Cierpienia początkującej pisarki – część 8 /Lektura nadobowiązkowa/ - JOLA S.
Proza » Długie Opowiadania » Cierpienia początkującej pisarki – część 8 /Lektura nadobowiązkowa/
A A A
Od autora: Trzęsły się palce początkującej pisarce, gdy zapełniała tę kartkę. Wspomnienia tamtej nocy powróciły ze zdwojoną siłą.

Na dalszą część opowieści serdecznie zaprasza , zapewniając, że nic, co się działo nie uszło jej uwagi.

Słońce było bardzo wysoko, gdy wsiadłam do dżipa Donalda. Przywitał mnie skwaszoną miną. Nucił pod nosem jakiegoś smutnego bluesa, jego kolana podrygiwały w rytm muzyki sączącej się radia. Nie miałam najmniejszej ochoty na rozmowę, wycofałam się i odwróciłam głowę w stronę nieba i z zamkniętymi oczami rozmyślałam o tym co mnie tu przywiodło i jak obłaskawić nieznane. Paliło mnie ze złości w skroniach. Moje spostrzeżenia wcale nie były wesołe. Chciało się uciec...

Poznać smak innego świata, przeżyć przygodę ... Nie to było dla mnie najważniejsze. Od roku próbowałam zmierzyć się  samą z sobą i znaleźć swoje miejsce w życiu. Dotąd szukałam na próżno, czułam się jak dziecko we mgle. Zostać pisarką? To ciągle było tak odległe, wręcz nierealne. Łatwo nie poddaję się, nie ma dla mnie czegoś takiego jak „zwykły świat". Im więcej o nim wiem, tym bardziej jest zagadkowy. Żeby się zdumieć, nie poprzestaję na drzewie, które rośnie, a jego liście szumią. Tak, już ze mną jest i nic na to nie poradzę...Wmówiłam sobie, że  na pustyni czeka na mnie moja prawdziwa twarz... Cielęca naiwność!

Moje rozważania całkowicie mnie pochłonęły i nie zauważyłam, że nasz dżip z piskiem opon zahamował na placu okalającym czerwonobrunatne mury suku. Ogromny plac w niczym nie przypominał placu Vendome. Pod palmą sikał pies o pustym spojrzeniu. Gdakały kury. Dwóch urwisów wałęsających się w pobliżu znieruchomiało, usiłując zrozumieć, co oparta o samochód obserwuję z takim zainteresowaniem. Miałam ochotę im powiedzieć, że ta bryła z kiepsko połączonych kamieni, przed którą staliśmy, stanowi perełkę unikalnej, zabytkowej architektury ich miasta, cudem ocalałą po trzęsieniu ziemi w 1960 roku.

W środku na targowisku kipiało życie. W zadaszonych kramach kusiły dojrzałe w słońcu owoce i warzywa. Na ich widok głowa kręciła mi się wokół własnej osi niczym Lindzie Blair w "Egzorcyście". Targ oszałamiał mnogością barw i towarów.  Zapachy orientalnych przypraw cudownie drażniły zmysły. Pod murem dostrzegłam stragan ze zużytymi podeszwami od butów. O siedmiomilowych butach nikt tu nie słyszał, wywnioskowałam, że można je kupić jedynie pod Częstochową.
Dokuczały upał i gwar, wszędzie panował niewyobrażalny tłok. Luźna, przewiewna sukienka doskonale zdawała egzamin. Donald zostawił mnie samą, pognał jak chart prosto przed siebie. Na swej drodze spotkałam ubranego w tkaninę koloru indygo zaklinacza węży. Muzyka trąbki starego Berbera przyjemnie pieściła uszy. Co za widowisko! Wrzuciłam drobną monetę do metalowej miski i klęknęłam obok zaklinacza, składając dłonie jak do modlitwy. Wzbudziłam tym wśród gapiów  sensację. Zaklinacz jedną dłonią podrapał się po uchu, drugą uniósł ku sercu, posyłając mi zachwycony uśmiech.
Na żmijach moje poświęcenie nie zrobiło żadnego wrażenia.

-  Te gady są jakieś odrętwiałe i dziwnie łagodne - pomyślałam  rozczarowana.

Dalsza część podróży miała dowieść jak bardzo się myliłam.


