Na ratunek! - Dobra Cobra
Proza » Inne » Na ratunek!
A A A
Od autora: Opowiadanie tradycyjnie dostępne także jako audiobook na YouTube/dobra cobra: http://www.youtube.com/watch?v=2qgYStVhWhU

We wszystkie role wciela się Zbigniew Suszyński.

Zapraszam!

 

Znów przyśnił mi się mój ukochany tatuś, nieboszczyk:

- Synu, twój najbliższy dzień będzie najważniejszym dniem w całym twoim dotychczasowym życiu… - powiedział i chciał jeszcze coś dodać szczególnego, gdy…

 

- Heniek, on nie ma racji! - krzyczy mi brutalnie do ucha moja żona.

- Co? - siadam na łóżku, starając otrząsnąć się z letargu.

- Spałeś już?

- No… nie wiem, bo już spałem. Co jest Hela?

- Heniek, ja chyba umieram! - mówi z rozpaczą. 

 

Koncentruję rozespany wzrok na jej twarzy. Nie wygląda zdrowo. Widzę, że z uszu żony wycieka powoli jakaś gęsta, ropna wydzielina.

 

Wyskakuję z łóżka i zakładam grube, barchanowe kalesony. Podchodzę do okna i spoglądam na termometr: wskazuje minus trzydzieści dwa stopnie. Zima tego roku jest mroźna i ostro daje się we znaki. Z trudem wciągam grube filcowe spodnie oraz dodatkowe wełniane skarpety.

 

 

Dobra Cobra przedstawia opowiadanie w pełni ostateczne, 

rozgrywające się w dość krótkim czasie i na stosunkowo małej przestrzeni p.t.

 

 

Na ratunek!

 

 

   Żona jęczy w kącie, że boli ją coraz bardziej. Pędzę do drugiej izby, potykając się o puste butelki po winie owocowym.

 

- Co robić? Hela umierać zaczyna!

 

Babka spogląda na mnie niewidzącym wzrokiem, beka solidnie po czym zaczyna śpiewać na całe gardło:

- Bo nie zna życia, kto nie służył w marynarce!!! Lalala… A nie masz może przypadkiem szluga? Bo mi się akurat skończyły…

 

 

- Hela, ty usiądź, a ja pójdę wezwać pogotowie… 

 

Zamaszystym ruchem zarzucam na siebie futro, pamiętające jeszcze czasy wuja Protazego. Niechcący zawadzam rękawem o stojący niedaleko komputer i zwalam go na podłogę. Zestresowany ustawiam ostrożnie naszego jedynego żywiciela rodziny z powrotem na stołku. U nas zimą krucho z robotą jest. Czasem wpadnie sprzątanie domu po zmarłym, jakieś odśnieżanie albo zaklejanie reklam konkurencji. A za rozesłanie za pomocą komputera mailingu do 60 tysięcy odbiorców dostaję na rękę całe 20 złotych! Ale teraz nie ma niczego, musiałem więc niedawno rozwiązać umowę z dostawcą internetowej usługi telekomunikacyjnej. 

 

 

*

 

   Po chwili jestem pod sklepem. Biorę do ręki słuchawkę telefonu, wpatrując się na wymalowane na ścianie czarną farbą hasło: Polska mistrzem Polski.

 

Aparat nie działa - pewnie zamarzł. Albo zepsuła go przesiadująca tu w kółko młodzież. Przez wysokie zaspy biegnę do plebanii. Za bramą tracę równowagę, upadam i przywalam głową w metalowy słupek, na którym trzymany jest pies obronny, wabiący się Torkfemada. Skąd u niego wzięło się takie dziwne zagraniczne imię? 

 

Trochę zamroczony dzwonię do drzwi:

- Niech będzie pochwalony! Księże proboszczu, Hela mi choruje gwałtownie i po pogotowie dzwonić muszę. 

 

Wszystko jest jasne: karetka nie dojedzie, bo cały kraj zasypany jest. Otrzymuję jednak od operatora dobrą radę:

- Niech pan jak najszybciej dostarczy chorą do szpitala własnym sumptem.

 

 

Odkładam słuchawkę na wysadzany kością słoniową aparat telefoniczny, wyprodukowany w stylu starodawnym. Mój pasterz składa ręce jak do modlitwy:

- Jedynie to koń by może przeszedł… - szepcze księżowsko słodkim, wszystkowiedzącym głosem. We dwóch wyglądamy przez okno na zawalone śniegiem podwórze. Całuję na pożegnanie wielebną rękę proboszcza i migusiem pędzę do obory.

