Zapisani w gwiazdach - mike17
Proza » Miniatura » Zapisani w gwiazdach
A A A
Od autora: Zapraszam serdecznie do drugiej części miłosnego cyklu, gdzie odkryjecie, czym może być kochanie, akceptacja, nienawiść i wdzięczność. Czy już gotowi? W takim razie jedziemy!

 

 
Mogła mieć dwadzieścia lat, nie więcej, kiedy pierwszy raz zobaczyłem ją w tamtym lokalu. Pewnie w innym miejscu nie zwróciłbym na nią nawet uwagi. Pewnie w morzu innych twarzy nigdy nie przykułaby mego spojrzenia. Kiedy to było? Jakoś trudno mi sobie teraz przypomnieć, pamiętam jednak, że było skwarne, ciężkie lato, takie, co to zdarza się raz w stuleciu, i właśnie wtedy musiał być ten jeden raz, gdy to się podobno dzieje. I tak sobie w mig skojarzyłem ją z tym morderczym, zagęszczonym jak syrop upałem - nie było potem już takiego lata i takiego żaru.
 
Była średniego wzrostu i równie średniej urody – nie za gruba, ani nie za chuda, ciemnowłosa, rysy twarzy nienadzwyczajne - przeciętna, lecz w dobrym tego słowa znaczeniu, – choć istniały ładniejsze od niej, wyższe i obdarowane przez los bardziej kobiecymi figurami, o niej można było śmiało rzec, że miała coś w sobie, co wyróżniało ją wśród rówieśniczek i setek innych młodych, ładnych dziewczyn – to coś, czego nikt nie umiał nazwać i ująć w słowa.
Może sposób bycia, może barwa głosu, może ciepła, młoda opalenizna?
Może trochę kocie, powolne ruchy kogoś, komu się nigdy nie śpieszy i lubi siebie takim właśnie, woli, gdy wszystko odbywa się nie za szybko, ani nie za wolno.
.
W tamto upalne lato ubrana była w biały fartuch, okrywający młode, opalone ciało, a jej wielkie, brązowe oczy ciekawie obserwowały każdego, kto wchodził lub wychodził z cukierni, w której wtedy pracowała od kilku dni, razem z kilkoma, innymi kobietami, od niedawna zatrudnionymi tam przez jedynego mężczyznę wśród nich – właściciela - człowieka dobiegającego już sześćdziesiątki, Edwina Mohra.
 
Wnet już wiedziałem, że nie była Anną ani Ewą, była Sonią, i przyznam, że to imię bardzo do niej pasowało, przynajmniej w moim mniemaniu. I na chwilę zapomniałem o bólu zębów, który prawdopodobnie będę odczuwał po zjedzeniu owych pączków, które zaraz kupię, i kiedy zbliżyłem się do niej i spojrzałem na nią, mówiącą bez przerwy i ożywioną, żywo gestykulującą szczupłymi, opalonymi, rękoma zrozumiałem, co potem wielu z nas mogło w niej widzieć, a na co nigdy nie mieliśmy definicji.
Były to jej zęby.
To one przykuły natychmiast uwagę i wysunęły się na pierwszy plan, zaistniały nagle samoistnie, własnym, wielkim, olśniewającym życiem, w oderwaniu od reszty twarzy, która przeciętna - jakich wiele w morzu innych twarzy młodych, ruchliwych kobiet - wówczas wydała mi się wręcz brzydka w porównaniu z nimi, i zaskoczyła szybkim, nieoczekiwanym kontrastem.
 
Mimowolnie drgnąłem.
Kiedy jej usta rozchyliły się i błysnęły dziesiątki, białych jak kość słoniowa zębów, pięknych i drobnych poczułem, jak niewidzialna ręka przesuwa kostkę lodu po mym grzbiecie, wolno i jakże niewybaczalnie zmysłowo.
Coś utwierdziło mnie w żelaznym przeświadczeniu, że pewnego dnia ta dziewczyna najzwyczajniej sprawi, że moje zwyczajne życie stanie się magicznym pasmem zbiegów okoliczności, splotów nieprzewidywalnych dni, i nocy, kiedy czas stanie, bo pewne minuty są z innego wymiaru, gdzie to, co ludzkie, nie ma głosu.
 
I kiedy leżeliśmy na kocu nad rzeką, nadzy i zaspokojeni, powiedziała mi tak lekko, tak zwiewnie, że odparłem równie spokojnie:
- Mnie to nie przeszkadza. Ty się liczysz, Soniu, tylko ty. I wszystko, co się z tobą wiąże.
- Ale on…
- Daj spokój. Dla mnie to nie problem.
- Czy mógłbyś?
- Tak. Wiem to.
- Przecież…
- Kocham cię. A to wiele znaczy.
- Ale on ma…
- Wiem, że ma, i co z tego?
- Tamten może kiedyś wrócić.
- Nie wróci.
- Skąd wiesz?
- Już by to zrobił.
- Mały ma dopiero roczek. Tamtego nigdy nie skojarzy.
- Oby tak było. Po co mu przekleństwo na całe życie.
- Piętnaście lat kiedyś minie. Tyle dostał. Są też przepustki. I co wtedy?
- Zostaw to mnie.
- To chory człowiek. Dla niego zabić, to jak dla ciebie zjeść pączka.
- Jakoś mnie to nie bierze.
- Boję się. O siebie, o nas, o małego.
- Zaczekam na niego. Mam nadzieję, że tu nie przyjdzie.
- Przyjdzie. Coś mi mówi, że zrobi to przy najbliższej okazji.
- Wtedy spotka mnie.
 
Steven, kochaliśmy się z twoją mamą jak nikt nigdy przed nami.
Byliśmy dla siebie stworzeni, zapisani w gwiazdach, dwie połówki tego samego jabłka.
Nie było dla mnie przedtem innej kobiety – kiedy ją ujrzałem, zrozumiałem, że nie zaznam spokoju, jeśli się z nią nie umówię, nie skradnę pocałunku, nie dotknę dłoni.
Zrobiłem to bardzo szybko: mama nie odmówiła, podobałem jej się i poszliśmy nad rzekę.
Było lato, i w nas był sierpień, sierpień naszego kochania.
Kąpaliśmy się nago w rzece, a z góry księżyc, ten stary zakapior, patrzył na nas z uśmiechem i błogosławił, bo pewne rzeczy dzieją się w życiu tylko raz, albo nigdy, i nasz raz był właśnie wtedy.
Kiedy mamy przy tobie nie było, opiekowała się tobą ciocia Helen, sąsiadka, stara panna.
Nigdy nie płakałeś, jakbyś czuł, że wszystko idzie w dobrym kierunku, że życie, które ci dano, obdarzy wieloma skarbami.
Bo rosłeś wśród miłości, jaka rodzi się bardzo rzadko – nam dane było poczuć jej smak.
Poczuć, czym może być kobieta dla mężczyzny, czym może być bicie dwóch serc.
 
