Podstawy bioliteratury - trawa1965
Publicystyka » Artykuły » Podstawy bioliteratury
A A A
Od autora: Tekst już w ostatecznej formie. Pozostałe nie były komentowane- sam wychwyciłem usterki i poprawiłem je.


 Od au­to­ra: Nie jest to w ogóle proza -jest to nowy ro­dzaj li­te­rac­ki o na­zwie bio­li­te­ra­tu­ra/ z an­giel­skie­go BL/



Co to jest bio­li­te­ra­tu­ra?


Je­stem ule­pio­ny z dziw­nej gliny. Nie zga­dzam się z za­sta­nym świa­tem. Zu­peł­nie nie pa­su­ję do niego.



Po­nie­waż wiem, że nie znaj­dę zro­zu­mie­nia u ludzi, szu­kam go w świe­cie przy­ro­dy. I trwa to już ćwierć wieku.



Przy­ro­da, choć nie za­wsze jej to wy­cho­dzi, stara się mnie zro­zu­mieć. A dla­cze­go jej to cza­sem nie wy­cho­dzi? Bo mimo wszyst­ko je­stem jed­nak czło­wie­kiem.



Dla­te­go mogę pró­bo­wać się z nią po­ro­zu­mieć je­dy­nie NA GRUN­CIE PIĘK­NA. Bo mi­łość do pięk­na nas łączy.



Nie po­tra­fię tego, co przy­ro­da po­tra­fi zda­niem ogółu ludzi naj­le­piej, czyli rzeź­bić, ry­so­wać, ma­lo­wać czy mu­zy­ko­wać. Po­tra­fię jed­nak pisać. W prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści ludzi uwa­żam, że przy­ro­da też to po­tra­fi, mimo iż nie po­sia­da pisma.



Dla li­te­ra­tu­ry bez pisma two­rzo­nej przez samą przy­ro­dę wy­na­la­złem ter­min bio­li­te­ra­tu­ra. Jest to w moim za­my­śle do­kład­na od­wrot­ność li­te­ra­tu­ry kla­sycz­nej. Do­ce­lo­wo moim pra­gnie­niem jest tłu­ma­cze­nie tejże li­te­ra­tu­ry lu­dziom. Ozna­cza to, że rów­nież ten typ li­te­ra­tu­ry nie jest wolny od in­ge­ren­cji czło­wie­ka. Jed­nak in­ge­ren­cja ta musi być MAK­SY­MAL­NIE ZMI­NI­MA­LI­ZO­WA­NA.




Bio­li­te­ra­tu­ra nie uzna­je po­dzia­łów ani na li­ry­kę, epikę czy dra­mat, ani nawet na na­uko­wą li­te­ra­tu­rę pięk­ną. Wszyst­ko w niej jest rów­no­cze­śnie alfą i ome­gą- aż do wy­ja­ło­wie­nia Ziemi. Po­szcze­gól­ne utwo­ry bio­li­te­rac­kie po­sia­da­ją więc całe rze­sze rów­nych sobie bo­ha­te­rów, co oczy­wi­ście nie­ła­two jest nam za­ob­ser­wo­wać ze wzglę­du na dłu­gość- a ra­czej krót­kość- na­sze­go życia.

Je­dy­ną rze­czą, która w jakiś spo­sób łączy bio­li­te­ra­tu­rę i li­te­ra­tu­rę ludz­ką, jest kry­te­rium pięk­na i ory­gi­nal­no­ści. Ale nawet te po­ję­cia są przez czło­wie­ka i przy­ro­dę ro­zu­mia­ne zu­peł­nie od­mien­nie. Rzu­tu­je na to oczy­wi­ście trwa­ją­ce już wiele ty­się­cy lat ode­rwa­nie czło­wie­ka od świa­ta” praw­dzi­wej” przy­ro­dy. Z przy­kro­ścią trze­ba stwier­dzić, że dziś łączą go z nią tylko za­cho­wa­nia sek­su­al­ne i różne czyn­no­ści fi­zjo­lo­gicz­ne! Dla­te­go licz­ne opisy przy­ro­dy znane z na­szej li­te­ra­tu­ry pod­po­rząd­ko­wa­ne są ludz­kiej per­spek­ty­wie.Tym­cza­sem w przy­ro­dzie dany ga­tu­nek ist­nie­je WY­ŁĄCZ­NIE dzię­ki ist­nie­niu ty­się­cy in­nych, jest na nie ska­za­ny i nie jest sa­mo­wy­star­czal­ny. Nie może więc być mowy o tym, by kto­kol­wiek miał w tym świe­cie mniej­sze prawa od in­nych.

Pięk­no przy­ro­dy, któ­rym za­chwy­ca­my się my, jest więc z punk­tu wi­dze­nia przy­ro­dy NOR­MAL­NO­ŚCIĄ i dla­te­go nie może w żad­nym razie być pod­sta­wą bio­li­te­ra­tu­ry. Taką pod­sta­wą może być tylko coś, co dla samej przy­ro­dy wy­da­je się pięk­ne, ory­gi­nal­ne i nie­ty­po­we. Coś, co dla samej przy­ro­dy sta­no­wi wy­ją­tek, na pod­sta­wie któ­re­go bę­dzie ona mogła two­rzyć nowe stan­dar­dy. I do­pie­ro to kie­dyś w przy­szło­ści bę­dzie mu­ze­al­ną kla­sy­ką.

O ile tylko bę­dzie miało war­tość użyt­ko­wą dla przy­szłych or­ga­ni­zmów.

Za­py­la­nie ro­ślin- pięk­na an­ty­po­ezja.

Za­py­la­nie ro­ślin przez owady to we­dług przy­ro­dy uży­tecz­ny kicz- oczy­wi­ście z punk­tu wi­dze­nia JEJ WŁA­SNYCH kry­te­riów sztu­ki. Ale nawet kicz nie może być ro­bio­ny „od nie­chce­nia”. Przy­ro­da wy­ma­ga za­rów­no od kwia­tów jak i owa­dów peł­ne­go pro­fe­sjo­na­li­zmu w wy­ko­ny­wa­nym fachu, gdyż od tego za­le­ży po pro­stu jej ist­nie­nie. Do­pie­ro gdy wszy­scy per­fek­cyj­nie wy­ko­na­ją po­sta­wio­ne przez przy­ro­dę za­da­nia, do­pie­ro wtedy w wol­nym cza­sie co bar­dziej uta­len­to­wa­ne osob­ni­ki mogą sobie po­zwo­lić na upra­wia­nie sztu­ki.

Wtedy do­pie­ro oka­zu­je się, że tylko dzię­ki po­sia­da­niu ta­kiej bazy można stwo­rzyć nawet z punk­tu wi­dze­nia przy­ro­dy coś na­praw­dę ory­gi­nal­ne­go. Naj­czę­ściej jest to dzie­ło przy­pad­ku. Ale gdy na­praw­dę do­brze opa­nu­je się pod­sta­wo­we rze­mio­sło, przy­pad­ki na­mna­ża­ją się same...

To wła­śnie ten pod­sta­wo­wy fakt po­wo­du­je, że w przy­ro­dzie nikt nie jest z góry fa­wo­ry­zo­wa­ny i że od­kryw­cą może być każdy or­ga­nizm.

A oto przy­kład.

Na pro­sie­nicz­ni­ku siada motyl zwany per­łow­cem kró­le­wi­czem. Wy­da­je się, że dzię­ki swoim oka­za­łym roz­mia­rom po­wi­nien być kró­lem łąki. Ale nic bar­dziej myl­ne­go. Pro­sie­nicz­nik stał się dla niego pu­łap­ką bez wyj­ścia, co nie­ste­ty zro­zu­miał do­pie­ro wtedy, gdy skosz­to­wał tro­chę nek­ta­ru. Pro­sie­nicz­nik jest mały, a on wiel­ki. Męczy się więc strasz­li­wie, śli­zga­jąc po kwie­cie. To jest do­kład­nie tak, jak je­dze­nie po­sił­ku na rol­ler­co­aste­rze. Nie chciał­bym być w skó­rze tego, który musi to robić...

A prze­cież do­oko­ła rosną ro­śli­ny bal­dasz­ko­wa­te. Stoły i krze­sła! Jaki więc dia­beł pod­ku­sił go do ta­kiej nie­od­po­wie­dzial­no­ści? Chyba chciał po­pi­sać się swoją wspa­nia­ło­ścią przed in­ny­mi. Jeśli tak, to się po­pi­sał... bez­den­ną głu­po­tą. Bo teraz nie ma od­wro­tu. Trze­ba do dna pić piwo, które się na­wa­rzy­ło. Prze­cież pod­sta­wo­wa za­sa­da mówi, że nie wolno pod żad­nym po­zo­rem kosz­to­wać kilku ro­dza­jów nek­ta­ru naraz. Nawet naj­mniej­sze mu­chów­ki wie­dzą o tym.

Jed­nak w miarę ob­ser­wo­wa­nia oto­cze­nia motyl do­cho­dzi do wnio­sku, że nic na tym świe­cie nie jest bia­ło- czar­ne. Po­zor­nie ide­al­ne bal­dasz­ko­wa­te [ w tym wy­pad­ku ar­cy­dzię­giel li­twor] są... zbyt wy­god­ne. Dla­te­go za­czy­na się na nich robić nie­bez­piecz­ny tłok. A z tego ko­rzy­sta­ją pro­fe­sjo­nal­ni za­bój­cy- pa­ją­ki kwiet­ni­ki na­miast­ki.

To nie jest by­naj­mniej jed­nost­ko­wa hi­sto­ria. To opo­wie­dzia­na na pod­sta­wie prze­żyć jed­nost­ki hi­sto­ria dra­ma­tycz­nych wy­bo­rów- czy dla chwi­li wy­go­dy i kom­for­tu ry­zy­ko­wać za­mia­nę w kwan­ty ener­gii, czy też, zno­sząc wiel­kie trudy i nie­wy­go­dy, prze­dłu­żyć życie o kilka mie­się­cy. Pro­ble­mem jest też to, że motyl nie ma czasu na pod­ję­cie doj­rza­łych de­cy­zji- zbyt krót­kie jest jego życie.

Co in­ne­go ssaki czy ptaki...

Na kwiet­nej łące wszyst­kie prawa są od­wrot­no­ścią praw ludz­kich. Mimo iż pa­nu­je tu nad­po­daż żyw­no­ści, za­wsze ist­nie­je też nad­po­pyt- tym więk­szy, im więk­sza jest nad­po­daż. Owady kłócą się o jak naj­lep­sze miej­sce przy stole. Krzyw­dy jed­nak nie chcą sobie wy­rzą­dzać, bo sza­nu­ją swój wza­jem­ny trud. Dla­te­go zgod­nie z za­sa­dą, że to, co jest li­te­ra­tu­rą dla ludzi, nie jest bio­li­te­ra­tu­rą, kan­dy­da­tów na bio­li­te­rac­kich bo­ha­te­rów na­le­ży upa­try­wać wśród tej nie­licz­nej grupy owa­dów, która jest apa­tycz­na i le­ni­wa lub tylko za­ba­wy cho­dzą jej po pusz­kach gło­wo­wych. Ta­kich an­ty­bo­ha­te­rów na­le­ży szu­kać na przy­kład na kwit­ną­cych ro­śli­nach bez­po­śred­nio w są­siedz­twie wody. Są to chru­ści­ki.

