Na księżyc i z powrotem - mike17
Proza » Miniatura » Na księżyc i z powrotem
A A A
Od autora: Pamiętacie mój cykl miniatur z zeszłego lata? Teraz postanowiłem do niego wrócić i oddaję w Wasze ręce nowe miniatury, powstałe w te wakacje i nieco wcześniej, traktujące o różnych odcieniach kochania, o tym, czym może być seks, o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi, czym jest lub może być miłość, czy zawsze znaczy to samo, a kobieta i mężczyzna, czy niezmiennie dadzą tę samą układankę? O dylematach, jakie pojawiają się gdzieś po drodze. Czy są barierą, czy też drzwiami, które warto otworzyć. Zatem serdecznie zapraszam do wspólnej jazdy!

 

                           

 
 
Kreta, 20 maja – 1 czerwca 1941
 
Kiedy niemieccy spadochroniarze rozbili nasz batalion, tylko ja uszedłem z życiem.
Choć byłem lekko ranny w ramię, mało mnie to wówczas obchodziło – chciałem przeżyć i jak najszybciej dostać się do swoich, bo już wiedziałem, że mamy w plecy, a Kretę lada moment w całości opanują Niemcy, co oznaczało szybką ewakuację na Cypr lub do Egiptu.
Wytłukli wszystkich moich kumpli, a ja biegłem jak oszalały przed siebie, ściskając w ręku karabin i ostatni granat, jaki mi pozostał po tym, jak napadli nas z trzech stron, przed świtem, i wówczas Johnny, ten twardy zakapior z Nowej Zelandii krzyknął: „Prędzej zdechnę!”
Nawet nie wiedział, że jego słowa okażą się prorocze dla całego naszego oddziału.
 
Wpadłem do pierwszej lepszej chałupy i padłem jak martwy na podłogę.
Byłem do cna wyczerpany, z trudem oddychałem i bałem się jak nigdy wcześniej.
Oni szybko stanęli nade mną i wnet dostrzegli, że jestem swój, że nie jestem Niemcem.
Podnieśli mnie i delikatnie posadzili na krześle.
Sędziwa kobieta podała mi kubek mleka, który wypiłem jednym haustem.
- Dziękuję pani – szepnąłem z trudem.
Nie zrozumiała.
Coś między sobą mówili, czego z kolei ja pojąć nie mogłem, nie znając greckiego.
Jednak szybko okazało się, że znają parę słów po angielsku.
- Ty kto? – zapytał ojciec.
- Jestem Jimmy White, z 19. Australijskiej Brygady Piechoty. Oni tu wkrótce będą. Przechowajcie mnie. Parę dni. Potem ruszę tam, gdzie wiem, że będziemy uciekać z wyspy.
Ale tylko kilka dni, tu, u was, ok.?
- Ty bił Niemca?
- Tak. Zabiłem ponad stu.
- Ty mieć u nas dach nad głową. Ile chcieć. My ci pomóc, Jimmy. W stodoła nikt cię nie znaleźć. Andrea ci przynosić jedzenie, a ty nie wychodzić. Będzie dobrze.
- Mogę już tam iść? Oni nas tropią po całej okolicy.
- Ty iść tam od razu. Lato ciepłe, słoma ciepła. Dobrze ci będzie, żołnierzu.
 
Wtedy zobaczyłem ją i poczułem, że robi mi się zimno.
 
Mała, śliczna Greczynko, nawet nie wiem, co powiedzieć, jak ubrać w słowa coś, co dało kształt temu, co poczułem.
Miałaś dwadzieścia kilka lat i piękną, mądrą twarz, i oczy, które płonęły jak dwa węgle.
Byłem niewiele starszy od ciebie, ale wnet poczułem się kimś, kto musi wykonać pierwszy krok, bo coś w środku gadało, że jesteś mi bliska, jakże bliska, choć zupełnie obca.
Nie umiałem tego wytłumaczyć, ale miałem pewność, że będę do końca życia żałował, jeśli się do ciebie nie zbliżę. Bo tu, na wojnie, takie chwile są bezcenne, każdy pocałunek znaczy tony złota. Stałaś obok mnie z talerzem zupy, a ja, choć głodny, patrzyłem jak oniemiały w twoje oczy i czas zdawał się nie istnieć, głód wydawał się nieistotnym drobiazgiem.
Postawiłem zupę na ziemi i pocałowałem cię, gorąco, żarliwie, jakby życie miało się zaraz skończyć, a ty oddawałaś mi się ulegle, czule przylegając ciepłym ciałem.
W pewnej chwili wzięłaś talerz i zaczęłaś mnie karmić, łyżką, jak dziecko.
Usiedliśmy na klepisku i jadłem najsmaczniejszy posiłek na świecie, bo zdawałem sobie sprawę, że już dawno mogło mnie nie być wśród żywych, jednak żyłem, los pobłogosławił, a teraz karmiła mnie piękna, grecka dziewczyna, od której nie mogłem oderwać wzroku.
Czule gładziłem twoje miękkie uda, dotykałem śmiało piersi.
Uśmiech, jaki mi posyłałaś, mówił mi więcej niż wszystkie słowa świata.
Kiedy już zjadłem zupę, delikatnie położyłem cię na sianie i rozebrałem.
Zamknąłem drzwi stodoły od środka i zdjąłem mundur.
Natychmiast do mnie przylgnęłaś i poczęłaś całować, jak wygłodniałe zwierzątko rzuca się na karmę, bo skąd mogłem wiedzieć, że w owej chwili poczuliśmy to samo?
Pieściłem twoje sutki, wodziłem językiem po brzuchu, opuszkami palców dotykałem pośladków, wplatałem palce w twoje dłonie.
Kiedy się kochaliśmy, płakałaś, a na twarzy gościł słoneczny uśmiech.
Łzy szczęścia spływały na mnie jak cudowny deszcz, kiedy byłem w tobie, czule, namiętnie, jednocześnie tak, jakbym chciał zdobyć cię na zawsze, i już nigdy nikomu nie oddać.
Moja zaborczość zaskoczyła mnie samego – poczułem, że jest to moja chwila na wieczność.
Że, kiedy wrócę cało z wojny, w żaden sposób nie wymażę cię z pamięci.
Od pierwszego razu stałaś się częścią mnie, mego jestestwa, czucia, kochania, serca, duszy.
 
Przychodziła kilka razy dziennie i w tej cichej stodole dawała mi swoją kobiecość.
Jakże czule, jakże delikatnie, tak, że zapominałem, że gdzieś obok trwa wojna i niemieccy spadochroniarze mogą mnie tu znaleźć i rozstrzelać, i nawet nie zdążę się ubrać.
Andrea znała trochę angielski i jakoś się porozumiewaliśmy, choć dalekie to było od ideału.
Mówiła, że mnie kocha, że pojedzie ze mną do mojego kraju.
Tłumaczyłem, że to niemożliwe, że jestem w wojsku, i zaraz będę w innym miejscu świata.
 
Prosiła, jak nigdy nie prosiła żadna.
Patrzyła, jak nigdy nie patrzyła żadna.
Chciała mnie jak żadna inna przedtem.
 
Potem odszedłem stamtąd, choć jeszcze wtedy nie mogłem wiedzieć, że to nie koniec.
Że ani ja, ani Andrea, nie zaznamy spokoju.
Przeczuwając to, poprosiłem ją o zdjęcie.
Dostałem piękne i urocze, i później, kiedy byłem już daleko, wciąż na nie patrzyłem i marzyłem, by znów znaleźć się na Krecie, w tamtej stodole, z moją ukochaną.
I pamiętałem jej łzy, kiedy patrzyła, jak odchodzę.
Na jej twarzy wymalowało się czyste cierpienie, inaczej tego nie umiem nazwać.
Ten widok miał na zawsze wryć się w pamięć i dręczyć nieustannym nawracaniem.
 
Pod osłoną nocy z kolegą Anglikiem ruszyliśmy w kierunku plaży.
Mieliśmy wielkie szczęście, że załapaliśmy się na odwrót przez Białe Góry.
Teraz musieliśmy iść do punktu zbornego rozbitych oddziałów, o czym powiedział nam kolega Nowozelandczyk, również ukrywany przez Greków z sąsiedniej wsi, i co więcej, mając radiostację miał wiadomości, że odwrót jest doskonale utrzymywany przez pododdziały brytyjskie, przemieszczające się nocą w kierunku portu.
Po drodze niszczyły mosty i zaminowywały drogi oraz urządzały zasadzki w celu powstrzymania niemieckiego pościgu, i by jak najwięcej żołnierzy dotarło do punktu ewakuacji.
Jak się potem okazało, alianci wysłali na Cypr i do Egiptu piętnaście tysięcy ludzi.
 
Niemcy zostali na wyspie i zaprowadzili własne porządki.
Po jakimś czasie dotarło do nas, że ludność cywilna Krety spontanicznie stanęła po stronie wojsk alianckich. Chłopi uzbrojeni w topory, widły, młoty i noże zabijali niemieckich spadochroniarzy, czując, że przyszykowano im tu niezłe piekło. Przyszło im za to zapłacić: Niemcy wymordowali Kastellę, Kandanos i Kondomari, śmiejąc się w nos biednym Grekom, którzy chcieli bronić własnej ziemi i godności, i w późniejszym czasie dokonywali masowych mordów na nich, pamiętając, że plunęli w twarz Hitlerowi, bez względu na konsekwencje.
 
