Było. - LuchoBlanquez
A A A
Klasyfikacja wiekowa: +18

„Było.”


- To było… Oj, dobrze ze dwadzieścia lat temu. Tam… pamiętasz? Na Polowej, naprzeciwko Pierwszego Maja, tam był taki kiosk. Zresztą, nadal jest, tylko od dawna nie działa, no bo kto dziś gazety kupuje. A szlugi wszyscy na bazarze.
 
- No.
 
- No i którejś nocy, jakoś latem, do tego kiosku włamało się dwóch pijaczków. W zasadzie to bardziej próbowało się włamać. Jeden rzucił cegłówką w szybę. Szyba trzasła, ale na kratę to było za mało. To wtedy drugi przytachał jakiś łom, rozwalił kratę i wczołgał się do środka. I zaraz wypadł, zresztą prosto na tego pierwszego. Byli nieźle zrobieni. Ledwie się na nogach trzymali. Śmiechu było co niemiara. Ty naprawdę tego nie pamiętasz?
 
Nie, Karolku. Ani trochę. Pamiętam za to, że jeszcze parę lat temu powiedziałbyś „najebani jak stodoła”. Cóż, czasy się zmieniają. Ludzie też.
 
- Turlali się wokół tego kiosku coś pewnie z pół godziny zanim wreszcie przyjechała policja.
 
- „Policja”? – skrzywiłem się – to już nie „blacharnia”?
 
Sztywny wyraźnie spoważniał.
 
- W sumie odkąd mam teścia mundurowego, to tak trochę inaczej na nich wszystkich patrzę. To trudna robota. I kiepsko płatna. Czasem nawet trochę mi wstyd za to, co kiedyś było.
 
- Wiesz co? Już ty się lepiej nie rozczulaj. Nie może być aż tak źle, skoro tylko „kiepsko”, a nie „chujowo”. – tym razem uśmiechnąłem się znacznie szerzej ­– co było, to było. Trochę my ich, trochę oni nas, teściu na pewno ci wybaczył. Przyjechali i…?
 
- …i zabrali się do rzeczy tak, że teściu by się ze wstydu pod ziemię zapadł. Coś tam do nich krzyknęli, zaczęli biec, a wtedy tamci uciekli.
 
- Zaraz. Jak to: „uciekli”? Po pijaku?
 
- No. Zatoczyli się ze dwa razy i poturlali, żeby śmieszniej było, w stronę policyjnego bloku. Tego no, pamiętasz, na obrzeżach Trójkąta. Wtedy to dopiero cała ośka miała bekę. Już nie z meneli, a z niebieskich, że to niby nawet swoich sąsiadów złapać nie potrafią. Nie no, ja nie wierzę, że ty tego nie kojarzysz.

* * *
 
Kryzys wieku średniego. Solarium, nowe zęby, spasiona bryka i dwudziestoletnia „siostrzenica”. Karnację zawsze miałem raczej ciemną, z klawiaturą wszystko w porządku. Za to miesiąc temu kupiłem sobie trzyipółlitrową Hondę Legend. Każdy ma taki exclusive, na jaki go stać. Całym szczęściem na ubezpieczenie udało się jeszcze uzbierać. Pozostawało mi już tylko poszukać dwudziestolatki.
 
A może nawet jej nie szukałem? Może okazja czyni zdradzieja? Tak czy inaczej, jakoś ze trzy dni po nabyciu nowej furmanki postanowiłem przegonić ją trochę po trasie i wybrać się… o! Do Poznania. Szybko przeliczyłem ile konkretnie będzie mnie kosztować taka przejażdżka, po czym rzuciłem anons na blablacarze. Termin raczej krótki, więc kompletu się nie spodziewałem. Trochę mnie jednak zasmuciło, że zgłosiła się ledwie jedna duszyczka. Klaudia, lat dziewiętnaście, studentka.
 