Tymczasem  wytrwali Marokańczycy zachwalali swoje kolorowe towary. To tutejszy rytuał, jest jak teatr, w którym każdy z aktorów dobrze zna swoją rolę. Za stertą dywanów dojrzałam okazałe stoisko z biżuterią. Ożywiłam się na widok małych cudeniek. Moje oczy lśniły z pragnienia, zaś kupca paradującego w założonej na piżamę pomarańczowej dżelabie, z niecierpliwości. Mam w sobie coś ze sroki, wszystko oddałabym za błyskotki. Nim się zorientowałam, siedziałam na wygodnym stołku i popijałam ze szklanej filiżaneczki miętową herbatę. Nigdy nie sądziłam, że stanę się taką entuzjastką słodkiej herbaty, zważywszy na to, że nie używam cukru do herbaty od dziecka. Ale marokański napój miętowy nie ma sobie równych- mieszanka herbat, świeże liście mięty zalewane wrzątkiem plus chyba kilogram cukru doskonale smakują i orzeźwiają. Jest nawet takie powiedzenie marokańskie, że pierwsza szklanka miętowej herbaty powinna być mocna jak życie, druga słodka jak miłość, a ostatnia delikatna jak śmierć.

- Piękne! Ręczna robota!

Zapiszczałam z zachwytu na widok połyskujących w słońcu, srebrnych kolczyków.
To było jak woda na młyn dla marokańskiego kupca. Z każdą minutą, Berber stawał się coraz bardziej nachalny, w końcu chwycił mnie śliską od potu, gorącą łapą, za łokieć. Przeszedł mnie dreszcz.

Zaistniała sytuacja stawała się irytująca.

- Hej, powoli, puszczaj! Nie umiem targować się, nie mam o tym zielonego pojęcia! Co za palant!

Szamotałam się wytrwale, kolana miałam jak z waty. Jak na zawołanie pojawił się Donald, chyba załatwił swoje interesy.

- Uff!

Przełknęłam z trudem wielką gulę, która utkwiła mi w gardle.

- Nie denerwuj się. Te kolczyki niewątpliwie wzbudzą zazdrość w twoim kraju - pochwalił mój wybór.

- Wszystko, co można kupić na tym świecie jest tanie - pomyślałam wyciągając portfel.

Płacąc, kątem oka zerknęłam na Donalda. W jego oczach po raz pierwszy zauważyłam intrygujące ogniki. Po plecach przeszły mnie ciarki, nabrałam podejrzeń. Może Dobra Cobra miał rację? W drodze powrotnej triumfowały już tylko pozytywne uczucia. Kolczyki zachwycały, a Donald robił coraz lepsze wrażenie. Przestałam się na niego dąsać. Według mnie zwycięstwo oznacza walkę, nie jej wynik. Nie tracąc z oczu swojego celu, tracę złudzenie wygranej.

- Staniesz się częścią stada, będziesz maszerować bez wytchnienia, jadła na dworze, załatwiała się w słońcu, myła się z rzadka, spała pod gołym niebem narażona na spotkanie ze skorpionami. Niczym koczownik – usłyszałam od Donalda, na pożegnanie.

- Koczownik? Ja?

Nogi się pode mną ugięły.

****

Nazajutrz dźwięk klaksonu pozwolił mi odkryć, że ruszamy do Merzougi na erg Chebbi. Na zegarze właśnie wybiła siódma. Rześki poranek był ostatnim mojego dawnego życia, ale jeszcze o tym nie wiedziałam.

Noc minęła mi tak, jakby ptak musnął mnie skrzydłem. Jadąc nie myślałam o niczym. Milcząc zmieniłam się w parę kontemplujących oczu. Nie przychodziła mi do głowy, żadna interesująca, inteligentna refleksja. Ruch nie korkował ulic Agadiru, rzedł z każdym kilometrem. Na autostradzie czułam się jak małe dziecko, które ogląda świat po raz pierwszy. Wyobrażałam sobie, że drogę obramują lasy i drzewa jak w Polsce, a tu czekała mnie niespodzianka, czym dalej tym było bardziej pusto. Od czasu do czasu pojawiała się jakaś oaza, kępki zieleni, gdzie palmy, figowce i inne egzotyczne drzewa splatały się wokół piaszczystych pagórków. Było to czymś normalnym, zważywszy, ze Sahara to głównie kamienie. Nim ją ujrzałam była dla mnie miejscem nie omal mistycznym. Piaskowa, pomarańczowa wydma, podążająca nią znużona karawana i bezkres horyzontu - właśnie tak ją sobie wyobrażałam, a do tego wierzyłam, że gdzieś tam spotkam Małego Księcia.

Donald strzelał wesoło oczami, pławił się w zadowoleniu, relacjonował niezmordowanie. Jeśli mu wierzyć, mieliśmy odwiedzić po drodze miejsca, gdzie będzie pięknie, wspaniale, strasznie i idyllicznie. Nazwy wiele nie znaczyły, były nieistotne, nędzne, śmiesznie ludzkie w obliczu geniuszu natury. Zachwalał noce pod gwiazdami. Zapewnił: widać je jak na dłoni i na dodatek spadają, wywołując pokorę u widzów. Podobało mi się nie to, co mówi, lecz emocje, które podzielałam. Zainteresowanie, które okazywaliśmy zdumiewającej przyrodzie, Donaldowi wydawało się zupełnie normalne. Tylko raz nas skrytykował.

