Tamtego dnia w raju - mike17
Proza » Miniatura » Tamtego dnia w raju
A A A
Od autora: Ktoś mi bardzo bliski przeżył kiedyś coś podobnego. Nic potem nie było już takie jak dotąd. Bowiem pewne rzeczy zmieniają się pod wpływem pewnych wydarzeń, o czym za chwilę przeczytacie. I życie wygląda już zupełnie inaczej. Zmienia się całkowicie optyka. Zapraszam do lektury :)

 

                                                                                                             

 
                                                       Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki.
                                                                ( Heraklit z Efezu 540-480 p.n.e.)
 
 
Odkąd pamiętam, zawsze bałem się nagłej śmierci i wszystkiego, co się z nią wiąże.
Przerażała mnie myśl, że pewnego dnia wszystko może się nagle skończyć, tak po prostu zwyczajnie urwać, jak wyłączony nagle film.
Miałem tak, odkąd zmarła moja ukochana żona Angela.
Już nigdy nie poczułem smaku jej ust, już nigdy nie dane nam było iść brzegiem rzeki, trzymając się za ręce i szepcząc słowa miłości.
Pozostało przerażenie, które gdzieś w otchłaniach jaźni zakwitło trującym wykwitem, dając  mi poczucie, że któryś z tych dni może być mym ostatnim.
 
Obaj byliśmy zapalonymi wędkarzami.
Jeździliśmy na ryby nawet w psią pogodę, w którą najgorszy szaleniec nie wyszedłby na dwór bodaj na minutę, łowiliśmy z pasją w samym środku zimy, kiedy prószył zawzięcie gęsty śnieg i wiało niemiłosiernie żywym mrozem, byle tylko poczuć ten niezapomniany dreszcz emocji i pobyć trochę sam na sam z naturą.
 
Nadchodził upragniony czas wyjazdu.
Lubiliśmy robić to spontanicznie, bez wcześniejszych planów, po prostu pełna swoboda nagłej, i jak to się zwykle później okazywało, dobrej decyzji, która im mniej się nad nią zastanawiało, tym okazywała się trafniejsza.
Chcieliśmy ruszyć na północ od miasta, gdyż zawsze mieliśmy zwyczaj jeździć tylko w te rejony, gardząc bezrybnym południem z jego ponurymi, wyłowionymi do cna zbiornikami oraz stosami puszek po piwie, zalegającymi smętnie nad wodą.
 
Rano w piątek obudziliśmy się jacyś osowiali, w dziwnym, nieokreślonym nastroju, raczej odległym od beztroski.
 
- Śniło ci się coś? – Eric spytał nagle, jakby czymś zaniepokojony.
- Tak. A tobie?
- Mnie też.
- Wyglądasz niewesoło.
- Czuję się jak ta lewa noga, co to się nią czasem wstaje.
- Opowiedz, zobaczymy, co da się zrobić – zażartowałem zainteresowany rozmową.
- Szykowaliśmy się na ryby, bo od dawna nigdzie nie byliśmy. Nie planowaliśmy żadnego konkretnego miejsca, jak zwykle, no wiesz. Po prostu mieliśmy wsiąść do samochodu i ruszyć w drogę. Spakowaliśmy wędki, sprzęt, śpiwory i żarcie i zapakowaliśmy się do wozu. Potem już jechaliśmy. Trudno mi powiedzieć coś o tym miejscu – miało to być jakieś jezioro, wśród lasów, spokojne i ciche, takie, jakie zawsze wybieraliśmy. I wynajęliśmy pokój u rybaka, który nam wszystko powiedział, co i jak, wypożyczył łódkę, pokazał nawet dobre łowiska… Miły człowiek, uczynny.
- Ryby pewnie brały jak na zawołanie?
- Żebyś wiedział! Same potwory, giganty – szczupaki, sandacze, okonie.
- I wtedy złamała mi się wędka…
- Skąd wiesz?
- Mnie też śniło się to, co tobie.
- Niemożliwe!
- Jak widać, takie rzeczy się zdarzają. Angela zawsze wierzyła w to, czego nie ogarnia mózg.
Patrzyła duszą, nie były jej potrzebne oczy. Miała szósty zmysł, i kiedy ja nie wiedziałem, jak postąpić, ona odnajdywała odpowiedź natychmiast, niejako instynktownie. Nie kierowała się rozumem, odrzucając go jako zbędny balast. I jak dziecko stałem, patrząc na to, co mi dawała. A dawała wiele, w zasadzie wszystko. Czy się kiedykolwiek pomyliła? Nie.
 
- To znaczy, że mieliśmy ten sam sen?
- Tak. Mój skończył się w chwili, kiedy pękła mi ta wędka. Potem nastała ciemność.
- Mój też. Wtedy obudziłem się. Potem nie mogłem już zasnąć.
 
Miejsce zostało wybrane, jak zwykle, jednomyślnie. Nie mieliśmy już wiele drogi przed sobą, więc odetchnęliśmy, nie śpiesząc się, jadąc wolno, by popatrzeć na piękno świata.
Nagle zauważyliśmy przy drodze młodą dziewczynę, która stała na poboczu i machała ręką, chcąc się z kimś zabrać. Wyglądała sympatycznie i swojsko, więc bez zastanowienia zatrzymaliśmy samochód, a ona z promiennym uśmiechem dołączyła do załogi.
 
Zabawiała nas rozmową, twierdziła, że w jeziorze, nad którym mieszka, łowi się dość często wielkie okazy drapieżników – szczupaków, okoni, a nawet sumów. Nie było ponoć dnia, by ktoś nie spłynął z wody z jakimś potworem. Zamieniliśmy się w słuch, a dziewczyna ciągnęła dalej swą historię, która z minuty na minutę brzmiała coraz bardziej zachęcająco – tak zachęcająco, że w końcu zapragnęliśmy obejrzeć to magiczne jezioro obfitości i porozmawiać przez chwilę z jej ojcem.
 
Gdy dotarliśmy na miejsce, wnet okazało się, że wszystko, co niedawno usłyszeliśmy o uroku tego zakątka było prawdą. Oczom naszym ukazała się okolica jak z bajki – przepięknie usytuowane jezioro z licznymi, tonącymi w zieloności wyspami i kuszącymi zatoczkami, pasmem jasnozielonej trzciny i krystalicznie czystą wodą, w której bez trudu dojrzeliśmy wygrzewające się w słońcu drobne wzdręgi i karasie.
 
Dziewczyna poszła po ojca, a my jak zaczarowani, staliśmy tam i patrzyliśmy bez końca.
Bo są chwile, kiedy wie się coś na pewno, wie się to bez dwóch zdań, i giną wątpliwości.
W końcu Eric odezwał się:
 
- Czy to nie to miejsce śniło nam się tej nocy?
- Tak, bez wątpienia. To jest to jezioro. Gdyby Angela żyła, byłaby w siódmym niebie. Kochała moje wędkowanie. Siedziała wtedy na leżaku obok mnie i rozwiązywała krzyżówki, malowała paznokcie, albo, kiedy już jej się to znudziło, śledziła ruchy spławika na wodzie. Jej pasją była woda, umiała doskonale pływać i robiła to z wielką gracją.
I kiedy kochaliśmy się w jeziorze, płakała z rozkoszy, a ja czułem, że to moje najpiękniejsze „tu i teraz”, że już lepiej nigdy nie będzie. Byłem szczęściarzem, bo dostałem kobietę, która czytała mnie jak otwartą księgę. I akceptowała z wszystkimi wadami.
                                                                                                                                                      
- Wiesz? – powiedział nagle. – Zmieńmy plany, zostańmy tu.
- Pomyślałem o tym samym. Pal licho tamte łowisko. Czy może być gdzieś lepsza miejscówka? Tylko spójrz. Nie mogliśmy lepiej trafić.
 
- Ale czy my się już nie spotkaliśmy? – zapytał nagle rybak. – Gdzieś, kiedyś?
- Chyba nie. Jesteśmy tu pierwszy raz w życiu. Pewnie pomylił pan nas z kimś innym.
- Pewnie tak. Tylu tu przyjeżdża na ryby. Może coś mi się pomieszało. Będzie wam tu jak w niebie – rzekł, dając nam klucze.
- Już tak się czujemy, panie…
- Jesteśmy w tym samym wieku, więc dajmy spokój z konwenansami – Emil jestem! Dawno nie mieliśmy tu nikogo – rzekł, odpinając łódkę z łańcucha. – W zasadzie sezon się dopiero zaczyna. Macie teraz naprawdę dobry czas – nie ma jeszcze zbyt wielu łowiących.
 
Po kilkunastu minutach byliśmy już na wodzie. Cichy plusk wioseł mile współgrał z niebiańską ciszą i harmonią tego niezwykłego miejsca. Delektowaliśmy się każdą chwilą, każdym metrem przepływanym łódką, każdym wyskokiem ryby nad powierzchnię wody.
Gdziekolwiek indziej znaleźlibyśmy się owego dnia, wszędzie byłoby już tylko gorzej.
Bez trudu dopłynęliśmy do miejsca, wskazanego nam przez Emila, zapuściliśmy kotwicę i zaczęliśmy łowić. Ryby brały jak na zawołanie, jakby było ich tu tyle, co wody, i już po godzinie mieliśmy w siatce cztery, duże okonie i sporego szczupaka. Na kolację wystarczyło.
 
- Jest idealnie, Mike – rzekł rozmarzonym głosem Eric. – Nie mogłoby to trwać wiecznie?
- Tak… Robi się trochę późno, nie uważasz?
- Może. Chcesz już wracać, chcesz sobie pojeść, co?
- Czytasz w moich myślach.
 
Wieczór upłynął nam miło na smażeniu, jedzeniu i rozmowach z Emilem i jego uroczą żoną, Mary, która przyłączyła się do nas, zapraszając do degustacji domowej roboty wina, które wkrótce niebiańsko rozlało się po naszych podniebieniach. Było jak w domu. Sympatycznie i przyjemnie. Nie wiadomo, kiedy nadeszła północ i trunek nieźle zaszumiał nam w głowach, co było niechybnie znakiem, by podziękować za przemiły wieczór i udać się na spoczynek.
 
Ranek obudził nas prześlicznym śpiewem ptaków, cudownymi ariami nie z tej ziemi i błogim uczuciem, że jesteśmy w tak niesamowitym miejscu, gdzie nie istnieją wszystkie przeklęte uroki miasta, które potrafią mocno dać się we znaki, i gdzie wszystkim, co będziemy chcieli robić, to łowienie od rana do zmroku.
 
