pani Rokossowska - Samuel Niemirowski
Proza » Inne » pani Rokossowska
A A A

            Niebieska farba odchodziła od ścian, a młody milicjant wyraźnie poirytowany wypełniał jakieś papiery. Stare, drewniane biurko, na którego blacie leżał swobodnie rzucony pas z pistoletem, nie kiwało się chyba jedynie dzięki papierom wsuniętym pod jeden z jego narożników. Mina funkcjonariusza, wyraźnie młodszego ode mnie, zdradzała na szczęście, że bardziej denerwują go wymyślne, biurokratyczne wymogi, niż nasza obecność. Wraz z nieszczęśliwą staruszką, mającą na oko dziewięćdziesiąt lat, siedziałem na szpitalnym, brązowym łóżku pełniącym rolę krzesła dla interesantów. Kirgiskie słońce świeciło za zakratowanym oknem głównego komisariatu milicji kryminalnej w Biszkeku.

            Wszystko zaczęło się poprzedniego wieczoru. Na pierwszym posterunku nie wiedziano za bardzo co z nami zrobić.  Stanowiliśmy dziwaczny, lecz niegroźny problem. Przede wszystkim nie ta właściwość miejscowa, nie ten rejon. Poprosiłem o telefon. Oficer w okrągłej sowieckiej czapie pokazał swoją starą owłosioną ręką na dyżurkę, w której przed chwilą jeszcze zasiadał. Wybieranie numeru za pomocą okrągłej tarczy – przypomniałem sobie dzieciństwo i zwątpiłem w możliwość połączeń międzynarodowych. Międzymiastowych po chwili też. Aparat łączył chyba tylko z innymi posterunkami, a tu kartę bankomatową trzeba w Polsce blokować, weź tu bądź mądry. To jest właśnie praca dla Herkulesa, a nie jakieś tam hydry lernejskie, czy byki kreteńskie, pomyślałem przez chwilę.

             Stary milicjant okazał się wyrozumiały i zawiózł nas do ichniej kwatery głównej, położonej gdzieś na obrzeżach miasta. Wysoki mur, wąskie przejście. Jacyś oficerowie, i to przez duże „O”, w jeszcze większych okrągłych czapach, z wielkimi brzuchami, w jeszcze większej ilości dymu, rozparci na fotelach z lat sześćdziesiątych. Potem ktoś nas poprowadził dalej, minęliśmy gościa z pistoletem maszynowym i weszliśmy na podwórko. Tu było kiedyś przedszkole – tłumaczył nam przewodnik, dostrzegając nasze zdezorientowane miny. Aha, jasne – odpowiedziałem w myślach, zastanawiając się, czy dzisiaj opuszczę ten kwartał. Ciekawe co to za „przedszkole” kilka kilometrów od centrum, z dziedzińcem jako żywo więziennym, z korytarzykami ciemnymi i wąskimi, z których prowadzą drzwi do różnych klitek. Sierociniec, albo poprawczak prędzej. Cóż, mój rosyjski nie jest idealny, nie wszystko muszę rozumieć, nie wszystko chcę rozumieć. Schody na piętro, wszędzie małe kanciapy. Wprowadzono nas do tej na końcu,  jedynej, z której sączyło się światło.

            Dwóch młodych milicjantów, w tym jeden po cywilnemu, mieli zająć się naszą sprawą. Ustalamy język komunikacji. Oni udawali przez chwilę, że znają angielski, ja udawałem, że znam rosyjski. Nieoczekiwanie, młody funkcjonariusz wpadł na genialny pomysł. Przywołał mnie ręką do swojego komputera i z triumfalnym uśmiechem pokazał odpaloną stronę translatora google. Z tej prowadzonej w dziwaczny sposób rozmowy dowiedziałem się, że zajmą się moją sprawą, jeśli tylko złożę oficjalne pismo. Oni nie mogą po prostu przyjąć mojego kaleczonego, ustnego oświadczenia, zapewne też nic nie da pisanie na komputerze. Tłumaczyli się szczerze, a w ich oczach widziałem prośbę, żebym nie robił cyrków i nie proponował łapówki. Ja to im muszę oficjalnie przynieść na kartce jutro, takie są przepisy, oni nie mogą inaczej.

            Była prawie dziesiąta wieczór, a może nawet i po tej godzinie. Ciemno, zimno, i zaraz nas wyrzucą z tego przedszkola przypominającego ubecką katownię – pomyślałem ze zgrozą o długim, zimnym spacerze. Na szczęście turysta to widok tu rzadki, a do tego młody turysta z dziewczyną, to już prawdziwy rarytas. Milicjant od translatora postanowił odwieźć nas do miasta. Wsiedliśmy na tylną kanapę czarnego mercedesa i pojechaliśmy przez puste ulice miasta ze zdecydowanie nieprzepisową prędkością. Z głośników wydobywał się amerykański, na szczęście, hip-hop. Murzyn wyśpiewywał coś o Brooklynie, kirgiski mundurowy powtarzał za nim „I used to cop in Harlem”. Ja musor, ja musor – wykrzykiwał zadowolony funkcjonującą w postsowieckim świecie pogardliwą nazwę oznaczającą jednocześnie milicjanta i śmiecia.           