- Soniu, kocham cię. Nikomu tego nie mówiłem, nie było nikogo. Dopiero teraz ty…
- Mike, dziękuję ci za „to”.
- Nie musisz.
- Ale chcę.
- Jesteś moja ze wszystkim, co twoje.
- Nie każdy by tak powiedział.
- Nie jestem każdy.
- To ty powinieneś być jego…
- Nie kończ.
- Dobrze.
- To już pięć lat. On nadal jest tam. Nie bój się. Na szczęście mam płytki sen.
- On kiedyś wyjdzie i co wtedy?
- Nic. Nic nie wskóra.
- Obyś miał rację.
 
W każdej wolnej chwili chodziliśmy nad rzekę, rozkładaliśmy koc i kochaliśmy się.
Zabierała mnie do nieba za każdym razem, kiedy byłem w niej, gdy czule obejmowała mnie nogami i całowała, jakby świat miał jutro rozpaść się na milion kawałków, jakbyśmy mieli nie doczekać świtu.
Nasze kochanie jednak pokonało czas – mijały lata, a ja i Sonia bywaliśmy nad wodą, choć obok galopowały miesiące, zimy i wiosny, gasły soboty i wtorki, a ja czułem całym sobą, że bardziej szczęśliwy już nigdy nie będę, moje „tu i teraz” znaczyło bramy raju.
I kiedy pieściłem jej młode, opalone ciało wiedziałem, że bez niej zgasnę.
Jedliśmy pączki z cukierni i Sonia mówiła, że mało ją to obchodzi, że nie mogę mieć dzieci.
I dla mnie było to zaskoczeniem: nigdy nie byłem u lekarza, więc skąd mogłem o tym wiedzieć, wszak nie robiłem przedtem żadnych badań.
Jakoś nauczyłem się z tym żyć – miałem ją, i niczego więcej nie potrzebowałem do szczęścia.
 
Steven, rosłeś i patrzyłeś wesołym okiem na nasze szczęście.
Pamiętasz wyprawę do Weird Smilin”?
Kiedy łowiliśmy pstrągi, brodząc w potoku?
Mama robiła nam z brzegu zdjęcia, a ty pozowałeś jak wytrawny wędkarz.
Potem zrobiliśmy ognisko i zjedliśmy ryby, popijając sokiem jabłkowym.
Grałem ci na harmonijce „Old Apache Squaw” Johnny’ego Casha, a ty klaskałeś radośnie, podczas gdy mama tańczyła, ciesząc się tą niepowtarzalną chwilą.
Jeśli miałbym zakląć w magicznej sekundzie moje błogosławieństwo, byłaby nim tamta noc.
Jakże zakochani, jakże sobie bliscy, i on, ten mały mężczyzna między nami – ty, Steven.
Nigdy nikogo nie kochałem, aż poznałem twoją mamę, i wówczas pojąłem, że to mój czas.
Że już tak musi zostać, że zrobię wszystko, bym stał się jej mężczyzną.
I nie obchodziło mnie, że pracuje w cukierni, że nie ma studiów, ja też nie miałem, liczyło się dla mnie tylko to, co do niej poczułem, kiedy ją po raz pierwszy zobaczyłem za ladą.
Bo zawsze wierzyłem w miłość.
Bezwarunkową, taką, która czyni w życiu człowieka trzęsienie ziemi.
 
- Mike, to może stać się w każdej chwili.
- Co?
- Oni po tylu latach mają wolne.
- A czemu miałby akurat nas odwiedzić? To już wieki, odkąd tu ostatnio był.
- Właśnie dlatego. On nie popuści. Znam go, to bydlę. Wcześniej czy później dostanie przepustkę. Pewnie już wie, że z tobą żyję. Że cię kocham. Że mały… że i on…
- Soniu, kocham cię. Nie bój się. On nie da rady.
- Budzę się w nocy i słyszę jego głos nad sobą: „Zabiję cię, suko, zabiję”.
- Tak, często krzyczysz we śnie, ale to się zmieni.
- To się nigdy nie zmieni, dopóki on żyje.
- Jestem z tobą.
- Wiem, i może dlatego jeszcze nie zwariowałam.
- On tu nie wejdzie.
- Tego nie wiesz.
- Teraz już wiem.
 
W marcu 1965 bardzo wiało, tak, jakby wszystkie diabły powiesiły się w piekle.
Była noc, ciemna jak przekleństwo, podła jak umieranie.
Nawet nie wiem, jak to się stało, jak udało mu się dostać do domu.
Jak cień bezszelestnie wszedł do naszej sypialni.
Ile na nas patrzył, tego nikt nie wie – musiał być w pokoju przez jakiś czas, zanim zdecydował się na krok, na coś, co żyło w nim od lat, a teraz mogło znaleźć upust.
Obudził mnie przeraźliwy krzyk Soni.
- No co, tak witasz męża? – krzyczał, trzymając jej nóż na gardle. – A ty, synku, co się tak gapisz, taty nie widziałeś? Tata jest w domu i zrobi z wami porządek. Mam wolne do jutra, więc mój nóż wyrówna rachunki.
Już nie spałem, słyszałem wszystko, i wstałem z łóżka jakby nigdy nic, jakbym szedł na poranną jajecznicę:
- Wynoś się stąd – powiedziałem.
- Że co?
- Wynoś się stąd – powtórzyłem.
- Mieszkasz w moim domu, walisz moją kobietę, otumaniasz mojego syna.
- To nie jest już twój dom. Nigdy nie był. Rodzina Soni go wykupiła dla niej.
- Wszedłeś w moje kapcie, w moje życie, śmieciu.
- Zabierz ten nóż. Ona ma delikatne gardło. Poza tym Steven patrzy, nie zauważyłeś?
- A niech patrzy, skoro matka zdzira.
 
Pierwsze cięcie nie było głębokie.
Potem śmiał się i zlizywał z noża jej krew, trzymając ją od tyłu za włosy.
Nie wytrzymałem, i mało mnie obchodziło, co się ze mną stanie:
- No chodź, potnij mnie, skurwielu, zabij, masz jaja do tego? Łatwiej zabić kobietę? Może i małego zarżniesz? Bo się nie obroni, tak?
- Ktoś to musi zrobić. Głos mi powiedział, że muszę. On jest w mojej głowie.
- Głos?
- Tak, to musiał być Bóg.
- Kazał ci nas pochlastać, tak?
- Tak. Po to tu przyszedłem. Jako wasze miłosierdzie. Pomogę wam iść do raju.
- No to zabij. Zabij mnie, ale ich zostaw w spokoju. Puść ją, jeden raz to o jeden raz za dużo.
 
Steven, kiedy umierała twoja mama, stałem obok i krzyczałem, by pociął mnie.
Bym to ja poszedł do piachu, ale to odeszła moja ukochana, jedyna kobieta mojego życia.
Twoja mama, moja Sonia, mój anioł stróż, z którym przeżyłem wiele lat w szczęściu.
I choć mogłem go zabić, bo obok wisiały na ścianie noże kuchenne, padłem na kolana i zapłakałem, ja, człowiek nieznający samego siebie, jednak wolny od żądzy mordu.
To ból wziął mnie wtedy w swe władanie, to on sprawił, że ręka nie zadała ciosu.
Poczułem zapach piekła, które nagle wsączyło się do duszy i rozlało mętną falą.
Nie wiem, jak to przeżyłem, nie wiem, jak to możliwe, że nie pękło mi serce.
Że nie postradałem zmysłów – wtedy widziałem tylko ją, tam, na podłodze.
Przysunąłem się do trupa Soni i pocałowałem ją, ostatni raz, jakże beznadziejnie.
Gdzieś gasła radość, jaką mi dawała, gdzieś umierała nadzieja na szczęśliwe życie.
Wziąłem ją na ręce i delikatnie położyłem na łóżku, poprawiając poduszkę, jakby miała jutro rano znów obudzić mnie swoim słodkim uśmiechem i zaprosić na poranną kawę z czekoladą.
Jakby miłość, która kiedyś spadła na nas z gwiazd, miała otulić czułym płaszczem.
Ręcznikiem okręciłem krwawiącą szyję.
 