Zgodnie z umową zgarnąłem ją spod Zachodniej. Z początku nic nie wskazywało na jakikolwiek rozwój znajomości. Burknęła „dzień dobry”, wrzuciła walizkę do bagażnika, wsiadła do samochodu, wyciągnęła telefon i uporczywie klikała weń przez następne półtorej godziny. Nie przeszkadzałem jej zanadto. Skoncentrowałem się na sprawdzaniu możliwości Hondy, od czasu do czasu jedynie rzucając ukradkowe spojrzenia na swą pasażerkę. Cóż, oszałamiającą pięknością na pewno nie była. Niemniej, gdy się bliżej przyjrzeć, można się było zorientować, że ma to coś i to nawet z tym czymś. Pod sięgającą kostek spódnicą rysowały się całkiem przyjemne nogi. Opięty jasnozieloną bluzką biust również sprawiał nie najgorsze wrażenie. Długie, kasztanowe, ściągnięte w prosty kucyk włosy opadały jej na plecy. Wąskie usta i upstrzone piegami policzki od czasu do czasu układały się w taki ni to uśmiech, ni grymas bólu. Aż normalnie miał człowiek ochotę spojrzeć głęboko w jej lodowato niebieskie oczy i…
 
- Ma pan może ładowarkę? – spytała beznamiętnie.
 
- Samochodową? Nie mam, niestety – skłamałem gładko – ale…
 
- Szkoda. Zdrzemnę się trochę, ok?
 
Odwróciła się do mnie plecami, zwinęła w kłębek i w takiej pozie dojechała do samego Poznania. Obudziłem ją gdy nawigacja oznajmiła, że dotarliśmy na właściwe osiedle. Przeciągnęła się. Poprosiła, abym stanął przy Biedronce. Rozliczyliśmy się, oddałem jej walizkę, usłyszałem, że „bardzo jej było miło” i „do widzenia”. Odprowadziłem ją jeszcze wzrokiem do drzwi marketu i pojechałem w swoją stronę.

* * *
 
- Nie, nie kojarzę. Musiałem wtedy być gdzieś… gdzie indziej.
 
- Tak, pewnie tak. Pewnie piłeś gdzieś w lesie z tymi swoimi harcerzykami – Sztywny szyderczo uniósł dwa palce do czoła – albo i nawet zdążyłeś się już od nas wyprowadzić. Ale że aż do dzisiaj nic o tym wszystkim nie słyszałeś…?
 
- Wiesz, może i słyszałem, ale potem zapomniałem. Sam mówiłeś: dwadzieścia lat wstecz.
 
- No. Hektar czasu. Faktycznie różne rzeczy mogą ze łba wylecieć. My też się przecież od dawna nie widzieliśmy. Co tam u ciebie, tak w ogóle?
 
Siedzieliśmy w jakiejś nowo otwartej, kompletnie bezpłciowej knajpie. Z głośników nachalnie gryzło mnie w uszy Radio Eska. Rozejrzałem się wokół. Po prawej jakaś wychudzona tapeciara chichotała hałaśliwie wsłuchując się w dowcipy opowiadanie przez typa, który obwód karku miał na oko ciut większy, niż iloraz inteligencji. Po lewej trójka przylizanych, wyprasowanych w kancik elegancików tryskała testosteronem w stronę swych dwóch koleżanek, które ewidentnie nie mogły się zdecydować: udać święte oburzenie i trzaskając szpilami opuścić lokal, czy jednak machnąć na to wszystko ręką, dać się ponieść chwili i tylko w jakikolwiek bądź sposób wyeliminować jednego z absztyfikantów? A może jakaś niestandardowa konfiguracja? Hmmm…
 
- Wiesz co, Sztywny? – spojrzałem ponownie w stronę mojego rozmówcy – tak a propos picia z harcerzami: ja ci wszystko chętnie opowiem, ale nie tutaj. Chodź, kupimy sobie jakieś piwo, szlugi i pójdziemy po staremu na tory. Może być?
 
Nie był jakoś szczególnie zachwycony tym pomysłem, ostatecznie jednak dał się przekonać. Podczas dwudziestominutowego spaceru streściłem mu w telegraficznym skrócie swą ostatnią dekadę z okładem. Tak, skończyłem studia w Wawie. I to nawet, o dziwo, bez większych problemów. Najprawdopodobniej mieli mnie już tam dość, na dźwięk mojego nazwiska dostawali ciężkiej kurwicy, więc postanowili jak najszybciej się mnie pozbyć i nigdy więcej nie oglądać. Oczywiście, w związku z powyższym plany kariery na uczelni runęły, nim powstały. Co gorsza, okazało się, że ojciec miał rację. Stosunki międzynarodowe można sobie uprawiać ile wlezie. Jednak ekonomiczny sens ich studiowania, o ile nie ma się w rodzinie dyplomaty, pozostaje w najlepszym wypadku mglisty. Zamiast więc błyszczeć w ambasadach, trafiłem najpierw do agencji ubezpieczeniowej, później do banku, aż wreszcie wylądowałem w firmie spedycyjnej, gdzie z bożą pomocą po dzień dzisiejszy przewracam papierki.
 
