Medice, cura - fragment 1 - Carvedilol
Proza » Długie Opowiadania » Medice, cura - fragment 1
A A A
Od autora: O lekarzu, który otrzymuje niecodzienny dar. Czy ten dar to nagroda, czy przekleństwo?

  Jestem młodym lekarzem. Dopiero nabieram doświadczenia w tym trudnym zawodzie. Ale to nie będzie moja historia. To będzie historia mojego mentora.

 

Medice, cura

 

  Z pewnym onieśmieleniem wchodziłem do gabinetu doktora Andrzeja, gdy swoim gromkim "proszę!" odpowiedział na moje pukanie. Właśnie kończyłem staż internistyczny i dzień wcześniej mój opiekun zapowiedział, że dziś podpisze odpowiednie dokumenty, ale równocześnie chciałby jeszcze odbyć ze mną rozmowę. Jak się dowiedziałem, z powodu nadmiaru obowiązków rzadko prosił kogoś do siebie; tym bardziej poczułem się wyróżniony. Andrzej Porada (sic!) był okrąglutki, łysawy o mocnym głębokim głosie i przy swej tuszy zadziwiająco energiczny. Tak naprawdę doktor Porada nie miał żadnego tytułu naukowego, co stanowiło przedmiot złośliwych żartów zazdrośników, ale i tak jego sława diagnosty sięgała daleko .

  Gdy usiadłem w skórzanym fotelu, wstał i zaczął mówić, spacerując dookoła biurka, gestykulując przy tym żywo.

- Zaprosiłem cię tutaj, ponieważ dostrzegam w tobie potencjał. Żeby ten potencjał przełożyć na sukces, trzeba wiele pracy, ale to nie wystarczy.

  Wrócił do biurka, podpisał szybko przedłożone mu przeze mnie dokumenty stażowe i patrząc mi w oczy rzekł:

- Jeśli chcesz, możesz zmykać, ale gdybyś miał ochotę posłuchać paru rad starszego kolegi to lepiej rozsiądź się wygodnie w tym fotelu, bo to nie będzie krótka pogadanka.

  Oczywiście bez zastanowienia potaknąłem głową, dodając, że naturalnie wysłucham wszystkiego.

- Medycyna - zaczął Andrzej - to pozornie prosta sprawa. Każda choroba jest jak zagadka, którą trzeba rozwikłać, a potem odpowiednio wymierzyć karę. A my, lekarze, jesteśmy jak detektywi. Czasami sprawy są banalne, ale niestety często nasi "przestępcy" działają skrycie i podstępnie, myląc tropy. Jeżeli nie podejdziemy do sprawy z odpowiednim zaangażowaniem, możemy wiele przegapić. Podam ci dwie sytuacje kiedy jesteśmy wodzeni za nos.

- Klasycznym przykładem jest rzezimieszek znany jako nadczynność przytarczyc – to nie tak rzadkie schorzenie rozsyła ludzi po wielu specjalistach – z wrzodami do gastrologa, z kamykami do chirurga lub urologa, a tu jeszcze przecież nadciśnienie, depresja albo osteoporoza. A sprawa rozbija się o maleńkie gruczoły, które produkują to i owo, żeby utrzymać jakże ważny stabilny poziom wapnia w organiźmie. Ale! – trzeba o tym po prostu pomyśleć i oznaczyć ten wapń, i to nie dlatego, że mi długopis zjechał na skierowaniu i jakoś tak przypadkowo mam ten wynik, tylko wziąć pod uwagę taką możliwość. Przewidzieć. Wystarczy zadać parę pytań pomiędzy „dzień dobry” i „proszę się rozebrać”. Choć doświadczenie uczy, że często kończy się jedynie na zerknięciu na wyniki, recepcie, bez tego krępującego odsłaniania cudzego ciała i następnym pacjencie.

  Ważne, aby podchodzić do każdego „przestępstwa” indywidualnie.