 

 

*

 

Wyciągam z kieszeni kostki cukru i czule gładzę chrapy kobyły: 

- Pojedziemy, Luśka?

 

 

Zaczepiam konia do sań wyściełanych kocami i biegnę po żonę. Nie jest dobrze. Oprócz tej gęstej wydzieliny z jej uszu zaczyna się sączyć także ciemnoczerwona krew. Owijam Helę trzema owczymi skórami i biorę ją na ręce, puszczając przy tym z wysiłku soczystego, ale jakże zjadliwego bąka. To owoc naszej wysokobiałkowej diety, zapewne ubogiej w witaminy. 

 

- Wio! - spinam kobyłę i sanie ruszają w drogę. Zaczyna wiać i momentalnie wpadamy w śnieżną zadymkę. 

 

 

   Zaraz za wsią, przy przydrożnej kapliczce, niewyraźnie widzę jakieś skulone, ośnieżone postacie. Z ciekawości zatrzymuję sanie i ostrożnie podchodzę bliżej. Po jasnej teczce jednego z nich rozpoznaję zamarzniętych na kość jehowych, którzy nie dalej, jak wczoraj po południu obchodzili wieś i rozdawali kolorowe broszury. 

 

 

 

Teczka z pewnością nie będzie im już potrzebna… Pod wpływem coraz silniejszego wiatru na moją głowę spada krzyż, który był umocowany na daszku kapliczki. A może to ręka boska tak mnie karze z powodu przekroczenia przykazania: nie kradnij? W każdym razie boli.

 

 

*

 

   Mróz trzyma i siecze drobinkami lodu w twarz. Szczelniej zawiązuję szalik i popędzam konia.

 

Gdy po kilku godzinach docieramy pod budynek pogotowia, Luśka aż paruje z wysiłku. Okrywam ją jednym z zabranych z domu kocy i biorę żonę na ręce. Twarz Heli jest biała niczym papier. Nie zwiastuje to niczego dobrego. Zataczając się po śliskim podjeździe, podchodzę do drzwi wejściowych, które otwieram silnym kopniakiem. Wewnątrz panuje chłód, półmrok i nieporządek. W kątach walają się zakrwawione bandaże, a na kaloryferze siedzi samotny szczur, obrzucając mnie czujnym spojrzeniem.

 

- Pomocy! - krzyczę na całe gardło. 

Po dłuższej chwili z jednego z pomieszczeń wychodzi lekarka w białym fartuchu i zaprasza zmęczonym tonem głosu:

- Pan wejdzie. 

 

Kładę moją kobietę na skajowej leżance przykrytej jednorazową folią.

- Żona chora… - zaczynam, bo właściwie nie wiem, co powiedzieć.

- A co jej dolega?

- Ano widzi pani, ta… ta wydzielina się toczyć w nocy zaczęła i… krew jej idzie z ucha…

 

Doktorka uważnie bada Helę.

- Nie jest dobrze – wyrokuje. - Musi pan ją szybko zawieźć do szpitala.

- Koń zmęczony…

- Nie mamy karetek, wszystkie są na wyjeździe. Mamy trzy porody, zawał i jedno niechrześcijańskie samozadzieżgnięcie. A jeszcze ta śnieżyca - pewnie prędko nie wrócą… Jeśli chce pan, aby pańska żona z tego wyszła, musi pan jak najszybciej zawieźć ją do szpitala.

 

Po głowie mi kołacze, co to może być to niechrześcijańskie samocośtam, o którym mówiła pani doktór?

 

 

*

 

 Znów wkładam żonę do sań, okrywam ją czym się tylko da i poganiam parującą kobyłę przed siebie.

 

Szpital nocą nie wygląda wcale lepiej od pogotowia. Panuje półmrok, jest zimno i pachnie karbolem. Hela zostaje natychmiast przeniesiona do sali przyjęć. Jednak po chwili następuje impas w leczeniu:

- Pańska żona nie ma przedłużonego ubezpieczenia - stwierdza pielęgniarka. - A bez tego nie możemy się nią zająć.

 

Zaczynają puszczać mi nerwy:

- Ona może i w tej chwili umierać zaczyna! - wykrzykuję oburzony.

- Może i tak, ale kto zapłaci grube pieniądze za leczenie? Ja mam za to płacić? 