Owady te uwiel­bia­ją cho­wać się głę­bo­ko w tra­wach, co za­ob­ser­wo­wa­łem w re­zer­wa­cie dłu­go­sza kró­lew­skie­go w Pusz­czy Nie­po­ło­mic­kiej, albo trak­to­wać li­ście jak place zabaw, na przy­kład chru­ścik wiel­ki.
Ist­nie­ją też przy­pad­ki owa­dów- sa­bo­ta­ży­stów, które dla za­spo­ko­je­nia wła­snych za­chcia­nek po­tra­fią znisz­czyć kwiat, by do­stać się do nek­ta­ru. Nie widzą one w tym nic złego. I to jest wła­śnie ko­lej­ny temat bio­li­te­ra­tu­ry: spór o za­kres wol­no­ści w przy­ro­dzie.
Osią sporu jest py­ta­nie, czy kwiat może być WŁA­SNO­ŚCIĄ owada?

Od­po­wie­dzią bio­li­te­ra­tu­ry jest: tak, ale... Gdyby rzecz roz­gry­wa­ła się tylko w for­ma­cie kwiat- owad, bio­li­te­ra­tu­ry na ten temat w ogóle by nie było- przy­ro­da ogra­ni­cza wła­sność pry­wat­ną i re­zer­wu­je ją wy­łącz­nie dla zwie­rząt wyż­szych. Ale do dys­ku­sji włą­cza się wiatr. Dzię­ki niemu ist­nie­je pewna grupa ro­ślin- trawy i rde­stow­ce, która za­py­la­nia nie po­trze­bu­je. Więc co stoi na prze­szko­dzie, aby owady tro­chę sobie na nich po­le­niu­cho­wa­ły? A co z pro­ble­mem kwia­tów sa­mot­nych? Prze­cież takie też ist­nie­ją, szcze­gól­nie w środ­ku lasów. Co w tym złego, gdy jakiś kon­kret­ny owad za­opie­ku­je się takim kwia­tem? Tu wiatr może wy­cią­gnąć po­moc­ną dłoń, by wy­swa­tać sa­mot­ne „serca” .

Ale temat ten za­ha­cza już o na­stęp­ny roz­dział.

Mi­łość, śmierć i prze­mi­ja­nie- od­wiecz­ne te­ma­ty bio­li­te­ra­tu­ry.

Skoro wiemy, że bio­li­te­ra­tu­ra ist­nia­ła od za­wsze, że ludz­kie pismo al­fa­be­tycz­ne jest tylko czę­ścią bio­pi­sma, a li­te­ra­tu­ra- czę­ścią bio­li­te­ra­tu­ry, to staje się oczy­wi­ste, że mi­łość, śmierć i prze­mi­ja­nie muszą być dy­żur­ny­mi te­ma­ta­mi bio­li­te­rac­ki­mi.
Ostat­nio zwie­dzi­łem Gor­czań­ski Park Na­ro­do­wy. Jest to park po­wszech­nie uwa­ża­ny za gór­ski. Jed­nak uważ­ny tu­ry­sta po pew­nym cza­sie orien­tu­je się, że coś tu nie gra. Jak to moż­li­we, że Tur­bacz, le­żą­cy na wy­so­ko­ści aż 1314m . n.p. m., nie wy­róż­nia się ni­czym szcze­gól­nym na tle oto­cze­nia, a droga na szczyt jest pła­ska jak stół?

Tak, drogi tu­ry­sto! Je­steś spo­strze­gaw­czy. Gorce to GÓRY BEZ GÓR. Sama przy­ro­da także nie mogła nie za­uwa­żyć ta­kie­go ewe­ne­men­tu. Dla­te­go uczy­ni­ła z Gor­ców po­li­gon do­świad­czal­ny dla bio­li­te­ra­tu­ry, a prz­yn­ajmniej dla trzech te­ma­tów od­wiecz­nych. Spla­ta­ją się tu one ze sobą nie­ro­ze­rwal­nie jak w ja­kimś uni­wer­sal­nym, pan­ta­re­jow­skim tańcu.
Z po­przed­nie­go roz­dzia­łu wiemy już, że przy­ro­da uzna­je opi­sy­wa­nie pro­ce­su za­py­la­nia kwia­tów przez owady jako rzecz nie­god­ną uwagi. Nic dziw­ne­go- w pro­ce­sie tym obo­wią­zu­je swo­isty „ko­deks dro­go­wy”, któ­re­go prze­strze­ga 99,9% jego uczest­ni­ków. Po­zo­sta­li sta­ra­ją się go obejść, a więc choć­by z tego po­wo­du są wy­bit­ny­mi bio­pi­sa­rza­mi, tak jak u ludzi.
Jed­nak Gor­czań­ski Park Na­ro­do­wy jest nawet dla samej przy­ro­dy czymś, co „czyta" ona z przy­jem­no­ścią i za­cie­ka­wie­niem. Pa­nu­je tam taki mrok, taka gę­stwi­na, że ska­zu­je ona kwia­ty na sa­mot­ność. A gdy już w par­tiach szczy­to­wych Gor­ców drze­wa ustę­pu­ją miej­sca halom, kwia­ty, zanim krzyk­ną „ Hur­ra­aa”, sły­szą od­po­wiedź bliź­nicz­ki psiej traw­ki: „ No pas­sa­ran!”.

Wła­śnie dla­te­go, że mi­łość mię­dzy kwia­ta­mi i owa­da­mi jest tu tak utrud­nio­na, obie stro­ny zmu­szo­ne są dzia­łać nie­stan­dar­do­wo nawet jak na przy­rod­ni­cze gusta.

Pierw­szą ro­śli­ną, która daje sy­gnał do ataku, jest ja­strzę­biec po­ma­rań­czo­wy. Ten sym­bol, obok sa­la­man­dry, Gor­czań­skie­go Parku Na­ro­do­we­go, jest w wa­run­kach gór­skich naj­mniej­szą ro­śli­ną z ro­dzi­ny Com­po­si­tae. Naj­mniej­szą i naj­pięk­niej­szą za­ra­zem. Czte­ry bliź­nia­czo po­dob­ne do sie­bie kwia­ty[sier­pik to rów­nież nie­czę­sty typ kwia­to­sta­nu] z uzbro­jo­ny­mi jak na bitwę kie­li­cha­mi stają sobie dum­nie w luce mię­dzy dwoma świer­ka­mi. Taka po­sta­wa mówi wszyst­ko. I cho­ciaż ja nie mia­łem zbyt wiele czasu na ob­ser­wa­cje po­je­dyn­czych oka­zów- wró­ci­łem późno w nocy- to je­stem prze­ko­na­ny, że bój ja­strzęb­ca o „brat­nią duszę” ma wszel­kie szan­se po­wo­dze­nia.

Jaka jest więc we­dług przy­ro­dy pod­sta­wo­wa róż­ni­ca mię­dzy mi­ło­ścią a aktem sek­su­al­nym?

Od­po­wiedź przy­ro­dy jest oczy­wi­sta. Mi­łość i seks to dwa różne po­ję­cia. Seks to OBO­WIĄ­ZEK. Tym wła­śnie można wy­tłu­ma­czyć fakt, że opis za­py­la­nej kwiet­nej łąki zu­peł­nie ją nie in­te­re­su­je. Seks jest po pro­stu RE­GU­ŁĄ, którą przy­ro­da na­pi­sa­ła, by w ogóle ist­nieć...

Na­to­miast pod po­ję­ciem mi­ło­ści przy­ro­da ro­zu­mie WSZYST­KO, CO OD TEJ RE­GU­ŁY OD­BIE­GA. W Gor­czań­skim Parku Na­ro­do­wym tych wy­jąt­ków, i to róż­no­rod­nych, jest bez liku. Po­wszech­nie wia­do­me jest każ­de­mu wy­so­ko­gór­skie­mu tu­ry­ście, że świerk i jodła, de­li­kat­nie mó­wiąc, nie pa­ła­ją do sie­bie sym­pa­tią. W Gor­cach, i nie tylko tam, po­su­wa­ją się nawet do wza­jem­ne­go apar­the­idu. Naj­czę­ściej w lesie jo­dło­wym świer­ki, o ile wy­stę­pu­ją, są przy­tło­czo­ne przez jodły do ziemi, osią­ga­jąc "słu­żeb­ne" wobec jodły roz­mia­ry. Ale to rów­nież w Gor­cach spo­ty­ka się wiele przy­kła­dów mi­ło­ści mię­dzy tymi drze­wa­mi. Do­ty­czy to szcze­gól­nie drzew mło­dych, po­zba­wio­nych jesz­cze kla­so­wo- ra­so­wych uprze­dzeń. Po­tra­fią one ro­snąć tak bli­sko sie­bie, że muszą od­czu­wać ból wła­snych ko­rze­ni na­wza­jem ście­ra­ją­cych się przez lata. Jak jed­nak wi­dać- ich mi­łość wciąż trwa...

Gdy mi­łość nie­ro­ze­rwal­nie wiąże się ze śmier­cią, po­wsta­je spe­cy­ficz­ny, godny bio­li­te­ra­tu­ry typ uczu­cia- MI­ŁOŚĆ EKO­NO­MICZ­NA. W Gor­cach two­rzą ją świer­ki i czy­re­nie świer­ko­we. Zgod­nie z za­sa­dą, że mi­łość jest wszyst­kim oprócz seksu, czy­re­nie za­sie­dla­ją za­mar­łe i czę­sto po­uci­na­ne w po­ło­wie przez wiatr świer­ki. Wła­śnie dla­te­go, że w świer­kach tych nie ma już nic z wy­jąt­kiem sto­ją­cych tro­cin, czy­re­nie przez swoje życie na pu­st­ce chcą prz­yn­ajmniej przy­po­mnieć dzi­siej­szym miesz­kań­com pusz­czy o daw­nej chwa­le za­mar­łych gi­gan­tów- są więc dla nich na­uczy­cie­la­mi bio­hi­sto­rii i kro­ni­ka­rza­mi za­ra­zem.

A że przy oka­zji lubią tro­ci­ny, godzą przy­jem­ne z po­ży­tecz­nym. I na tym wła­śnie po­le­ga EKO­NO­MIA MI­ŁO­ŚCI- wilk syty i owca cała...

Zja­wi­ska at­mos­fe­rycz­ne a bio­li­te­ra­tu­ra.

W li­te­ra­tu­rze ludz­kiej mgła ma zna­cze­nie sym­bo­licz­ne- pi­sząc o mgle poeci mają naj­czę­ściej na myśli pod­tekst sek­su­al­ny lub w naj­bar­dziej „ła­god­nej” wer­sji- sze­ro­ko ro­zu­mia­ne sto­sun­ki dam­sko- mę­skie. Nie ina­czej jest w przy­pad­ku słoń­ca, desz­czu czy tęczy. Z kolei pi­sząc o wie­trze mają na myśli „wiatr zmian" , czyli kon­tekst hi­sto­rycz­ny.

Tym­cza­sem zja­wi­ska te po­zba­wio­ne są ja­kiej­kol­wiek war­to­ści bio­li­te­rac­kiej. Mgła to po pro­stu prze­wa­la­ją­ce się tu­ma­ny gazu, opady to coś mo­kre­go, a tę­cza- zja­wi­sko optycz­ne. Ale dla sa­me­go ist­nie­nia bio­li­te­ra­tu­ry zja­wi­ska te są po pro­stu nie­odzow­ne! Są one MA­TE­RIA­ŁA­MI PI­ŚMIEN­NY­MI- nie tylko dla bio­li­te­ra­tu­ry, ale także dla zro­bie­nia przez przy­ro­dę zwy­kłych, nie­bio­li­te­rac­kich no­ta­tek.

