Dyfuzja kawałków lustra - Gramofon
Proza » Obyczajowe » Dyfuzja kawałków lustra
A A A
Od autora: Wersja omega. :) Miłego czytania :)
Klasyfikacja wiekowa: +18

            Zdarzenia z przeszłości mają wpływ na teraźniejszość i nie chodzi o to, że jak weźmiesz kredyt, to musisz go spłacać przez kolejne pięćset lat. Każdy ruch, wykonany w ściśle określonej chwili, odbija się jak but na bagnach teraźniejszości, a badacze historii w przyszłości są w stanie na podstawie jego śladu odtworzyć przeszłość. Nawet gdy nie masz problemu ze stawianiem kolejnych kroków, to matka ziemia i ojciec czas biorą dłuto i kują ci te koleiny po trekach, dłubią w głowie. Bezboleśnie i po kryjomu. Pasterz, który kocha swoje owieczki, oznacza je bólem. Robi to z troski, żeby mógł taką zagubioną owieczkę znaleźć wśród innych baranów i odprowadzić za rękę na swoje zielone pastwiska, by żyła dalej w szczęściu i radości. Będzie skubała zielone źdźbła szczęśliwości i nawet gdy usiądzie na bolącej dupie, to będzie zadowolona z obrotu sprawy i za nic nie odda swojego znamienia owcy spoza zielonych łąk. Lata jagnięce przeminą, stara owca będzie robić na drutach wełniane swetry i bujać się na fotelu obok kominka. Spojrzy znad okularów na oklapniętą dupę i zrogowaciałym kopytkiem pogłaszcze się po wyblakłym znamieniu. Łezka jej się zakręci jak gówniarzowi, co pierwszy raz w życiu poszedł na karuzelę. Przypomni sobie, jak brykała, jak uciekała z domu, by zgubić się w cudzym stadzie, jak przedrzeźniała takiego jednego barana. Jak była piękna i młoda. Teraz jest stabilniej, nawet gdy buja w obłokach. Tylko to jej zostało, spokojnie dobujać się do końca, bez bólu, bez celu, bez emocji, bez stresu, bez sensu. Nie żeby kiedyś miała cel, ale ludzie zabijali się o jej lśniącą sierść. Teraz zostały jej tylko robótki ręczne na własne potrzeby.

            Ludzkie ciało poza materią jest formą plastyczną. Glina, którą da się formować, a potem w trudzie i znoju, w wielkich temperaturach bólu albo radości utrwalić jakiś stan bądź formę na wieki, aż do zbicia lub skruszenia. Zostać proszkiem zdmuchniętym przez wiatr. Każdy ruch, każdy gest, czy to nasz, czy świata zewnętrznego, w obrębie którego akurat się znajdujemy, ma wpływ na nasz kształt. Wielkie łapy robią z nami, co chcą, a kołowrotek ziemski kręci się, wiruje w głowach, żebyśmy z tych cudzych łap nie byli w stanie uciec. Bardzo często zastygamy w najmniej odpowiednim momencie, wielkie łapy nie będą nawet chciały na nas splunąć, żeby formować dalej, więc zastygamy. W formie niepodobnej zupełnie do niczego. Zaraz potem okazuje się, że nasza forma jest tak wyjątkowa, że nie pasuje do żadnego otworu, do żadnego szablonu. Jesteśmy tacy wyjątkowi. Razem z innymi wyjątkowymi naczyniami trafiamy na wysypiska. Podniesiemy się,  posklejamy swoją dumę, może nawet uda nam się kupić na kredyt jakiś dobry klej. Jesteśmy wielcy jak Achilles, z tym że składamy się z samych pięt. Nie wejdziemy, nie przejdziemy przez żaden otwór. Stoimy jak ten garbaty koń, zwany przez niektórych wielbłądem, a przed nami ucho igielne. Za uchem oczywiście bezgraniczne połacie pełne pomyślności, nic tylko brać i żreć, pakować do kieszeni na później. Jest tylko jeden mały problem, nie ma szans tam wejść. Trzeba będzie zamawiać specjalny otwór albo iść na łatwiznę. Znaleźć pierwszą lepszą – w tym wypadku czym gorsza, tym lepsza – dziurę i zwyczajnie, tak po ludzku, rozwalić. Tu nagiąć, tam roztrzaskać i dopasujemy się. Nie idealnie, ale przynajmniej nie będziemy musieli odłamywać kawałka siebie, żeby się wpasować. Wpasowywanie jest ważne. Gdy sypiasz przez dwadzieścia lat na betonie i nagle z nieba spadnie ci łóżko, to pod warunkiem, że nie spadnie ci na głowę, masz szansę w końcu się wyspać. Tylko że ty się nie wysypiasz. Miękkość uwiera cię mocniej niż chropowatość pustaków. Prezentu nie oddasz, bo to brzydko. Brzydziej niż wyrzucić pod nogi do połowy niewypalonego papierosa, gdy obok jest śmietnik, chociaż pod nogami ma nikłe szanse, że nie zostanie zdeptany, że przeżyje do końca, do początku filtra, a w śmietniku kark złamany i w dodatku śmierdzi. Można łóżko zostawić i spać obok, ale to trochę tak, jakbyś zamówił dziwkę i położył się do niej plecami. Zostaje tylko wariant ze sprzedażą, tak żeby obdarowujący się nie zorientował, a za pozyskane korzyści kupić sprzęt do demontażu otworu i do poskładania go na nowo w innym kształcie.

