Kiedy śpią anioły - nieheteronormatywny pamiętnik z pogranicza, PROLOG - tomaszz
Proza » Obyczajowe » Kiedy śpią anioły - nieheteronormatywny pamiętnik z pogranicza, PROLOG
A A A
Od autora: Opowiedziana historia to doświadczanie traumy, upokorzeń, deprecjacji wartości, a nawet molestowania seksualnego, które moi pacjenci wnosili podczas sesji terapeutycznych. Nie jest to historia życia, któregokolwiek z nich, ale trzon psychopatologii pozostał nienaruszony, cierpienie nieumniejszone. Książka jest opowieścią o wieku dorastania, odkrywaniu własnej seksualności, pierwszej miłości na tle degeneracji wartości rodzinnych, która jak rak wpływa na życie jej potomków, niszcząc kolejne komórki ich egzystencji w świecie dorosłych. Świadomie nie użyłem słowa „pociech”, tudzież „dzieci”. Byłaby to pozytywna ewaluacja wartości biologicznej rodziny, od której te pokrzywdzone dzieciaki nie otrzymały niczego, poza niszczeniem ich dzieciństwa i bólem. Ich dziecięce doświadczenia nie korelują ze słowem „pociecha”, natomiast mocno łączą się z poczuciem bycia niechcianym, odrzuconym, czy wyobcowanym.
Klasyfikacja wiekowa: +18

Oglądam w lustrze twarz, patrzenie na nią boli, rozrywa gdzieś od środka. Nacinam lekko skórę żyletką, posypuję solą. Zasypiam. Płytko, krótko. Często budzę się zlany potem, gotowy do zrywu. Może gdybym urodził się wcześniej albo później.

    Jedni, kiedy się przedstawiam, szydzą ze mnie, inni z powagą, acz lekkim niedowierzaniem podają rękę. Nawet swojego imienia nie lubię, chociaż daje siłę, kiedy jest wypowiadane pieszczotliwie... Miłość, którą powinienem czuć jako szczerą, ma się nijak do chłopaka, który bał się, nie miał prawa zasnąć, był skazany na czuwanie. Każdego dnia udowadniał, że jest wartością samą w sobie. Jest czymś więcej niż workiem treningowym. Przecież nie można kochać, a jednocześnie tak nienawidzić!? Czy można być aż takim skurwysynem? Boję się... Użyję nabytej destrukcji – nie będę bił, ale zabiję oziębłością.

    Trep wojskowy w randze pułkownika, lat czterdzieści trzy i kura domowa, lat trzydzieści dziewięć, uległa, całkowicie podporządkowana władzy. Ja, różowy. Odcień, który od trzynastego roku życia chroni przed obłędem, daje pozorowaną wolność, ucieczkę przed oprawcą, ale i prowokuje do bycia większym zbrodniarzem. Iluzja i ucieczka nie są bytem stałym, jedynie emanacją zbrodniarza, który dzierży mój byt w swoich łapskach. Czy mogę być ponad to i czekać na łaskę? Czy to będzie mój własny, wybrany przeze mnie los? Czy ułaskawienie będzie śmiercią? Wkurwiają mnie frazesy o szczęściu, radości i prawdzie.

    Chcą na mnie wymusić efekt terapeutyczny. Nabazgram parę bzdur, parę nic nieznaczących słów, parę zdań, które zakręcą łzę nie jednej piździe w oku. Może przeczyta to na blogu, litując się: Boże, jaki biedny chłopak!   W dupie mam litość! Fantazje gimbusa – zakatuje na śmierć, ułaskawi. Wyrywał ze snu, ciągnął za włosy, wlokąc ciało po podłodze, a potem zaczynał kopać. Bez krzyku, bez jęku, bez łez. Patrzyłem prosto w jego ślepia. Kiedy ból narastał i stawał się nie do wytrzymaia, warczałem głosem demona:

- Napierdalaj! Nie żałuj sobie! Intuicja przetrwania? Kiedy nie ulegasz psychopacie, obnażasz go. Wyzywał od ciot, pedałów, cwelów i lachociągów. Piana leciała mu z ryja. Może to pragnienia? Miałem wrażenie, że prędzej mnie zakatuje, niż uświadomi sobie własne potrzeby. Poobijany wracałem do łózka, słysząc z tyłu głowy głos matki:

- Mam nadzieję synku, że już więcej nie popełnisz błędu i nie sprowokujesz taty.