Kreta, kwiecień 1952
 
Nigdy jej nie zapomniałem, nie mógłbym, po tym wszystkim, przez co razem przeszliśmy.
Jej twarz śniła mi się wiele razy, i ilekroć miało to miejsce, rano budziłem się w radosnym nastroju, choć z drugiej strony wiedziałem, że jest już tylko wspomnieniem, czymś, co było, ale już nie jest i to stanowiło w tym wszystkim bolesny kolec tkwiący w mej duszy.
Przez te jedenaście lat szukałem tej pięknej twarzy w twarzach innych kobiet, lecz skutki były opłakane: Andrea weszła we mnie na zawsze i żadna nie była do niej podobna, co z kolei sprawiało, iż większość tych lat spędziłem w samotności, nie licząc na to, że miłość pewnego dnia zapuka do moich drzwi, a wspomnienia staną się rzeczywistością.
 
Nie pomogło rzucenie się w wir pracy, w którym pragnąłem się bezrozumnie zatracić.
Na nic zdały się wielokrotne „rozmowy” z butelką whisky – i tu nie zaznałem ukojenia.
Nie umiałem odciąć się od przeszłości i dlatego nie byłem w stanie zrobić kroku naprzód.
Wiedziałem, że nadejdzie dzień, kiedy będę musiał tam wrócić i cofnąć czas, bo inaczej zwariuję, i nie zmarnowałem go przez te lata – pilnie uczyłem się greckiego, by móc z nią swobodnie rozmawiać, i przekazać to wszystko, co żyło w mnie, odkąd ją wtedy opuściłem.
 
I stało się – pojechałem na Kretę, by spotkać miłość sprzed lat.
 
Wciąż pamiętałem jej łzy i to dawało mi nadzieję, że nie związała się z nikim.
Może byłem po prostu niepoprawnym romantykiem – kto wie?
W międzyczasie kupiłem starego Jeepa, który zawiózł mnie pod jej dom.
Zaparkowałem pod stodołą, naszą świątynią kochania i ruszyłem w kierunku drzwi.
Wtedy wyszedł ojciec, i nie muszę dodawać, że wnet mnie poznał.
Nie miał wesołej miny: w jego oczach czaił się ból i gniew, i niedowierzanie.
- Dlaczego wróciłeś, Jimmy? – spytał spokojnie.
- Musiałem, ojcze, to było silniejsze ode mnie – odparłem po grecku.
- Nauczyłeś się języka?
- Tak, tylko dla niej. Dla niej tu jestem.
- Trochę za późno.
- Czemu?
- Niech ona sama ci o tym opowie – i to powiedziawszy, wszedł do domu i zawołał ją.
 
Po chwili zobaczyłem moją ukochaną: pierwszą rzeczą, jaką ujrzałem, było srebro, które rozlało się obficie po jej kruczoczarnych włosach i nieco przygaszone spojrzenie, lecz wnet dostrzegłem, że wrażenie to zniknęło – Andrea stała i uśmiechała się do mnie jak wtedy, w stodole, choć wyczułem w tym więcej opanowania i wyciszenia.
Na mój widok podbiegła do mnie i rzuciła się na szyję, i nie bacząc na ojca, zaczęła namiętnie całować, w niepojętej, nagłej desperacji, jakbym był duchem i za moment już mnie nie będzie.
Mocno ją przytuliłem i poczułem, że coś ścisnęło za gardło i na razie nie jestem w stanie powiedzieć słowa – znów byłem tu, gdzie to wszystko się zaczęło, z kobietą, którą przez te smutne lata kochałem w każdej sekundzie życia, marząc, by ją ponownie mieć.
- Jesteś, Jimmy – szepnęła drżącym głosem.
- Na tę chwilę czekałem przez wiele lat. Nie wiem, co działo się w twoim życiu, ale moje bez ciebie było nic niewarte. Nie zapomniałem cię, musiałem wrócić, bo wciąż czułem, że jesteś moja, tylko moja, i nikt po mnie już cię nie całował, nie pieścił, nikomu nie oddałaś swego młodego kochania. Może to intuicja? Nie wiem. Po prostu wiedziałem, że mam tu znów być.
- Jesteś głodny? – wtrącił się nagle ojciec.
- Trochę – odparłem szczerze.
- Andrea, skocz do spiżarni po jedzenie i przynieś dzban wina. Żona w szpitalu, pochorowała nam się, więc we dwójkę zostaliśmy. Dobrze się trzymasz, Jimmy, wciąż kawał chłopa z ciebie.
- Wy też, ojcze, wyglądacie zdrowo.
- E, to nie tak do końca… - stęknął smutno stary.
- Coś się stało? Coś złego? – zapytałem, widząc nagłą zmianę w jego fizjonomii.
- Niech Andrea opowie, mnie to nie przejdzie przez gardło. To już dwa lata, a ja nadal nie mogę spać, a gniew, jaki mam w sobie, mógłby zabić samego diabła. Synu, ja już długo nie pożyję, ale chciałbym doczekać dnia, kiedy… - tu nagle urwał, patrząc tępo w podłogę.
Wtedy do izby weszła Andrea, i gdy już jedliśmy i piliśmy przednie wino, zaczęła swoją opowieść:
 
Nie mogłam znaleźć sobie miejsca, kiedy wtedy odszedłeś, Jimmy, kiedy zostawiłeś mnie tu samą, z całą naszą miłością, ale wkrótce dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Z tobą. Tylko ja i rodzice o tym wiedzieliśmy. Wtedy te szwabskie świnie gwałciły tu wszystkie dziewczyny i potem musiały rodzić ich dzieci. Ja byłam tylko z tobą, potem już nigdy z nikim. Niemcy, widząc mój brzuch, mówili, że rasa panów pięknie kwitnie na Krecie.
Apollo był bardzo podobny do ciebie, a w wieku ośmiu lat miał twoją twarz, oczy, usta.
Nie wyglądał jak Grek, był taki piękny, taki mój, jak ty wtedy, kiedy…
Gdy alianci pogonili stąd Niemców, zaczęło się: miejscowi mścili się na kapusiach, dziewczynach, puszczających się ze spadochroniarzami, na każdym, kto miał po drodze z ludźmi Hitlera. Tu ludzki ród okrutny, ale sprawiedliwy, i niezapominający nigdy.
Dziwki golono, inni dostawali na rynku chłostę, ale co on był winien?
 
Apollo był ośmioletnim chłopcem, którego ojcem nie był pieprzony Szwab, a dzielny australijski żołnierz, ale o tym nikt nie wiedział, bo i dzieciom z Niemców dokuczano.
Był taki chłopak, osiemnastoletni, Achilles się nazywał, i on to wszystko wymyślił.
Był zdemoralizowany i nie szanował nikogo, chyba, że się go bał.
Nie lubił mojego synka, bo powiedziałam mu, że tatuś był Australijczykiem, i że kiedyś nas stąd zabierze. Tamten nie uwierzył i uważał, że Apollo kłamie. Synek nie bał się go i kiedyś powiedział, że jak dotkną mnie w jakikolwiek sposób, to ich zabije. Nie powinien był tego mówić. Tamten to sobie zakodował, i odczekawszy na odpowiedni moment, uderzył.
 
Złapali go na plaży – było ich czterech, wszyscy pijani w sztok.
Rzucili go na ziemię, dwóch chwyciło za nogi i rozciągnęło je na boki, a trzeci złapał za głowę, a czwarty kopał w mosznę ciężkim podkutym metalem butem tak długo, aż padł ze zmęczenia na piasek.
- Zmień mnie – powiedział do jednego z nich. – Nie będziesz płodzić bachorów, ty niemiecki bękarcie. Twoja stara puszczała się ze Szwabami, to oni cię zrobili. Jesteś gnidą.
Kiedy Apollo po długim czasie wyszedł ze szpitala, nie miał już jąder.
Oni jednak nie odpuścili: pewnego dnia, kiedy wracał z pola, napadli go i zabili.
Na czole wycięli nożem swastykę.
 
- Dość! – jęknąłem ciężko i poczułem, jak niewyobrażalny ból gniecie gardło. – Dość, Andrea. Czy mordercy mojego syna są tu we wsi?
- Tylko jeden, ten co kopał w mosznę. Resztę zatłukli po cichu ci, których najpierw skrzywdzili Niemcy, a którzy potem nie pozwolili się krzywdzić swoim.
- Ojcze, daj siekierę, nóż, cokolwiek, dorwę skurwysyna! – poczułem, że krew mnie zalewa, że nie zaznam spokoju, jak nie zabiję mordercy mego dziecka. Nigdy niepoznanego, niepokochanego, mojego, od teraz już będącego częścią mnie. Miałem do tego prawo, takie panuje na wyspie, tu jest „oko za oko, ząb za ząb”, nie ma mowy o wybaczeniu, i wiedziałem, że gdybym to zrobił, włos nie spadłby mi z głowy.
- Daj spokój, synku, to nie ma sensu – rzekł cicho starzec.
- Andrea prawie osiwiała, a ty mówisz tak spokojnie, że to nie ma sensu? Ona ma zaledwie trzydzieści kilka lat, miała radość życia, której ja nie mogłem jej dać, i teraz mam to tak zostawić?
- Pewnego dnia – zaczął ojciec – dopadli go w lesie i metalowymi prętami połamali nogi i ręce. Uszkodzili kręgosłup. Dziś jest na wózku. Jest tylko ciężarem dla rodziny. Chcesz iść go zabić, dobrze, siekierę ci zaraz dam. Zabij go jak psa, miejmy to już za sobą. Zrobisz to?
- Na wszystko za późno, Jimmy – powiedziała spokojnie Andrea. – Teraz mamy tylko siebie. Pamiętasz, o co prosiłam cię wtedy, w 1941? Żebyś mnie stąd zabrał, tam, gdzie ty jesteś. Jakże wtedy pragnęłam, by być obok ciebie, dzień i noc. By cię czuć cały czas całą sobą. Ja nigdy nie kochałam. Nie wiedziałam, czym to jest, aż wtedy pojawiłeś się ty. I zostałeś, w mojej głowie i sercu. Wszystko było już tobą, tylko tobą, choć nie było cię przy mnie. Śniłeś mi się wiele razy, a wszystko było takie realne. I mijały dni byle jakie, dni bez ciebie. Każdy z nich miał gorzki smak. Zbyt wiele cierpienia, zbyt wiele bólu na tej wyspie. Nie chcę tu być. Po co przyjechałeś? Spędzić z nami parę dni i wrócić do swego pięknego świata, jakby nigdy nic?
 