Gdzieś w tak zwanym międzyczasie poznałem Darię. Momentami czułem się zakochany. Kiedy indziej najzwyczajniej w świecie pasowało mi, że widzę co rano tę samą twarz, całkiem zresztą niebrzydką, i nie muszę się przyzwyczajać do jakiejś nowej. Z biegiem czasu wzięliśmy ślub. Kościelny. Z pompą i tradycyjnym weselem.
 
- Wiesz co, Sztywny? Nawet chciałem cię zaprosić. Nie, serio. Tylko że ty wtedy na tych swoich owcach byłeś.
 
­- Kurwa – klepnął mnie w ramię rozbryzgując po chodniku świeżo otwarte piwo – przywiózłbym wam w prezencie wełnę na sweterki z najprawdziwsiejszego australijskiego merynosa!
 
Mój teść nie jest policjantem. Jest żywym trupem. Nie no, zmarło mu się jakoś tak w zero czwartym i od tamtej pory niby po świecie nie chodzi, leży sobie spokojnie w zawsze pięknie posprzątanym grobie. A jednak wciąż żyje. Ciągle się o nim mówi. Przy każdej rodzinnej kolacji, wcale niekoniecznie wigilijnej, zostaje dla niego puste krzesło i nakrycie na stole. Teściowa do dziś nie dopuściła do świadomości, że jej mąż opuścił był ten padół łez. Od czasu do czasu nadal pierze mu gacie, prasuje koszule, czyści garnitury i tak dalej. Ba, nawet mojej ślubnej zdarza się rozmawiać z tatą. Rzuca jakieś teksty niby w przestrzeń, jednak wyraźnie oczekując odpowiedzi. Z początku myślałem że to do mnie, taki dziwny sposób komunikacji, ale nie. Co ciekawe, przed ślubem jakoś tego nie robiła. Albo po prostu dobrze się bunkrowała. A, no i, rzecz jasna, nasz syn musiał być Eryk junior.
 
Pomijając fakt zajmowania się nieboszczykiem jakby wcale nieboszczykiem nie był, teściowa jest w miarę ok. Na samym początku ustaliliśmy, że nie będziemy sobie nawzajem załazić za skórę i raczej się tego trzymamy. Wiadomo, jakieś tam niesnaski czasami się zdarzają, ale większych jazd nie pamiętam. A nie no, raz tylko mocniej się wściekła, gdy wylądowałem na dołku po jakiejś nocnej napierdalance pod knajpą. Ale i tak, wziąwszy pod uwagę okoliczności, mogło być znacznie gorzej.
 
- Że ty w ogóle jeszcze masz siłę na takie zabawy…? No dobra: teść, teściowa. A żona?

* * *

Żonie wkręciłem kit, że niby jadę się spotkać z klientem. O nic nie pytała. Jak zwykle zresztą. Nawet te parę lat temu, gdy wytrąbili mnie z Santandera, nie wyraziła przesadnego zainteresowania. „Musisz szybko znaleźć coś nowego” rzuciła znad Facebooka, po czym ponownie zanurzyła się w zachwytach nad świeżo przedizajnowanym ogródkiem koleżanki. A tak w ogóle to wybierała się właśnie na jakiś babski wieczór, więc zanim zgarnąłem Klaudię, odwiozłem Młodego do babci, żeby jej nie przeszkadzał w przygotowaniach. I pewnie nawet gdybym oświadczył, że lecę do Syrii zaciągnąć się w szeregi ISIS, trudno by jej było przerwać kontemplację makijażu.
 
Pokręciłem się nieco po Poznaniu sprawdzając jak sobie Legenda radzi w miejskim tłoku. Opinie o wyjątkowej kulturze i życzliwości wielkopolskich kierowców okazały się mniej więcej zgodne z prawdą. Pogłoski o niezbyt wybitnej skrętności mojej nowej zabawki niestety też. Wysiadłem, pospacerowałem trochę po mieście, po czym pojechałem do hotelu. Usiadłem na łóżku i zacząłem przeglądać wyciągnięte zza wycieraczek ulotki agencji towarzyskich. I wtedy przysmażyła mnie moja męska duma. Tak, jasne. Mam już prawie czterdzieści lat. O, pewnie. Jest mnie dwadzieścia plus kilo więcej, niż w czasach, gdy miewałem powodzenie. Więcej mam też zmarszczek i dioptrii, mniej włosów, ale do kurwy nędzy nie jestem jeszcze zgrzybiałym dziadem, który musiałby za to płacić!
 
