Ateizm w świetle empirii antropologicznej - tsole
Publicystyka » Eseje » Ateizm w świetle empirii antropologicznej
A A A
Od autora: Nie ma żadnych dowodów na istnienie Boga, są tylko przesłanki. Obserwacja antropologiczna fenomenu religii stanowi taką przesłankę podobnie, jak obserwacja spadających jabłek jest empiryczną przesłanką prawdziwości prawa grawitacji. I o tej przesłance przekazuję garść refleksji.

Absolut potrzebny każdemu

Większość ateistów, z którymi miałem do czynienia, wykazywało kompleks wyższości. Brał się on głównie z przeświadczenia o wyższości ich światopoglądu nad światopoglądami tzw. wierzących. Ci ostatni są przecież wyznawcami zabobonu, podczas gdy światopogląd ateistów jest naukowy i racjonalistyczny.
Wielu z nich sprowadzałem do rzeczywistości uświadomieniem, że ich światopogląd jest także oparty na wierze, bo w obrębie nauk przyrodniczych, na które się z reguły powołują jako fundament swoich ateistycznych przekonań, nie można przeprowadzić dowodu ani na istnienie, ani na nieistnienie Boga.[1] Mało tego: ateistom, będącym z reguły materialistami, można wykazać, że materia, w świetle tego co wie o niej nowożytna fizyka, jest kiepskim kandydatem na Byt Absolutny. Filozofom greckim zajmującym się ontologią materialny Wszechświat mógł wydawać się opoką, ale dziś wiemy, że pojęcie materii rozmywa się zarówno w stanach ekstremalnych (np. w erze Plancka, kiedy nie obowiązywały znane nam prawa fizyki, w czarnych dziurach, gdzie czas i przestrzeń zamieniają się miejscami), jak też pod postacią ciemnej materii i ciemnej energii, o których właściwościach nie wiemy praktycznie nic, a które stanowią, wedle najnowszych szacunków, 95% ogółu materii Wszechświata! [2] Materia stanowi więc byt, któremu trudno przypisywać atrybuty Bytu Absolutnego, jak to beztrosko czynił sobie Parmenides, twierdząc że Wszechświat jest bytem jedynym, ontologicznie wystarczającym, absolutnym i koniecznym. Skoro fizycy i filozofowie mają problem z definicją materii, to jeśli ontologia ma mieć jakieś trwałe oparcie, należałoby kandydata na Byt Absolutny szukać gdzie indziej.

W tym miejscu ktoś zapyta: a czy w ogóle musi istnieć jakiś Byt Absolutny? Ontologia określa go jako byt konieczny – co do tego w różnych systemach światopoglądowych panuje zgoda. Tak uważają teiści (św. Bonawentura: absolut (Bóg), jest bytem prostym, niezmiennym, koniecznym, Leibniz: absolut jest bytem koniecznym, którego sama możliwość wywołuje aktualność). Podobnie deiści (Fontenelle, Rousseau, Diderot, Voltaire) przyjmowali absolut filozoficzny, jako istotę najwyższą, byt konieczny i wieczny, który jest przyczyną zaistnienia świata. Także filozofia marksistowska nie neguje istnienia Absolutu; jego funkcję pełni materia, której przypisuje się cechy absolutne: wieczność, samowystarczalność i nieograniczoność (w świetle powiedzianego wyżej przypisywanie jej dziś tych cech ma charakter życzeniowy).

Mimo wszystko nie unikniemy odpowiedzi na pytanie: czy w ogóle coś musi istnieć?
Czy może być tak, że nie istnieje nic?
Z analiz Bergsona wynika, że pojęcie nicości absolutnej nie ma sensu. Chcąc bowiem otrzymać nicość absolutną, całkowitą i zupełną, należałoby unicestwić w myśli nie tylko Wszechświat i wszystko, co on w sobie zawiera (w szczególności człowieka, który ogarnia ten Wszechświat myślą i który myślą usiłuje go unicestwić i jednocześnie unicestwić samego siebie), ale należałoby również unicestwić w myśli wszelki byt. Bergson wykazuje, że taka operacja jest niemożliwa. Nie możemy w myśli unicestwić wszelkiego bytu. A zatem nicość nigdy nie jest dla myśli dostępna.[3]

Realizm to akt wiary

Bergson podążał tropem Kartezjusza, który, szukając odpowiedzi na pytanie, czy w ogóle coś musi istnieć, zaproponował takie rozumowanie: załóżmy, że nie musi, zwątpmy w istnienie czegokolwiek. Wniosek? Dubito ergo cogito, cogito ergo sum (wątpię, więc myślę, myślę, więc jestem). Czyli każdy z nas ma subiektywną pewność, że istnieje co najmniej jeden byt: moja świadomość. Wszystko inne, być może istnieje, ale tego udowodnić się nie da. Solipsyzm – pogląd, że istnieje tylko własne ja, a wszystko inne (z wszystkimi bliźnimi włącznie!) to tylko projekcje w rodzaju marzeń sennych – jest nie do obalenia. Kto bowiem konsekwentnie stoi na takim stanowisku, ten naturalnie każdy „dowód realności” – nawet spadającą nań z dachu cegłę lub czynną napaść drugiego człowieka – będzie interpretował jako „wymysł” własnej świadomości.[4]

Solipsyzm nie ma jednak dobrej prasy; jego zwolenników uważa się raczej za świrów i nikt serio ich nie traktuje; zarówno materialiści jak i większość idealistów hołduje realizmowi, czyli uznaje istnienie świata zewnętrznego. Lecz nie jest to akt wiedzy – odwołajmy się do Karla Poppera: Twierdzę, że realizmu nie można ani udowodnić, ani odeprzeć. Podobnie jak wszystkiego innego, z wyjątkiem logiki i elementarnej arytmetyki, nie można go poprzeć dowodami; jednakże o ile empiryczne teorie naukowe dają się obalić, o tyle realizmu nie można nawet odrzucić... Można na jego korzyść argumentować, a argumenty przemożnie za nim przemawiają. [5]

Tak więc realność naszego codziennego świata okazuje się przedmiotem wiary. Pisze Ditfurth: To, co uważaliśmy za niezawodny miernik, który pozwala na zmierzenie wszystkiego, co jeszcze oprócz tego świata rości sobie prawo do realności, zostało zdemaskowane jako czyste przypuszczenie. Uznanie rzeczywistości tego świata nie jest aktem poznania, lecz aktem zaufania, swobodną decyzją na rzecz jednej spośród wielu innych możliwości (między innymi i idealizmu). [6]
Twardo stąpającym po ziemi materialistom pozostaje więc także wiara. Po pierwsze, w istnienie materii, którą stawiają na piedestale Bytu Absolutnego. Po drugie w nieistnienie Boga; która to wiara jest opozycją do wiary w Jego istnienie.

Agnostycyzm: światopoglądowy wytrych

Niektórzy z ateistów wolą określać się bardziej (ich zdaniem) miękko – jako agnostycy. Wedle encyklopedii agnostycyzm to pogląd, według którego niemożliwe jest całkowite poznanie rzeczywistości (niektórzy, bardziej asekuracyjni, dodają jeszcze słowo „obecnie”). Osobiście nie rozumiem, co oznacza agnostycyzm w sensie postawy życiowej. Wedle Bertranda Russella agnostycy przyjmują, że nie ma dostatecznych podstaw, aby potwierdzić istnienie Boga lub mu zaprzeczyć. [7] Więc agnostyk, że tak powiem, wstrzymuje się od głosu w sprawie Boga. Uważa, że tej kwestii nie da się rozstrzygnąć. Ale przecież ja też tak uważam! Nie można udowodnić istnienia Boga ani Jego nieistnienia. Gdyby było można, wiara okazałaby się zbędna. Każdy staje przed wyborem: tak lub nie – żadne wstrzymywanie się od głosu nie ma tu sensu. Agnostycyzm może być podejściem metodologicznym w procesie poznawczym, ewentualnie podstawą do wyboru ateizmu jako światopoglądu, ale nie samą postawą życiową. Ks. prof. Michał Heller nazywa takie podejście metodologiczne a-teizmem i jako naukowiec je stosuje, natomiast jako kapłan, jako chrześcijanin (postawa życiowa) jest teistą.

Obserwacja antropologiczna

Skoro obie opcje światopoglądowe są kwestią wiary, to można by sądzić, że panuje między nimi symetria. Nic podobnego. Przeczy temu obserwacja antropologiczna, która rejestruje występowanie w świecie przeogromnego bogactwa religii. Ich różnorodność może przyprawić o zawrót głowy, ale w jednym są zgodne: zakładają wiarę w Boga (czasem w bogów, nie kłóćmy się teraz o szczegóły).
W czasach PRL-u, kiedy to mieliśmy do czynienia z urzędową indoktrynacją ateistyczną, zjawisko mnogości religii lansowano jako oczywisty argument za tym, że religie to bajeczka. Niby oczywiste: bo jeśli ich tak wiele, to który Bóg jest prawdziwy?

Tymczasem, jeśli spojrzeć w optyce antropologicznej, zjawisko to świadczy o czymś wręcz przeciwnym. Warto tu powołać się na opasłe dzieło Fenomenologia religii Gerardusa van der Leeuw'a, książkę niezwykle frapującą przede wszystkim dlatego, że pokazuje korelację zjawisk i pojęć w najróżniejszych religiach świata. Van der Leeuw zadał sobie trud zestawienia religii właśnie w optyce zjawiskowej, kategoryzując podobieństwa i pokazując niezbicie, jak wiele jest cech wspólnych łączących religie funkcjonujące w nawet całkiem niezależnych od siebie kulturach. Są to motywy Ojca, Matki, Syna Bożego, Wcielenia, Odkupienia, Sacrum, etc. Dla ilustracji przedstawię bliżej motyw Ojca, widoczny w wielu religiach, które rozwijały się niezależnie od siebie, często do tego stopnia, że można wykluczyć tezę o dyfundowaniu kultur. Czasem przybiera on inne formy, np. w starożytnym Babilonie wuja (sic!), w prastarym Egipcie byka, a na Wyspach Triobriandzkich zaciera się różnica między ojcem i synem. Oczywiście, motyw Ojca najwyraźniej widoczny jest w wierze Izraela, choć tu właśnie pojęcie to zupełnie nie ma związku z płcią.[8]

Motywy te, choć w sposób zjawiskowo odmienny, powtarzają się w antropogenezie jak muzyczne frazy w fugach Bacha. Moim (i nie tylko) zdaniem to rezultat Objawienia, które jest immamentne w noosferze. Objawienie to, w zderzeniu z ludzką, a więc ułomną świadomością owocuje zróżnicowanymi formami kultur religijnych w antropogenezie. Zróżnicowanymi, lecz wykazującymi powtarzalność w wielu cechach.