 

Z oddali słyszę dosyć wyraźnie głośno przeklinającą kobietę:

- Stefan, tu skurwysynu jeden, by cię huj strzelił miedzy te twoje kaprawe, zezowate oczy! Ale żem była głupia, żem się z tobą zadała! Jak żeś se nie potrafił huja zawiązać w pęceł i dzieciaka żeś mi od razu zrobił, to tera se go urodź, ty kutasie złamany jeden! O, żesz, jak kurwa jebana boli! Pewnie ten pierdolony osesek będzie mnie całe życie męczył aż do śmierci, jak brat mamusię! Matko przenajświętsza, za co mnie to wszystko spotkało? A babcia mnie przecież, kurwa, wyraźnie ostrzegała…

 

 

*

 

   Podbiega do nas młody lekarz. Biorę go na stronę i szybko tłumaczę, jak się sprawy mają. Nie wygląda na przekonanego, sięgam więc do kieszeni i wyciągam ostatnie pieniądze, które przezornie chowałem na czarną godzinę. 

 

Po niedługim czasie podchodzi do mnie pielęgniarka:

- Potrzebne jest lekarstwo, aby żona jak najszybciej je zażyła. Pan pojedzie i kupi w aptece. Ta na drugim końcu miasta pełni dzisiaj nocny dyżur.

 

 

   Wierna Luśka znów ciągnie sanie. Przejeżdżamy przez puste i ciemne ulice, których nie mogą rozświetlić stojące z rzadka latarnie. Płatki śniegu wirują wokoło i wpadają za kołnierz futra. W aptece zrobią lek, ale trzeba poczekać. Po upływie godziny wracam do szpitala. Pucołowata salowa informuje mnie, że z powodu pogorszenia stanu zdrowia żonę trzeba było przewieźć na oddział intensywnej terapii.

 

Na piętrze znów powtarza się ta sama śpiewka: ubezpieczenie nie opłacone.

- A z czego ja mam je płacić?! - protestuję. 

 

Wreszcie staje na tym, że zgadzają się na podanie przywiezionego leku pod nadzorem lekarza, ale potem muszę zabierać żonę do domu. Proszę, żeby choć do rana mogła poleżeć na sali w cieple.

- A kto za to zapłaci?

 

 

*

 

   Ostrożnie wsadzam Helę do sań i znów opatulam ją, czym się tylko da. Zaczynam szukać pomocy. Odnajduję posterunek policji, ale jest zamknięty na cztery spusty. Podjeżdżam pod dworzec kolejowy i wnoszę żonę do środka. Siadam na zimnej posadzce, a mym ciałem wstrząsa mimowolnie bezsilny płacz.

 

 

Karmię wyziębioną Luśkę sianem, daję jej też kilka kostek cukru, które tak lubi. Wracam po żonę i widzę, że leży na wznak na środku dworcowego korytarza. Jak mnie przez chwilę nie było ktoś zerwał z niej trzy futra, w które była ubrana. Skurwesyny miastowe złodzieje! Nie mają żadnego szacunku nawet dla umierającej. Zdejmuję z konia koc i szczelnie okrywam nim Helę. Jej czoło jest coraz bardziej rozpalone.

 

 

W siedzibie straży pożarnej nie czuję się bezpiecznie. Podpici mężczyźni lubieżnie popatrują na moją kobietę. Gdy wracam z kibla, jeden z nich bez skrępowania obmacuje nieprzytomną żonę. Odganiam go brutalnie i na sali od razu robi się niemiła atmosfera.

- Jak ci się nie podoba, wsioku, to zjeżdżaj do siebie!

 

 

Na plebanii nikt nie odpowiada. Tak skończyły mi się wszystkie możliwe rozwiązania sytuacji. Trzeba brać nogi za pas i czym prędzej wracać.

 

 

*

 

   Zamieć śnieżna pcha nas w kierunku domu. W myślach przewidywałem, że koń może paść, ale nie sądziłem, że nadejdzie to tak szybko. Płacząc ostatni raz wyprzęgam kobyłę, spycham sanie do rowu, a żonę wsadzam na plecy. Nie wiem dokładnie gdzie jesteśmy. Staram się iść między drzewami rosnącymi wzdłuż drogi. Z tyłu chyba słyszę złowieszcze wycie sfory wygłodniałych wilków.

 

Nie zdaję sobie sprawy z upływu czasu. Nie czuję już rąk, wiatr dawno zdarł mi czapkę, a po mojej szyi cieknie krew, wypływająca z ust ukochanej Heli. Robi się szarówka, ale przez szalejącą zamieć nadal prawie nic nie widać. W oddali słyszę chyba dzwony naszego kościoła. Z wielkiego wysiłku,  stresu i zmęczenia wymiotuję. Po chwili upadam w głeboki śnieg. 

