Świątynia - Gorgiasz
Proza » Inne » Świątynia
A A A
Od autora: Kategoria: theological fiction

Szymon siedział zgnębiony na progu swego ubogiego domu, od pokoleń wrośniętego w przedmieścia Jeruszalaim. Nic nie układało się po jego myśli, zwłaszcza w zakresie zapewnienia sobie i rodzinie środków do życia. Ruchem kija odpędził wychudzonego psa, pewnie równie głodnego, jak on sam, tak na wszelki wypadek splunął przez lewe ramię, westchnął i właśnie miał wstać, ogarniając połatany i znoszony płaszcz, gdy ujrzał zbliżającą się znajomą postać, która dźwigała na plecach pokaźnych rozmiarów wór. Wór zaciekawił go.
– Coś ty tu, Filipie, przytargał?
– Szalom. Pomógłbyś lepiej... trzymaj... ostrożnie.
– Skąd to wziąłeś? – zapytał, kładąc ciężar na udeptanej, spieczonej południowym słońcem ziemi.
– Ze świątyni. Wiesz, starych zwojów nie wyrzucają, grzech, zakopać chcieli, czy w jaskiniach ukryć, do jakiegoś Qumran nieśli, przynajmniej tak mówili, kłamali może, nieważne, odkupiłem niedrogo. Uff, gorąco...
– Tyle tego...
– Tyle? Jeszcze mam sześć takich worków. Większych nawet. – Twarz przybysza rozpromienił przebiegły uśmiech.
– Po cóż ci to?
– Już ja wiem po co. – Filip sprawiał wrażenie, że rzeczywiście wiedział, co robi. To było pocieszające.
– Hm.
– Spójrz... Nie wszystkie są Torą. – Wyciągnął kilka, rozwijając z pietyzmem.
– A czym? Co tam jeszcze masz? – Szymon przyglądał się z ciekawością.
– Różne takie. Sam zobacz. – Wyciągnął gruby zwój owinięty lnianą szmatą, prawie wcale niezniszczony. – Księga Jaszera. A tutaj – podał następny – Historia Wojen Pana Naszego. W Tanachu ich nie ma, dziwne. Przeglądałem trochę, niesamowite są. Dawne, bardzo dawne dzieje opisują. Pan wtedy za nas walczył, miasta całe ogniem palił jak Sodomę i Gomorę. Ogień z nieba spadał, ludzi spopielał, dobytek wszystek, ziemia płonęła, miasta w pył obracało, a żar był taki, że kamienie się roztapiały, w szkło zamieniały. Zielonkawe takie. A Chwała Pana na rydwanie po nieboskłonie leciała, płomień szedł za nią i zastępy niebieskie, gromy nad pustynią tocząc, a ziemia drżała cała, bojaźnią wielką przejęta. I życie wszelakie wyparowało jak mgła, zamarło. A nad wszystkim baran jakby ofiarny, wielki taki, wełnisty się unosił, rósł, z drugiego słońca narodzony, co nad ziemią wzeszło na Jego chwałę, wielkiego też, palącego. A baran ten, biały przy zrodzeniu, potem żółty i czerwony, ciemniał, rósł wciąż aż do nieba, jakby Bóg go do siebie przyzywał i świat pod niego chciał schować, okryć, otulić, aż w końcu czarnym prawie się stał i niebo przyćmił, mrok nadszedł, a wełna jego w proch zamieniona pokryła wszystko na ziemi. I cisza nastała, ptak nawet nie śpiewał, zwierz dziki nie ryczał, a ludzi, co zostali, zaraza porwała. Śmierć przyszła, zwłoki spalone i szkielety białe wszędzie leżały, pochować ich kto nie miał. A ci co przeżyli, ciała swe w kawałkach na drodze zostawiali, trąd jakowyś ich dopadł, rany i wrzody pokrył, i boleść okropna, a dłonie krwią płakały.
– Straszne rzeczy opowiadasz. – Szymon słuchał opowieści z rosnącym przerażeniem. – I to wszystko w zwoju tym wyczytałeś?
– Wyczytałem, choć może nie czytać było lepiej.
– A dlaczegóż tak się stało? Bóg dopuścił?
– Widocznie, wszystkiego nie czytałem, kawałki tylko; nie wiem dlaczego. Pewnie kara za grzechy jakieś, wszystko może być nimi. Chcesz?
– Później. – Odsunął się instynktownie. Są przecież rzeczy na tym świecie, o których lepiej nie wiedzieć. – Masz zamiar to wszystko przeczytać?
– Coś ty! Mam ważniejsze sprawy, ale znajdziemy takich, co zechcą. – Popatrzył wymownie.
– Kogo?
– Tych, co to kupią.
– Sprzedawać je będziesz?
– Jasne, piękne zwoje, niektóre mało używane, zobaczysz, zarobimy – Rozpromieniony, klepnął towarzysza w przygięte plecy. Ten jednak nie wykazywał należytego entuzjazmu.
– Ktoś to kupi?
– Kupi, kupi, ludzie wszystko kupią, tylko trzeba odpowiednio przedstawić, pokazać, zainteresować. Wmówić, że to im potrzebne.
– A niby do czego? – Sceptycyzm Szymona nie ustępował.
– Do niczego, ale trzeba wymyślić, do czego by mogło. Interes na tym polega. Rozumiesz? Zawsze przecież wmawiają, że coś jest niezbędne, jak nie jest. Chodzi tylko o to, żeby inni uwierzyli. A jak uwierzą, to wszystko z nimi będzie można zrobić, jak owce na rzeź pójdą. Rusz też trochę głową. I poukładać je trzeba będzie, wiedzieć co gdzie leży.
– Ależ to robota!
– Za darmo nic nie ma. Dziś jeszcze rozpoczniesz.
– Ja?
– A kto? Wchodzisz w to, czy nie?
– Wchodzę, wchodzę. – Jeśli serce będące siedzibą rozumu miało nawet jakieś obiekcje, to pusty brzuch nie miał zamiaru stracić nawet najmniejszej szansy. – Ale gdzie będziesz sprzedawał, na ulicy?
– Tu jest właśnie pewien problem. Na ulicy nie idzie, na targowisku najwyżej, ale to nie najlepsze miejsce. Nie po to ludzie tam idą i nie ci, co mogliby być tym zainteresowani. Towarzystwo też nieodpowiednie, tu księgi, a bydło obok. Jak kozy będą, to zeżrą, nie upilnujesz. – Filip odruchowo szarpnął brodę. Odpędzony pies zniknął, ale jego miejsce zajął czarno biały kocur. Przysiadł na wysokim, pękniętym dzbanie stojącym w rogu obejścia i żółtozielonymi ślepiami uważnie mierzył obu mężczyzn, sprawiając wrażenie, że przysłuchuje się toczonej rozmowie.
– To gdzie?
– Myślę... godne miejsce to musi być, wyjątkowe.
– Co tu godnego znajdziesz...
– Mam! Świątynia. Jakby tam się udało... – Siedzący nieopodal kot prychnął, nie wiadomo czy na widok przelatującego ptaka, którego nie mógł dosięgnąć, czy podrażniony brzmieniem tych słów, które również odleciały w minioną już chwilę.
– Tam teraz też rynek, woły, owce sprzedają. – Grymas niechęci wykrzywił twarz jego towarzysza. – Nawet gołębie widziałem, byłem parę dni temu. Bankierzy jak u siebie siedzą, kłótnie, jazgot, przekleństwa. Okropność. Dom Boży miał być! Pewnie koheni wynajmują, udają, że niby nie, ale przecież bez ich zgody to by tam tego nie było.
– To ich wygonimy!
– Akurat. – Śmiech wstrząsnął Szymonem. – Już widzę, jak cię posłuchają. Przedsiębiorczy Filip miał jednak na to odpowiedź.
– Nie mnie, Jeszuę podpuścimy! – odparował, dumny z pomysłu.
– Co?
– No, że z domu jego Ojca targowisko robią, wiesz, on wrażliwy na takie sprawy. I Słowo Pańskie będziemy głosić, tyle że na piśmie. Zresztą on sam mówić też może. Nawet dobre to będzie. – Z zapałem rozwijał swój pomysł.
– Zgodzi się?
– Jak sprawę umiejętnie przedstawimy, to tak. Wkurzy się, jak zobaczy, co tam jest teraz. Delikatnie tylko trzeba.
– A powiemy, że Księgi Boże rozłożyć w świątyni chcemy? – Szymon podchwycił ideę.
– O, dobrze mówisz. Rozłożyć. Ludziom pokazać, Słowo Boże przybliżyć, Słowo, które tam zapisano. Bo my je głosić przyszliśmy, na chwałę Pana. A jak przypadkiem będą chcieli kupić, to przecież trudno odmówić. Trzeba będzie się zgodzić, powinność to nasza. Z bólem serca rzecz jasna.
– Ale mówiłeś, że nie wszystkie takie Boże...
– Szczegóły, z tyłu się położy, zresztą sądzę, że z nich największy zysk będzie, bo niezwyczajne są. Tak, w świątyni dobrze będzie. Nastrój odpowiedni, żadnego bydełka, bab kłótliwych, przekupek. I Jeszua z tym swoim natchnionym wyrazem twarzy proroka, wzniesie oczy do nieba, ręce uniesie, czasem coś powie, nauczy, przepowie. Nathanela posadzimy, żeby objaśniał, pokazywał, tłumaczył, uczony jest i prezencję ma, to też się liczy. A my trochę ludu odpowiedniego nagonimy. Będzie interes. – Zatarł ręce. – A te wrzućmy do ciebie i chodźmy poszukać naszych, czasu szkoda, zarobek czeka.
I tak zrobili. Schowawszy zwoje, wypili po kubku ciepłej wody i modląc się w duchu o powodzenie swych zamiarów, wyszli w poszukiwaniu przyjaciół. Kot ruszył za nimi.
Przekonanie innych nie zajęło wiele czasu wygadanemu Filipowi, zresztą wszyscy jak zwykle cierpieli na niedomiar pieniędzy. Trudniej było z Jeszuą. Wzbraniał się na początku, nie chciał kupczyć Słowem Bożym, profanować świątyni, ale biorąc pod uwagę codzienne działania czcigodnych kohenów oraz aktualne użytkowanie Domu Pańskiego, dał się w końcu przekonać, zwłaszcza że Filipa poparli pozostali, i który nie był na tyle nierozważny, aby uwypuklać przed Nim materialną stronę przedsięwzięcia. Szymon wspomagany przez Andrzeja i Jakuba szybko posortował zwoje, włożyli je do mniejszych worków, umieszczonych następnie na dwóch wózkach zaprzężonych w osły, które jakimś cudem szybko skombinowali. Ręce należało mieć wolne, mogły być przydatne, podobnie jak kije, które zapewne przypadkiem w nich się znalazły, załóżmy, że do odpędzania zdziczałych psów. Jeszua nie brał w przygotowaniach udziału, patrzył tylko z ponurym wyrazem twarzy, ale przynajmniej nie protestował.