Podam analogię: prawo grawitacji odkryte zostało przez Newtona, ale gdyby pojawił się jakiś przyrodnik dajmy na to w Japonii i je odkrył, musiałoby wyglądać tak samo, lub bardzo podobnie. Dlaczego? Bo prawo to obowiązuje niezależnie od miejsca we Wszechświecie (a już z pewnością na Ziemi). Jest – jakby to powiedział ks. prof. Michał Heller – elementem Wielkiej Matrycy. Wiedza o Twórcy Wielkiej Matrycy jest, sądzę, starannie dozowana przez Niego samego – właśnie w procesie Objawienia. [9]

Racjonalizm czy teoria spiskowa?

Powyższe rozumowanie można zilustrować przypowieścią. Wyobraźmy sobie, że kilkudziesięcioosobowej grupie studentów postawiono takie zadanie, aby każdy, po usłyszeniu sygnału dźwiękowego, zapalił latarkę. Wszystkie latarki się zapaliły, za wyjątkiem jednej. Czy obserwatorzy eksperymentu (którzy nie słyszą sygnału), stwierdzą, że wszyscy studenci (poza tym jednym), ulegli halucynacji (albo się zmówili), czy raczej że to ten jeden nie dosłyszał, albo mu się latarka popsuła?
Załóżmy, że ktoś z obserwatorów wskazał na pierwszą możliwość – że ulegli halucynacji. Czy możemy powiedzieć, że jego wniosek jest racjonalny? Ktoś inny uważa, że pozostali studenci się zmówili. Czy nie uznamy tego za przejaw teorii spiskowej?

Obserwacja antropologiczna fenomenu religii stanowi przesłankę istnienia Boga tak samo, jak obserwacja spadających jabłek jest empiryczną przesłanką prawdziwości prawa grawitacji. Gdyby jedno ze spadających jabłek zatrzymało się nagle w połowie drogi, nie twierdzilibyśmy, że prawo grawitacji jest niedobre, lecz mówilibyśmy o cudzie lub podejrzewali, że ktoś dla kawału spuszcza z drzewa jabłko przywiązane do gałęzi przezroczystą żyłką. W empirii bowiem decyduje powtarzalność, a pomiary (obserwacje) drastycznie odbiegające od średniej odrzuca się jako mało wiarygodne, lub sfałszowane. I nie widzę powodu, dla którego ta metodologiczna zasada nie powinna obowiązywać także w obserwacji antropologicznej.

Kto błądzi? Miłość jako kryterium

Ktoś zapyta: no dobrze, ale czy Bóg jest doskonały we wszystkich religiach? Np. w religii Azteków także?
Z pewnością nie jest. Co tam szukać po Aztekach, kiedy mamy bliższy nam casus satanizmu. Ludzkość błądzi w poszukiwaniach Boga tak samo jak błądzi w poszukiwaniu praw rządzących tym światem (nauki przyrodnicze).
Kto zatem jeszcze błądzi, skoro nie tylko ateiści? Oczywiście, każdy będzie twierdził, że to jego Bóg jest prawdziwy. Wszak wiara, która dopuszcza prawdziwość innej wiary nie jest wiarą autentyczną. Skoro tak, to czy istnieje jakieś kryterium pozwalające odróżnić, czyja wiara jest fałszywa? Kto wierzy w fałszywego boga?
Uważam, że istnieje. Ale ten mój pogląd ma charakter wiary, choć mogę go podeprzeć racjonalną argumentacją, również podpartą przyrodniczą i antropologiczną obserwacją. Oto ona:

Obserwacja antropologiczna rejestruje całą klasę religii, które w centrum swej uwagi umieszczają relacje interpersonalne, przez co są religiami nie jednostek, a całych społeczności. Niektóre z nich, w tym także chrześcijaństwo, mają ambicję porządkowania relacji między Bogiem i ludźmi oraz między ludźmi według kryterium miłości. Chrześcijaństwo twierdzi nawet, że Bóg jest Miłością.
Duże to ambicje czy małe? Aby odpowiedzieć na to pytanie, należy ogarnąć refleksją nie tylko całą antropogenezę, lecz wręcz kosmogenezę. Dokonując tego, spostrzeżemy jedno zjawisko stale w świecie egzystujące: proces, ewolucję. Świat nie jest statyczny, lecz ewoluuje, zmienia się. Z trendów ewolucji próbujemy antycypować przyszłość. Predykcja taka nie ma, rzecz jasna, znamion pewności, lecz nie jest też ślepym błądzeniem. Jak w niej znajdujemy chrześcijaństwo?
Ateiści (a przynajmniej większość z nich) twierdzą, że wcale nie znajdujemy. Dla wielu z nich religia jawi się jako produkt ciemnoty i zacofania, często jako narzędzie ucisku i wyzysku. Religie wylądują na śmietniku historii, przyszłość zaś należeć będzie do wiedzy i postępu.
A co na to chrześcijaństwo? Jak się postrzega w wizji przyszłości ewoluującego Wszechświata? Czy jest w niej miejsce na Chrystusa? Teilhard de Chardin, francuski teolog, filozof, antropolog i paleontolog uważa, że jest. Twierdzi wręcz, że Chrystus jest ogniskiem ewolucji, punktem, ku któremu biegnie ewoluujący świat. Zaproponował on spojrzenie na świat z perspektywy najszerszej, jaka jest do pomyślenia – czyli z perspektywy kosmogenezy. Tylko ono pozwala zauważyć, że pozornie odległe procesy ewolucyjne materii nieożywionej i ożywionej podlegają identycznym prawom, identycznej dialektyce: dywergencja - konwergencja - skupienie się w kolejnej, nowej jakości. Tak dzieje się na szczeblu subatomowym, atomowym, molekularnym, biologicznym i antropologicznym. Ekstrapolując od niższych stadiów ewolucji Teilhard wyodrębnia rysy charakterystyczne naukowo określonego ogniska ludzkiej konwergencji. Aby uświadomić sobie zróżnicowaną jedność, która zachowa to, co już zostało osiągnięte, mianowicie osobowość ludzką, duchowość i indywidualność, wynosząc jednocześnie człowieka na wyższy szczebel jedności, trzeba przyjąć, że nowe ognisko musi: być osobowe, gdyż ludzkość nie może zjednoczyć się wokół jakiegoś bezosobowego punktu. By pociągać istoty duchowe, ognisko musi być samo duchowe, i aby pociągnąć ludzi posiadających niezniszczalną wolę życia, ognisko to musi być wieczne. Musi działać wewnątrz człowieka; musi być immanentne. Jednocześnie musi być ponadosobowe i pozaosobowe; musi być przeto transcendentne. Jedynym czynnikiem, który odpowiada tym wszystkim wymaganiom, jest osobowa, wieczna, duchowa, immanentna, transcendentna miłość. [Miłość jest jedyną siłą, która może zjednoczyć ludzi w trwałym związku zdolnym do udoskonalenia ich niepełnych osobowości, przy jednoczesnym zachowaniu tego, co jest nieprzekazywalne w tych osobowościach.] Teilhard nadaje temu naukowo określonemu ognisku miano „Punktu Omega”, z jawnym odniesieniem do Chrystusa, Alfy i Omegi Apokalipsy. [10]

Reasumując: według Teilharda z chwilą pojawienia się gatunku homo sapiens ewolucja, odbywająca się dotąd na poziomie biologicznym (biosfera), wkroczyła na poziom duchowy (noosfera). I tak jak walka o byt była jej motorem napędowym na szczeblu biologicznym, tak miłość będzie stymulować ewolucyjny postęp na szczeblu duchowym. Przypomnijmy sobie tezę marksistów o walce klas jako sile napędowej dziejów. Popatrzmy na nią w perspektywie ewolucji. Widzimy, że ekstrapoluje ona w trywialny sposób relację porządkującą mechanizmy ewolucyjne w biologii (walka o byt) analogicznym mechanizmom w antropologii (walka klas). Nie zakłada więc dynamizmu owych relacji, lecz ich stagnację. Czy tak ma wyglądać postępowa wizja świata?

Ruch ku Sensowi

Wszechświat biegnie więc ku Miłości. Aby to ujrzeć, trzeba wzlecieć myślą ponad czas, w który jesteśmy uwikłani, bo stamtąd widać najlepiej ruch Wszechświata. Ruch ku Sensowi.
Tak więc wierzę, że to wiara w Boga, który jest Miłością jest prawdziwa, bo nadaje całej kosmogenezie (w tym antropogenezie) cel i sens. Wierzę mocą wiary, lecz na bazie racjonalnych przesłanek. Jednocześnie rozum każe mi dopuszczać możliwość, że inne wiary (w tym także ateizm) mogą być prawdziwe. Rozum (ale i wiara w Boga, który jest Miłością) nakazuje mi zatem szacunek dla innych wyznań, innych światopoglądów (dotyczy to także ateizmu), o ile nie są afirmacją destrukcji i nienawiści.
Ale tenże rozum nakazuje mi także argumentować, że ateiści, czyli ci, którzy decydują się na wiarę w nieistnienie Boga, wybierają, moim zdaniem, opcję najmniej zgodną z obserwowanymi w przyrodzie i antropologii trendami i prawidłowościami.