- Obserwujecie przyrodę, nie zastanawiając się, w jakim zmierza kierunku? I jaki ma sens?

Miał rację.

Nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że to czyjś inteligentny projekt. Pana Boga? Stopniowo odkrywałam to, co miała potwierdzić nasza podróż. Tu człowiek nie przejmuje się całą resztą, bo jest się w centrum świata. Nastrój nam dopisywał, pomimo upału wiał lekki wiaterek. W jakimś momencie odkryłam, że znów jestem sobą.

Między niebem a spękaną ziemią otwierała się bezbrzeżna pustka. Nagle na jej szarym tle pojawił się zdumiewający widok zaanonsowany symfonią dzwoneczków: młoda, śliczna pasterka opiekowała się stadem czarno-białych kóz. Miniaturowe kózki, wysokie na trzydzieści centymetrów, o krótkich nóżkach, bardziej przypominały zabawki niż ssaki z rodziny przeżuwaczy. Część z nich wisiała jak dorodne grona na samotnym, niezwykle kolczastym, obdartym z kory drzewie.

Słysząc moje zachwyty, Donald pokładał się ze śmiechu, wprawił mnie tym w zakłopotanie.

- Dopiero zaczynamy. To wasze pierwsze zauroczenie, a to drzewo to zwykły daktylowiec pustynny– mówiąc to, nachylił się bliżej i puścił do mnie oko. Nic nie było go w stanie przerosnąć, zaskoczyć.

Powoli zbliżaliśmy się do miejsca naszego pierwszego postoju. Wieczór zalał  ziemię ochrą. Ciężarówka zaryła na poboczu w piasku, sapiąc donośnie. Przewodnik zarządził zbiórkę. Nie wspomniałam, że było nas na razie pięcioro: przewodnik, kierowca, dwóch małomównych, zdecydowanie nietowarzyskich Anglików i ja. W drodze ciągle coś bazgrali w swoich notatnikach. Jak już wspomniałam, byłam jedyną dziewczyną. Tego nawet Anglicy nie zauważali, tak bardzo byli pochłonięci sobą. Trzeba czasem zaczerpnąć powietrza, miałam ochotę wsadzić im szpilę, ale w porę ugryzłam się w język.

– Nie zapomnij plecaka!

Głos Donalda przywołał mnie do porządku. Posłusznie obciążyłam ramiona i zlana potem dogoniłam grupę. Ruszyliśmy ścieżką między ostrymi głazami. Utworzyło się coś w rodzaju uporządkowanej procesji. Wspięliśmy się na ustęp skalny, przed nami rozciągały się setki kilometrów, jedne płaskie, drugie pokryte wzniesieniami. Natura grała symfonię kształtów i barw na wielkich organach. Donald od czasu do czasu odwracał się i z uśmiechem na ustach pytał mnie, jak się czuję. Zachwycona jego troską, za każdym razem podnosiłam palec do góry i odpowiadałam „Dobrze!”. Śmiał się. Co za metamorfoza?

- Czym to skończy? To pytanie wracało i wracało.


Byłam najmłodsza w grupie, nie zwalniałam, nie zostawałam z tyłu. Każdy krok oznaczał zwycięstwo, każdy nadmierny wysiłek zapowiadał klęskę. Pomału moje ciało zaczynało przyzwyczajać się do surowych warunków. Po jakimś czasie zobaczyliśmy skalną ścianę. Między blokami sterczały źdźbła trawy jak włosy pod pachami góry.

- Nareszcie trochę cienia! – Wymamrotałam, zmuszając swoje kończyny do efektywnego rytmu.

Dlaczego nogi nie idą z prędkością oczu? Skała, a raczej masyw, pod, którym mieliśmy się zatrzymać rysował się coraz wyraźniej, lecz cofał się odwrotnie proporcjonalnie do naszych wysiłków. Co godzinę zatrzymywaliśmy się na krótki odpoczynek. Nagle Donald znieruchomiał i pokazał nam źródło wody, które znajdowało się metr niżej. Uśmiechał się do tego źródełka jak natchniony.
Osłupienie zdusiło mój okrzyk. Pozbyłam się plecaka i podeszłam bliżej do kamienistego brzegu.
Zamoczyliśmy ręce w przejrzystej, chłodnej wodzie. Przepływała między palcami. Każda kropla stanowiła cud. Donald zanurzył powoli w niej dłonie i napił się. Nakłonił mnie, żebym zrobiła to samo. Piłam ze swego rodzaju nabożeństwem. Ugasiłam pragnienie. Było to uczucie, jakbym zapoznawania się z jakąś tajemnicą, niezmierzonym darem.