Następnego dnia wyruszyli. Niewielka kawalkada brnęła powoli wąskimi ulicami miasta, przyciągając uwagę napotkanych mieszkańców, którym szeroko opowiadano o atrakcyjnym towarze, wystawionym u celu wyprawy. Część zaciekawionych gapiów dołączyła do nich, tak więc na teren świątyni weszła zwarta grupa kilkudziesięciu osób, co oczywiście już na wstępie sprawiło określone wrażenie.
Świątynia wyglądała zwyczajnie. Rozstawione u ścian i wszędzie, gdzie było to możliwe stoły przekupniów, ścisk, tłok, kłótnie o ceny, wybrzydzanie na towar, przekonywanie i wmawianie własnych racji. Pochrząkiwania, ryki, jęki i wszelkie możliwe odgłosy wydawane przez ludzi, zwierzęta i ptactwo rozbrzmiewały w stojącym, dusznym powietrzu, bardziej zasługującym na miano smrodu, potęgowanego przez narastający upał, co jednak zdawało się nie przeszkadzać zgromadzonym.
Przystanęli przed wejściem, niezdecydowani. Jednak w tym właśnie momencie zapłonęły oczy Jeszui, który z podniesioną głową i uniesionymi w górę rękoma wkroczył do wnętrza. Stojący na drodze instynktownie cofnęli się przed siłą jego władczego głosu – „Zabierzcie to stąd; nie czyńcie domu Ojca mego domem targowiska”.
Zapadła względna cisza, przerywana tylko gruchaniem gołębi, nawet zwierzęta na chwilę umilkły, jakby zdając sobie sprawę z jej powagi. Oczy zgromadzonych zwróciły się ku Niemu, wyrażając przeważnie zdumienie i zgorszenie. Siedzący powstali, aby widzieć przyczynę zamieszania. Na krótki moment zapanowało pobożne prawie skupienie. Wreszcie ktoś się odezwał.
– Spadaj.
Gwar powrócił, jeszcze szybciej niż ustał. Ludzie wrócili do przerwanych czynności, tak jakby nic nie zaszło. Kilku z nich, wyglądających na znaczniejszych kupców, podeszło jednak do Niego. Mówili grzecznie, bez agresji.
– Jakim prawem zakłócasz porządek?
– Nie twój to interes.
– Mamy pozwolenie kohenów.
– Ktoś ty?
– Jeszua imię moje, a to dom mego Ojca – odpowiedział spokojnie, z godnością.
– Nie gadaj, a ja myślałem, że świątynia. – Lekki śmiech przebiegł wśród otaczających go postaci.
– Upił się – rzucił ktoś.
– Nie wygląda.
– Szaleniec pewnie. Pełno ich... – Uwagi nadal wypowiadane były tonem łagodnym, życzliwym, współczującym prawie.
– To, co do Ojca należy, należy też do jego syna, tak więc to także mój przybytek. I nie będziecie tu bydłem handlować. – Jeszua stał wyprostowany, w oczach wciąż miał ten płomień, choć ręce, bezwiednie może, opadły już wzdłuż ciała. Nikt nie stał bezpośrednio za nim, uczniowie utknęli gdzieś z tyłu, niewidzialni na głównej scenie. Był sam.
– Jednak się upił.
– Są tu jacyś strażnicy?
– Wyrzucić go...
– Spokojnie, sam wyjdzie.
– Czekaj, pogadam z nim, to szaleniec, pewnie ma się za proroka, trzeba delikatnie.
– Jeśli masz ochotę, ja wracam do stołu.
– „Jaki znak pokazujesz nam, że to czynisz?” – Jeden z handlujących zapytał z widocznym zaciekawieniem.
– Nie zasługujecie, abym wam znak pokazywał. „Ale zburzcie ten przybytek i w trzy dni podniosę go”.
– Co? Burzyć rynek? To znaczy... – Zreflektował się tamten. – Dom Boży mamy?
– Jednak prorok. – Stwierdził ktoś z tyłu. Ktoś inny machnął ręką i odszedł.
– Ale walnięty.
– A widziałeś innego?
– W dziesięć lat to by może dał radę, jakby miał mocną ekipę. – Dała się słyszeć zgryźliwa uwaga.
– „Czterdzieści i sześć lat budowany był przybytek ten, a ty w trzy dni podniesiesz go?” – Ironia i śmiech były najwymowniejszą odpowiedzią.
– Tak. Przekonam was. – Można było odnieść wrażenie, że nie chciał uwierzyć w reakcje otoczenia, że z jakiegoś niejasnego, ukrytego powodu, oczekiwał czegoś innego, a przebieg wypadków był dlań zaskoczeniem. Stojący powoli rozchodzili się.
– Zburz go najpierw! – rzucił ktoś na odchodnym.
– Dobra, chodźmy, zostawmy go, interesy czekają.
Jeszua został sam. Niepotrzebny. Nikt na niego nie zwracał już uwagi. Gwar znów huczał, odbijając od sklepienia i ogarniając wszystko wokół, ludzie zajęci byli własnymi sprawami, własnymi realnymi problemami i bolączkami, nikt nie miał zamiaru go słuchać, reagować na jego poczynania. Dla nich przestał istnieć, mógł mówić, co chciał, było to bez znaczenia. Użycie siły nie wchodziło w grę; ich było wielu, legion prawie, On stał samotny.
Głos uwiązł w gardle, zdał sobie sprawę z daremności dalszych działań. Zamglona wizja, niejasne echo powracające z nieziszczonego świata, zdawały się mówić o innym zakończeniu tej historii, które powstało i trwało gdzieś w innej rzeczywistości, poza granicami percepcji i ograniczającej ludzkiej świadomości, do której jednak nie mogło przeniknąć i zniechęcone odpłynęło w niebyt.
Szymon podszedł z tyłu, dotknął Jego ręki.
– Poszli. Nie słuchają. Chodźmy i my.
Jeszua patrzył na niego szklanym wzrokiem, jakby nie rozumiejąc wypowiadanych słów, choć w panującym rozgardiaszu mógł ich nie dosłyszeć. Przechodzący obok w pośpiechu popychali go, i nie odwracając się nawet, spieszyli dalej. Życie płynęło dalej.
– Wyjdźmy na zewnątrz, duszno tu, no chodź już chodź i tak nikt nie słucha – dodał Szymon.
– Tak, wiatr może trochę powieje – odpowiedział ściszonym, bezbarwnym tonem, jakby do siebie i posłusznie wyszedł jego śladem.
Szli w milczeniu, hałas Świątyni pozostał za nimi. Słońce przypiekało coraz mocniej, wózki ze zwojami skrzypiały żałośnie, ciężar porażki pochylił plecy. Znaleźli wolny plac, usiedli przygnębieni. Nawet osły pospuszczały łby, uciekając przed skwarem w cień rozłożystego terebintu.
– I co teraz?
– Nie udało się.
– Nie posłuchali Jeszui.
– Mówiłem.
– Żadnego znaku nie pokazał.
– Z ludźmi nie tak łatwo.
– Swojego w końcu pilnowali.
– Sam już nie wiem...
– Interes nie wyjdzie.
Filip jednak nie tracił ducha.
– Dobra, jak chcecie tu siedzieć i narzekać, to siedźcie. Ja pójdę poszukać klientów. Musimy coś zarobić, wiecie przecież. Może z kohenami pogadam.
– Idę z tobą – rzucił Andrzej.
Poszli. Pozostali trwali w milczeniu przez dłuższy czas. Pierwszy odezwał się Jan.
– I co nam powiesz, Jeszu?
– Nie martw się, nie wszystko jak chcemy. – Szymon usiłował pocieszać. - Pomalutku, pomyślimy i jakoś zaradzimy temu, będzie dobrze.
– Właśnie myślę... – Jeszua mówił cichym, skupionym głosem, bardziej do siebie, niż do słuchaczy, szum wiatru przeplatał Jego słowa. – Zaskoczyli mnie z tą rozbiórką. Nie pomyślałem o tym, a to ważne, przecież, aby coś powstało, z czegoś nawet, a tym bardziej z niczego, to tamto dawne najpierw musi odejść, miejsce zrobić, bo inaczej gdzież to nowe zaistnieje? Nawet Ojciec tak świat stworzył; wycofał się, aby miejsce dlań uczynić. Stare musi zniknąć, aby nowo narodzone mogło nadejść. Życie ze śmierci powstaje, noc odchodząc, dzień jasny rodzi... Hm... Skoro w trzy dni ją odbuduję, to jak długo mam burzyć, żeby wiarygodnie w oczach ludzkich było? Jakieś proporcje trzeba by zachować, żeby pasowało do siebie, sens miało, zdziwienia nie budziło, pytań niepotrzebnych, umysł mącących. A co z materiałem? Kamienie w proch zamienić, czy porozrzucać? Albo może lepiej na kupki z boku poustawiać? Segregować by trzeba... Chyba tak, bo przecież do odbudowy będą przydatne, po co nowe ciosać. I belki poukładać starannie, inaczej pomiesza się potem wszystko...
– O czym ty mówisz?
– …a jakby taranem mocnym uderzył, to od razu zrujnuje, ale niekoniecznie całość, raczej nie, no i taran nie zawsze pod ręką, trąby lepsze by były...
– Przesuń się, Jeszu, tu cień jest, oddychaj głęboko... – Zatroskany Jan ciągnął Go w inne miejsce.
– …pomijając etapy przygotowawcze, to co, z dziesięć razy szybciej? Jak myślicie? Nie za mało? Dwadzieścia? Zróbmy trzydzieści, łatwiej policzyć. Trzy dni na trzydzieści części, zależy ilu ludzi jeszcze do tego. Hm. Przyjmijmy… nie, właściwie sam muszę to zrobić. No co tak patrzycie? Umiecie słowem kamień na pył rozłożyć, dźwiękiem materię kruszyć lub na odległość, choćby niewielką, przenosić? Nie umiecie, nie pomożecie. To i mówię, że sam muszę.