- Jak się spało? – wesoło zagaił Emil na nasz widok.
- Jak u pana Boga za piecem – odpowiedział Eric.
- A ja miałem dziś sen… – rzekł nasz gospodarz. – Taki inny niż te, co zwykle mam. Jakiś taki wyraźny, dokładny… Wy mi się śniliście. Dacie wiarę? Wy, na wodzie, na rybach. Byliście na łódce, i coś ci wzięło, Mike, coś dużego, i wtedy… złamała ci się wędka – zakończył, patrząc na mnie. – I było w tym coś niezbyt miłego. Jak się obudziłem, poczułem, że jestem zdenerwowany, jakby czymś przerażony. Nie lubię się tak czuć.
 
Tamtego dnia zanosiło się naprawdę na tęgi upał. Nawet najmniejszy liść się nie poruszył, wiatr przepadł gdzieś bez wieści, a ciężka, nuklearna pogoda z rana wróżyła morderczy skwar po południu. Trochę mnie to zaniepokoiło. Pamiętam, że przez chwilę pomyślałem sobie, a może by nie wypływać, tylko spróbować gdzieś zasiadki z brzegu, w cieniu, z dala od prażącego niemiłosiernie słońca i wszechobecnego, gęstego żaru. Ale po chwili dałem sobie spokój. Pokusa wędkowania w takim miejscu jak poprzedniego dnia wzięła w końcu górę. Przestałem myśleć o upale. Zignorowałem go jak rzecz mało ważną i nieistotną.
 
Pamiętałem, jak Angela zawsze mówiła, bym zakładał czapkę w upały.
Ważne, by chronić głowę przed morderczym żarem słońca.
Zawsze to robiłem, bo była blisko mnie i nie pozwoliła, by było inaczej.
Lubiłem wówczas na chwilę odłożyć wędkę i niespiesznie masować jej kark.
Jej twarz wyrażała błogość, a ja dziękowałem Bogu za każdą minutę z tą niezwykłą kobietą.
Po niej nie było już żadnej – byłem facetem, który potrafi kochać tylko raz w życiu.
I miałem swój raz, niezapomniany, i choć jej nie było, nadal ją kochałem.
I wiedziałem, że tak będzie już do końca mych dni, do ostatniego oddechu…
 
Po śniadaniu natychmiast wypłynęliśmy. Zdjęliśmy szybko koszule, ponieważ nie dało się w nich wytrzymać. Temperatura rosła z minuty na minutę - z nieba lał się żar.
Było cudowne, czerwcowe przedpołudnie, a my pasjonaci wędkowania siedzieliśmy sobie z dala od wielkiego, hałaśliwego świata w sercu puszczy, szczęśliwi i wolni od trosk.
 
- Jest! – krzyknąłem na całe gardło. – Mam coś sporego! Daj podbierak! O rany, ale potwór!
Eric szybko odłożył swoją wędkę, aby mi pomóc przy rybie.
- O kurcze, wędka mi się złamała… - jęknąłem nagle. – Spójrz. Coś niebywałego…
I oniemiały patrzyłem na złamaną na pół wędkę, którą nadal szarpała moja wielka ryba.
 
W chwili, gdy to ujrzałem, poczułem ostre i silne ukłucie w okolicy serca, zrobiło mi się nagle słabo i osunąłem się bezwładnie na tylną ławkę łódki. Wtedy gwałtownie przechyliłem się i wpadłem do wody.
 
Wiedziałem, co się ze mną dzieje, lecz ból był nie do zniesienia, całkowicie paraliżując moje ruchy i sprawiając, że biernie poddałem się biegowi wydarzeń.
Gdy znalazłem się pod powierzchnią jeziora, które w tym miejscu miało zaledwie dwa metry, wydałem z siebie rozpaczliwy bulgot. Czułem jeszcze uderzenie krwi do głowy, która wydawała się pęcznieć i rozdymać, rozsadzana nieznośnym ciśnieniem. Jakoś po chwili eksplodowała delikatnie i łagodnie jak bańka mydlana.
 
Woda zanuciła mi przepiękną melodię głębin, i tu, leżąc na dnie, umysł mój rozświetliła tęczowa, migocąca jasność. Dostrzegłem oczyma duszy niezwykłą harmonię, czułem ją całym sobą, znalazłem się w najcudowniejszym miejscu, jakie można było sobie wyobrazić, a jego piękno przewyższało wszystko, co kiedykolwiek widziałem.
Było to nieznane mi dotąd uczucie nieziemskiej rozkoszy. W tej chwili wszystko stało się dla mnie proste i jasne, powoli jak cząsteczka powietrza uniosłem się ku powierzchni, przeniknąłem przez łódkę i znalazłem się wysoko nad wodą.
Stamtąd widziałem Erica, wołającego rozpaczliwie o pomoc.
Nie umiał pływać.
 
Potem nagle odkryłem, że jestem znów na dnie jeziora, wśród traw i ryb, pływających wokół mnie, ciekawie mi się przyglądających. Trwałem tam jakby nie istniały minuty i godziny.
Widziałem też siebie, jak gdyby z boku, z włosami niczym wodorosty, unoszącymi się jak wachlarz na wodzie. Nie było już smutku i bólu, zniknęły gdzieś bezpowrotnie wszystkie problemy, od których chciałem zawsze uciec.
I tylko szczęście wypełniało, dając poczucie absolutnego spełnienia.
Nagle gdzieś w głębinach usłyszałem coś.
 
Był to głos Angeli.
Poznałem go natychmiast.
Ukochany, nigdy niezapomniany, choć rozdzielił nas bezlitosny czas.
Teraz zabrzmiał wyraźnie i sprawił, że poczułem się, jakbym miał ją obok siebie.
Odczułem ścisk w gardle, bo wiedziałem, że jej już przecież nie ma.
 
- Nie bój się, Mike, przybyłam, by pomóc ci w tej podróży, niczego się nie bój… Pomagałam już innym. Odbędę z tobą tę drogę, aż do końcowej stacji.
- Gdzie jesteś? Czemu cię nie widzę?
- Nie musisz, to nie jest już ważne. Jestem przy tobie, nie lękaj się.
- Czuję cię całym sobą.
- Zawsze byłam blisko, choć nigdy mnie nie widziałeś.
- Odkąd wtedy odeszłaś, spotykaliśmy się w snach.
- Tam też przychodzimy.
- Czy to przypadek?
- Kiedyś zrozumiesz, że pewne rzeczy są dawno temu napisaną księgą.
- Przeznaczenie?
- Tak, kochanie, to ono jest największą z sił. Zaufaj mi. Nie jesteś sam. Nigdy nie będziesz.
 
Wtem rozległ się radosny śmiech i zaintrygował mnie.
 
Gdzieś tam, w głębinach jeziora, ujrzałem nagle grupkę dzieci, bawiących się w piaskownicy. Poznałem wnet podwórko z lat dziecinnych – byli tam wszyscy moi przyjaciele, znów młodzi i nieznający jeszcze bólu życia, całej tej, złej, niepotrzebnej wiedzy, jakby czas cofnął się o dziesiątki lat do chwili, kiedy życie miało dla nas tylko dobry wymiar.
Byłem tam i ja – mały chłopiec, bawiący się z innymi, nie lękałem się niczego, czułem ekstatyczną radość i bezmiar zadowolenia, na które nie było słów. Z tamtą chwilą szczęścia nie mógł się równać żaden inny moment w moim życiu – to było uniesienie, przenikająca mnie na wskroś euforia.
Nie obchodziło mnie moje fizyczne ciało, chciałem na wieki roztopić się w cudownym stanie istnienia, gdzie była jasność i szczęście.
 
I oczami duszy ujrzałem wtedy ku swemu zaskoczeniu i rozczarowaniu kuter rybacki, płynący szybko w stronę krzyczącego Erica, który stał na łódce i machał rozpaczliwie rękami.
Chciałem się temu sprzeciwić – PROSZĘ, NIE RATUJCIE MNIE! ZOSTAWCIE MNIE TU W SPOKOJU!
 
Kuter zatrzymał się przy moim bracie i Emil błyskawicznie zanurkował. Leżąc na dnie widziałem tysiące bąbli i rozbrysk wody. Potem był już koło mnie i mocno chwycił mnie za rękę. W mgnieniu oka wypłynął z moim ciałem i wciągnął je razem z Erikiem pośpiesznie do łodzi. Widziałem jak silnie naciskali mostek, robili sztuczne oddychanie, usiłowali mnie reanimować, czuli, że śmierć stoi gdzieś obok, gotowa do ostatecznego pocałunku.
 
Kiedy już wróciłem do swego ciała, ja – dorosły mężczyzna, zapłakałem.
Płakałem, bo musiałem znów żyć na tym świecie, a widziałem już tamten.
Jakże wtedy zapragnąłem, by stać się kamieniem, leżącym na dnie tego jeziora.
Kamieniem, ciężkim, ale wolnym i szczęśliwym, i poprzez to lekkim.
By znów usłyszeć ukochany głos mojej Angeli, by był w mojej głowie po czasu kres.
 
Teraz już wiem, że życie przypomina więzienie.
W tym stanie nie potrafimy zrozumieć, jakim ograniczeniem jest ciało, a śmierć jest radosnym uwolnieniem, ucieczką z tej opresji, jaką zdaje się być „cudowna” doczesność.
 
Od tamtej pory nie boję się śmierci, wiem, że jest fikcją.
To, co nią nazywamy, to jedynie przejście z jednego stanu w drugi, jak z pokoju do pokoju, i największym szczęściem jest to, że wciąż istniejemy, nadal żyjemy, choć już w nieco inny sposób – nasze „ja” nadal widzi, słyszy i odczuwa, choć nie może się zobaczyć.
 
Już wiem, jaką radość odczuwają ludzie, którzy umierają.
To my zakłamaliśmy to najpiękniejsze z doświadczeń.
Wiem też, że spotkam TAM ukochaną żonę, której głos słyszałem na dnie jeziora, i innych bliskich, którzy już odeszli.
Znów będziemy razem, jakby czas nas nigdy nie rozdzielił, jakby zło nie weszło między nas.
Zespoli radość i spełnienie, i kiedy będziemy w tym, na twarzy pojawi się uśmiech.
I powiemy sobie, że na ten moment czekaliśmy całe długie życie.
 