Wtedy przytuliłem ją i powiedziałem:
 
- Chcę cię stąd zabrać. Chcę, byś była moją kobietą do końca życia, twojego lub mojego.
Po to przyjechałem z tak daleka. Zabieram cię, a wy, ojcze, nie bójcie się: będziemy was często odwiedzać, wyremontuję wam dach, zwalimy słomę ze stodoły i damy dachówkę.
Ja jej nie zabieram, pamiętajcie, my zbyt długo czekaliśmy na siebie, by to odwlekać.
Przez wiele lat byłem architektem, ale wspólnik wpędził mnie w kłopoty i się skończyło.
Zamieszkałem w domu na plaży, w okolicy Perth. Mam trzy duże pokoje, kuchnię i łazienkę. Pieniądze, które zgromadziłem przez te lata idą na bezdomnych. Sam kiedyś byłem dzieckiem ulicy, teraz chce spłacić dług. Sporo mi zostaje, więc starcza na życie – reszta idzie na tych, którzy nic nie mają. Czemu to robię? Bo Bóg dał mi cało wrócić z wojny. Modliłem się, żeby nie trafił mnie snajper, by nie zabił potem Japończyk. Widziałem ścinanych mieczem samurajskim chłopców z Nowej Zelandii. Ich głowami potem grano w piłkę. Ale to się skończyło, to już koniec. Powoli to zapominam, nie chcę być więźniem koszmarów.
Będzie nam dobrze, mam nowoczesny kuter, łowię ryby, mam trzy wędzarnie, ludzie chętnie kupują moje ryby. Sprzedaję sporo tuńczyka i łososia. Znalazłem sposób na życie. Damy radę, może to nie Grecja, ale zawsze inny kawałek pięknego świata.
 
Okolice Perth, Australia, 1954
 
- Jakie imię wybierzemy? – spytałem, dopalając pall malla.
- Apollo.
- On przecież ciągle żyje, choć już dawno odszedł.
- Właśnie dlatego. Matka wie najlepiej. On jest we mnie, choć go nie ma.
- On nie żyje.
- W sercu matki nigdy nie umrze.
- Dlatego?
- Ksiądz Joseph go ochrzci, i da mu po nim imię. Niech Bóg będzie dla niego bardziej łaskawy.
- Bóg bywa cwanym graczem, którego nigdy nie przechytrzysz.
- Mój Bóg nie zawiedzie mnie drugi raz. Tym razem to wiem. To jest we mnie.
- Nie byłby twoim Bogiem.
- Właśnie dlatego. Ufam Mu, i wiem, że nie pozwoli nam upaść.
 
Potem często chodziliśmy z wózkiem po plaży, patrząc, jak mały słodko śpi.
Tuliłem ją w ramionach, i tkliwie pieszcząc, szeptałem, że nic nas już nigdy nie rozłączy.
To, co złe, na zawsze odeszło i nie ma już do nas dostępu, teraz my jesteśmy górą.
Czas stanął w miejscu, bo czas jest przyjacielem, potrafi się dostosować.
I całować każdego poranka czule radosnym świtem, dawać to, na co nie ma słów.
Andrea była bardzo spokojna, jakby urodziła pierwszy raz, jakby tego pierwszego nigdy nie było – jednak nie zapomniała: wielokrotnie życzyła zdrowia oprawcy na wózku.
Wybaczyła, lecz nie zapomniała, nie chciała żyć nienawiścią, pozostawiając to za sobą.
 
Kiedy później jedliśmy wędzone ryby, zagryzając oliwkami i marynowanym czosnkiem, powiedziała jakże lekko, jakże uroczo:
- Mamy raj, Jimmy, czy trzeba czegoś więcej?
- Nie, Andrea, nam nie trzeba już niczego, nigdy nie wymarzyłbym czegoś lepszego.
- Tylko budzić się we własnym niebie, i dziękować Bogu, że był obok, że nie porzucił.
- Że zawsze wie, kiedy się pojawić.
- Czy wtedy, tam, w stodole, już wiedziałeś? – spytała.
- Byłem pewien – odparłem, uśmiechając się i gładząc ją po policzku.
- Czy ta bajka o dwóch połówkach jabłka to prawda?
- Tak. Chyba najpiękniejsza.
- Więc może przejdziemy się na plażę? Jest taki gorący wieczór. Zrobimy sobie ognisko, mam dobre wino, są soczyste tuńczyki. Spójrz na księżyc – on daje nam znaki. Małego przypilnuje ciocia Peggy.
- Jasne, kochanie, w taki wieczór pójdę z tobą wszędzie.
 
 
Cykl: Dziewięć liter, dwa słowa, jedno znaczenie
 
 
1 sierpnia 2016
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 25.08.2016 10:08 · Czytań: 1128 · Średnia ocena: 4,45 · Komentarzy: 56
Komentarze
JOLA S. dnia 25.08.2016 10:40 Ocena: Świetne!
Cześć Mike17, chciałam zacząć Czarodzieju...
Kawał dobrej roboty. Właśnie skończyłam..uff, ale warto.
Bardzo ciekawe; są co prawda miejsca, które bym skróciła, ale czyta się bardzo dobrze - wielowątkowość z tendencją do jednego mianownika co jakiś czas, jest miejsce na wpuszczenie porcji wiedzy, żartu, refleksji i ciepełka. Aż czasem trudno uwierzyć, że pisał to facet. Dobry tytuł cyklu, trafny.
Pozostaje mi dygnąć i obiecać, że wrócę :)
Serdeczności.
mike17 dnia 25.08.2016 10:51
Dzięki wielgaśne, Jolu, za czytanko i za garść pozytywnych odczuć :)
Bardzo lubię pisać rzeczy o miłości - odkrywać jej odcienie, koloryty.
To bardzo wdzięczny temat dla piszącego.
Tekst i tak był już wielokrotnie skracany, więc niczego już nie da się wymixować.
Starałem się, jako że to miniatura, trzymać się konkretów.
Cieszę się, że Ci się podobało i że wyniosłaś coś dla siebie z tej opowieści.

Zapraszam za kilka dni do kolejnej odsłony cyklu :)

Pozdrowionka :)
al-szamanka dnia 25.08.2016 12:05 Ocena: Świetne!
Cytat:
W pew­nej chwi­li wzię­łaś ta­lerz i za­czę­łaś mnie kar­mić, łyżką, jak dziec­ko

podkreślony przecinek raczej zbędny
Cytat:
ko­le­ga No­wo­ze­land­czyk, rów­nież ukry­wa­ny przez Gre­ków z są­sied­niej wsi, i co wię­cej, mając ra­dio­sta­cję miał wia­do­mo­ści

może zamiast mając dasz posiadając
Cytat:
Sam kie­dyś byłem dziec­kiem ulicy, teraz chce(ę) spła­cić dług.


Co tu dużo mówić, Michale.
Twój tekst, taki bardzo Twój.
Masz coś takiego w swoim pisaniu, że jak już się w nie wejdzie, to wyjść nie sposób, trzeba do końca.
Piękny, taki smutno-gorzko-urokliwy.
A że urlopuję i sama zwiewna zieloność wokół mnie, tym bardziej odczułam i smutek w tekście, tragedię i tę niesamowita ufność życia... mimo wszystko.
Jestem zachwycona.

Pozdrawiam słonecznie :)
mike17 dnia 25.08.2016 12:15
Witaj, Aldonko, pod tą miniaturą miłosną, choć traktującą także o wielu innych sprawach :)
Chciałem ukazać tu i radość i ból, i gorycz i radość, coś, co jest integralną częścią życia.
Moje opowieści miłosne rzadko są słodkie, jest w nich zawsze element cierpienia.
Zależało mi na tym, by tekst był wielowymiarowy, daleki od harlekinowatego uproszczenia.
Czy mi się udało?
Czytacze ocenią.
O miłości piszę jako mężczyzna, więc moje spojrzenie jest bardzo subiektywne.

Bardzo się cieszę, że Ci przypadło do gustu, pomimo sporej dozy przykrych elementów w treści.

Poprawki oczywiście naniosę :)

Pozdrawiam wesoło :)
Lilah dnia 25.08.2016 15:06
Mike,
no toś mnie ustrzelił tym pięknym wzruszającym opowiadaniem i łezkę w oku wywołałeś.
Jest cierpienie, ogromne cierpienie, ale takie to nasze życie - raz słońce, raz deszcz...