 

            Wiatr lekko chłodził jej spoconą twarz. Unosiła się na palcach, by być bliżej nieba.  Rozłożonymi palcami przeczesywała gęste powietrze. Miała nadzieję, że słońce dzisiaj nie zajdzie. Chciała, żeby ta chwila nigdy się nie skończyła. Marzyła, aby kropelki wody, które przenosił wiatr z pobliskiego jeziora, wiecznie rozbijały się o jej rumieńce. Nigdy wcześniej tak dobrze się nie czuła. No, może raz, zaraz po maturze. Wszystko zdane na pięć. Dostała się na studia z najlepszym wynikiem. Co prawda to wymarzony kierunek jej ojca, ale tak było zawsze. Rodzice za nią decydowali, ona nie wiedziała, co chce w życiu robić, więc robiła, co kazali. Ekonomia miała przynieść jej dostatnie życie, niezależność od mężczyzn, a także pomóc w spłacie długu, jaki zaciągnęła u rodziców. Matka i ojciec tyle lat ją utrzymywali, więc coś im się od niej w zamian należało. Nie myślała o tym wtedy, cieszyła się z najdłuższych wakacji w życiu. Najbardziej zdziwiło ją, że ojciec był tak zadowolony z obrotu sprawy, że dał jej nawet pieniądze i pozwolił pierwszy raz w życiu pojechać na wakacje z koleżankami. Wtedy też dotknęła nieba. Wsadziła głowę tak wysoko, że cirrusy same pchały jej się do dziurek od nosa, jak amfetamina, którą wciągała w lepiących się od spermy kiblach w zatęchłych knajpach, gdzieś na południu kraju. Koleżanki mówiły, żeby spróbowała, więc to zrobiła. Po pierwszym razie ziemia osunęła się jej spod nóg. Ale kto się tym przejmuje, kiedy jest w niebie. Tam mogła wszystko, przecież skoro już ją wpuścili, to nie wyrzucą. Ziemia zdawała się taka nieprzystępna i oddalona, istny kosmos. Nieważkość i nieważność codzienności i czasu budziły chęć pozostania w kącie toalety do końca życia.

            Zrobiła kilka kroków do przodu. Nagie stopy zapadały się w mokry piasek. Po ciele przeszedł dreszcz, powodując podniesienie się wszystkich włosków, zupełnie jakby ktoś przesuwał po niej elektrycznym pastuchem. W oddali po gładkiej tafli jeziora płynął łabędź. Wyglądał niczym plastikowa zabawka rzucona na lodowisko. Nierealny jak jej stan. Była jak on, idealna forma, a łabędź był jak ona, pełen obaw, że zaraz dopłynie do brzegu i trzeba będzie wyjść z ciepłej wody na niezbyt przyjazny grunt. Grunt to się nie przejmować. Chciała klęknąć i złożyć ręce do modlitwy dziękczynnej i błagalnej, żeby czas stanął jak woda w jeziorze. Nie przeszkadzało jej nawet, że skończyła czterdzieści lat, i to prawie tysiąc dni temu. Podniosła twarz, krzycząc do słońca, żeby biło mocniej. Zamknęła oczy i wtedy stanęła jej przed oczami, tak jak chciała, tak jak pragnęła, wielka wskazówka bez czasu.