 

Zbieram się w sobie, wstaję z trudem, biorę żonę na barana i próbuję kontynuować tę naszą morderczą wędrówkę. Idę coraz wolniej, a przed oczami zaczynają mi latać białe plamy. Zmuszam ciało do zrobienia każdego kolejnego kroku. Ramiona mam zdrętwiałe od przerastającego moje możliwości ciężaru. Jak żywe stają mi obrazy z niedawno oglądanego filmu o niepokojąco złowieszczym tytule: „Morderczy sweter“. Po pewnym czasie - zupełnie jak w zwolnionym filmie - przed moimi oczami przebiega całe życie. Znów staję nad trumną tatusia… 

 

 

   Niespodziewanie przypominam sobie, jak w upalne, letnie popołudnie zaganialiśmy krowy do obory, a piersi Heli tak niesamowicie falowały pod jej bluzką. Po raz pierwszy całowaliśmy się przy roztrząsaczu gnoju, czego wynikiem był dziwny skurcz gdzieś w dole brzucha. Po chwili widzę jak biliśmy się z chłopakami na wiejskiej zabawie - w ruch poszły sztachety, orczyki, deski i co tam jeszcze było pod ręką. A później nastąpiło ostre migdalenie z ukochaną w stogu siana. 

 

Dlaczego sobie takie rzeczy akurat teraz przypominam? Chyba znów upadłem, bo czuję w ustach śnieg. Nagle zaczyna robić mi się tak dobrze…

 

 

*

 

   Nie wiem jakim cudem, ale docieramy wreszcie do domu. Kładę żonę obok pieca, ładuję do niego pełno drewna i rozpalam ogień. Znów wymiotuję. Chcę podać Heli lekarstwo, ale nigdzie nie mogę go znaleźć. Może wypadło z kieszeni podczas powrotu?

 

Nic więcej nie mogę już zrobić. Jako, że w chałupie robi się cieplej, siadam na stołku i natychmiast zasypiam ze zmęczenia.

 

- Heniuś… Heniuś. 

 

Z trudem otwieram oczy.

- Heniuś, ja czuję, że… umieram - jęczy cicho moja żona. Zbiera siły i po chwili mówi nieco głośniej:

- Ja umieram, wiesz? Czuję to. W tej żałobnej chwili mam jednak ostatnie życzenie do ciebie.

 

Wstaję i biorę ją za rękę. Nie mam nawet sił, aby płakać.

- Bo my, Heniuś, nigdy… nie robilimy tego… no… no, wiesz… Od tyłu… 

- Od tyłu, Hela? - pytam przerażony, nie do końca rozumiejąc o co jej chodzi.

- No od tyłu, Heniuś. Tak wbrew naturze, wiesz… Co to  ksiądz tego zakazywał, jakeśmy na nauki małżeńskie uczęszczali. Nie pamiętasz?

 

Pamiętałem.

 

- I ty tak od tyłu… teraz… w tej dramatycznej chwili chcesz figlować?.. Chcesz, żebym ja…ciebie…teraz…

- Nigdy nie doświadczyłam, a mówią, że człowiek musi wszystkiego popróbować w życiu, a co dobre, tego powinien się trzymać. A ja teraz to do końca nie wiem, czy się dobrego trzymałam… Co, Heniuś? - kończy zachęcająco. 

 

Milczę.

 

 

- Dusza ze mnie uchodzi, Heniuś. Spełnij wolę umierającej.

 

Ostatnia wola to święta sprawa. Rozpinam spodnie. Hela słabą ręką robi znak krzyża.

 

 

Powoli obracam ją na brzuch i unoszę jej ciężką spódnicę.

 

 

*

 

   Leżąc w malignie dałbym głowę, że widzę, jak moja żona sprząta, zawiesza świeżo wyprane firanki, ogląda telewizję i nuci pod nosem swoją ulubioną weselną piosenkę… A przecież to niemożliwe, żeby poważnie umierająca… Nie, to niemożliwe! Pewnie majaczę i już. Oczy znów się same zamykają. Zasypiam z tego całego potwornego zmęczenia.

 

 

   Po jakimś czasie niepewnie siadam na łóżku. W izbie wysprzątane, pachnie rosołem, pranie rozwieszone, a żona krząta się przy kuchni gotując wodę na herbatę, 

 

Kiedy to wszystko widzę, zaczynam płakać. Łzy toczą się obficie po moich policzkach, spływają po brodzie i spadają na koszulę. Z wielkiego żalu klękam na podłodze i nie mogę wcale złapać tchu. 