Musiałbym przestać oddychać, wtedy z lubością zgasiłby kolejnego peta na mojej dłoni – taki psychopatyczny rodzaj resuscytacj. Kiedy serce jest na pograniczu aktywności, lekarze dokonują iniekcji epinefryny, powodując natychmiastowe przyspieszenie akcji, wzrost ciśnienia tętniczego, rozszerzenie oskrzeli, a także źrenic. To wszystko powoduje, że wracasz z krawędzi życia i śmierci... do życia. Ten sam efekt osiągał, gasząc peta na mojej dłoni, czasem klatce piersiowej.

    Pomimo tak wielu, wszystkie pamiętam. Każdą sekundę, każdy kopniak, policzek, uderzenie, ból, każdy siniak, uczucie stłamszenia, sponiewierania, wyklęcia, przeklęcia. Każdy krzyk, zamach jego nogi do skopania, każdy mars na twarzy. Każde przekleństwo, wyzwiska huczą w głowie jak fantazja o rozbijanym talerzu przez matkę o posadzkę podłogi w obronie poniewieranego syna:

- ...bękarcie, łachmyto, debilu, koniobijco z małym chujem...” - to tylko fantazja, tylko fantazja. Skończyła wycierać talerz, schowała do szafki. Wykonywała tę czynność z takim samym namaszczeniem i niewzruszeniem, jak delektowanie się kawą w jadalnym przy czytaniu artykułu o wydarzeniach z Bliskiego Wschodu, które wzbudzają w niej tyle samo zainteresowania, co zeszłoroczny śnieg na trawniku przed blokiem.

    Jestem śniegiem, topnieję. Mając świadomość, że tego procesu nie da się zatrzymać, daję sobie przyzwolenie na odejście. Osuwam się w otchłań czerni, a kiedy wejdę tam, odwrotu nie będzie. Gdyby wtedy, jakimś cudem, ocknęła się i rozbiła ten cholerny talerz o posadzkę... może nie byłoby za późno. Mogłaby mnie przytulić, powiedzieć, że wszytko będzie już dobrze. Mogłaby nawet poczytać bajkę na dobranoc. Zaśpiewać kołysankę do snu. Posiedzieć przy mnie, poczekać, aż zasnę. Nie musiałaby przepraszać.

    Kiedy kocham jest dla mnie tlenem, a kiedy nienawidzę, lustrem, w którym dostrzegam odbicie oprawcy, ale to ja dzierżę narzędzie zbrodni w głowie. Nie biję, nie kopię, nie wyzywam, ale upokarzam oziębłością, odrzuceniem, fochem, nienawistnym spojrzeniem. Zabijam słowem, które oddala mnie od tej wymarzonej           i wytęsknionej z ławy gimnazjalnej. Upór i mądrość zatrzymują w swoistym tańcu z zimnym emocjonalnie tasakiem, którym jest ciało, zimne jak trup i nieprzystępne jak jadowity wąż. Każda próba zbliżenia grozi śmiertelnym ukąszeniem. Jestem wtedy nim. Odtwarzam to, co znam z autopsji popieprzonego dzieciństwa – tak bardzo kocham, że aż muszę zabić.