Zszedłem do restauracji i machnąłem dwie szybkie pięćdziesiątki. Od razu poczułem się raźniej i żywszym wzrokiem powiodłem po sali. Pusto. Jedna z kelnerek wyglądała w miarę ponętnie, jednak bezceremonialnie odrzuciła moje awanse. Wyszedłem na ulicę. Przez następnych kilka godzin włóczyłem się po zupełnie obcym sobie mieście, wchodząc do losowo wybranych knajp, wychylając następne pięćdziesiątki i zaczepiając kolejne kobiety. Dwie czy trzy wydawały się nawet zainteresowane, niestety z czasem gadka przestawała się kleić, a ja dochodziłem do wniosku, że niezbyt mam ochotę na ryczące czterdziestki i żony marynarzy (skąd one się, w pizdu, wzięły w Poznaniu?!). Koniec końców, z butlą żubrówki pod pachą trafiłem znów do hotelowego pokoju. Znów przeglądałem ulotki. I nawet tym razem nic mnie nie smażyło. Tyle że testosteron przegrał z alkoholem. Na czworakach dobrnąłem do łazienki, zwymiotowałem do sedesu i padłem na chłodne kafelki.

* * *

- Żona… jest. To dobra kobita. Gotować umie, wyględna, w te klocki też daje radę.
 
Siedzieliśmy już na torach. A w zasadzie obok torów. Na takiej kupie betonu, która pewnie oryginalnie miała do czegoś służyć kolejarzom, ale za mojej pamięci używana była jedynie jako miejsce sekretnych spotkań okolicznej młodzieży. Swego czasu niejeden świt mnie tu zastał. Dziś, biorąc pod uwagę niewydeptaną trawę i kompletny brak niedopałków wokół, nawet żądne wrażeń, dżinu i dymu nastolatki znalazły sobie chyba inne lokalizacje. Sztywny pstryknął kolejnym kapslem. Niechęć do seansów nekromancji najwyraźniej mu minęła. Po drodze osuszył dwa piwa, teraz jednym haustem pochłonął pół trzeciego.
 
- Nie pierdol – czknął głośno – ty zawsze taki kalibaba byłeś, z niej musi być niezła szprycha, skoro zaciągnęła cię do ołtarza. Masz jakieś zdjęcie?
 
- Nie no, nie jest najgorsza. Zdjęcie? Mam, zaraz ci pokażę. Ale z tym moim kalibabstwem to więcej legendy, niż prawdy. Zwłaszcza po tym, jak przestałem się ruszać. No wiesz, wtedy co spadłem z motoru.
 
Chciałbym napisać, że zapadła krępująca cisza. Ale nie zapadła. Sztywny dopił trzecie piwo, otworzył czwarte i dopiero wtedy spojrzał na mnie uważnie. A przynajmniej w mdłym świetle latarni tak właśnie to wyglądało.
 
­- Stary, czy ty masz do mnie jakieś pretensje? Jakiś żal?
 
- Nie no, kurwa, przestań. Młodzi byliśmy. Głupi. I pijani. Równie dobrze ja mogłem prowadzić.
 
- Ale możesz chodzić normalnie i w ogóle? Nic cię nie boli, nie?
 
- No co ty. Łopatkę ześrubowali mi jak złoto. Mogę normalnie funkcjonować. Tyle że, wiesz, jak musiałem przestać ćwiczyć na prawie rok, to zrobiłem się trochę gruby.
 
- Pierdolisz. Ptaszek musi mieć swój daszek, nie? No bo w ogóle, to ja trochę myślałem, że ty dlatego przestałeś się do mnie odzywać.
- Dlatego, że mi się przytyło? – parsknąłem śmiechem – daj spokój, było-minęło. Nie odzywałem się, bo i ta twoja Australia, no i w ogóle jakoś tak się nie składało.
 