- Patrzcie! Księżyc!

Ożywił się grubszy Anglik, zwykle zajęty żuciem wykałaczki, z zachowania przypominający Misia Uszatka. Pogłaskałam go po ramieniu, przywarł do mnie całym ciałem.

- Rozkoszny misiaczek!

 Rzeczywiście księżyc zawisł nad nami jak okręt na krawędzi granatowego nieba, i wszystkich ogarnęła dziwna melancholia.
Oświetlił twarz Donalda, tylko jego oczy paliły się dziwnym płomieniem.

- Przepraszam. Wkrótce do ciebie wrócę. Obiecuję - powiedział kładąc ogromną dłoń na moim ramieniu.

- Nie rozumiem? – Odparłam zdziwiona.

Czy Donald skrywa jakąś tajemnicę? Szybko nie wróci, ma jakiś ważny powód, podpowiedziała kobieca intuicja.

- Donaldzie, powinnam się martwić?

W odpowiedzi uśmiechnął się tajemniczo i pocałował mnie w piegowatą nasadę nosa. Było to bardzo miłe.  Chyba zarumieniłam się. Miałam niejasne przeczucia, ale zostawiłam je dla siebie.

Jego nagłe zniknięcie niezwykle poruszyło zrzędliwych Anglików. Obowiązki przewodnika przejął kierowca ciężarówki, milczący Berber. Biedaczek, wszystko musiał pokazywać nam na migi. Podobno łatwiej nauczyć się chińskiego niż berberyjskiego. Okazało się, że będzie z nami tylko dwa dni. Potem mieliśmy „ przesiąść się” na wielbłądy. Na samą myśl paraliżował mnie strach. Dotychczas dromadery znałam z ZOO i filmów przyrodniczych, były takie niezależne. Zawsze podejrzewałam, że drwią z gapiów.

Wiele myśli krążyło mi po głowie. Stopniowo niebo i ziemia splatały się z sobą, pokonane przez półmrok. Zaczęliśmy rozbijać nasz pierwszy obóz pod gwiazdami. Donald wcześniej nazbierał gałązek, rozpaliliśmy ognisko. Członkowie wyprawy rozpierzchli się między skałami. Mrok zamazał wszystko, rzeźbę terenu, odległości, przedmioty, ludzi. Takiego nieba nigdy wcześniej nie widziałam. Symfonię nieba grały blaski i półcienie.
Miałam przed oczami tylko wszechświat, którego autor był niewidzialny. Uśmiechnęłam się i wyjęłam manierkę. W tym momencie spadła gwiazda. Była tak blisko. Pomachałam jej ręką i poszłam wybrać sobie dogodne miejsce na piasku. Odkąd skończyłam dwanaście lat miałam problemy z zasypianiem, zaczęły się po śmierci babci. Nawet, gdy byłam wyczerpana i padałam ze zmęczenia po imprezie, nie mogłam zmrużyć oka. Moje życie miłosne też nie rozwiązywało problemu. Gdy mój partner już słodko spał, ostrożnie wymykałam się z pościeli, żeby usiąść przy biurku, czytać lub pisać.

Tamtej pierwszej nocy na pustyni mimo znużenia upałem i wędrówką miotałam się w piaszczystej dziurze. Czułam się jak okruch życia, między dwoma nicościami…

****

Wyobraźnia początkującej pisarki pracowała jak nigdy. Prawdopodobnie, właśnie wtedy, w jej głowie zrodził się pomysł na niezwykłą historię. Jeszcze nie było wiadomo czy będzie się działa w czasie rzeczywistym, czy zbuduje ją na fikcji, której tak nie lubiła. Istotne było miejsce akcji i emocje bohaterów. Wędrówka po Krainie baśni tysiąca i jednej nocy zobowiązuje. Do swojej historii zaadaptowała Donalda. Idealny bohater. Zaczęła od końca, wymyśliła roboczy tytuł swoje opowieści. Widziała przyszłość, snuła plany,  serce biło jak szalone. Wszystko rozgrywało się błyskawicznie. Nie mogła myśleć o niczym innym. Wszyscy spali i nikt z grupy nie zauważył jej niepokoju. Minutę przyzwyczajała wzrok do ciemności.  Wygrzebała się ze śpiwora, by się ochłodzić, ale jej cień nie chciał usiedzieć w miejscu. Przeszła dwadzieścia metrów i dotarła do pagórka porośniętego skąpymi zaroślami. Potem już biegła, bez wytchnienia. Szybciej i szybciej, coś nie pozwalało jej stanąć. Bała się nocy, ale w żaden sposób nie mogła zwolnić kroku. Dotąd dawała sobie radę z abstrakcją, ale niespodziewanie okazało się, że problem z czymś, co nie ma końca. Nieskończonością była Sahara. Przerażała, unosiła gdzieś pod niebiosa, w bliskie światło łańcuchów z gwiazd.
Nagle się zatrzymała, prawdopodobnie nogi odmówiły posłuszeństwa. Oprócz swojego wdechu i wydechu usłyszała splunięcie wielbłąda. Cisza bezmiaru nadawała wszelkim odgłosom nieprzyzwoitą intensywność.