Nas jed­nak kon­se­kwent­nie in­te­re­su­je bio­li­te­ra­tu­ra.

Paź­dzier­ni­ko­wy po­ra­nek 19.. roku był wy­jąt­ko­wo cie­pły. Tem­pe­ra­tu­ra nie spa­dła po­ni­żej 10 stop­ni Cel­sju­sza. Jed­nak było tak mgli­sto, że słoń­ce przez dłuż­szy czas było zre­du­ko­wa­ne do po­sta­ci „sło­necz­nej pla­ne­ty”. Po­nie­waż takie zja­wi­ska ob­ser­wu­je­my w paź­dzier­ni­ku dość czę­sto, nie wy­szło to poza nie­bio­li­te­rac­ką no­tat­kę. Ale zna­la­zły się dwa or­ga­ni­zmy, które tego dnia były sil­nie bio­li­te­rac­ko uspo­so­bio­ne- snu­wik i lej­ko­wiec la­bi­ryn­to­wy. Po­sta­no­wi­ły one za­mie­nić bio­urzęd­ni­cze no­tat­ki na za­gad­ki bio­li­te­rac­kie.

Lej­kow­co­wi la­bi­ryn­to­we­mu nie po­wio­dło się. Nie mogło mu się po­wieść. Jego am­bi­cje nie były do­sto­so­wa­ne do jego ta­len­tu. Dał więc sobie spo­kój z two­rze­niem sztu­ki i skon­cen­tro­wał się wy­łącz­nie na two­rze­niu swo­ich ohyd­nych lejów na ży­wo­pło­tach. Tu oka­zał się być praw­dzi­wym pro­fe­sjo­na­li­stą- po kilku dniach leje wy­peł­ni­ły się pu­sty­mi pan­ce­rzy­ka­mi po owa­dach.

Zu­peł­nie ina­czej uło­ży­ły się losy snu­wi­ka. Ten pająk ma po pro­stu ta­lent. Do tego stop­nia, że mgła zo­sta­ła przez niego „obe­gra­na” i cał­ko­wi­cie ze­spo­li­ła się z jego sie­cią. A po­nie­waż pająk jest ma­leń­ki, nigdy nie byłem i nadal nie je­stem w sta­nie od­róż­nić go od kłęb­ków waty na krze­wach po­cho­dze­nia czy­sto „mgiel­ne­go”.



Ale ta­lent kosz­tu­je i wy­ma­ga cier­pie­nia! Mgła po­wo­du­je, że zwie­rzę to, choć jest zmien­no­ciepl­ne, mar­z­nie . Co gor­sza, nie jest w sta­nie pod­nieść swej tem­pe­ra­tu­ry do­pó­ty, do­pó­ki nie obej­rzy słoń­ca.

No to po co, u licha, tak na­ra­ża wła­sne życie ?

Od­po­wiedź jest w grun­cie rze­czy bar­dzo pro­sta. Drob­ne mu­chów­ki, na które on po­lu­je, nie są zbyt roz­gar­nię­te i nie mają in­stynk­tu sa­mo­za­cho­waw­cze­go. Toteż gdy po­ja­wia się słoń­ce, sia­da­ją byle gdzie, by się ogrzać. Oczy­wi­ście swoją głu­po­tę rów­no­wa­żą roz­rod­czo­ścią. Snu­wik jest do­sko­na­le przy­go­to­wa­ny na taki sce­na­riusz. A więc- cier­pie­nie w przy­ro­dzie także ma sens eko­no­micz­ny...

Rok 2015, któ­re­go koń­ców­kę mamy teraz, za­pi­sze się w an­na­łach jako rok bio­li­te­ra­tu­ro­twór­czy. Brak nor­mal­nych dla na­sze­go kli­ma­tu pór roku spo­wo­do­wał ogrom­ne ano­ma­lie w roz­wo­ju runa le­śne­go. Sa­ha­ryj­ski sier­pień za­owo­co­wał czte­ro­dnio­wym, lecz wiel­kim wy­sy­pem pod­grzyb­ków w no­wo­są­dec­kich la­sach. To było z ich stro­ny wiel­kie po­że­gna­nie z ludź­mi- po­mi­mo desz­czo­we­go paź­dzier­ni­ka nigdy już nie od­ży­ły po­now­nie...

Ale naj­więk­szą sen­sa­cję spra­wi­ły bo­ro­wi­ki, mimo iż nawet w nor­mal­nych cza­sach są one jed­ny­mi z współ­twór­ców bio­li­te­ra­tu­ry scien­ce – fic­tion. Zda­rza się bo­wiem, że rosną jeden na dru­gim- wtedy ten wyż­szy staje się pęp­kiem dru­gie­go lub przy­po­mi­na fil­mo­we­go Quato. Tym razem, od­mien­nie niż w nor­mal­nych po­go­do­wo lub nawet umiar­ko­wa­nie su­chych la­tach, rosły z po­mi­nię­ciem etapu „dzie­cię­ce­go”. Wła­śnie dla­te­go mo­głem w pięć­dzie­sią­tym pierw­szym do­pie­ro roku życia do­łą­czyć do dość eli­tar­ne­go „klubu ki­lo­wi­czów " , czyli grzy­bia­rzy, któ­rym udało się zna­leźć bo­ro­wi­ka o wadze od 1 kg wzwyż.

Ge­ne­ral­nie jed­nak las po­niósł pre­sti­żo­wą klę­skę w walce z suszą. I kto wie, czy w przy­szłym roku w ogóle by­ło­by co zbie­rać, gdyby nie tak po­gar­dza­ne przez wszyst­kich pseu­do­este­tów trawy. Od tego roku będę więc po­wta­rzał wszyst­kim ty­sią­ce razy zda­nie, które stało się już bio­li­te­rac­ką kla­sy­ką: KIEDY TRWO­GA, ZWRÓĆ SIĘ O POMOC DO TRAW. To dzię­ki ich mat­czy­ne­mu płasz­czo­wi młode drzew­ka nie po­usy­cha­ły i, co ważne, ich na­sio­na za­cho­wa­ły zdol­ność eks­pan­syw­ną. To wła­śnie trawy ura­to­wa­ły honor no­wo­są­dec­kich lasów i prze­nio­sły za­gro­żo­ne wy­su­sze­niem grzyb­nie pod wyżej prze­ze mnie wspo­mnia­ny mat­czy­ny płaszcz.

Trze­ba też wspo­mnieć o tym, że w chwi­li próby, czyli w apo­geum suszy, zde­zer­te­ro­wa­ły je­ży­ny- dotąd naj­więk­sze opie­kun­ki grzy­bów. Nie wiem, jak ja za­cho­wał­bym się po ta­kiej zdra­dzie...

Ale ja- to ja, a przy­ro­da- to przy­ro­da, więc zo­ba­czy­my, co bę­dzie w przy­szłym roku.

Re­asu­mu­jąc sądzę, że przy­ro­dzie przy­da­je się bio­li­te­rac­ki ka­thar­sis. Bo, pa­ra­fra­zu­jąc słowa Szym­bor­skiej, przy­ro­da tyle wie o sobie, ilu jej człon­ków w naj­mniej ocze­ki­wa­nym mo­men­cie przej­dzie [lub nie] próbę ognio­wą.

Ska­ły- jeden z fi­la­rów bio­li­te­ra­tu­ry.

Skała to sło­wo- klucz w po­ezji. Ozna­cza ona kogoś męż­ne­go, nie­złom­ne­go, ale też - jak prze­ko­na­łem się pod­czas kilku lat ak­tyw­ne­go człon­ko­stwa w kra­kow­skim Te­atrze Pro­mo­cji Po­ezji- osob­ni­ka nie­sta­łe­go emo­cjo­nal­nie, zdol­ne­go do po­peł­nie­nia sa­mo­bój­stwa. Dla­te­go słowo „skała” za­wsze odtąd bę­dzie mi się ko­ja­rzy­ło z ja­kimś ludz­kim dra­ma­tem.

Na­to­miast skały w przy­ro­dzie to NE­KRO­OSO­BO­WO­ŚCI. Ter­min ten ozna­cza, że choć nie są bio­li­te­ra­tu­rą samą w sobie, po­sia­da­ją zdol­no­ści przy­wód­cze. Tylko przy­ro­da wie, do czego i w jakim ter­mi­nie na­le­ży je wy­ko­rzy­stać. Ozna­cza to, że skały two­rzy­ły, two­rzą lub będą two­rzyć bio­li­te­ra­tu­rę- nigdy jed­nak rów­no­cze­śnie, bo to za­bi­ło­by bio­li­te­ra­tu­rę. Lu­dzie pod­świa­do­mie też to wie­dzą, toteż ob­sza­ry o szcze­gól­nej kon­cen­tra­cji skał są par­ka­mi na­ro­do­wy­mi bądź re­zer­wa­ta­mi przy­ro­dy na każdy moż­li­wy bio­czas.

Z mojej pracy za­ty­tu­ło­wa­nej „ Dzika Jura Kra­kow­ska" wy­ni­ka, że skały wa­pien­ne po­sia­da­ją NE­KRO­ŚWIA­DO­MOŚĆ. Jest to oczy­wi­ste- w da­le­kiej prze­szło­ści były one zwie­rzę­ta­mi.

W Do­li­nie Ra­cław­ki pod Kra­ko­wem, zwa­nej prze­ze mnie „ Re­zer­wa­tem Wil­czych Dołów”, skały upra­wia­ją NE­KRO­MI­ŁOŚĆ. Nie ne­kro­seks- o róż­ni­cy mię­dzy mi­ło­ścią a sek­sem pi­sa­łem już w tym utwo­rze. U wy­lo­tu Do­li­ny kilka z nich, wy­ra­sta­jąc wprost z dna Ra­cław­ki, two­rzy na­tu­ral­ne or­ga­ny. Nie­sły­szal­ny chór nie­roz­łącz­nych ne­kro­przy­ja­ció­łek przy­cią­ga przy­rod­ni­cze klej­no­ty, takie jak chrząsz­cza zwa­ne­go szy­ko­niem me­ta­licz­nym czy naj­więk­sze­go pol­skie­go mo­ty­la- per­łow­ca kró­le­wi­cza. Z mi­ło­ści wy­pły­wa prze­sła­nie po­ko­ju, toteż nawet wiatr za­trzy­mu­je się tutaj na chwi­lę za­du­my, a jeśli chciał­by wo­jo­wać, ne­kro­przy­ja­ciól­ki od razu sta­wia­ją mu szla­ban z wła­snych „ciał”. Wiatr wpada wtedy w pu­łap­kę. Musi się potem prze­czoł­gi­wać jak wąż mię­dzy szcze­li­na­mi skał.

Jed­nak mi­ło­śni­cy do­li­nek pod­kra­kow­skich wie­dzą do­sko­na­le, że jest ich aż 9[ z OPN -em i do­lin­ka­mi le­żą­cy­mi na po­łu­dnie od głów­ne­go pasa aż 12] i są rów­nie pięk­ne . Dla­cze­go więc tylko ta jedna speł­nia wszyst­kie bio­li­te­rac­kie kry­te­ria?