    M. wzbudza mój podziw. Nie udźwignąłbym tej patologii nawet przez jeden tydzień, kiedy on trwa przy mnie parę dobrych lat – wcześniej jako kumpel i przyjaciel, teraz jako partner, mimo wszystko. Otrzymałem od losu coś, o czym inni mogą tylko marzyć. O czym mogą czytać w tanich romansidłach za grosze z moherowych dyskontów. Ja... mam to każdego dnia, każdego poranka z zapachem kawy, kiedy M. wstaje o siódmej, biegnie do kibelka, włącza ten miałki program newsowy: „Wstajesz i ssiesz”, wlewa wodę do czajnika – pstryk – dwa tysiące Watów wyżera energię, jak ojciec moją witalną, młodzieńczą radość i siłę. Rzuca w przestrzeń budzącego się dnia w naszym M-4 beztroskie:

- Misiek! Kawa?

- Herbata... - odpowiadam z poranną deprechą w niewyspanym, zachrypniętym głosie.

Zwlekam ciężkie dupsko z łóżka. Ociężale posuwam się jak sześćdziesięcioletni emeryt z BMI większym niż czterdzieści, któremu trzeba dosypać niesteroidowych leków przeciwzapalnych plus dziesięć miligramów inhibitorów zwrotnego wychwytu serotoniny do kawy, tak, abym nabrał rozpędu, tocząc się przez kolejny dzień, ku następnej nocy bez bólu i przygnębienia.

Przekornie piję czarną herbatę z cytryną. Może dlatego, że nigdy nie pamięta o ich kupieniu i wtedy mam powód do ataku? Biedak... Wytresowałem go jak psa, który idąc na spacer, pamięta o szacunku dla pana. Czasem, coś mi strzeli do głowy i zrobię owsiankę z mlekiem, brązowym cukrem, latem dorzucam garść świeżych malin lub kilka kawałków brzoskwiń. Pomimo całego spierdolenia, w przeciwieństwie do M., odżywiam się zdrowo. Dbam o lekką kuchnię. Na obiad warzywa gotowane na parze, czasem pieczone z chudym indykiem w rękawie. Kolacja maksymalnie do dziewiętnastej. Lekkie kanapki z razowym pieczywem posmarowane twarożkiem           z jogurtem, a na nim starannie ułożone rzodkiewki, wszystko posypuję siekaną pietruszką lub koperkiem.         M. uśmiecha się, udaje, że mu smakuje. Przełyka tylko dlatego, że ja tego chcę. Z każdym kęsem, na jego twarzy maluje się obraz pobliskiej budki z kebabem. Żałosne.

    Muszę się wysrać, odlać, wyszczotkować zęby. Muszę wziąć prysznic. Wciągnać na dupe spodnie. Muszę wyjść z domu, wsiąść do autobusu, spędzić w nim czterdzieści pięć minut. Muszę nanieść poprawki do tłumaczeń, które wykonuję dla stałych klientów. Dzięki nim mam poczucie, że moja egzystencja z M. nadaje temu wszystkiemu jakiś sens. Chociaż te parę groszy do wspólnego gara z jedzeniem, rachunkami za wodę, prąd, gaz, kablówkę z Internetem. Oto cel mojego życia – płacenie rachunków wbrew oczekiwaniom M. Jako wzorowy partner, ogarnia przecież wszystko. Zarabia tyle, że wystarczy na życie, podróże i cokolwiek tam jeszcze. Tylko kim bym wtedy był? Ubogim cherubinkiem, wyrwanym patologii z paszczy. Lekko nadgryzionym, nadtrawionym, rachitycznym pacholem z gównianego Targówka, które leży, pachnie, marudzi, wzniecając histeryczne wojny o byle gówno? No to czasem wpadną dwa patole miesięcznie, czasem trzy. Opłacam te jebane rachunki. Jestem ogarniętą patologią. Jestem histeryczną pizdą, która zna kilka języków obcych. Musiałem chronić się przed ciągłym lękiem. więc nurkowałem w książki, a że podręczniki do języków obcych pochłaniały cały wolny czas, dawało to alibi, chroniło przed biciem. Tak poznałem sześć języków: Angielski, niemiecki, francuski, hiszpański, włoski i rosyjski.