            Napisać oficjalne zawiadomienie o przestępstwie w Kirgistanie, cóż to dla młodego, zdolnego prawnika przecież. Nie po to czołowe uczelnie się kończyło, szkoły prawa obcego, cholera wie jakiego, nawet na międzynarodowy arbitraż się kiedyś chciałem zapisać... Szlag by to trafił, chyba wolałbym jednak te łanie kerynejskie i lwy nemejskie, myślałem znowy niby zabawnie, choć jak zwykle kolejne wyzwanie bardziej motywowało mnie, niż zniechęcało. Na szczęście pismo może być po rosyjsku, więc doświadczenie w pisaniu językiem Puszkina zdobywam pierwszorzędne. Jak przejdzie, to wpiszę sobie do cv.

           Następnego dnia od rana trzydzieści stopni w cieniu, a ja do posterunku mam prawie pięć kilometrów. Trzeba maszerować główną aleją, prowadzącą z miasta wprost na południe. Szedłem z tą kartką już pół godziny. W pewnym momencie osłoniłem czoło od niemalże prostopadłych promieni i wtedy moim oczom ukazały się majaczące na horyzoncie olbrzymie pasma Tien-szan. Czułem się jak idiota.

            Jakiś facet zatrzymał się obok mnie, zapytał jak dojść na milicję. Proponuję, że zabierzmy się tam razem. Wyszedłem z auta. To był zmartwiony ojciec i niepocieszony nastolatek. Chcieli zostać na parkingu, coś sobie jeszcze wyjaśnić, więc przez pierwszą kontrolę przeszedłem sam, kulturalnie witając się i uśmiechając do gościa z uzi. Potem następny, z kałasznikowem, potem dyżurka z oficerami, potem gdzieś mnie odesłali wymieniając nazwę wydziału i jakiś numerek. W końcu mam gdzieś tam iść tymi kazamatami. Jedne drzwi były otwarte, a tam sekretariat, wykładzina i kilka młodych sekretarek. Uśmiechnęły się na widok białego mężczyzny, ja uśmiechnąłem się na ich widok. One uśmiechnęły się na moje lustrowanie ich widoku, ja uśmiechnąłem się raz jeszcze. Dzięki szybko zawiązanemu sojuszowi uzyskałem niezbędną, życzliwą pomoc w dotarciu do celu.

            Wtedy też, gdy kierowałem się do właściwego gabinetu, zwróciłem na nią po raz pierwszy uwagę. Miała na oko z dziewięćdziesiąt lat. Szła o lasce, zgarbiona. Strasznie wychudzona, z lekką siatką, która dyndała przy jej lewym ramieniu. Gdy usiadłem na brązowym, szpitalnym łóżku młodego w gabinecie zajmowanym przez młodego mlicjanta, weszła zaraz za mną i usiadła obok mnie. Przedstawiała sobą bardzo mizerny widok. Przerzedzone włosy, zniszczona cera. Na dodatek cała się trzęsła. Przede wszystkim jednak coś było z jej twarzą, która wyglądała, jakby jej skórę przez podbródek do policzka zajmował jeden, olbrzymi siniak.

            Milicjant skończył wypełnianie papierów i rozpoczął przesłuchanie. Zaproponowałem, żeby najpierw wysłuchał starszą panią. Nie mogłem patrzeć na stan, w jakim się znajduje. Na dodatek czułem się jak świnia, gdyż wyprzedziłem ją na korytarzu i pierwszy byłem w gabinecie. Funkcjonariusz zaoponował. Może dlatego, że zobaczył cudzoziemca. Może dlatego, że był ciekawy co mnie sprowadza. Może nie chciał kombinować i miał wszystko w dupie.

            Rozpocząłem  swoją opowieść, jak to przyjechałem tutaj jako dziennikarz z Polski na ważną uroczystość. Robię bardzo ważny reportaż o waszym kraju. Byłem tam i tam, stało się to i tamto... Milicjant słuchał z uwagą, dopóki nagły telefon nie wywabił go na zewnątrz. Staruszka nieoczekiwanie zwróciła się w moją stronę:

            - Jesteś z Polski? – zapytała. W jej oczach na chwilę zauważyłem coś jakby zbierający się do narodzin potok łez szczerego wzruszenia.