O bio­li­te­rac­ko­ści Do­li­ny Ra­cław­ki prze­są­dza jej nie­kon­wen­cjo­nal­ne, nawet jak na Jurę, po­ło­że­nie. Tylko w tej jed­nej do­lin­ce skały roz­miesz­czo­ne są nie­sy­me­trycz­nie i nie­re­gu­lar­nie. Tylko tu pięk­no skał nie wy­ni­ka je­dy­nie z faktu, że wci­na­ją się one w rzekę. Bo w rze­czy­wi­sto­ści są to dwie do­lin­ki- jedna jest ka­nio­nem, a druga nie . Jed­nak za­rów­no jedna, „Ra­cław­ko­wa”, jak i le­żą­ca tuż obok „ Bez­ra­cław­ko­wa”, szczy­cą się rów­nie im­po­nu­ją­cy­mi ska­ła­mi. Łączy je... za­mi­ło­wa­nie do hor­ro­rów- wy­glą­da­ją ta­jem­ni­czo i groź­nie.

Je­stem zde­kla­ro­wa­nym mi­ło­śni­kiem skał wa­pien­nych, bo są one naj­bar­dziej „wy­ga­da­ne" ze wszyst­kich skał- a ja nie po­tra­fię długo mil­czeć. Lubię grzać się w bla­sku ich bio­le­gend, które w tym wy­pad­ku za­wsze za­wie­ra­ją ziar­no praw­dy ze wzglę­du na ich nie­moż­li­wą do ogar­nię­cia przez ludzi bio­hi­sto­rię. Toteż od za­wsze ma­rzy­łem rów­nież o zwie­dze­niu Pie­nin. A gdy się to już stało, mo­głem do­ko­nać ana­li­zy po­rów­naw­czej Jury i Pie­nin.

W świe­tle tego co oma­wia­łem wcze­śniej, ba­na­łem jest stwier­dze­nie, że gdyby Pie­ni­ny były po­dob­ne do Jury, bio­li­te­ra­tu­ra obu tych pasm gór­skich prze­sta­ła­by ist­nieć. Je­dy­ne, co łączy więc Pie­ni­ny z Jurą, to wa­pien­ny cha­rak­ter ich skał. A skoro oba pasma gór­skie są tak różne, może to ozna­czać tylko jedno: one wie­dzą o swoim ist­nie­niu i nie chcą się mał­po­wać! Wąt­pię, czy gdyby się pla­gia­to­wa­ły, za­słu­gi­wa­ły­by na miano par­ków na­ro­do­wych...

Skały Oj­cow­skie­go Parku Na­ro­do­we­go, przy­szłe­go Ju­raj­skie­go Parku Na­ro­do­we­go i Do­li­nek Pod­kra­kow­skich ma­lu­ją się man­ga­nem, co do­da­je im po­wa­gi . Jest to jed­nak smut­na po­wa­ga. Wy­da­je się, że skały te nie mogą sobie do tej pory po­ra­dzić z pro­ble­mem STA­NIA SIĘ SKA­ŁA­MI.

Wa­pien­ne skał­ki Pie­nin- wręcz prze­ciw­nie. One chcą cie­szyć się ne­kro­ży­ciem! Ich eg­zy­sten­cję wy­peł­nia... dzia­łal­ność go­spo­dar­cza bę­dą­ca po­chod­ną ne­kro­ak­tyw­no­ści. Po­nie­waż są wyż­sze od skał ju­raj­skich, mają szer­sze ho­ry­zon­ty i widzą znacz­nie dalej.

Pod­sta­wą ich dzia­łal­no­ści go­spo­dar­czej jest żółte lub brą­zo­wo­żół­te za­bar­wie­nie oraz ta­fel­ko­wa­to łusz­czą­ca się „skóra". Słusz­nie do­my­śla­ją się, że takie tło po­lu­bią or­ga­ni­zmy im­por­to­wa­ne. Łatwo im więc przy­cho­dzi za­war­cie wza­jem­nie ko­rzyst­nych trans­ak­cji han­dlo­wych. Na obec­nym eta­pie ewo­lu­cji ich „oczy” zwró­co­ne są na Da­le­ki Wschód Rosji. Ro­śnie tam chry­zan­te­ma Za­wadz­kie­go i wła­śnie ona zo­sta­je z tego re­gio­nu spro­wa­dzo­na w Pie­ni­ny.

Lecz gdyby Pie­ni­ny ba­zo­wa­ły tylko na im­por­cie, ich go­spo­dar­ka szyb­ko po­pa­dła­by w sta­gna­cję. Dla­te­go jej pod­sta­wą jest dziś pro­duk­cja ro­dzi­ma. Po­nie­waż żółte skały są na­tu­ral­ny­mi pa­ne­la­mi sło­necz­ny­mi, na­da­ją się one ide­al­nie na sie­dzi­by or­ga­ni­zmów en­de­micz­nych- na przy­kład pszo­na­ka pie­niń­skie­go, sma­glicz­ki pa­gór­ko­wej i wielu in­nych. Od­dzia­ły­wa­nie tych na­tu­ral­nych pa­ne­li sięga bar­dzo głę­bo­ko do wnę­trza lasu, dla­te­go las, nie chcąc być gor­szy od skał, pro­du­ku­je uni­kal­ne runo. Na dużej prze­strze­ni tego lasu pod­sta­wą jego jest ko­złek ca­ło­list­ny w kom­bi­na­cji z żyw­cem ce­bul­ko­wym. Tego nie ma w żad­nym innym pol­skim lesie.

Fakt, że je­stem za­go­rza­łym fanem wa­pie­nia, nie za­śle­pia mnie i nie czyni obo­jęt­nym na pięk­no in­nych typów skał. Po­do­ba­ją mi się na przy­kład skały fli­szu kar­pac­kie­go. Zwie­dzi­łem dwa „sztan­da­ro­we” re­zer­wa­ty tego typu skał- Ska­mie­nia­łe Mia­sto w Cięż­ko­wi­cach oraz Bu­ko­wiec.

Sa­mot­ne fli­szo­we ostań­ce, za­si­la­ne ży­la­sty­mi ko­rze­nia­mi drzew, są dla tych re­zer­wa­tów cha­rak­te­ry­stycz­ne i dla­te­go z punk­tu wi­dze­nia bio­li­te­ra­tu­ry dość ki­czo­wa­te. Żywą bio­li­te­ra­tu­rą są do­pie­ro „pol­skie mesy”, czyli stoły, przy któ­rych spo­tkać się mogą uni­kal­ne ga­tun­ki. Tu mo­drza­czek spo­ty­ka się z tor­fow­cem na­stro­szo­nym. Łatwo mnie wy­obra­zić sobie, co czuje en­de­mit, spo­ty­ka­jąc się z dru­gim en­de­mi­tem w bla­sku fli­szo­wych fle­szy. To uczu­cie ulgi, że nie jest się je­dy­nym klej­no­tem na tym świe­cie i że nie­po­spo­li­tość nie jest obiek­tem za­zdro­ści, a tę­sk­no­ty za ide­ałem...

Bio­li­te­ra­tu­ra o nie­ty­po­wej te­ma­ty­ce.

Chyba wielu moich Czy­tel­ni­ków, pa­trząc na tytuł tego roz­dzia­łu, po­my­śli sobie o grusz­kach na wierz­bie lub o nie­bie­skich mig­da­łach.

Nie­ste­ty je­stem zmu­szo­ny wy­pro­wa­dzić ich z błędu.

Praw­da jest taka, że za­rów­no grusz­ki na wierz­bie jak i nie­bie­skie mig­da­ły to w przy­ro­dzie banał! W tym pierw­szym przy­pad­ku grusz­ki na wierz­bie two­rzą list­ni­ce. Są to drob­ne ro­śli­niar­ki, a we­dług nie­któ­rych zoo­lo­gów osy z ro­dzi­ny ga­la­sów­ko­wa­tych, które w ten spo­sób bu­du­ją domki dla swo­ich larw. W dru­gim przy­pad­ku zaś są to pia­skow­ce mo­drza­ki- nie­bie­skie grzy­by ja­dal­ne w kształ­cie mig­da­łów i fak­tycz­nie crème de la crème piasz­czy­stych lasów. Ale o tym za chwi­lę.

Zatem bio­li­te­ra­tu­ra o nie­ty­po­wej te­ma­ty­ce to po pro­stu znany z por­ta­lu extra­sto­ry. pl dział pod ty­tu­łem „Wszyst­kie inne”- tyle że w przy­rod­ni­czym wy­da­niu.

Oto dwa przy­kła­dy.

Wokół Pu­sty­ni Błę­dow­skiej koło Ol­ku­sza toczy się bo­ga­te życie bio­li­te­rac­kie. Ist­nie­ją tu licz­ne kluby, w któ­rych swe dzie­ła pre­zen­tu­ją za­rów­no ro­dzi­mi twór­cy jak i go­ście za­gra­nicz­ni, z któ­rych naj­waż­niej­szym jest wierz­ba kau­ka­ska. Nie­któ­re z nich są ki­czo­wa­te, inne re­pre­zen­tu­ją nie­zły po­ziom, a kilka jest tak wy­bit­nych, że już dziś two­rzą nie­prze­mi­ja­ją­cą bio­kla­sy­kę. Wszyst­ko to opi­sa­łem już w utwo­rze „ Na pu­styn­nym szla­ku” . Dla­te­go dziś opi­szę zu­peł­nie inny aspekt tej spra­wy. Te­ma­tem tego pod­roz­dzia­łu jest ME­CE­NAT spra­wo­wa­ny nad tym przed­się­wzię­ciem.

Jak za­go­spo­da­ro­wać pu­sty­nię, by stała się kwit­ną­cą oazą? Więk­szość or­ga­ni­zmów za­py­ta­ła­by: „ A po co? Prze­cież prę­dzej czy póź­niej słoń­ce je wy­pa­li albo po­chło­ną wę­dru­ją­ce wydmy..."

Ach, wy tchó­rze! Dla­cze­go nie chce­cie być ko­wa­la­mi swego losu? Czy nie do­cie­ra do wa­szych umy­słów to, że przy­ro­da wam po­mo­że, jeśli tylko wnie­sie­cie choć tro­chę wła­sne­go ka­pi­ta­łu?

Ale po co ja to mówię? Ja, po­dob­nie jak inni lu­dzie na tej pla­ne­cie, nie ro­zu­miem przy­ro­dy do końca. Na szczę­ście przy­ro­da ma do­brych psy­cho­lo­gów, któ­rym udaje się na­mó­wić opor­ne or­ga­ni­zmy do osie­dle­nia się na pu­sty­ni. Naj­waż­niej­szym z nich jest sosna.

Nie waham się stwier­dzić, że sosna jest tym dla pol­skiej przy­ro­dy, czym Matka Boska dla na­ro­du pol­skie­go. To ona jako du­cho­wy prze­wod­nik pol­skiej przy­ro­dy głosi wszyst­kim or­ga­ni­zmom żywym, że pu­sty­nie są tylko wy­two­ra­mi wy­obraź­ni i jako takie mogą być łatwo prze­ro­bio­ne na inne wy­two­ry wy­obraź­ni. To re­wo­lu­cyj­ne stwier­dze­nie po­ry­wa do dzia­ła­nia i spra­wia, że nawet naj­mniej­szy or­ga­nizm staje się cu­do­twór­cą. Nagle wszy­scy stają się mo­ca­rza­mi i w nie­sprzy­ja­ją­cych pol­skich wa­run­kach gle­bo­wych wszę­dzie two­rzą ogro­dy Se­mi­ra­mi­dy. A pia­sko­wiec mo­drzak tylko za­pi­su­je na pia­sku ko­lej­ne etapy two­rze­nia lep­sze­go świa­ta...