– Ale jak?
– Jak? O Jerychu nie słyszeliście? Pisma nie czytacie?
– To prawda? – Zdziwienie było powszechne.
– Jeśli w Piśmie tak napisano, to znaczy, że prawda. Niedobrze z waszą wiarą, oj niedobrze. – Popatrzył na nich ze smutkiem.
– To ty też tak potrafisz? – Niewiara również bywa bez granic.
– Wiecie przecież, kim jestem. Wy zaś stworzyliście wyobrażony, sztuczny świat, odgradzający was od rzeczywistości. Świat iluzji, świat słów, zapominając, że słowo, „dawar”, także czyn i sprawę prawdziwą oznacza, i żyjecie tylko w tym wymyślonym świecie, a w prawdziwym już nie potraficie. Nie potraficie dotknąć tego, co byt realny stanowi, oddzieleni od niego własną myślą, sztuczną przestrzenią, a przecież słowo i myśl winno działać na rzeczywistość wedle woli człowieka. Ale stało się cherubinem, dzierżącym płomienny, wirujący miecz, strzegąc drogi do prawdziwego życia.
Patrzyli zdumieni, nie rozumiejąc, o czym mówi. Czas mijał niespiesznie, słońce wspięło się na najwyższy punkt nieboskłonu, kradnąc drzewom ich wydłużone cienie i zbliżając do siebie szukających pod nimi chłodu ludzi i zwierzęta. Wrócili Filip i Andrzej, odpoczęli chwilę, po czym, robiąc tajemnicze miny, odeszli, prowadząc za sobą osły ciągnące wózki ze zwojami. Pozostali zniechęceni i zmęczeni upałem, nie pytali ich o nic. Jeszua, pozostawiony sobie, rozważał coś w skupieniu. Minęło południe, upał zelżał, wstali wreszcie i pożegnawszy się machinalnie, rozeszli w swoje strony.
Następny świt nie nastał zwyczajnie jak wszystkie poprzednie, lecz został wyrwany z mroku nieopisaną wrzawą. Wszyscy biegli w jedno miejsce, będące centralnym punktem miasta, tylko nagle niewiarygodnie odmienionym. Stojąca na wzgórzu wspaniała świątynia, odpowiednik niebiańskiego pałacu Najwyższego, odbudowana zaledwie pół wieku temu, zniknęła. Zniknęły mury i wieże, zniknęły cztery bramy, balustrady, portyki, zniknęły magazyny opału, kadzidła i oleju z dziedzińca kobiet. Nie było już Świętego Miejsca złożonego aż z trzydziestu ośmiu pokoi, rozlokowanych na trzech piętrach, nie było złoconego ołtarza całopaleń składanych w ofierze Bogu, ani stołu chlebów pokładnych. Pozostał tylko pusty prostokątny plac, swym martwym wzrokiem patrzący w wyblakły już granat minionej nocy, skrywającej jego niepojętą tajemnicę, zza którego wstawało blade jeszcze słońce. Zewsząd dobiegały podszyte paniką i przerażeniem okrzyki, rozbieganych wokół ludzi.
– Co się dzieje?
– Nie ma!
– Nie ma!!!
– Świątyni naszej nie ma...
– Boże...
– Miejsce puste tylko...
– Jak to...
– Niemożliwe!
– Skąd to?
– Dlaczego?
– Pan nas ukarał!
– Za grzechy nasze!
– Co teraz będzie? Boże, przebacz...
– Gdzie ofiary składać będziemy?
– Opuścił...
– Panie nasz...
– A tam góry kamienie leżą, nie było ich.
Na jej miejscu widniała tylko zryta ziemia, ale obok, na niewysokim zboczu świątynnego wzgórza, częściowo nawet zajmując teren dawnego położenia świątyni, wznosiły się starannie ułożone, wielkie sterty kamiennych bloków białego marmuru i wapienia, dalej cedrowych bali i różnej wielkości desek, najwyraźniej materiały, z których była ona wzniesiona. Bogato zdobione drzwi stały o nie oparte, obok poustawianych w lekkim nieładzie złoconych iglic, a wszelkie ozdoby, ze złotymi włącznie, leżały nieopodal, niezniszczone, w tym siedmioramienna, wykonana ze szczerego złota, menora. Nieco dalej, ładnie złożone troskliwą ręką, obydwie zasłony. Widok był zaiste szokujący i niewytłumaczalny. Ale był. Nie znikał.
– Skąd to?
– Ze świątyni pewnie...
– Szatan w nocy ją rozwalił!
– Co teraz będzie?
– Kto się zmiłuje nad nami?
– Gdzie koheni?
– Nie ma.
– Uciekli?
– Na pewno.
– Nie wiadomo.
– To co teraz?
– Lepiej tam nie podchodźmy.
– W nocy jakby wstrząsy jakiś były, może od tego...
– Może.
– Modlić się nam trzeba, Bóg …
Chaos narastał. Koheni zniknęli. Przerażeni i całkowicie zagubieni ludzie padali na kolana, bijąc pokłony w dwóch różnych kierunkach, jedni w stronę, gdzie jeszcze wczoraj stała Świątynia Pańska, drudzy do stert kamieni, inni wznosili ręce do nieba, wzywając Najwyższego, targając włosy i lamentując nad swym losem. Trwało to cały dzień, gdyż wciąż przybywali nowi, potęgując zamieszanie, wieści rozchodziły się szybko. Z przylegającej do świątynnego terenu twierdzy, w której stacjonowały rzymskie oddziały, wylegli żołnierze i cicho, z wyraźnym lękiem, rozmawiali między sobą. Kilku odważniejszych weszło na opustoszały teren, co zresztą nie wywołało żadnych reperkusji. Ich dowódcy nie reagowali, Judejczycy też jakby nie dostrzegali, że poganie bezczeszczą zakazany dla nich teren; wprawdzie zniknęły również wszelkie odgradzające go balustrady, no i mieli większe zmartwienie.
Tak minęły trzy dni, w ciągu których nic nie uległo zmianie. Ludzie przychodzili, płakali, wzywali Boga, a wyczerpawszy zapas skarg, odchodzili, a na ich miejsce napływali nowi. Rozprawiano głośno o cudzie, karze za grzechy, sposobach przebłagania zagniewanego najwidoczniej Pana. Pojawili się chyłkiem przemykający kapłani, zaczepiani, nie odpowiadali na żadne pytania, widać było, że sami niczego nie wiedzą. Kilku przedsiębiorczych okolicznych mieszkańców rozstawiło stragany z żywnością i wodą, czerpiąc niemały zysk. Ktoś ogłosił, że odkupi drewniane bale, ale nie miał z kim o tym rozmawiać. Rzymianie pokpiwali z Judejczyków, od których uciekł ich własny Bóg i to razem z mieszkaniem. Sytuacja powoli zaczynała się stabilizować.
Jednak kolejny poranek wzniecił nową falę okrzyków, będących odbiciem najwyższego zdumienia i przerażenia.
– Stoi!
– Trzy dni jej nie było!
– A teraz jest!
– Łaska Pana!
– Miłosierdzie Jego nad nami.
– Przebaczył.
– Złóżmy ofiarę!
– Jałówki młode dawajcie!
– Bez skazy tylko.
– Pospieszmy się...
– Tak, niech woń miłą poczuje...
– Będzie wiedział, że to od nas.
– Z wdzięczności...
– Baranki dawać, gołębie, co kto ma, żeby Pan wiedział...
– Gdzie koheni?
– Tu jest jakiś.
Po zdumiewająco ciemnej nocy, której nie rozświetlały żadne gwiazdy, a i pochodnie jakoś przygasły, świt wydobył niespodziewanie olbrzymią budowlę, stojącą na swoim miejscu, jak gdyby stała tam zawsze i nic nadzwyczajnego nigdy jej nie spotkało. Monumentalne mury emanowały spokojem i obojętnością, odbijając narastające okrzyki, które błyskawicznie obudziły całe miasto. Tłumy mieszkańców przybiegły, czyniąc jeszcze większy hałas i zamieszanie niż uprzednio.
– Szybciej!
– Dawaj ją tu!
– Ciągnij...
– Masz nóż?
– Zarzynaj! Prędzej, bo Pan się pogniewa. Rżnij, mówię!
– Ogień... rozpalić... szybko...
– Dawaj następne...
– Rżnij.
– Tutaj, bliżej...
– Drewna podłóż, kiepsko się pali.
– Z tej strony...ciągnij...
– Suche jest?
– Dobrze...
– Ofiarne... dawaj... jeszcze...
– No, krew nareszcie, pali się, dym do nieba idzie...
Wznoszono dziękczynnie ręce, odprawiano modły, śpiewano i tańczono. Radość ludu była ogromna, zamieszanie jeszcze większe. Rzymianie przezornie zamknęli się w twierdzy, nie będąc pewnymi dalszego ciągu wydarzeń. Ale oprócz ogólnej euforii i zabawy, nic szczególnego więcej nie zaszło. Po południu atmosfera zaczęła się uspokajać, a życie wracać w utarte od lat koleiny. Wieczór nadszedł, odbijając swe gasnące światła od opiekuńczych ścian świątyni, będących jak zawsze opoką ładu, spokoju i niezmienności praw Bożego Świata.
Jednak spokój ten nie był dany wszystkim. Pod osłoną nocy, w najdalszym i najbardziej odosobnionym pomieszczeniu, tak jak i inne wyłonionym z trzydniowego niebytu, stanęła Rada Starszych, najważniejsi i najbardziej szanowani koheni, którzy, choć lękliwie spoglądając wokół, niespokojni, strwożeni i dręczeni niepewnością, przybyli na naradę, oczekując wyjaśnień, wsparcia i wskazania dalszej drogi od najwyższego z nich, będącego ich przywódcą i wyrocznią we wszystkich trudnych sprawach.
– I co ty na to wszystko, Kajfaszu?
– Co teraz będzie?
– Poucz nas.
– Ech... - Tak brzmiała jego stała odpowiedź na stawiane pytania.
– Od początku nic nie mówisz, tylko wzdychasz.
– Powiedz coś wreszcie!