            Była jak trójca. Trzema stanami skupienia jednocześnie. Powoli ulatniała swoją zatwardziałą skorupę.

            Świst przeciął ciszę na pół. Zadzwoniło jej w uszach. Kamień rozbił spokojną taflę wody na małe kawałeczki. Jak w kryształową noc drobinki szkła uderzały o podłoże, raniąc jej niebo. Uderzenie było tak mocne, że aż otworzyła oczy i syknęła z bólu. Ciało zgięło się wpół, a nagie piersi uderzyły o polakierowane, pachnące jeszcze nowością czarne biurko. Sterczące sutki jak gwoździe wbiły się w mały biust. Miała wrażenie, że żebra wyjdą jej plecami. Upadający na klawiaturę policzek spowodował wypadnięcie kilku klawiszy. Spadły posmarowaną stroną na podłogę, brudząc ją krwią.

            Słońce zaszło za zakurzonymi żaluzjami, które od miesięcy prosiły się o wymianę na rolety. Na twarzy zamiast ciepła promieni czuła promieniujący ból. Mimo szeroko otwartych oczu ledwo była w stanie dostrzec kontury szafeczki pod ścianą. W jednej chwili najpiękniejsze wspomnienia z lat młodości zamieniły się w największy koszmar. Nogi jej się ugięły. Klęknęła. Krztusiła się wysychającą śliną, mamrocząc modlitwę. Z przerażenia miała jednocześnie ślinotok i suchość w gardle. Czuła się jak pustynia, na którą po stu latach spadł deszcz.

            Młodzieniec zrobił krok do tyłu, by się jej przyjrzeć. Twarz wciśnięta w klawiaturę firmowego komputera. Potrącą jej z pensji, na pewno tak zrobią. Zmartwiła się, przecież nie było jej stać. Nie zarabiała wcale tak dużo, jak głosiła obiegowa opinia o dochodach w bankowości, i w dodatku miała dziecko na utrzymaniu. Poza tym ostatnie wolne środki wydała na nowe buty. Szpilki w kolorze czarny mat, w obecnej sytuacji to nawet szach mat. Królowa dała się zapędzić w róg zwykłemu pionkowi. Buty nie były wyuzdane, były klasyczne i eleganckie, nie za wysokie, idealne do pracy i na wyjście do teatru. Zawsze kiedy siedziała na widowni, zastanawiała się, jak to by było zagrać na scenie chociaż małą rólkę. Trzeba uważać, o czym się marzy. Bo właśnie została obsadzona w głównej roli i rola ta będzie zaorana. Buty idealnie komponowały się z koronką jej majtek, które w chwili obecnej miała na wysokości kostek. Wyżej była jak odśnieżone torowisko. Wypolerowane szyny, nic, tylko dorzucić węgla do pieca lokomotywy i odgwizdać odjazd. Co prawda była już końcówka września, ale lato wciąż dawało o sobie znać, a szef w ramach oszczędności pożegnał się już z klimatyzacją, dlatego też rajstopy były ostatnią rzeczą, jaką miałaby na siebie założyć. Spódnica, sięgająca normalnie do kolan, teraz zakrywała całe plecy, odsłaniając ślad ręki na prawym pośladku. Biała bluzka, którą jeszcze kilka minut temu miała na sobie, leżała bez guzików w kącie. Przeszło jej przez myśl, że to dobrze, że tam leży. Guziki można przyszyć, a zaschnięta krew mogłaby nie zejść. Brakowało tylko stanika do całej układanki. Miała małe piersi, więc gdy było ciepło, nie zakładała go nawet do pracy. Lubiła czuć na sobie wzrok mężczyzn, a nawet podlotków wracających ze szkoły. Wyobrażała sobie, jak nastolatki po powrocie do domu masturbują się, myśląc o niej, czuła się wtedy jak kobieta, chociaż przez chwilę.

              Zdarzyło się kilka razy, że klienci, zaoferowani widokiem przebijających przez bluzkę sutków, podpisywali umowę bez wcześniejszego czytania. Jeden nawet groził jej sądem, ale była to kiepska próba wyłudzenia. Nie miałby szans. Argument o hipnotyzujących sutkach raczej w sądzie by nie przeszedł, a w domu tym bardziej; z żoną lepiej nie zadzierać. Łatwiej wytłumaczyć chudszy portfel niż zdradę, nawet taką nierealną.