____________________________

[1] Jeden z bohaterów dramatu Mrożka „Ambasador” mówi: „Niech mnie Bóg uchowa, żebym się starał o dowody na Jego istnienie. Szukanie dowodów na istnienie Boga jest grzechem”. Jest to z pewnością pogląd ekstremalny, lecz nie absurdalny. Spójrzmy: Bóg mógł przecież tak zaprojektować świat, że Jego obecność nie byłaby aktem wiary. Mogłyby wszak istnieć dowody na kształt tych w matematyce: nieskazitelne estetyką i porażające mocą logiki. Jak dwa a dwa cztery. Tak nie jest. Bóg stworzył świat egzystujący w niepojętej dla nas symbiozie z Tajemnicą. Lecz przecież to ona właśnie jest dla nas gwarantem wolności. Dzięki takiej, a nie innej konstrukcji świata mogę wybrać między wiarą a niewiarą. Nie jestem do końca zdeterminowany tym, co NA PEWNO jest. Wolny mam też wybór w otwarciu się - lub nie - na mowę drugiego człowieka. Na jego argumentację. Bo też każdy ma prawo do argumentowania swego wyboru wiary bądź niewiary.
[2] zob. Tadeusz Solecki – Ciemna strona Wszechświata, Czas Fantastyki 2/2013
[3] Claude Tresmontant – Problem istnienia Boga, PAX 1970, s. 79 i nast.
[4] zob. Hoimar von Ditfurth – Nie tylko z tego świata jesteśmy, PAX, 1985, rozdz. „Jak dalece nasza rzeczywistość jest rzeczywista”.
[5] Karl R. Popper – Obiektive Erkenntnis, Hamburg 1973, s. 50 (cytat za Ditfurthem z op. cit.)
[6] Hoimar von Ditfurth – op. cit.
[7] Bertrand Russell – Kto to jest agnostyk? (za Wikipedią)
[8] Gerardus van der Leeuw – Fenomenologia religii KiW 1978, s. 222 i nast.
[9] por. Michał Heller – Filozofia przypadku, Copernicus Center Press 2012, s. 314 i nast.
[10] Robert T. Francoeur – Horyzonty ewolucji, PAX 1969, s. 125-127

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
tsole · dnia 12.04.2017 08:42 · Czytań: 298 · Średnia ocena: 4,5 · Komentarzy: 21
Komentarze
JOLA S. dnia 12.04.2017 17:02 Ocena: Świetne!
Tadeuszu,
ten esej uważam za świetny i "na czasie".
Perfekcyjnie i płynnie prowadzisz czytelnika, nawet takiego jak ja, niezbyt obeznanego z istotą rzeczy, przez trudne do ogarnięcia "rzeczy".
Przejrzystość i klarowność - to ważna zaleta tego tekstu. Nie chowasz się za pojęciami, których znaczenie potrafią pojąć tylko obeznani w temacie. :)
Jasno opowiadasz , nie narzucając swoich poglądów. To cenna umiejętność.
Momentami miałam wrażenie, że czytam felieton.

Pozdrawiam :)

JOLA S.
tsole dnia 12.04.2017 17:41
Dziękuję Jolu, cieszę się, że tekst cechuje klarowność i przejrzystość. Pisałem go przede wszystkim dla tych, którzy na co dzień nie siedzą w tak abstrakcyjnej tematyce. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby pojawił się komentarz z poglądem, że narzucam jednak swój pogląd (w istocie taki charakter ma ostatni akapit, ale nie mamy tu moim zdaniem do czynienia z narzucaniem, lecz prezentowaniem swojego credo.
Dziękuję za dobre słowo i pozdrawiam serdecznie!
Vigo dnia 13.04.2017 13:16
Dzień dobry tsole,

bardzo ciekawy tekst, jednak mam do jego treści mnóstwo uwag i wątpliwości. Nie chodzi mi w żadnym wypadku o wykazywanie błędów, a raczej o mój odmienny światopogląd.
Mam wrażenie że próbujesz postawić znak równości między Absolutem, a materią, twierdząc że realność świata jest kwestią wiary, podobnie jak istnienie bytu absolutnego. Jednak realność świata możemy poznawać poprzez doświadczenie, podczas gdy Absolut jest całkowicie poza jego zasięgiem. Nawet jeśli zgodnie z jungowską psychologią religii, uznamy Absolut - Boga, za realnie istniejące zjawisko psychiczne, nie możemy o nim powiedzieć nic ponad to, że jest on funkcją nieświadomości.
Tak więc Absolut wymyka się naszemu doświadczeniu, materia na szczęście nie.
Konwencjonaliści co prawda twierdzą że nie istnieje czyste doświadczenie, które nie zawiera wcześniej przyjętych założeń teoretycznych, jednak Absolutu nie sposób poddać przecież, nawet takiemu doświadczeniu.
Nie zgadzam się też z tym, że powtarzające się motywy, występujące w różnych religiach, są rezultatem objawienia. Samo objawienie zakłada istnienie sacrum, czy też Absolutu, podobny błąd tkwi w dowodach ontologicznych. Nie można przekonywać o istnieniu Boga, zakładając wcześniej jego istnienia. Poza tym prace Carla Gustava Junga, wyjaśniają doskonale te powtarzające się motywy, a nawet więcej, mówią one o tym że różnice pomiędzy religiami są tylko pozorne.
Obraz Boga jest obarczony cechami tego który go stworzył, czyli człowieka, wyobrażenie Boga jako czystej miłości jest poza ludzkim zasięgiem. Nie znamy Boga więc tworzymy jego obraz, w którym odbija się człowiek, wystarczy przejrzeć tylko Biblię by się o tym przekonać. Ludzkie cechy bogów występują każdej religii.
Zdaniem psychologa ewolucyjnego Robina Dunbara, religie powstały jako skutek rozwoju ludzkiego mózgu, stworzyły silne więzi społeczne, które umożliwiły przetrwanie homo sapiens.
Jeśli Jung, Dunbar i wielu innych mają rację, wiemy jak powstała religia, skąd powtarzające się motywy w wierzeniach ludów które nie miały ze sobą kontaktu, wiemy dlaczego religie zmieniają się, nie znamy tylko odpowiedzi na pytanie: czy Bóg istnieje.
Doskonale rozumiem że Twój tekst, przedstawia Twój pogląd, podobnie jak mój komentarz, jest moim poglądem. Nie mam zamiaru się spierać, a lubię wymieniać poglądy, co jest zawsze rzeczą cenną.
Dlatego przeczytałem Twoją pracę z przyjemnością.

Pozdrawiam :)
tsole dnia 13.04.2017 13:55
Bardzo dziękuję za wizytę i interesujący polemiczny komentarz. Odniosę się do pewnych jego elementów.

Ze zdumieniem przeczytałem że próbuję „postawić znak równości między Absolutem, a materią”. Jest dokładnie na odwrót - przeciwstawiam się tezie materialistów, którzy przypisują atrybuty Bytu Absolutnego materii. Jest to precyzyjnie wyłuszczone w drugim akapicie rozdziału „Absolut potrzebny każdemu”. Owszem, twierdzę, że realność świata jest kwestią wiary, podpierając się argumentacją takich myślicieli jak Kartezjusz, Hoimar von Ditfurth czy Karl R. Popper. Sekwencja Dubito ergo cogito, cogito ergo sum nie daje tu pola manewru: każdy z nas ma subiektywną pewność, że istnieje co najmniej jeden byt: moja świadomość. Wszystko inne, być może istnieje, ale tego udowodnić się nie da. Solipsyzm – pogląd, że istnieje tylko własne ja, a wszystko inne (z wszystkimi bliźnimi włącznie!) to tylko projekcje w rodzaju marzeń sennych – jest nie do obalenia. Nie udowodnisz solipsyście, dla którego wszystko poza jego świadomością (łącznie z jego ciałem!) jest ułudą, że istniejesz. Chyba że zechcesz spróbować :)
A jeśli tak - nie ma innej możliwości jak wiara. Choćby wiara w to, że zmysły nas nie okłamują. I gdy piszesz, że „Absolut wymyka się naszemu doświadczeniu, materia na szczęście nie”, nie masz racji. Wymyka się tym bardziej im bardziej chcemy poznać jej naturę. Poczytaj troszkę o dylematach fizyków kwantowych.
Piszesz: „Nie zgadzam się też z tym, że powtarzające się motywy, występujące w różnych religiach, są rezultatem objawienia” Owszem, masz prawo się nie zgadzać. Napisałem tam „Moim (i nie tylko) zdaniem”; każdy może tu mieć inne. Jak zapewne zauważyłeś, twierdzę, że nie ma dowodów na istnienie (bądź nieistnienie) Boga. Są tylko przesłanki. Dlatego jeden będzie twierdził, że to człowiek stworzył Boga, drugi, że to Bóg stworzył człowieka. Jeden będzie twierdził, że religie powstały jako skutek rozwoju ludzkiego mózgu, drugi, że są owocem Objawienia. Oba te twierdzenia są aktem wiary, a nie wiedzy, albowiem istnienie czegokolwiek poza własną świadomością jest aktem wiary. W tym się chyba zgodzimy?
Serdecznie pozdrawiam!
Ekszyn Dupacycki dnia 13.04.2017 16:36 Ocena: Bardzo dobre
Dobry tekst, a przede wszystkim bardzo dobry wniosek. Szczególnie podoba mi się pomysł ewolucji duchowej w opozycji do biologicznej.
Dygresja: ciekawie byłoby pozastanawiać się nad relacją instynkt-intuicja. Mnie się wydaje, że kierowanie się instynktem, pielęgnowanie swojej animalnej strony (w pewnym sensie jesteśmy gatunkiem zwierząt) ostatecznie prowadzi nas na manowce, a "słuchanie" intuicji (a'la daimonion?) oddala od zwierzęcości, uczłowiecza i prowadzi do np. twórczości, wspaniałomyślności, bezinteresowności. Czyli czyny w jakiejś mierze irracjonalne, wręcz przeciwnaturalne.

Tego, czego mi zawsze brakuje w tekstach typu teizm vs ateizm, jest wskazanie różnicy pomiędzy nauką a religią. Nie można czynić nauki płaszczyzną, na której miałby się spór rozstrzygnąć. Max Planck, głęboko religijny naukowiec, inicjator fizyki kwantowej stwierdził, że nauka stawia przed nami zadanie formułowania prawdziwych wypowiedzi o obiektywnej rzeczywistości, religia natomiast zajmuje się światem wartości. Mówi się tutaj (religia) o tym, co powinno być, co powinniśmy czycić, a nie o tym, co jest. Czy więc dobro, miłość, sprawiedliwość istnieją jako obiektywne byty w rzeczywistości? Nauka nie formułuje wypowiedzi na ten temat. To jest "materia" duchowa, ludzka, powoływana do istnienia. Bez woli nie ma tych wartości. Na poziomie "cząstek elementarnych" także nie jesteśmy w stanie uchwycić aktualnego stanu układu. Potrafimy tylko oszacować potencjalne możliwości (arystotelesowskie potentia) oraz prawdopodobieństwo. Daleko tutaj do wiedzy o obiektywnym stanie rzeczy. Na szczęście materia zawsze chce tego samego i niezmiennie powtarza swoje formy, nie grymasi i nie spekuluje ;)