Wtedy zza szafy niepostrzeżenie wyszedł Steven i zapytał ze łzami w oczach łamiącym się głosem, w którym była śmierć i niedowierzanie:
- Dlaczego zabił pan moją mamę?
- Zamknij się, szczeniaku! – krzyknął Fred.
- Pan jest mordercą.
- Jestem twoim tatusiem, kochany – wysapał. – Chodź, przytulę cię, mały.
- Nie znam pana. Mój tatuś stoi tam - to powiedziawszy, wskazał na mnie.
- Zarżnę go zaraz, zakład?
- Niech pan zarżnie mnie – powiedział Steven. – Tylko mnie. I niech pan nie zabija już nikogo w tym domu. Mam tylko dwanaście lat, ale moje serce wiele czuje. Kocham ludzi, i świat. Pan pewnie nie…
- Nie.
- Więc proszę: zabije mnie pan?
- Ty gnojku!
- Niech mnie pan zabije, jak moją mamę. Mam tylko dwanaście lat, co komu z mojego życia.
 
Kiedy potem jakby od niechcenia rzucił nóż w kąt pokoju, spostrzegłem w jego oczach bezdenny upadek, pustkę wymarłych stepów, lodowatą obojętność, na którą nie miałem nazwy, bo jak określić kogoś, w kim nie było już życia, kto był kupą ścierwa?
Już nie chciał nic udowadniać, leżał teraz bezładnie na dywanie i patrzył tępym wzrokiem w sufit, jakby liczył na nim barwne punkty, podczas gdy ja drżąc cały na ciele dzwoniłem na policję, wymknąwszy się po cichu z pokoju.
Pewnie zauważył moją nieobecność, ale nie zrobił nic – szklany wzrok lustrował przestrzeń.
Steven znalazł nóż, umył go pod kranem i schował do kieszeni.
 
Gdy go potem wyprowadzano skutego w kajdanki, nawet na nas nie spojrzał, tylko na twarzy wciąż igrał obleśny, debilny uśmieszek, jakaś chora radość płynąca z chorego spełnienia.
Nucił coś pod nosem, sprawiając wrażenie wyrywku niepasującego do całej układanki, jakby nagle znalazł się na wesołym festynie, gdzie zewsząd dochodzi tylko śmiech i radość.
Tylko mały stał za mną i jego łzy były moimi, choć ich nie uroniłem, a całe serce wyło.
Coś umierało na zawsze, coś w księdze mego żywota stawało się martwą literą.
A ja musiałem dalej z tym żyć, kłaść się spać i budzić z myślą, że jej już nie ma.
Że na tym świecie już nigdy nie pojedziemy nad rzekę i nie będziemy się tam kochać.
 
Po latach, kiedy już byłem schorowanym starcem, dobiegającym dziewięćdziesiątki, z trudem chodzącym o lasce, nie zostałem jednak sam, bo to, co dawałem przez całe życie, wróciło do mnie w dwójnasób: dostałem od Stevena największy pokój w jego pięknym, wielkim domu, a on sam traktował mnie z najwyższym szacunkiem, należnym ojcu.
Na ścianach wisiały gęsto nasze cudowne zdjęcia z niezapomnianych lat, które bezpowrotnie zabrał czas, jednakże nie zabrał magii wspomnień i tego, co utrwalił na kliszy aparat.
Dobrze mi było i Steven o tym wiedział, a ja byłem dumny, że go mam.
Jego żona i dzieci kochały mnie i czułem, że lepiej nie mogłem trafić, że stare lata nie upływają mi w domu starców, gdzie miłość nigdy nie zagląda i umiera się w zapomnieniu.
Jednak czasami przypominałem tamten dzień, kiedy poznał prawdę.
Bo ja wciąż kochałem Sonię i nadal widziałem tamtą straszliwą scenę.
 
Mówiłem mu:
- To Fred był twoim ojcem, nie ja. Ja tylko kochałem was jak rodzinę. Nie zrobiłem niczego specjalnego.
- To nie tak – odpowiadał. – Zupełnie nie tak.
- A jak? – pytałem.
- To ty byłeś ze mną na dobre i na złe? Każdego dnia, w zdrowiu i w chorobie?
- Tak.
- To ty wychowałeś mnie, cudze dziecko na ludzi, kiedy zabrakło mi mamy?
- Tak.
- To ty przez te wszystkie lata trwałeś przy mnie noc i dzień?
- Tak.
- To ty zabierałeś na ryby jak własnego? I dałeś mojej mamie cudowne życie?
- Tak.
 
Czasem prosi mnie, byśmy pojechali tam, gdzie nam z Sonią było dobrze.
Chce odwiedzić miejsca, w których dotknęliśmy nieba, bo one nadal istnieją, choć pewnie dziś kto inny tam kocha, kto inny przeżywa to, co nam dane było przeżyć.
W końcu dość słabo pamięta mamę, bardziej czuje jej istnienie, niż ma je w głowie, bo wie, że choć jej nie widzi, ona jest przy nas, jakby nigdy nie odeszła owego dnia.
Jako syn ma do tego prawo – chętnie na to przystaję i wyjmuję mapę.
A na niej wiele kolorowych miejsc, gdzie dano nam kochanie, drżenie ciał, i to, na co nie ma nazwy – namiętność – coś, co nas określiło i dało nam siebie, każdego dnia i każdej nocy, ilekroć poczuliśmy, czym jest miłość, ta najszczersza, najgorętsza, jedyna.
Nasze świty, nasze zachody słońca, tkliwe poranki i wieczory, i my, zakochani, nierozłączni.
Czułe chwile na wieczność, coś, co zabiorę ze sobą tam, gdzie przyjdzie się nam znów kiedyś spotkać, gdzieś „na tamtym brzegu”, na zielonych pastwiskach, u raju bram.
 
Tam powiem, jakby nigdy nic: „Cześć, Soniu, to znowu ja. Minęło trochę czasu, ale znów jestem z tobą, i tak już pozostanie. Zapisano nam to w gwiazdach. Bo jeśli kochasz naprawdę, to kochasz tylko raz. Jak my, jak ty i ja. Bo kochanie to cud, to spotkanie dwóch serc w tym samym miejscu i czasie. Masz to jak w banku, możesz mi zaufać”.
 