    M. to zorganizowany typ. Jego rozkład dnia jest stały. Wybiła dziewiąta. Siedzi przy kompie, sprawdza ilość zamówień. Ma ich w cholerę. Jest jednym z najlepszych sprzedawców, tym, co to w Internecie wzbudzają zaufanie na pierwszy rzut zielonych komentarzy. Pakuje te chińskie gówna w bąbelkowe koperty. Przed obiadem robi sprint na pocztę. Podliczy kwity, a za trzy godziny wyśle dumnego SMS-a z informacją o dzisiejszych obrotach. Najmarniej 1500, średnio 2500, szampana będziemy pili przy pięciu tysiącach – zdarzało się, nie rzadko. Nie przepadam za bąbelkami. Mój osobisty kat świętował nimi awanse. Kiedy ojebał parę butelek, urządzał polowanie. Stałem jak nieruchome cielę z wielkimi, przerażonymi, niebieskimi oczami, które czuło, że koniec jest bliski. Kat trzymał w ręku narzędzie bólu i tylko kwestią czasu było, kiedy skończy tyradę werbalną, aby przejść do tej fizycznej, gdzie ból ciała jest tylko przerywnikiem bólu duszy – towarzysza mojego życia odkąd pamiętam.

    Podobno ładnie się uśmiecham. Odruch wyuczony jak żonglerka w cyrku. Moje wnętrze jest puste, pełne lęku, konfliktów, sprzecznych emocji, których nie potrafię okiełznać. M. mówi, że kiedy przybierają masy i podpływają pod sam czubek korka, wybucham jak wulkan. Nic nie jest w stanie mnie zatrzymać. Wtedy się mnie boi... jak ja, będąc niszczonym pięciolatkiem, którego katowano sznurem od żelazka po całym ciele. Za nic, tylko za to, że chciał być kochanym, zbliżyć się, przytulić, poprosić o bajkę na dobranoc.

    M. zdecydował, że nie rozpocznie nauki na uczelni wyższej. Kiedy zamieszkaliśmy razem, a właściwie postawił mnie przed faktem dokonanym; na drugi dzień po rozpakowaniu gratów, książek, powieszeniu jego pięćdziesięcio pięcio calowego Samsunga na ścianie sypialni, przy porannej herbacie, oświadczył, iż odkłada edukację w czasie.

- A do czego one są mi potrzebne na ten moment? - Wzruszył ramionami.

Z każdą sekundą wzbierała lawa braku akceptacji dla jego decyzji. Próbował tonować to, co było nieuchronne:

- Powiedziałem, że się zastanawiam...

Zerwałem się z krzesła, które siłą podrywu straciło stabilizację i walnęło o podłogę Widziałem kątem oka, zrezygnowaną twarz Macieja. Zastygł w bezruchu.  Kiedy zakładałem płaszcz, stanął za plecami, próbował mnie przytulić. Obruszony, sztywny wymsknąłem się z uścisku. Trzasnąłem drzwiami. Wyskoczyłem jak oparzony przez drzwi klatki schodowej, kierując się do głównej ulicy. Na przystanku autobusowm triumfowałem! Zostawiłem go. Osadziłem tyle winy, ile dało się pomieścić w głowie Macieja. Nie było we mnie momentu, kiedy mógłbym zawrócić, wejść na górę, a co dopiero przeprosić. To przecież ja wiem najlepiej... wszystko.

    Zanim laur zwycięstwa opadł, a mój kat przygasł, kiedy dotarło do mnie, że Maćko dba nie tylko o siebie, stoczyłem dziesiątki bitew. W jednej minucie jawił się jako ten zaradny, zarabiający z całą masą najlepszych pomysłów, stawiający siebie na piedestale głowy pedalskiej rodziny, aby w drugiej minucie przeżyć siebie jako ogarniętą patologię, zgodną i uległą, bez wyjścia awaryjnego, skazaną na łaskę pana.