Sosna jest jed­nak strasz­li­wie zmę­czo­na po tak ty­ta­nicz­nej pracy. W prze­ci­wień­stwie do Matki Bo­skiej wciąż prze­cież jest fi­zycz­nym bytem! Ty­sią­ce jej hek­ta­rów pada więc ofia­rą choć­by opa­śli­ka so­snow­ca- sza­tań­skie­go owada o pięk­nym wy­glą­dzie. Na widok „su­che­go pio­ru­na” tru­chle­je ze stra­chu. Tylko jej ko­rze­nie za­wsze trzy­ma­ją się mocno...

Ob­szar Pol­ski jest pra­wie w ca­ło­ści ZA­KA­MU­FLO­WA­NĄ PU­STY­NIĄ. Gdyby nie sosna, nie da­ło­by się w niej żyć. Ale dla bio­li­te­ra­tu­ry zna­cze­nie ma nie rola sosny w eko­sys­te­mie, tylko to, czy po­szcze­gól­ne jej eg­zem­pla­rze po­sia­da­ją nie­ty­po­we ta­len­ty. Nam, lu­dziom, nie­zmier­nie trud­no je do­strzec w gę­stej pusz­czy. Jed­nak na So­ko­li­cy w Pie­niń­skim Parku Na­ro­do­wym sosna po­ko­nu­je lęk prze­strze­ni i za­wi­sa nad kil­ku­set­me­tro­wą prze­pa­ścią. Nie ma wąt­pli­wo­ści, że z tego po­wo­du jest bio­blo­ger­ką. Wy­sta­wia­jąc się na widok bio­pu­blicz­no­ści na kil­ka­dzie­siąt lat opi­su­je im takie prze­ży­cia, któ­rych po ludz­ku opi­sać się nie da i, co gor­sza, zmu­szo­na jest jesz­cze wy­słu­chi­wać kry­tycz­nych uwag tych, dla któ­rych może być pra- pra- pra­bab­ką...

Tak, tak- bio­li­te­ra­tu­ra po­sia­da rów­nież ciem­ną stro­nę mocy.

Czy­tel­nik za­py­ta, co mo­gło­by być bio­li­te­rac­kie­go w śpie­wie pta­ków ? Prze­cież tu nie po­trze­ba żad­ne­go ta­len­tu, a tylko sku­tecz­no­ści w za­lo­tach! Poza tym ptaki mają wro­dzo­ne „ma­try­ce gło­so­we” i dla­te­go każ­de­go ptaka można roz­po­znać po gło­sie.

Prze­czy­ta­łem wiele pu­bli­ka­cji na ten temat i gdy zdo­by­łem nieco do­świad­cze­nia, uda­wa­ło mi się już roz­po­znać po gło­sie, który ga­tu­nek ptaka za­miesz­ku­je dany ha­bi­tat. Ale po pew­nym cza­sie za­uwa­ży­łem pewne roz­bież­no­ści z wie­dzą teo­re­tycz­ną, które w miarę upły­wu czasu tylko się po­głę­bia­ły. Mno­ży­ły się py­ta­nia. W końcu do­sze­dłem do wnio­sku, że przy­ro­da sama za­pę­dzi­ła się w kozi róg i po­mie­sza­ła głosy w spo­sób nie­moż­li­wy do roz­szy­fro­wa­nia nawet dla niej samej...

A miała spój­ną i upo­rząd­ko­wa­ną kon­cep­cję. Chcia­ła po pro­stu wy­my­śleć dla pta­ków nie­dra­pież­nych wspól­ny spo­sób po­ro­zu­mie­wa­nia się. Bio­li­te­ra­tu­ra po­wsta­ła w tym przy­pad­ku dla­te­go, że kon­cep­cja ta po­nio­sła klę­skę! Dzi­siaj tak od­le­głe od sie­bie ga­tun­ki jak dzię­cioł czy kos do per­fek­cji opa­no­wa­ły pta­sie espe­ran­to[ dzię­cioł nawet nie ma wła­sne­go ję­zy­ka], na­to­miast kwi­czoł, który rów­nież jest ga­tun­kiem kosa i z kosem wła­ści­wym dzie­li nawet to samo drze­wo, za­wsze po­słu­gu­je się nie­zro­zu­mia­łą dla „nor­mal­ne­go” kosa „strzy­gą­cą” chińsz­czy­zną.

Ptaki, jako isto­ty in­te­li­gent­ne i chcą­ce uczest­ni­czyć w prze­mia­nie świa­ta wie­dzą, że coś tu nie gra. Naj­le­piej by­ło­by, we­dług nich, łą­czyć in­dy­wi­du­al­ną ko­mu­ni­ka­cję we­wnątrz wła­snych ga­tun­ków z per­fek­cyj­ną ko­mu­ni­ka­cją mię­dzy­ga­tun­ko­wą. Ale nawet z bio­li­te­rac­kie­go punk­tu wi­dze­nia jest to bar­dzo trud­ne.

Jako isto­ty ro­zum­ne ptaki wró­blo­wa­te mają po­czu­cie więzi, jaka po­win­na je łą­czyć. Te, któ­rym misja jed­no­cze­nia wy­cho­dzi naj­le­piej dzię­ki in­dy­wi­du­al­nym ta­len­tom, nie mogą się oprzeć po­ku­sie „wy­krzy­cze­nia” na cały świat wła­sne­go suk­ce­su. Szpa­ki, po­pa­da­jąc w stan eu­fo­rii, stają na naj­bar­dziej eks­po­no­wa­nej ga­łę­zi drze­wa i ma­cha­jąc skrzy­dła­mi gło­śno śpie­wa­ją. Oczy­wi­ście jest to pta­sia wer­sja wy­stę­pu na sce­nie przed sze­ro­ką pu­blicz­no­ścią.

Na prze­ciw­nym bie­gu­nie pla­su­je się po­krzew­ka pieg­ża. Ona też chcia­ła­by umieć po­ro­zu­mie­wać się z in­ny­mi pta­ka­mi, ale jej to kom­plet­nie nie wy­cho­dzi. Nawet umie­jęt­ność ko­mu­ni­ko­wa­nia się z przed­sta­wi­cie­la­mi wła­sne­go ga­tun­ku za­wdzię­cza ogrom­nej dozie szczę­ścia! Bo co by się stało, gdyby aku­rat w po­bli­żu sej­mi­ko­wa­ły bo­cia­ny? Po­dej­rze­wam, że uzna­ły­by one, że ktoś po pro­stu wy­śmie­wa się z ich kle­ko­tu! Gdyby zna­la­zły „wi­no­waj­czy­nię”, ta z pew­no­ścią po­pa­dła­by w ta­ra­pa­ty...

Dla­te­go wła­śnie po­krzew­ka pieg­ża wsty­dzi się samej sie­bie. Za­szy­wa się więc w naj­więk­szym gąsz­czu, skąd od czasu do czasu sły­chać jej „po­żal­się­bo­że­kle­kot”.

Jed­nak­że sub­tel­no­ści śpie­wu pta­ków i po­dwój­na rola sosny to tylko jedne z wielu nie­ty­po­wych te­ma­tów bio­li­te­rac­kich, które, jak po­dej­rze­wam, mogą sta­no­wić nawet po­ło­wę całej bio­li­te­ra­tu­ry. Warto w tym miej­scu wspo­mnieć na przy­kład o brzo­zie ni­skiej, któ­rej nie po­do­ba się na­tu­ral­ny rytm pór roku i chce go za wszel­ką cenę od­wró­cić. Na wio­snę osten­ta­cyj­nie nosi więc szatę z czer­wo­nych, a nie zie­lo­nych liści. Wspo­mnę tu także o pod­grzyb­kach- ko­man­do­sach, które od­waż­nie wcho­dzą po­mię­dzy owoc­ni­ki mu­cho­mo­ra sro­mot­ni­ko­we­go.


Za­gro­żo­na przy­szłość bio­li­te­ra­tu­ry?

Przy­ro­da bez bio­li­te­ra­tu­ry, tak jak czło­wiek bez li­te­ra­tu­ry, może się obejść . W końcu jest ona tylko do­dat­kiem do bio­róż­no­rod­no­ści, która bez bio­li­te­ra­tu­ry nie jest za­gro­żo­na. W tym roz­dzia­le spró­bu­ję od­po­wie­dzieć na py­ta­nie, jak bez niej wy­glą­da przy­ro­da.

Sosna, o któ­rej tyle na­pi­sa­łem w po­przed­nim roz­dzia­le, ma skłon­no­ści au­to­ry­tar­ne. Trud­no się temu dzi­wić, bio­rąc pod uwagę fakt, że po­tra­fi jako je­dy­na two­rzyć coś z ni­cze­go. Nie­ste­ty, au­to­ry­ta­ryzm za­bi­ja z cza­sem in­dy­wi­du­al­ność, dla­te­go jakże czę­sto sosny two­rzą mo­no­kul­tu­ry, w któ­rych do­bie­ra­ją sobie współ­pra­cow­ni­ków we­dług z góry na­rzu­co­nych sche­ma­tów.

Naj­gor­szą ich cechą jest za­ro­zu­mia­łość. Gdy już okrzep­ną na post­pu­sty­ni, ani przez chwi­lę nie po­zwa­la­ją ni­ko­mu za­po­mnieć, czego do­ko­na­ły. Ce­lo­wo zo­sta­wia­ją więc piasz­czy­ste, pu­styn­ne pod­ło­że pod sobą. Ale przy­ro­da, sta­ran­nie ważąc na szali wszyst­kie za i prze­ciw, po­dzie­la po­glą­dy sosen, do­ko­nu­jąc tylko drob­nych ko­rekt na wy­pa­dek gdyby kie­dyś jed­nak za­czę­ła do­skwie­rać im sa­mot­ność. Ową „ko­sme­tycz­ną ko­rek­tą” kra­jo­bra­zu jest za­wsze szczo­drze­niec żar­no­wiec- krzew ra­do­sny, sło­necz­ny i... mo­tyl­ko­wy. Jego „mo­tyl­ko­wość” na dłu­gie lata wzmac­nia an­ty­bio­li­te­rac­kość kra­jo­bra­zu- wią­żąc w swych ko­rze­niach ży­zno­daj­ne bak­te­rie bro­daw­ko­wa­te spra­wia, że sosna w mo­no­kul­tu­rze czuje się wspa­nia­le...