 
Cykl: Dziewięć liter, dwa słowa, jedno znaczenie
 
 
14 sierpnia 2016

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 04.09.2016 23:28 · Czytań: 955 · Średnia ocena: 4,85 · Komentarzy: 41
Komentarze
JOLA S. dnia 05.09.2016 00:26 Ocena: Świetne!
Mike 17, miałam ochotę wypisać parę fragmentów, które mnie szczególnie ujęły, ale jakoś nie potrafię, bo okazuje się, że musiałabym większość tekstu wkleić. :)
Cudne opowiadanie!
Pozdrawiam
Margharet dnia 05.09.2016 00:37 Ocena: Świetne!
Mike17, już po północy, to najlepszy czas na czytanie takich historii. Dokoła cisza i tylko mruczenie mojego kota. Znowu zabrałeś mnie w przepiękną podróż gdzie obserwować mogłam człowieka, który kochał naprawdę, miłością wielką i gorącą. Pomimo, że miał dziewięćdziesiąt lat uczucie do jego ukochanej nie zostało przyprószone pyłem jaki tworzy przemijanie. I chyba dzięki temu miał siłę żyć i troszczyć się o syna. Twój bohater umiał obdarowywać miłością i troską, stworzył też poczucie bezpieczeństwa i dom synowi. I pomimo, że nie umiał uchronić ukochanej przed śmiercią to miłość jaką ją darzył wróciła do niego ze zdwojoną siłą, zyskał prawdziwą rodzinę. Po raz kolejny pokazałeś, że miłość silniejsza jest niż śmierć. Pozdrawiam Margharet.
puma81 dnia 05.09.2016 00:39 Ocena: Świetne!
Witaj, Mike :)
Uwielbiam miłość w Twoim wydaniu. Twoje historie przypominają mi, że to najpiękniejsze uczucie pod słońcem.
Pięknie napisane :) Nic dodać, nic ująć.
Pozdrawiam serdecznie :)
Usunięty dnia 05.09.2016 08:43 Ocena: Świetne!
Kolejna pozycja Twojego pisarstwa przekazująca ludziom coś ważnego.
Na swój sposób - operujesz słowem i emocjami próbujesz poprawiać najpierw czytelnika a prze to i jego otoczenie.
Jak to u Ciebie - potrafisz humanizm wydobyć z przedstawianych postaci , sytuacji, drobnych detali i podarować niby od niechcenia ale z sensem jak zabawkę pedagogiczną.
Scena poznania w cukierni - myślę , że każdy doświadcza (ł) takich często , bo wiesz są dziesiątki i tysiące kobiet i mężczyzn , do wejścia w bliskie relacje tylko akurat oni żyją obok swoim życiem.
To chyba mój najdłuższy komentarz.Znaczy trzeba wystartować w konkursie. Pozdrawiam.
mike17 dnia 05.09.2016 10:18
Kochani, dziękuję za tak piękne komentarze :)

Jolu, Twoje słowa budują mnie jako autora, sprawiają, że chce mi się pisać i publikować.
To, co napisałaś jest bezcenne, wiem to, i bardzo się cieszę.

Margharet, pięknie mi napisałaś, tak pięknie, że aż wziąłem głębszy oddech, by dokończyć Twój komentarz, jakie to fajne, kiedy czytelnik tak reaguje na naszą prozę, tak ją odczytuje, tak wchodzi ona w niego.
Potem pozostają refleksje, bo to do nich pragnę zmuszać.

Kasiu
, kopę lat!
Bo ja kocham pisać o miłości, ale po męsku, po swojemu, i jeśli się to podoba, tom spełnion i rad.
Może czasem to jest trochę mocne, ale ja tak postrzegam miłość, czasem jest ona trzęsieniem ziemi.

Grain, zgadza się - to Twój najdłuższy koment na portalu i bardzo Ci za to dziękuję, że właśnie mnie on przypadł.
To o czymś świadczy, a wiem, żeś żartowniś i rzadko chwalisz.
Tym bardziej jest mi miło, że ho ho!

Pozdrawiam Was pięknie i raz jeszcze dzięki za poświęcony czas i świetne komenty :)
ArienneMD dnia 05.09.2016 10:31 Ocena: Bardzo dobre
Cytat:
W marcu 1965 bar­dzo wiało, tak, jakby wszyst­kie dia­bły po­wie­si­ły się w pie­kle.
- bardzo mi się podoba to określenie!
Co do całości - sposób, w jaki napisałeś dialogi między zakochanymi, buduje napięcie, sprawia, że czytelnik chce już, teraz wiedzieć, o czym bohaterowie rozmawiają. Jeśli chodzi o styl, prawie nie mam się o co przyczepić ;)
Cytat:
Ste­ven zna­lazł nóż, umył go pod kra­nem i scho­wał do kie­sze­ni. Gdy go potem wy­pro­wa­dza­no sku­te­go w kaj­dan­ki, nawet na nas nie spoj­rzał (...)
- brzmi tak, jakby to Stevena wyprowadzano w kajdankach.

Ogółem - bardzo dobra miniaturka.
mike17 dnia 05.09.2016 10:43
ArienneMD, witaj w moich skromnych progach :)
Dzięki wielkie za koment, za którym stoi pochwała.
Miło czytać takie słowa.

Co do Twojej uwagi, to chyba wiadomo, że jedyną osobą, którą policja mogła wówczas wyprowadzić, był Fred, więc nie widzę tu zgrzytu.

Fajnie, że się podobało :)

Pozdro!
ArienneMD dnia 05.09.2016 12:45 Ocena: Bardzo dobre
Pewno, że wiadomo ;). Prawdę powiedziawszy, przyczepiłam się w zasadzie tylko dlatego, że sama na chwilę zgłupiałam podczas czytania - czyżbym pomyliła imiona? Może Steven to wcale nie "młody", a "ojczulek"?
mike17 dnia 05.09.2016 13:03
Nie, Steven to dziecko Soni, którym opiekował się bohater :)
Ze scenką wyprowadzania mogłem napisać, że to Freda wyprowadzają, ale wydało mi się to oczywiste.
al-szamanka dnia 05.09.2016 13:36 Ocena: Świetne!
Cytat:
kiedy pierw­szy raz zo­ba­czy­łem ją w tam­tym lo­ka­lu..

kropeczka za dużo :)
Cytat:
nie było potem już ta­kie­go lata i ta­kie­go tę­gie­go żaru.

tak tęgiego żaru... unikniesz rymu takiego tęgiego
Cytat:
Może tro­chę kocie, po­wol­ne ruchy kogoś, komu się nigdy nie śpie­szy i lubi sie­bie takim wła­śnie, woli, gdy wszyst­ko od­by­wa się nie za szyb­ko, ani nie za wolno.

Cytat:
w któ­rej wtedy pra­co­wa­ła od kilku dni, razem z kil­ko­ma, in­ny­mi ko­bie­ta­mi

chyba przecinki niepotrzebne
Cytat:
opa­lo­ny­mi, rę­ko­ma zro­zu­mia­łem

przecinek zbędny

Ja za Pumą, uwielbiam Twoje teksty o miłości.
Miłość, którą opisujesz jest zawsze bezgraniczna, pełna, idealna.
Taka, jaką samemu chciałoby się przeżyć i życzyć jej każdemu.
Jaki idealny byłby wtedy świat.
Z jednym jednak nie potrafię się pogodzić, że Mike stał i nic nie zrobił, gdy kryminalista mordował jego ukochaną... bo był wolny od żądzy mordu. Michale, nie potrafię tego pojąć!
Wiesz jak bardzo nieagresywną osobą jestem, ale w takim momencie nie mogłabym tylko krzyczeć, aby zabił mnie, a ukochanego zostawił przy życiu.
Rozszarpałabym łotra na kawałki i nigdy nie miałabym wyrzutów sumienia.
Gdybym takiego nie zabiła, nie potrafiłabym dalej żyć.
Ale...
To jest Twój tekst.
Napisałeś piękne opowiadanie o miłości.