  Drugim dobrym przykładem sprytnej kradzieży czasu jest akromegalia, czyli nadmiar hormonu wzrostu – ten bezczelny rozbójnik działa na naszych oczach wiele lat zanim zostanie rozpoznany; średnio trwa to siedem, osiem lat. A najśmieszniejsze, że kpi sobie z nas w najlepsze, bo uczeni określają rozpoznanie tej patologii jako „strassen diagnose”. Czyli jak zobaczysz, to od razu rozpoznasz, nawet na ulicy. Skąd zatem taka rozbieżność między „powinno być” a de facto jest? Bo kiedy ktoś mówi, że boli go głowa albo brzuch, to niewielu zastanawia się nad wielgachną żuchwą, łapami jak bochny chleba czy szparami między zębami jak pomiędzy sztachetami w płocie.

  Dlatego dobry diagnosta to taki detektyw, który wie o co pytać, gdzie zaglądnąć i potrafi tak poukładać elementy układanki, żeby dojrzeć modus operandi na podstawie nierzadko licznych choć obejmujących różne narządy śladów zbrodni.

 

- Ale dosyć tego wykładu. Teraz wyobraź sobie mój drogi padawanie (tak doktor Porada zwracał się do wszystkich swoich podopiecznych), taką sytuację, że aby poznać diagnozę wystarczy… dotknąć pacjenta. Dosłownie.

 

- Opowiem ci zatem swoją historię.

 

 

  Na chirurgicznej izbie przyjęć jarosławskiego szpitala poziom decybeli popołudniowego dyżuru był zdecydowanie poniżej średniej. Pacjenci, a i owszem, zgłaszali się, ale tak jakby się umówili, przychodząc w odstępach czasu pozwalających na spokojne zaopatrywanie potrzebujących, bez tak częstego natłoku, pokrzykiwań i wyzwisk. Młody student imieniem Andrzej, z widocznym już, pomimo swoich dwudziestu jeden lat, okrągłym brzuchem, kończył właśnie badanie pacjenta, kiedy drzwi otworzyły się gwałtownie i dwóch sanitariuszy przywiozło na noszach cierpiącego mężczyznę w średnim wieku. Ten zdecydowanie wygrywał kubaturą brzucha z Andrzejem. Za noszami dostojnym krokiem wkroczył starszy brodaty lekarz z rękami splecionymi z tyłu.

- Pęcherzyk żółciowy – rzucił bezbarwnie – a sam usiadł przy biurku, gdzie usłużna pielęgniarka izbowa zrobiła mu miejsce - dajcie tu jakiegoś chirurga.

  Kiedy niedbale wpisywał rozpoznanie, Andrzej rozpoczynał już badanie fizykalne od obmacywania brzucha delikwenta, ale gdy położył dłonie na napiętej skórze, znieruchomiał. W jego głowie pojawiła się nagła myśl, błysk, który szybko zniknął. Miał wrażenie, że ktoś mu coś podszepnął… w jego własnym umyśle. Jednocześnie był przekonany, że to nie jego własna myśl. Usłyszał po prostu głos „zapalenie wyrostka robaczkowego”. Bezwiednie powtórzył to na głos, akurat w momencie, gdy do izby wchodził przywołany lekarz dyżurny.

- Wyrostek, heh – parsknął brodacz zza biurka – zapalenie woreczka ot, co. Oj młody musisz się jeszcze dużo nauczyć. Szybko zdał relację dyżurnemu i cała ekipa ewakuowała się błyskawicznie. Chirurg sam zbadał brzuch i zdejmując rękawiczki rzekł:

- Wygląda na pęcherzyk. Siostro, zakładać mi historię i pacjenta na górę w trymiga. Trzeba operować młody, są już objawy otrzewnowe.

  Andrzejowi jednak nie było dane uczestniczyć w operacji, a godzinę później udał się do domu po zakończeniu dnia pracy.

  Nazajutrz jako pierwszy stawił się w dyżurce lekarskiej oddziału chirurgicznego. Lekarz z widocznym na twarzy syndromem nieprzespanej nocy, ten który poprzedniego dnia przyjmował owego pacjenta z podejrzeniem zapalenia pęcherzyka, na widok Andrzeja ożywił się.