Ale nie tylko sosny winne są po­ten­cjal­ne­mu upad­ko­wi lub prz­yn­ajmniej sta­gna­cji bio­li­te­ra­tu­ry. Na ży­znych ob­sza­rach Pol­ski, szcze­gól­nie w gó­rach, wiel­ki­mi ha­mul­co­wy­mi kre­atyw­no­ści przy­ro­dy są je­ży­ny. W po­cząt­ko­wej fazie ich roz­wo­ju peł­nią bar­dzo po­ży­tecz­ną rolę pa­ra­so­la ochron­ne­go dla ini­cja­tyw bio­li­te­rac­kich. Ale gdy już okrzep­ną, roz­krze­wią się i roz­ro­sną, wszel­kie or­ga­ni­zmy żywe duszą się w ich uści­sku i emi­gru­ją. Szcze­gól­nie „za­słu­żo­na” pod wzglę­dem du­sze­nia bio­li­te­rac­kich ini­cja­tyw jest Rubus hir­su­tum- praw­dzi­wy „bicz boży" gór­skich lasów. Ta ko­sma­ta je­ży­na za­ra­sta dzie­siąt­ki hek­ta­rów i ka­ta­stro­fal­nie zu­ba­ża je. Jest przy tym mści­wa i okrut­na- do tego stop­nia, że nawet inne ga­tun­ki jeżyn pa­nicz­nie przed nią ucie­ka­ją. Sama po­zba­wio­na ja­kich­kol­wiek ta­len­tów- ani ładna, ani smacz­na- sku­tecz­nie od­bie­ra innym or­ga­ni­zmom ducha walki, wy­gry­wa­jąc z nimi do­sko­na­łym uzbro­je­niem. Ja też się jej boję, ale cóż- muszę utrzy­my­wać z nią kon­tak­ty choć­by po to, by wie­dzieć, jak ją zneu­tra­li­zo­wać pod­czas grzy­bo­brań...

Że­la­zna za­sa­da bio­li­te­ra­tu­ry mówi, że jeśli pięk­na jest w nad­mia­rze, prze­sta­je ono być pięk­nem. O tej za­sa­dzie naj­wy­raź­niej za­po­mi­na mu­cho­mor czer­wo­ny. Gdyby on rósł rzad­ko i po­je­dyn­czo, z pew­no­ścią wzbu­dzał­by za­chwyt. Ale re­zul­ta­tem tego, że on bar­dzo chce się po­ka­zać, jest prze­rost formy nad tre­ścią. Wy­cho­dzi z tego ty­po­wa „opera my­dla­na”- prze­sło­dzo­na mi­łość do brzóz, które w do­dat­ku tyją od nad­mia­ru cukru do­star­cza­ne­go im przez mu­cho­mo­ry i nie są w sta­nie wy­wią­zy­wać się z „psie­go” obo­wiąz­ku pro­du­ko­wa­nia koź­la­ków.

Ale ja po la­tach do­świad­czeń tro­chę już przy­ro­dę ro­zu­miem. Po pew­nym cza­sie na­stę­pu­je po pro­stu prze­syt i znu­dze­nie li­te­ra­tu­rą i w tej dzie­dzi­nie nic mnie od przy­ro­dy nie różni. Może się więc kie­dyś stać tak, że przy­ro­da, po­zo­sta­jąc pięk­na i róż­no­rod­na, sta­nie się PRZE­WI­DY­WAL­NA w swym pięk­nie.

Na razie tak się jesz­cze nie dzie­je. Za­wdzię­cza­my to mię­dzy in­ny­mi tak znie­na­wi­dzo­nym przez eko­lo­gów ga­tun­kom ob­ce­go po­cho­dze­nia. Ucie­kł­szy od BIO­PRZE­WI­DY­WAL­NO­ŚCI we wła­snych kra­jach wno­szą do pol­skich eko­sys­te­mów głód eks­pe­ry­men­to­wa­nia i ducha nie­po­ko­ju.

Naj­bar­dziej nie­spo­koj­nym du­chem jest na­włoć ka­na­dyj­ska. Będąc pod nie­od­par­tym uro­kiem naj­pięk­niej­sze­go pol­skie­go pta­ka- ba­żan­ta- po­sta­na­wia udzie­lić mu „azylu po­li­tycz­ne­go”. To re­wo­lu­cja prze­my­sło­wa spra­wi­ła, że dla ba­żan­ta i ku­ro­pa­twy na­włoć stała się ostat­nią na­dzie­ją na prze­trwa­nie. W jej gąsz­czu ba­żan­ty mogą sobie bez­piecz­nie „czy­ry­kać” przez cały rok.

Nie­któ­re ro­dzi­me ro­śli­ny, na przy­kład sa­dziec ko­no­pia­sty, wi­dząc, jak zna­ko­mi­te przy­no­si to re­zul­ta­ty, za­wie­ra­ją „sta­lo­wy pakt" z na­wło­cią. Bio­rąc na świad­ków wła­śnie ba­żan­ty przy­rze­ka­ją, że będą jej po­ma­gać przy każ­dej moż­li­wej oka­zji. Dia­beł jed­nak tkwi w okre­śle­niu „PRZY KAŻ­DEJ MOŻ­LI­WEJ OKA­ZJI”. W bio­dy­plo­ma­cji ozna­cza ono nic in­ne­go jak kryp­to­le­ni­stwo i wy­god­nic­two. Na­włoć ka­na­dyj­ska do­brze wie, że sa­dziec w zimie nie do­trzy­ma przy­się­gi. Wo­la­ła­by ona więc wejść w azy­lo­wą ko­ali­cję z trzci­ną, gdyż trawa ta wy­trzy­mu­je zi­mo­we cier­pie­nia. Nie­ste­ty- trawę tą trud­no wy­cią­gnąć z wody...

Zna­cze­nie bio­li­te­ra­tu­ry w moim życiu.

Bio­li­te­ra­tu­ra miała na moje życie wpływ tak wiel­ki, że obec­nie dzie­lę moje życie na dwa eta­py- przed po­zna­niem bio­li­te­ra­tu­ry i po jej po­zna­niu. W pierw­szym eta­pie byłem za­kom­plek­sio­nym, bo­jaź­li­wym czło­wie­kiem prze­ko­na­nym, że nie na­da­ję się do ni­cze­go-je­stem nie­peł­no­spraw­ny nie­mal od uro­dze­nia.

Pierw­szym wy­ło­mem w tym wi­ze­run­ku, choć jesz­cze nie de­cy­du­ją­cym, było moje pierw­sze grzy­bo­bra­nie w wieku czter­na­stu lat. Póź­niej cał­ko­wi­cie po­chło­nę­ła mnie szko­ła i nie mia­łem czasu wgłę­biać się w leśną te­ma­ty­kę. Do­pie­ro gdy szko­łę ukoń­czy­łem, za­czą­łem szu­kać za­ję­cia, które by­ło­by od­po­wied­nie dla mojej nie­peł­no­spraw­no­ści. I tu dzię­ku­ję za pomoc w wy­bo­rze wła­ści­we­go kie­run­ku Lasom Za­bie­rzow­skim, na­zwa­nym potem prze­ze mnie Pusz­czą Skał Kmity. Las ten wraz z sie­cią swo­ich la­bi­ryn­tów i za­ka­mar­ków wcią­gnął mnie bez resz­ty.

Od tego czasu mi­nę­ło 25 lat- do­kład­nie po­ło­wa mo­je­go życia. Dziś mam już na swoim kon­cie pięć par­ków na­ro­do­wych, mnó­stwo re­zer­wa­tów przy­ro­dy, ty­sią­ce, jeśli nie dzie­siąt­ki ty­się­cy grzy­bo­brań, pod­sta­wy me­te­oro­lo­gii, a nawet, co by­naj­mniej nie jest naj­mniej ważne, ob­sza­ry sil­nie zmie­nio­ne przez dzia­łal­ność czło­wie­ka. Droga do po­zna­nia za­awan­so­wa­nej bio­li­te­ra­tu­ry wio­dła oczy­wi­ście za­wsze po­przez po­zna­wa­nie pięk­na „pro­stej” przy­ro­dy.

Dziś, po la­tach do­świad­czeń z bio­li­te­ra­tu­rą, zwe­ry­fi­ko­wa­łem także wiele wy­da­wa­ło­by się nie do ru­sze­nia do­gma­tów. Nie je­stem już tak ka­te­go­rycz­nym wy­znaw­cą teo­rii ewo­lu­cji jak kie­dyś. Zbyt dużo ist­nie­je w przy­ro­dzie po­kła­dów em­pa­tii, zbyt wiele szans mają słab­si, aby to mógł być przy­pa­dek. Zbyt wiele cier­pie­nia nie idzie też na marne. Od­no­szę nawet wra­że­nie, że teo­ria ewo­lu­cji zo­sta­ła wy­my­ślo­na po to, by choć po czę­ści spró­bo­wać uspra­wie­dli­wić nasze nie­go­dzi­wo­ści...

Jed­nak moim zda­niem wcale to nie ozna­cza, by przy­ro­da miała dy­le­ma­ty mo­ral­ne. Dy­le­ma­ty mo­ral­ne są tylko PA­TO­LO­GIĄ PRZY­RO­DY! Pa­ra­fra­zu­jąc Ein­ste­ina można po­wie­dzieć, że dobro i zło są względ­ne. Stwier­dze­nie to nie­sie za sobą bar­dzo ważne kon­se­kwen­cje. Liczy się tylko NA­TU­RAL­NOŚĆ, stąd druga nazwa przy­ro­dy- na­tu­ra.
Na­tu­ral­ność jest pro­ce­sem bio­hi­sto­rycz­nym, a nie sta­no­wio­nym pra­wem, stąd na­czel­na za­sa­da przy­ro­dy- żad­nej ar­bi­tral­no­ści! Wy­ni­ka to stąd, że żaden ga­tu­nek nie może ist­nieć bez dru­gie­go, co jed­nak nie do­ty­czy, nie­ste­ty, ludzi. Każdy ga­tu­nek, żyjąc w ze­spo­le z in­ny­mi ga­tun­ka­mi, za­cho­wu­je jed­nak za­wsze wła­sną toż­sa­mość i wnosi do wspól­no­ty swój wła­sny styl życia. Gdyby jakiś ga­tu­nek chciał na­rzu­cić coś dru­gie­mu, jego los byłby prze­są­dzo­ny- w naj­lep­szym razie byłby ska­za­ny na sa­mot­ność i upodob­nił­by się do czło­wie­ka.

Każdy bez­stron­ny ob­ser­wa­tor, na przy­kład tu­ry­sta, bez trudu od­róż­ni praw­dzi­wą przy­ro­dę od jej pod­rób­ki. W par­kach na­ro­do­wych za­sa­da braku ogól­nych norm etycz­nych zo­sta­ła zre­ali­zo­wa­na w stu pro­cen­tach. Tam też roz­wi­nę­ła się naj­bar­dziej za­awan­so­wa­na bio­li­te­ra­tu­ra, za­wo­alo­wa­na w mię­dzy­ga­tun­ko­wych ze­spo­łach i pod­par­ta pięk­nem kra­jo­bra­zu. Mi­łość, śmierć i prze­mi­ja­nie ze­spa­la­ją się tutaj w nie­na­zwa­ne jedno.
Na­to­miast z pod­rób­ką przy­ro­dy mamy do czy­nie­nia na ob­sza­rach zur­ba­ni­zo­wa­nych oraz tam, gdzie jakiś ga­tu­nek na­rzu­ca innym swoją wolę i pró­bu­je wpro­wa­dzić prawo. W La­sach Kra­sow­sko – Ja­nu­szo­wiec­kich na pół­noc­ny wschód od No­we­go Sącza jest takie miej­sce, gdzie sosny po­sta­no­wi­ły nie­po­dziel­nie rzą­dzić i upodob­nić się do sie­bie pod wzglę­dem gru­bo­ści pni. Aż przy­kro pa­trzeć na ten ka­wa­łek lasu! Mimo iż grzy­by mają tu cie­plar­nia­ne wa­run­ki ze wzglę­du na brak kon­ku­ren­cji ro­ślin runa, omi­ja­ją to miej­sce z po­gar­dą. Byłem tam tyle razy, a nigdy nie zna­la­złem ani jed­ne­go! Gdyby nie ży­zność gleby, już dawno zo­sta­ły­by z tu­tej­szych sosen puste ki­ku­ty...