Serdeczne pozdrowienia, :) Lilah


Cytat:
Choć byłem lekko rany w ramię

*a dodaj jeszcze n do rany :)
mike17 dnia 25.08.2016 15:20
Bardzo miło to słyszeć, Lilu, wszak opko do lekkich nie należy, ale jest w nim jednak wiele Dobro i to ono finalnie triumfuje :)
Wszak bohaterowie przeszli ciernistą drogę, by na nowo odnaleźć swoje kochanie.
A warto było czekać.
Na miłość zawsze warto jest czekać, a ona już sama znajdzie nas.
Choć nie przeczę, że należy jej w tym pomagać :)

Literówkę zaraz poprawię )

Pozdrawiam, sącząc popołudniowe piwo :)
Usunięty dnia 25.08.2016 15:45 Ocena: Dobre
Historia fajna.
Niektóre dialogi trącają sztucznością przeładowane słowami nie wg moich wyobrażeń o potoczej mowie.
Sorry chce tylko pomóc.
mike17 dnia 25.08.2016 15:53
Dzięki za wizytę i koment :)
Nie uważam, by coś było tu sztuczne, no chyba że ja sam sztucznie mówię, bo w usta moich bohaterów wkładam zawsze moje słowa, naturalnie i bez zadęć, zatem chyba się po prostu tu nie odnalazłeś, bo i opko jak widać jest w pewnej konwencji, bardzo konkretnej, romantycznej, rzekłbym, zatem i stylizacja językowa była na miejscu.
Bez niej wyszłoby coś, co nie byłoby moje.
Jeśli piszesz o czułej miłości, to posługuj się językiem czułej miłości, ot co :)

Sorry, ale nie pomogłeś... :(

Pomimo to z uśmiechem pozdrawiam :)
Usunięty dnia 25.08.2016 15:55 Ocena: Dobre
Jakoś to przeżyję. Hej.
mike17 dnia 25.08.2016 15:57
Cieszę się, żeś cały i żywy :)
bemik dnia 25.08.2016 20:10 Ocena: Bardzo dobre
Facet takie coś napisał? Normalnie nie wierzę! A teraz poważnie. Piękna opowieść i taka właśnie życiowa - gorzko-słodka. Nie znoszę opowieści, gdzie jest cukierkowo słodko - od razu wiadomo, że bajka, że pobożne życzenia. A wiesz, dość podobną historię słyszałam kiedyś od staruszka Niemca, tylko że nie skończyła się szczęśliwie. Pokochał Polkę, kiedy jego oddział stacjonowała w jakiejś wiosce w mazowieckim, obiecali, że się spotkają po wojnie. Nie spotkali się - ją zatłukli rodacy za łajdactwo z okupantem, jego rodzina wyklęła. Kiedy pojawił się jakieś trzydzieści lat po wojnie, położył tylko kwiaty na jej grobie. Wtedy już na terenie cmentarza, bo się rozrósł, ale na początku pochowali ją pod płotem.
Wiele było takich wojennych historii. Twoja jest prawie z happy endem. W jedno nie chce mi się wierzyć: że Greczynka wybaczyła oprawcom swojego syna, choć może takie święte kobiety zdarzają się naprawdę.
Usunięty dnia 25.08.2016 20:37 Ocena: Świetne!
No fajnie, skrojona miniatura. Wybrałeś dobrą tematykę- miłość rozdzielona przez wojenny kataklizm, dobry tekścior ;). Na plus tez zasługuje zastosowanie rożnych miejsc geograficznych i nawet okresów w życiu tych bohaterów . No niestety zycie jest czasem bardzo okropne, wzniosłe uczucia zostają niszczone przez czynniki zewnętrzne , czesto tak bezsensowne jak wojna. Nikt nie baczy emocje innych. Nasunęła mi sie tutaj historia Baczynskich z Powstania Warszawskiego, nomoczywiscie inaczej sie to u nich potoczyło ale wojna rownież zdefiniowała ich zycie i naznaczyła klątwa ich miłość . Kurczę taki refleksyjny tekst na wieczor. Taka prawdziwa miłość a nie wydumane historyjki z Hollywood czy Bollywood. ZARYPAŃSKI teskt . 5!!!!

Pozdro ;)
mike17 dnia 25.08.2016 21:32
Bemik, faceci piszą sercem :)
To fakt, to się dzieje.
Nie ma na to bata.
Z tym się rodzisz albo nie.
A z wybaczeniem jak jest?
Nie wiem.
Może tak jak w moim opowiadaniu.
Chciałbym.

Czyngis, cieszę się, że pojawiły się refleksje.
Że coś dałem ku myśleniu.
Bo miało być ku pokrzepieniu serc.
Ku pochwale tego, co w człeku najpiękniejsze.
Złote.
I w tym złocie dające do myślenia, że wojna to tylko początek.
Czasem to zapładnia.
A potem jest już tylko wartość, i gotowość do piękna.

Bardzo dziękuję za wizytę i mądre komenty :)
Nalka31 dnia 25.08.2016 23:32
Pochylałam się dziś nad tym opowiadaniem kilka razy. Wracałam jak bumerang, ale dopiero teraz mogę dodać cokolwiek. Rozwaliłeś mnie tym opowiadaniem na całego. Można znaleźć tu wszystko, co zwie się życiem. Wszystkie jego odcienie, od tych najciemniejszych do tych jasnych, pełnych nadziei i słońca. Czarodziej z Ciebie Mike i nie żeby to były słowa na połechtanie. Dobry, mądry tekst, który czyta się z uwagą do końca. Z jednej strony bardzo delikatny, a z drugiej bardzo męski. Chociaż jest w nim dużo liryki, to jednak czuć, że napisał go facet.

Serdeczności.
Usunięty dnia 26.08.2016 09:38 Ocena: Dobre
Mike jesteś drugą osobą z PP , która tchnęła we mnie ( komentarzem ) asumpt do pisania i wklejania swoich tekstów.
W twoich "tekściorach" jest taka potężna dawka humanizmu min ta miniatura i o Waldku żeby "łyżkami czytać".
Ja niewdzięczna menda zwracam uwagę ( być może przed gorszą mendą), że ze względu na
klimat -średnia temp. + 20 i harakter rolnictwa w stodole mogła być najwyżej słoma.
Panie Boże strzeż Mikea przed gorszymi mendami ode mnie.
Luzaka luzacko pozdrawiam.
mike17 dnia 26.08.2016 10:03
Bo o to właśnie mi chodziło, Nalko, by to życie w we wszystkich jego aspektach ukazać :)
I cierpienie i radość zmieszać ze sobą.
Zawsze zależy mi bardzo, by moje utwory były ludzkie i wielopłaszczyznowe, czasem z niedopowiedzeniami, najczęściej z suspensem.
Lubię pisać o miłości po swojemu, takie "męskie kino".
To wdzięczny, niewyczerpalny temat.

Bardzo się cieszę, że odnalazłaś się w tej historii i że zrobiła na Tobie wrażenie :)
To dla autora największa nagroda.

Grain, miło mi, że się na coś przydałem :)
Zgadza się - humanizm to mój konik :)

Pozdrawiam Was poranną kawą :)
bened dnia 26.08.2016 13:36
Mike,
potrafisz przyciągnąć uwagę i rozrzewnić czytelnika romantycznymi emocjami, które są z życia wzięte i jednocześnie sprawiające wrażenie kompatybilności pod względem specyficznych i niecodziennych wrażeń, jakie towarzyszą miłości, takiej od pierwszego spojrzenia, gestu, dotyku, potrafiącej zakorzenić się głęboko w sercu, rozrastającej się nawet wtedy, gdy podlewana jest głównie łzami, smagana wichrami wojny, dręczona przeciwnościami i złośliwościami losu, rozkwitającej w sile i gorącu wielkiego uczucia.
Cytat:
Nie po­mo­gło rzu­ce­nie się w wir pracy, w któ­rym pra­gną­łem się bez­ro­zum­nie za­tra­cić.Na nic zdały się wie­lo­krot­ne „roz­mo­wy” z bu­tel­ką whi­sky – i tu nie za­zna­łem uko­je­nia.Nie umia­łem od­ciąć się od prze­szło­ści i dla­te­go nie byłem w sta­nie zro­bić kroku na­przód.Wie­dzia­łem, że na­dej­dzie dzień, kiedy będę mu­siał tam wró­cić i cof­nąć czas, bo ina­czej zwa­riu­ję

Świetny opis niedomagań i tortur, jakie towarzyszą tęsknocie i życiu bez nagrody głównej dla serca, przy której wszyscy inni wydają się nic nie wartymi, marnymi "pocieszkami".
Pozdrawiam
mike17 dnia 26.08.2016 13:49
Beniu, wielkie dzięki za jak zwykle mądry, merytoryczny i wyczerpujący koment, który dla autora jest paliwem, dzięki któremu chce mu się dalej tworzyć :)
Moim zamiarem jest wzruszyć i poruszyć.
Jak zwykle zresztą.
I tym razem nie mogło być inaczej.

A co sądzisz o 11-letniej rozłące?
O tym, że tej miłości nie dało się zapomnieć.
I o wielkim akcie serca Andrei, która wybaczyła oprawcy na wózku.
Jestem ciekaw Twoich opinii :)

Pozdro!
zyga66 dnia 26.08.2016 19:37 Ocena: Dobre
No tym razem już lepiej, coś rodem z Biblioteki Żółtego Tygrysa z elementami soft-porno, ale musisz jeszcze trochę doszlifować:
np.: pieprzonego Szwaba zamieniłbym na pierdolonego szkopa.

Ale są miejsca błyszczące np .:

Kiedy już zjadłem zupę, delikatnie położyłem cię na sianie i rozebrałem.
Zamknąłem drzwi stodoły od środka i zdjąłem mundur.

Aż się chce salutować.

