Wygrana w lotka - Agreolik
Proza » Humoreska » Wygrana w lotka
A A A
Od autora: Kartka z pamiętnika. Kraków 2013

Czy szczęściu można pomóc?
Absolutnie nie chcę mówić głośno - to mogłoby zapeszyć, dlatego piszę. Od tygodnia myślałam o tym, żeby zagrać. Śledziłam kumulacje, ale w żadnym momencie nie poczułam, że MUSZĘ. Dopiero dzisiaj kiedy płaciłam za zakupy zobaczyłam, że mam jeszcze gotówkę, i że to ostatni moment żeby jednak wysłać lotka. Ale moment przełomowy, który utwierdził mnie, że nie ma odwrotu, że MUSZĘ, nastąpił gdy przeczytałam godzinę otwarcia lokalu, w którym zamierzałam zjeść śniadanie. Okazało się, że jestem pół godziny za wcześnie. I kiedy spoglądałam na zegarek, milimetr od mojej twarzy (tak przynajmniej mi się wtedy wydawało) spadła kupa gołębia, który załatwiał swoją potrzebę siedząc na daszku nie więcej niż metr nad moją głową. Popatrzyłam na całkiem wyluzowane ptaszysko. Na jego miejscu też byłabym wyluzowana, bo miał jednak farta, że mnie nie osrał, w przeciwnym razie nie chciałabym być w jego skórze. Ale po sekundzie przyszła też taka myśl, że wprawdzie kupa na głowie zepsułaby cały dzień, no powiedzmy, że przynajmniej cały poranek, ale może oznaczałoby to, że dzięki temu dziś wygram. W każdym razie z kupą na głowie czy bez, całą sytuację odebrałam jako dobry znak. Uśmiechając się pod nosem, i do gołębia, zdecydowałam, że na śniadanie muszę znaleźć inne miejsce. I myślałby kto, że to już koniec tej historii i żyli długo i z wygraną. Nie, to jeszcze nie koniec.


Wracając już z pełnym brzuszkiem ulicą Wiślną (wracając, ale też udając się w kierunku totalizatora, wiedziałam, że nie ma już odwrotu), ulicą przecinającą... Dla precyzji sprawdzam na mapie jaka była to ulica, mam wrażenie, że precyzja w szczęściu obsadzona jest w roli głównej. Okazuje się, że to ulica Gołębia. A aa... unoszę wysoko brwi, bo dotarło do mnie, że cała zaistniała sytuacja została całkowicie wyreżyserowana przez tego gołębia co to chciał mnie osrać rzecz jasna. Tak więc idę ulicą Wiślną, a przecinającą ulicą Gołębią przemyka zupełnie czarny... tyrym tyrym tyrym... kot. Tutaj poproszę o lekko przedłużającą się ciszę. Oczywiście, jak to w moim przypadku wygląda, odbieram całą sytuację jako dobry znak. Precyzyjniej - drugi dobry znak. I w tym miejscu mógłby wybrzmieć koniec tej historii o szczęściu wspieranym. I żyli długo i z wygraną, ale... Aleeeee historia ma całkiem nieoczekiwany ciąg dalszy.


A mianowicie kiedy dotarłam do budki zwanej totalizatorem lotto o mało nie ścięło mnie z nóg. Po wczorajszym losowaniu... kumulacja, do wygrania (i tu fanfary) tydyyym 7 000 000! I co? Nie rozumiesz mojej ekscytacji? Kumulacja jak kumulacja. Nic nadzwyczajnego. A bo to mało razy była kumulacja 7 000 000? A i owszem, zgadzam się, ale nikt nie wie, że zeszłego lata trzymając nieśmialo syrenkę ustecką za jej jędrną pierś, w myślach prosiłam o wygraną w lotka. Prosiłam właśnie o 7 000 000, bo tegoż akurat upalnego dnia taka była kumulacja. Przyznaję, że byłam lekko zawiedziona mocą usteckiej piersi, bo wtedy jednak nie wygrałam, ale może syrenka sama chciała wybrać dzień spełnienia wypowiedzianego w myślach życzenia, a ten dzień nadszedł właśnie dzisiaj? Trzeci dobry znak.


Dla mnie, to, że trzy dobre znaki to też dobry znak, bo to jak u złotej rybki, która spełnia TRZY życzenia. Albo... że były sobie świnki TRZY. Trójka dla mnie to cyfra magiczna. No i jej wielokrotnością jest szóstka, czyli tym co odgrywa w tym przypadku decydującą rolę.


Trzęsącymi z ekscytacji rękami zakreślam liczby. Jeden, drugi, trzeci, czwarty zakład. Reszta na chybił trafił. Mam. W ręku trzymam moje szczęście.
I tu powinien nastąpić koniec i zdanie: i żyli długo i z wygraną, ale ogarnia mnie strach. A może trzy znaki nie wystarczą? Może jednak gołąb powinien mnie chociaż musnąć tą rzadką kupą, albo że kot nie był wystarczająco czarny? Albo, że syrenka ustecka może ma całkiem dużą moc, ale czy wystarczający zasięg? Przecież Ustkę i Kraków dzieli całkiem spory kawał drogi.