Czyli z natury rzeczy religia wymyka się instrumentom nauki, a co najciekawsze, wszystko jej się wymyka.
tsole dnia 13.04.2017 21:21
Dziękuję za ten komentarz tym bardziej, że już w pierwszym zdaniu
Ekszyn Dupacycki napisał:
Szczególnie podoba mi się pomysł ewolucji duchowej w opozycji do biologicznej.
wyłapuje clou mojego eseju. Bo właśnie podejście w optyce ewolucyjnej jest najmocniejszym orężem argumentacyjnym dla teistów w ogóle a chrześcijan w szczególności. Wygląda to na paradoks, bo ateusze zajumali ewolucję jako swój argument, tymczasem Teilhard de Chardin wykazał, że jest dokładnie na odwrót. Aby to zrozumieć, trzeba popatrzeć na fenomen Wszechświata w perspektywie procesu. Przybliżę to, rozszerzając nieco powiedziane już w eseju.
Dziś spostrzeżenie: świat jest procesem jest truizmem lecz trzeba pamiętać, że przez całe tysiąclecia dominowała myśl o niezmienności świata (pominąwszy zdarzające się od czasu do czasu intuicje filozofów obwieszczających zdania pokroju panta rei). Nie mieściła się w głowie myśl, że dzieło doskonałego Stwórcy może ulegać zmianom - te bowiem przypisywano tworom niedoskonałym. Wrażenie owej niezmienności potęgował obraz nieba - od stuleci niewzruszony układ gwiazd. Trzeba było astrofizyki spektralnej, by udokumentować ewolucję gwiazd. Ona też pozwoliła odkryć, że Wszechświat nie znajduje się bynajmniej w stanie kinematycznej równowagi - lecz ekspanduje.
Ewolucja Wszechświata stała się oczywistością jeszcze przed II wojną światową. Znacznie wcześniej udokumentowano mechanizmy ewolucyjne na ziemi - w świecie biologii. A potem stało już oczywiste, że ewolucja - to zjawisko w świecie uniwersalne. Występuje na każdym poziomie organizacji materii - od kwantowego po kosmiczny.
Teologowie długo nie mogli strawić tej nowej, zdawałoby się sprzecznej z Biblią wizji świata. Tymczasem syntetyczne spojrzenie na różnorakie występujące w świecie mechanizmy ewolucyjne pozwala wyłonić prawidłowości, które teologa właśnie powinny bardzo zainteresować, więcej - rozbudować arsenał jego argumentacji. Przecież ewolucja na każdym szczeblu rozwoju jest procesem prowadzącym do powstania wyżej zorganizowanych form materii. Wszechświat nie zmierza zatem bezładnie „byle gdzie”, lecz w konkretnym, jednoznacznie określonym kierunku. Warto zauważyć, że mechanizmy popychające materię ku wyższym formom organizacji zmieniały się skokowo, np. inne stymulatory działały w ewolucji kwantowej (wczesna faza Wszechświata), inne w ewolucji chemicznej, jeszcze inne w biologicznej gdzie postęp był możliwy poprzez współdziałanie dwóch zjawisk: zmienności gatunków (mutacje genów) i doboru naturalnego (walka o byt).
Mówiąc o ewolucji, nie sposób pominąć człowieka. Póki co, jest on - tu wszyscy zdają się zgadzać - jej ukoronowaniem. Rodzi się jednak pytanie - co dalej? Czy motor ewolucji zatrzyma się, czy, prąc nadal, wytworzy nowy gatunek „nadludzi”?
Według wspomnianego Teilharda de Chardin, z chwilą pojawienia się człowieka (etap hominizacji) ewolucja dokonuje się już nie w płaszczyźnie biologicznej, lecz duchowej, zaś jej stymulatorem jest Miłość. Ona to ma doprowadzić do pełnej duchowej integracji świadomości, co jest zasadniczym celem Wcielenia. Teilhard używa tu określenia „przebóstwianie” świata. W jego optyce Zbawienie jest również procesem; świat ewoluując, wydaje z siebie owoce materii coraz bardziej złożone (zatem doskonałe), coraz mocniej „przesiąka” pierwiastkiem duchowym.

Ekszyn Dupacycki napisał:
teizm vs ateizm, jest wskazanie różnicy pomiędzy nauką a religią.

Powiem bardziej ogólnie: pomiędzy naukami przyrodniczymi a filozofią. Ludzie często chcą od fizyki odpowiedzi na pytania metafizyczne. A to leży poza jej kompetencjami. I masz racje zauważając, że nauka nie zajmuje się takimi bytami jak dobro, miłość, sprawiedliwość etc. To domena filozofii, która jest "umiłowaniem mądrości"

Pozdrawiam serdecznie!
Vigo dnia 14.04.2017 09:35
Dzień dobry,

twierdzisz że realność świata jest kwestią wiary, tak jak kwestią wiary jest Absolut i tylko na tym poziomie zauważam zrównanie, ja również nie zgadzam się na przypisywanie atrybutów bytu absolutnego materii.
Jeśli materia nie ma atrybutów bytu absolutnego (z czym się zgadzamy), nie jest ona tym samym co Absolut. Materię możemy poddać doświadczeniu, Absolutu nie, bo leży on poza obszarem naszego poznania, czyli o Absolucie/Bogu, nie możemy wydać żadnego sądu a posteriori.
Wiedza zaś opiera się na doświadczeniu i nie jest tym samym co wiara. Jeśli miałbym powołać się na jakiegoś myśliciela, przychodzi mi do głowy John Stuart Mill, który tak właśnie uważał.

Chciałbym też zaznaczyć, że ja również wierzę w istnienie Boga.
Dlatego, jeśli mowa o współczesnej nam fizyce, niepokoi mnie teoria skończonej czasoprzestrzeni bez brzegów, rozwijana przez Stephena Hawkinga. Wynika z niej że wszechświat nie potrzebuje pierwszej przyczyny, jak św Tomasz określał Boga, a jest sam dla siebie przyczyną i uzasadnieniem, co zauważyła teologia, twierdząc że fizyka wkracza na nie swoje podwórko.
Hawking tymczasem zdaje się mówić otwarcie, Bóg nie jest do niczego potrzebny.

Dalej, nie twierdzę że człowiek stworzył Boga, twierdzę natomiast że stworzył jego obraz. Jeśli Absolut/Bóg leży poza obszarem naszego poznania, możemy tworzyć tylko jego wyobrażenia, które są obarczone naszymi własnymi, ludzkimi cechami.
C.G.Jung uważał całe ludzkie życie za zjawisko psychiczne, z czym się zgadzam, bo cały świat jawi się nam za pośrednictwem naszej psychiki. Zaburzenia psychiczne, jak i środki psychoaktywne, wpływają na odbiór otaczającego nas świata i mogą go znacznie zniekształcać. Jaźń, jest według Junga sumą ludzkiej egzystencji, czyli świadomego i nieświadomego życia.
Zbiorowa nieświadomość, jest elementem naszej jaźni, która pozostaje poza naszym wpływem, jest odziedziczoną częścią pierwotnej psyche, wrodzoną dyspozycją do wytwarzania równoległych formacji wyobrażeniowych.
Elementem zbiorowej nieświadomości są archetypy, czyli praobrazy, które stanowią odbicie niewiadomej treści.
Marcel Maus antropolog, określał archetypy jako kategorie wyobraźni, zaś Levy-Bruhl również antropolog, jako reprezentacje zbiorowe.
Archetypy przenikając do naszej świadomości, tworzą obrazy bóstw, w zależności od stopnia jej rozwoju. Dlatego w religiach powtarzają się wciąż te same motywy, przy czym same religie zmieniają się, co wynika, jak już wspomniałem, ze stopnia rozwoju świadomości. To przenikanie tworzy szczególną zmianę świadomości, zwaną w psychologi religii Junga numinosum.
Religia jest więc określoną postawą świadomości wobec doświadczenia numinosum.
Ja nie chcę tu nadmiernie rozwijać tematu, chciałem tylko doprecyzowac to co miałem na myśli w moim poprzednim komentarzu.
Zwracam tu uwagę na to, że archetyp, jest odbiciem nieznanej treści, nie wiadomo co się za nim kryje, leży on poza granicą naszego poznania, czyli w żadnym przypadku psychologia religi Junga, nie wyklucza istnienia Boga.

Oczywiście że każdy z nas może mieć odmienne poglądy, dla mnie ważne jest by móc wymieniać te poglądy, niczego nikomu nie narzucając i nie skacząc sobie do gardeł, jak to często ma miejsce w przypadku dialogu miedzy ateizmem a teizmem.
Poza tym nie różnimy się w sprawie fundamentalnej, co już zaznaczyłem, obaj wierzymy w istnienie Boga.

Pozdrawiam :)
Maurycy Rubikon dnia 15.04.2017 03:22
Witaj Tsole: :)

W tym miejscu ktoś zapyta: a czy w ogóle musi istnieć jakiś Byt Absolutny? Ontologia określa go jako byt konieczny – co do tego w różnych systemach światopoglądowych panuje zgoda. Tak uważają teiści (św. Bonawentura: absolut (Bóg), jest bytem prostym, niezmiennym, koniecznym, Leibniz: absolut jest bytem koniecznym, którego sama możliwość wywołuje aktualność). Podobnie deiści (Fontenelle, Rousseau, Diderot, Voltaire) przyjmowali absolut filozoficzny, jako istotę najwyższą, byt konieczny i wieczny, który jest przyczyną zaistnienia świata. Także filozofia marksistowska nie neguje istnienia Absolutu; jego funkcję pełni materia, której przypisuje się cechy absolutne: wieczność, samowystarczalność i nieograniczoność (w świetle powiedzianego wyżej przypisywanie jej dziś tych cech ma charakter życzeniowy).

Moi Drodzy, :)

Święty Bonawentura pisze:

12. Ponadto jeśli istnieje byt pochodzący od innego bytu (ens ab alio) istnieje także byt nie pochodzący od innego bytu (ens non ab alio), ponieważ nic nie wywodzi samo siebie z niebytu do bytu, konieczne jest więc istnienie pierwszej przyczyny wywodzenia, która jest w bycie pierwszym, ponieważ ten nie wywodzi się od żadnego bytu. Jeśli więc byt pochodzący od innego bytu nazywa się bytem stworzonym, to byt nie pochodzący od innego bytu nazywa się bytem niestworzonym, którym jest Bóg; wszelkie rozróżnienia bytu wskazują, że Bóg istnieje.

W fizyce świata istnieją byty, które mają dla nas charakter absolutny, weźmy jako przykład oddziaływania fundamentalne (elektromagnetyzm, słabe, silne, grawitacja) i ich unifikację:

magnetyzm (monopol magnetyczny) + elektryczność (ładunek elementarny e)=elektromagnetyzm (fale elektromagnetyczne, fotony),

elektromagnetyzm + słabe (bozony W+, W-, Zo radioaktywność jąder atomowych, rozpad mionu i cząstek dziwnych) = elektrosłabe (powłoki elektronowe + jądra atomowe = atomy widziane "zewnętrznie";) (elektrodynamika kwantowa),

elektrosłabe + silne (kwarki w hadronach, tj. w protonach i neutronach, oddziaływanie we wnętrzu jąder atomowych, chromodynamika kwantowa)= atomy widziane "wewnętrznie"(teorie wielkiej unifikacji),

elektrosłabe + silne + grawitacja = atomy "umasione" tj. materia posiada masę (supersymetria).