Pozdrawiam serdecznie i mocno poruszona.
mike17 dnia 05.09.2016 14:09
Aldonko, bardzo dziękuję za piękny, świetny koment :)
W zupełności się z Tobą zgadzam - sam zabiłbym skurwiela na miejscu bez względu na konsekwencje, ale...
Tu chciałem pokazać inną postawę, pozbawioną agresji, pełną miłości i brak żądzy śmierci.
Może to niepojęte, ale tacy ludzie istnieją.
Ciężko w to uwierzyć, ale są, po prostu nie umieliby zabić.

Cytat:

Ja za Pumą, uwielbiam Twoje teksty o miłości.

A ja uwielbiam je pisać, bo czuję, że mam w tym względzie bardzo wiele do powiedzenia.
Temat mi bardzo bliski, a że znam wiele odcieni kochania, stąd powstają nowe miniatury.
Wszak miłość do miłości niepodobna...

Choć w tych opowiadaniach giną ludzie, Dobro zawsze triumfuje - tak mam, bo nie lubię, gdy w moich rzeczach nie ma happy endu, musi być, bo oczekuję go również w życiu :)

Zawsze bardzo czekam na Twoje słowo, i nigdy się nie zawodzę :)

Poprawki naniosę, już niektóre naniosłem.

Cieszę się, że Cię poruszyłem.

Pozdrawiam pięknie :)
Lilah dnia 05.09.2016 19:47
Witaj, Mike!
Lubię Twoje opowiadania. Przedstawiasz miłość nie landrynkową, ale napotykającą trudności, naznaczoną cierpieniem, która daje siłę bohaterom i to jest piękne.

Cytat:
Pew­nie w morzu in­nych twa­rzy nigdy nie przy­ku­ła­by mego spoj­rze­nia.

może: mojego?
Cytat:
Wnet już wie­dzia­łem, że nie była Anną ani Ewą,

To wnet wydaje mi się niezbyt zgrabne. Może: Wkrótce już wiedziałem...

Cytat:
To one przy­ku­ły na­tych­miast uwagę i wy­su­nę­ły się na pierw­szy plan, za­ist­nia­ły nagle sa­mo­ist­nie,

zaistniały samoistnie - jakoś wpadają na siebie.

Cytat:
Ty się li­czysz, Soniu, tylko ty. I wszyt­ko, co się z tobą wiąże.

literówka - wszysko
Cytat:
Znam go, to bydle.

j.w - bydlę

Dobrze było przeczytać Twoje opowiadanie.

Pozdrawiam :)
mike17 dnia 05.09.2016 20:01
Witaj, Lilu!
Archaizmy są częścią mego języka, lubię je, tak samo jak powtórzenia, oczywiście w ramach zdrowego rozsądku.
Formy "twe", "swe" ciągle czytam w prasie i na internetowych serwisach typu Onet, Interia czy WP, więc to chyba nadal jest w użytku, wiem, że to przeżytek, ale co poradzę, że czasem po prostu lepiej brzmi? :)

Wiem, że "wnet" to archaizm, ale jakoś go lubię, wiem, że w każdej chwili mogę go wyrzucić i dać "wkrótce", ale ja to "wnet" jakoś indywidualnie wolę :)
Dobrze mi się to czyta, jakoś tak podniośle - patos?
W słowie "wnet" coś jest, czego nie potrafię określić, jakaś magia?

Resztę sugestii zastosuję.

Pozdrawiam Cię, Lilu, i bardzo dziękuję za uwagi i czytanie - za parę dni znów wrócę z kolejnym kawałkiem :)

:)
Ania_Basnik dnia 05.09.2016 20:19 Ocena: Świetne!
Mike Przeczytałam jednym tchem. Świetna opowieść, nie landrynkowa. Targasz emocjami czytelnika, prawie chciałam biec by ratować biedną Sonię i byłam wściekła, że Mike pozwolił na to aby ona zginęła. Ale dobrze, dobrze w życiu nieczęsto są happy endy. Choć chciałoby się
Jedna uwaga techniczna. To zdanie jest stanowczo za długie, niepotrzebnie
Cytat:
Jakoś trud­no mi sobie teraz przy­po­mnieć, pa­mię­tam jed­nak, że było skwar­ne, cięż­kie lato, takie, co to zda­rza się raz w stu­le­ciu, i wła­śnie wtedy mu­siał być ten jeden raz, gdy to się po­dob­no dzie­je.
mike17 dnia 05.09.2016 20:25
Wiolinowe Baśnie, bardzo się cieszę z wizyty i z czytania :)
Fajnie, że się podobało.
To dla autora zawsze wielka nagroda.
Odnośnie zdania, hm, ja lubię zdania wielokrotnie złożone, póki mają sens.
Ale nie odżegnuję się przed zmianą - na pewno przemyślę Twoją sugestię.

Dobrej nocki!
Lilah dnia 05.09.2016 21:32
mike17 napisał:
Archaizmy są częścią mego języka, lubię je,


Jak lubisz, to się nie wcinam, sorry. :) :) :)
mike17 dnia 05.09.2016 21:39
A jakoś tak mam :)
Bo ja starozakonny jestem.
Nalka31 dnia 05.09.2016 23:31
mike17 napisał:
Bo ja starozakonny jestem.


To widać Mike. :)

A wracając do tekstu tej historii, to jak zwykle wciągnąłeś warsztatem do środka. Zaprosiłeś do czytania, starając się pokazać swój punkt widzenia, spojrzenie na miłość i to, co czasem za sobą niesie. Tak takie miłosne historie zwykle zaczynają się w gwiazdach, na ziemi często oblekają inną szatę. Przyjemnie się czytało, przeżywało rozterki.

Całość się podobała, a i owszem, ale bardziej w sercu została mi ta grecka historia.

Pozdrawiam ciepło.
mike17 dnia 06.09.2016 10:25
Witaj, Nalko, pod tą miniaturą miłosną, gdzie kochanie zapisano w gwiazdach :)
Wierzę w Przeznaczenie, nie wierzę w przypadek, stąd wiem, że miłość jest komuś pisana lub nie.
Mój bohater nawet po stracie Soni nie przestał jej kochać, będąc staruszkiem wciąż o niej myślał.
To ideał.

Cieszę się, że się podobało, że Cię wciągnąłem w wir akcji.
Zawsze każda pochwała bardzo mnie motywuje :)

Zapraszam za jakiś czas na trzecią część cyklu.