Może to zabrzmi dziwnie, ale wciąż czekam i tęsknię za chwilą, by znów poczuć to, co wtedy dane mi było doświadczyć tam na dnie niezwykłej wody, kiedy po cichu umierałem.
I rodziłem się do innego życia., ale gdy nadejdzie, oby trwało wieki.
 
Potem długo rozmawialiśmy o tym z Emilem, o tym wszystkim, co się tak nagle wydarzyło, i powiedzieliśmy mu wtedy o naszym śnie. W jego oczach zobaczyłem dobry blask. To był prawy człowiek, na którego można było liczyć. To się czuło od początku. Tacy ludzie są dziś gatunkiem powoli wymierającym. Dobrze go oceniliśmy. Zrozumiał nas bez słów. Do takich spraw nie trzeba wiary, nie trzeba religii, wystarczy intuicja, instynkt i „to coś”. I on to miał.
Choć mało mówił, prawie wcale, poczuliśmy, jak głęboko przeżył cały ten wypadek.
A my wiedzieliśmy, że gdyby nie on i jego szybkie nurkowanie, utonąłbym.
Nigdy nie dowiem się, jak udało mu się w kilka minut wydobyć mnie spod wody.
I czemu był akurat w pobliżu – mógł przecież być w mieście albo w domu.
Jednak pajęczyna naszych losów musiała być tak właśnie utkana, nie inaczej.
Układanka idealna, idealne rozłożenie akcentów.
 
Spędziliśmy nasz czas u niego w spokoju i wyciszeniu.
Czasem inaczej nie można: nagle pojawia się zupełnie inna optyka.
Łowienie zeszło na dalszy plan, przynajmniej w moim przypadku, gdyż po tym, czym obdarzył mnie los, długo nie mogłem się otrząsnąć i zwykłe, ludzkie przyjemności znikły dla mnie na jakiś czas - cofnąłem się w głąb siebie, sycąc się tym, co grało w sercu.
 
Eric, podobnie jak ja, również stracił chwilowo ochotę do wypływania łodzią na jezioro.
Nigdy nie nauczył się pływać i sądzę, że nigdy się nie nauczy.
Od tamtej pory woda nam obu kojarzyła się już nie tylko z wędkowaniem i beztroskim wypoczynkiem na łonie natury, lecz także z owym niezapomnianym, czerwcowym przedpołudniem, kiedy to ja na swój własny sposób odkryłem ją na nowo i pokochałem całym sercem jeszcze bardziej niż kiedykolwiek wcześniej.
 
Odnaleźliśmy się w niemym trwaniu cichych godzin – w zespoleniu z przyrodą, w czułym szumie letniego wiatru, który był nam wiernym towarzyszem, w rozkosznym śpiewie ptaków i radosnym blasku słońca.
Wiedzieliśmy o tym i dlatego nie rozmawialiśmy ze sobą prawie wcale.
Co jakiś czas tylko spoglądaliśmy na siebie, myśląc to samo i czując to samo.
Spędzaliśmy czas na pomoście – on łowiąc w skupieniu, ja zaś wpatrując się godzinami nieruchomo w milczeniu w zielonkawą toń spokojnego jeziora, gdzie dane mi było dotknąć wieczności i doświadczyć bliskości Angeli.
 
Usłyszeć jej szept, poczuć jej obecność, zapomnieć na jakiś czas, że nie możemy się na razie spotkać, lecz gdy wypełni się trwanie, znów nasza chwila nadejdzie, i nie rozdzieli nas nic.
Po raz pierwszy i ostatni - ta myśl była mi największą radością.
Ujrzymy światło, w które wejdziemy i gdzie przyjdzie nam pozostać.
Na zawsze, razem, nierozłączni.
 
Bowiem wciąż miałem przed oczyma niezatarte, wyraźne wspomnienie tej krótkiej, niezwykłej chwili raju, którą przeżyłem gdzieś tam, w głębinach jeziorowej toni, owego, przedziwnego, upalnego dnia.
 
 
 
 
28 lutego 2017
 
 
 
 
 

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
mike17 · dnia 09.03.2017 10:20 · Czytań: 887 · Średnia ocena: 4,85 · Komentarzy: 47
Komentarze
Miroslaw Sliwa dnia 09.03.2017 13:22 Ocena: Świetne!
Cześć Michale.

No pięknie opowiedziana historia. Muszę przyznać, że posiadasz dar gawędzenia, snucia narracji w bardzo wciągający sposób. To z pewnością jest wielkim atutem Twoich tekstów.

Ciekawa narracja plus metafizyka i magicznie się zrobiło, chociaż wcale nie frywolnie.

Jestem chrześcijaninem i szczerze wierzę w życie wieczne. To chyba dość normalne, że w życiu żadnego człowieka nie ma nic ważniejszego. Co prawda sama natura, zgodnie z zamysłem Stwórcy powoduje, że kiedy jesteśmy młodzi, zdrowi, pełni radości to cała nasza uwaga, cała nasza energia skupia się na tym co doczesne; ludźmi jesteśmy, nie aniołami, a jednak zdarzają się osoby, które "przeżyły własną śmierć". Wiem, że neurolodzy czy tanatolodzy tłumaczą wizje tych osób procesami chemicznymi zachodzącymi w mózgach i wcale się z nimi nie kłócę; człowiek jako organizm działa zgodnie z prawami fizyki, chemii i biologi. Tak jest, to prawda, ale niech żaden z tych speców nie tłumaczy mi, że na tym życie się kończy, bo tego nikt nie wie. Wiara jest wiarą dlatego, że nie jest pewnością. Niewiara niewierzących również nie ma nic wspólnego z pewnością; jest po prostu brakiem wiary.

Pamiętam słowa św. Tomasza z Akwinu po przeżyciu mistycznym, które miały się odnosić do jego, genialnych przecież dzieł; miał się o nich wyrazić, że "wszystko to słoma". Cóż ujrzał Prawdę za życia. Nie mam powodu żeby nie wierzyć tak pokornemu geniuszowi, a przede wszystkim nie mam powodu żeby nie wierzyć Jezusowi.

Wierzę i dobrze mi z tym.

Piękne opowiadanie Michale.

Pozdrawiam. :)

Mirek
mike17 dnia 09.03.2017 13:39
Piękny i mądry koment, Mirku, jestem pod wielkim wrażeniem :)
Zbyt wiele jest dowodów na przeżycia towarzyszące umieraniu i samą śmierć kliniczną, by nabierać wody w usta i udawać, że to fantazje.

Co więcej, relacje osób, które otarły się o śmierć są zaskakująco podobne, a więc nie przypisywałbym tego pracy mózgu, a temu, co dane od Boga.
Człowiek jest bowiem zbyt skomplikowanym mechanizmem, by wszystko tłumaczyć mózgiem.
Owszem, czasami może się to sprawdzać, ale nie sądzę, że w tym przypadku.
Tu wchodzi się w inny wymiar, taki sam dla wszystkich.
Cudowny i jasny, dobry i pełen szczęśliwości.
Wierzę, że to dzieło boskie.

W tym opowiadaniu chciałem po raz kolejny przedstawić swój chrześcijański światopogląd i wiarę w nieśmiertelność duszy ludzkiej.
Życie to zaledwie preludium - po śmierci zacznie się życie wieczne, te właściwe.

I chyba tak jest w Piśmie Świętym powiedziane: "Ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało, co Bóg przygotował człowiekowi po śmierci..."

Raz jeszcze wielkie dzięki, Mirku, za wizytę i dogłębny komentarz :)
Cieszę się, że się w tej historii odnalazłeś )

Pozdro
al-szamanka dnia 09.03.2017 20:47 Ocena: Świetne!
Widziałam trochę za dużo, chwilami za mało przecinków i to:
Cytat:
Pal licho tamte(o) ło­wi­sko.


Zasiedziałam się w tekście i czytałam go sercem.
Dlaczego?
Bo dawno temu, po narkozie, znalazłam się w stanie, z którego też nie chciałam wracać.
Nikt ze mną nie rozmawiał, nikt nie witał.
Stałam na granicy nieprawdopodobnie pięknego światła, przyciągało mnie w magiczny sposób, wiedziałam, że tylko w nim będę prawdziwie szczęśliwa. Ale co posunęłam się ku niemu, coś ciągnęło mnie do tyłu... i w końcu okazało się silniejsze.
W Twoim "podwodnym świecie" odnalazłam te same emocje.
I wierzę, że istnieje miłość aż poza.
Opisałeś ją bardzo pięknie, tak jak jest i jak być powinno.
Zwiastun wydarzeń pod postacią proroczych snów też mnie przekonuje, ponieważ sama takie często miewałam, aż do momentu, kiedy zaczęłam się ich bać.
Zresztą całe opowiadanie jest niezwykłe, opisy takie, że można je wręcz dotykać, poczuć zapach i rozpłynąć się w dźwiękach.
No i spowodowałeś, że się bardzo wzruszyłam, a ja lubię, gdy czytając ulegam emocjom, które dla czytelnika zaplanował autor :)
Piękny tekst, Michale.

Pozdrawiam serdecznie :)
JOLA S. dnia 09.03.2017 21:16 Ocena: Świetne!
Michale,

to tekst wymagający wielkiego skupienia i jeszcze do niego wrócę;

Są w nim miejsca dla mnie trudno zrozumiałe, takie, do których musiałabym sięgnąć do przytaczanych odniesień, by zrozumieć, i takie, które odrobinę się chyba zagubiły w słowach, takie miałam wrażenie; są też miejsca olśniewające i tych jest bardzo dużo.

Ogólnie piękny, magiczny, budzący emocje :)

Pozdrawiam cieplutko :)

JOLA S
mike17 dnia 09.03.2017 21:22
al-szamanka napisał/a:
Zasiedziałam się w tekście i czytałam go sercem.

Osoba, o której tu mowa, przeżyła to i żyje dalej :)
Widziała już "tamten" świat, niestety musi żyć w tym.
Ale na to się nic nie poradzi...

al-szamanka napisał/a:
, nikt nie witał.

Oni najczęściej przychodzą.
I prowadzą świetlistym tunelem.
Jest bardzo jasno.
I ciepło.

al-szamanka napisał/a:
W Twoim "podwodnym świecie" odnalazłam te same emocje.