– Przemów!
Pochylony wiekiem wysoki, chudy starzec, którego przenikliwe i przemądre zwykle spojrzenie zastygło i zeszkliło jakoś dziwnie w tych dniach, podniósł je wreszcie z odczuwalną niechęcią i znużeniem, niespiesznie przesunął po zebranych, jakby przypominając sobie ich twarze i dopasowując je do imion, lokalizował w pamięci. Cichym, zamyślonym głosem, z którego bił smutek, płynący jednak z nieujawnionej jeszcze wewnętrznej mocy, wypowiedział pierwsze zdanie.
– A cóż ja mogę powiedzieć?
Nie tego oczekiwano, nie na to liczono. W tej krótkiej chwili autorytet kapłaństwa, całej hierarchii, a może i Boga w osobie jego głównego przedstawiciela, doznał lekkiego wstrząsu, który mógł jednak przeminąć bez dalszych konsekwencji.
– Któż to uczynił? Bóg? A może jego przeciwnik?
W tych głosach znać było lęk, wpajany w różnych formach od niepamiętnych czasów, nie tylko w naród, ale i w jego przywódców.
– Męczycie mnie, modlę się wciąż do Pana.
– Tylko nic z tych modłów nie wynika. – Tak mocne słowa tutaj jeszcze nigdy nie padły. Wypowiedział je najmłodszy wiekiem; jego odwaga wzrastała wraz z pozorną bezradnością Kajfasza, który zwrócił na niego wyblakłe, starcze oczy i – podczas gdy wszyscy oczekiwali, że zmiażdży zuchwalca – po raz pierwszy od niepamiętnych czasów, uśmiech rozprostował zmarszczki na jego twarzy. Nie odezwał się jednak.
– Widzisz przecież, co się stało. – W tej sytuacji inni poparli odważnego, a może naiwnego towarzysza.
– Co dalej?
– Jak nam postępować?
– Co ludzie powiedzą?
– Czekamy na twoje słowa.
Presja wzrastała. Ruchem ręki Kajfasz uciszył narastający gwar, dając znak, iż będzie mówił. Początkowo schylony jeszcze, niegłośno, w skupieniu rozważając wypowiadane słowa. Uśmiech zniknął z twarzy, lecz pozostał w stopniowo napełnianych blaskiem oczach. Świece przygasły w oczekiwaniu, można było nawet usłyszeć nikłe echa delikatnych stąpnięć, drapiące zapadła nagle głęboką ciszę, lecz nikt nie zwrócił na nie uwagi.
– No cóż... Świątynia Pańska stoi. Tak jak stała. Czy coś uległo zmianie?
– Ale przez trzy dni jej nie było! Góry kamieni za to. I pnie cedrowe, nawet ładnie poukładane. Porządna robota. Któż to uczynił? – Przejęte, niespokojne głosy.
– Nie było. Ale jest. Powtórzę, czy coś zmianie uległo? – Ironia w tonie głosu była zauważalna.
– Ale nie było! – Zdumione, zagubione okrzyki
– Ludzie widzieli, wszyscy, dość czasu mieli, żeby się napatrzeć!
– Dość, nie dość. Było, nie było. Widzieli, a może i nie. – Schylił się i podniósł niewielkiego kota o czarno białym umaszczeniu, który przyszedł nie wiadomo skąd i teraz uniósłszy pionowo ogon, przymilnie ocierał o jego nogi, pomiaukując z cicha. Osadzone w podniesionym łebku żółto zielone, świdrujące oczy, szukały spojrzenia człowieka.
– Co ty opowiadasz?! Oszalałeś? Jak nie widzieli? – Zamieszanie i zdumienie wypełniło salę, choć jej trwające w niezmąconym spokoju solidne mury wydawały się świadczyć o czymś innym.
Głaszcząc mruczące stworzenie, patrzył na nich ze smutkiem i nieukrywanym lekceważeniem, jak ojciec na rozwrzeszczane dzieci. Jakby im to wyjaśnić, przekonać. Chociaż właściwie po co? Ludzi dzielił na tych, którzy rozumieją i tych, którzy nigdy rozumieć nie będą. I jednym i drugim, wszelkie tłumaczenia były niepotrzebne. Zawsze był głęboko przekonany, iż otaczał go tylko ten drugi gatunek; teraz zyskiwał kolejne potwierdzenie. Nie zdziwiło go to.
– Było, minęło. Świątynia stoi? Stoi. Zapomną. Wszystko zapomną. Nie takie rzeczy zapomnieli. Cóż ludzie... marionetki w rękach Boga, nic więcej, czas mija, lata przechodzą, płyną, odchodzą... bez śladu często, bez pamięci, mrok je okrywa, niebyt, przemija wszystko. Któż uwierzy kiedyś w takie świadectwo... O zmiłowanie prośmy Pana.
– Ale jakże to, zapomną, wciąż mówią o tym!
Starzec przymknął oczy. Wydało mu się, że gdzieś tam, z zakamarków pamięci, a może z innego wcielenia i świata, wyjrzały inne wspomnienia lub proroctwa, o innych ludziach, wydarzeniach, słowach, innych czasach, innej rzeczywistości, ale czy lepszej, piękniejszej, mądrzejszej? Tego nie mógł sobie uświadomić. Niewyraźne obrazy, wizje, walki jakieś, powstanie, tętent koni, odgłos uderzeń, krzyk mordowanych, krew. I świątynia zburzona, choć jeszcze nie teraz, lecz bardzo naturalnie, rękoma Rzymian, tak doszczętnie zburzona, że już nigdy nie zostanie odbudowana. I Pan ukrył swe oblicze, opuścił lud wybrany. Ktoś obcy tu nadszedł, zamieszkał, panował i wciąż walka, walka, krew, tak wiele przelanej krwi, mordów i krzywd. W imię kogo? Któż na to zezwolił, kto błogosławił?
Otrząsnął się, wizja odeszła. Wróciły płaskie, odrealnione maski twarzy kohenów oczekujące wyjaśnień, maski chwilowo obsadzonych na deskach tej drugorzędnej sceny nieważnych aktorów, a właściwie bezwolnych statystów, nieznających nawet swojej podrzędnej roli, pozbawionej jakiegokolwiek istotnego znaczenia i którym łaskawa przestrzeń tej wspaniałej Świątyni, pozwalała w sobie egzystować.
– Dziś mówią, jutro też będą, a za miesiąc, za rok zapominać zaczną, a cóż to za czas wielki w oczach Najwyższego? Rok, dziesięć, sto lat... Chwila niebyła, oka mgnienie, sen taki... a we śnie wszystko zdarzyć się może, taka Jego wola, a pamięć zawodna jest, niestała, ulotna...
– Ale zapiszą, opowieść przekazywać będą, synom opowiadać! – Dobiegały zewsząd okrzyki.
– Opowieści w mity, w baśnie się zamieniają, później nikt w nie już nie wierzy. – Tu chciał coś dodać, spojrzał jednak w kocie oczy i jakby one wstrzymały dalsze słowa.
– Ale zapiszą, przekażą, księgi powstaną...
– Księgi powiadasz? Księgi... Tak, powstaną, to możliwe, ale co w nich zapiszą - nie wiadomo. Aha, Joramie, zebrałeś wszystkie zwoje Jaszera? – zapytał jednego z otaczających.
– Tak, te, które udało się odnaleźć.
– I zrobiłeś, co należało?
– Tak. Spaliłem.
– Dobrze.
– Kajfasie! A czemuż palić je trzeba było? – Znów to bezmyślne zdumienie, te bezrozumne pytania, znów wyjaśniać sprawy tak proste, tak oczywiste...
– Za dużo zaklęć w niej było, za dużo... I działały niektóre. Sprawdziłem.
– I dlatego trzeba było ją zniszczyć? Przecież tam też Bóg...
– Zostaw Boga. A Księgi Wojen Pana Naszego odnalazłeś, Joramie?
– Tak, kupiłem od jakiegoś obwiesia, ale jeden zwój był tylko. Spaliłem.
– Należało tak zrobić. Niebezpieczna była. Bardzo niebezpieczna.
– Czemu?
– Bo nie taką historię, nie taką prawdę głosiła, nie taką jak trzeba, a nie wolno ludziom w głowach mącić, nie wolno. Prawda jest jedna, tylko jedna i od jednego Boga pochodzi i w Torze naszej została zapisana. A reszta cała istnieć nie powinna. I my tej prawdy strzec będziemy, bo po to tutaj jesteśmy. I ustrzeżemy, za każdą cenę, z której zresztą żywoty nasze nie są ceną najwyższą. – Mówił teraz mocnym, władczym tonem z uniesioną dumnie głową. Wyciągnięte, kościste, smukłe palce jednej ręki zdawały się podtrzymywać Wszechświat, który bynajmniej nie zdawał się być nadmiernym ciężarem, druga przyciskała do piersi kota, który obserwował wszystko z wytężoną uwagą.
– Ale Bóg...
– Bóg?! Co Bóg?! – Potężny głos zdawał się rozbijać grube belki sklepienia, przenikać ściany i ogarniać całą Judeę, cały świat. – Zostawcie Go w spokoju, tak jak On nas zostawił! On już swoje zrobił, wystarczy, zapisano, mamy to i nic więcej nie potrzeba, teraz my wiemy, co dalej należy. – Głos zaczął opadać, palce zwiotczały. – A może i On działa dalej, ale... sam już nie wiem... nie widać tego, los narodu ciężki, wrogów, ciemiężycieli wokół tylu, gnębią nas, prześladują, niewola i ta świątynia… Ale jeśli nawet On o nas zapomniał, to my o Nim pamiętać będziemy, zawsze będziemy, bo to jest nasze przeznaczenie, powinność, bo jak Jego zabraknie to i nas zabraknie, znikniemy niepotrzebni, rozpłyniemy się w niebycie i nikt nawet dobrym słowem nas nie wspomni... nie przeklnie nawet... – Teraz mówił cicho w zamyśleniu, wpatrując w nieprzeniknioną szarość przeciwległej ściany, a może w to, co skrywało się za nią.
– To prawda tak rozpłynąć się może? – Po krótkiej chwili uderzyły znów te nierozumne pytania.
– Może tak, a może i nie... gdybyśmy tak jeszcze wiedzieli, co nią jest...