             Czuła się jak dzikie zwierzę w cyrku. Zniewolona, bez szans na ucieczkę, jednocześnie wiedziała, że jeżeli nie wyjdzie na arenę, nie dostanie swojej porcji mięsa. Mięsa, którym była ona sama, bo zdecydowanie w tej chwili nie stała na szczycie łańcucha pokarmowego. Ból, jaki promieniował jej od głowy do pośladków i z powrotem, był tak duży, że straciła na chwilę przytomność.

             Biegła w jednym bucie. Twarz czerwona i mokra od łez. Znajomi ze studiów wmówili jej, że jest dorosła i może decydować o sobie. Mówili tak, bo nie znali jej ojca, a ona jak zwykle uległa. Dała się wmanewrować. Uwierzyła, że może zamienić kierunek studiów z dającej chleb ekonomii na bzdurną filozofię. Chciała w końcu sama zacząć myśleć, decydować o swoich krokach, nie potykając się przy tym na prostej. Włożyli ją do labiryntu jak białą myszkę i kazali iść prosto w ścianę, a ona poszła. Zawierzyła, że jest pełnoprawną obywatelką i może decydować o sobie i o swoim życiu. Pewna siebie wbiegła do pokoju i zaczęła szybko mówić, żeby zdążyć wszystko powiedzieć, zanim znowu stanie się wystraszoną małą dziewczynką. Niestety, ojciec był bardziej pochłonięty jakimś głupim serialem niż swoją latoroślą, więc musiała powtórzyć wolniej i wyraźniej. Już sam sposób, w jaki mówiła, był nie do przyjęcia przez niski poziom tolerancji najważniejszego z rodu, samca alfa, jedynego samca. Pewność siebie uleciała z pierwszym spojrzeniem ojca. Potem było tylko gorzej. Przekleństwa, wyzwiska i zagrożenie wywaleniem z domu, skoro się coś nie podoba. Nie minęły dwie godziny i wróciła z podkulonym ogonem. Przepraszała, błagała – i tak na przemian. Ojciec kochał swoją jedynaczkę, swoje oczko w głowie. Wieczorem wszyscy zasiedli uśmiechnięci do rodzinnej kolacji. Na deser córeczka dostała owoc, śliwkę pod okiem.

            Szarpał tak mocno za pasek, jakby rozjuszony byk ciągnął za przymarznięte drzwi od wychodka. Przestępował z nogi na nogę, widać, że mu się śpieszyło. Czuł, że jego expres jest opóźniony i musi nadrobić stracone minuty. Chciał natychmiast wypuścić pasażerów na pętli. Pasek ostatecznie dał za wygraną, zabrał ze sobą kilka szlufek jako trofea i zaczął filuternie dyndać w ręku Mańka. Położył go Ewie przy twarzy. Zapach spoconej sztucznej skóry przypomniał jej, jak dostawała w skórę za każde najdrobniejsze przewinienie. Przed chłopakiem stanęło kolejne wyzwanie: zamek. Podniecenie postawiło mur nie do przeskoczenia. Zbyt długa okupacja zwiastowała zardzewieniem maszyn oblężniczych. Sytuacja stawała się patowa, gdy nagle jej ciało, ku zdziwieniu najeźdźcy, postanowiło wywiesić białą flagę. Opuściła most zwodzony, a gorące wody z jej fosy zaczęły spływać po udach. Podnieciła się. Nie mogła już z tym dłużej walczyć. Nie chciała. Marian uspokoił drżenie rąk i opuścił w końcu swoje okopy. Nie musiał się teraz śpieszyć, sprawa była wygrana. Stanął u wrót. Czekał tak przez moment w bramie, rozkoszując się chwilą jak para żuli pijąca tanie wino. Zatrzymał czas i z każdym łykiem zatrzymywał go bardziej. Czuli swoje ciepło. Pusta butelka zasugerowała opuszczenie zamrożonego czasu. Wchodził powoli, napawając się triumfem. Tłum wiwatował na jego cześć. Gdy był już cały w środku, otuliła go swoim gorącem. Jak matka przykrywa ciałem szczenięta zaraz po urodzeniu. Tkwili tak chwilę bez ruchu. Czuła się pełna, ale chciała poczuć się spełniona. Spojrzała na niego błagalnie załzawionymi oczami i najładniej jak tylko potrafiła, wyszlochała:

– Proszę.