Nie zdradzę, kim jest osoba, o której mówię.
To zaburzyłoby mi cały tekst.
Ale wierz mi, ona poczuła to samo, co Ty.

al-szamanka napisał/a:
ponieważ sama takie często miewałam,

To tak jak ja.
Mam je nad wyraz często.
Dwa, trzy razy w tygodniu, to już plaga.
To samo, co przeczucia i prekognicję.
To niebezpieczny dar, bo za dużo daje wiedzy.

Aldonko, czytamy w tej samej księdze :)
Nie wiem, jak to się dzieje, ale jest nas wielu.
Tych paranormalnych.
I choćby śmiał się świat, my wiemy, że mamy rację, czyż nie?

J O L U

Wiem, że to bardzo intymny tekst.
Bo ktoś to kiedyś przeżył i ja go znam.
Znam go bardzo dobrze.
I jego umieranie, i jego rodzenie się do nowego życia.
W ogóle znam wielu dziwnych ludzi.
I znam dziwność życia, i nie wstydzę się o tym mówić.
I czytam w przestrzeni, i widzę w niej wiele.
Ale to nie jest do końca zbawienne, bo można się za wiele dowiedzieć.

Pozdrawiam i bardzo dziękuję za koment :)
oldakowski2013 dnia 09.03.2017 23:39 Ocena: Świetne!
Michale. Powiem Ci, że czytało mi się świetnie i czym dalej się zagłębiałem tym coraz bardziej byłem zły na twoich bohaterów. Sam jestem zapalonym wędkarzem, ale takich błędów jak Wy to nigdy nie popełniam i nie popełnię. Nie wiem czy jest sens mówić co żle robili, to z tekstu jasno wynika, że nie mieli żadnego zabezpieczenia(kamizelki, koło ratunkowe itd), a to powinni mieć. Co zaś do samej treści, to przejęła mnie ona, sam przeżyłem podobne chwile kilkakrotnie, ale nie byłem w takim stanie jak Twój bohater. Zgadzam się z Tobą i innymi osobami, że jednak to "coś"jest, ale my nie rozumiemy i zapewne nigdy nie zrozumiemy tego. Też takim zjawiskom się dziwię i mimo szukania odpowiedzi niestety ale nie znajduję jej. Nigdy nie znajdowałem się w tak skrajnej sytuacji (choć w podobnej), ale często miewam sny, których nie rozumiem. Zawsze dziwię się skąd śni mi się coś, czy osoba sprzed lat 40-50, kiedy ja nie myślę o niej ani nie mam żadnego kontaktu. Dla mnie to jest dziwne. Mój komentarz jest trochę przerywany, bo przeszkadzają mi domownicy odrywając mnie od laptopa, ale wiedz, że tekst przeczytałem już dwukrotnie i jeżeli pozwolisz to wydrukuję go sobie do moich zbiorów. Warto go mieć w swoich zasobach. Mam nadzieję, że wyrazisz na to zgodę. Pozdrawiam i na drugi raz uważaj na tych Mazurach.
Aronia23 dnia 09.03.2017 23:49 Ocena: Świetne!
miki17, no gratulacje, tekst na wysokim poziomie. Jakże się cieszę. Akurat dla mnie na ten moment mojego życia - więzienia, jak napisałeś w opowiadaniu. Powołanie się na starożytną mądrość, Też dużo daje, poszerza horyzonty. Nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki - to chińskie przysłowie, Heraklit mówił: "Wszystko płynie" - Panta rei, ale to kwestia tłumaczenia. Wiesz, po przeczytaniu Twej opowieści lepiej się czuję, bliżej poznałam Twoje myśli i spojrzenie na świat. Bardzo mi się opowiadanie podoba. "Wyłowiłam" parę zdań takich "akuratnych" dla mnie:
"W tym stanie nie potrafimy zrozumieć, jakim ograniczeniem jest ciało, a śmierć jest radosnym uwolnieniem, ucieczką z tej opresji, jaką zdaje się być „cudowna” doczesność." Ta doczesnośc, jak mówi każda z religii to chwila, sekunda. Też wybrnęłam z trudnych sytuacji i czasami, jak bohater Twej opowieści - płaczę i pytam: po co? Jednak myślę, że nadal żyjąc w okowach ciała, jakże nędznego, mam jeszcze coś do zrobienia tutaj. Często przypominam sobie moje myśli sprzed paru lat, np. "Trwaj chwilo", ale premija, bo przecież "wszystko płynie" i tak się koło toczy i "Ziemia toczy swój garb uroczy. Toczy, toczy się los". Cóż jeszcze? Ano zdania"
"Może to zabrzmi dziwnie, ale wciąż czekam i tęsknię za chwilą, by znów poczuć to, co wtedy dane mi było doświadczyć tam na dnie niezwykłej wody, kiedy po cichu umierałem.
I rodziłem się do innego życia., ale gdy nadejdzie, oby trwało wieki." I stwierdzenie, że od tamtej chwili nie boisz się śmierci. Jakże dla mnie ważna jest Twa historia. A dlaczego? To już Ty i ja wiemy. Popłakałam się, a to trudne, doprowadzić mnie do łez, też od pewnego "granicznego" wydarzenia w moim życiu, które już by mogło się przetoczyć. Pozdrawiam, A23
mike17 dnia 10.03.2017 00:02
Chylę czoło przed przenikliwością, Tadeuszu, już wiesz, kimkolwiek był tonący :)
Tonący nigdy tego nie zapomniał.
Choć jest wesołym gościem, widział już inny świat.
I sama myśl o nim, napawa go radością bez słów.
I dziś jest po czterdziestce, jakże daleko do...
I cieszy się pomimo wszystko życiem, tym życiem.
Inaczej nie umie, tamto wspomnienie jest w nim jak jasne światło co oświetla mrok duszy, jak zapowiedź LOSU, który kiedyś, gdy wypełni się czas, wynagrodzi
Osiągnął spokój i harmonię, choć po tamtym dniu nie było to długo możliwe.
Jednak czuł, że ktoś Większy niż Ty i Ja jest w pobliżu.
Dziś wie, że są rzeczy, które mogą się zdarzyć między niebem a ziemią.
I trzeba to uszanować :)

Pozdrawiam!
oldakowski2013 dnia 10.03.2017 11:05 Ocena: Świetne!
Wiem, że to pozostanie w Tobie na zawsze, pogodziłeś się z tym, a z drugiej strony wiesz, że ktoś czuwa nad Tobą i jest zawsze w pobliżu Ciebie. Wiem, że Cię chroni, ale Ty też musisz uważać na siebie, Rozsądek w tym wypadku jest najważniejszy, bo dzięki temu możemy uniknąć niespodzianek. Jednak co nam jest pisane to pisane, tego nie zmienimy i dzięki temu nasze życie ma jakiś sens. Pozdrawiam.
mike17 dnia 10.03.2017 11:43
Tak dokładnie jest, Justynko, pewne wydarzenia wywierają przemożny wpływ na nasze życie i zmieniają optykę.
Nic potem nie jest już takie samo.
Choć to tyle lat, ja wciąż pamiętam.
I nigdy nawet na moment w moim życiu nie było chwili, bym to zapomniał.
Dodałem w opowiadaniu fakt utraty żony przez bohatera - to element fikcyjny, ja słyszałem głos zmarłego Ojca.
Ale chciałem do tej miniatury wprowadzić wspomnienie o Angeli, żonie bohatera, jako jeden z wątków.

Tadeuszu,


Ja ciągle czuję obecność Boga w moim życiu.
W każdej jego minucie.
Bardzo chętnie o tym opowiadam.
Jestem naprawdę szczęściarzem :)

Bardzo dziękuję Wam za piękne słowa i pozdrawiam wesoło!
Nihil Vanite dnia 10.03.2017 13:38 Ocena: Świetne!
Bardzo ciekawe i poruszające do głębi opowiadanie :) To dobrze, że zdarzają się czasem takie rzeczy, w które trudno uwierzyć, bo to dzięki nim dowiadujemy się jak bardzo świat jest skomplikowany i zaskakujący. Pozdrawiam :)
mike17 dnia 10.03.2017 13:59
Nihil Vanite, bardzo się cieszę, że moja opowieść zrobiła na Tobie takie wrażenie :)
Zwłaszcza że to bardzo osobisty tekst.
A życie?
Docenia się je najczęściej w obliczu śmierci, choć ta nie jest taka straszna.
Śmiem twierdzić, że jej nie ma - jest tylko ustanie czynności życiowych.
My istniejemy dalej, w nowym, lepszym świecie :)

Pozdrawiam!
Lilah dnia 10.03.2017 22:56
Wzruszające i intrygujące przeżycie, Mike. Boimy się śmierci, a może rzeczywiście nie należy się bać?

Cytat:
tę­sk­nię za chwi­lą, by znów po­czuć to, co wtedy dane mi było do­świad­czyć tam na dnie nie­zwy­kłej wody, kiedy po cichu umie­ra­łem.

Wydaje mi się, że powinno być: czego dane mi było doświadczyć,
ale upierać się nie będę.

Pozdrawiam serdecznie, :) Lilah
mike17 dnia 10.03.2017 23:44
Dziękuję, Lilu, za piękną wizytę i pobycie z moimi bohaterami :)
A śmierć?
To fikcja.
Nic specjalnego, ot, przejście z pokoju do pokoju.
Nic poza tym.
Jako taka nie istnieje.

Całuski!
Rzynka dnia 11.03.2017 13:39 Ocena: Świetne!
Witaj Mike, bardzo cieszę się, że napisałeś o tym, o czym ja nie zawsze mam odwagę opowiadać. Co prawda nigdy nie byłam na pograniczu życia i śmierci, ale przydarzyło mi się coś, dzięki czemu powróciłam do Boga po wielu latach i, choć to było jak uderzenie gromu, to czułam to, co ten bohater. Zatopienie w czymś nieziemskim, niesamowitym, przed oczami przeleciało mi całe życie i byłam nim przerażona, choć nie było pokazane w sposób agresywny, a za chwilę wybuch niesamowitej rozkoszy, zatopiłam się w czymś, czego nie potrafię nazwać inaczej niż Bożą miłością, czas się zatrzymał i zrozumiałam, że to, czego szukałam całe życie jest w Nim. I może to inne przeżycie niż to, co przeszedł Twój bohater, ale też zmieniło mnie całą. Jest tęsknota za tym innym życiem, tym prawdziwym, a to tu, to tylko wędrówka.. Uwielbiam opowieści ludzi, którzy Tam już byli, to napawa tak ogromną nadzieją i fakt, śmierć już nie przeraża. Tak jak Ty uważam, że jej nie ma. Dostałam drugą szansę jeszcze za życia. Nie potrafię patrzeć w czarno białych barwach. Wszystko jest wielowymiarowe, ale opowiadać o tym nie potrafię. Już samo to, że nie istnieje dla mnie coś takiego jak "bezsensu", we wszystkim go widzę :)

Dziękuje Ci za to opowiadanie, tak jak reszta Twoich opowieści, weszła w zakamarki serca. Dostrzegasz dużo więcej i potrafisz o tym pisać, a właśnie takich opowiadań szukam. Takich, które wniosą coś w moje życie. Dziękuje :)
mike17 dnia 11.03.2017 14:03
Rzynko, ależ się cieszę z tak pięknego, mądrego komentarza! :)
Starałem się opisać wszystko tak, jak wtedy czułem, i choć od tamtej chwili minęło 17 lat, ja jestem już innym człowiekiem, tak jak Ty, dotknąłem Boga, choć w sumie zawsze był obecny w moim życiu, ale wtedy poczułem Go namacalnie.