- Nie wiem gdzie jestem, niczego nie poznaję. Zgubiłam się po środku pustyni. Już po mnie – szeptała.

Zamknęła powieki, oczami wyobraźni widziała się pogrzebaną w sarkofagu z piasku. Oddychała ciężko, gorączkowo, niespokojnie…

Czas zwolnił. Niebo też wstrzymało oddech. I wtedy, ktoś dotknął jej ramienia. Nie była to dłoń pustynnego anioła, a silna ręka mężczyzny spowitego w czarną bawełnę, z głową owiniętą białym szeszem. Pochylał się nad nią. Wyglądał po królewsku, bynajmniej nie był skrępowany, jego uśmiech obiecywał niezapomniane chwile...






Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
JOLA S. · dnia 30.01.2017 15:35 · Czytań: 601 · Średnia ocena: 4,67 · Komentarzy: 11
Komentarze
al-szamanka dnia 01.02.2017 19:17 Ocena: Świetne!
Cytat:
Zwy­kle łatwo nie pod­da­ję się, nie ma dla mnie cze­goś ta­kie­go jak „zwy­kły świat"

Cytat:
Moje roz­wa­ża­nia tak mnie po­chło­nę­ły, że nie za­uwa­ży­łam, że(gdy?) nasz dżip z pi­skiem opon za­ha­mo­wał na placu oka­la­ją­cym czer­wo­no­bru­nat­ne mury suku.

Cytat:
co ob­ser­wu­ję z takim za­in­te­re­so­wa­niem, opar­ta o sa­mo­chód.

tu bym zmieniła szyk:
co, oparta o samochód, ob­ser­wu­ję z takim za­in­te­re­so­wa­niem.
Cytat:
ta bryła z kiep­sko po­łą­czo­nych ka­mie­ni, przed którą sta­li­śmy(,) sta­no­wi pe­reł­kę uni­kal­nej, za­byt­ko­wej ar­chi­tek­tu­ry ich mia­sta, cudem oca­la­łą(ej) po trzę­sie­niu ziemi w 1960 roku.

Cytat:
- Sta­niesz się czę­ścią stada, bę­dziesz ma­sze­ro­wać bez wy­tchnie­nia, jadła na dwo­rze, za­ła­twia­ła się w słoń­cu, myła się z rzad­ka

zbędne
Cytat:
fi­gow­ce i inne eg­zo­tycz­ne drze­wa spla­ta­ły się wokół piasz­czy­stych pa­gór­ka(ów).

Cytat:
Od(czasu gdy) skoń­czy­łam dwa­na­ście lat mia­łam pro­ble­my z za­sy­pia­niem, za­czę­ły się po śmier­ci babci.

Cytat:
Nie­skoń­czo­no­ścią byl(ł)a Sa­ha­ra.

No i te przecinki! Ale już ich nie zaznaczałam.

Ha, a to się początkującą pisarka rozkręciła ;)
Wrażeń jak po miesięcznym pobycie na pustyni, a to dopiero początek.
Rozumiem, wiem, bo swojego czasu tam byłam, chociaż rzeczywiście zaledwie jeden dzień (pustynia kamienna + jedna z największych oaz, Amtoudi, nad którą królują ruiny kasbahu jakiegoś średniowiecznego rozbójnika pobierającego haracz od karawan.
Masz w tekście bardzo dużo szybko następujących po sobie opisów, porównań, a to powoduje, że wyczuwa się w nim jakąś niecierpliwość, a jednocześnie coraz bardziej rozgrzaną atmosferę, co nie dziwi, mając na uwadze miejsce, gdzie pisarka się znalazła.
Końcówka zapowiada... hmm, że będzie jeszcze bardziej gorąco;)
Przeczytałam z przyjemnością.
Splątanie nieba i ziemi zauroczyło mnie:)
Ożyły wspomnienia zapachów, barw i słońca na skórze.