            Marian dbał tylko i wyłącznie o siebie, ale w tej chwili było mu po drodze. Miała minę jak autostopowiczka, która od trzech dni stoi w tym samym miejscu i umiera z głodu. Marian był taki wspaniałomyślny, że nie dość, że ją podwiezie, to jeszcze nakarmi. Za kilka minut zamykali bank, więc pewnie ktoś tu zaraz wejdzie, żeby pani Ewa nie trzaskała niepotrzebnie nadgodzin, bo kto będzie za to płacił. Jedną ręką przycisnął jej głowę, a drugą plecy. Tak dla pewności, jakby chciała zrobić rewolucję, wzniecić bunt i jednak uciec. Nawet jej to przez myśl nie przeszło, ale kto normalny wie, co siedzi w głowie kobiety. Wyszedł na chwilę z jaskini, by w sztucznym świetle podziwiać, jak lśni zbroja od zwycięstwa. Dobrze naoliwiona, będzie mu służyć kolejne lata i podczas kolejnych podbojów. Patrzył i się napawał. Mógłby przez wieczność lizać ten brzeg pucharu i nic nie upić, ale piana już się spieniła, więc trzeba było ją rozbić o strome klify. Dzwon zabił. Czuła, jak wchodzi do końca i obija się koniuszkiem o sufit jej wytrzymałości. Uderzał coraz szybciej, gnał jak staruszka do autobusu.

            Gryzła kabel od myszki, żeby nie krzyczeć. Czym on był szybszy, tym ona wolniejsza. Wolność galopowała jej w głowie, a on cwałował w niej. W końcu czuła się jak kobieta. Czuła się jak nigdy. Czuła się jak zawsze, jak zawsze chciała się poczuć. Przypływ nastąpił bardzo szybko i był spodziewany. Maniek zaczął zrzucać skrzynie ze skarbem z ładowni. Czuła jak kontenery walą z impetem w jej dno. Czuła, jak rozrywają jej spokojne jezioro. Trzęsienie ziemi, jakie przeżywała, spowodowało tsunami. Pragnęła zatopić swój kontynent. Nic jej nie obchodziło, znowu była w niebie. Krzyknęła.

– Taaaak!

          Za ścianą kolega pokręcił głową. Spojrzał na zegarek i potwierdził.

– No tak, za dwie minuty weekend.

          Maniek wiedział, dojechała do mety zaraz po nim, ale był wspaniałomyślny i postanowił, że zrobi jeszcze rundkę honorową. Opony powoli traciły powietrze, ale wytrwale kołował. Kibice machali i klaskali, a gdy nastąpiły wstrząsy wtórne, poszła nawet meksykańska fala, po której nastąpił całkowity odpływ. Odpłynęła. Dryfowała. Kręciło jej się w głowie od ilości jodu. Powietrze było tak czyste, jak czysta była teraz jej głowa, wolna. Zupełnie wolna, chociaż przez chwilę.

– Jest pan w ogóle pełnoletni?

          Maniek podniósł głowę znad kartki, na której oprócz nieskończenie wielu małych literek widniało jeszcze kilka dużych, układających się w wyraz ”umowa”.

– Słucham? – spytał zdziwiony, jakby nie wierzył, że pytanie jest skierowane do niego.

– Czy jest pan pełnoleeettniii? – Jakoś dziwnie przeciągnęła ostatni wyraz i nie robiąc pauzy, w którą mógłby wejść chłopak, kontynuowała: – Przepraszam, są cztery minuty po siedemnastej, śpieszę się do córki. Przeczyta pan na spokojnie w domu i przyjdzie w poniedziałek, a jeśli nie ma pan dowodu osobistego, to zapraszam z rodzicami.

          Gdzieś w okolicach „dz” wsadziła sobie końcówkę długopisu do ust, po czym, nie czekając na reakcję Mańka, wstała, obciągnęła lekko podwiniętą spódnicę i otworzyła drzwi, grzecznie sugerując, co powinien zrobić.

          Tak jak wszedł, tak i wyszedł. Powoli, napawając się jej sutkami prześwitującymi przez cienki materiał bluzki.