- To zajebiście. Wtedy, w szpitalu, cię przeprosiłem. Ale teraz jeszcze raz, tak od serca – objął mnie silnym, pijackim uściskiem­ – no, a teraz dawaj fotkę.

* * *

Obudziłem się zdrowo po południu. Oczekiwałem morderczego kaca, łupiącego w czaszkę z siłą młota pneumatycznego, a tymczasem po prostu było mi niedobrze. Zjechałem windą na dół, zamówiłem rosołek i herbatę z cytryną. Pani kelnerka, choć niewątpliwie ta sama, już nie wydała mi się tak ponętna, jak poprzedniego dnia. I choć spoglądała na mnie znacznie przyjaźniej (czyżby coś sobie przemyślała?), nie miałem kompletnie żadnej ochoty na amory. Napisałem smsa do żony z informacją, że spotkanie się przeciągnęło i że wrócę dopiero nazajutrz. Przypomniałem też, aby odebrała Eryka od mamy jak już dojdzie do siebie po wczorajszym. Nie dostałem odpowiedzi. Postanowiłem jeszcze raz się przespacerować, tym razem już wyłącznie po świeżym powietrzu.
 
Kwietniowy wieczór skutecznie wywietrzył ze mnie resztki wczorajszego pijaństwa. Pooglądałem sobie główne atrakcje zewnętrznego Poznania. Posiedziałem dłuższą chwilę na ławce sącząc zakupione w pobliskiej kawiarni cappuccino i leniwie obserwując przechodniów. Posłuchałem opowieści przygodnie spotkanego staruszka o perypetiach zdrowotnych jego wnuczki i szansach Lecha na Mistrzostwo Polski w bieżącym sezonie. Rzuciłem dychę średnio utalentowanej, za to promiennie uśmiechniętej skrzypaczce. I w zasadzie już miałem się zwijać, już chciałem wrócić do hotelu, odpalić Hondę i zobaczyć jak poradzi sobie tym razem z nocnym Poznaniem, gdy mignęły mi znajome, lodowato błękitne oczy.
 
Klaudia stała przed wejściem do jakiegoś klubu próbując wyrwać się z uścisku wyraźnie zdenerwowanego dwudziestoparolatka. Coś do niego wrzasnęła. Najwyraźniej jeszcze bardziej podniosło mu to ciśnienie, bo trzasnął ją kantem dłoni w skroń. Zwiotczała, a ja przyspieszyłem kroku i instynktownie napiąłem mięśnie.
 
Nawet się nie odezwałem. Nie robiłem cyrków. To nie miał być wyszukany balet dalekowschodnich sztuk walki, ani hollywoodzka superprodukcja, tylko proste, skuteczne łupu-cupu. Kopnąłem go w oporowe kolano. Chrupnęło. Ryknął z bólu i puścił dziewczynę. Poprawiłem piętą w żebra, następnie w nerki, a gdy upadł, pociągnąłem podeszwą trampka po jego nosie. Złapałem wciąż oszołomioną Klaudię za rękę i szarpnąłem ją w stronę taksówki. Chwilę później byliśmy w hotelu.
 
Wcale nie chciałem, nie oczekiwałem takich dowodów wdzięczności. Nie zrobiłem przecież nic nadzwyczajnego. O nie, absolutnie. Nigdy nie widziałem się w roli obrońcy uciśnionych, ani rycerza na białym koniu. Ot, po prostu: dorastałem w miejscu, gdzie damskich bokserów traktuje się z buta. A że od początku poczułem do Klaudii sporą sympatię, byłem dodatkowo zmotywowany. I tyle. Dlatego gdy już dotarliśmy do pokoju, po prostu położyłem ją na łóżku, przykryłem kołdrą i pozwoliłem się wypłakać. Nie powiedziała mi o co chodziło z tamtym typem. Wyraźnie było jej wstyd. Nie naciskałem. Położyłem się obok, owinąłem kocem i poczekałem aż zaśnie. A potem sam zasnąłem.
 
Obudziła mnie rano długim, namiętnym pocałunkiem. Kochaliśmy się tak, jak może się kochać trzydziestoośmioletni facet z nastoletnią dziewczyną: łącząc doświadczenie z pożądaniem, znajomość ciała z żarem, cierpliwość z energią. Dobrze nam było. Bardzo dobrze. Dopiero koło jedenastej zrobiliśmy sobie dłuższą przerwę. Klaudia usiadła na podłodze, spojrzała na mnie tymi swoimi lodowato niebieskimi oczyma, z komiczną powagą wyciągnęła do mnie rękę i powiedziała:
 
­- Klaudia Elijander, bardzo mi miło.
 