Opowiadanie posiada elementy fikcyjne, np. postać rybaka i pobyt braci u niego w domu.
Ja przeżyłem to nad jeziorem, gdzie mam działkę, a z pomocą przyszedł przypadkowy wędkarz, który łowił obok mnie i mego kumpla, który nie umiał pływać.

I dziś już wiem, że nie boję się śmierci, bo jej najzwyczajniej nie ma.

TAM będzie czekać na nas Bóg i nasi bliscy.

I zacznie się prawdziwe życie, bo wieczne.
Już wiem, jak smakuje, wiem, jak wyglądać może raj - tak, raj, to najlepsze określenie.

I życie, tu na ziemi traktuję jako przedbiegi przed tym właściwym.

Raz jeszcze bardzo Ci dziękuję za wizytę i kłaniam się nisko :)
Jaga dnia 13.03.2017 23:52
„Płakałem, bo musiałem znów żyć na tym świecie, a widziałem już tamten.
Jakże wtedy zapragnąłem, by stać się kamieniem, leżącym na dnie tego jeziora.”

Cześć, Mike, jestem świeżo po lekturze „Samotności” Mirka Śliwy, więc ten fragment znakomicie się komponuje z jego tekstem. Oczywiście nie zamierzam porównywać Waszych opowiadań, bo są zupełnie inne, jedyne w swoim rodzaju i klimacie. Powiązałam je ze sobą z powodu samotności.

Od Twojego bohatera odeszła ukochana Angela. I moim zdaniem to właśnie ona ściągnęła go na środek jeziora, aby uświadomić mu, iż cały czas jest przy nim, czeka na niego, a życie nie kończy się w momencie śmierci. To przecież ona wierzyła w sny i patrzyła duszą.
Poznajemy ją oczami Mika. Jego miłość, tęsknota i wszystkie wspomnienia są niezaprzeczalnym autem opowiadania.
Jedynym minusem jest imię „Angela”, lecz to bardzo subiektywna opinia.

Dla mnie to historia bardzo realistyczna, pięknie opisana.
Pozdrawiam serdecznie :)
Jaga
mike17 dnia 14.03.2017 10:39
Pięknie mi napisałaś, Jago, bardzo wnikliwie i autentycznie :)
Zaiste tak musiało być: Angela widząc, że Mike nie jest do końca szczęśliwy, żyjąc samotnie, pojawia się na dnie jeziora i uświadamia go, że nie jest sam, nigdy nie był i nigdy nie będzie.
A gdy wypełni się czas, znów będą razem.
Nie może być innego scenariusza.
Bo człowiek nigdy nie umiera, jako dusza idzie dalej, do lepszego świata :)

Moim zamiarem było wzruszyć i poruszyć czytacza, uwrażliwić go na rzeczy, które istnieją.
I w miarę prostą i zwyczajną fabułę wpleść coś niezwykłego i nieziemskiego.
Jak to, co przytrafiło się Mike'owi na dnie jeziora.

Myślę, że gdy ochłonął, poczuł w sobie tę ekstatyczną radość i ulgę, że nie jest sam na tym łez padole, że jego Angela czuwa nad nim jak Anioł Stróż.
Bo tak właśnie czynią nasi bliscy, którzy już odeszli.
Oni nas widzą, choć my nie możemy ujrzeć ich.

Bardzo dziękuję Ci raz jeszcze za piękne słowo i wczucie się w mój tekst :)
To dla mnie bezcenne.
I bardzo budujące.
Zapraszam w przyszłości znów, kiedy dusza zapragnie!

Pozdro!
ajw dnia 14.03.2017 15:00 Ocena: Świetne!
Wiesz, Miku? Dziękuję Ci za to opowiadanie, bo dzięki niemu poczułam się w tym dzisiejszym szubrawym świecie, gdzie nie liczą się żadne wartości, gdzie ludźmi włada żądza pieniądza i chęć dominowania nad innymi.. jak w oazie spokoju i czystości intencji, otoczona przyrodą, którą kocham i tylko w towarzystwie której potrafię odpoczywać.
Pięknie zagawędziłeś, przeniosłeś w inne realia, zaciekawiłeś, sprawiłeś, że poczułam się czysta.. Nie umiem tego wytłumaczyć, piszę co czuję. Fantastycznie opowiedziane.
mike17 dnia 14.03.2017 17:18
Bardzo Ci dziękuję, Iwonko, za te piękne słowa :)
Staram się malować raczej dobre światy, dobre wymiary.
Gdzie panuje Dobro i nie ma lęku.
Gdzie brud tego świata nie ma dostępu.
Bo sam staram się kreować sobie takie realia do życia.
Nie toleruję wielu rzeczy, jakie dziś mają miejsce.
I im starszy jestem, tym bardziej skłaniam się ku Bogu.
Kiedyś tak nie było, dziś jest inaczej.
I wiem, że idę dobrą drogą.

ajw napisała:
Fantastycznie opowiedziane.

Dziękuję :)
Chciałem, by było naturalnie, tak, jak ja to pamiętam.
Bez zbędnych ozdobników.
Zwyczajnie.
Jak wejście do raju i wyjście z niego.
Pewnego, letniego dnia...

Kłaniam się nisko i ślę całuski!
bened dnia 16.03.2017 13:07
Witam ponowie! :)
Bardzo obrazowe opowiadanko. Z łatwością można przenieść się w świat głównego bohatera, wędkować w jego łodzi, podziwiać naturę, poczuć spokój i harmonię.
Tekst jest bardzo zastanawiający, biorąc pod uwagę, że został napisany w oparciu o fakty autentyczne, daje możliwości do polemizowania z wynikami naukowych badań na temat fizjologii umierania, która znajduje wytłumaczenie dla wspomnień dotyczących światła w momentach ocierania się człowieka o śmierć. Nie chcę jednak z różnych względów tego tematu rozwijać.
Najbardziej godne uznania są dla mnie te fragmenty:
Cytat:
Usły­szeć jej szept, po­czuć jej obec­ność, za­po­mnieć na jakiś czas, że nie mo­że­my się na razie spo­tkać, lecz gdy wy­peł­ni się trwa­nie, znów nasza chwi­la na­dej­dzie, i nie roz­dzie­li nas nic.

Cytat:
Byłem szczę­ścia­rzem, bo do­sta­łem ko­bie­tę, która czy­ta­ła mnie jak otwar­tą księ­gę. I ak­cep­to­wa­ła z wszyst­ki­mi wa­da­mi.

Trzeba przyznać, że potrafisz pisać o miłości, takiej romantycznej, graniczącej z szaleństwem, bliskiej utraty zmysłów, gorącej, wypełniającej wszystkie komórki ciała.
Cytat:
Pa­mię­ta­łem, jak An­ge­la za­wsze mó­wi­ła, bym za­kła­dał czap­kę w upały.Ważne, by chro­nić głowę przed mor­der­czym żarem słoń­ca.Za­wsze to ro­bi­łem, bo była bli­sko mnie i nie po­zwo­li­ła, by było ina­czej.


Nie ma wątpliwości, że Mike dla Angeli zrobiłby dosłownie wszystko. Rozbrajająco słodkie.
Czuć magię kochania. Coś pięknego. :)
Pozdrawki!
mike17 dnia 16.03.2017 13:49
Beniu, bo poza tym, że to jest opowiadanie o przeznaczeniu, przeżyciach towarzyszących umieraniu, snach proroczych, to także piękne słowa o miłości, która trwa pomimo śmierci jednego z małżonków.
Czasem tak bywa, że śmierć nie ma wpływu na to, że przestajemy kochać, wręcz przeciwnie, kochamy jak gdyby nigdy nic się nie stało - i to jest piękne :)

A może, jak pisała wyżej Jaga, Angela chciała go ściągnąć na dno jeziora i dać mu dowód, że nie jest sam, pomimo jej odejścia w zaświaty, że nigdy nie był i nie będzie, a gdy wypełni się czas, znów będą razem w świecie wielkiej szczęśliwości.

A co sądzisz o obecności naszych zmarłych w naszym życiu?
Czy miałaś takie doświadczenia?
Czy oni faktycznie czuwają nad nami?

Element Światła, dobrego i czułego, jest prawie zawsze obecny w relacjach ludzi, którzy otarli się o śmierć.
Wiem coś o tym, bo to przeżyłem.
To już tyle lat, ale ja nie zapomniałem.
Czyli wynika z tego, że zakłamaliśmy śmierć jako przeżycie, zdemonizowaliśmy ją do cna.
Dlaczego ludzie, którzy przeżyli śmierć kliniczną np. podczas operacji, wyszli ze swego ciała i nie chcieli za nic do niego wracać, bo było im tak ekstatycznie dobrze, że powrót był czymś smutnym i przykrym.

Dzięki wielkie za czytanie i garść refleksji :)
Masz rację - jestem romantykiem :)

Pozdro!
bened dnia 16.03.2017 16:30
mike17 napisał:
Element Światła, dobrego i czułego, jest prawie zawsze obecny w relacjach ludzi, którzy otarli się o śmierć.Wiem coś o tym, bo to przeżyłem.To już tyle lat, ale ja nie zapomniałem.Czyli wynika z tego, że zakłamaliśmy śmierć jako przeżycie, zdemonizowaliśmy ją do cna.