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Gramofon · dnia 20.03.2017 11:36 · Czytań: 173 · Średnia ocena: 0 · Komentarzy: 2
Komentarze
Aronia23 dnia 21.03.2017 07:50
Cześć, Michale - Gramofonie. Mam wrażenie, że część tej opowieści już czytałam, np. o warunkach życia tej zniewolonej dziewczyny. Ta amfetamina w brudnych kiblach, kopulacja przed zawarciem umowy z "dbającym o siebie Marianem", i ta, która lubiła swoje sutki, szczególnie pokazywać i wybacz określenie - szczuć. "Tak jak wszedł, tak i wyszedł. Powoli, napawając się jej sutkami prześwitującymi przez cienki materiał bluzki". Nie znałam części o owcy, to fajne jest i z lekka szydercze, ale może rozbawić zdanie: "gnał jak staruszka do autobusu.", oczywiście w kontekście, w jakim zostało użyte. Ogólnie - nie wiem, co o tym myśleć. Opowieść robi wrażenie "sklejonej" z fragmentów innych utworów, ale może się mylę. Ty sam wiesz najlepiej. Miłego dnia.
Gramofon dnia 21.03.2017 15:18
Wszystko czytałaś, ale była edycja i z dolnej wskoczyło na górną :)

Nie jest to sklejka, wszystko ma swoje miejsce i znaczenie i każda cząstka nawet jakby istniała bez innej to by wiele straciła.
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Niczydar
25/04/2017 16:00
Witaj Aronia23 wiersz oparty na moich doświadczeniach,… »
Opheliac
25/04/2017 15:55
Czuć tu zabawę, trochę radości, ale i przemijanie, i ten… »
Carvedilol
25/04/2017 15:54
Witam Bardzo dobry tekst, spodobał mi się na tyle, żeby… »
Maurycy Rubikon
25/04/2017 15:51
Witaj Jolu, Jolu, napisałaś: - i ja Ciebie rozumiem,… »
Carvedilol
25/04/2017 15:49
Świetny tekst! Każdy cielębryta powinien przeczytać i… »
Maurycy Rubikon
25/04/2017 15:45
Witaj Vigo, dziękuję za komentarz, bardzo ładnie… »
JOLA S.
25/04/2017 15:43
Cześć Maurycy, moja pierwsza reakcja na to co przeczytałam… »
Opheliac
25/04/2017 15:42
Kamyczku, dziękuję serdecznie za rozbudowany komentarz i… »
Slavek
25/04/2017 15:40
o tu Tak mi się skojarzyło i wiem, że nie o to Ci… »
mike17
25/04/2017 14:55
Wzruszyłaś mnie, Niczyja, a to nie łatwa rzecz do zrobienia… »
JOLA S.
25/04/2017 14:09
Nalko, dziękuję bardzo za dobre słowo. Miło mi, że… »
OWSIANKO
25/04/2017 13:52
Skorek80 Twój tekst jest na tyle obiecujący, że z chęcią… »
JOLA S.
25/04/2017 12:33
Masz rację. Czy czytałeś " Jak Kurczak Blady chciał… »
Carvedilol
25/04/2017 12:13
Dziękuję JOLU Hmm, z tym kurnikiem to różnie bywa Jeśli… »
JOLA S.
25/04/2017 11:58
Fajnie zaczynasz, dobrze piszesz, uśmiałam się szczerze… »
ShoutBox
  • mike17
  • 25/04/2017 11:16
  • Kawka z rana jak śmietana, czyli dzień rozpocząć czas :) Pozdruffki znad Wisły :)
  • JOLA S.
  • 25/04/2017 05:44
  • Aronio, Nalko dobrego dnia:)
  • Aronia23
  • 25/04/2017 05:40
  • Grain słaby jesteś w manipulacjach. Serdecznie pozdrawiam
  • Aronia23
  • 25/04/2017 05:37
  • spadam, jeszcze czegoś takiego nie widziałam. Szanty
  • Aronia23
  • 25/04/2017 05:34
  • NO WIEM W TAKIM TOWARZYSTWIE.
  • Nalka31
  • 25/04/2017 05:26
  • U Ciebie się snują tacy z krzywym karkiem?
  • Nalka31
  • 25/04/2017 05:25
  • A z czego mam być zadowolona? jeśli z życia to owszem bo jest piękne
  • Aronia23
  • 25/04/2017 05:20
  • Nalko, zadowolona jesteś? TO JEST COŚ NIESAMOWITEGO , GDY PO KRZAKACH SNUJĄ SIĘ TACY Z KRZYWYMI KARKAMI
Ostatnio widziani
Gości online:52
Najnowszy:Behmeaq2w