– Jakże tak? Mamy Pisma Jego, opis czynów, zdarzeń, nauk, przykazania. Wiemy jak ofiary składać i...
– Mamy, mamy. Słowa, słowa, słowa. Litery i znaki, których odczytać nie umiemy, zrozumieć tym bardziej, powtarzamy wciąż to samo, przez wieki to samo, a sens tego zatraciliśmy już dawno, niepotrzebne ofiary, niespełnione modlitwy, puste słowa… wiara nasza.
– Jakże tak możesz mówić, Kajfaszu? Cóż my tedy myśleć mamy?
– A któż ci myśleć każe?! Powinność swoją masz wypełniać, Pana swego bać się i kochać! – Obdarzony ponownie nienaturalną mocą i siłą głos, przypominał teraz potęgę gromu. Najbliżej stojący, ogarnięci strachem, cofnęli się instynktownie. – Tylko tyle! A za to życie masz dostatnie i szacunek ludu, zresztą całkowicie niezasłużony. Ot i wszystko.
– Tylko dlatego?
– Dla ludzi to robimy, im to potrzebne, nie mogliby, nie umieliby żyć inaczej.
– Jesteś pewien? – Ktoś zawsze zada takie pytanie, zawsze będzie wątpił. I przewidzieć nie sposób, do czego wątpliwość doprowadzić potrafi. A może i Najwyższy zwątpił w pełnię swojej boskości i w takiej chwili stworzył ten świat materialny i urągając sobie samemu, zasiał w nim zło i głupotę.
– Skończmy tę rozmowę, niedobra ona... – Głos cichł stopniowo, siwa głowa opadła na piersi. Wiedział, że powiedział zbyt wiele, ale było mu to obojętne, zapomną. – Jutro, a może za kilka dni wszystko będzie tak, jak było przez wieki. I nie mówmy o tym więcej, bo nie ma o czym mówić, nic się nie wydarzyło. Zapomnijcie. Pamiętajcie jednak, aby niczego nigdzie nie zapisywać i nie wspominać, ludziom nie zezwalać na to, a gdyby mówili – odpowiadać, że urojeniem, wymysłem i kłamstwem to jest, Najwyższy potępi, karę ześle... jeśli chcecie żyć jak dotąd, jeśli chcecie być Bogu posłuszni, jeśli ten świat ma istnieć.
Zgromadzeni ucichli, spoglądając na siebie z niepewnością. Kajfasz czekał. Wiedział, że muszą się z tym oswoić, pogodzić. A potem zaakceptują, radzi, że ktoś za nich pomyślał i podjął decyzję, nie obarczając ich tak nadmiernym ciężarem. Wiedział, że potrzebny jest czas, chociaż trudno było osądzić dokładnie ile. Ale tego towaru akurat nie brakowało.
Wtem jeden z kohenów, choć go o to nie prosił i jego wystąpienie w tych okolicznościach mogło być uznane za niestosowne, zaczął mówić.
– A ja widziałem przez te dni, tam... no... tam, gdzie ona powinna być, stał jeden taki, modlił się chyba, ręce czasem unosił, jakby siły zbierał lub przekazywał, Boga chyba wzywał. W niebo spoglądał często, słowa jakieś wypowiadał i twarz natchnioną miał, wyraz niezwykły, nie wiem jak opisać, jakbym nagle zwierciadło zobaczył bez odbicia...
– Sam był? – Ktoś zapytał.
– Nie, kręciło się kilku wokół niego, wyglądało jakby uczniowie, szacunek okazywali, wodę, jedzenie przynieśli, płaszcz wieczorem... Za każdym razem jak tam poszedłem, to go widziałem. Stał wciąż niestrudzenie w podobnej pozie.
– Inni też widzieli?
– Pewnie, czemu nie? Chciałem zagadać, ale nie odpowiadali. Patrzyli tylko, co ten jeden robi, tak jakby mistrzem ich był, czy nauczycielem jakimś.
– I tak przez cały czas? – Kogoś interesowało to ponad miarę.
– Przez cały czas.
– Ciekawe... kto to mógł być? – Zainteresowanie stopniowo rosło.
Kajfasz milczał, choć słuchał z wytężoną uwagą. Jakieś obrazy, reminiscencje z przyszłości chyba, przesunęły się znów przed jego zmąconym wzrokiem, ktoś winien był umrzeć za naród, ale kto, po cóż, dlaczego, tłum ludzi, sąd jakby, ale kogo sądzić mogą, okrzyki, niewyraźne jednak, niezrozumiałe, on sam coś rozkazuje, ale co, dlaczego, kohorta rzymska, prowadzą kogoś, burza nadciąga, wzgórze, czaszka z pustymi oczodołami pochylona nad nim, zwiastuje, odejdź maro, to pewnie jego, zwodziciela sprawka, coraz większe zmęczenie, ale jeśli to prawda, może być i tak, kto to mówił? - Zmrużył oczy, aby dojrzeć twarz osnutą półcieniem – Jalam, syn Elifaza, za głupi, żeby kłamać, jak wszyscy zresztą, trzeba coś przedsięwziąć, pilnować, zadbać o szczegóły, to może być ważne, tylko dlaczego muszę myśleć za nich wszystkich...
– Jalamie, weźmiesz do pomocy Symeona i będziecie go śledzić. Potem wszystko mi opowiecie.
– Zrobimy, jak każesz.
– A czemu mamy go śledzić? – Głos z tyłu wyrwał się z kolejnym pytaniem. – Przecież on z naszych.
Oczy Kajfasza ukryły się za powiekami, nie ze zmęczenia tym razem, lecz rozpaczy. Nie mógł jej okazywać, nie on. – Jakże ten naród ma przetrwać – przemknęło mu przez myśl – skoro jego przywódcy najprostszych spraw nie pojmują. Czy zawsze tak było i tak będzie? Może Najwyższy litość okaże i ześle światło w ich bezmyślne serca, może zechce nawet teraz podjąć próbę nauczenia ich czegoś za pomocą mych niegodnych ust?
Jego spojrzenie znów rozbłysło, wspomagane żółto zielonym blaskiem przenikliwych, nieruchomych ślepi, bijących z wysokości jego piersi i hipnotyzujących prawie otaczających go kohenów. Plecy rozprostowały się, głos brzmiał dźwięcznie i z mocą.
– Wszystko trzeba mieć pod kontrolą, o wszystkim wiedzieć, najlepiej o każdym, co robi, co myśli, czego pragnie. Szpiegowanie i donosicielstwo jest podstawą bytu narodu i państwa. Jak chcemy rządzić, to tak trzeba. Tylko, kto ma pilnować strażników? – Na krótką chwilę zaduma i zwątpienie jakby, wkradło się w jego władczy ton. – Kontrolerów, nadzorców, poborców, a na dokładkę to same szuje. Hm... Pewnie w przyszłości wymyślą lepsze metody. A na razie my ich pilnować musimy i znać tego, kto choć trochę wyłamuje się z ogólnych norm postępowania, jest inny, coś chce głosić, coś ma do powiedzenia i najgorsze, jeśli myśli i rozumuje samodzielnie, nie słucha i nie korzy się przed władzą. Czyli przed nami. Wszystko o nim wiedzieć, żeby w odpowiedniej chwili... no, to już nie wasza głowa. Rozumiecie? – Głos znowu wstrząsał kamiennymi ścianami Świątyni Pańskiej.
– Tak. – Potwierdzający, lękliwy szmer ozwał się skwapliwie.
– A najlepiej, żeby wszyscy ludzie nawzajem się pilnowali. I donosili na siebie. Poszczuć ich trzeba. Skłócić. System cały stworzyć odpowiedni i wmówić, że sami nie tylko go chcieli, ale że jest on ich upragnionym dziełem, o którym marzyli, o które walczyli. I rotacja. Dziś jesteś strażnikiem, panem, rządzisz, kradniesz, w imieniu ludu rzecz jasna, a jutro może już nie. Jutro możesz być po drugiej stronie. Ofiarą. Więc musisz się wysługiwać i szybko nachapać, kosztem każdego, kogo można. I dużo. A dużo po to, żeby dla nas przede wszystkim starczyło, bo przecież o nas zawsze chodzi, dla nas ma ciągnąć – to ochłapy dostanie. Jeszcze podziękuje i kłaniać będzie. A jak się nie podoba, to szybciej poleci na drugą stronę. A tego by nie chciał. Musi się więc starać. I gnębić swoich. Dla nas. A my im wmówimy, że to dla ich dobra, że na tym polega wolność i sprawiedliwość, może nawet boska. I część chociaż będzie w to wierzyć, bo będą chcieli wierzyć, bo człowiek to by tak chciał, żeby było dobrze, uczciwie, sprawiedliwie i spokojnie. Zawsze byli tacy, co to wykorzystywali... I będą. I władza im przynależy. I za to lud im zapłaci czcią i poważaniem. Aha, i każdy może być raz tu, raz tam. A jak nie on, to jego rodzina, krewni, więc nie będzie walił w system, bo nawet jak go będą łoić, to pomyśli, że on też coś z tego ma, albo mieć będzie. Albo jego brat czy syn. Nie wystąpi przeciw nim. I nadziei żadnej mieć nie może na zmianę i wierzyć musi, że spotyka go to, co najlepsze. I że Bóg tak chciał. Tak... Postęp tu musi nadejść. Lepiej okupować własny naród. Taniej wyjdzie.
Zgromadzeni trwali w milczeniu, znać było, że ważą jego słowa. Nikłe cienie uśmiechów, rozświetlające ich ponure i zimne twarze świadczyły, że słowa padły na sprzyjający grunt, będą miały gdzie zapuścić korzenie i można oczekiwać plonów.
Kajfasz wstał. Wszystko już zostało powiedziane, kolejne ziarna zostały zasiane, teraz wystarczy czekać. Przywołał najwierniejszego z kohenów, równie starego, jak on sam i być może równie rozumnego. Wyszli razem. Przebywszy wąski korytarz, potem drugi, stanęli przed jego izbą. Wewnątrz czekało wygodne łoże, mające nieść ulgę zmęczonemu ciału. Rozejrzawszy się instynktownie, weszli, starannie zamykając drzwi.