Myślę, że nie ma sensu nastawiać się negatywnie do zezulców, bo oni też na swój sposób dążą do poznania odpowiedzi na odwieczne pytania stawiane przez ludzkość, choć w czasach epoki wiktoriańskiej, gdzie tematyka zjawisk paranormalnych spędzała sen z powiek nawet prominentnym naukowcom zaczęto już przekraczać granice moralności, jak w przypadku eksperymentów MacDougalla, członka Amerykańskiego Stowarzyszenia Badań nad Zjawiskami Nadprzyrodzonymi, który ważył ludzkie ciała w momencie umierania i zapoczątkował teorię o wadze duszy wynoszącej 21 gramów. Na szczęście wywołało to oburzenie i zaprzestano tych praktyk.
mike17 napisał:
A co sądzisz o obecności naszych zmarłych w naszym życiu?Czy miałaś takie doświadczenia?Czy oni faktycznie czuwają nad nami?

Zastanawiam się nad tym. Mnie osobiście nie nawiedził żaden duch, ale znam osoby, które twierdzą, iż rozmawiają ze zmarłymi i niejedną historię z dreszczykiem słyszałam. :)
A zjawisko snów proroczych, wróżb i klątw? Z tym bardzo często mam styczność. :)
mike17 dnia 16.03.2017 18:07
bened napisała:
zapoczątkował teorię o wadze duszy wynoszącej 21 gramów.

He he czytałem gdzieś o tym bzdecie :)
Dość chore klimaty.
Duszy nikt dotąd i nikt później nie przeniknie.

bened napisała:
Mnie osobiście nie nawiedził żaden duch, ale znam osoby, które twierdzą, iż rozmawiają ze zmarłymi i niejedną historię z dreszczykiem słyszałam.

Ale wszystko przed Tobą :)
Oni czasami wracają.
Oni czasami nigdy nie odchodzą.
Każdy z nas ma z nimi inne doświadczenia.
Ale wierzę, że musi być w życiu człowieka choć jeden styczny punkt z tamtym światem.
Myślę, że nie sposób bez tego przebyć życia.

bened napisała:
Z tym bardzo często mam styczność.

To tak jak ja :)
Tego czasem bywa tyle, że strach się bać.
A potem, kiedy sen się sprawdza, człek się głowi, jak to na tej ziemi możliwe.

A co sądzisz o niechęci do powrotu do ciała?
Skoro się widziało lepszy świat.
Co sądzisz o uczuciu, kiedy się już "niestety" do ciała wróciło?
bened dnia 17.03.2017 10:33
mike17 napisał:
He he czytałem gdzieś o tym bzdecie Dość chore klimaty.Duszy nikt dotąd i nikt później nie przeniknie.

Owszem, McDougall na siłę próbował coś udowodnić. Wyglądało na to, że przed niczym, by się nie cofnął. Zabił z zimną krwią mnóstwo zdrowych psów tylko po to, by sprawdzić czy ich waga po śmierci się zmieni, licząc na to, że tak się właśnie okaże, a gdy eksperymenty dowiodły co innego powołał się na poglądy religijne, które głoszą, iż zwierzęta nie mają duszy. :) Do końca swych dni był przekonany o swych racjach, choć to mocz, który wypłynął z umierającej osoby, pierwszej z serii szokujących doświadczeń, był powodem tej różnicy. :) Nadal jednak krążą na ten temat legendy. :)
mike17 napisał:
A co sądzisz o niechęci do powrotu do ciała?Skoro się widziało lepszy świat.Co sądzisz o uczuciu, kiedy się już "niestety" do ciała wróciło?

Ciężko mi to ocenić, gdyż sama tego nie doświadczyłam, ale nie jeden raz słyszałam, że uczucie błogości towarzyszy ludziom, którzy otarli się o śmierć, nawet gdy zamarzają. Taką znam relację kobiety umierającej z głodu i chłodu na Syberii.
Nie zawsze jednak tak bywa. Jeżeli ktoś jest silnie związany z życiem doczesnym, ma tu rodzinę, dzieci, ważne sprawy do załatwienia, dokończenia, to jednak jakaś siła tkwiąca w podświadomości mówi: "Wróć! To jeszcze nie Twój czas!"
mike17 napisał:
Tego czasem bywa tyle, że strach się bać.A potem, kiedy sen się sprawdza, człek się głowi, jak to na tej ziemi możliwe.

Zgadza się. Niezła zagwozdka, co? :) Moja najbardziej prawdopodobna wersja uzasadniająca to zjawisko uznaje teorię strun, bliską teorii względności Einsteina i zagadkowych niezbadanych tachionów, które odbywają wędrówki w czasie i między wymiarami. :)
Ale jeszcze wiele tajemnic ludzkiego mózgu długo pozostanie nieodkrytych.
Pozdrawiam!
mike17 dnia 17.03.2017 11:08
Te eksperymenty to rzeczywiście sztuka dla sztuki, bez ładu i składu :)

bened napisała:
Nie zawsze jednak tak bywa. Jeżeli ktoś jest silnie związany z życiem doczesnym, ma tu rodzinę, dzieci, ważne sprawy do załatwienia, dokończenia, to jednak jakaś siła tkwiąca w podświadomości mówi: "Wróć! To jeszcze nie Twój czas!"

To się również przewija w relacjach osób, które się otarły o śmierć.
Ze Światła przemawiał głos i mówił, że to jeszcze nie ich czas, że muszą wrócić do ciała, bo mają wiele do zrobienia".
Jakże były wtedy nieszczęśliwe, ale to nie do nich należała decyzja.
Wielu po latach stwierdzało, że ten powrót był konieczny dla dobra rodziny i dzieci i w końcu godzili się z wolą Boga.

bened napisała:
Ale jeszcze wiele tajemnic ludzkiego mózgu długo pozostanie nieodkrytych.

Sny prorocze zdarzają mi się często.
Nie zawsze oznaczają dobre wieści.
Niepokojąco często się sprawdzają i to mnie z lekka przeraża.

Podobnie jest z przeczuciami - tu też udaje mi się czasami wyczuć, co mam lub nie mam zrobić.
Rzadko się mylę, na szczęście.
Skąd to przychodzi - nie wiem.
Po prostu nagle mam gotowy plan i koniec - wiem, jak postąpić.

Wielkie dzięki, Beniu, za kolejny mądry i ciekawy koment :)

Pozdro!
bened dnia 18.03.2017 12:07
mike17 napisał:
Sny prorocze zdarzają mi się często.Nie zawsze oznaczają dobre wieści.Niepokojąco często się sprawdzają i to mnie z lekka przeraża.

He he, znam to uczucie. To niesamowicie irytujące, gdyż wiadomo co się stanie i za nic nie można temu zapobiec. Nieunikniona, zagadkowa destynacja, której nie da się zwieść, zupełnie jak z filmu "Oszukać przeznaczenie", walka z wiatrakami. Pozostaje tylko czekać na to co szykuje los, uprzedzając sygnałami ze wszechświata tworzącymi jedynie miraż wyjść z "Cuba" rzeczywistości, ale wygląda na to, iż żyjemy w złudzeniu wolności lub jest ona dużo bardziej ograniczona niż nam się wydaje. Pytanie tylko jak to możliwe?
I czy słowa mają Twoim zdaniem moc sprawczo-twórczą?
Co Ci wiadomo na temat klątw? Czy miałeś styczność z tym zjawiskiem?
mike17 napisał:
To się również przewija w relacjach osób, które się otarły o śmierć.Ze Światła przemawiał głos i mówił, że to jeszcze nie ich czas, że muszą wrócić do ciała, bo mają wiele do zrobienia".

To mi przypomina także teorię o samobójcach i duszach zamordowanych w nagły, brutalny sposób. Ponoć także szukają pomocy błąkając się na ziemskim padole, tkwiąc w przedsionku wymiarów.
mike17 dnia 18.03.2017 14:18
bened napisała:
Co Ci wiadomo na temat klątw? Czy miałeś styczność z tym zjawiskiem?

Na szczęście nie miałem z tym do czynienia, ale ktoś mi kiedyś opowiadał, że trzeba ulepić figurkę z wosku, z jakimś elementem wroga, w którego chce się uderzyć (włosy, paznokcie) i w czasie pełni Księżyca, życząc jak najgorzej, wbić w kukłę igły.
Ponoć delikwent bardzo mocno zaniemoże, jeśli nawet nie zejdzie...

bened napisała:
He he, znam to uczucie. To niesamowicie irytujące, gdyż wiadomo co się stanie i za nic nie można temu zapobiec.

Jeśli sen jest ok, to tylko się czeka na zwycięstwo, ale jeśli nie jest, to dopiero nieszczęście.
Zwłaszcza jak ma się jakieś konkretne, ważne plany.
Wtedy warto je odłożyć w czasie, a sen "przejdzie" na inną sprawę.
Ja tak robię i to gra.

bened napisała:

To mi przypomina także teorię o samobójcach i duszach zamordowanych w nagły, brutalny sposób. Ponoć także szukają pomocy błąkając się na ziemskim padole, tkwiąc w przedsionku wymiarów.

Dokładnie.
Wielu z nich ponoć nie wie nawet, że zmarli.
Kręcą się przy swoich domach, mówią do bliskich, ale nikt ich nie słyszy.
Ciekawe są doniesienia z seansów spirytystycznych: czytałem kiedyś, że znaczna część zjaw zmarłych, które pojawiały się na seansach, myślała, że nadal żyje.
Jak ich pytano np. jaki mamy rok, mówiły... 1798.
Zupełny brak wglądu w rzeczywistość i własną osobę.
Niczyja dnia 20.03.2017 22:22 Ocena: Bardzo dobre
Michale,
Bardzo ładna opowieść, jak zawsze w Twoim przypadku:)
Dobrze, że kończy się dobrze, spokojnie i pięknie.

Nie potrafię jednak wypowiedzieć się w kwestii tego, co przeżył Twój bohater pod wodą. Czy to możliwe? Czy prawdziwe? Nie wiem. Nie słyszałam o czymś takim wśród osób mi bliskich. Jestem sceptykiem, dopóki czegoś nie doświadczę, nawet niekoniecznie osobiście, nie wierzę. Podwodna historia brzmi ładnie, ale dla mnie na dziś dzień nierealnie. Brzmi to raczej jak baśń, marzenie, wyczarowanie słowami tego, co byś chciał, żeby istniało, żeby się stało.

Czekam na kolejne Twoje opowieści...