- Elijander? – odparłem po chwili – Wiesz co? Ja rozumiem, że to głupie pytanie, ale… jak ma na imię twoja mama?
 

* * *

- T-to… To jest twoja żona…? – wymamrotał Sztywny gapiąc się w wyświetlacz telefonu.
 
- Nie. Wiesz, tak naprawdę nie mam zdjęć żony. I chyba w ogóle nie mam już żony. Dwa tygodnie temu odkryła przypadkiem, że wyjechałem na weekend wcale nie na negocjacje z klientem, a na laski. To jest ta kobieta, o którą chciałem cię spytać. No wiesz, ta, o której rozmawialiśmy na Messengerze. Znasz ją?
 
- O, kurwa… No mówiłem, że jesteś kalibaba. Się nie przejmuj, znajdziesz nową. A ta tutaj? Pewnie, że znam. A raczej znałem. Elwira E… jakoś tak dziwnie, o… Elijander.
 
- Jesteś pewien?
 
- Jak że cię widzę. Teraz sobie przypominam. Posłałeś mi przecież tą fotkę mailem. Ja przez nią w ogóle zacząłem o tamtych pijaczkach gadać. Bo kumasz, jak oni ten kiosk obrabiali, to… No tak, Elwira-zdzira. Tak o niej na ośce mówili, ale to z zazdrości, bo ona z nikim nigdy. Tylko raz. Tu to już w ogóle taka dorosła jest, musi tu być jak już wyjechała.
 
- Jesteś pewien, że to ona?
 
- No mówię: jak bene-dene. Ty ją zresztą przecież powinieneś znać, mieszkała na ośce ciut dłużej od ciebie. No właśnie. Pewnie dlatego tamtej hecy z pijaczkami nie pamiętasz, bo jednak już się wtedy wyprowadziłeś. A jak oni ten kiosk obrabiali, to ona za tym kioskiem komuś dawała. Podobno niebiescy nie chcieli pijaczków gonić, bo woleli się parce przyglądać. A parę miesięcy później wyrósł jej brzuch. Kumasz, teraz to i może by było pół bidy, ale wtedy…? Skandal! Rodzina ją zabrała, podobno do Poznania. Tak było. Słyszałem, że urodziła tam dzieciaka, a parę lat później się utopiła. Kumasz, smutne, nie?
 
- No. Smutne.
 
- Ale co tam, niech jej ziemia lekką będzie. A ty co, skoro jednak bez żony, to może wracasz na stare śmieci?
 
- Wiesz co? Nie… Tak tylko. Święta idą. Na cmentarz przyjechałem.   

 

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
LuchoBlanquez · dnia 03.04.2017 09:56 · Czytań: 356 · Średnia ocena: 4 · Komentarzy: 7
Inne artykuły tego autora:
  • Brak
Komentarze
retro dnia 09.04.2017 21:36 Ocena: Bardzo dobre
To opowiadanie jest autentycznie długie:) Wersja drukowana zda tu egzamin. W tytule chyba nie stawia się kropek. No chyba, że to celowy zabieg. Ty odpowiedz, a ja wrócę z dłuższym komentem. Tylko proszę o cierpliwość, bo u mnie napięty grafik. Te serniczki, mazureczki, babeczki, które czekają na upieczenie, sałatki do wykonania. Życie;)

Pozdrawiam!
LuchoBlanquez dnia 10.04.2017 16:26
@ Retro:

Kropka w tytule miała podkreślać nieodwołalność.

Nie ma pożaru. Cierpliwość jest cnotą:)

Kłaniam się!

L.B.
retro dnia 14.04.2017 22:22 Ocena: Bardzo dobre
Zaraz po przeczytaniu chciałam zadać Tobie pytanie, na które odpowiedź wydawała mi się oczywista (w moim odbiorze czytelniczym), ale zadam je na końcu, a teraz poprawki maleńkie (niby fabuła - a u Ciebie ciekawa - najważniejsza, ale zawsze to przyjemniej, gdy schludnośc zapisu zachęca).