Właśnie supersymetria ma już dla nas charakter absolutu, jest nie potwierdzona doświadczalnie.
Jednakże dla mnie to nie supersymetryczne cząstki są tym czymś, co mogę uznać za absolut. Dla mnie aboslutem jest materia, którą opisuje fizyka oparta na wielkościach fizycznych Plancka, to tzw. "Jednostki Plancka". Współcześnie, Jednostki Plancka w fizyce nie dają obrazu fizycznego (układu fizycznego) - są traktowane jako system jednostek naturalnych, jednak dla mnie istnieje fizyka Plancka - bo ja ją widzę w początkowym etapie ewolucji Wszechświata - i dla mnie istnieje w tej fizyce cząstka Plancka, którą mogę odnosić do opisu Świętego Bonawentury, jako byt nie pochodzący od innego bytu (ens non ab alio), czyli cząstka pochodząca od Boga. Interpretuję tą cząstkę jako kwant Wody Życia, o której pisze Ewangelia, to słowa Jezusa Chrystusa:

http://bibliepolskie.pl/zzteksty_wer.php?book=43&chapter=4&verse=14&tlid=22

W teologii prawosławnej strażnikiem tego Źródła Wody Życia jest Maria, Matka Jezusa Chrystusa.

Tsole, bardzo Ci dziękuję za napisanie tego artykułu, jest bardzo ładny i bardzo wartościowy. :)


Moi Drodzy,

symbolizm, o którym piszecie występuje także w kinematografii, np. wspaniały i przepiękny film Stanleya Kubricka "2001: Odyseja kosmiczna" zawiera taki przekaz, myślę, że czarna prostokątna płyta - jako niewytłumaczony w filmie element ewolucji człowieka - może być tą właśnie cząstką, pochodzącą od Boga, i to w skali 1:1. Mogę w takim razie odnosić cząstkę Plancka do filozoficznej "substancji pierwszej" (Arystoteles), a Wszechświat odnosić do filozoficznej "formy" (Arystoteles), którą substancja pierwsza zasila.

:)

Można sobie teraz tłumaczyć, że Absolut jest elementem Świata Idei Platona, to byt matematyczny. Powinien więc posiadać charakter Prawdy, której nie można sfalsyfikować metodą naukową.

:)
Ekszyn Dupacycki dnia 15.04.2017 09:29 Ocena: Bardzo dobre
Ktoś powiedział "na początku była symetria", bo cząstka jest ufundowana na symetrii.
Maurycy Rubikon dnia 15.04.2017 18:55
Moi Drodzy, przeczytajcie ten fragment Apokalipsy Świętego Jana:

Apokalipsa 12, 8-10:

8 ale nie przemógł,
i już się miejsce dla nich w niebie nie znalazło.
9 I został strącony wielki Smok,
Wąż starodawny,
który się zwie diabeł i szatan,
zwodzący całą zamieszkałą ziemię,
został strącony na ziemię,
a z nim strąceni zostali jego aniołowie.
10 I usłyszałem donośny głos mówiący w niebie: «Teraz nastało zbawienie, potęga i królowanie Boga naszego
i władza Jego Pomazańca,
bo oskarżyciel braci naszych został strącony,
ten, co dniem i nocą oskarża ich przed Bogiem naszym.
-------------------------------------------------------------------------

Tsole, napisałeś:

Racjonalizm czy teoria spiskowa?
Powyższe rozumowanie można zilustrować przypowieścią. Wyobraźmy sobie, że kilkudziesięcioosobowej grupie studentów postawiono takie zadanie, aby każdy, po usłyszeniu sygnału dźwiękowego, zapalił latarkę. (...)


To dobry przykład tego, co można odnosić do "zwodzenia" i "oskarżania" (transcendentnego), uważam, że jedna osoba nie usłyszała dźwięku, i nie zapaliła latarki z powodu Kogoś woli... Nie usłyszała, bo tamci usłyszeli, a ta właśnie osoba miała nie usłyszeć. To krytyka rozumu czystego...
--------------------------------------------

Ekszynie, napisałeś:

Dobry tekst, a przede wszystkim bardzo dobry wniosek. Szczególnie podoba mi się pomysł ewolucji duchowej w opozycji do biologicznej.

Ekszynie,

świat życia opisany jest teorią ewolucji Darwina, to na dziś świat zwierząt - gatunek homo sapiens jest po prostu zwierzęciem, dlatego Teilhard de Chardin ma rację, twierdząc, że świat jest zbieżny do Punktu Omega czyli do wzorca jakim jest człowiek Jezus Chrystus, to przechodzenie od zwierzęcości do człowieczeństwa. Ty sam wątpisz w wartości człowieczeństwa: twórczości, wspaniałomyślności, bezinteresowności. Nazywasz ich, że są: irracjonalne, wręcz przeciwnaturalne. Myślę, że Ty tego nie rozumiesz, ale Teilhard de Chardin to rozumie.
--------------------------------------------
Ekszynie, napisałeś:

Tego, czego mi zawsze brakuje w tekstach typu teizm vs ateizm, jest wskazanie różnicy pomiędzy nauką a religią. Nie można czynić nauki płaszczyzną, na której miałby się spór rozstrzygnąć.

Niestety, ja uważam, że to nauka będzie płaszczyzną, na której uzgodnią się: religia i nauka, na dzisiaj (dla mnie) religia to system symboli, piszecie o tym w komentarzach.
--------------------------------------------
Ekszynie, napisałeś:

Czy więc dobro, miłość, sprawiedliwość istnieją jako obiektywne byty w rzeczywistości? Nauka nie formułuje wypowiedzi na ten temat.

Tak, Ekszynie, istnieją, to elementy Świata Idei Platona, których nie można sfalsyfikować. To osiągnięcie punktu Omega, który mogę odnosić do odczytania Biblioteki Świata Idei Platona. Tak więc, poprzez Osobę Jezusa Chrystusa Bóg powiada: "Jesteście zwierzętami, opisuję Was w teorii Darwina, ale dojdziecie do punktu Omega, to On (Chrystus) jest Waszym wzorcem, to człowiek - Mój Syn Umiłowany."

Taki jest również symbolizm w arcydziele Stanleya Kubricka "2001: Odyseja kosmiczna" - ludzie pochodzą od zwierząt.

--------------------------------------------

Tsole, napisałeś:

Owszem, twierdzę, że realność świata jest kwestią wiary, podpierając się argumentacją takich myślicieli jak Kartezjusz, Hoimar von Ditfurth czy Karl R. Popper. Sekwencja Dubito ergo cogito, cogito ergo sum nie daje tu pola manewru: każdy z nas ma subiektywną pewność, że istnieje co najmniej jeden byt: moja świadomość. Wszystko inne, być może istnieje, ale tego udowodnić się nie da. Solipsyzm – pogląd, że istnieje tylko własne ja, a wszystko inne (z wszystkimi bliźnimi włącznie!) to tylko projekcje w rodzaju marzeń sennych – jest nie do obalenia. Nie udowodnisz solipsyście, dla którego wszystko poza jego świadomością (łącznie z jego ciałem!) jest ułudą, że istniejesz. Chyba że zechcesz spróbować

Tsole, masz rację, kiedyś rozważałem dlaczego człowiek (homo sapiens, zwierzę) rozmyśla o Bogu, to doszedłem do wniosku, że w sprawie Boga jest tyle poglądów - ile jest osobników homo sapiens. Doszedłem do wniosku, że każdy wierzący ma swojego "prywatnego Boga"... mimo, instytucjonalizacji religijnej. W świecie zachodzi solipsyzm, każdy ma swój indywidualny świat (z Woli Boga, wlana wola wydaje się być istotą człowieka, jego wolnością, a to jest złudzeniem...), homo sapiens widzi świat tylko poprzez swoje "ja", i tak postrzega świat tylko jako zwierzę. Taki osobnik-zwierzę wątpi w świat wartości, świat społecznych syntez. Oczywiście, jest to pogląd wypływający z takiego rozumienia świata, że każdy osobnik homo sapiens może być oszukiwany Bestią Starodawną, aby nie zaświecić swojej latarki - a to po prostu świat opętany, albo wlany, a Bóg występuje tutaj jako Chichrun albo Śmiechot, który rozciąga poglądy o samym sobie na jednostki homo sapiens, jako wciąż pytający każdego: "A może to jednak prawda?" Chichrun, albo Śmiechot to Bóg podobny do człowieka ze Starego Testamentu...? Tak więc, rozumiem sprawę Boga w świadomości homo sapiens jako nieustanne przekomarzanie się Boga z każdym osobnikiem homo sapiens, kiedy Bóg pyta każdego, "Co ty Synu o tym myślisz?". Bóg jest więc inicjatorem religijnym, Objawia, i w Historii uzupełnia, przekomarza się z człowiekiem, i tylko czeka, kiedy ktoś zauważy to przekomarzanie...? Dlatego Boga działanie na społeczeństwie jest po prostu indywidualnym solipsyzmem, Bóg czeka teologicznej syntezy i punktu zbieżności do Omegi...? czyli zrozumienia przekomarzania się...? Czy możecie się zgodzić ze mną?

---------------------------------------

Vigo:

Jeśli materia nie ma atrybutów bytu absolutnego (z czym się zgadzamy), nie jest ona tym samym co Absolut. Materię możemy poddać doświadczeniu,

Vigo, uważam, że materię nie możemy poddawać doświadczeniu, ma ona charakter Absolutu, tak uważam. To substancja pierwsza, nie podda się doświadczeniu.

Absolutu nie, bo leży on poza obszarem naszego poznania, czyli o Absolucie/Bogu, nie możemy wydać żadnego sądu a posteriori. Wiedza zaś opiera się na doświadczeniu i nie jest tym samym co wiara.

Tsole zauważył, a zauważa to wielu filozofów, i ja do nich się odnoszę, że wiedza, oparta na metodzie naukowej, powinna również opierać się na Objawieniu, a to jest odnoszone do wiary! Mówisz a posteriori... Należy rozumieć, że wydawanie sądu, żadnego sądu(!) nie jest niemożliwe a priori, zaś sąd a posteriori jest wydawany z mocą Objawienia... uwzględnia to osąd Myśli (!): myślenie < (Myśl = byt). Sądzę, że troszeczkę pogubiłeś się w rozważaniach, Vigo.

Chciałbym też zaznaczyć, że ja również wierzę w istnienie Boga. Dlatego, jeśli mowa o współczesnej nam fizyce, niepokoi mnie teoria skończonej czasoprzestrzeni bez brzegów, rozwijana przez Stephena Hawkinga. Wynika z niej że wszechświat nie potrzebuje pierwszej przyczyny, jak św. Tomasz określał Boga, a jest sam dla siebie przyczyną i uzasadnieniem, co zauważyła teologia, twierdząc że fizyka wkracza na nie swoje podwórko. Hawking tymczasem zdaje się mówić otwarcie, Bóg nie jest do niczego potrzebny.