Pozdrawiam z sympatią,
Niczyja
mike17 dnia 20.03.2017 22:55
Dla mnie to, co opisałem, jest wyjątkowo bliskie, bo to przeżyłem dwa razy.
Zjawiskiem stałym jest Światło.
Dobre i czułe.
Jakby zasysające do siebie, ale ma się poczucie, że to się jakby nie do końca dzieje, bo są szczątki pamięci, i to ona i mózg ściągają z powrotem na ziemię.
Albo Bóg mówi, byś wrócił, bo nie załatwiłeś swoich spraw do końca.
To jest.

Kiedy tonąłem, widziałem tylko to Światło i usłyszałem głos Ojca.
Jako dobry pływak, jakoś przeżyłem pod wodą.
Uratował mnie wtedy przypadkowy wędkarz, łowiący koło nas.

Tak to jest z życiem i ze śmiercią.

Dziś wiem, że nie jestem sam, że świat tu, to ściema, i że w chwili, gdy ujrzę tamten świat, stanę się najszczęśliwszym z ludzi.
Zbyt wielu moich bliskich już odeszło, niektórzy odejdą przede mną.
Obym nie był tym, który jako ostatni będzie gasił światła.

Dzięki, Niczyja, nawet, jeśli do końca nie rozumiesz :)
Czasem coś nam się podoba, ale tego nie łapiemy, jednak pozostaje zachwyt.
I o to chodzi.

Ja chciałem tylko ukazać moje spojrzenie na tę kwestię, zwłaszcza że sam się o nią dwa razy otarłem, i do dziś wiem, że sprawiły, że stałem się inaczej patrzącym na śmierć.

I nie kieruję się już w życiu rozumem, to droga na manowce, jeno intuicją, uczuciem, przeczuciem i instynktem.
Tym, co płynie z wnętrza.

Pozdrawiam wesoło :)
bened dnia 22.03.2017 23:44
mike17 napisał:
Na szczęście nie miałem z tym do czynienia, ale ktoś mi kiedyś opowiadał, że trzeba ulepić figurkę z wosku, z jakimś elementem wroga, w którego chce się uderzyć (włosy, paznokcie) i w czasie pełni Księżyca, życząc jak najgorzej, wbić w kukłę igły.Ponoć delikwent bardzo mocno zaniemoże, jeśli nawet nie zejdzie...

To już klimat voodoo. :) Ponoć to tylko kwestia umysłu i wiary, która w zależności od sytuacji albo pomaga albo szkodzi zdrowiu. I choć początki tego rodzaju rytuałów sięgają roku 2500 p.n.e. , a wygląd lalek i praktyk wciąż się zmienia, to powody ich stosowania pozostają wciąż te same, czyli miłość, władza i pieniądze. Czytałam kiedyś, że korzenie voodoo wywodzą się ze starożytnego Egiptu. Najzabawniejsze jest to, iż legenda głosi, że pomysłodawcą pierwszej woskowej figurki do czarnej magii i rzucania złego uroku był pewien pisarz, który ulepił krokodyla i za jego pomocą pozbył się swojego rywala, który zginął pożarty przez tego właśnie gada. :)
mike17 napisał:
Jeśli sen jest ok, to tylko się czeka na zwycięstwo, ale jeśli nie jest, to dopiero nieszczęście.Zwłaszcza jak ma się jakieś konkretne, ważne plany.Wtedy warto je odłożyć w czasie, a sen "przejdzie" na inną sprawę.Ja tak robię i to gra.

Można i tak, ale w przypadku śmierci, albo choroby ta metoda może okazać się problematyczna. Wszystko zależy od tego czego dotyczą sny i od nastawienie człowieka, czy chce z tym walczyć, czy woli się poddać temu co nieuniknione oraz od jego predyspozycji, bo z pewnymi darami trzeba się urodzić, w czepku lub bez niego, wpadając jedynie z deszczu pod rynnę...
mike17 dnia 23.03.2017 11:16
bened napisała:
To już klimat voodoo.

Faktycznie przypomina to magię voodoo, ale czytałem, że w międzywojniu w Polsce wraz z zainteresowaniem spirytyzmem kwitły praktyki rzucania złego uroku.
Tak samo jak hipnotyzowanie delikwentów, którzy w imieniu hipnotyzera dokonywali różnych przestępstw, a potem nic nie pamiętali.
To były naprawdę ciekawe czasy :)

bened napisała:
w przypadku śmierci, albo choroby ta metoda może okazać się problematyczna. Wszystko zależy od tego czego dotyczą sny i od nastawienie człowieka, czy chce z tym walczyć, czy woli się poddać temu co nieuniknione oraz od jego predyspozycji, bo z pewnymi darami trzeba się urodzić, w czepku lub bez niego, wpadając jedynie z deszczu pod rynnę...

Jasne, najczęściej niestety tak bywa, że sny prorocze są bezlitosne i co ma być, to będzie :upset:
Czasem udaje mi się je oszukać, ale ich "ciężar" spada wówczas na inną sprawę, gdzie doznaję sromotnej porażki, jeśli sen był zły.

Co innego dobre sny - jasna, czysta woda, psy bawiące się z nami, wielkie ryby - to zawsze zapowiedź zwycięstwa, bądź miłych chwil w przyjaznym gronie.

Od 21 lat mam sennik, który znam już na pamięć prawie :)
Podobnie jest z wróżeniem z kart zwykłych lub z tarota - tu też jest bezlitosna wyrocznia...
bened dnia 29.03.2017 13:48
mike17 napisał:
Faktycznie przypomina to magię voodoo, ale czytałem, że w międzywojniu w Polsce wraz z zainteresowaniem spirytyzmem kwitły praktyki rzucania złego uroku.

Za oknami chyba " wiatr pogrzebowy". Tak nazwano Jamesa Bonda na Jamajce, w książce Iana Fleminga " Żyj i pozwól umrzeć". Całkiem niedawno ją czytałam, a wspominam o tym, gdyż cała fabuła toczy się właśnie w klimacie voodoo, gdzie nawet fakt, iż pożre Cię rekin lub barakuda ma znaczenie dla wyznawców tego mrocznego kultu. Jeżeli chcesz się na chwilę przenieść w egzotyczny świat pełen wizji, tajemniczych symboli i okrutnych obrzędów, ale przeplatanych dobrym humorem, bajecznymi opisami dzikiej przyrody i brawurowymi przygodami agenta 007 to polecam tę powieść. :)
mike17 dnia 29.03.2017 15:53
Beniu, zachęciłaś mnie do sięgnięcia po książkę, choć przyznam się, że filmy z Jamesem Bondem omijałem całe życie szerokim łukiem - nie moja bajeczka :)

Ale może warto faktycznie odciąć się od filmu, skoro go nawet nie widziałem (no może ze dwa) i wejść w świat książki?
Who knows...
Czasem filmy tak bardzo są różne od książek, na podstawie których powstały.
Ania_Basnik dnia 31.03.2017 14:19
Mike Piękne opowiadanie. Widać, że zaczerpnąłeś z własnych przeżyć. To zawsze dodaje autentyczności tekstowi. Jak to trafnie ująłeś w jednym z komentarzy:

"Dla mnie to, co opisałem, jest wyjątkowo bliskie, bo to przeżyłem dwa razy.
Zjawiskiem stałym jest Światło.
Dobre i czułe.
Jakby zasysające do siebie, ale ma się poczucie, że to się jakby nie do końca dzieje, bo są szczątki pamięci, i to ona i mózg ściągają z powrotem na ziemię.
Albo Bóg mówi, byś wrócił, bo nie załatwiłeś swoich spraw do końca."

I tak naprawdę, to nie wiem czemu ludzie boją się nagłej śmierci? Ja myślę, że tak jest lepiej, od długotrwałego chorowania i powolnej agonii.

Świetnie się czyta, akcja choć dramatyczna, kończy się happy endem :). Lubię Cię czytać...
mike17 dnia 31.03.2017 15:28
Aniu, kłaniam się nisko i dziękuję za wizytę :)
Nie warto bać się śmierci, bo ona po prostu nie istnieje - ciało tylko wędruje do grobu, a dusza do Boga.
I tam czekają nasi bliscy, którzy przed nami odeszli i to, co co On przygotował człowiekowi, a o czym najmądrzejszym się nie śniło.

Zawsze w moich opowiadaniach daję coś z siebie - tu bardzo wiele.

Cytat:
. Lubię Cię czytać...

To chciałem usłyszeć!
Co za nagroda dla mnie.
Jakże miło :)
Dla takich słów warto pisać i pisać i jeszcze raz pisać :)

Pozdrowczyk!
Ania_Basnik dnia 31.03.2017 16:21
A "Lubię Cię czytać" znaczy więcej niż "Lubię czytać to co napisałeś" :) :)
Ula dnia 31.03.2017 16:58 Ocena: Świetne!
Mike,
Bardzo ciekawie napisane. Udało Ci się wpleść niepokój, w pierwszą część tekstu, a to sprawiło, że naprawdę czytałam z zapartym tchem ;) To bardzo metafizyczne opowiadanie. Choć sama zdecydowanie ostrożniej podchodzę do wszelkiego rodzaju zjawisk nadprzyrodzonych z przeznaczeniem włącznie, to jednak czytałam z dużą przyjemnością.
Pozdrawiam z niemałym spóźnieniem ;)
mike17 dnia 31.03.2017 20:40
Aniu, bardzo dziękuję za te głębokie słowa :)

Ulu,

Metafizyka była tu od początku.
Bo umieranie, a jednak życie, to coś niezwykłego.
Jesteś, a cię nie ma.
To się dzieje, to zdarzyło się już tyle razy.
Każdy, kto to przeżył wie, że jest Światło.
Bardzo pomarańczowe.
Ciepłe i dobre.
I to jest właśnie umieranie.
To pragnienie, by w tym pozostać.

Obie Panie bardzo ciepło pozdrawiam i zapraszam znów :)
Quentin dnia 02.04.2017 19:21 Ocena: Bardzo dobre
Ostatni do raju

Nostalgiczna opowieść o tęsknocie za ukochaną. Co cię nie zabije, to cię wzmocni, mówią. Raczej nie. Bardziej neutralne i rozsądniejsze jest, co cię nie zabije, to cię nie zabije. Tyle.