Pozdrawiam kawowo :)
Quentin dnia 06.09.2016 21:12 Ocena: Bardzo dobre
LOSt

Ależ to mknęło nad przepaścią, Maestro. Kolejne części jakby oddzierały następną część tej cholernie ciężkiej tragedii. A przecież miało być tak pięknie, no i właściwie było. W życiu piękne są tylko chwile, jak wiemy. Szkoda.

Narzuciłeś od początku masakryczne tempo. Pędziło to jak śnieżna kula utoczona z ludzkiej trwogi i przeszłości, której przecież nie sposób pozostawić tak całkiem w tyle. Ostatecznie jak już kula zrobiła się ogromna i cięższa niż można by ją unieść, przygniotła wszystko.

O miłości na pewno. O akceptacji także. Ale dla mnie przede wszystkim o tym, jakie znaczenie w życiu ludzi ma los. Daleki jestem w sumie od jednoznacznego stwierdzenia, że gówno zależy od nas i jak brodaty Pan nasz będzie chciał rozgnieść swoje owieczki palcem, to zrobi to, a my ani drgniemy. Nie sądzę, a przynajmniej chcę nie sądzić. ;)

Po komentarzach widzę, że w ludziach rozgorzał gniew. Nie ma się co dziwić, w końcu chłop został sparaliżowany strachem i niemocą. Myślę, że to też rys odwiecznej walki dobra ze złem. Jedno ściera się o drugie i tak bez przerwy. Czyżby zło dobrem zwyciężył...? Możliwe, wszak miłość przetrwała.

Czekam z niecierpliwością na resztę, panie kolego

Pozdro i do zobaczenia
Quen
mike17 dnia 06.09.2016 21:30
U mnie, Quentin, Los jest zwykle głównym bohaterem, a konkretnie Przeznaczenie.
To ono wpływa na to, co dzieje się z postaciami z opowiadań.
Bo nie wierzę w przypadek, wierzę w Przeznaczenie, dlatego tak je wynoszę w mojej prozie.
Tu też tak było: miłość pisana była, ale dopiero "na tamtym świecie".
Choć i za życia dana była w pewnym stopniu.

Mnie tu bardzo zależało na nieśmiertelności kochania.
I na tym, że można pokochać dziecko swojej kobiety.
To bardzo ludzkie, bardzo męskie.
To dla mnie wiele znaczy, i dlatego mój bohater tego dokonał, a na koniec życia nie został sam - Steven otoczył go miłością i opieką.

I o niemordowaniu to też.
Bo bohater mógł zabić Freda, jednak coś go pohamowało.
Co?
Odpowiedź zna jeno wiatr...

Dzięki, chopie, za wizytę i jak zwykle bardzo wyczerpujący koment - widać, że nadajemy na tych samych falach :)
Za chwilę kolejna opowieść.
Czekam na Twoją obecność, stary :)

Pozdro!
maak dnia 06.09.2016 22:46
Nie znoszę, gdy moja bohaterka ginie przedwcześnie. Nie mogłeś jej uratować? Chopie! Jak zwykle wzruszasz. Losu nie oszukamy. Niestety.

Hej.
mike17 dnia 06.09.2016 22:55
Maczku, bo ja piszę, by poruszać, wzruszać i wstrząsać :)
Letnie pisanie nie dla mnie.
Ja lubię mocne rzeczy, jakimi by nie były, stąd takie spektrum moich zainteresowań.

Losu nie oszukamy, o nie...

To on pociąga za sznurki...

Dzięki za czytanko i za bycie w moim świecie :)
Usunięty dnia 07.09.2016 08:56 Ocena: Świetne!
Hej, przeczytałem tekst wczoraj baaaardzo późnym wieczorem i musiałem go przestawić i nabrać sił na napisanie sensownego komentarza po męczącym dniu. No taka dość ciekawa historia, fajnie pokazana historia ludzkich relacji na 3 płaszczyznach - zakochani w sobie kobieta i jej partner, przybrany ojciec i syn oraz patologiczna była głowa rodziny i Była żona i jego dziecko. No miłość przezwycięża wszystko, jednak naznaczyles ta historie tragedią. Główny bohater Mike to osoba wrażliwa itd, pomógł swojej partnerce otrząsać sie po chaosie w życiu jaki spowodował jej już były mąż. Jednak Mike dał ciała gdy doszło do punktu krytycznego, padł na kolana i płakał w ogóle jakoś taki facet raczej bardziej hmmm introwertyczny. No ale cóż tacy ludzie tez są, którzy wola błagać o litość niż działać. Można powiedziec co Mike miał zrobić, przecież jego laska miała nóż na gardle. Jednak zawsze można cos zrobić p, rzucić czymś nie wiem cos, by przeciwnika zdezorientować i sie na niego rzucić. No ale to by nie pasowało do założeń historii. Mike to kompletne przeciwieństwo brutala z więzienia. Historia bardzo ładna, jedynie dwa minusy tym razem
- bohater o braku charakteru wojownika
- nie czułem napięcia przy tej sytuacji z nożem ( wydawało mi sie to sztuczne)

Jako Romans historia bardzo ciekawa, wiec daje świetny. Fajne zakończenie i morał ze ojcem sie nie jest bo spłodzili dziecko oraz ze miłość jest nieśmiertelna. Jako historia z dreszczykiem trochę słabiej. Sorry ze trochę nie po polsku ale siedzę w pociągu i pisze koment na tablecie, strasznie trzęsie
mike17 dnia 07.09.2016 10:25
Cześć, Czyngis, dzięki za wypasiony koment :)
Wiem, że Mike powinien zgładzić Freda, ale specjalnie chciałem ukazać taki właśnie, niezdolny do agresji charakter, tacy ludzie istnieją, wiem o tym, muchy by nie skrzywdzili.
Poza tym Mike wpadł trochę w panikę, która go sparaliżowała.

W scenie z nożem chodziło mi głównie o relację, suchą i beznamiętną - wystarczył monolog Mike'a by jej nadać podłoża emocjonalnego, pełnego tragizmu.

Chciałem pokazać Mike'a jako człowieka krystalicznie dobrego, stąd tak uformowałem tę postać.
Dał z siebie wszystko i na starość dostał jeszcze więcej.

Kto wie, jak potoczyłaby się ta historia, gdyby Mike zabił Freda - myślę, że byłby to kolejny, zakończony happy endem harlekin :)

Jeszcze raz wielkie dzięki i zapraszam Cię za jakiś czas znów :)
ajw dnia 10.09.2016 18:35 Ocena: Świetne!
W ostatnim czasie wciągnęło mnie życie w swój mechanizm, gdzie byłam trybikiem bez którego świat nie mógł się obejść (powiedzmy) no i nie mogłam wdepnąć na dłużej, dlatego dopiero dzisiaj jestem. Przeczytałam i wzruszyłam się, bo nie od dzis wiadomo, że jestem kobietą, a kobiety mają oczy w mokrym miejscu. Przedstawiłeś tę historię w typowym dla siebie stylu, pokazując jak wielką wartością w życiu każdego człowieka jest miłość i jak bardzo trzeba ją rozpieszczać, bo nigdy nie wiadomo kiedy się skończy.. Pięknie!
mike17 dnia 10.09.2016 20:07
Niech żyje miłość, pod każdą postacią!
Tak, miłość trza rozpieszczać, niech kwitnie jak piękny kwiat :)
I chodzi mi o każdą miłość, nawet tę, "po tamtej stronie" - gdzie kiedyś wszyscy spotkamy się ze swoimi mężami i żonami, i nadal będziemy żyć w... miłości!