Zatem:

Cytat:
Szyba trzasła
- a nie lepiej trzasnęła?
- „Policja”? – skrzywiłem się – to już nie „blacharnia”?
- grymasy twarzy to nie sposób mówienia, czyli: - "Policja"? - skrzywiłem się. - To już nie "blacharnia".

Cytat:
- Wiesz co? Już ty się lepiej nie rozczulaj. Nie może być aż tak źle, skoro tylko „kiepsko”, a nie „chujowo”. – tym razem uśmiechnąłem się znacznie szerzej – co było, to było. Trochę my ich, trochę oni nas, teściu na pewno ci wybaczył. Przyjechali i…?
- stawiasz kropkę, a po niej małą literę, po szerzej też kropka i "co" wielką.

Cytat:
Może okazja czyni zdradzieja?
- nietypowe słowo, wg mnie lepiej brzmiałoby złodzieja, ale jeśli w Twoim odczuciu zdradziej jest lepsze, to ok.

- Wiesz co, Sztywny? – spojrzałem ponownie w stronę mojego rozmówcy – tak a propos picia z harcerzami: ja ci wszystko chętnie opowiem, ale nie tutaj. Chodź, kupimy sobie jakieś piwo, szlugi i pójdziemy po staremu na tory. Może być?[/quote]
zgrabniej tak:
- Wiesz co, Sztywny? – Spojrzałem ponownie w stronę mojego rozmówcy. – Tak, a propos picia z harcerzami: ja ci wszystko chętnie opowiem, ale nie tutaj. Chodź, kupimy sobie jakieś piwo, szlugi i pójdziemy po staremu na tory. Może być?

[center]- Wiesz co, Sztywny? Nawet chciałem cię zaprosić. Nie, serio. Tylko że ty wtedy na tych swoich owcach byłeś.
- a tu przecinek aż się doprasza zaistnienia po słownie: tylko.

Cytat:
- Kurwa – klepnął mnie w ramię rozbryzgując po chodniku świeżo otwarte piwo – przywiózłbym wam w prezencie wełnę na sweterki z najprawdziwsiejszego australijskiego merynosa!
- przed klapaniem i przywożeniem kropka a adekwatnie wielka litera.

Cytat:
Teściowa do dziś nie dopuściła do świadomości, że jej mąż opuścił był ten padół łez.
- był zbędne.

Cytat:
- Dlatego, że mi się przytyło? – parsknąłem śmiechem – daj spokój, było-minęło. Nie odzywałem się, bo i ta twoja Australia, no i w ogóle jakoś tak się nie składało.
- i tu powtórka z rozrywki: czyli (nie chodzi o przyprawę, bo ostatnio tak ktoś to skiwotował, jak o czyli wypytywałam, hihi):
- Dlatego, że mi się przytyło? – Parsknąłem śmiechem. – Daj spokój, było - minęło. Nie odzywałem się, bo i ta twoja Australia, no i w ogóle jakoś tak się nie składało.

Cytat:
- To zajebiście. Wtedy, w szpitalu, cię przeprosiłem. Ale teraz jeszcze raz, tak od serca – objął mnie silnym, pijackim uściskiem – no, a teraz dawaj fotkę.
- i tak się zastanaiwm, czy ten drugi przecienk jest potrzebny? Po sercu, a przed objęciem i po uścisku kropka.

A teraz to pytanie: no chyba mi nie powiesz, że ona jego córką była???

Pogodnych, radosnych Świąt:)
LuchoBlanquez dnia 15.04.2017 18:56
@ Retro:

Stokrotnie dziękuję! Więcej po Świętach. Zdrowych, wesołych!

L.B.
grusza dnia 15.04.2017 20:41
Takie zupełnie naturalne, nieprzeinaczone życie z porażkami. Zawsze odczuwam większą sympatię do nieidealnych bohaterów, bo są bardziej ludzcy. A i opisy historii są nadzwyczaj żywe. Dialogi niewymuszone. Zagłębiłam się z przyjemnością.
LuchoBlanquez dnia 18.04.2017 14:43
@ Retro:

Po pierwsze, raz jeszcze serdecznie dziękuję za wszystkie poprawki interpunkcyjne. Bez bicia, za to ze wstydem przyznaję, że na tym polu radzę sobie co najwyżej średnio, stąd też Twoje uwagi są w rzeczy samej na wagę złota.