Hhawking może popełniać "błąd ontologiczny", na dziś, w czasoprzestrzeni obowiązują warunki Hausdorffa, o rozróżnialności punktów czasoprzestrzennych, dwa punkty czasoprzestrzenne są różne od siebie, jeżeli otoczenia tych punktów są różne od siebie. Te otoczenia nie wymagają brzegów, są te brzegi nie zdefiniowane, czyli są dowolne, stąd Hawking rozszerza to na całą czasoprzestrzeń i to prowadzi do wniosku, że czasoprzestrzeń może zająć obszar przebywania Boga, stąd Bóg jest mu niepotrzebny. Tak procedura topologiczna jest kwazi-poprawna - bo nie zdefiniowane mamy otoczenia punktu czasoprzestrzennego, teoretycznie może to być zbiór nieskończenia mały, a także cały obszar Kosmosu, albo cały obszar nieskończoności. Bo zbiory są otwarte... To takie rozmaitości.

Henri Poincaré postawił hipotezę, że w trzech wymiarach jest tylko jedna taka rozmaitość: sfera trójwymiarowa. Perelman dowiódł „homeotopijnej jedyności sfery wśród rozmaitości”. Wersja dla nie-matematyków mogłaby brzmieć: „Z obwarzanka nie da się zrobić pączka” albo „Z opony nie da się zrobić dobrego globusa”. Wersja dla specjalistów: „Każda trójwymiarowa zwarta i jednospójna rozmaitość topologiczna bez brzegu jest homeomorficzna ze sferą trójwymiarową”. To sprowadza się do wniosku, że sfera nie ma brzegu, a czasoprzestrzeń też... i powierzchnia sfery jest jedyną rozmaitością bez brzegów. To zresztą widać intuicyjne... , że sfera nie ma brzegów.

Czyli: sfera bez brzegów nie przeczy, że Bóg istnieje. Hawking się myli.
--------------------------------------------------------------

Vigo,

solipsyzm, jako indywidualizacja światopoglądu prowadzi do nieświadomości indywidualnej. Skoro każdy homo sapiens jest solipsystyczny, to każde homo sapiens posiada własne (indywidualne) dopełnienie do Świata Idei Platona, a to prowadzi do konfliktów, gdyż bez wiedzy, i bez wiary-Objawienia obrazy dopełnieniowe są tylko nieświadomością, konfliktową z obrazami innych. Napisałeś, Vigo:

Zbiorowa nieświadomość, jest elementem naszej jaźni, która pozostaje poza naszym wpływem, jest odziedziczoną częścią pierwotnej psyche, wrodzoną dyspozycją do wytwarzania równoległych formacji wyobrażeniowych. Elementem zbiorowej nieświadomości są archetypy, czyli praobrazy, które stanowią odbicie niewiadomej treści. Marcel Maus antropolog, określał archetypy jako kategorie wyobraźni, zaś Levy-Bruhl również antropolog, jako reprezentacje zbiorowe.

W zbiorze archetypów można umieścić również obrazy bóstw, nie tylko światopogląd prywatny. W kreowaniu obrazów bóstw bierze udział Chichrun i Śmiechot, metodą Objawień. Vigo napisałeś:

Archetypy przenikając do naszej świadomości, tworzą obrazy bóstw, w zależności od stopnia jej rozwoju. Dlatego w religiach powtarzają się wciąż te same motywy, przy czym same religie zmieniają się, co wynika, jak już wspomniałem, ze stopnia rozwoju świadomości. To przenikanie tworzy szczególną zmianę świadomości, zwaną w psychologii religii Junga numinosum.

Religia jest więc określoną postawą świadomości (prywatnej, kształtowanej) wobec doświadczenia numinosum. (...) Zwracam tu uwagę na to, że archetyp, jest odbiciem nieznanej treści, nie wiadomo co się za nim kryje, leży on poza granicą naszego poznania, czyli w żadnym przypadku psychologia religii Junga, nie wyklucza istnienia Boga.

Vigo, świetna analiza...
Vigo dnia 16.04.2017 12:25
Witam,

odpowiem na Twój komentarz Maurycy, bo moich poglądów dotyczy, zarazem moja odpowiedź będzie w dalszym ciągu komentarzem do tekstu tsole, szkoda że zamilkł.

Pisząc o poddawaniu materii doświadczeniu, mam na myśli przedmioty fizyczne, substancję, nie zaś samą istotę materii. Zgodzimy się chyba, że tak rozumiana materia, czy też substancja w duchu arystotelesowskim, np. drzewo, podda się naszemu doświadczeniu. Świetnie rozumiem że jako człowiek biegły w fizyce, możesz uznać tego rodzaju myślenie za anachronizm.
Wiem że we współczesnej nam fizyce, materia nabiera cech energii, wystarczy spojżeć na teorię względności Einsteina, gdzie wzór E=mc2, mówi o równoważności masy i energii.
Zjawisko anihilacji np. to przecież całkowita destrukcja materii posiadającej masę i powstanie w to miejsce fotonów o masie = 0.
Mam nadzieję że tu się nie mylę :)

Jednak tsole napisał:
"Mało tego: ateistom, będącym z reguły materialistami, można wykazać, że materia, w świetle tego co wie o niej nowożytna fizyka, jest kiepskim kandydatem na Byt Absolutny. "

Też mi się tak wydawało, choćby z racji tego co napisałem odnośnie doświadczenia. Jednak Ty Maurycy twierdzisz coś przeciwnego pisząc:
"Dla mnie aboslutem jest materia, którą opisuje fizyka oparta na wielkościach fizycznych Plancka, to tzw. "Jednostki Plancka". Współcześnie, Jednostki Plancka w fizyce nie dają obrazu fizycznego (układu fizycznego) - są traktowane jako system jednostek naturalnych, jednak dla mnie istnieje fizyka Plancka - bo ja ją widzę w początkowym etapie ewolucji Wszechświata - i dla mnie istnieje w tej fizyce cząstka Plancka, którą mogę odnosić do opisu Świętego Bonawentury, jako byt nie pochodzący od innego bytu (ens non ab alio), czyli cząstka pochodząca od Boga. Interpretuję tą cząstkę jako kwant Wody Życia, o której pisze Ewangelia"

Sądzę że zaczynam rozumieć Twoje stanowisko, mówisz o czymś w rodzaju "Boskiej cząstki", podpisie stwórcy. Muszę przyznać że to bardzo ciekawe. Dla mnie jest rzeczą oczywistą, że religia opiera się na symbolach, które nauka stara się wytłumaczyć.

C.G.Jung uważał że zdobycze współczesnej fizyki, wraz z psychologią, pozwolą wyjaśnić wiele spraw uznawanych z mistyczne. Twierdził że między zdarzeniami w świecie fizycznym, a sytuacjami psychicznymi, zachodzą koincydencje, zjawisko to nazwał synchronią akazualną. Prowadził nad tym badania wraz z fizykiem Wolfgangiem Paulim, który o ile wiem był jednym z twórców mechaniki kwantowej.

Nad objawieniem, tekstami objawionymi, obrazami Boga, czy też bogów, nie chciałbym podejmować dalszej dyskusji. Zarówno tsole, jak i Ty Maurycy jesteście praktykującymi katolikami, co szanuje, ja jestem ekskatolikiem i sądzę że dalsze drążenie tematu, doprowadzi do konfliktu, lub okopania się na swoich pozycjach, w najlepszym razie. Sądzę że wiara, jak i moralność mają przede wszystkim podłoże biologiczne, a objawienie to nic innego jak obraz pojawiający się w świadomości pod wpływem archetypu, sama zaś treści takiego objawienia zależy od rozwoju świadomości w której się pojawia, nie od bóstwa.

Dla mnie zarówno tekst tsole, jak i Twoje komentarze są, szalenie ciekawe i cenne. Kupiłem jakiś czas temu książkę "Mechanika kwantowa. Teortyczne minimum" pewnie pod Waszym wpływem zmobilizuję się i zacznę ją w końcu czytać :)

Pozdrawiam.
tsole dnia 16.04.2017 13:59
Vigo napisał:
szkoda że [tsole] zamilkł.


Nie zamilkł tylko świętuje! :)
Cieszy mnie to niezmiernie, że mój tekst stał się zaczynem niezmiernie interesującej dyskusji na tematy fundamentalne. I nie można sobie wyobrazić lepszej pory na taką dyskusję niż święta Zmartwychwstania Pańskiego. One bowiem ustawiają wszystko we właściwym, klarownym porządku. Wszystko to znaczy istotę, cel i sens całego tego „interesu” jakim jest rzeczywistość - ta przez małe „r”, bo ta przez duże jest sprawcą wszystkiego.
Odniosę się teraz pokrótce do niektórych wypowiedzi (w kolejności chronologicznej).

Vigo:

Po Twoim wpisie z dnia 14.04.2017 09:35 jesteśmy znacznie bliżej uzgodnienia wspólnych poglądów.
Tyle, że Hawkingiem bym się nie przejmował. Większość ateistów mówi otwarcie, że Bóg nie jest do niczego potrzebny. Jestem astronomem z wykształcenia; studia kończyłem w latach gierkowskich, czyli w komunizmie, więc naczytałem się i nasłuchałem marksistowskiej propagandy o tym, jak to nauki przyrodnicze do końca wyjaśniły świat bez angażowania w to Boga. Trochę ich zdeprymował Big Bang (no bo jak tu nie skojarzyć go ze stworzeniem) ale zaraz wymyślili teorię pulsacyjnego funkcjonowania Wszechświata. Rzecz w tym, że tak oni jak też Hawking wypowiadają się tu jako fizycy, a fizyka nie ma kompetencji do rozstrzygania zagadnień ontologicznych. W moim tekście pokazuję, że także istnienie świata materialnego jest przedmiotem wiary zatem Hawking, wierząc w istnienie tego świata także jest wierzącym :) Jeśli twierdzi że Bóg nie jest do niczego potrzebny to najwyraźniej uznaje, że materia ma atrybuty Bytu Absolutnego (zatem powinno się pisać Materia). Nie jest to wykluczone, ale moim zdaniem mało prawdopodobne. Pokazuję w tekście, że w świetle dzisiejszych badań przypisywanie jej takich cech absolutnych jak wieczność, samowystarczalność, nieograniczoność nie wytrzymuje krytyki. Jestem akurat po świeżej lekturze książki Johna Gribbina „Kubity i kot Schrodingera” która umocniła mnie w tym przekonaniu.