 

Żona kuca przy mnie i gładzi po głowie:

- Heniuś, a ty nie cieszysz się, że żyję? 

- Cieszę, Hela, i to bardzo. Ale gdybym wiedział to wcześniej, to może zdołałbym w podobny sposób uratować… tatusia.

 

 

KoNiEc

 

Dobra Cobra

grudzień 2016

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Dobra Cobra · dnia 16.03.2017 14:11 · Czytań: 158 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 19
Komentarze
Aronia23 dnia 16.03.2017 14:44 Ocena: Świetne!
DoCo, to ja, A23. Przeczytałam, ale pisać nie idzie. Później. Tylko to kręcić będę musiała. Oj, trudno. Jakże miło, że Jesteś, Panie Dzieju, bo.... Krew z ucha? Zawsze się umiera. Może haiku na tę chwilę, te mi siedzą w głowie, jak grzyby po deszczu:
"łzy jak letni deszcz
ulga czasami powódź
Boże zdecyduj".

DoPóźniej, DoCo.
ajw dnia 16.03.2017 15:10 Ocena: Świetne!
Zima nie zima - służba zdrowia taka sama i od przodu i od tyłu ;)
Jak zwykle bardzo precyzyjnie i celnie przedstawiłeś tę historię "z życia wziętą" z charakterystycznym humorem i realistycznym pierdnięciem.
Mam jednak wrażenie, że już to kiedyś czytałam (bo na pewno nie przeżyłam) - dzięki Bogu, na szczęście.
Pozdrawiam bardzo serdecznie naszego portalowego prześmiewcę ;) Buziaki
Dobra Cobra dnia 16.03.2017 17:44
Opowiadanie tradycyjnie dostępne także jako miód malina audiobook, interpretowany przez Zbyszka Suszyńskiego. Zapraszam!

http://www.youtube.com/watch?v=2qgYStVhWhU

Zbigniew Suszyński: http://pl.wikipedia.org/wiki/Zbigniew_Suszyński


----------------

Aronio23,

Wpadaj później, zapraszam! ;)

------------------

ajw,

Nie jest letko, co każden widzi i wie. Co tam śmierć, ona boli tylko najbliższych, ZUS się tam cieszy, że nie trzeba wypłacać kolejnej niepotrzebnej duszy emerytury. Qrde.

Dziękuję za odwiedzinki i zapraszam w przyszłości,

DoCo
ajw dnia 16.03.2017 17:51 Ocena: Świetne!
Fantastyczna interpretacja Pana Zbyszka Suszyńskiego :)
Dobra Cobra dnia 16.03.2017 17:55
Tak, Zbyszek zapodał wspaniale! Do tej opowieści pasował tylko jego głos... Dlatego to on ją interpretuje :)

Super, że Ci się podoba!


DoCo
JOLA S. dnia 16.03.2017 19:00 Ocena: Świetne!
DoCo,

dojrzałe i jak zwykle poruszające.

Temu tekstowi pomaga wysiłek w odkrywaniu znaczeń, pogłębia refleksję, można smakować słowa po kilka razy coraz głębiej wchodząc w dramat sytuacji.


W warstwie intelektualnej w mojej skromnej ocenie świetny :)

Serdeczności :) :) :)

JOLA S.
Dobra Cobra dnia 16.03.2017 19:15
Dziękuję za odwiedziny i pozostawienie słowa pod tekstem :)


JOLU S,

Samo życie. Na szczęscie bohater poznał tajemnicę uzdrawiania ;) i zapewne nie jest już tym samym facetem.


Dziękuję za piękną ocenę i za czas poświęcony opowiadaniu.