- Jest dość późno, nie mam bladego pojęcia, o której skończę te tłumaczenia dla twojej matki, to przyjedź po mnie o drugiej.

- A gdzie poproszę? - Rozłączyłem się. Cisnąłem telefonem o biurko. Musiałem wyglądać komicznie. Zawsze, kiedy coś nie idzie po mojej myśli, zakładam nogę na nogę i bujam nią to w przód, to w tył, nie zwracając uwagi, kto dostanie w zęby.

- Poproszę.

- Nie przekonujesz.

What the fuck…!? A może to dobrze? Może mnie trzeba temperować, jak burą sukę? Na jego miejscu dawno bym jebnął drzwiami, zostawił kartkę na stole: „Jak się ogarniesz matole, to zadzwoń” i tyle by mnie widzieli. Facet nie dość, że ma anielską cierpliwość, to jeszcze niewygórowane wymagania – jedynie prosi o zwykłe „proszę” – tyle, że on prosi o czułe „proszę”... Jego matka nie po to użyczyła Hondę, żeby stała na parkingu pod blokiem i rdzewiała, kiedy naprawdę, kurwa mać, jest potrzebna!

- To ja bardzo proszę. - wydusiłem z siebie jak kot srający na deszczu…

- Okey, będę. - odpowiedział, uhahany po same pachy.

    Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście… uwielbiam te ulice o każdej porze roku. Ciut wcześniej wychodzę z mieszkania, wysiadam dwa przystanki przed uniwerkiem. Podczas porannego spaceru, delektuję się historią mojego miasta. Fantazjuję o przeszłości. Widzę przystojnych, zadbanych mężczyzn w surdutach. Dostrzegam ich nienaganne maniery. Przysiadam na kawie u Bliklego, zjadam pączka. W przeciwieństwie do tej kloszardowej nowomody, z porozciąganymi chińskimi sweterkami, przetartymi dżinsami z wyszarpanymi dziurami na dupsku. Epoka nienagannych manier jest zdecydowanie bliższa memu sercu.

    Oszronione gałęzie drzew, kiedy całe miasto jest takie czyste i białe, wtulam się wtedy w M., nakrywam kołdrą po sam czubek nosa, jak berbecie, co to budują w babcinych chatach norki z koców i krzeseł, udając niewidzialnych. Nawet zimą uwielbiam, kiedy okno jest lekko uchylone, tak, aby rześkie powiewy, smagały moje wynurzone stopy spod kołdry. Kiedy byłem dzieckiem, zawsze spałem przy otwartym oknie. Dzisiaj dociera do mnie, że w ten sposób prowokowałem przeziębienia. Tylko wtedy mogłem liczyć na jakiekolwiek zainteresowanie z ich strony. Dzisiaj jestem takim trochę małym chłopcem dla M.

    M. wychował się w pełnej rodzinie. Jego mama to klasyczna polska businesswoman, budowała firmę latami. Dzisiaj osiągnęła poziom, kiedy może zarządzać biznesem z każdego zakątka świata. pani Basia to bardzo czuła i dobra kobieta. Kiedy byliśmy kumplami, często otrzymywałem od niej wsparcie. Mogłem liczyć na pomoc i dobre słowo. Nawet wtedy, kiedy nie było dla mnie pracy, tak ustawiała obowiązki innych, aby jakaś część przypadła mnie w udziale. Dużo tego nie było.

Górna półka w lodówce była zarezerwowana dla Damiana. Tam były najlepsze smakołyki: prawdziwa szynka, wiejskie kiełbasy, jogurty, słodycze. Mnie nie wolno było zapuścić żurawia, a co dopiero uszczknąć cokolwiek z tej półki łakoci. Kat czekał na pretekst. Na dolnej królowało światło, szron i pustka. Czasem pojawiał się kefir, jakaś bułka, a w odruchu dobrego dnia dla pogubionych pedałów, kawałek podwawelskiej, tudzież mortadeli. Nie znałem smaku śniadania. W szkole za zarobione u mamy Maćka pieniądze kupowałem słodką bułkę i jogurt, a popołudnia i wieczory spędzałem w ich domu, gdzie czekał na mnie obiad.