No mieszanka jest piorunująca elementy sadystyczne przeplatają się z patriotyzmem i prawdziwym bohaterstwem, że nie wspomnę o romantycznych walorach tego utworu, ale tym zajęły się już moje przedmówczynie.

Pozderki :)
bened dnia 27.08.2016 00:30
mike17 napisał:
A co sądzisz o 11-letniej rozłące?O tym, że tej miłości nie dało się zapomnieć.

Jeżeli spotka się na swojej drodze wcielenie ideału ze snów, przyspieszające bicie serca swoją bliskością, ziszczenie marzeń i pragnień, to jak można o kimś takim zapomnieć? Jak można iść dalej i pozostawić taką osobę w tyle? To jest moim zdaniem nierealne lub absurdalne jak walka z wiatrakami.
Nie rozumiem tylko dlaczego główny bohater tak długo zwlekał z powrotem do ukochanej i dziwię się, że całkiem nie zwariował z tej tęsknoty.
mike17 napisał:
I o wielkim akcie serca Andrei, która wybaczyła oprawcy na wózku.Jestem ciekaw Twoich opinii

Nigdy w życiu bym nie wybaczyła zamordowania bliskiej mi osoby. Nie pojmuję jak można w takich okolicznościach zrezygnować z zemsty i ukarania oprawcy. W głowie mi się nie mieści, że można coś takiego odpuścić. Andrea wiedziała kim jest morderca, pewnie znała jego adres, czyli mówiąc potocznie miała go podanego jak na tacy i zupełnie nic z tym nie zrobiła. To żenujące tchórzostwo z jej strony. Kto zabija niewinnych ten nie zasługuje na to by żyć.
mike17 dnia 27.08.2016 10:28
Trudno tę rozłąkę wyjaśnić, Beniu, miała ona zapewne swoje fazy - od prób zapomnienia, po pełne pogodzenie się z myślą, że bez siebie nie można żyć, i to wszystko leżało w gestii Jimmy'ego, bo to on musiał podjąć decyzję.
Musiało mu przez te lata być ciężko, ale jakoś sobie radził, aż nagle pojął, że musi pojechać na Kretę i odzyskać miłość, której przecież wcale nie stracił.

Odnośnie drugiej kwestii zupełnie się z Tobą zgadzam - tyle że facet na wózku dostał gorszą karę od śmierci - śmierć za życia.
Bo czymże jest wegetacja na wózku i ludzka pogarda?
Niewykluczone, że mógł mieć myśli samobójcze.

A co sądzisz o miłości w czasie wojny?
Czy się różni od tej z czasów pokoju?
Czy wyzwala "coś" więcej?
Margharet dnia 28.08.2016 00:39 Ocena: Świetne!
mike17, jestem wstrząśnięta tą opowieścią i na pewno tak szybko nie zasnę. Jest taki film " Droga Halimy" produkcji bośniacko- chorwacko- słoweńskiej. Właśnie po jego obejrzeniu czułam się tak, jak po przeczytaniu Twojego opowiadania. Film jest jakby wielowątkowy i dzieje się w różnych czasach, po wojnie na Bałkanach, przed lub w trakcie. Trzeba go obejrzeć w skupieniu. Jest tam zakazana miłość, dramat głównych bohaterów i.. nic więcej nie napiszę.Może kiedyś go obejrzysz. A Ty? Jak zwykle przy pomocy pióra namalowałeś piękną historię o miłości, bólu, rozpaczy i przebaczeniu. O tym, że po tak bolesnym upadku można się podnieść do życia i pomimo straty nadal iść do przodu. Powoli, ale jednak iść. Pokazałeś jak różne wręcz skrajne uczucia rządzą ludźmi, miłość i nienawiść i to do czego one doprowadzają. Pokazałeś, że po największej nawet burzy wychodzi słońce. Jestem naprawdę wzruszona i pełna podziwu. Pozdrawiam Margharet.
mike17 dnia 28.08.2016 10:18
Margharet, Twoje słowa to miód na moje artystyczne serce, i to jaki :)
Jest tak, jak piszesz: chciałem pokazać skrajności, cały wachlarz uczuć od złych po te szczerozłote, niezwykłość ludzkich losów, miłość w czasach wojny, w końcu to, co najważniejsze - triumf kochania, którego nie sposób było jednak zapomnieć, okazało się silniejsze.

Wierzę, że zawsze można się podnieść, znam kilka osób, które się dźwignęły z upadku lub wyszły z problemów, człowiek jest silny i nie powinien o tym zapominać.

Jakże cieszą takie komentarze!
Aż chce się pisać dalej i dalej, i cieszy, że to, co napisał, trafia na podatny grunt :)
To bezcenne dla mnie móc czytać Twoje słowa, długo je będę pamiętał.

Niebawem kolejna część cyklu.

Pozdrawiam znad kawki :)
Quentin dnia 28.08.2016 23:54 Ocena: Bardzo dobre
Jak na Księżyc, to tylko we dwoje

Maestria w Hemigwayowskim wydaniu.
Przynajmniej kilka twoich tekstów przywodzi mi na myśl "Komu bije dzwon". Ten również.
Myślę, że temat miłości w czasach wojny to cholernie wdzięczny temat. Głównie pewnie poprzez kontrast, jaki się z tym wiąże. Śmierć - Miłość, Umieranie - Kochanie, Sens życia - koniec życia.

Opowiadanie uzmysławia, że miłość możemy zastać wszędzie, albo ona nas zastać może wszędzie. Poza tym wszyscy chcą kochać i zawsze chcieli. To chyba jedna z niewielu rzeczy, za jakie możemy podziwiać siebie - ludzi dążących do czegokolwiek.

Razem można pójść pieszo na Księżyc i z powrotem, a samotnie...? Samotnie można się tylko ogolić i pójść do piachu.

Wakacje nastroiły cię pozytywnie, Maestro :)
No to dajesz swój cykl, bo i ja chcę co nieco z tego wyciągnąć, choć mam to szczęście od pewnego czasu, że też mam dla kogo żyć i kogo kochać.
Na temat jakości i wykonania nie ma się co rozpisywać. Czytać cię, to ogromna przyjemność i przywilej.

Zapraszam cię przy okazji do spotkania z SHAKESPEAR'EM. Może kojarzysz człowieka? Jeśli nie, musisz poznać ;)

Pozdrawiam
Quen
mike17 dnia 29.08.2016 10:18
Dzięki, stary, za tak obszerny, mądry koment :)
Lubię pisać w hemingwayowskim stylu, a sam Papa jest od zawsze moim idolem.
Lubię też pisać o miłości, ale jak facet, wplatając elementy męskiej prozy.
W czasie wojny kochanie wygląda inaczej, przezywa się je inaczej - jakby już jutro miał się skończyć świat, ten wielki, i ten mały, dopiero co odkryty z tą drugą osobą.
Quentin napisał:

Razem można pójść pieszo na Księżyc i z powrotem, a samotnie...? Samotnie można się tylko ogolić i pójść do piachu.

Święte słowa!
Żyje się dla kogoś, tylko wtedy to wszystko ma sens, a samemu to marna wegetacja, pozbawiona najpiękniejszej rzeczy na ziemi - kochania.
To nie życie, to żałość...
Quentin napisał:
Wakacje nastroiły cię pozytywnie, Maestro

A owszem - zawsze piszę na działce miłosne miniatury i teraz nie mogło być inaczej :)
Lato ma to do siebie, że tak mnie jakoś nastraja.

Wierzę, że cykl przypadnie Ci do gustu, znajdziesz tam bardzo zróżnicowane opka, których wspólnym mianownikiem jest miłość, a więc będzie się działo.
Quentin napisał:
Czytać cię, to ogromna przyjemność i przywilej.

Dziękuję :)

Wielkie dzięki za literacki nalot i tak piękne słowa, stary, dla tego warto pisać.
Nie ma większej nagrody niż zadowolony czytelnik.

Twoje opko na pewno przeczytam, jak zwykle zresztą :)

Pozdro!
bened dnia 29.08.2016 23:44
mike17 napisał:
Bo czymże jest wegetacja na wózku i ludzka pogarda?Niewykluczone, że mógł mieć myśli samobójcze.A co sądzisz o miłości w czasie wojny?Czy się różni od tej z czasów pokoju?Czy wyzwala "coś" więcej?

Chodziło mi o to, że nie powinien dożyć trafienia na wózek...
Wojna i cierpienie potrafią bardzo zmienić psychikę człowieka, przeformułować i zrewaloryzować system wartości, sposób postrzegania świata, w tym i miłości. Ostatnio ktoś mi powiedział, że zawsze, gdy widzi malutkie dziecko przypominają mu się czasy wojny, kiedy Niemcy rozstrzeliwali takie bezbronne maluszki, że to wspomnienie, które wciąż powraca i przekształca rzeczywistość poprzez dodatkowy bagaż trosk i obaw, czy historia się nie powtórzy...
mike17 dnia 30.08.2016 10:17
Właśnie to miałem na myśli - że miłość w czasie wojny zmienia wszystko, staje się bardziej żarliwa, to najzwyczajniej desperackie kochanie, jakby zaraz miał być koniec, wtedy docenia się, czym jest ta druga osoba bardziej niż w czasie pokoju, bo dochodzi pierwiastek zagrożenia życia.
To także wieczny lęk o tę drugą osobę - czy jej nie zabiją, czy nic się jej nie stanie.
Znałem kiedyś pana, który poznał swoją żonę w Powstaniu i pokochali się od pierwszego wejrzenia jak moi bohaterowie - ich małżeństwo przetrwało ponad 60 lat - jakież to piękne!
I opowiadał mi nie raz, jakże wtedy drżał ze strachu, czy ją jeszcze zobaczy żywą.
stawitzky dnia 30.08.2016 21:45
Cześć Mike!