Pozdrawiam :)
Aronia23 dnia 01.02.2017 19:26 Ocena: Bardzo dobre
Jolu, podziwiać tylko. Styl opanowała bardzo dobrze, tylko - jest parę niedociągnięć :
"Żeby się zdumieć, nie poprzestaję na drzewie," chodzi o wraz "zdumieć",
"że nie zauważyłam, że nasz dżip " dwa razy, "że" jedno po drugim
"miejscem nie omal mitycznym" - nieomal - łącznie, mitycznym? Nie lepiej mistycznym?
"Utworzyło się coś ...", myślę, że lepiej brzmi "stworzyliśmy..." , bo samo się nie utworzyło, taka forma czasownika jest nieosobowa. Często używana w tv, np. "Wdrożono już...", "Zobaczono wypadek..." - tutaj nie ma podmiotu, nikt nie ponosi odpowiedzialności
'Od skończyłam dwanaście lat ...", powinno być chyba "odkąd"

Przepraszam, że tak wypisałam powyższe, ale razi przy czytaniu.

W ogóle, to opowieść cudna, niektóre spostrzeżenia i ich są bardzo piękne. Mnie tu urzekło wiele rzeczy, np., spanie na piasku - normalka dla koczowników. Była Pisarka świecie. Poczuła piękno natury, ale też jej surowość i wymagania. To ważne dla mnie. Zabieram zdania:

"Dotąd dawała sobie radę z abstrakcją, ale niespodziewanie okazało się, że problem z czymś, co nie ma końca. Nieskończonością była Sahara. Przerażała, unosiła gdzieś pod niebiosa, w bliskie światło łańcuchów z gwiazd."

"Cisza bezmiaru nadawała wszelkim odgłosom nieprzyzwoitą intensywność. (...). Czas zwolnił. Niebo też wstrzymało oddech. "
Poza tym pustynia - góry, takie myśli powstały w mej głowie. Pozdrawiam i gratuluję, bo to, co napisałaś wymagało dużo pracy i zaangażowania. Myśli tej kobiety... , toż to studium psychologiczne. Ujrzała siłę, piękno i nieujarzmioną przyrodę. Wierz mi - bardzo mi przypasowało. Pisarka poznała to, co do tej pory, niewielu ludzi białych, poznało.
JOLA S. dnia 01.02.2017 20:06
Al,
dziękuję za tak długą wypowiedź :)
Bardzo wnikliwa, bezcenna, ukazująca przemyślenia wiernego czytelnika.
Po takich komentarzach patrzę na swój tekst ponownie, bo znajduję w nim coś, co być może w nim było i jest, ale z czego sprawy sobie nie zdawałam.
Twoje komentarze przedziwnie mnie mobilizują i "leczą". Za każdym razem staram się nie sprawić Ci zawodu. Niestety, nie zawsze mi to wychodzi...

Uchylę rąbka tajemnicy, w tej opowieści wracam do moich, autentycznych przeżyć. To nie była wycieczka. Wędrowałam przez Saharę, koczowałam pod gwiazdami, uciekałam przed pustynnymi wężami, zanurzałam się w marzeniach, w Marakeszu delektowałam się nieznanymi smakami, a w Casablance....
Maroka jest zawsze za mało.

Dzięki. Pozdrawiam gorąco :) :)


Aronio, wielkie dzięki :)
zauważone mankamenty oczywiście wypada poprawić, właśnie temu dobrze służy odkładanie tekstów do "skruszenia".
przy czym niektórych sformułowań bym broniła :)

Cieszy mnie pozytywny odbiór, tym bardziej, że pisanie tego opowiadania zajęło mi trochę czasu:)
Pozdrawiam serdecznie

JOLA S.
Dobra Cobra dnia 01.02.2017 21:57
Moze Dobra Cobra miał rację... Piękny przykład interaktywnej zabawy z czytelnikiem. Tylko kto spoza kręgu PP będzie ją znał?


JOLU S,

Po tym odcinku nabrałam pewności i przekonania, że historia szybko sie nie zakończy. A na dodatek ta panna polazła nocą w pustynię, gdzie na każdym kroku może ją uchlać skorpion i wąż. Albo napotkać chutliwy beduin (co wydaje się byc prawdą). No, ale zobaczymy.

Szkoda, że pisarka nie potrafiła wykrystalizowac pomysłow opowieści na rynku w Rzeszowie. To i taniej by wyszło, i bardziej patriotycznie, bo teraz jest taki trend. A tak trzeba sie narażać na dotyki lepkich handlowcow i obsiadanie much na człowieku. Higiena kobieca, szczególnie intymna, znajduje się tam w ogromnym zagrożeniu.

No, ale mamy co mamy i nie nalezy zbytnio kręcić nosem, bo ani skorpionów, wężów ani takich much z pewnością nie ma na ww rynku. Jest za to przewodnikowy cukierek o wyższości spędzenia nocy w namiocie na pustyni, miast w eleganckim klimatyzowanym hotelu. Czy to prawda? Dla mnie nie.