    Tato M. jest mocno zasadniczym panem, można by rzec, grubo po czterdziestce dystyngowanym architektem – pan Andrzej. Od kiedy pamiętam, M. narzekał na relacje z tatą. Mówił, że to stary zgred, który nic nie rozumie. M. miał taki podjazdowy, wkurzający styl rozgrywania względem rodziców. Uświadamiałem kretyna, jak bardzo nie szanuje staruszków. Uśmiechał się, mówiąc:

- Nie mieszkasz tutaj, nie zabieraj głosu.

Na temat funkcjonowania Woronowiczów miałem mocno ugruntowany pogląd.
Pamiętam, mieliśmy po piętnaście lat. Jak zwykle w pokoju M., kiedy rodzice w gościnnym oglądali polski film dokumentalny ośmieszający politykę otwartości rządu Szwecji wobec środowisk homoseksualnych. M. wstał od monitora i jak to było w jego stylu, oświadczył, że idzie się odlać, pytając przy tym, czy przynieść coś z kuchni. Zostawił uchylone drzwi. Rodzice dyskutowali po obejrzanym dokumencie. Mama dość stanowczo wyraziła swoje zdanie. Pamiętam, powiedziała coś takiego, co dawało nadzieję. Tato nie oponował, potwierdził, że mamy prawo do własnych wyborów. M. słysząc dyskusję, nieprzerwanie krocząc do swojego pokoju, niczym w biegu, rzucił zdanie:

- Świetnie! Ostatecznie masz dwóch synów, jest szansa, że któryś jest pedałem..., prawda? - zwrócił się do matki.

Wszedł do pokoju, energicznie klepnął drzwi dłonią, które siłą rozpędu zamknęły się tuż za nim.

- Czemu to powiedziałeś? - zapytałem z nieukrywaną ciekawością w głosie.

- Bo mnie wkurwia. - Wściekle odsunął krzesło, wkurzony pacnął czterema literami przy biurku, zanurzając się na kolejne parę godzin w Counter Strike-a.

Odłożyłem podręcznik do włoskiego na bok łóżka. położyłem się.

- Przecież moi nie zrozumieliby połowy słów z tego filmu. - Wlepiając wzrok w plecy M., pomyślałem: - Ech, ty durna jełopo. Niestety wybiła dwudziesta, czas przepustki dobiegł końca.