Po tylu Twoich wizytach u mnie, powalczyłem dziś z Twoją prozą. Podoba mi się! Tak jak mówisz, jest u nas podobnie. Lubimy gorszą stronę, tę od diabła! Śmierdzi to wszystko Bukowskim, ale dobrze, bo śmierdzieć ma!

Jedyne, co rzuca mi się w oczy, to częste tłumaczenie zdań na ich końcu. Wiesz o czym mówię? I to nie przytyk, acz subiektywne odczucie, gdyż ja wolę kropkę od przecinka.

Twoje lekkie palce nie są wcale takie lekkie, odnoszę wrażenie, że proza jest dla Ciebie kurtyną, za którą niech się dzieje co chce. To atut. Choć poruszasz się po tematach naturszczykowych, bije od Ciebie wyszukaną formą. I to jest ten problem, który uwielbiam. To jest to pytanie na końcu: kurwa, o co mu chodzi? Albo: jak to tak można? Proza nieodłącznie kojarzy mi się z jej autorem. Nie potrafię czytać, nie myśląc: co autor miał na myśli? Albo zwykłe: kim on jest?

Twoim atutem jest opowieść, chcesz coś powiedzieć. Dlatego też nie jest u nas aż tak podobnie.

Wrócę tu.

stawitzky.
mike17 dnia 30.08.2016 22:38
Stawitzky, nie mam oporów, by pisać o brudach życia.
Co więcej, należy o nich pisać, bo to część życia, tego życia.
Czasem więcej powiedzą o człowieku niż te lepsze słowa, ale...
I dobre słowo jest ważne, bardzo ważne, bo określa człeka lepiej niż złe.
Daje mu radość bycia, czar istnienia, to, że jest, pomimo.

Bukowski jest u mnie zawsze, jest we mnie zawsze.
Bez niego nie wyobrażam sobie pisania.
Nawet, kiedy piszę czułe opko o kochaniu, Buk tam jest :)
Bo jestem facetem i piszę o miłości po męsku.

Dzięki wielkie, chopie, za takie wywnętrzenie :)
Dla mnie jako pismaka to jest coś, to coś zawsze znaczy.
Cieszę się, że poczułeś moje pisanie, że jest w nim coś, co czujesz.
Zdaję sobie sprawę, że nie każdy polubi taką prozę, ale skoro...
Taka mieszanka nie każdemu zrobi dobrze.
Wiem to.
Zatem dzięki i do zoba!
Slavek dnia 03.09.2016 20:57
Cześć :) Opowiadanie trochę przeładowane opisami i dialogi też kurde wydają mi się (subiektywnie oczywiście tzn. introwertycznie ;) ) Ale generalnie z jedenej str. pieknie, a za chwilę brutalnie wręcz okrutnie i mam cholernie mieszane odczucia, heh. Niby bestie przegrały...wcale nie.
Ale koniec optymistyczny i za to wielkie dzięki :)
Ania_Basnik dnia 03.09.2016 21:14
Jestem pod wrażeniem! Wspaniały tekst! Nieschematyczny! Świetnie się czyta.
mike17 dnia 03.09.2016 21:27
Slavku, nie mogę się zgodzić - opowiadanie wręcz ascetyczne, bo mnie zwykle w pisaniu ponosi i piszę trzy razy dłuższe, więc tu dałem lekko zarysowaną fabułę.
Świat, który postrzegam, jest mieszanką Dobra i Zła, czułości i okrucieństwa.
Stąd taka treść, taki przekaz.
Ale też wpasowany w konwencję wojenną, brutalną.
Dzięki, że wpadłeś, zawsze jesteś miło widziany :)

Wiolinowe Baśnie, kłaniam się nisko i dziękuję, zapraszając do moich nowych opowiadań :)

Pozdrawiam :)
Slavek dnia 03.09.2016 21:58
mike17 napisał:
nie mogę się zgodzić - opowiadanie wręcz ascetyczne
:)
Rozumiem, pamiętam Twoje komenty pod wierszami rozłożonymi przez Ciebie na czynniki pierwsze, będące sporą konkurencją dla samych wierszy :)
mike17 dnia 03.09.2016 22:05
Miło to słyszeć, Slavku :)
Dobrej nocy!
Niczyja dnia 05.09.2016 11:23 Ocena: Świetne!
Witak mike17,
Twoje opowiadanie przypomniało mi piękny film "Capitan Corelli". Może pisząc, miałeś go właśnie na myśli, kto wie;)

W każdym razie czytałam je w zatłoczonym pociągu, wracając z gór, rzęsisty deszcz spływał po szybach. Taka była sceneria czytania Twojego opowiadania...
Powiem Ci, że bardzo mi się spodobało. Świetnie napisane, obrazowo.
W myślach wciąż widziałam przepiękną, aktorską parę: Penelope Cruz i Nicolasa Cage'a.

Sama historia - dla mnie nierealna. Nie wierzę, żeby po kilku spotkaniach w stodole, co prawda romantycznych i pełnych uniesień, ich miłość miała szansę przetrwać. Może po jej stronie, ale nie po stronie faceta. Tutaj jestem realistką - co z oczu, to z serca.

Pozdrawiam serdecznie,
Niczyja
mike17 dnia 05.09.2016 11:51
[b]Niczyja,[/b] nie ma człowieka, który mógłby powiedzieć, że wie wszystko o miłości, że zna każdy jej odcień, jest w stanie przewiedzieć i wyjaśnić kręte jej ścieżki.
Ja podjąłem się po raz trzeci tego trudnego zadania - to już trzeci cykl miłośny w tych latach.
Piszesz, że to nierealne - moim zdaniem bardzo realne, wiem to z autopsji, bo poniekąd postacie bohaterów to ja i moja żona.
Jesteśmy razem już 25 lat, i po kilku spotkaniach wiedzieliśmy już, że jesteśmy sobie pisani.
I nic tego nie zmieniło, choć po drodze nie zawsze było różowo.
Zatem w tej miniaturze ukazałem miłość idealną, która potrafi przetrwać w czasie.
I nic jej nie zabije.

Dziękuję Ci za poświęcony czas, czytanie i garść refleksji :)
Miło mi Cię ponownie gościć :)

Jednocześnie zapraszam do najnowszej miniatury - "Zapisani w gwiazdach" i do udziału w MUZO WENACH 3.

Pozdrawiam wesoło!
Ula dnia 05.09.2016 15:51 Ocena: Świetne!
Z przyjemnością czytałam Twoje opowiadanie i przyznam się, że niejeden raz. Teraz wracam z komentarzem, bo naprawdę jest piękne. Dużo refleksji, jeszcze więcej emocji, a do tego płynna i zgrabna narracja.
Pozdrowienia załączam :)
mike17 dnia 05.09.2016 15:56
Ulu, jeśli byłaś tu niejeden raz, to dla mnie znaczy wszystko :)
Muszę powiedzieć, że wiele serca włożyłem w cały ten cykl.
Przekonasz się o tym, czytając kolejne odcinki.
Mam nadzieję, że nie zawiodę )

Pozdrowionka :)
faith dnia 08.09.2016 19:58
Lubię bardzo, gdy wątek miłosny wpleciony jest w wojenną fabułę. Oczywiście jeśli ktoś potrafi to wpleść zgrabnie. Tobie się udało. W tak krótkim opowiadaniu zawarta jest cała gama emocji. Miłość, tęsknota, ból, gniew, przebaczenie... Czytelnik może poczuć zawrót głowy po tak skondensowanej dawce. I czuje, ale ten pozytywny, bo, mz, nie czuć tutaj przeładowania, o co myślę, nie byłoby trudno, bo forma jest rzeczywiście króciutka. Jednak po przeczytaniu tego opowiadania nie ma się wrażenia, że coś zostało w nim upchnięte na siłę. Wręcz przeciwnie. I to jest wielką siłą tej miniatury.

Już jestem ciekawa kolejnych odsłon cyklu :)

Pozdrawiam i cieszę się, że w końcu zebrałam siły, wróciłam do żywych i mogłam gościć u Ciebie :)
mike17 dnia 08.09.2016 20:52
To mój debiut w literaturze "wojennej", więc tym bardziej cieszy mnie Twoja opinia.
Cóż, u mnie miłość zawsze na pierwszym planie, zawsze nawet gdzieś między wierszami.
Ale zawsze.
I ten cykl oparty jest na miłości, na różnych jej odcieniach, i różni są jej adresaci.
Jednak jest ona wszechobecna i ustala pewne granice.

Starałem się, by tempo było w miarę szybkie, by wszystko leciało jak kula armatnia.