Maurycy Rubikon

W Twojej wypowiedzi z dnia 15.04.2017 03:22 znajduję ciągotki panteistyczne; osobiście podchodzę do panteizmu z dużą ostrożnością (choć jestem fanem Teilharda de Chardin, którego także podejrzewano o panteizm).
Twój panteizm najbardziej widać w tym fragmencie:

„Jednakże dla mnie to nie supersymetryczne cząstki są tym czymś, co mogę uznać za absolut. Dla mnie aboslutem jest materia, którą opisuje fizyka oparta na wielkościach fizycznych Plancka, to tzw. "Jednostki Plancka". Współcześnie, Jednostki Plancka w fizyce nie dają obrazu fizycznego (układu fizycznego) - są traktowane jako system jednostek naturalnych, jednak dla mnie istnieje fizyka Plancka - bo ja ją widzę w początkowym etapie ewolucji Wszechświata - i dla mnie istnieje w tej fizyce cząstka Plancka, którą mogę odnosić do opisu Świętego Bonawentury, jako byt nie pochodzący od innego bytu (ens non ab alio), czyli cząstka pochodząca od Boga.”

Wydaje mi się że przypisywanie explicite cząstce Plancka cechy Bytu Absolutnego (czyli nie pochodzącego od innego bytu) jest jednak ontologicznym nadużyciem. Osobiście bardziej skłaniałbym się ku poglądowi ks. prof. Michała Hellera zaprezentowanemu w książce „Filozofia przypadku”. Wprowadza on tu metaforycznie pojęcie Wielkiej Matematycznej Matrycy, którą utożsamia z Einsteinowskim Zamysłem Boga (the Mind of God). Autor przyznaje, że z chęcią nazwałby ją Inteligentnym Projektem, gdyby ta nazwa nie została skompromitowana (uważam, że to za mocne słowo, bardziej na miejscu byłoby: „gdyby się tak, wskutek zawłaszczenia przez kreacjonistów, źle nie kojarzyła”).
Tę Matrycę należy rozumieć jako zespół praw rządzących Wszechświatem. Heller jest kosmologiem, a w tej „grupie zawodowej” ciągotki do takiego myślenia są nie od dzisiaj. Już w latach 70. XX w. znany kosmolog amerykański Charles Misner zbulwersował świat nauki wypowiedzianym na jakiejś konferencji zdaniem „hardware is software”, co oznaczało, że tak naprawdę to istnieją tylko matematyczne modele świata, materia - o ile rzeczywiście istnieje - jest ich konsekwencją (bytem zależnym). Pogląd ten zyskał sobie wielu zwolenników, zwłaszcza pośród fizyków teoretyków i sporo przeciwników, zwłaszcza wśród materialistów.
Zatem bliżej tych poglądów (Misnera i Hellera) jesteś, gdy piszesz „Można sobie teraz tłumaczyć, że Absolut jest elementem Świata Idei Platona, to byt matematyczny.” Ja też skłaniałbym się ku temu, że Stwórca to Wielki Matematyk, gdyby nie to, że bliżej mi do teologii negatywnej (raczej potrafimy powiedzieć, czym Bóg nie jest, niż czym jest w rzeczywistości). W związku z tym powstrzymam się też od skomentowania Twojej wypowiedzi z dnia 15.04.2017 18:55, gdzie kreślisz obraz Boga przekomarzającego się z człowiekiem :)
Serdecznie wszystkich dyskutantów pozdrawiam i dziękuje za tak wartościowy odzew!
Maurycy Rubikon dnia 16.04.2017 17:51
Tsole napisał:
W Twojej wypowiedzi z dnia 15.04.2017 03:22 znajduję ciągotki panteistyczne; osobiście podchodzę do panteizmu z dużą ostrożnością


Witaj Tsole, :)

moje poglądy na Absolut i na Boga nie są panteizmem, ja odnoszę materię pierwszą do Absolutu: u mnie materia pierwsza to Absolut, natomiast nie neguję Boga osobowego, jako istoty rozumnej. Uważam, że to od Boga otrzymujemy Absolut (materię pierwszą). Odnoszę to do słów Jezusa Chrystusa:

Ewangelia św. Jana 6, 48 - 59:

48 Jam jest chleb życia. 49 Ojcowie wasi jedli mannę na pustyni i pomarli. 50 To jest chleb, który z nieba zstępuje: kto go spożywa, nie umrze. 51 Ja jestem chlebem żywym, który zstąpił z nieba. Jeśli kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki. Chlebem, który Ja dam, jest moje ciało za życie świata». 52 Sprzeczali się więc między sobą Żydzi mówiąc: «Jak On może nam dać [swoje] ciało do spożycia?»
53 Rzekł do nich Jezus: «Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie. 54 Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym. 55 Ciało moje jest prawdziwym pokarmem, a Krew moja jest prawdziwym napojem. 56 Kto spożywa moje Ciało i Krew moją pije, trwa we Mnie, a Ja w nim. 57 Jak Mnie posłał żyjący Ojciec, a Ja żyję przez Ojca, tak i ten, kto Mnie spożywa, będzie żył przeze Mnie. 58 To jest chleb, który z nieba zstąpił - nie jest on taki jak ten, który jedli wasi przodkowie, a poumierali. Kto spożywa ten chleb, będzie żył na wieki». 59 To powiedział ucząc w synagodze w Kafarnaum.

... materia pierwsza to Chleb-Ciało Chrystusa...?

:)

Czy w takim razie Jezus Chrystus używa analogii orzekania do opisów metafizycznych...?

:)
tsole dnia 17.04.2017 10:16
Do Maurycy Rubikon
Jeśli podejrzewałem Cię o panteizm to z powodu tego poglądu: „Dla mnie aboslutem jest materia, którą opisuje fizyka oparta na wielkościach fizycznych Plancka, to tzw. "Jednostki Plancka".” Jak teraz zrozumiałem, („u mnie materia pierwsza to Absolut, natomiast nie neguję Boga osobowego, jako istoty rozumnej.”) uważasz, że Absolut to materia pierwsza. Powiem szczerze: wprowadzanie tu hilemorfizmu gmatwa sprawę miast ją klarować. Arystoteles jasno określił, co uważa za Absolut: oto najistotniejsze jego cechy:
1. Jest nieruchomy i niezmienny: nie może być poruszany, bo nie byłby pierwszą przyczyną, ani nie może poruszać sam siebie, bo byłby bytem złożonym.
2. Jest niezłożony: bo zespolenie z części musiałoby mieć przyczynę.
3. Jest niematerialny: bo materia jest źródłem zmiany i wszystko materialne jest zmienne. Jest więc czystą formą, czystą energią.
4. Jest istotą duchową: inaczej bowiem niematerialnej formy niepodobna pojąć.
5. Jest rozumem: analogia z ludzkim życiem duchowym każe wyłączyć niższe funkcje psychiczne, jako pobudzane przez przyczyny zewnętrzne.
6. Jakże rozum może wprawiać w ruch materialny świat? Tylko w ten sposób, że stanowi cel, który pociąga świat. Działa "jak ukochany, który pociąga kochającego". Porusza świat będąc celem świata. Zasada jego działania to zasada nieruchomej atrakcji.
7. Działaniem rozumu może być jedynie myślenie. A przedmiotem myślenia może być w tym wypadku jedynie sam rozum: poznający bowiem upodobnia się do poznawanego i gdyby pierwsza przyczyna za przedmiot swych myśli miała świat, to upodobniłaby się doń i przyjęła jego niestałe własności.
8. Jest tylko jeden: inaczej nie byłoby jedności w świecie, świat byłby tylko zbiorem epizodów, a tymczasem świat rzeczywiście jest jednością.
9. Jest konieczny: bo nie zawiera materii, która nosi w sobie różne możliwości.
10. Jest doskonały: bo najdoskonalsza w bycie jest forma, rozum, energia.
W swoich rozważaniach nad istotą Bytu Absolutnego Arystoteles stwierdza jednoznacznie: „A byt absolutny, konieczny, doskonały, który sam będąc nieruchomy porusza świat - to nic innego jak to, co wszyscy nazywają Bogiem.”
Wygląda na to, że co innego rozumiemy pod pojęciem „Absolut”. Ja uważam podobnie, jak Arystoteles, Leibnitz, Hegel, że Absolut jest niematerialnym duchem i ostatnią rzeczą jaką zrobiłbym byłoby przypisywanie mu jakiegoś fizykalnego przymiotu.

Natomiast hipoteza że „materia pierwsza to Chleb-Ciało Chrystusa...?” jest frapująca, lecz odpowiedź na to pytanie leży w kompetencjach teologów chrześcijańskich.
Maurycy Rubikon dnia 18.04.2017 05:25
Witaj Tsole, :)

Twój komentarz jest świetny, tak powinno być, jak napisałeś. Ja też postanowiłem się wstrzymać z dalszą dyskusją. Bardzo Ci dziękuję, że mogłem z Tobą porozmawiać o rzeczach pięknych i stworzonych.

Pozdrawiam Serdecznie.

:)
tsole dnia 18.04.2017 09:09
Jestem tu nowy i od razu trafiłem na wartościowe towarzystwo, które ma ambicje dyskutowania o sprawach ważnych, trudnych, leżących u podstaw naszej egzystencji. Mam nadzieję, że to dopiero początek tej przygody.
Do spotkania przy kolejnych okazjach, pozdrawiam pięknie!
Ekszyn Dupacycki dnia 18.04.2017 12:53 Ocena: Bardzo dobre
Podbijam swoje stwierdzenie, że nauka w obecnej postaci, czyli trzymająca się zasady jednoznaczności i jasności wypowiedzi nie wypowie prawdy o świecie. Język ludzki jest ukształtowany na doświadczeniach znacznie odbiegających od wydarzeń w świecie mikro. Nie mamy też w języku (i w doświadczeniu) równoznacznika "zamiar" dla materii nieożywionej, a świat właśnie przejawia coś takiego jak chcenie. Zmuszeni jesteśmy (ci, którzy to dostrzegają) antropologizować przyrodę, co z kolei niejako powołuje do istnienia osobowy byt - Boga. Ale ten byt nie jest potrzebny, to tylko efekt uboczny gramatyki rządzącej porządkiem formułowania myśli.
Najbardziej podoba mi się postulat Bohra o komplementarności, czyli zasada, która obchodzi trudności języka i przeczące sobie - ale równie zgodne z doświadczeniem - teorie. Bohr postulował więc powrót do języka iście mitologicznego, naprowadzającego na prawdę o charakterze rzeczywistych wydarzeń, ponieważ ich się nie widzi, tylko "czuje".
tsole dnia 18.04.2017 16:24
Drogi Ekszynie, pojęcie nauki jest zbyt szerokie, by cokolwiek rozstrzygać; tuszę że masz tu na myśli nauki przyrodnicze. Zgadzam się z tym, że język - ale nie tylko on, także nasza mentalność, logika etc. - są ukształtowane na doświadczeniach świata makro. Niemniej człowiek potrafi i umie ponad nie się wznieść i przekraczać świat bezpośrednich doświadczeń (myślenie abstrakcyjne). Dobrym tu przykładem jest geometria. Najpierw powstała na bazie doświadczenia euklidesowa - i ten akt można by nazwać matematyką doświadczalną. Niemniej człowiek był w stanie wymyślić nieeuklidesową, której aksjomat równoległości prostych został "zawetowany". I co się okazało? Że znajduje ona zastosowanie do świata materialnego, stanowiąc matematyczną bazę OTW!. Sam fakt, że matematyka, będąc tworem ludzkiego umysłu, nadaje się do opisu mechanizmów rządzących światem jest wielką zagadką dla filozofów nauki. Jest pytanie czy to efekt antropologizowania przyrody, czy też może pieczęć Boga odciśnięta w naszych umysłach?
Maurycy Rubikon dnia 19.04.2017 18:31
Ekszynie,