- No, młody. Będą z ciebie ludzie. Wczoraj operowaliśmy ten pęcherzyk. Okazało się, że to bardzo nietypowo położony wyrostek robaczkowy, który już się rozlewał do otrzewnej. Zdarza się i tak. Miałeś farta, czy taki z ciebie orzeł? – zadał retoryczne pytanie wciskając peta do popielniczki na parapecie.

  Andrzej bąknął coś zdawkowo i usiadł przejęty. Sam nie wiedział skąd mu to przyszło do głowy, przecież nie zdążył ani zebrać odpowiedniego wywiadu, ani nawet porządnie zbadać pacjenta. A tu proszę, potwierdziło się…

 

- Tak to się wszystko zaczęło – kontynuował opowieść doktor Andrzej – a ja słuchałem nie spodziewając się tego co będzie dalej.

 

  Kilka dni później Andrzej stawił się na swój ostatni dyżur na izbie, kończący wakacyjny staż studencki. Dziś typowo – głośno, tłum ludzi, ruch jak na bitwie pod Grunwaldem; ale do tego już się przyzwyczaił. Około godziny dziesiątej przywieziono bladego jegomościa wymiotującego do miski, a raczej wypluwającego resztki żółci z żołądka. I znowu Andrzej dopadł go przed dyżurnym. Szybko przystąpił do badania pytając jednocześnie gdzie boli. Sprawa wydawała się prosta – wymioty od rana i silny ból w nadbrzuszu. Pewnie żołądek albo trzustka, pomyślał. Kiedy jednak przyłożył dłonie do bolącego miejsca znów w jego podświadomości pojawił się znajomy błysk.

Andrzej nie mógł uwierzyć w to co podpowiadało mu nieznajome „coś”.

- Zawał? – zapytał sam siebie - przecież gość rzyga dalej niż widzi, a w klatce piersiowej nic mu nie dolega.

- No i co młody? – zapytał dyżurny stając mu za plecami – Jak się sprawy mają?

- Wygląda na nieżyt żołądka albo ostrą trzustkę, ale ja się nie znam. To może być i zawał – dodał niby żartobliwie.

- Taa – widzieliśmy i takie zawały - odparł. Zadał cierpiącemu parę krótkich pytań, zbadał szybko i sprawnie, a gdy mył ręce nakazał pielęgniarce nieco ostentacyjnie – zróbcie jeszcze EKG, a potem na górę i na cito amylazę mi oznaczyć.

  Zanim jednak zdołał opuścić izbę, starsza pielęgniarka Jadwiga Pieniążek, już leciała do niego z wydrukiem pracy serca.

- Doktorze, niech pan tylko popatrzy, coś tu jest nie tak.

Starszy chirurg miał wieloletnie doświadczenie – nawet jemu te górki i szlaczki niezbyt przypominały to, co na studiach wbijali do głowy jako prawidłowy zapis EKG.

- Dawać mi tu internistę, niech wpisze swoje, a potem na górę, pod czwórkę mi go położyć.

  Jak to nieraz bywało w takich sytuacjach, chirurgiczno-internistyczna „przyjaźń” spowodowała, że konsultant zjawił się w tempie ekspresowym, czyli po trzydziestu czterech minutach, pokonując dystans, który osiemdziesięciolatek o lasce pokonuje w minut siedem. Mężczyzna w średnim wieku przywitał się uprzejmie z personelem izby, usiadł na krześle przy biurku, klepiąc dłonią w blat i rzucił nieco kpiąco:

- No to co tam mają do mnie chirurdzy? Znowu jakieś ekstrasystole wysko… - nie dokończył, ledwo rzucając okiem na przedłożony zapis – Zawał jak cholera. Który to? – ton głosu zmienił się momentalnie. Teraz był w pełni funkcjonariuszem służby zdrowia. Po paru szybkich pytaniach i jeszcze szybszych oględzinach pacjenta zakomunikował, że karetka ma go przewieźć natychmiast na erkę na internę. On już robi miejsce. Wydał jeszcze ostatnie dyspozycje mrucząc pod nosem coś o typowej masce brzusznej i wybiegł z izby.