W następnym odcinku powróci ten koleś Donald (co samo w sobie jest zabiegiem genialnym, gdyż jest imię w mitologii disnejowskiej Coś znaczy. W mitologii politycznej też coś znaczy, ale raczej zgoła cos innego). Będzie umyty i nawet ogolony, co po dzieiejszym pocałunku w nosek bohaterka przyjmie z nieukrywanym entuzjazmem. Może nawet pozwoli się objąć??? Co byłoby szczytem marzeń pensjonarek.

Jako, że nie przepadam za brudnymi krajami okołopustynnymi, ufam, że bohaterka czym prędzej powroci na rynek w Rz., gdzie czeka ja nie byle jaka przygoda z Cyganami, w wątkiem uczuciowym w tle. A Donald okaże się porywaczem kobiet, sprzedawanych później do lunaparow Casablanki. Bo takie zagrożenia czekają na atrakcyjną kobietę wśród obcych.

Pieknie pozdrawiam, dziękując za cierpliwość. Nad wyraz żem zaszczycony, że pośrednio występuję w tym dziele.


W oczekiwaniu c.d. pozostaję,

DoCo

Ps. Słodki kliniczny wypadek zauroczenia Autorki tym opisywanym krajem wydaje się oczywistym
JOLA S. dnia 01.02.2017 22:41
Zafrasowana, wolną ręką przytrzymywałam papier, żeby po stole nie jeździł. Mrok nocy, będący dobrodziejstwem styranych dniem, przenikał przez otwór w murze, zwany oknem.

Co Ci mam odpowiedzieć, DoCo?

Wielki Prześmiewco,

Dopiero co, Czytelnik dowiedział się o kolejnych przygodach początkującej pisarki, osobie z charakterem i dobrą aparycją, nabrał apetytu na jeszcze, a tu trach i do parteru...

Życie bez marzeń, z mydłem i proszkiem do prania, w strachu przed nieznanym - to nie mój scenariusz. :)

Pragnę Cię uspokoić, że moja bohaterka jest osobą nobliwą, pomimo nadprodukcji wykrzykników, pauz, achów i ochów nie zawsze z ważnych powodów, do końca opowieści nie traci rozumu. Nie przeczę, lubi oddać się niekontrolowanemu szaleństwu, napędzana zachwytem.
Muzyką się żyje, nawet na pustyni!

W następnym odcinku, Czytelnik dowie się wszystkiego o najnowszych przygodach dziewczyny. Podążam za nią z ufnością i zapałem, a Twoim przestrogom przyjrzę się uważnie.


Tymczasem do następnego, będę Cię wyglądać i tęsknić. :)

JOLA S.
maak dnia 01.02.2017 23:13
Dobry wieczór Jolu. Ale fajnie. Egzotyka, dystans i interakcja na dodatek? Opowiadanie jest nierozdzielne od komentarzy. Czyta się je (te i te) naprawdę wspaniale. Od jutra cofam się do Twoich wcześniejszych cierpień. Ile straciłem przez nieczytanie?

Maak
JOLA S. dnia 02.02.2017 05:58
Maczku,
nie istnieje dla mnie różnica między pracą a zabawą. Sądzę, że to najtrwalszy rodzaj szczęścia. Piszę z zamiłowaniem i wiarą w sens swoich wysiłków. :)
No cóż, poematu, obrazu i koncertu może nie stworzę, ale co warte jest życie bez wyobraźni i marzeń.
Serdecznie zapraszam do mojego świata, to czasem groch z kapustą, słowem wszystko to co przychodzi do szalonej głowy.

Dzięki za miłe słowa.

Pozdrawiam cieplutko i do usłyszenia na falach PP.
JOLA S.
Dobra Cobra dnia 02.02.2017 23:55
Ale jaki prześmiewco??? Ja tu dokonuję rozbioru logiczno romantycznego i pracuję w pocie czoła, wykonując pracę u podstaw, jak filareci (lub filomaci?). Jestem wzorem wdzięcznego czytelnika, któremu wszystko się podoba, chwali, a nie gani, a na dodatek zachęca. Oraz dzieli się szczerą opinią, a nie jest włazidupem. Czyli sam czytelniczy ajdeał.

Uspokoiłaś mię.

DoCo
JOLA S. dnia 04.02.2017 09:38
Oj, DoCo,

mam do Ciebie słabość i nikt i nic na to nie poradzi. :)

JOLA S.
mike17 dnia 05.02.2017 14:33 Ocena: Świetne!
Droga Jolu, Twoja opowieść wciąga coraz bardziej :)
Ponieważ nie mam żadnych doświadczeń z Orientem, tym bardziej chłonę jak gąbką wodę tę historię i widzę przed oczami duszy i wyobraźni poszczególne wydarzenia.

A kreślisz je kreską spokojną, stonowaną, bez wybuchów i trzęsień ziemi, przez co możemy poznać osobowość młodej pisarki, jako kobiety w miarę opanowanej, która większość tego, co do niej dociera, przeżywa w sobie.