I chciałem też, by nie było miejsca na obojętność.
Ta intensywność uczuć miała zamieszać w głowie, poruszyć i wzruszyć.
Jeśli mi się to udało, to jest nieźle :)

Kolejna część cyklu już na portalu - zapraszam :)
Każda z tych opowiastek będzie inna, jednakże taka sama :)

Pozdrawiam wieczorowo :)
hopeless dnia 08.09.2016 22:10
Cytat:
Wy­tłu­kli wszyst­kich moich kum­pli, a ja bie­głem jak osza­la­ły przed sie­bie, ści­ska­jąc w ręku ka­ra­bin i ostat­ni gra­nat
- Wybacz, ale rozśmiesza mnie poza jaka autor próbuje przyjąć... Wojna to nie zabawa, bieganie można zacząć w przedszkolnym ogródku, nawet postrzelać z kapiszonów, ale kto uwierzy w prawdziwość odczuć spisanych na kolanie w domu? mike17 - nigdy nie byłeś na wojnie, a jest ich wokoło wiele, nie pisz o czymś, o czym nie masz pojęcia. Masz fajny warsztat, nawet ortografia i przecinki Cię lubią, ale nie katuj mnie czymś co znasz tylko z filmów... Nie da się pisać o czymś tak osobistym jak wojna, nie będąc tam... Pozdrawiam.
mike17 dnia 08.09.2016 22:16
W wyszczególnionym fragmencie wszystko jest ok.
Jeśli tego nie rozumiesz, poproś kogoś mądrzejszego, niech Ci wytłumaczy.
A poza tym warto skupić się na utworze jako takim, nie czepiając się nierozumianym przez siebie fraz, ogarnąć go jako całość i poczuć, co autor chciał przekazać, jaki miał zamysł.
A ja miałem, i to wiele, postaraj się sięgnąć głębiej, a Ci ulży.

Pozdrawiam wieczorowo.
hopeless dnia 08.09.2016 22:19
Pewnie się nie poznałem, sorry.. Przepraszam za komentarz. Masz rację. Pozdrawiam.
Wybacz, ale miałem nie komentować. Sprowokowałeś. OK. Niech tak będzie.
Piszesz zgrabnie, to nie znaczy dobrze. Nauczenie się ortografii niczego nie zapewnia. Co masz za pomysły? Skąd czerpiesz wzorce? Sam przyznasz, ze z filmów. Co sam przezywałeś? Nic. Domyślam się małomiasteczkowej przeszłości, sklepu na rogu, znajomej sprzedawczyni... Przecież nie przekonasz mnie, ze walczyłeś w Wietnamie, Libii, Iraku. i teraz masz kaca... Dobrej nocy, chyba, że chcesz abym kontynuował?...


OK, dopowiem. Teraz masz kaca, ale nie, że poczułeś powiew historii, ale wstyd, że nic, naprawdę nic Cię nie określa, bo jesteś nijaki, piszesz niejakie historie, a życie jest jedno. Ciekawe.

--------------------------------------------------------
3.4 Zabrania się Użytkownikowi prowokowania sytuacji konfliktowych w komentarzach, prywatnych wiadomościach, na forum, w shoutbox, etc.
6.9 Zabronione jest komentowanie innych komentarzy i osób komentujących.
6.10 Zabronione są komentarze ad personam.
9.6 Zabrania się Użytkownikom działania na szkodę Portalu.
przyp. red. f.
mike17 dnia 09.09.2016 13:26
Nie trolluj, kolego, pod moimi tekstami, i gęby sobie mną nie wycieraj, zwłaszcza że mnie nie znasz.
Jeśli będziesz wracać, zajmie się Tobą Redakcja - masz to jak w banku.
viktoria12 dnia 09.09.2016 20:01
Nagroda św. Rity, potęga przebaczenia. Niełatwe, prawdziwe. Kobiety chyba szybciej przebaczają niż faceci.
Wojna. Za Afganistan na jakimś portalu dostałam w komentarzu ochrzan. Kilka lat później wracam do tamtego tekstu i myślę sobie, że nie zmieniłabym ani jednego tam zdania, ani nawet wyrazu.
I u Ciebie wszystko gra.
Stodoła i seks. Czytałam powieść, o pięknym seksie w stodole, ech... Żal tylko, że nie umiem przypomnieć sobie tytułu i autora. Ale jak minie zmęczenie spowodowane dość nagłym zawrotem akcji w zdrowiu kogoś bardzo mi bliskiego - poszperam w książkach i dam znać.
Więc tam i tu - wojna i ukrywający się facet. Stodoła, kobieta, miłość, seks. Zabijanie.
Może i strzelał na oślep? Stawiam znak zapytania, bo nie wiem. Inny klimat niz Irak, Afganistan....Misjonarze udostępniają w sieci różne foty. Co zostaje z psychiki człowieka, który wśród trupów został sam?
Zabija, to jasne. Czy stu Niemców? No, może ma fantazję. Wolno mu. Nawet autorzy Biblii są postrzegani, jako ludzie obdarzeni wodolejstewm. Oczywiście, Bóg zezwala.
Zakończenie piękne. Lubię takie.
Takie luźne spostrzeżenia, Mike.
Dobrej nocy.
mike17 dnia 09.09.2016 20:21
Miło mi widzieć Cię, Viktorio, pod tą historią miłosną :)
Czemu stodoła?
Ano dlatego, że ze wsią kojarzą mi się stodoły, kurniki, chlewiki i obory.
Stodoła wydała mi się akuratna.
To mój debiut, jeśli chodzi o opowieść quasi wojenną.
Będą następne, ale póki co postanowiłem spróbować czegoś nowego.
Ten cykl jest cyklem miłosnym, dzieje się w różnych miejscach, tym razem w Grecji, w stodole, i nie tylko, ale tam to wszystko się zaczyna.
Postanowiłem pokazać, że czas nie zabija miłości, że potrafi ona przetrwać.
Jak tu, w tej miniaturze.
I po latach wszystko wraca do punktu wyjścia.

Bardzo dziękuję za obszerny koment, zapraszam Cię za parę dni do kolejnej miniatury, również wojennej, może przypadnie Ci do gustu?

Pozdrawiam wesoło :)
Verbaa dnia 19.09.2016 19:48
Witaj, Mike :)
Skoro się zapowiedziałam, jestem i u Ciebie ;):)

To bardzo miłe uczucie, mieć świadomość, że są mężczyźni, którzy potrafią pisać o miłości w sposób tak czuły, a jednocześnie prosty. Bo miłość powinna być prosta, albo kogoś kochamy, albo nie.

Biedni mieszkańcy tej wioski, ileż musieli się nacierpieć. To straszne - wojna jest potworna sama w sobie, bitwy, potyczki... Ale gdyby to było tylko to... Ta przemoc, okrucieństwo przenosi się z pola walki do domostw, łamiąc życie ludzi.

Nie oszczędziłeś cierpienia bohaterom, jednak na koniec zafundowałeś im namiastkę szczęśliwego zakończenia - a może to jedyny happy end, jakiego mogą doświadczyć, dożywając swych dni z bliznami na sercu i duszy.

Ja osobiście nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia - fascynację, pożądanie - i owszem. Ale miłość jest w moim mniemaniu zbyt permanentna, by mogła "pochłonąć" człowieka w minutę albo dwie. Nie znaczy to jednakże, że o takiej nigdy nie piszę - nie trzeba mieć osobowości psychopaty i mordercy, żeby pisać "porażające" kryminały ;)

Bardzo mi się podoba Twoje pisanie, zarówno tematyka, jak i sam styl. Z pewnością jeszcze do Ciebie zawitam :)

Pozdrawiam,
Verba.
mike17 dnia 19.09.2016 20:54
Cześć, Verbaa, miłość od pierwszego wejrzenia istnieje, jestem jej przykładem, od 25 lat :)
Czasem to Cię tak uderza, że nie wiesz, jak się nazywasz, a potem jest już tylko "potem".

Cierpienie jest częścią życia, jak szczęście, więc nie można zamiatać go pod dywan.
Wylezie...

Końcówka nie była namiastką, była happy endem.
Ludzie, którzy wiele przeszli, odnajdują szczęście i harmonię.
Znów wygrywa kochanie.

Cieszę się, że podoba Ci się moje pisanie :)
Miło to słyszeć.
A zatem zapraszam znów niebawem?

Pozdro!
viktoria12 dnia 26.09.2016 10:51
Cześć Mike

Wracam z tytułem książki, o której wspomniałam w poprzednim komentarzu.
,, Farma nad wydmami" . Autorka: Susan Wilson.

Przy okazji: dziękuję za zaproszenie do innych Twoich miniatur. Byłam, zerknęłam. Tel Awiw znam już chyba na pamięć. Czytałam wielokrotnie i porównywałam z realem zastanym w Tel Awiwie, Izraelu, wśród Żydówek, Żydów. To jest bardzo ciekawy, pełen sprzeczności świat, który w tym roku zwalił mnie z nóg. Wrażeniami. Zwyczajnie, po prostu. Inaczej to wszystko sobie wyobrażałam, inaczej jest.

Czy Żydówka z Twojego opowiadania, przez ciebie wykreowana ma prawo istnieć w takiej postaci? Tak, ty ją wykreowałeś, jesteś Autorem.
Czy lubię Twoją bohaterkę? Nie. Bo jest kłamczuchą. I ten dentysta niewiele lepszy od niej. Ale się dobrali. I basta.

Jeżeli tekst budzi skrajne emocje, to chiba git?
mike17 dnia 26.09.2016 11:08
Nie znam tej autorki i jej książki, możliwe, że i u niej była miłość w stodole - mnie ten motyw wydał się świeży i nowy :)
Moi bohaterowie są często niezwykłymi ludźmi, choć z pozoru zwyczajnymi.
Piszę, by poruszyć czytelnika, i jeśli mi się to udaje, to czuję się spełniony.
Doris i Mike wiedli podwójne życie, ale nie zdradzali swoich małżonków, a to o czymś świadczy.
Sam mam wiele przyjaciółek, a od 25 lat tę samą żonę, człowieka mi pisanego w gwiazdach :)
A jeśli tekst budzi skrajne odczucia to git majonez - gorzej jakby nie budził żadnych, a komentujący nie pozostawiliby po sobie żadnego śladu.
ajw dnia 31.10.2016 19:35 Ocena: Świetne!
Na początku miałam wrażenie, ze Jimmy to Franek Dolas, bo jakoś tak w tym klimacie postrzegałam jego relacje z dziewczyną o wdzięcznym imieniu Andrea (zdaje się, że Franek też bałamucił jakąś Andreę ;) Potem nie było mi już do śmiechu. Okrucieństwo zawsze budziło we mnie zwatpienie w drugiego człowieka. Dobrze, ze chociaż zakończenie optymistyczne, bo nie dałabym rady pójść później spać. Jak zwykle wciągająco. Dziękuję za zaproszenie :)
mike17 dnia 02.11.2016 10:54
Dzięki, Iwonko za odwiedziny i podzielenie się swoimi refleksjami :)
Chodziło mi o zderzenie brutalności życia i wojny z miłością i wszystkim, co się z nią wiąże.
W całym moim cyklu są dobre zakończenia, więc i tu nie mogło ich zabraknąć,
Wygrywa miłość, a zło zostaje ukarane.
Choć niestety pozostanie w pamięci...