Cichutko przekręciłem klucz w zamku, rozglądając się bacznie, przemknąłem do mojego pokoju, tak, aby nie być zauważonym, aby nie zadano żadnego pytania. Nie było ani dobrej, ani złej odpowiedzi, każda była celem samym w sobie do zadania bólu.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
tomaszz · dnia 04.02.2017 18:50 · Czytań: 255 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 4
Inne artykuły tego autora:
  • Brak
Komentarze
Bellona dnia 05.02.2017 14:47 Ocena: Bardzo dobre
Świetnie sie czytało.
Procesja dnia 06.02.2017 10:23
Hej Tomaszzu. Interesująca opowieść, zwracająca uwagę na wiele emocjonalnych "schematów" i prawidłowości. Narracja dosadna i przepełniona goryczą, faktycznie czyta się tak, jakby była to relacja pacjenta, umieszczona gdzieś w środku skryptu z psychoterapii albo czyjejś "teczki".
Z wad, moim zdaniem nie da się długo ciągnąć opowieści w takim stylu i z takim natężeniem emocji, żeby nie zmęczyć czytelnika. To znaczy, w tym tekście nie przeszkadza mi to aż tak bardzo, ale skoro to prolog, nie wiem, co będzie dalej. Mam nadzieję, że w kolejnych fragmentach trochę "spuścisz powietrze". Nie chodzi mi o to, żeby łagodzić np. brutalne opisy, ale może zadbać o jakieś przestoje, chwile na refleksje. W przeciwnym razie opis scen, które mogłyby wstrząsać i poruszać, nie będą po pewnym czasie robić większego wrażenia, a wręcz przytłoczony czytelnik może odłożyć lekturę.
Btw. czy będziesz pisał na bieżąco, czy masz już tę swoją książkę gotową (jeśli tak, to czy jest sens wrzucać ją w kawałkach na PP? może lepiej po prostu poddać korekcie i spróbować gdzieś opublikować?)
Dziękuję za ciekawą lekturę i pozdrawiam :)
fanny dnia 09.02.2017 16:51
miałam nadzieję na więcej, ale potencjał jest.
Zdania świetne mieszają się z średniakami. Konieczna korekta, ale może wyjść coś fajnego
Bajkolapka dnia 18.02.2017 23:18 Ocena: Bardzo dobre
Dobrze się to czytało. Wybrałeś bardzo ciekawą tematykę.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
wiktoria
25/03/2017 14:39
Procesjo, pierwszy wers jest dla mnie całkowicie… »
skroplami
25/03/2017 14:23
Biedny duch :(. Ok, jest cierpliwy jak serce i doczeka się… »
wiktoria
25/03/2017 14:17
Fajny tekst, całkiem zabawny, choc może nie do końca. Bo… »
skroplami
25/03/2017 14:14
Namawiaczka/namawiacz ;). A gdzie ooooo oo babuszka,… »
Grain
25/03/2017 14:09
Serdeczne dzięki - skorzystam. Metaforyka? Staram się… »
Florian Konrad
25/03/2017 14:01
Jejku, przez nieuwagę (taki mały gapcio ze mnie) wrzuciłem… »
Opheliac
25/03/2017 13:58
Ostatni wers bardzo trafnie podsumowuje całość tak, że nawet… »
Maurycy Rubikon
25/03/2017 13:55
Aronia: Apisie, Apisie, złoto u kobiet dodaje… »
wiktoria
25/03/2017 13:51
Florianie Konradzie, bardzo podoba mi się Twój wiersz.… »
Opheliac
25/03/2017 13:39
Clock, ale mam nadzieję, że mimo tego skrobiesz od czasu do… »
ApisTaur
25/03/2017 13:07
Ha! Czyli umiem czytać! Dała się wciągnąć ;). Ale nie do… »
Flauros
25/03/2017 11:54
Dziękuję za wyczerpujący komentarz :) Jeśli chodzi o… »
Dobra Cobra
25/03/2017 11:42
O, a druga część opowiadanie ma inną nazwę, niż pierwsza.… »
Flauros
25/03/2017 11:35
Literówka, będzie do poprawki :) »
Dobra Cobra
25/03/2017 11:23
Się tylko zastanawiam, dlaczego ta częśc opowiadania zwie… »
ShoutBox
  • Aronia23
  • 24/03/2017 19:48
  • [link] miki, fajne to jest, mam nadz. że nie powtórzyłam tego, co zapodałeś
  • mike17
  • 24/03/2017 19:21
  • No to jedziemy dalej. Wujek Czarek snuje dalej swe kombatanckie wspomnienia z kręcenia KROLLA, zapraszam do wspólnej zabawy : [link]
  • wiktoria
  • 24/03/2017 11:14
  • Witaj radosna Aronio o poranku :)
  • introwerka
  • 24/03/2017 00:31
  • Lecę na razie z psem, na dobry wieczór zostawiam nastrojową piosenkę: [link] :)
  • Jaga
  • 23/03/2017 12:49
  • "Czarną wołgę" Dobrej Cobry...
Ostatnio widziani
Gości online:40
Najnowszy:koeronada