Mirku byś wstawił jednak jakąś wzmiankę na ten temat i nie będzie wątpliwości :)

Pozdrawiam!
Niczyja dnia 01.03.2016 13:17
Dire Straits bardzo lubię, dlatego bronię ich jak kwoka swoich kurcząt:) W wojsku nie byłam, więc nie wiem jak to jest i nie wiem co tracę lub zyskuję.

Mirosławie,
po Twojej zmiance wszyscy bez wyjątku będą zadowoleni, nawet i DS:)

Pozdrawiam obu Panów,
Niczyja
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 13:34
Witaj Faith, nadrabiam zaniedbanie natychmiast, ale jakby ten świat sztuki wyglądał gdybyśmy zaczęli się ścigać za cytaty.

Niemniej niedociągnięcie naprawiam.

Pozdrawiam.

Mirek
mike17 dnia 01.03.2016 18:53 Ocena: Świetne!
Bardzo dobra, męska proza.
Jeden z najlepszych tekstów, jakie tu ostatnio czytałem.
Świetnie oddane realia wojskowego życia, bardzo wiarygodna stylizacja językowa, bez której ten utwór nie brzmiałby dobrze – podziwiam Cię za te dozę „mięska”, bo w woju nie jest miętko, to i gadać trza po ludzku.

Całość bardzo przypomina mi początek „Krolla”, identyczne klimaty z kapralem Wiadernym na czele.
Dobrze, że nie była to już „Samowolka” Falka, bo to film o patologii w armii.
Dałeś, Mirku, kawał porządnej opowieści, jak puszczony na nowo film sprzed lat, który wciąż boli, bo sam słyszałem o fali, o samobójstwach w wojsku, o jakichś chorych rytuałach „stare-nowe wojsko”, dla mnie to było nie do pomyślenia, ale co tam ja, takie było życie i tyle.

W woju, które wówczas trwało dwa lata mogło człekowi nieźle odpierdalać.
Mój brat cioteczny ciągle na wartowni chlał i wrócił do domu jako alkoholik.
Prawdziwy, przykry tekst, ale tym bardziej cenny.
Bo powiadający kawałek życia, ukradziony przez armię, przez jakiś mega absurd.
Dobrze, że znam to tylko z filmów i opowiadań :)
Czytało się tak dobrze, że nawet nie wiem, kiedy już skończyłem.
I to jest wymiernikiem dobrej literatury :)

Pozdro!
Quentin dnia 01.03.2016 21:57 Ocena: Świetne!
Chłopcy z gitarami zamiast karabinów

Jestem jednym z tych pierwszych, których objęła "amnestia". Należę do tego rocznika, o który wojsko się nie upomniało jako tako, tylko bach, od razu do rezerwy. Kategoria A z paragrafem, także jestem gotów iść w kamasze.

Twój tekst, Mirku, sprawił, że rozmarzyłem się. Pamiętam, że był taki czas, kiedy bardzo chciałem zostać żołnierzem. Nie utożsamiałem tego z pójściem do wojska, tylko z byciem żołnierzem. Ale byłem jednym z pierwszych roczników... wiadomo. I pomyśleć, że człowiek mógł sobie zmarnować najpiękniejsze lata życia. Ech.

Ludzie dzielą się na zwolenników wojska, przeciwników i pacyfistów. Wszyscy są chyba tak samo głupi, bo nikt nie wie, co jest czym. O wojsku mógłbym gadać i pisać dużo, ale tylko intuicyjnie, wszak nie znam prawdziwego wojska. Nie znam woja PRLu itd. Dla mnie to coś wręcz niewyobrażalnego, że z powodu płci upomina się o ciebie armia i nie ma bata, trza iść razem z innymi. Horror przede wszystkim dla umysłu.

Kiedy zobaczyłem tytuł twojego tekstu (ale nie znałem jeszcze autora) pomyślałem, że jakiś dzieciak nasłuchał się starych płyt i będzie pitolił o tym i owym, a wszystko to stare smętne melodie. Cieszę się, że legendarny tytuł "przygarnął" taki autor jak ty. Dojrzały, mądry i piszący w sposób zawsze ujmujący. Myślę, że dla chłopaków z Dire Straits to zaszczyt i gdyby cię znali, podziękowaliby :) z pewnością.

Twoja historia uzmysławia mi, że wojsko to trochę głupia zabawa dla dorosłych, którzy nie znając zasad, mogą wpaść w potworne bagno. A gdyby tak ludzie zamiast broni sięgali po gitary...