Zapraszam w przyszłości,

DoCo
Aronia23 dnia 18.03.2017 08:30 Ocena: Świetne!
DoCo, aleś mnie nastraszyła. Tak, NaStRaSzYłA. wŁAŚNIE, AŻ BŁENDDY POROBIE. I Ty kobita jesteś, po tej lekturze i to taka z mietłą. Ludziska, żeby takie horrory w państwie o tytule Mistrza Świata. Toż to rok 1974 , nie mylę się, lub 1978/1979 zima stulecia - ciekawe którego. Jak ja się przejęłam tą Luśką, chłop płacze, ale nawet nie sprawdza czy kuń dycha. No tak, no tak żona umiera. Z tym ubezpieczeniem to w komunie tak by się nie pieprzyli, czyli, który wiek? Chaos mam wełbie przez Ciebie i nieskładnie piszę. Co to ja jeszcze? A ten proboszcz, kość słoniowa - najwięksi przemytnicy tejże, to właśnie kler (nie wszyscy, oczywiście) i te krzyże spadają i zamarznięci Jehowi, ulotki, a więc, który to wiek? Coś pomieszałeś czasy, aleś sprytny, bo dopisek na górze, jak byk dałaś:
"Dobra Cobra przedstawia opowiadanie w pełni ostateczne, rozgrywające się w dość krótkim czasie i na stosunkowo małej przestrzeni p.t.".Ło matko, co ja mam teraz sobie myśleć? Może odpowie? A i ten pies - 35 na dworze a on plebanii "pilnuje", chyba jako duch, bo tu ich nadmiar. On da popalić, ten Wielki Inkwizytor - Torkfemada. Młodzież hultaje i obiboki, rodząca i jej słowa:
"O, żesz, jak kurwa jebana boli! Pewnie ten pierdolony osesek będzie mnie całe życie męczył aż do śmierci, jak brat mamusię" i sam Heniu, co to zawsze po bożemu - przez niego Hela zachorzała, specjalnie se wina do uszu nalała i woskowinę rozpuściło - masz, krew z uszu. A ten Heniu, jak osesek, tatusia nie uratował. Jeszcze wrócę, gdyż, nie napisałam fszystkieg.Na razie
Dobra Cobra dnia 18.03.2017 23:55
Napisałaś wiele mile trafnych słow :)

Aronio23,

Więc sądzisz, ba - nawet przypuszczasz, że biedna Hela sama se zaaplikowała tę mixturę, by byc chora, by jej Heniek zrobił to z nią w sposob nienaturalny! Kto wie, ktooo wieeee, może i masz rację.

Przebywanie na oddziale położniczym nie jest dobrą rzeczą dla mężczyzn. Ile te kobiety wyrzucają na nich z siebie pretensji. Opisana sytuacja to małe miki...

Nasz kraj to piękna mieszanka wielu dekad. Dobre to czy raczej złe???

Zapraszam ponownie, dziękuję za rozbiór logiczny opowieści. Bardzo dobrze ci to idzie :)


Pozdrawiam,

DoCo
JOLA S. dnia 19.03.2017 13:47 Ocena: Świetne!
DoCo,

wysłuchałam jeszcze raz i wyginam śmiało ciało, bo dla mnie to ?? -
Mało! :) :)

Masz chłopie talent. Pyszna zabawa, nie ma jak szpitalny real. Byle uciec dalej i głębiej. Chroń mnie Panie Boże, daj zdrowie, a potem zabierz szybciutko, najlepiej w biegu.
Nie byłam dotąd w piekle, może tam przynajmniej nie ma szczurów.

Pozdrawiam i do następnego :)

JOLA S.
Dobra Cobra dnia 19.03.2017 14:32
Audycje są nagrywane dla Twojej radości i satysfakcji - masz to w komplecie u DoCo.


JOLU S,

No i pięknie, że się podoba, że się słucha i na dodatek jest zabawa :) Takie właśnie winno być pisarstwo: dające pokrzepienie i nadzieję dla potrzebujących oraz otyłych, gdyż zmagają się w własną fizycznością.

Cytat:
Chroń mnie Panie Boże, daj zdrowie, a potem zabierz szybciutko, najlepiej w biegu.
Jak najbardziej miła jest mi Twoja modlitwa.


Do następnego!

DoCo
Aronia23 dnia 19.03.2017 20:27 Ocena: Świetne!
DoCo. Ja jeszcze o tym, kiedy? Bo wszak komputer wymieniłaś, czyli XX w. tak wypada. Ale, wśród artefaktów znalezionych w grobowcu Tutenchamona było urządzenie zrobione z nieznanego nam tworzywa (sic!) i podpisane KHB, Egipcjanie nie używali samogłosek w piśmie, rysunek tegoż, ot taki __<<___":___>:___ z kolejnymi punkcikami. Może mi się uda odtworzyć rysunek, to dodam zaraz
Dobra Cobra dnia 19.03.2017 21:36
Zapewne toto z KHB podrzucili tam Polacy, a był wykonany z eternitu, sprytnie połaczonego drogą molekulacji z ebonitem. Cudowny materiał, palce lizać... I jakoś nikt się nie poznał na żarcie (i nie chodzi ti o żarcie - ach ten słodki nasz język, gdzie niespodzianka goni niespodziankę).