Nie dajmy się zwariować, myślę siedząc na kibelku z ostatnim siku przed drogą. O masz! Zapomniałam spakować szampon i żel pod prysznic. Jak teraz dopakuję to na pewno mi się wyleje i upaskudzi pół torby. Ale chwila, to przecież DOBRY ZNAK. Istnieje przekonanie, że aby powrócić w jakieś miejsce należy zostawić tam jakąś swoją rzecz. No może nie ma takiej konieczności, aby od razu powracać tutaj do tego hotelu, ale już do samego Krakowa - i owszem. Postanawiam więc ze wszystkich sił pomóc mojemu szczęściu. Świadomie pozostawiam szampon i żel pod prysznic w łazience hotelu Ostoya Palace.
Teraz już musi się udać, ale żeby napisać ostatnie zdanie: i żyli długo i z wygraną, poczekam na losowanie.


PS. Do dupy z takim losowaniem. Nie moje liczby!

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Agreolik · dnia 14.03.2017 22:01 · Czytań: 120 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Inne artykuły tego autora:
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Jacek Podgorski
27/03/2017 23:32
Kiedy wracam do tego tekstu, zawsze nachodzi mnie podobna… »
Jacek Podgorski
27/03/2017 23:31
Niezmiernie mi miło :) »
kamyczek
27/03/2017 23:28
Witaj, byłam już pod tym wierszem, ale „chroniczny brak… »
Zingara
27/03/2017 23:22
gabi dziękuję za miły komentarz :) »
Izabea Bocian
27/03/2017 22:33
Szkoda. »
Izabea Bocian
27/03/2017 22:29
no i gitara. Kupuję wszystko. »
Grain
27/03/2017 21:46
Pomyślę kusicielko. Serdeczne dzięki. »
gabi
27/03/2017 21:42
Ciekawy tekst, ale warto się pokusić o inna… »
gabi
27/03/2017 21:35
Aleksandrze - Zaręczam Ci, że opinie nieraz „brałam na… »
gabi
27/03/2017 21:31
Niezwykle urokliwy i malowniczy wiersz (zwłaszcza druga… »
GregoryJ
27/03/2017 20:32
Witaj ponownie Aronio. Gregory Peck powiadasz. Nie wiem, czy… »
aleksander81
27/03/2017 20:07
Hej, Gabi - jasne, że gdy przypatruję się własnym tworom, to… »
skroplami
27/03/2017 19:03
Alfred Kubin "Po tamtej stronie" w wersji mikro… »
trawa1965
27/03/2017 18:57
Do tego wiersza mam najbardziej krytyczny stosunek ze… »
introwerka
27/03/2017 18:33
Gabi, cieszę się, że zaglądasz, tym bardziej, że wskutek… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 27/03/2017 23:40
  • Głosujcie na wiersze w Zaśrodkowaniu. Jest w czym wybrać, proszę mi wierzyć :)
  • Aronia23
  • 27/03/2017 23:11
  • W tym miejscu, w którym wysiadłam z pocią, aby kupić wsch. marki. Tam była granica, ale nie można było wysiadać. Awantura ,ło, matko. A ja tam pracowałam na polach, zbierałam pory. Sniły się w nocyPA
  • Aronia23
  • 27/03/2017 23:01
  • Marka stała b. wysoko. Pamiętam zarobki mojej mamy 36 tyś. zł. A marka zach. koszt. 4 tyś. Tato mówił, że kiedy zużyło się pastę do oddania było to opak. - zużytej, dopiero mogłeś opakow. n. pasty.
  • Aronia23
  • 27/03/2017 22:51
  • miki, takie określenia? Wszem i wobec! Och, nie. Czyli z butami nie tylko ja miałam problem, to śmieszne było. A kiedyś jechałam pociągiem z Niemiec zach. Miałam bilet tylko do ostatniego miasta zacho
  • mike17
  • 27/03/2017 22:36
  • Miejmy nadzieję, że Albin się solidnie wysrał.
  • Gramofon
  • 27/03/2017 21:07
  • też kiedyś miałem w szkole jeden trampek swój a drugi brata o 3 numery większy :p
  • Aronia23
  • 27/03/2017 18:36
  • [link] No jajca były, buty na kartki. Raz wzięłam do szkoły but mojej siostry a drugi. Były takie same, różniły się numerami. A papieru też nie było. Albin S. Dno
  • mike17
  • 27/03/2017 18:30
  • Widziałem kiedyś foto Albina Siwaka przepasanego papierem toaletowym z napisem - MAM JESZCZE KUPĘ DO ZROBIENIA :)
  • Aronia23
  • 27/03/2017 18:19
  • Ernesto Che Guevara, ten nie żył zbyt długo. Kiedyś śmiano się z środka antykoncepcyjnego. Na ścianie napisać "I ty możesz urodzić Albina Siwaka'a ZARAZ PIOSNKE ZAPODAM.
Ostatnio widziani
Gości online:33
Najnowszy:boguslawnowakow