Pozdrawiam
Quen
Miroslaw Sliwa dnia 01.03.2016 22:17
Witaj Michał.
Dzisiaj żołnierz to zawód. Jeśli ktoś wybiera sobie profesję wojownika, to musi liczyć się z wszystkimi jej konsekwencjami, łącznie z tym, że jeśli dorwą go przeciwnicy, wrogowie i oględnie mówiąc, nie obejdą się z nim elegancko, to jego ryzyko. Taki zawód
Wtedy nie mieliśmy nic do powiedzenia. Dostałeś rozkaz i do armii.
Ludzie się strasznie gubili, ale próbowali przetrwać
A jeśli siedzisz jakby w więzieniu, jesteś młodym, no i wystraszonym, bo tak było, chłopakiem i nagle dowiadujesz się, że rzuciła Cię dziewczyna.
Katastrofa życiowa i tyle.
Ten system to było okropieństwo; chujnia zwykła.

Trzymaj się Michale. Dzięki za lekturę i opinię. :)

Mirek


Cześć Quen.
Wiesz, nie zawsze to było takie złe. Byłem co prawda trochę starszy od moich kolegów i już w konspirze nauczyłem się jak czytać ludzi, ale dopiero armia dała mi naprawdę bezcenny materiał. To jest oczywiście ocena z dzisiejszego punktu widzenia. Wtedy robiłem to instynktownie, ale jak się okazuje; zawsze może się przydać.
Myślę, że wielu młodszych czytelników nic z tego tekstu nie zrozumie.
Nie znają muzyki Dire Straits, a wolność...no... no nie wiem co powiedzieć. LWP i PRL zapomnij, ale może któryś zapyta tatę lub dziadka lub mamę czy babcię.
Jak będzie, tak będzie.
Dzięki Quen. Pozdrowienia. :)
Mirek
retro dnia 02.03.2016 15:19 Ocena: Świetne!
Jestem pod ogromnym wrażeniem precyzyjności utworu i chociaż to typowo męski kawałek to - dzięki stylowi prozatorskiemu - chłonęłam chciwie kolejne słowa, zdania, akapity.

Mnie wojsko kojarzy się raczej dobrze: dyscyplina, listy od starszych braci, biała chusta z barwnym rysunkiem, czarno-białe zdjęcia z uśmiechniętymi i dumnymi twarzami młodych chłopaków w pełnym rynsztunku, wytatuowanym zielonym krzyżem na ramieniu, przyjaźniami na całe życie. I zrobiło się sentymentalnie...:) No, ale co ja tam wiem? Mnie do woja nie chcieli.

Pozdrawiam serdecznie:)
Miroslaw Sliwa dnia 02.03.2016 16:30
Cześć Retro. Dzięki za odwiedziny.
Wiesz, w wojsku różnie bywało; dobrze i źle, ale byliśmy młodzi i targały nami tak wielkie emocje, przez które ś.p. Adam się zastrzelił.
Myślę sobie, że może machnę jeszcze jakieś wspomnienie z tamtych lat.
Dzięki bardzo. Trzymaj się. :)
Mirek
wiktoria dnia 03.03.2016 20:52
Mirku, przeczytałam, mimo wojskowej tematyki, której nie lubię, a w wojsku nigdy nie byłam. Jednak potrafię sobie wyobrazić jak to wyglądało, zwłaszcza w tak zwanych tamtych czasach.

Dla mnie to nie jest tekst stricte o wojsku, ale tekst o miłości, która nie przetrwała próby czasu i odległości. A właściwie to o jej braku. Bo czy można nazwać miłością relację chłopaka i dziewczyny, która w trakcie jego nieobecności znajduje sobie kogoś nowego? Nasuwa się tu pytanie, czy my chcemy z kimś być, czy my chcemy kogoś mieć? Bo jeśli być, to kwestia pójścia faceta do wojska czy wyjechania na drugi koniec świata, nie ma żadnego wpływu na trwałoś uczuć. Jeśli natomiast mieć, no to mieć musimy kogoś blisko, a jeśli nie ma blisko, porzucamy i szukamy kogoś innego.
Stąd takie a nie inne rozterki bohaterów tekstu. Rozumiem bardzo ich poczucie opuszczenia i beznadziejności w tej sytuacji, ale jeśli relacja dwojga ludzi ma być na zasadzie posiadania, to niewiele warta jest taka relacja, bo to nic innego tylko egoizm.
Chyba już wiem dlaczego miałam przeczytać ten tekst. Wszędzie te same znaki na ziemi i niebie, Bóg widzi i grzmi, a ja głucha i ślepa ;) Choć może raczej bezradna, bo widzieć to widzę dużo.
Ogólnie tekst fajnie napisany. Wojsko, choć może wydawać się zmorą młodego człowieka, ma jednak jakiś sens, szkoła życia, męski survival, prawda nas wyzwoli, a co nas nie zabije...