Jestem ciekaw, co wyniknie z kontaktu z Donaldem, bo gość zdaje się być dość tajemniczy i enigmatyczny, a po takich można się wszystkiego spodziewać :)

Póki co jest intrygująco i co więcej, umiejscowienie tego wszystkiego w Maroku wiele wnosi do opowieści - lubię, jak coś dzieje się w jakichś nietypowych sceneriach, już same opisy miejsc, w których nigdy nie będę napawa mnie zadowoleniem.

O poziomie artystycznym nie wspomnę - pełna profeska!

A zatem czekam na chwilę czasu, kiedy zawitam do części no. 9 :)

:yes:
JOLA S. dnia 05.02.2017 17:19
Mike,
od początku swą wiarą i nadzieją pomagasz początkującej pisarce.

Jej zamysł był czysty. Reszta jakoś się jakoś ułoży, dodawała sobie otuchy.
Ot, naiwna młodość.

Teraz musi rozejrzeć się na nowo, zazdroszcząc Serbom i Chorwatom epickich wątków.

Niedługo samolot zabierze ją znowu w nieznane. Może jej się uda uniknąć zasadzek jakie niesie życie.

Nadal wierzy ludziom i ich przestrogom. Z tego, a nie innego powodu od rana skrzętnie omijała swoją pralkę ;)



Dzięki za wszystko.

Pozdrawiam gorąco :) :)

JOLA S.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Bernierdh
19/11/2017 02:16
Powiem ci, że mam nieco mieszane uczucia. Wiadomo, że… »
JOLA S.
18/11/2017 22:59
Brawo! Wielkie Dzięki. :) :) :) :) :) »
Jacek Londyn
18/11/2017 22:57
Myślę, że abstrakcji tu nie uświadczy. Przyznaję się co… »
Pulsar
18/11/2017 22:48
Nie mam żadnego wpływu na którą półkę mnie położą. »
hopeless
18/11/2017 22:29
Miladora - - dzięki:) »
hopeless
18/11/2017 22:25
Miladora - i tak zrobię:) »
Miladora
18/11/2017 22:14
Niewiele. ;) Za to wiersz jest całkiem, całkiem. :)»
ajw
18/11/2017 22:08
Dziękuję, Mileno :) »
ajw
18/11/2017 22:08
Bardzo lubię Twoją narrację, która jest zawsze jakimś… »
Dobra Cobra
18/11/2017 22:06
Alesz jak najbardziej rozumiem taki stan w pisarnictwie!… »
Milena1
18/11/2017 22:04
Jest klimat, obrazowanie. Pozdr :) »
Miladora
18/11/2017 22:03
I daj Ci, Boże, zdrowie. :) Dorzuć do kompletu. »
Dobra Cobra
18/11/2017 22:02
Jeśli będą następne - to piękna sprawa! DoCo »
Miladora
18/11/2017 22:00
Ja już w to uwierzyłam. ;) Może tak? Lubię rozbijać… »
Lilah
18/11/2017 21:57
Dzięki, ajw. Altanka jest super. Miło Cię gościć. :) »
ShoutBox
  • Alen Dagam
  • 19/11/2017 00:18
  • Ankiety zakończone! Wyniki na forum. Dziękujemy!
  • Esy Floresy
  • 18/11/2017 23:01
  • Kto żyw nie próżnuje, łapie ankietę i głosuje. :)
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 22:17
  • @mike17 - jutro już będziemy ciszej w SB, sorki za wcinanie się ciągle :/
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 22:15
  • Jeszcze niecałe 2 godziny do zamknięcia ankiety. 1. Nazwa: [link] 2. Kategorie: [link] . Głosujcie!
  • Alen Dagam
  • 18/11/2017 22:06
  • [link] Heh, ucięło cyferki w linku. Ten jest właściwy.
  • Jaga
  • 18/11/2017 21:59
  • Otwiera mi się "Mark Twain, czyli magiczny czar Tomka Sawyera :)"
  • Jaga
  • 18/11/2017 21:57
  • Alen, na pewno chodziło Ci o ten link?http://www.portal-pisarski.pl/forum/temat/342
  • mike17
  • 18/11/2017 21:56
  • GŁOSOWANIE w MUZO WENACH 5 wciąż trwa, zapraszam : A tu konkursowe info : [link]
  • mike17
  • 18/11/2017 21:54
  • No i pozostało nam już tylko 4 dni do zakończenia GŁOSOWANIA. MUZO WENY 5 potrzebują nowych głosów, nowej krwi, więc już dziś nie wahaj się, zagłosuj i wyraź swoją opinię o utworach.
Ostatnio widziani
Gości online:15
Najnowszy:rkpru1282
Wspierają nas