Pisanie o kochaniu to mój konik.
Jest w tym tyle odcieni, że zajmie mi to całe życie, zanim powiem to, co chcę.
Ale będę próbował.

Dzięki ogromniaste,[b] Iwonko[/b], za czytańsko i pamięć o starym, poczciwym miku :)

Howgh!
desert rose dnia 11.09.2016 18:35 Ocena: Świetne!
Witaj, Mike :)
Bardzo ładne porównania, precyzyjne i obrazowe opisy. Nie ma sensu się rozpisywać powiem krótko: świetnie skonstruowana miniatura. Piękna i smutna. Wzruszyłam się :). Gratulacje.
Pozdrawiam i zapraszam do siebie,
desert rose
mike17 dnia 11.09.2016 20:09
Bardzo dziękuję, Desert Rose, za miłe słowa i wizytę :)
U mnie jak zwykle - piękna miłość miesza się z cierpieniem.
Ktoś kocha, ktoś umiera, ktoś kocha dalej.
Wiem, że życie to mieszanka Dobra i Zła, bólu i radości, i takie są właśnie moje miniatury.
To nie harlekiny, to prawda o nas, was, nich.

Kłaniam się i na pewno niebawem Cię odwiedzę :)

Pozdrawiam nocą :)
Ula dnia 14.09.2016 16:14 Ocena: Świetne!
Mike,
Ostatnio zawsze u Ciebie spóźniona, ale w końcu jestem ;)
Bardzo dobrze napisane opowiadanie i choć o miłości, to jednak odchodzę z wrażeniem, że Twój bohater zawiódł na całej linii, no może prawie na całej ;)
Rozumiem jednak, że zależało Ci, by pokazać różne charaktery i postawy i to cenię, bo dzięki temu opowiadania są ciekawe i zaskakujące.
Pozdrawiam serdecznie :)
mike17 dnia 14.09.2016 16:37
Wiem, Ulu, że mój bohater może wzbudzać naturalny sprzeciw, jego postawa może wydawać się niezrozumiała, ale nie zawsze piszemy o tym, co jest naszymi poglądami, czasem o tym, co jest nam obce.
I tak było tu.
Osobiście zachowałbym się inaczej niż mój bohater, ale chciałem pokazać taki typ człowieka.
Takie rozumowanie.

Bardzo Ci dziękuję za wizytę, za to, że od tak dawna czytasz moje utwory i zawsze można liczyć na Twoje pojawienie się - to piękne i cenne :)

Pozdrawiam z uśmiechem!
Miroslaw Sliwa dnia 19.09.2016 14:34 Ocena: Świetne!
Cześć Michał.
Wiesz co najbardziej lubię w Twoim "pisaniu"? Otóż to, że jesteś "beznadziejnie" sentymentalnym typem.
Piszesz teksty, które mogłyby posłużyć stworzeniu scenariuszy "gangsterskich" filmów, kręconych w Stanach lat pięćdziesiątych czy sześćdziesiątych XX wieku. O.K. pomysły są ciekawe, warsztat znakomity, ale to dobro, które, co prawda często po wielu perypetiach i zawirowaniach, jednak wiecznie zwycięża zło, takie ludzkie przecież. Ta miłość, która tak bezpardonowo niweczy wszelką samotność i poczucie bezsensu istnienia i działania. Wiara w wiarę, którą epatujesz poprzez swoje teksty. I Ty masz czelność prezentować ten cały arsenał niepojętości ponowoczesnym czytelnikom... Michał, to gruby nietakt... :):):)
Cóż, właśnie za to bardzo Cię cenię.
Świetny tekst Michał.

Pozdrawiam. :)

Mirek
mike17 dnia 19.09.2016 17:29
He he, zgadza się, Mirku, to, że mam twardy tyłek nie oznacza, że w środku nie jestem wrażliwcem, bo jestem i chyba widać to w każdym moim tekście, nawet tych mocniejszych, czy wręcz bardzo mocnych.
Piszę serduchem, nie rozumem, dlatego staram się być jak najbliżej człowieka w jego radościach i smutkach, wzlotach i upadkach, i o nich właśnie pisać.
Nie bawi mnie pisanie wesołkowatych bzdurek o niczym, lubię mieć temat, życiowy i konkretny i go rozkmninić.

U mnie musi być miłość :)
To mój ulubiony temat, którego do końca życia nie rozgryzę.
Zawsze będzie o czym pisać.
I dobrze, bo spalam się w tym bez reszty.

Mentalnie jestem osadzony w latach 50. i 60. stąd może specyfika moich opowiadań.
Dzisiejsze czasy nie bardzo mi odpowiadają, a pisanie o nich w ogóle nie wchodzi w grę.

Dzięki wielkie, Wielki Koneserze, za wizytę, poświęcony czas i garść mądrych refleksji.
Czytać Cię to czysta frajda.
Takie komenty napędzają moją chęć pisania.
Super, Mirku, że wpadłeś!
Verbaa dnia 25.09.2016 15:03
Witaj, Mike :)
Piękna historia, okrutnie smutna, ale piękna.
Piszesz o różnych obliczach miłości, a w niej - jak w życiu - nie zawsze jest długo i szczęśliwie...
Nie tylko przedstawiasz miłość (i tą smutną i radosną) jako uczucie wraz z pożądaniem etc. ale również tą platoniczną, między dzieckiem a rodzicem. Nie tylko z punktu widzenia dorosłego, bo przecież czym były słowa Stevena jak nie wyrazem odwagi ale i także - lub przede wszystkim - bezgranicznej miłości do matki i mężczyzny, który w jego dziecięcym sercu zastępował ojca.

Dziękuję Ci za tę opowieść :)

Pozdrawiam,
Verba.
mike17 dnia 25.09.2016 15:35
Specjalnie zapętlam moje miniatury, Verbo, by ukazać najróżniejsze odcienie kochania, i to, że miłość ma wiele twarzy, i że w tym wszystkim jest też ból i cierpienie, ale mają one swoje własne piękno, które trudno zaakceptować, ale ono istnieje, w swej powadze i sile.

Bo miłość jak piszesz może być smutna i radosna, może być skrzydłami, na których chciałoby się znieść w niebo, ale też kulą u nogi, kiedy staje się toksyczna.

Bardzo się cieszę, że wychwyciłaś wątek Stevena: fascynują mnie mężczyźni, którzy są w stanie pokochać i wychowywać dzieci swoich kobiet - to jest mistrzostwo świata i męskości.
I tu na tym mi bardzo zależało.
By ukazać też ten aspekt oczami dziecka - ono wiedziało, kto jest jego ojcem i na stare lata zapewniło bohaterowi miłość i luksus, co jest kolejnym przejawem Człowieczeństwa i triumfem miłości.
Bo poza miłością damsko-męską, chciałem tu oddać też tę do dziecka i od dziecka.