Co do innych kwestii: "trzasła" to oczywiście potoczyzm. Tak się mawia w miejscu, gdzie mieszka Sztywny. A że w/w nie miał być językowym purystą, nie powiedział "trzasnęła".

"Zdradziej" jest częścią większego zabiegu językowego. Razem z elegancikami w kancik, trzaskaniem szpilami i innymi takimi miał kolorować język głównego bohatera tak, by wyszedł on na człowieka, który stara się być elokwentny, ale nie zawsze mu to wychodzi.

Wreszcie odnośnie zakończenia i relacji między postaciami: "Było." to mój pierwszy tekst prozatorski napisany, a właściwie dokończony po kilkuletniej przerwie. Generalnie nie lubię łopatologii i staram się jej nie stosować. Chyba jednak trochę zardzewiałem. I gdy tak sobie czytam po raz enty tę końcówkę, wydaje mi się ona zdecydowanie zbyt prosta. Cóż, może następnym razem wyjdzie mniej dosłownie.

@ Grusza:

Dziękuję. Mam całkiem pokaźnego hyzia na punkcie realizmu dialogów i rysunku postaci. Cieszę się zatem, że Ci się podobało.

Kłaniam się poświątecznie!

L.B.
retro dnia 21.04.2017 16:56 Ocena: Bardzo dobre
Zatem pisz kolejne teksty!

Pozdrawiam serdecznie
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
hopeless
23/10/2017 13:40
Miladora Poprawiłem, dzięki:) Avatar też już jest. Miło mi,… »
Miladora
23/10/2017 13:33
Chyba wystarczy powiedzieć, że nie rozczarowałaś mnie. :)»
dziewczynka bez imienia
23/10/2017 12:39
Być może był to pospiech, a być może, jako osoba mało… »
braparb
23/10/2017 12:33
Piękny. Prostota i lekkość. Gratuluję. »
pociengiel
23/10/2017 11:38
Chłostany, w pocie czoła swoją stawę będziesz zdobywał Tak… »
Miladora
23/10/2017 11:32
Masz dobrą rękę do tytułów, panie F. :) Ale przyjrzyj się… »
Miladora
23/10/2017 11:13
To nie jest kwestia tego, że podoba mi się bardziej, bo… »
Miladora
23/10/2017 11:01
Tak - braparb dobrze poradził. :) Teraz tytuł zachęca, a… »
dziewczynka bez imienia
23/10/2017 10:55
Miladora, dziękuję za Twój komentarz. Znowu odrobiłaś za… »
Jaga
23/10/2017 10:52
Carvedilol, bardzo dziękuję za komentarz :) Poprawki… »
Miladora
23/10/2017 10:47
Na dołek dobra jest praca. Dobre słowo od czytelników… »
introwerka
23/10/2017 10:35
Zolu, dziękuję pięknie za ciepły odbiór wierszydła :)»
pociengiel
23/10/2017 10:19
Taż piszę o tym przez co jednak przeszedłem. Arrivederci… »
Krzysztof Konrad
23/10/2017 10:15
Co Ty pieprzysz, człowieku. Nie czytasz, nie komentuj i tyle… »
pociengiel
23/10/2017 10:10
Szłusznie piccola e fragile. Na przyszłość lepiej machnąć… »
ShoutBox
  • JOLA S.
  • 23/10/2017 00:10
  • Droga Milu, skończyłam, tuż po północy. Cóż za, piękny widok.:)
  • Miladora
  • 22/10/2017 22:00
  • AGNESKO! Zbawienie przyszło! :)
  • Miladora
  • 22/10/2017 21:43
  • Agnesko - masz odpowiedź. :)
  • Infernus
  • 22/10/2017 20:30
  • Pisanie komentarzy na tel jest nader męczące :)
  • allaska
  • 22/10/2017 19:53
  • Silvus, dzięki :) sprobuje
  • Silvus
  • 22/10/2017 19:44
  • @Allasko, wiadomość wyślij do kogoś z redakcji.
  • akacjowa agnes
  • 22/10/2017 19:16
  • Oki, czekam na Ciebie, jak na zbawienie ;)
  • Miladora
  • 22/10/2017 18:50
  • Agnesko - niedługo wrócę. :)
  • Miladora
  • 22/10/2017 18:40
  • Już odbieram, Agnesko. :)
Ostatnio widziani
Gości online:52
Najnowszy:Provencio12
Wspierają nas