Zmierzch jak zawsze zapadał szybko. Mury świątynnych budynków ogarnął wieczorny spokój. Tylko dalekie poszczekiwania psów, zakłócały powoli nadciągającą ciszę. W niewielkiej izbie zapłonęła świeca i dwie postacie pochyliły się ku sobie, sposobiąc do odbywanej każdego wieczoru rozmowy. Wiele lat temu wykształcili taki obyczaj, rytuał prawie, zawsze przestrzegany, choć nigdy jawnie sobie nie nakazany, ale nawet oni, i to w tak odosobnionym, dobrze strzeżonym miejscu, woleli rozmawiać niezbyt głośno, nie życząc sobie żadnych świadków, nawet w postaci kota, który siedząc podejrzanie blisko, taksował ich nazbyt przenikliwym spojrzeniem.
– Poszedł... Tu nie Egipt, święty nie jesteś. Jak cię złapię...
Kot oddalił się bez zbędnego pośpiechu, wiedząc doskonale, że schwytanie go przekracza możliwości zgarbionego wiekiem człowieka.
– Odpuść. Przyniosłem go tutaj, chociaż właściwie nie wiem dlaczego. Tak jakby... Nie pamiętam... Zresztą, nie nadaje się na ofiarę. – Kajfasz trzeźwo ocenił sytuację.
– Ale skórka na okład, na nerki, jak najbardziej.
– Pan cię uzdrowi! – Wzniesiona dłoń miała wzmocnić wymowę tych słów.
– Przestań, pomyliło ci się. Ja z branży, zostaw tę śpiewkę dla ludu. – Towarzyszący mu kohen odpowiedział wyrozumiałym uśmiechem.
– Wybacz. Starość, wiesz, jak to jest, zmęczenie. – Mówiąc to, opadł na szerokie łoże z westchnieniem ulgi. – Myli mi się. Mam nadzieję, że choć trochę zrozumieli, co mówiłem i wszystko pójdzie, jak należy. Muszą coś w końcu zrozumieć. – Dodał z pewnym wahaniem, jakby teraz wstydząc się wypowiedzianych niedawno słów, a może pokładanej w nich nadziei.
– Na pewno. – Inne zakończenie zapowiadałoby koniec świata. Ich świata. Obaj wiedzieli o tym.
– Ludzie czują strach przed nowym, nieznanym. Tak już jest. Przyjmują tylko to, co znają i to chętnie przyjmują. Nie pragną zmian, nowe przenika trudno, albo wcale. Nie zauważą, nie pomyślą, a jeśli nawet, to szybko zapomną lub wytłumaczą w znany sobie sposób, znanymi pojęciami. Nawet takie wydarzenie. Na szczęście. Bóg wiedział, co robi. Gdyby przyjęli, zaakceptowali powstanie czy zajście czegoś tak odmiennego, musieliby zacząć się zastanawiać, rozważać, wątpić, a z tego wszelkie zło powstaje. Bo nie wiedzieliby od razu jak reagować. A tak, to odruchowo, nieświadomie prawie, umysł widzi znaną koleinę i wchodzi w nią, już nie ma problemów, wie jak dalej, zadowolony, myśleć nie trzeba, wątpić, jest dobrze. I zamek się zatrzaskuje. Schwytany.
– Takie klatki.
– Może i tak... Wejść wejdziesz, ale opuścić je już trudno, nie każdemu się uda. Oj, Boże... Wszyscy w nich siedzimy. Jedne są mniejsze, drugie większe, ocenić trudno. Klatka może sięgać do nieba, ale pozostanie klatką. A i pręty widzi niewielu... – Kajfasz mówił coraz ciszej, coraz bardziej zwracając do samego siebie. Za oknem trwała już noc.
– Zawsze tak było?
– Któż to wie... Też o tym myślałem. Adam i Hawwa na początku kombinowali, stracili, Habel też zdanie własne miał, o nagrodzie dla sprawiedliwych i karze dla złych mówił, o innym świecie, jeszcze miłość w to biedak zaprzągł, zginął, brat rodzony zabił. Hm... Noah już nie za bardzo, pił zbyt wiele, ale Awraham to się nawet kłócił z Panem o te miasta, nieźle mu szło. Dyplomata, wytargował. Tylko jaki miał w tym interes? I gdzie się tego nauczył? Nie miał przecież gdzie, początek świata dopiero był. Żeby tak o swego syna walczył. To nie. Zarżnął by... A o grzeszne miasta to potrafił. I to ma być... Ech... A czy tak było? Nie wiem, ale pewnie będzie. Wszystko, co raz się wydarzyło, powtórzy się kiedyś, może tylko inaczej nieco. Niech się stanie wola Twoja Panie.
– I Bóg chciał, aby człowiek był takim? Dziwne...
– Wiesz, myślę, że to nie tak... popraw mi poduszki... ciężko... myślę, że Jemu nie chodziło, by ludzie tak bezwolni, posłuszni byli, barany, owce stworzył przecież, na cóż jeszcze i my tacy. Tylko żeby bogów innych nie słuchali, a byli przecież oni, gdzieś, tam, kiedyś, bogowie inni być musieli, nie wierzysz chyba, że wąż, to długi taki, śliski... Baal chociażby, pierwsza i ostatnia Tory litera, to na czyją cześć Ona spisana została? A pierwsze imiona? Habel, Jabel, Tubal? Kogo wspominają, cześć oddają? Michael, Gabriel czy Uriel, z El, Elohim później były. Co mnie w tym boku... Tą jeszcze popraw... A konkurencja mogła coś lepszego zaproponować. I cóż by On wtedy począł, ten nasz Bóg? Któż by poszedł za Nim? Ofiary składał? Strachem trzeba, tylko tak, strachem trzymać naród, no, sam wiesz za co, a głośno oczywiście wołać, że to miłość, sprawiedliwość, prawo. Może się uda, lud durny być musi, zawsze tak będzie, każda władza tego pragnie i dziś i na wieki wieków. Wygrał. Cóż, zwycięzców trudno sądzić, oni piszą dzieje, historię i któż to wiedzieć może, jak tam naprawdę niegdyś bywało, dawno tak przecież... i głośno mówić wszystkiego nie wolno, powtarzać tylko, powtarzać, co kazali. I nie myśleć, nie myśleć, bo... Tak... A może i On się bał. Skoro stworzył nas na swoje podobieństwo to i Jemu uczucie takie obcym być nie mogło, nie mogło... hm... Samotność niedobra jest... Swoją drogą, ciekawość bierze, a cóż by było, gdyby przegrał ten Bóg nasz, gdyby się nie udało. A mógł. Może to drobiazg jaki, przypadek sprawił, cień odszedł... Gdyby Adam tchórz taki nie był, po krzakach nie chował, za drzewa, tylko wyszedł jak mężczyzna i nie skamlał ze strachu, to kto wie... Nie domyśliłby się Bóg może. A gdyby i domyślił, Bogiem był przecież, to ucieszyłby chyba, że męża prawdziwego stworzył, dzielnego, co chce i potrafi o swoje zadbać. I dumny może byłby z niego i pomyślał, że szkoda go tracić. Nie wygnałby, nie wygnał. A ten jeszcze na kobietę zwalał, ale cóż, nikt go nie uczył, takim go stworzył, a potem karze, do siebie pretensje mieć powinien, trzeba lepiej było zrobić, za jeden owoc taka kara. A ten wąż to był im jakby bliższy, im, ludziom znaczy, jakby jednak po ich stronie, wspólnego coś mieli, oni nadzy, on przebiegły, ale słowo to samo, arum znaczy, źle później tłumaczyli, fałszywie, bo przecież nie mogli być aż tak podobni, żeby słowem tym samym opisać... Co to mnie w tym boku...
– Mogło być inaczej?
– Pewnie mogło... Kto wie... Ale w ostateczności inne klatki by były. Co za różnica w końcu? Nasze pręty, to nasze Prawa, które On ustanowił, to ograniczenia naszych ciał, mowy, myśli, serca, a i granice naszego widzenia, rozumienia i całego świata. Boga też. I Słowa. A wyjść poza nie nie potrafimy. Może On jeszcze gdzieś dalej, poza tym światem i naszą ziemią istnieje, choć rzec tak nie można, bo istnienie z tego świata płynie. A co dalej – serce nasze nie obejmie. Wszystko w Torze zawarte, serce, lamed i bet, jej ostatnia i pierwsza litera. I tylko to, ten nasz świat, w nich cały zamknięty, przez nie stworzony. Wszystko tylko obrazy jakby palcem po piasku pisane. Pochylisz się, napiszesz, a tchnienie wiatru, zasypie, uniesie... Ruah... Przeminie wszystko i my też. A tego, co chwila ta niesie, chwila, w której teraz właśnie istnienie nasze i życie się odbija, odczytać nie umiemy, pojęć, słów nam odpowiednich brakuje, to i myśli splątane, jako owce na wielkim wzgórzu błądzą, beczą, łby unoszą ku górze, wzrok błagalny, wejść chcą, a sił nie staje. Stromizna taka, ślisko, drogi nie ma, skała pod kopytem. Wkoło chodzą, spadają. Klatka... Hm... Olam... a cóż to znaczy? Znaki cztery jak cztery świata strony, choć dwóch brakuje. A dziś litery tylko i dziś powiemy, że to znaczą, a kiedyś dawno pewnie co innego mówili. Przecież rozumienie do słów przypisywane się zmienia, język Adama, Mosze inny być musiał, słowa te same, ale co skrywały, co w sercach przodków naszych odtwarzały, rodziły, wizje jakie, prawdy, skąd wiedzieć mamy, tyle lat minęło, epoka cała, oni byli inni niż my, i na pewno inni niż ich sobie dziś wyobrazić możemy. A Bóg... Tak... jakże to być wtedy mogło, czas minął i minie jeszcze. A kiedyś ludzie nowi się narodzą, swoje myśli w słowa pradawne ubiorą i bić się o nie będą, zabijać w Imię Jego. O mgłę, o złudę, którą stworzą sami, niewiedzą swoją, pragnieniem, wiarą, a i nadzieją pewno. I strachem. Nauczyłeś nas go, wpoiłeś, dziedzictwo nasze... Pomóż mi wstać, ech boli, to co mówiłeś? Skórka? A stroną którą przykładać?