Dziękuję Ci za te piękne słowa, za bycie w moim świecie, gdzie nie zawsze jest słodko, i zapraszam do najnowszej miniatury miłosnej - GDZIEKOLWIEK JESTEŚ, MAMO :)

Pozdrawiam!
hopeless dnia 26.09.2016 07:20
Nie podejrzewałem siebie, że wzruszy mnie cokolwiek... a jednak. Dobry jesteś. Chyba przestanę tu bywać, zbyt wiele mi przypominasz..
mike17 dnia 26.09.2016 11:10
Cieszę się, hopeless, że to mówisz :)
faith dnia 05.10.2016 20:03
Pisane latem, a idealne na jesienne deszczowe wieczory, takie jak właśnie ten dzisiejszy :)

Faktycznie, jest coś w Twoich miłosnych miniaturach, co przyciąga i nie pozwala przerwać czytania dopóki nie dojdziemy do ostatniej literki.
Jestem z tych naiwnych, więc przez większą część opowiadania żywiłam jednak nadzieję, że Mike zdoła spełnić obietnicę i ochronić swoją rodzinę przed przeszłością Soni. Dlatego nie ukrywam, że poczułam rozczarowanie. Te emocje są we mnie do tej pory i zostaną sobie jeszcze przez jakiś czas. Mnóstwo pytań, na które trudno znaleźć odpowiedź. Czy rzeczywiście to musiało skończyć się tak tragicznie?
Bardzo współczuję Soni, ponieważ mimo całego tego ogromu miłości, którą wzajemnie otaczali się z Mikiem, ona nigdy nie wyzbyła się lęku. Być może przez te wszystkie lata nauczyła się go lepiej znosić, chować gdzieś w zakamarki siebie, ale bywały momenty, kiedy z niej wychodził i tylko słowa i pewność jej ukochanego mogły sprawić, że na moment się roztapiał. A jednak przyszła chwila, że koszmar, z którym żyła w końcu stał się rzeczywistością. To smutne i bolesne. Odczuwam nawet pewną złość na Mika, że pomimo tylu zapewnień, oddania, miłości, w konfrontacji z rzeczywistością nie zrobił nic, by zapobiec tragedii. Czuje się jego bezradność w tym wszystkim, szczególnie w momencie, kiedy ma okazję zemścić się na oprawcy, mordercy swojej miłości, a nie robi tego. Nie jest to postawa której jako czytelnicy oczekujemy, dlatego zaskakujesz takim zwrotem akcji i każesz się zastanowić, dlaczego postąpił on właśnie tak. To pytanie nurtuje mnie najbardziej.
Z nim zostanę tego wieczoru.

Cieszę się, że w końcu znalazłam moment i przybyłam, bo jest o czym myśleć w tym opowiadaniu.

Pozdrawiam serdecznie! :)
mike17 dnia 05.10.2016 20:49
Kasiu, od razu przejdę do kwestii Mike'a, a mianowicie do spotkania z Fredem.
Otóż: nie wszystko jest czarne albo białe, jest cały technicolor po drodze, a więc zachowania, które wydać się mogą irracjonalnymi, lecz takimi nie są.
Dlaczego istnieją ludzie, którzy nie zawahają się przed zemstą, a inni wybaczą?
Dlaczego istnieją ludzie, którzy rodzą się, by ratować innych, a inni by być ratowanymi?
Dlaczego kiedy możesz kogoś zabić za to, co Ci zrobił, jednak tego nie robisz?
Dlaczego...

Czasem są tacy, co to wolą przyjąć cały ból, niż go zadać.
I taki był Mike, bynajmniej nie dupek, ale ktoś tego typu.
Pozbawiony agresji, a nawet śmierć jego kobiety nie wyzwala szału.
Czemu?
Nie wiem.
Nie jestem tego rodzaju człowiekiem - ja oddałbym tak, że pacjentowi buty by pospadały w locie.
Ale Mike jest inny, w nim jest coś nieodgadnionego, coś "ponad" dobro, bo nie robi nic.
I ja go nie potępiam, choć jak piszę jestem zupełnie od niego inny.
Jednak chciałem pokazać tu taką postawę.
Kogoś w kim nie ma chęci odwetu, choć być powinna, kogoś, kto nie zniża się do poziomu Freda.

Bardzo dziękuję Ci za wizytę i bardzo ważny dla mnie koment.
Czytając takie uwagi rozwijam się.
I chcę je czytać dalej, bo nie lubię stać w miejscu.
Dlatego experymentuję z miniaturami :)
I z tematami nie zawsze miłymi...

Pozdrawiam Cię nocą!
faith dnia 05.10.2016 20:55
mike17 napisał:
Jednak chciałem pokazać tu taką postawę.

I właśnie to doskonale rozumiem. Dlatego nie zastanawiam się nad tym, dlaczego Ty opisałeś jego zachowanie w ten sposób, tylko właśnie co sprawiło, że Mike postąpił jak postąpił. Znam już trochę Twoją prozę i wiem, że starasz się ukazywać człowieka z różnych perspektyw, często właśnie tych mniej oczywistych. I mimo że czytelnik spodziewa się czegoś innego, Ty przestawiasz historię na inne tory właśnie po to, by ukazać, że świat nie jest jednobarwny. Takie dokładnie wnioski wysnułam po przeczytaniu :)

Pozdrawiam!
mike17 dnia 05.10.2016 21:03
Właśnie i ja tak myślę :)
Wchodzę w światy ludzi nietypowych, osobliwych, innych.
I nie daję odpowiedzi na pytania.
Zawieszam całość, by każdy znalazł własną drogę do tekstu i jego przesłania.

Pozdrawiam!
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
pociengiel
23/07/2019 10:05
Dzięki za całość /trzy komentowane wiersze/. Zwłaszcza za… »
Florian Konrad
23/07/2019 09:51
jakoś mnie nie rozbawiło »
Florian Konrad
23/07/2019 09:50
słabe... nawet puenta nie ratuje... »
Florian Konrad
23/07/2019 09:49
ładny wiersz, ale przemyślałbym tytuł... za bardzo mi… »
Florian Konrad
23/07/2019 09:47
wróbelek- szatan :) wywal skrzydła losu, bo to kicz »
Florian Konrad
23/07/2019 09:46
zgadzam się z Miladorą »
Florian Konrad
23/07/2019 09:26
co do licha????????????? przecież pomysł splagiatowany z… »
Florian Konrad
23/07/2019 09:24
siakieś takie jakby dla dzieci... »
Florian Konrad
23/07/2019 09:23
matuchno, ale tasiemiec! »
Florian Konrad
23/07/2019 09:21
dużo pokracznych metafor, stworzonych na siłę, kaszani tekst »
Florian Konrad
23/07/2019 09:20
bardziej zrozumiałe od poprzedniego, kt. komentowałem :) »
Florian Konrad
23/07/2019 09:13
zlepek czasowników... »
Florian Konrad
23/07/2019 09:12
wariactewko jakieś szalone... »
Florian Konrad
23/07/2019 09:04
trochę za duże nagromadzenie ciężkoty ... »
Florian Konrad
23/07/2019 09:03
mi się zwyczajnie nie podoba i ma prawo :) »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:20
Najnowszy:Pizzanoes8
Wspierają nas