Kiedyś ktoś próbował nauczyć rasowego Anglika naszej wymowy. Oto co powstało z tego:

- Tea who you yeah bunny - słodkie polskie powiedzenie, jakże często używane na co dzień.
- Scotch me tea who you - rodzime pozdrowienie, gdy się z kimś jednak nie do końca zgadzamy.


Tak, to zdecydowanie musi być 20. wiek. Końcówka. Albo nawet 21. !


Pozdrawiam,

DoCo
Aronia23 dnia 19.03.2017 21:55 Ocena: Świetne!
DoCo, jedno mnie gniecie, ale in plus - jak kapustę, taką bez głąbów. Bardzo jestem podekscytowana Twoimi opowieściami. Dają do myślenia, a ja b. lubię myśleć, potem idę w czyny. Literatura Twa czynów nie potrzebuje. Może i Polacy, może któś inny, nie wiem? Tak polska wymowa trudną jest. Wychodzą później takie zdania, wszak jednak poprawne, tylko brzmienie, eh. Jak budyń z wody, nie z mleka. A ja mam takie coś:
W hotelu, Anglik składa zamówienie przez tel.
"Two tea to room number twenty two" Słyszy odpowiedź: "Trata tata, twoja dupa". Dobrej nocy.
Leży Jerzy na wieży i nie wierzy, że widzi stado jeży...". Można bez końca a początku też nie widać. Nosz, żesz kurna.
Dobra Cobra dnia 19.03.2017 22:51
Taaaa, naz język jest pełen magii, a no dodatek my nie gęsi (swój język mamy) ;)


Odkłaniam,

DoCo
Aronia23 dnia 20.03.2017 01:07 Ocena: Świetne!
DoCo, już ostanie, mnie dręczy to:
"Pędzę do drugiej izby, potykając się o puste butelki po winie owocowym.(...)
Babka spogląda na mnie niewidzącym wzrokiem, beka solidnie po czym zaczyna śpiewać na całe gardło:



- Bo nie zna życia, kto nie służył w marynarce!!! Lalala… A nie masz może przypadkiem szluga? Bo mi się akurat skończyły…

Też zakakujący dobór słów. Przyjdą roztopy i trzeba będzie służyć w marynarce. Lub też bohater tak się wzbogaci, że będzie służył krajowi - mistrzowi "w marynarce", a nie biegał w kożuchu po wujku Protazym. Już buzię zamykam, natenczas.
Dobra Cobra dnia 20.03.2017 16:06
Ja rozumiem ten fragment w ten sposob, ze sz. Babcia liznęła świata, kto wie, może nawet kiedyś była zakochana w jakimś przystojnym marynarzu.

Pozdrawiam,

DoCo
Miroslaw Sliwa dnia 22.03.2017 10:27 Ocena: Świetne!
Witaj Dobra Cobro.

Nic, a nic nie wychodzisz z formy.
Klimat tekstu; Szekspir z Monty Pythonem pod rękę.
Natomiast, co się tyczy problematyki służby zdrowia, no to poruszyłeś archetyp.
Śledząc dzieje służby zdrowia w dziejach ludzkości stwierdzam, że, dla przykładu, pojęcie błędu w sztuce lekarskiej wymyślili już wiele tysięcy lat temu pierwsi szamani i babki wiedzące. Stosuje się ową sztuczkę w bardzo prosty sposób; wystarczy wymyślić język tak obcy, że nikt go nie rozumie, włącznie z używającym. Ważna jest również gestykulacja, mimika i akcesoria.
No i jeszcze tzw. trudności obiektywne; tu można wrzucić wszystko.
Druga sprawa; Monteskiusz strasznie się pomylił ustanawiając podział władz, nie uwzględniając jako władzy pierwszej władzy nad zdrowiem i życiem.
Wiadomo jednak, że wiele schorzeń da się wyleczyć siłami natury, a chory jakoś wie czego mu trzeba, tak też udało się postawić właściwą autodiagnozę bohaterce opowiadania. :)
I teraz chciałem napisać, że zmarłemu tatusiowi pewno podobna kuracja by nie pomogła, ale się zawahałem, bo któż to może wiedzieć.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Mirek
Dobra Cobra dnia 22.03.2017 22:04
Mirosławie,

Uzywasz bardzo rewolucyjnego twierdzenia, że być może tatuś by nie ożył po tej kuracji. Czoła chylę przed Twym przenikliwym umysłem.