Aleksander Litto Strumieński

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gorgiasz · dnia 03.08.2016 11:31 · Czytań: 553 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 10
Komentarze
al-szamanka dnia 03.08.2016 17:13 Ocena: Świetne!
Cytat:
– A tam góry ka­mie­nie?leżą,

Cytat:
Świe­ce przy­ga­sły w ocze­ki­wa­niu, można było nawet usły­szeć nikłe echa de­li­kat­nych stąp­nięć, dra­pią­ce za­pa­dła nagle głę­bo­ką ciszę?, lecz nikt nie zwró­cił na nie uwagi.

Cytat:
Za­rżnął by...

Piszesz, że zarżnął by... , czy zarżnąłby?

Super tekst, jakby pisany pode mnie:) Dawno temu zajmowałam się tym tematem nader często - wszystko poszło do kosza, a szkoda, bo gdybym Ci pokazała, to zapewne rozpoznał byś echa swojego(tego) opowiadania.
Mam tylko jedno zastrzeżenie, ale to tylko moje.
Od poniższego akapitu...
Cytat:
A naj­le­piej, żeby wszy­scy lu­dzie na­wza­jem się pil­no­wa­li. I do­no­si­li na sie­bie. Po­szczuć ich trze­ba. Skłó­cić. Sys­tem cały stwo­rzyć od­po­wied­ni i wmó­wić, że sami nie tylko go chcie­li, ale że jest on ich upra­gnio­nym dzie­łem, o któ­rym ma­rzy­li, o które

... Kajfasz za bardzo wyłożył karty na stół. Perfidniej by było, gdyby wmawiał nadal wolę bożą, a na wygodnym łożu pokazał prawdziwą twarz szatana. Taki uroczy kontrast i przez to bijący bardziej po głowie.

Cytat:
Skoro stwo­rzył nas na swoje po­do­bień­stwo to

Nooo, wszystko co Kajfasz powiedział wskazuje na to, że jednak jest zupełnie odwrotnie i to człowiek stworzył Boga na swoje podobieństwo, co zresztą zrozumiałam, będąc zaledwie jedenastoletnim dziewczęciem.

Świetne czytanie, nakarmiłeś mnie intelektualnie do syta :)
Pozdrawiam ukontentowana :)
Gorgiasz dnia 03.08.2016 17:40
Cytat:
Dawno temu zajmowałam się tym tematem nader często - wszystko poszło do kosza, a szkoda, bo gdybym Ci pokazała, to zapewne rozpoznał byś echa swojego(tego) opowiadania.

Może warto do tego wrócić...

Cytat:
.. Kajfasz za bardzo wyłożył karty na stół. Perfidniej by było, gdyby wmawiał nadal wolę bożą, a na wygodnym łożu pokazał prawdziwą twarz szatana.

Być może. Czasem trudno wyważyć. Chciałem również, aby paralele i aluzja były widoczne.

Cytat:
Nooo, wszystko co Kajfasz powiedział wskazuje na to, że jednak jest zupełnie odwrotnie i to człowiek stworzył Boga na swoje podobieństwo, co zresztą zrozumiałam, będąc zaledwie jedenastoletnim dziewczęciem.

Ale tutaj odnoszę się do innego światopoglądu, mimo wszystko opko jest osadzone w Biblii, więc tego się trzymam.

Bardzo się cieszę z wyrażonej przez Ciebie opinii.
Aronia23 dnia 03.08.2016 19:04 Ocena: Świetne!
Cześć, Georgiaszu. No opowieść pomocna na co dzień. Nie tylko od święta. Mądre rzeczy ukazujesz. Popierasz faktami, tyle pracy włożyłeś w powyższe, jestem wdzięczna. To zdanie najbardziej mnie poruszyło: "Wszystko tylko obrazy jakby palcem po piasku pisane. Pochylisz się, napiszesz, a tchnienie wiatru, zasypie, uniesie... Ruah... Przeminie wszystko i my też.". Taka prawda i choć każdy wie to podświadomie i zawsze wiedział, to Ty wyłożyłeś "kawę na ławę", ale pięknym em, stylem, ogromem wiadomości. Twoje opowiadanie nie pozwala na bierność, zmusza do myślenia - oczywiście, jeśli ktoś chce myśleć, a z tym to czasami kiepsko.
" Nikłe cienie uśmiechów, rozświetlające ich ponure i zimne twarze świadczyły, że słowa padły na sprzyjający grunt, będą miały gdzie zapuścić korzenie i można oczekiwać plonów." oby, jak najwięcej takich "gruntów". Pozdrawiam Aronia23
Gorgiasz dnia 03.08.2016 19:49
Dziękuję Aronio za miłe słowa. :)
JOLA S. dnia 03.08.2016 20:36
Gorgiaszu, przepraszam, że tak skrótowo - przeczytałam, bardzo, ale to bardzo mi się podoba.
Serdecznie pozdrawiam
Gorgiasz dnia 03.08.2016 20:48
Dziękuję Jolu, ale może przy okazji uda Ci się jeszcze do niego wrócić. ;)
Margharet dnia 03.08.2016 22:29 Ocena: Świetne!
Gorgiaszu. Chyba przeniosłeś mnie w świat starożytnego Izraela bo świątynia w Jeruzalem jeszcze stała. Wprawdzie zniknęła na trzy dni, ale powróciła na miejsce. Główni bohaterowie to chyba też postacie biblijne, apostołowie , arcykapłan Kajfasz, ofiary, barany itp. A ta skórka na końcu opowiadania to kojarzy mi się już tylko z Ezawem i Jakubem. Albo to tylko zmyłka jakaś z Twojej strony. Ogólnie bardzo bardzo mi się podobało. Piszesz wciągająco, że tak powiem i za kilka dni powrócę do tego opowiadania, żeby więcej z niego wyciągnąć. Pozdrawiam Margharet
Gorgiasz dnia 04.08.2016 09:11
Cytat:
Główni bohaterowie to chyba też postacie biblijne, apostołowie , arcykapłan Kajfasz, ofiary, barany itp.

Jak najbardziej.
Cytat:
A ta skórka na końcu opowiadania to kojarzy mi się już tylko z Ezawem i Jakubem.

Nie to miałem na myśli. Skórka nie ma specjalnego znaczenia, to tylko "element literacki", aczkolwiek nawiązując bezpośrednio do kota, nawiązuje do Boga JHVH, który według pewnego apokryfu /Apokryf Jana 24.15/ miał Jego twarz. I w całym opku jest On przez niego symbolizowany.
Cytat:
Piszesz wciągająco, że tak powiem i za kilka dni powrócę do tego opowiadania,

Zapraszam! www.cosgan.de/images/smilie/froehlich/p015.gif
purpur dnia 04.08.2016 15:08
Witaj Gorgiaszu!

Nauczony poprzednimi tekstami, tym razem zabiłem drzwi wejściowe gwoździami, telefon za okno .... i w skupieniu otwieram Twoje opowiadanie.

Zazwyczaj nie chcesz dzielić czasu, który ktoś poświęca na Twoje literki, z jakimś tam "przeszkadzaczami" życiowymi... Karcisz za to niemiłosiernie, bo ciężko jest potem wrócić bezkarnie do wątku słów.

No ale tutaj...

No zaskoczyłeś mnie szalenie, bo oczywiście temat "ciężki", opleciony możliwymi wersjami, wizjami i ... no tak, kotem, ale on też jest zawsze :D

Ale...