Główny bohater żyje równolegle w dwu światach. Jednym teraźniejszym i drugim przeszłym. Wielce prawdopodobne, że jest jeszcze nawet trzeci - przyszły, zwany rajem, powiązany mocno z pierwszym. Kochać można na wiele sposobów, ale tęsknisz zawsze tak samo i nic na to poradzić nie można.

Podoba mi się motyw snu tak tajemniczo wpleciony w historię. Pasuje jak ulał i nadaje całości nieco bajkowego charakteru. Coś w tym jest, że kiedy chcesz pisać o miłości, najbardziej godnym gatunkiem wydaje się bajka. Bo miłość, choć osadzona w rzeczywistości, pozostaje jednak bajką.

Ech, tak w życiu bywa, że po utracie ukochanej osoby pragniemy jednego. Przywołując na myśl Hłaskę, od którego zacząłem wypowiedź ( nie odnoszę się bezpośrednio do samego jego utworu, a do samego tytułu, ale to wiesz, bo czytasz mi w myślach :) ), ustawiamy się w kolejce do bram raju, żeby jeszcze raz doświadczyć tego, co nas uszczęśliwiło. Tyle, że tym razem już na wieczność.

Mądrość życiowa i doświadczenie - oto co bym chciał ci "zabrać" jako twórca. I pewnie jeszcze wiele, wiele więcej ;)

Dzięki, Maestro
Quen
mike17 dnia 04.04.2017 18:03
Witaj, stary, w moich skromnych progach :)
Bardzo cenię sobie Twoje Słowa, drog Quentinie, i tym razem znów wczułeś się w mój świat.
A bywa, że nie jest on często z tego świata.
Bywa, że mieszam wymiary, mieszam rzeczywistości.
I wiem, że robię dobrze, bo one istnieją.
Nie ma jednego świata.
Jest ich wiele, i ci, którzy kiedyś od nas odeszli w zaświaty, tak naprawdę wcale nie odeszli - są z nami, tylko my ich nie możemy zobaczyć, oni nas tak.
I "stamtąd" nam pomagają, ostrzegają, doradzają.
Wiem to, bo tego doświadczam bardzo często.

Miłość prawdziwa nigdy nie umiera.
Nawet gdy jest "po", nadal kochasz i nadal tęsknisz i wciąż wspominasz.
Nie ma końca.

Wiem swoje, że kocha się raz.
Można potem być zauroczonym, ale już nie pokocha się jak za pierwszym razem.

It's never as good as the first time...

W tym opku chciałem wyrazić swoją głęboką wiarę w nieśmiertelność duszy i życie po życiu.
I w to, że śmierć kliniczna prawie zawsze wygląda tak samo.
Ja nie byłem wyjątkiem.

Stary, wielkie dzięki za wizytę, za jak zwykle mądry koment, zawsze podziwiam Cię w tym, co piszesz, bo na młodego człowieka masz ogromną mądrość życiową.

Bravo, Quen!
Krzysztof Konrad dnia 07.04.2017 20:25 Ocena: Świetne!
Muszę przyznać, że nawet zaplakalem. Może dlatego, że tak cholernie bym chciał, żeby tak było. Żebym mógł spotkać się z tymi, których straciłem. Tak cholernie bym chciał, żebyś napisał, że to wydarzyło się tak bardzo naprawdę, że już bardziej się nie da. To jest piękne, Mike. Pozdro.
mike17 dnia 07.04.2017 21:17
Krzysiek, dzięki za emocjonalny odbiór.
To bardzo intymna opowieść, i mogę Cię zapewnić, że jeśli to norma, to spotkasz TAM tych, którzy odeszli z Twego życia - oni TAM czekają na Ciebie i szykują Ci pokój, bo "w domu Pana jest pokoi wiele".

W opowiadaniu Mike słyszy głos zmarłej żony, ja słyszałem głos zmarłego Taty.
I nigdy nie zapomnę jakie szczęście płynęło z Jego głosu.
Ale resztę już znasz.

Jeśli choć trochę poruszyło Cię moje skromne wspomnienie mojej chwili w raju, to wiem, że warto było opowiedzieć o tym światu.
Nalka31 dnia 14.04.2017 00:25
Nie miewam styczności z metafizyką i tamtym światem, może dlatego podchodzę do tych rzeczy sceptycznie. Nie znaczy to, że zupełnie w nie nie wierzę. Jestem jednak bardzo ostrożna, chociaż miałam coś w rodzaju deja vu, po odejściu bliskiej osoby. A może to po prostu było pragnienie, aby nadal tu była. Dlatego też nie neguję istnienia innych światów i kontaktów ze zmarłymi, chociaż sama nie jestem do tego przekonana. Niemniej tę historię przeczytałam z przyjemnością, w końcu nie zawsze dane nam jest przeżycie doświadczeń innych.

Pozdrawiam ciepło. :)
mike17 dnia 14.04.2017 14:21
Bardzo dziękuję, Beatko, za czytelniczy nalot i podróż po innych wymiarach trwania :)
Zupełnie się z Tobą zgadzam, że nie każdy jest przekonany do tego typu zjawisk, zwłaszcza jeśli sam tego nie przeżył - pojawia się sceptycyzm, który rozumiem i szanuję.

A zjawisko deja vu miewam w snach, kiedy jestem w miejscach, w których już wcześniej musiałem być, bo je znam, ale to tylko senna logika.
A może nie?
Może żyjemy wiele razy, wracamy na świat w nowych wcieleniach?
Nie odrzucam tej teorii.

Miło mi było Cię gościć po długiej przerwie i mam nadzieję na częstsze wizyty :)

Pozdrawiam wesoło!
retro dnia 14.04.2017 22:54 Ocena: Świetne!
Czytałam kilka dni temu, ale dopiero dziś mogę pozwolić sobie na kilka słów.

Podoba mi się nawiązanie do Heraklita w kontekście zmiany optyki. I tak, inaczej patrzymy na życie po pewnych wydarzeniach (tu: śmierć kliniczna).

Czytałam jakiś czas temu książkę, pt. "Dowód" E. Alexandra i Twoja opowieść przywiodła mi na myśl ten tytuł. Chciałabym przeczytać ją jeszcze raz, bo jest niezwykła.

Pozdrawiam serdecznie,
życząc pogodnych, radosnych Świąt:)
mike17 dnia 15.04.2017 16:47
Dziękuję, Retro, za pojawienie się i czytanie tego wspomnienia :)
Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki i ja nie wszedłem już nigdy.
Swoje zapamiętałem i opisałem.
Nie ma dnia, bym nie wspomniał tamtej chwili w raju.
Może dlatego, że byłem dobrym pływakiem, mogłem tak długo przeżyć po wodą.
A może po prostu Bóg był przy mnie?
Nie wiem.
Wiem, że TAM będzie mi lepiej niż tu, tu, choćbym zdobył całe złoto tego świata.
Bo TAM jest raj, i wciąż na niego czekam :)

Wesołych Świąt, Retro!
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
allaska
19/10/2017 10:08
Fajny tekst, tylko po co ta końcówka… »
braparb
19/10/2017 09:11
Fajny pomysł. Zachwyca. Tytuł jak dla mnie zbyt dosłowny.… »
allaska
19/10/2017 09:07
A ja dziękuję za taką odpowiedź, cieszę się również, bo o… »
Szymek
19/10/2017 08:52
Ależ to wieloznaczne. Fajnie czytać dziesiąty raz i… »
pociengiel
19/10/2017 08:45
Ponad dwadzieścia lat się jąkałęm. W Czechach pracujący ze… »
Jacek Londyn
19/10/2017 07:55
Liternictwo dobre dla listów słodkiej babci. W tym przypadku… »
Jacek Londyn
19/10/2017 07:44
Nie jest dziecięce, nie jest słodkie, nie jest naiwne. Jest… »
Jacek Londyn
19/10/2017 07:15
Może masz rację, a może nie. Podobnie jest ze mną. :)»
Silvus
19/10/2017 00:36
Następnym razem. :) <zastanawia się nad tym> A… »
Zola111
19/10/2017 00:27
Procesjo, w powiązaniu z tytułem wiersza tekst brzmi… »
ElaM
19/10/2017 00:17
I moja interpretacja legła w gruzach... a tak mi się… »
kamyczek
19/10/2017 00:00
Allasko, dziękuję za odwiedziny i komentarz, cieszę się,… »
Miladora
18/10/2017 23:41
Gdy dopracujesz, to powiedz. :) Przyjdę i popatrzę. »
Miladora
18/10/2017 23:38
Warto byłoby jeszcze trochę dopracować ten tekst, Procesjo.… »
olsza37
18/10/2017 23:34
Mirador dziękuję bardzo cenne uwagi i od razu ten wiersz… »
ShoutBox
  • allaska
  • 18/10/2017 13:08
  • jak miło czasem poczytać coś po polsku ;)
  • mike17
  • 17/10/2017 22:20
  • Mądre, a w jakim sensie? Ja uważam, że są zwyczajne. Dla każdego. I każdy może wejść w tę tematykę i ją całym sobą poczuć. Bo czym jest napisanie utworu? Kontaktem z piosenką i daniem czegoś z siebie.
  • Silvus
  • 17/10/2017 21:54
  • Właśnie @Krzysiowi chodziło raczej o to, że Twoje utwory, @Mike, są mądre, a więc nie sztuka napisać do takich mądry tekst.
  • Esy Floresy
  • 17/10/2017 21:47
  • Nie ma to jak czytanie ze zrozumieniem ;)
  • mike17
  • 17/10/2017 19:30
  • Czas na napisanie utworu masz do 31 października. Czy moje utwory są popową papką. Raczej nie sądzę. Ale fajnie się do nich pisze i w to bezwzględnie nie wątpię, zatem ready, steady, go!
  • Krzysztof Konrad
  • 17/10/2017 19:00
  • A do kiedy jest czas na dodanie tekstu? Mógłbyś czasem dać jakąs popowa papkę. Nie sztuka napisać coś do mądrej piosenki, a prostego chłamu ^^
  • mike17
  • 17/10/2017 17:59
  • Siemanko, Krzysiek :) Fajnie, że się pojawiasz. Wbijaj do mojego konkursu w prozie MUZO WENY 5, gdzie możesz dać czadu jako prozaik i pokazać, na co cię stać, a konkurs jest dość łatwy :)
  • Maru
  • 17/10/2017 17:46
  • "Brat twój był umarły, a znów ożył; zaginął, a odnalazł się"... :p
Ostatnio widziani
Gości online:48
Najnowszy:Hayhurstaq7u
Wspierają nas