Pozdrawiam i zapraszam wkrótce znów :)
JaDziekuje dnia 20.12.2016 21:40
Hej :)
Klimat wojenny od zawsze jest mi bliski. Więc początek szybko mnie wkręcił :)
Ciekawa historia zakończona nie do końca szczęśliwie...
Raz się wzruszyłem, raz trochę czułem przesłodzenie klimatu. I dialogi w pewnych momentach wydawały mi się nie naturalne...ale ja tu o ZŁYCH rzeczach a to drobiazgi...
Historia mnie od razu wciągnęła, zaciekawiła i czytałem jednym tchem :)
Wzruszająca historia miłości z dramatem wojny w tle bardzo mi się podobała. Czego nie spodziewałbym się po sobie, bo historie miłosne wydawało się, że mało mnie ciekawią... tu jest inaczej.
DZIĘKUJĘ ZA MIŁO SPĘDZONY CZAS :)
mike17 dnia 20.12.2016 23:15
JADZIĘKUJĘ, witam Cię tej nocy!
Nie udało mi się jakoś pogrubić twego nicka.
Co za miły koment!
Czy historia kończy się nie do końca szczęśliwie - chyba happy endem.
Wiem, że łatwo odnieść wrażenie, że dialogi romantyczne i czułe mogą brzmieć jak przesłodzone, ale jak odnosimy się do swoich kobiet?
W krótkich, żołnierskich słowach, o nie!
Właśnie tak, delikatnie i bardzo namiętnie.

Wojna i miłość, miłość i wojna - ależ te rzeczy się przeplatają!

W mojej prostej opowieści, choć brutalnej chwilami, dochodzi jednak do radosnego finału.
Bo co komu pisane...
Czasem na kochanie warto poczekać.
Ono też czeka.
I kiedy nadjedzie czas, wszystko się wypełni :)

Dzięki za czytańsko i miło spędzony czas!

Zapraszam niebawem :)
Kazjuno dnia 15.06.2018 07:54
Powiem Ci Mike, że to opowiadanie podobało mi się najbardziej. O desancie niemieckich Falschirmjäger na Kretę - jako osobnik interesujący się historiami wojen - co nieco wiedziałem. Szczególnie jako boksera zainteresował mnie wątek niemieckiego mistrza świata w wadze ciężkiej Maxa Schmelinga, którego goebelsowska propaganda lansowała jako wspaniałego komandosa, (nie używano jeszcze tego określenia w odniesieniu do desantu powietrznego). Maxowi przydzielono dziennikarza i fotoreportera wojskowego pisma Stürmer, by fotografował hitlerowskiego idola w czasie owej kampanii. Niestety propagandowe działania się nie powiodły. Zachowały się zdjęcia pokazujące jak wnoszono na noszach rzekomo rannego Schmelinga do transportowego samolotu. Lecz słynny bokser nie był wczale ranny. Dostał silnej biegunki. A to - rzecz jasna - przemilczano w hitlerowskich mediach.

Lecz chylę Mike czoło. Przepięknie opisałeś miłość, na tle rzetelnie zaprezentowanego wycinka historii WW2.

Mimo, że twoje opowiadania zazwyczaj wywołują wzuszenie, "Na księżyc i spowrotem" spodobało mi się wyjątkowo.
Sprowokowałeś mnie (co stanowi o edukacyjnych walorach opowiadania) do przeczytania ciekawych materiałłów historycznych o tym wycinku strasznych zmagań wojennych. Dla chętnych załączam link: https://pl.wikipedia.org/wiki/Bitwa_o_Kret%C4%99
(Jest ilustrowany świetnymi zdjęciami)

Wielkie gratulacje Autorze, pozdrawiam serdecznie, Kaz
mike17 dnia 15.06.2018 19:44
Cieszę się, Kaziu, że moje opko przypadło Ci do gustu :)
Lubię poruszać mało znane fakty z II wojny światowej, i tu tak się stało.
Ta operacja nie każdemu jest znana.
Mnie osobiście zawsze porywał wkład ludności greckiej w tępienie szwabów.
Dlatego potem, tak jak my, poznali piekło łapanek i ulicznych rozstrzeliwań.
Dlatego dziś tak nienawidzą Niemców :)

Chciałem ukazać miłość w najprostszym wymiarze - żywiołową, nagłą, nieokiełznaną, i to, że jeśli się jej dotknie, nic już nie będzie takie jak dotąd.

Dlatego mój bohater wraca po latach do miłości sprzed lat, by ją mieć na zawsze.

Czemu w ogóle o tym piszę?
Bo wierzę w takie rzeczy.
Poczułem na sobie siłę kochania, więc wiem, czym może być w życiu człowieka.
Na tę kartę warto zawsze postawić.

Kaziu, teraz chciałbym Ci polecić miniaturę POCZTÓWKA Z TEL-AVIVU.

Znów klimat wojenny, znów on i ona...

Pozdrawiam Cię gorąco :)
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Elminster
23/04/2019 18:10
@Marek Adam Grabowski nie zmieniłem czcionki, ponieważ… »
cliffhanger
23/04/2019 16:47
Bardzo dobre. »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:16
Widzę, że powtarzasz błędy z poprzedniej części. Nawet… »
Marek Adam Grabowski
23/04/2019 16:08
Bardzo piękny wiersz. I piszę to mimo tego, że nie przepadam… »
al-szamanka
23/04/2019 14:55
Nie dziwię się, że próbowała utonąć. Doskonale pokazałaś… »
Madawydar
23/04/2019 12:09
Fabuła zapowiada się całkiem nieźle. Błędy są, ale nie… »
pociengiel
23/04/2019 10:01
Dzięki. Jest najlepsza. Aczkolwiek zaszalałem dodając cztery… »
allaska
23/04/2019 09:38
Popracowalabym nad ostatnia strofa:) »
AntoniGrycuk
22/04/2019 21:14
Marku, dzięki za nalot na tę mini-miniaturę. I za taką… »
Marek Adam Grabowski
22/04/2019 20:18
Świetne. Tylko tyle i aż tyle. Pozdrawiam »
maleo
22/04/2019 10:31
Pełen uczuć, słodki :) »
al-szamanka
22/04/2019 05:26
Hmm, widać wyraźnie, że puenta ma tu być z założenia mocna i… »
Scareto
22/04/2019 01:28
Dziękuję ślicznie za wizytę! :) Czy puenta nie wydaje się… »
22227
21/04/2019 20:54
Ciekawy tekst szczególnie: "ile muszę popełnić… »
22227
21/04/2019 20:36
Bardzo fajny wiersz. samotna świadomość bogini zwycięstwa,… »
ShoutBox
  • mike17
  • 23/04/2019 18:46
  • Głosujcie w MUZO WENACH 7 na swoich faworytów, oto konkursowe namiary : [link]
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:31
  • A kto inny mówi, że w Słowniku Poprawnej Polszczyzny z 2016 jest: winny wszystkiemu. I co tu sądzić? Ja mam tylko taką sugestię: być winny wypadku, zdarzeń (kogo, czego).
  • AntoniGrycuk
  • 23/04/2019 13:27
  • Otóż dzwoniłem do poradni językowej Uniwersytetu w Poznaniu. Podano mi, że w słowniku sprzed 40 lat obie formy są dopuszczane, a w nowym tylko w formie dopełniacza. Więc: winny wszystkiego.
  • Dobra Cobra
  • 23/04/2019 10:40
  • Jaka piękna wymiana celowników i dopelniaczy ! Lata cale czekałem na taką rozrywkę umysłową na Sb.
  • MitomanGej
  • 23/04/2019 04:30
  • "Wszystkiemu" to celownik, a "wszystkiego" - dopełniacz. Z logicznego punktu widzenia poprawna jest forma z końcówką -ego, gdyż jesteśmy winni kogo/czego, w celowniku to możesz być winny koledze 5 zł
  • AntoniGrycuk
  • 22/04/2019 18:12
  • Dzięki. Choć logicznie to brzmi, jakby chodziło o znaczenie słowa winny w sensie długu, a nie przyczyn wydarzeń.
  • al-szamanka
  • 22/04/2019 18:02
  • Jestem winny WSZYSTKIEMU... WSZYSTKIEMU jestem winny.
  • mike17
  • 22/04/2019 16:51
  • Nasza zabawa trwa. Głosujcie w MUZO WENACH 7, łatwo czytać miniatury, bo jest ich niewiele. Dlatego liczę na Wasz odbiór i cenne głosy. Czekają na nie też Autorzy, którzy zaszczycili konkurs :)
Ostatnio widziani
Gości online:27
Najnowszy:aciri
Wspierają nas