Na prze­ciw­le­głym bie­gu­nie znaj­du­ją się to­le­ran­cyj­ne jodły[ nie dla świer­ków]. To­le­ran­cję za­czy­na­ją od SA­MYCH SIE­BIE. W zwar­tych pusz­czach jo­dło­wych „każdy sobie rzep­kę skro­bie”- tuż przy jo­dło­wych ma­tu­za­le­mach ro­śnie sobie jo­dło­wa mło­dzież. I to wła­śnie w jo­dło­wych eko­sys­te­mach bio­li­te­ra­tu­ra prze­ży­wa burz­li­wy roz­wój.

Na ob­sza­rze puszcz jo­dło­wych wy­stę­pu­je naj­cie­kaw­sze runo leśne, które nie­rzad­ko pisze mi­kro­bio­li­te­ra­tu­rę. Drob­ne mchy po­tra­fią tu nawet „ucy­wi­li­zo­wać" je­ży­nę gru­czo­ło­wa­tą i zmu­sić ją do pro­duk­cji grzy­bów rzad­kich- oczy­wi­ście zgod­nie z wła­sny­mi wska­zów­ka­mi. Jest to wspa­nia­ła bio­po­ezja na temat "mały może wię­cej". Zwra­cam przy tym uwagę na ogrom­ne po­do­bień­stwo tego dzia­łu bio­po­ezji do kla­sycz­nej po­ezji! Wia­do­mo prze­cież, że wielu po­cząt­ku­ją­cych po­etów na­ra­ża się na ostrą kry­ty­kę spe­cja­li­stów wła­śnie z po­wo­du tego, że w swo­ich prób­kach zbyt czę­sto uży­wa­ją słowa „wiel­ki”...

W mię­dzy­ga­tun­ko­wych ze­spo­łach nie może oczy­wi­ście za­brak­nąć zwie­rząt. Za­wsze uczo­no mnie, że two­rzą one skom­pli­ko­wa­ne łań­cu­chy po­kar­mo­we, w któ­rych każdy zjada każ­de­go, aby móc prze­żyć. Jest jasne, że każdy musi coś zjeść. Ale pa­trze­nie na przy­ro­dę wy­łącz­nie pod kątem za­leż­no­ści po­kar­mo­wych jest do­kład­nie tym samym, co próba na­ucze­nia się gry w sza­chy po­przez pa­mię­cio­we opa­no­wa­nie wa­rian­tów de­biu­to­wych. Takie po­dej­ście ośmie­sza­ło­by za­rów­no sza­chi­stę jak i pa­sjo­na­ta przy­ro­dy.

Dra­pież­cę z ofia­rą łączy WZA­JEM­NY SZA­CU­NEK. Ła­si­ca, która po­lu­je na gry­zo­nie, za­wsze pró­bu­je zna­leźć uspra­wie­dli­wie­nie dla swego po­stę­po­wa­nia. Za­miast więc od razu bru­tal­nie roz­ko­py­wać mysie nory, za­czy­na po­lo­wa­nie od prze­pięk­ne­go tańca. U zwie­rzę­cia o tak wy­so­kiej in­te­li­gen­cji na pewno nie jest to za­cho­wa­nie wro­dzo­ne! Żeby osią­gnąć taką gra­cję ru­chów, po­trze­ba tre­nin­gu. To tym bar­dziej godne pod­kre­śle­nia, że mysz jest w sto­sun­ku do ła­si­cy bar­dzo upo­śle­dzo­na umy­sło­wo.

W przy­pad­ku zwie­rząt o wy­so­kiej in­te­li­gen­cji mamy do czy­nie­nia wręcz z ustaw­ka­mi. Dwaj śmier­tel­ni wro­go­wie- wie­wiór­ka i kuna- robią wszyst­ko, by po­lo­wa­nie wy­glą­da­ło nie­win­nie, na przy­kład jak dzie­cię­ca za­ba­wa w berka. Naj­bar­dziej ob­ry­wa się przy tym nie samym za­in­te­re­so­wa­nym, lecz drze­wu, na któ­rym ma miej­sce śmier­tel­ny po­je­dy­nek!

Oczy­wi­ście nie wszyst­kie dra­pież­ni­ki cha­rak­te­ry­zu­je wy­so­ka kul­tu­ra oso­bi­sta. Ale wszyst­kie są cie­ka­we świa­ta. Dla­te­go bio­li­te­ra­tu­ra o te­ma­ty­ce my­śliw­skiej nie po­zo­sta­wia ich bez re­flek­sji.

I to by było na tyle. Teraz nie po­zo­sta­je mi nic in­ne­go, jak od­wo­ła­nie się do ludz­kiej wraż­li­wo­ści. Może ktoś z moich Czy­tel­ni­ków rów­nież spo­tkał się z bio­li­te­ra­tu­rą? Jeśli tak, niech po­dzie­li się ze mną swo­imi od­kry­cia­mi.

Ja­ro­sław Roman

Ukoń­czo­no: 31 paź­dzier­ni­ka 2015 r

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
trawa1965 · dnia 07.05.2016 15:48 · Czytań: 526 · Średnia ocena: 3 · Komentarzy: 13
Komentarze
swistakos dnia 14.05.2016 20:10
Bioliteratura przecież istnieje od zawsze. Nawet nasz wieszcz Mickiewicz ją stosował. Wystarczy przyjrzeć się dokładnie niektórym jego wierszom.
trawa1965 dnia 15.05.2016 03:58
Nie wierzę.
Strasznie przepraszam, ale mam wrażenie, że Pan tego nie przeczytał. A jeśli nawet, ma to wartość wyłącznie w połączeniu z pozostałymi czterema utworami z tej dziedziny.
Oczywiście, że bioliteratura istniała od zawsze. W przyrodzie...
Aronia23 dnia 15.05.2016 05:43 Ocena: Dobre
Długi tekst, wymagał na pewno dużo pracy. Zastanawiają mnie już pierwsze zdania:
"Jestem ulepiony z dziwnej gliny. Nie zgadzam się z zastanym światem. Zupełnie nie pasuję do niego.
Ponieważ wiem, że nie znajdę zrozumienia u ludzi, szukam go w świecie przyrody. I trwa to już ćwierć wieku.
Przyroda, choć nie zawsze jej to wychodzi, stara się mnie zrozumieć. A dlaczego jej to czasem nie wychodzi? Bo mimo wszystko jestem jednak człowiekiem.
Dlatego mogę próbować się z nią porozumieć jedynie NA GRUNCIE PIĘKNA. Bo miłość do piękna nas łączy."
Myślę, że się jednak mylisz, ze jesteś "ulepiony z innej gliny niż pozostali ludzie. Sam napisałeś, że "Przyroda (...) stara się mnie zrozumieć".
To mądra myśl "Żelazna zasada bioliteratury mówi, że jeśli piękna jest w nadmiarze, przestaje ono być pięknem."
Bardzo spersonifikowałeś przyrodę, a jak sam piszesz, jesteś człowiekiem. Tak naprawdę nigdy nie zjednoczysz się z naturą na ty, aby umieć się z nią dogadać. Zrozumieć może tak, ale też nie do końca, bo ona rządzi się swoimi prawami. Jest piękna, jednak i bezwzględna. Nie kieruje się uczuciami, tylko wolą przetrwania, jeśli coś stanie jej na drodze, zniszczy to. Tak, jak sosny, czy jeżyny.

"Ta kosmata jeżyna zarasta dziesiątki hektarów i katastrofalnie zubaża je. Jest przy tym mściwa i okrutna- do tego stopnia, że nawet inne gatunki jeżyn panicznie przed nią uciekają. Sama pozbawiona jakichkolwiek talentów- ani ładna, ani smaczna- skutecznie odbiera innym organizmom ducha walki, wygrywając z nimi doskonałym uzbrojeniem. Ja też się jej boję, ale cóż- muszę utrzymywać z nią kontakty choćby po to, by wiedzieć, jak ją zneutralizować podczas grzybobrań..."
Jodły i spostrzeżenia z nimi związane tez ciekawe zagadnienie:
"tuż przy jodłowych matuzalemach rośnie sobie jodłowa młodzież. I to właśnie w jodłowych ekosystemach bioliteratura przeżywa burzliwy rozwój."

I o zwierzętach: "Drapieżcę z ofiarą łączy WZAJEMNY SZACUNEK"

"W przypadku zwierząt o wysokiej inteligencji mamy do czynienia wręcz z ustawkami. Dwaj śmiertelni wrogowie- wiewiórka i kuna- robią wszystko, by polowanie wyglądało niewinnie, na przykład jak dziecięca zabawa w berka. Najbardziej obrywa się przy tym nie samym zainteresowanym, lecz drzewu, na którym ma miejsce śmiertelny pojedynek!"

Nie skrzywdził Pan czasem myszy stwierdzając : "...że mysz jest w stosunku do łasicy bardzo upośledzona umysłowo. " Gdyby tak było, to myszy by wyginęły, no chyba, że ratuje je ogromna płodność, i że stanowią pokarm dla mięsożerców. Ale już widziałam niejedną mysz, która okpiła kota, a zimuje np. na działkach, w domkach, pod kołdrami , gdzie jest ciepło. Dba tez o przetrwanie swojego gatunku.
Każde zwierzę jest mądre.

A z moim przedmówcą zgodzę się. Już Mickiewicz pisał o matecznikach, niedźwiedziach. Krainie zwierząt - ich królestwie. A Czesław Miłosz? Opisywał ukryte głuszce w "Dolinie Issy", Eliza Orzeszkowa "Nad Niemnem", Stefan Żeromski "Puszcza Jodłowa" czy "Wiatr od morza"

To ciekawe zdanie: "Oczywiście nie wszystkie drapieżniki charakteryzuje wysoka kultura osobista"
Zwierzęta nie kierują się ą osobistą, ale wolą przetrwania. Nie są ludźmi, ale na pewno należy im się od nas szacunek.
Też wyewoluowaliśmy ze zwierząt. Kiedyś ryba wyszła na brzeg dostosowała się do nowych warunków. Zna Pan LUCĘ ostatniego praprzodka wszystkich zwierząt. Uniwersalnego?
Na pewno wie Pan wiele o przyrodzie, gratuluję. Jednak należy Pan do gatunku ludzkiego i dlatego mógł Pan w ogóle napisać taki tekst. Inteligencja zwierząt ma się tak do naszej, jak "próba nauczenia się gry w szachy poprzez pamięciowe opanowanie wariantów debiutowych." Wyrwałam z kontekstu, ale to stwierdzenia pasowało mi tu.
Pozdrawiam Panie Jarosławie.
trawa1965 dnia 15.05.2016 05:57
Dziękuję za komentarz i miłe słowa. Będziemy stale w kontakcie. Musisz też przeczytać resztę mego dzieła.

Skoro mysz jest mądra, dlaczego stale wpada w myszołapkę? A lis się nie daje...