Napisany zupełnie innym rytmem niż poprzednie. Miejscami nawet, wiem - grzeszę :) - ale lekkość się pojawiła czy nawet trochę frywolności ! Mi czytało się to w więksozści bardzo przyjemnie, historia sama w sobie była frapująca, do tego klimat był wyborny. Czułem gorąc tego miejsca, widziałem łachmany ludzi, i noc, i dzień, no i tak, kota też :)

Bardzo mnie zaskoczyłeś i przyznam się szczerze, że powyższe jest moim ulubionym, Twoim opowiadaniem.

Do tego dialogi!
Wybacz, ale te tutaj ( poza Twoją ulubionym wpadaneim w przeeeeciągłe wywody :) ) są napradę fajne. Pełne życia, pełne czlowieka, brzmią naturalnie i dowcipnie!
Wprawdzie miejscami, zdawało mi się, że lekko wypadasz z "antyczności" i pojawiały się słowa, lub zwroty z "naszej" ery, ale to szczegół. Przy tak długim tekście jesst to absoultnie zrozumiałe i do tego mi nie przeszkadzało w odbiorze.

Cytat:
Ja z branży, zostaw tę śpiewkę dla ludu.


No ale były i perełki:

Cytat:
to zeżrą, nie upilnujesz.
- :D

Generalnie, mimo iż uważam, że uwielbiasz opisywać, to tym razem, najfajniejsze były dialogi. No one nadały życia tej opowiastce, nadały klimatu i świetnie poprowadziły opowieść.

Wiesz, wynotowuję sobie rzeczy, które podczas czytania mi nie pasują, ale tutaj, pomimo długiego tekstu, jest tego tyle co kot ( cholinder, faktycznie wszędzie się wciśnie! :) )napłakał! A przecież przecinków poprawiać Tobie nie będę :D

Tylko to, nie wiem, czy tak miało być:

Cytat:
ogarniając połatany i znoszony płaszcz,
- oDgarniając?

Pomijając "biblijność" tej historii, nawiązania do czegoś, co już zostało spisane, to to opowiadanie spokojnie mogłoby funkcjonować jako autonomiczna istota. Zdaje sobie sprawę, że to Twój głos w danym temacie, ale nawet pominąwszy to, dalej świetnie się to czyta.

Kropla cytrynki, do całej tej ilości miodu, subiektywna i być może niestotna, ale mam jedną uwagę. Przemyśl ją sobie, albo i nie :) Takie tam, purpurze dywagacje....
Od momentu, gdy ten "mądry" starzec rozpoczął swoje wywody, opowidanie lekko "usiadło", stało się inne niż wcześniejszy tekst, tutaj wróciła "ciężkość", dynamika zdarzeń osłabła i ( mimo, iż ciekawie są i jego wizje i sposób wypowiedzi ) czytało się ciężej. Może to było celowe, a może po prostu, wpadłeś bardziej w swój rytm?

Delikatnie sugerowałbym, abyś przeplatał tak długie bloki tekstu, tak długie wypowiedzi, bądź prezentację myśli, czymś co trochę da odsapnąć czytelnikowi. Świetnie udawało się to Tobie, w "pierwszej" części!

Zdaję sobie sprawę, że piszemy inaczej. Na co innego kładziemy nacisk w swoich tekstach. No i styl również mamy inny. Ale ja na pewno wezmę pod uwagę elementy Twoich konstrukcji, sposoby prezentacji, bo podoba mi sie sposób w jakie je kreujesz. Może więc, moje uwagi, również są w jakiejś części warte przemyślenia?

No ale, tak jak wspomniałem, to opowiadanie czytało mi się nad wyraz przyjemnie!

Pozdrawiam,
Purpur
Gorgiasz dnia 04.08.2016 21:42
Cytat:
Miejscami nawet, wiem - grzeszę - ale lekkość się pojawiła czy nawet trochę frywolności !

Nie grzeszysz. Staram się wprowadzić właśnie takie akcenty, żeby było strawne, bo zdaję sobie sprawę, że tematyka jest ciężka, ale to dosyć trudne, więc cieszę się, że to dostrzegasz.

Cytat:
Wprawdzie miejscami, zdawało mi się, że lekko wypadasz z "antyczności" i pojawiały się słowa, lub zwroty z "naszej" ery, ale to szczegół.

Masz rację, należy to zmienić. Tylko w podanym przykładzie, nie bardzo wiem jak.

Cytat:
( cholinder, faktycznie wszędzie się wciśnie!

Obowiązkowo! www.cosgan.de/images/smilie/frech/g010.gif

Cytat:
Tylko to, nie wiem, czy tak miało być:
Cytat:
ogarniając połatany i znoszony płaszcz,
- oDgarniając?

To akurat jest chyba w porządku, kiedyś istniał zwrot: "ogarnij się", co oznaczało zazwyczaj poprawienie stany odzieży, którą miało się na sobie.

Cytat:
Delikatnie sugerowałbym, abyś przeplatał tak długie bloki tekstu, tak długie wypowiedzi, bądź prezentację myśli, czymś co trochę da odsapnąć czytelnikowi.

Masz absolutną rację! Mgliście zdaję sobie z tego sprawę, sam to wytykam innym, ale... nie potrafię się od tego ustrzec, głównie dlatego, że dla mnie tego typu rozważania są najistotniejsze. A akcja (o ile w ogóle jest), to tylko oprawa, aby dało się czytać. Muszę to rzeczywiście przełamać; nie jest to nawet w zasadzie trudne, zawsze interlokutor może zadać jakieś stereotypowe pytania, rozrywając blok tekstu, tylko że z mojego punktu widzenia jest to zbędne. Ale rozumiem, że czytelnik odbiera inaczej. Tutaj już zmieniał nie będę, bo i tak nie wniesie to niczego nowego, ale na przyszłość - tak.

Cytat:
Może więc, moje uwagi, również są w jakiejś części warte przemyślenia?

Ależ jak najbardziej! Dzięki i proszę (przy okazji) o kolejne! www.cosgan.de/images/midi/froehlich/d025.gif
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Nuria
25/08/2019 22:16
Zaimków osobowych tyle, że można obdzielić z trzy utwory.… »
Lilah
25/08/2019 21:10
To świetnie, Mike. :) »
Opheliac
25/08/2019 21:04
Kreseczka, głównie Podoba mi się Olaboga City,… »
Opheliac
25/08/2019 20:57
Wodniczko, dziękuję za obecność i "odkopanie" ;) »
AntoniGrycuk
25/08/2019 20:28
Jolu, napisałem ten tekst po przeczytaniu tekstu… »
Kazjuno
25/08/2019 19:28
Narracja niezmiernie ciekawa. Pełno znakomitych porównań i… »
Marek Adam Grabowski
25/08/2019 19:25
Witaj na tym portalu. Na poprzednim nie czytałem demona,… »
Carvedilol
25/08/2019 18:43
Kazjuno Jolu dzięki za przeczytanie i komentarze… »
mike17
25/08/2019 18:22
Całkiem to fajne, Zdzisławie, z humorem i pewnym morałem.… »
Decand
25/08/2019 18:12
Kazjuno - za odczyt dziękuję, za komentarz również.… »
Decand
25/08/2019 18:09
Madawydar - bardzo dziękuję za odczyt i tak pozytywny… »
Kazjuno
25/08/2019 18:09
Zapomniałem o ocenie. Ale, Upsss... i nie mam możliwości… »
JOLA S.
25/08/2019 18:05
Odnajduję w tym tekście znajomy zapach. Czytając, pragnęłam… »
Kazjuno
25/08/2019 18:04
Na mój gust dużo tu poetyckiej prozy pomieszanej z… »
mike17
25/08/2019 18:03
Niebawem trzy nowe miniatury miłosne :) »
ShoutBox
  • Carvedilol
  • 25/08/2019 18:44
  • Vanillivi, dzięki i ode mnie za wrzucenie tekstu
  • AntoniGrycuk
  • 25/08/2019 16:10
  • Vanilivi, ja też dziękuję za dodanie tekstu po krótkiej przerwie.
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 13:36
  • Dzięki Vanilivi
  • Vanillivi
  • 25/08/2019 13:29
  • Przepraszam wszystkich za problemy z publikacją.
  • Vanillivi
  • 25/08/2019 13:28
  • Wrzuciłam jeszcze kilka waszych tekstów, tych które najdłużej zalegały, korzystając z tego, że Wiktor nie zabrał mi jeszcze uprawnień. Mam nadzieję, że sytuacja się niebawem wyklaruje.
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 11:51
  • Jednak Antoni Grycuk masz rację! Moja koleżanka rzeczywiście zasuwa w prozie. Trzeba JEJ dać ochłonąć. Chyba ledwo dyszy przygnieciona stertą makulatury, oczywiście też mojej...
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 11:27
  • Komentujemy tylko ja z Tobą i jeszcze kilka miłych pań i łaskawych facetów. Reszta milczy; A Feith to moja dobra znajoma, ale od POETÓW. Mnie by na pewno opublikowała. Jednak cisza online. Przykre...
  • AntoniGrycuk
  • 25/08/2019 10:33
  • Ze specjalną, niekoniecznie związaną, dedykacją: [link]
  • AntoniGrycuk
  • 25/08/2019 08:57
  • Kazjuno, jest jedna Pani redaktor od prozy, Faith się zowie. Ale widzę, że ten portal umiera. Nie tylko ten. W ciągu 2 lat mojej bytności ilość komentarzy pod prozą spadła drastycznie.
  • Kazjuno
  • 25/08/2019 07:21
  • Szkoda, nie mamy redaktor od prozy. Nie mam nic do poetów, ale CI mają wykwalifikowaną trójkę. Nie dziwię się Vanilivi, że nie podołała. Ech, co za niesprawiedliwość...
Ostatnio widziani
Gości online:10
Najnowszy:Wojciech
Wspierają nas