Dobrze, że mogłam to przeczytać.
Pozdrawiam serdecznie :)
Miroslaw Sliwa dnia 03.03.2016 23:56
Witaj Wiktorio.
Wiesz, że dopiero teraz zaczynam zdawać sobie sprawę z tego, że nikt z Was nic o LWP nie wie.
Ale niech tak zostanie, niech tak będzie.
Jest historia, dramat, tragedia, szkoda tylko Adama.
Bardzo interesujący komentarz.
Wiki, jestem patriotą, umiem obchodzić się z bronią i jak będzie trzeba to za nią łapnę. Spoko. :)
Serdeczne dzięki za dobre słowo.
Pozdrawiam bardzo. :)
Mirek
wiktoria dnia 04.03.2016 08:58
Mirku, każdy postrzega świat przez pryzmat tego, co ma w sobie. Kiedy ktoś chce coś przekazać, odbiorca i tak wyczyta w tym to, co jest w nim, a nie to o czym mówi nadawca. Bo słowa czy język tak naprawdę nie mają znaczenia. To my nadajemy im znaczenie przepuszczając je przez własne emocje i przekonania. I tym sposobem tworzymy sobie prawdę, każdy swoją własną.
Miłego dnia :)
Miroslaw Sliwa dnia 04.03.2016 10:45
Wiktorio. Sto procent racji po Twojej stronie.
Wielki szacunek.
Kłaniam się. :)
Mirek
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Marek Adam Grabowski
16/07/2019 19:25
Tematyka nie dla mnie, ale doceniam wysoki poziom twojego… »
Miladora
16/07/2019 18:21
Umknął mi Twój wiersz, a nie powinien, więc dobrze, że Alos… »
SzalonaJulka
16/07/2019 12:52
alos, dziękuję. Celnie rozszyfrowane. Tak, chyba o to mi… »
Hubert Z
16/07/2019 08:14
Cieszę mnie, że się podoba. »
Hubert Z
16/07/2019 08:13
Dzięki wiosno. Pozdrowionka »
Dobra Cobra
15/07/2019 23:12
Madawydar, Jak celnie się domyslasz to tylko opowiesc.… »
Marek Adam Grabowski
15/07/2019 22:25
Chodziło mi o to, czemu zabił i co łączyło go z tą… »
PrzemeK155J
15/07/2019 20:39
Pod koniec chciałem nieco wspomnieć o naszym trybie życia,… »
StalowyKruk
15/07/2019 18:04
Dziękuję. Pracuję nad rozdziałem drugim, ale jak zwykle… »
22227
15/07/2019 17:57
Ciekawy tekst, tylko z tym mózgiem to o wiele bardziej… »
DanielKurowski1
15/07/2019 16:11
Komentarz dopiero po miesiącu, ale sesja nie wybacza.… »
czarnanna
15/07/2019 15:36
Bardzo dziękuję za odkurzenie mojego tekstu, Antoni :) Od… »
czarnanna
15/07/2019 15:31
Cieszę się, że rymowanka wpadła Ci w oko/ucho :D Lubię… »
wiosna
15/07/2019 15:14
I jeszcze rymy wewnętrzne:) Lubię czasem się tak pobawić,… »
wiosna
15/07/2019 15:02
Ładnie o wiośnie:) »
ShoutBox
  • czarnanna
  • 16/07/2019 23:44
  • Hej Michale przelatujący stolicę :D wakacyjne pozdrowienia!
  • mike17
  • 15/07/2019 15:55
  • Przelotem w stolicy, na dobre wrócę pod koniec sierpnia. Pozdrawiam Was i życzę dobrych, udanych tekstów, no i wakacji rzecz jasna :)
  • czarnanna
  • 14/07/2019 14:53
  • Miłej niedzieli! Leniwej lub aktywnej (co kto woli) :D
  • czarnanna
  • 14/07/2019 14:46
  • Naturalnie, Antoni!
  • AntoniGrycuk
  • 12/07/2019 23:28
  • I mam nadzieję, że pochwalisz się efektami?
  • AntoniGrycuk
  • 12/07/2019 23:03
  • No, tego jeszcze nie grali :) Super mi miło! Tylko uważaj, bo sporo w tej mojej muzyce jest niepokoju, czy wręcz krzyku, jak w niektórych. Choć uważam, że tylko kilka jest naprawdę dobrych.
  • czarnanna
  • 12/07/2019 22:59
  • Super!!! Bardzo mi się podobają serio, chyba będę do nich malować :D
  • AntoniGrycuk
  • 12/07/2019 22:56
  • Albo zupełnie moje, albo te z opisem Projekt to z zespołem sprzed lat.
  • czarnanna
  • 12/07/2019 22:50
  • Ale to te wszystkie utwory są Twoje?!
  • czarnanna
  • 12/07/2019 22:41
  • Antoni, bardzo intrygująca ta Twoja kompozycja. Gratuluję :)
Ostatnio widziani
Gości online:13
Najnowszy:lioioi
Wspierają nas