Wychowałem się na literaturze wielkich klasyków i doskonale ją znam. Dlatego nie zgadzam się z moimi przedmówcami. Jaka była wiedza przyrodnicza Mickiewicza? Czy on w ogóle ją badał? Czy achy i ochy nad Czatyrdahem to wiedza?
Aronia23 dnia 15.05.2016 11:10 Ocena: Dobre
Oj, i tu się mylisz. Lisy też wpadają we wnyki, aby się uwolnić, odgryzają sobie nawet łapę. Wilki, łosię, jelenie... Tak, tak. A co Mickiewicz wiedział o przyrodzie? Na pewno więcej niż my teraz, badający wszystko "szkiełkiem i okiem". Ludzie żyli bliżej natury. To powinieneś wiedzieć, skoro się wychowałeś na klasykach. ochy i achy nad Czatyrdahem - Padyszachem, nie są przypadkowe. Tak, jak rozmyślania Słowackiego na morzu czy na Mount Blanc.
Życzę Ci więcej pokory. Bo taki jesteś uszczypliwy, że trudno uwierzyć, iż kształtowała Cię literatura. Szacunku dla Twórców więcej, bo sam go wymagasz dla siebie. Poczytaj Darwina, możesz się zgadzać lub nie z Jego tezami, ale znawcą był. Poczytaj Sienkiewicza, poczytaj Platona i innych starożytnych. Zapoznaj się z najbardziej tajemniczą księgą świata "Księgą Wojnicza". No kończę, bo Twa niesprawiedliwość mnie zirytowała. Do widzenia, Panie Jarosławie R. Aronia23
trawa1965 dnia 15.05.2016 12:01
Oj, Aronia, tyle się w życiu naczytałem, że czasem mam dość. Niemniej jednak muszę obiektywnie przyznać Ci rację. Jestem zarozumiały. Staram się z tym walczyć, lecz ciężko o to.
Aronia23 dnia 15.05.2016 12:16 Ocena: Dobre
Za słabo walczysz, wyciągnij armaty i wsparcie lotnicze - żart, oczywiście. Ja tez dużo czytałam, czytam i będę czytać, bo po cos w końcu tutaj tez zawitałam. Pozdrawiam, Trawo.
trawa1965 dnia 15.05.2016 12:54
Nie kończmy jeszcze. Widzisz, znam wyniki badań IQ niektórych gatunków zwierząt wyższych. Przyjmując, że IQ przeciętnego człowieka to 100- 120, IQ przeciętnego delfina butlonosa to...105-120! A co powiesz na przykład o Komisarzu Alexie?

W naszym DPS-ie mieszka bezimienna suczka, którą bardzo kocham. Wyobraź sobie, że ja na początku nie wiedziałem, jak poruszać się po niebrukowanych wiejskich ulicach. A ona zawsze poruszała się zgodnie z kodeksem ruchu drogowego i nigdy inaczej!

Widziałem też lisa, który dokładnie wiedział, do czego służą drogi.
Aronia23 dnia 15.05.2016 14:25 Ocena: Dobre
Nadaj jej imię, aby nie była jak "dziecko" doktora Frankensteina, np. Miłka czy Tofinka. Od razu będzie raźniej. Później do Ciebie się odezwę, przepraszam, ale miałam bezsenną noc i muszę trochę oko przymknąć. Pa. Pogłaszcz suczynkę. Spokojnej niedzieli życzę, Jarku, Aronia23
al-szamanka dnia 11.09.2016 21:32
Przeczytałam i mogłabym pytać o każde zdanie, ale ograniczyłam się do paru, bo w końcu poszanowanie czasu można chyba podczepić pod biokulturę, a z nią musimy być w porządku.

Cytat:
Nie może więc być mowy o tym, by kto­kol­wiek miał w tym świe­cie mniej­sze prawa od in­nych.

Zgadzam się. Prawa tak, niemniej o wszystkim decyduje "silniejsza pięść".
Cytat:
pod­sta­wą może być tylko coś, co dla samej przy­ro­dy wy­da­je się pięk­ne, ory­gi­nal­ne i nie­ty­po­we

Czy przyroda w jakikolwiek sposób da nam to do zrozumienia?
Cytat:
Za­py­la­nie ro­ślin przez owady to we­dług przy­ro­dy uży­tecz­ny kicz- oczy­wi­ście z punk­tu wi­dze­nia JEJ WŁA­SNYCH kry­te­riów sztu­ki.

Skąd to wiesz? Czy to raczej nie według Ciebie tak właśnie przyroda uważa?
Cytat:
Owady... sza­nu­ją swój wza­jem­ny trud.

Czyżby Ci o tym szacunku osobiście wybrzęczały?
Cytat:
pi­sząc o mgle poeci mają naj­czę­ściej na myśli pod­tekst sek­su­al­ny lub w naj­bar­dziej „ła­god­nej” wer­sji- sze­ro­ko ro­zu­mia­ne sto­sun­ki dam­sko- mę­skie. Nie ina­czej jest w przy­pad­ku słoń­ca, desz­czu czy tęczy.

Pierwszy raz spotykam się z takim twierdzeniem... i śmiem twierdzić, że nieprawdziwe.
Cytat:
skały wa­pien­ne po­sia­da­ją NE­KRO­ŚWIA­DO­MOŚĆ.

Naprawdę?
Cytat:
sosna jest tym dla pol­skiej przy­ro­dy, czym Matka Boska dla na­ro­du pol­skie­go

Aha, nawet stokrotki się do niej modlą?
Cytat:
Że­la­zna za­sa­da bio­li­te­ra­tu­ry mówi, że jeśli pięk­na jest w nad­mia­rze, prze­sta­je ono być pięk­nem.

Hmm, zasada bioliteratury? Nazwałabym ją raczej wszechobecną zasadą przesytu.
Cytat:
Nie je­stem już tak ka­te­go­rycz­nym wy­znaw­cą teo­rii ewo­lu­cji jak kie­dyś. Zbyt dużo ist­nie­je w przy­ro­dzie po­kła­dów em­pa­tii, zbyt wiele szans mają słab­si, aby to mógł być przy­pa­dek. Zbyt wiele cier­pie­nia nie idzie też na marne. Od­no­szę nawet wra­że­nie, że teo­ria ewo­lu­cji zo­sta­ła wy­my­ślo­na po to, by choć po czę­ści spró­bo­wać uspra­wie­dli­wić nasze nie­go­dzi­wo­ści...

Do teorii ewolucji mam poważne zastrzeżenia od dawna i wcale nie ze względu na bioliteraturę.
Cytat:
Dra­pież­cę z ofia­rą łączy WZA­JEM­NY SZA­CU­NEK. Ła­si­ca, która po­lu­je na gry­zo­nie, za­wsze pró­bu­je zna­leźć uspra­wie­dli­wie­nie dla swego po­stę­po­wa­nia.

Oj tak, nawet widziałam taką jedną jak grzmociła łapką meaculpy ;)

Nie wiem, czy dobrze pojmuję co chcesz wyrazić pojęciem bioliteratura.
Dla mnie jest to raczej nazwa nadana temu, co się pisze/dzieje od zawsze, od chwili gdy powstało życie.
A jako, że jest to nazwa nadana przez osobnika świadomego, dochodzę do wniosku, że bioliteratura w Twoim pojęciu staje się poprzez obecność obserwatora - bez niego byłaby pasmem kolejności rzeczy, które być muszą, gdyż przez miliony lat tak a nie inaczej zsynchronizowały się w uzależnieniach.
Fajnie było dowiedzieć się ciekawostek przyrodniczych, o ktorych nie miałam pojęcia.

Pozdrawiam :)
trawa1965 dnia 12.09.2016 04:06
Cieszę się, że przeczytałaś. Jak już mówiłem, z niektórymi rzeczami można się nie zgadzać. Dziwne byłoby, gdyby było inaczej!
al-szamanka dnia 12.09.2016 10:30
W miarę wolnego czasu postaram się przeczytać wszystkie teksty o bioliteraturze - interesuje mnie spojrzenie z drugiej strony, no i to, że przekazujesz sporo informacji.

Pozdrawiam, a zegar biologiczny kombinuje w nasłonecznianiu ziemskiego cyferblatu.
trawa1965 dnia 12.09.2016 10:33
Jestem autentycznie szczęśliwy!Dobra literatura to ta, z którą się dyskutuje.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
RafalSulikovski
19/08/2019 07:10
:) :) :) »
Kushi
18/08/2019 19:30
Wiolinku Czarodzieju, wiesz, że jesteś jednym z nielicznych… »
Kushi
18/08/2019 19:24
Hej Besko... pierwsza zwrotka jak najbardziej na tak,… »
Decand
17/08/2019 23:53
Nuira - błądzić jest rzeczą ludzką. Przy czym chętnie… »
domofon
17/08/2019 20:13
Jola S. , chyba się dzisiaj upiję. Wielkie dzięki Pulsar,… »
Pulsar
17/08/2019 18:12
Dostosuję się. Nie nadam, na nikogo w życiu nie nadałem.… »
Bartek Otremba
17/08/2019 18:10
Niestety nie mogę zmienić tytułowego pytania :) Dodałem… »
pociengiel
17/08/2019 17:56
Ile razy to robiłeś własnym sumptem? Zwykle pozostaję… »
Pulsar
17/08/2019 17:34
Dla mnie rozpiska , czyli wersyfikacja fatalna. źle się… »
Pulsar
17/08/2019 17:27
" Pola " Muńka . Jeśli o tego samego biega… »
Pulsar
17/08/2019 17:18
Dużo tracimy przesypiając różne sytuacje, c później są nie… »
pociengiel
17/08/2019 17:12
Dla mnie Munkiem. »
Pulsar
17/08/2019 17:05
Znowu Pan Bóg w poezji »
Pulsar
17/08/2019 16:56
kim jest Marcin Sztelak? »
JOLA S.
17/08/2019 12:59
Al, na świecie jest dużo religii, proszę Pani. Gdyby była… »
ShoutBox
  • Dobra Cobra
  • 18/08/2019 11:24
  • [link] Pełna wersja pięknej opowieści Ponad czasem w wydaniu dźwiękowym. Interpretuje głosowo najlepszy z polskich aktorów - Jarosław Boberek, znany z wielu ról.
  • mike17
  • 15/08/2019 20:25
  • Pozdrówki z wakacji :)
  • czarnanna
  • 15/08/2019 10:14
  • To teraz ja. Zaslyszane podczas pobytu w szpitalu: Błogosławieni ci, którzy wierzą w wypis tego samego dnia
  • Decand
  • 13/08/2019 19:20
  • Niektórzy wierzą też, że maksymalny czas tekstu w poczekalni wynosi pięć dni. Trzeba powoli, małymi kroczkami, jak nauka o nieistniejącym Mikołaju
  • Dobra Cobra
  • 13/08/2019 15:03
  • Niektórzy znow wierzą, że jak zostawisz 40 komentarzy różnym osobom to te 40 osób wróci do ciebie i da tobie takze 40 komentów
  • Dobra Cobra
  • 12/08/2019 18:38
  • Najprostsza rzecz to załatwić sobie klakierów ;)
  • Joefrind1
  • 11/08/2019 00:51
  • Nikt nie komentuje mojego wiersza :(
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 20:52
  • A to przepraszam, juz nie przeszkadzam
  • Dobra Cobra
  • 10/08/2019 19:20
  • Prozaicy piszą kolejne wersy, poeci kolejne rymy spisują. Nikt nie ma czasu ma oglądanie pogody, gdy Ojczyzna w potrzebie.
  • Joefrind1
  • 10/08/2019 16:25
  • Ale dzisiaj fajna pogoda
Ostatnio widziani
Gości online:18
Najnowszy:2carolinec2923gg5
Wspierają nas