zrozumiałem Twoją wypowiedź w ten sposób, że nie potrafimy w mechanice kwantowej dostrzec pewnej celowości, zamiaru – bo przecież świat na poziomie makro przeżywa coś takiego jak chcenie, jakąś tendencję, którą możemy w różny sposób opisywać „tylko” w języku mowy. Uważasz, że to język i jego mowa powołuje do istnienia Boga… To, o czym piszesz, to chcenie jest tylko w języku, i to tworzy tylko wrażenie… rozumiem Twoją postawę światopoglądową… bardzo ładnie to zauważyłeś! Twoje poglądy, są rozważane przez filozofów, np. Claytona emergencje, jak coś, co może być śladem oddziaływania Boga, nawet w mechanice kwantowej, dotyczące braku redukcyjności na elementy prostsze.

Mechanika kwantowa to teoria fizyczna, fizykalizm zaś jest nie chciany przez teologów – wszyscy pragną, aby świat nie był fizykalny, tylko duchowy - więc Clayton sugeruje obecność emergencji w procesach świadomości – w opisie poprzez funkcję falową. Jego koncepcja jest kontrowersyjna… ale mogę doszukiwać się w teoriach emergencji obecności Myśli: myślenie<(Myśl = byt).

Zasada komplementarności Bohra, to jego postawa badawcza, która dotyczy relacji nieoznaczoności Heisenberga, mało kto zdaje sobie sprawę z tego, że relacja nieoznaczoności Heisenberga (to moje przemyślenia) dotyczy tylko kilku wielkości fizycznych, to dla mnie pary Heisenberga:

Położenie - pęd,
Energia - czas,
Spin (moment pędu) - kąt (radialny),

- to jakby tylko tyle... - w fizyce pomiaru... - komplementarne wielości fizyczne tworzą więc pary pomiarowe, jak powyżej, komplementarność to dla mnie fizykalność, ale nie mitologizacja. Te wielkości w wymienionych parach nie możemy mierzyć jednocześnie, to cecha tego Wszechświata…

Ja sam uważam, że w świecie mogą istnieć obszary braku pomiaru przez człowieka, są ogarniane tylko Bożą transcendencję, to takie API (Application Programming Interface) – do zarządzania architekturą Wszechświata, możemy ich nigdy nie dotknąć, są duchowe… w pewnym sensie…

:)
Ekszyn Dupacycki dnia 19.04.2017 23:42 Ocena: Bardzo dobre
Maurycy Rubikon napisał:
zrozumiałem Twoją wypowiedź w ten sposób, że nie potrafimy w mechanice kwantowej dostrzec pewnej celowości, zamiaru – bo przecież świat na poziomie makro przeżywa coś takiego jak chcenie, jakąś tendencję, którą możemy w różny sposób opisywać „tylko” w języku mowy.

Mówię o Bogu, jako zasadzie konkretyzacji (używając słów Whiteheada). Całość określa część. Działanie poszczególnych cząstek (w tym elementarnych) byłoby jak gdyby na zamówienie. Jakaś siła mówi: stwórzcie DNA, stwórzcie kryształ itp... Nie pamiętam, który fizyk udowodnił tezę, że na poziomie atomowym nie ma podstaw dla wytłumaczenia życia. To jest jałowa ziemia. W świecie cząstek elementarnych nie ma zjawiska kopiowania. O tym też wspominał nasz wybitny fizyk Horodecki. No więc mówiąc o "chceniu", mam na myśli tę sugestię niektórych fizyków, że może cząstkami rządzi przyczyna o charakterze... no właśnie: zróbcie to i to. Bóg jako zasada konkretyzacji.

Jeśli chodzi o komplementarność, to ma ona szerokie zastosowanie i użyłem jej w jednym z nich. Bohr dopuszczał różne obrazy poglądowe, np. atom jako mini układ planetarny i atom jako jądro otoczone układem stojących fal. Jeden i drugi opis pomocny jest w uchwyceniu pewnych aspektów atomu, wytłumaczeniu określonych wyników eksperymentów. Każdy z tych obrazów obarczony jest nieoznaczonością i dzięki temu ostatniemu unika się logicznych sprzeczności pomiędzy tymi obrazami. Ale tutaj już wykraczam poza swój poziom rozumienia zagadnienia. Ostatnie zdanie prawie zacytowałem.

Możliwości pomiarowe określa właśnie nieoznaczoność Heisenberga, to jest: wielkość kwantu działania Plancka. Poniżej tej wielkości nie można zejść pomiarem. A przynajmniej osiągnąć miarodajność. Jeśli dobrze rozumiem.
tsole dnia 20.04.2017 18:32
Kilka refleksji związanych z owym "chceniem" materii na poziomie makro. Bardzo fajne jest to określenie, bo obrazowe. Chcąc jednak pozostać na płaszczyźnie ścisłości, trzeba by tu mówić raczej o pewnych teleologicznych właściwościach świata materialnego. Rzeczywiście wykazuje on pewną tendencję, mianowicie do strukturalnej komplikacji. Od "zupy kwantowej" w pierwszych mikrosekundach po BB przez nukleogenezę, ewolucję chemiczną, biologiczną po duchową - wszystkie te etapy łączy jedno: coraz większa komplikacja strukturalna. Im wyższy stopień ewolucji tym, materia bardziej zorganizowana. Jest to o tyle zdumiewające, że wydaje się przeczyć zasadzie termodynamiki mówiącej iż entropia układu zamkniętego zawsze rośnie (dla mniej wtajemniczonych Czytelników: entropia jest miarą uporządkowania układu: im mniejsza tym porządek większy, im większa tym większy chaos). Istotnie, ale w skali wszechświata układem zamkniętym jest on sam. I tu rzeczywiście entropia rośnie. Dlaczego jednak obserwujemy lokalnie jej spadek? Można to wyjaśnić, korzystając z termodynamiki nierównowagowej procesów nieodwracalnych Prigogine’a: jeśli tylko układ otrzymuje energię i materię z otoczenia i jeśli prawa tym rządzące mają charakter nieliniowy (i dyssypatywny), możliwym jest następstwo okresów niestabilności, po których nadchodzą fazy samoorganizacji prowadzące do takiej złożoności w zachowaniu układu, której właściwości są niemożliwe do przewidzenia metodami tradycyjnymi. Mówiąc bardziej obrazowo, istnieje rodzaj lokalnego "przeciągu" czy "wiru" entropijnego w kierunku malejącym, mimo że entropia całego układu termodynamicznego rośnie. Jeszcze inaczej: w świecie występuje tendencja do lokalnego wzrostu organizowania się materii - co możemy interpretować jako celowość, czy też obrazowo - chcenie. ja jednak wolę mówić o celowości, bo "chcenie materii" sugeruje przypisanie jej osobowości, a ja daleki jestem od panteizmu :).
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
Gred
29/04/2017 07:35
Wiem, kaleczę ortografię i interpunkcję ale pracuję nad tym,… »
allaska
29/04/2017 06:48
Tekst o "trzepocie powiek i uniesieniach luster"… »
allaska
29/04/2017 06:28
Z przyjemnością do porannej kawy :) Fajny tekst, no... »
Zola111
29/04/2017 00:31
Ten wiersz przepadł w punktacji Zaśrodkowania, a szkoda.… »
Zola111
29/04/2017 00:13
Wielkie dzięki za tłumaczenie Wertyńskiego. To bardzo udane… »
Skorek80
29/04/2017 00:08
Trafiłeś w samo sedno! Rzeczywiście, przyszło nam żyć w… »
Nalka31
29/04/2017 00:03
Zolu bardzo dziękuję za ponowną bytność pod wierszem Właśnie… »
Zola111
28/04/2017 23:58
Nalko, poprawki bardzo się przydały. Bardzo mi się… »
inaus
28/04/2017 23:56
Forma dość niezgrabna jak dla mnie, niedopracowana.… »
Skorek80
28/04/2017 23:48
Bardzo dobry tekst! Twórczość Orwella to oczywiście temat -… »
Zola111
28/04/2017 23:46
Pamiętam Twoje niedotyki, bosski. I cieszę się z Twojego… »
Nalka31
28/04/2017 23:39
Uleńko, bardzo miło widzieć Cię pod wierszydłem. Tak masz… »
Zola111
28/04/2017 23:39
Intro, urzekł mnie ten tekst w Zaśrodkowaniu. Twoje… »
Zola111
28/04/2017 23:33
Jakoś wydaje mi się zbędny ostatni wers. tutaj dałabym… »
Zola111
28/04/2017 23:16
Szkoda, że nie odpowiadasz na komentarze. Twoje teksty są… »
ShoutBox
  • Nalka31
  • 28/04/2017 23:42
  • Z racji deszczów, to i ja coś słonecznego mam dla Was. :D [link]
  • mike17
  • 28/04/2017 22:46
  • Ponieważ męczą nas wciąż deszcze, proponuję wesołą, słoneczną muzę w wykonaniu bogów gitary, zawsze przyjemniej i jakby odrobinę mniej mokro : [link]
  • mike17
  • 28/04/2017 20:38
  • Na ten wieczór polecam bogów rock'n'rollowej gitary, która nigdy się nie zestarzeje : [link]
  • allaska
  • 28/04/2017 19:55
  • Ja słucham :)
  • Krzysztof Konrad
  • 28/04/2017 16:40
  • Uwielbiam. Utwór jest skomponowany idealnie. Tak idealnie, że jego zależności matematyczne w zapisie nutowym definiuje ciąg Fibonacciego :)
Ostatnio widziani
Gości online:44
Najnowszy:Bristoaq2s