Andrzej kucnął w kącie trzymając się oburącz za głowę. To mi się śni… to mi się tylko śni…

 

 A potem – dodał Andrzej - wróciłem na studia i… nic. Nie zdarzyło się to już ponownie. Jakież było moje rozczarowanie, gdy ukazał mi się skrawek medycznego nieba i umknął, zanim zdążyłem go zakosztować. Przez te lata badałem wielu pacjentów, ale te przebłyski nie powróciły. Przez chwilę tylko byłem w ogródku i witałem się z gąska. Gąska zamieniła się w białego króliczka i zwiała do swej nory w krainie czarów. A ja żyłem w poczuciu, że coś mi uciekło. Uczyłem się może i dużo, ale bez zacięcia, i w głowie nie zostawało tyle co potrzeba, niemniej studia ukończyłem. Na pracę w Krakowie, mieście królów polskich, nie liczyłem, nie mając koneksji i marne plus trzy na dyplomie. No to stwierdziłem, że szpital w Jarosławiu będzie dla mnie w sam raz. A szpital w Jarosławiu z braku wystarczającej kadry stwierdził, że dodatkowa para rąk się przyda i nie ma co wybrzydzać. No i tak zacząłem staż w oddziale internistycznym…

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Carvedilol · dnia 20.03.2017 11:33 · Czytań: 177 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 0
Komentarze

Ten tekst nie został jeszcze skomentowany. Jeśli chcesz dodać komentarz, musisz być zalogowany.

Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Gred
29/04/2017 07:35
Wiem, kaleczę ortografię i interpunkcję ale pracuję nad tym,… »
allaska
29/04/2017 06:48
Tekst o "trzepocie powiek i uniesieniach luster"… »
allaska
29/04/2017 06:28
Z przyjemnością do porannej kawy :) Fajny tekst, no... »
Zola111
29/04/2017 00:31
Ten wiersz przepadł w punktacji Zaśrodkowania, a szkoda.… »
Zola111
29/04/2017 00:13
Wielkie dzięki za tłumaczenie Wertyńskiego. To bardzo udane… »
Skorek80
29/04/2017 00:08
Trafiłeś w samo sedno! Rzeczywiście, przyszło nam żyć w… »
Nalka31
29/04/2017 00:03
Zolu bardzo dziękuję za ponowną bytność pod wierszem Właśnie… »
Zola111
28/04/2017 23:58
Nalko, poprawki bardzo się przydały. Bardzo mi się… »
inaus
28/04/2017 23:56
Forma dość niezgrabna jak dla mnie, niedopracowana.… »
Skorek80
28/04/2017 23:48
Bardzo dobry tekst! Twórczość Orwella to oczywiście temat -… »
Zola111
28/04/2017 23:46
Pamiętam Twoje niedotyki, bosski. I cieszę się z Twojego… »
Nalka31
28/04/2017 23:39
Uleńko, bardzo miło widzieć Cię pod wierszydłem. Tak masz… »
Zola111
28/04/2017 23:39
Intro, urzekł mnie ten tekst w Zaśrodkowaniu. Twoje… »
Zola111
28/04/2017 23:33
Jakoś wydaje mi się zbędny ostatni wers. tutaj dałabym… »
Zola111
28/04/2017 23:16
Szkoda, że nie odpowiadasz na komentarze. Twoje teksty są… »
ShoutBox
  • Nalka31
  • 28/04/2017 23:42
  • Z racji deszczów, to i ja coś słonecznego mam dla Was. :D [link]
  • mike17
  • 28/04/2017 22:46
  • Ponieważ męczą nas wciąż deszcze, proponuję wesołą, słoneczną muzę w wykonaniu bogów gitary, zawsze przyjemniej i jakby odrobinę mniej mokro : [link]
  • mike17
  • 28/04/2017 20:38
  • Na ten wieczór polecam bogów rock'n'rollowej gitary, która nigdy się nie zestarzeje : [link]
  • allaska
  • 28/04/2017 19:55
  • Ja słucham :)
  • Krzysztof Konrad
  • 28/04/2017 16:40
  • Uwielbiam. Utwór jest skomponowany idealnie. Tak idealnie, że jego zależności matematyczne w zapisie nutowym definiuje ciąg Fibonacciego :)
Ostatnio widziani
Gości online:42
Najnowszy:Bristoaq2s