No bo własnie co by było, jak jednak tatuś by nie wstał? To by znaczyło, że Hela po prostu kusiła męża, zagrała numer z ropotokiem, a kochający chłop ruszył na pomoc co koń wyskoczy (choc spowrotem już nie wyskoczył, co jest wielkim dramatem tej opowieści). Chciala kobieta pofiglować od tyłu, są takie przypadki, że orgazm łechatczkowy przynosi o wiele większą satysfakcję, niż tradycyjny.

Więc wracamy do uniwersalnego tematu Ewy - kusicielki.


Slużba zdrowia to jest coś, w co chcemy wierzyć. Wyplenia się siłą wiarę w stare metody oraz te nowsze, wmawiając miljonom, że tylko chemia leczy.

Staram się dla Ciebie nie wychodzić z formy.

Piekne dzięki za czytelniczo - słuchaczy odzew w postaci tak miłego komentarza.


Pozdrawiam i do następnego, u Ciebie lub u mnie.

DoCo
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
bruliben
23/03/2017 00:25
Właściwie nie trzeba daleko jechać by pić do upojenia. I czy… »
Zola111
23/03/2017 00:05
Ależ to jest genialne, Intro! Tak rozegrane: monsun,… »
bened
22/03/2017 23:44
To już klimat voodoo. :) Ponoć to tylko kwestia umysłu i… »
Zola111
22/03/2017 23:22
Dorotko, jak mi miło, że wygrzebałaś ze staroci ten wiersz.… »
Dorothy Schwalk
22/03/2017 22:36
Nie wiem czy bardziej mnie zasmucił ten wiersz czy… »
Aronia23
22/03/2017 22:20
Procesjo, "Pokot I", tyle osób przeczytało i… »
ApisTaur
22/03/2017 22:09
pełen reset full odlocik format wypalony w klastrach z… »
Dobra Cobra
22/03/2017 22:04
Mirosławie, Uzywasz bardzo rewolucyjnego twierdzenia, że… »
Opheliac
22/03/2017 21:43
Ja również uważam, że to świetny tekst! Bardzo dobra gra… »
JOLA S.
22/03/2017 20:54
Witaj, z każdym kolejnym zdaniem opowiadanie się rozkręca i… »
Procesja
22/03/2017 20:53
Świetny utwór! Bardzo, bardzo na dzisiejszy wieczór.… »
aniaokulewicz
22/03/2017 20:22
dziękuję :) pozdrawiam:) »
Aronia23
22/03/2017 20:17
Pulsarze, tekst zupełnie nie z tej ziemi. Ja lubię takie… »
Opheliac
22/03/2017 18:25
Hah! Faktycznie, w sumie nie wiem, czemu o tym nie… »
Aronia23
22/03/2017 17:39
ŚWISTACZKU, trochę mało wiem o tym bohaterze. Na pewno jest… »
ShoutBox
  • Aronia23
  • 22/03/2017 23:11
  • [link] mIŚ, MIKI i ja... odpływam. Życie to za poważna rzecz, aby je traktować poważnie. Dobranoc.
  • mike17
  • 22/03/2017 22:50
  • Wiaderny - kobiety to k**rwy poza jego i moją matką, czyli to mówi Kroll. A w ogóle w życiu to wszystko gówno poza moczem. I coś w tym zaiste jest...
  • Aronia23
  • 22/03/2017 22:39
  • "I ma być zagaszone, nie!" - Widerny. "- kobiety to kurwy, oprócz mojej i jego matki. - Stylista"
  • mike17
  • 22/03/2017 21:59
  • A w ogóle texty z KROLLA to już klasyka. Czeszą nielicho, niewąsko i nieszeroko :) Lecz w sam raz.
  • Niczyja
  • 22/03/2017 21:55
  • Dobrej nocy, Aronio. Przeczytam z ciekawością. Bardzo ładna piosenka...
  • mike17
  • 22/03/2017 21:52
  • Wujek Czarek zapodaje, czyli słuchajcie, co wujek gada, bo wie, co gada, bo gada o swoich filmach, czyli jest klawo, a nawet klawo jest, ole!
  • Aronia23
  • 22/03/2017 21:46
  • [link] Dobrej nocy. Niczyjko. Jutro przekażę Ci nowości o Kogosiach. To b. ciekawe zagadnienie. Opowieść się szykuje.
  • mike17
  • 22/03/2017 21:37
  • Wujek Czarek po prostu to robi. Czyli jak było przy kręceniu KROLLA, warto looknąć, warto obczesać : [link]
Ostatnio widziani
Gości online:35
Najnowszy:oplatamages