            - Tak. Tak, proszę pani

            - Mój dziadek. Mój dziadek też był Polakiem – powiedziała, nieśmiało się uśmiechając, a ja widziałem, że jej serce otworzyło się w tym momencie momentalnie

            - Tak? Jak to? – dopytuję zaskoczony

            - Tak. To był wielki bohater Polski. Marszałek Rokossowski... Wielki bohater Polski. Czy pamiętają tam o nim jeszcze? Słyszałeś może? Musiałeś o nim słyszeć... - mówiła staruszka, trzymając mnie czule za rękę










 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Samuel Niemirowski · dnia 28.02.2017 18:39 · Czytań: 421 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 5
Komentarze
Niczyja dnia 01.03.2017 23:17
Najbardziej w całym tekście podobał mi się motyw staruszki. Ona wniosła zupełnie inny wymiar i ton reportażu. Nie obraź się, ale bez niej byłoby trochę nudno, a tak, jest powiew uczucia, sentymentalizmu, wspomnień ciepłych i minionych, do których warto wracać...

Ogólnie podobają mi się Twoje opisy, lubię opisy, a nie wszystkie są dobrze napisane i ciekawe:)

Pozdrawiam śnieżnie,
Niczyja
Aronia23 dnia 02.03.2017 01:14 Ocena: Świetne!
Masz rację, jest najlepszy ten motyw. Bez dwóch zdań.
fanny dnia 03.03.2017 15:49
No, ale przecież to bohaterka tytułowa, o nią tu chodzi przynajmniej w znacznej mierze :) Świetne, ironiczne podsumowanie :)
Samuel Niemirowski dnia 03.03.2017 18:41
"wspomnień ciepłych i minionych, do których warto wracać..."

Koleżanka chyba nie zrozumiała (;
Niczyja dnia 03.03.2017 19:31
Bardzo możliwe, nie wykluczam, że tak jest.
Historia nigdy nie była moją mocną stroną.
A tytuł przeczytałam, dopiero po zamieszczeniu komentarza.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
domofon
23/07/2019 23:56
Florian Konrad, fajniasty komentarz. Dzięki »
AntoniGrycuk
23/07/2019 23:23
DoCo, to nie tyle asekuranctwo, co swoiste machnięcie… »
Zdzislaw
23/07/2019 22:39
DoCo, lubisz bajki? ;) »
Kazjuno
23/07/2019 21:59
Przeczytałem Ciążę z zainteresowaniem. Podobnie do… »
Dobra Cobra
23/07/2019 21:18
Jest i część druga! Coś może się to wszystko źle skończyć w… »
Dobra Cobra
23/07/2019 21:15
Witaj, Panie Asekurancki ;) Co się oceniasz, sztuka jest… »
Ustiusza
23/07/2019 18:28
Trochę późno odpisuję na ostatni komentarz. Crescendo to… »
Kazjuno
23/07/2019 17:54
Bardzo Ci Wiosno dziękuję za przeczytanie tekstu. Także… »
Yaro
23/07/2019 17:50
podziały to naturalne , czy zasłużenie nie wiem ? Uwielbiam… »
Florian Konrad
23/07/2019 16:09
bardzo złe pisanie »
Marek Adam Grabowski
23/07/2019 15:51
Dobrze udało ci się oddać klimat Polskiej prowincji. Druga… »
wiosna
23/07/2019 15:44
Kazjuno dziś ciężej mi się czytało niż poprzednio. Może mam… »
pociengiel
23/07/2019 15:28
Dzięki. Serdeczne. »
Florian Konrad
23/07/2019 14:49
Może dlatego na dolnej, że jednak ten erotyk nie kończy się… »
Florian Konrad
23/07/2019 14:48
anioły w poezji są takie zgrane... wręcz zużyte... »
ShoutBox
  • Zdzislaw
  • 21/07/2019 22:15
  • Nie ma sprawy, Vinillivi :) Sprawa opóźnień wyjaśniona. Człekowi wypoczynek też należy się.
  • Vanillivi
  • 21/07/2019 15:21
  • Tak, zajmuję się prozą. Właśnie wróciłam. Odsapnę moment i wieczorem biorę się za Wasze teksty. Przepraszam za wszelkie opóźnienia.
  • Zdzislaw
  • 20/07/2019 09:36
  • Witam poranno-sobotnie. Czy red. Vanillivi (która wyjechała na dwa tygodnie) jest od prozy? Jeżeli tak, to ok. Rozumiem, czemu nie ukazuje się wysyłana proza.
  • AntoniGrycuk
  • 18/07/2019 01:06
  • Jakie jutro? Ja to wczorajszy ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 23:52
  • Pozdro600 Antoni :D U Was też już prawie jutro? ;)
  • czarnanna
  • 17/07/2019 20:25
  • Miłego wieczoru :)
Ostatnio widziani
Gości online:22
Najnowszy:asusere
Wspierają nas