Bohater - Carvedilol
A A A
Od autora: Odgrzebałem stary pomysł, kiedy to chciałem być bohaterem.

Bohater

 

  Mężczyzna w czarnym płaszczu, trzymając ręce w kieszeniach, szedł powoli do domu, jak zwykle nieco przygarbiony. Rytm kroków wyznaczały liczne dziury w chodniku. Postać sunęła powoli ulicą Zwierzyniecką, nie zwracając uwagi na otoczenie. Kilka latarni dostosowało się dosłownie do powiedzenia, gdzie tak naprawdę jest najciemniej. Jesienny deszcz w połączeniu z silnym wiatrem, skutecznie odstraszał od niepotrzebnych spacerów.

 Nagle przez szum wiatru przedarł się krzyk:

- Ratun…!!! – urwany nagle.

 Mężczyzna przystanął, uniósł głowę, nasłuchując. Przez chwilę wahał się, a potem zagłębił w boczną dróżkę, skąd, jak mu się wydawało, dobiegło wołanie o pomoc. W słabym świetle dostrzegł dwie postaci – jedną młodego mężczyzny, drugą kobiety szamoczącej się w jego uścisku.

- Cisza! – zasyczał napastnik, zatykając ręką usta ofiary, a drugą, niczym prestidigitator, wyczarowując nóż, który skierował w stronę nadchodzącego przechodnia.

– Zjeżdżaj dziadu, jeśli nie chcesz mieć flaków na wierzchu.

Mężczyzna nie cofnął się jednak, a nawet zrobił powolny krok w stronę pozostałej dwójki.

- Chcesz mi tu bohatera zgrywać?! Zjeżdżaj, bo nie będę powtarzał.

Przechodzień drgnął na te słowa, pochylił głowę, chwilę pozostał w bezruchu, po czym odwrócił się bez słowa…

 

* * *

 

  Janek od zawsze chciał być bohaterem, takim prawdziwym, o którym się mówi i którego się podziwia. Jednak już od urodzenia mało w nim było bohaterstwa. Kiedy przeciskając się na świat utknął w drodze, lekarz musiał kleszczami wydobyć jego ciałko z matczynego łona. Może dlatego później nie chciało ono przybywać na wadze tak jak u rówieśników. Może bało się, aby w kolejnym ważnym momencie życia, nie okazało się, że duży rozmiar może stanowić przeszkodę. Również w walce z wszelakimi bakcylami ciężko było mówić o bohaterstwie, bo kiedy tylko w przedszkolu przetaczała się fala wirusów, bakterii i wszelakich plag dzieciństwa, mały Janek niczym mięso armatnie pierwszy łapał kontakt z wrogiem. I często z pola bitwy wracał później niż koledzy. W zasadzie przerobił wszystkie typowe choroby wieku dziecięcego z opasłego tomu, którego grzbiet złotymi literami jaśniał na półce pediatry. Janek sam nie potrafił heroicznie stawić czoła takiemu na  przykład mumpsowi  i rzec mu: "Odczep się ode mnie, ty świnko!", tylko pokornie puchł, a potem obwiązany matczyną chustką, zza okna podglądał życie toczące się na podwórku.  

  Kiedy dochodziło do kłótni albo bójki, Janek stosował szwajcarską taktykę neutralności. Wtedy dostawał w nos za bierność. Brzydził się przemocą. Wolał rozwiązywać konflikty w sposób pokojowy, przemyślany. Prawda była jednak taka, że Janek był po prostu tchórzem. Okłamywał samego siebie, ale był najzwyklejszym w świecie tchórzem.

  Jego polem do popisu były za to szachownice, plansze do gry w tryktraka i inne zabawy wymagające planowania i strategii. Uwielbiał też zagadki logiczne i matematykę. W tych dziedzinach bił na głowę nie tylko swoich rówieśników. Nie przysporzyło mu to może zbyt wielu znajomych, ale ci nieliczni widzieli w nim miłego chłopaka, a potem młodego człowieka, który gładko i cicho prześlizgnął się przez cały panel edukacyjny, aż do tytułu magistra. I skończył dzielnie w małym oddziale, w jarosławskim banku.

  Nieraz jednak wyobrażał sobie bohaterskie czyny, których dokonywał on, Janek, a właściwie już Jan. W praktyce kończyło się to na przeprowadzeniu staruszki przez jezdnię, czy ściągnięciu małego kotka z drzewa.

  W końcu, kiedy był już trzydziestodwuletnim mężczyzną, okazja sama do niego przyszła. Znalazła go za szybką nr pięć, w niewielkiej klitce, która była jego miejscem pracy.

 

  Trzech zamaskowanych mężczyzn pojawiło się nie wiadomo skąd; w banku nie było wtedy zbyt wielu petentów. Kilka groźnych okrzyków, pistolety i w kilkanaście sekund wszyscy obecni pracownicy oraz interesanci, stłoczyli się pod ścianą. Bank został zamknięty od środka, a wywieszka widoczna z zewnątrz, ogłaszała enigmatyczną przerwę techniczną.

  - Teraz macie być cicho, jeśli chcecie wyjść stąd żywi. A ty – zwrócił się wysoki mężczyzna w kominiarce do jednej z pracownic - dawaj kasę i bez żadnych sztuczek.

 - Mamo, mamo ja się boję, aaa... – rozpłakała się kilkuletnia dziewczynka.

 - Cicho Madziu, cicho – próbowała uspokoić ją matka, głaszcząc drżącą ręką po głowie i tuląc do siebie. Dziecko jednak, czując że dzieje się coś strasznego, nie potrafiło przestać łkać, a im bardziej próbowało, tym głośniejsze wydawało dźwięki.

  Jeden z napastników, najwyraźniej tracąc cierpliwość, chwycił małą za rękę i siłą odciągnął od matki. Musiał przy tym ogłuszyć ją kuksańcem w głowę. Efekt był odwrotny do zamierzonego, dziewczynka widząc osuwającą się na podłogę matkę, zaczęła ryczeć jeszcze donośniej.

  - Zamknij się, gówniaro! – wrzasnął zamaskowany – Pójdziesz z nami.

 - Nieeee.. – przebudziła się matka dziewczynki, ale zanim zdążyła rzucić się za córką, drugi z napastników warknął ostrzegawczo:

  - Jeden krok i twojemu bachorowi stanie się krzywda. Zabieramy go, a jeśli ktoś w ciągu następnych dziesięciu minut ruszy się albo uruchomi alarm, nie zobaczysz już małej. Zrozumiano?

  Ciche potwierdzenie skinieniem głowy.

 – To dotyczy wszystkich, jasne?

Kolejne potwierdzenia. Nagle jakiś niewielki człowieczek podniósł głowę.

 - Poczekajcie, przecież to jeszcze dziecko.

 - No i coooo? – ryknął zaskoczony napastnik

 - Jeśli potrzebujecie zakładnika, weźcie mnie, ale zostawcie to dziecko – w miarę jak Jan mówił, nabierał spokoju i pewności. Nie znaczy to, że strach go opuścił, przeciwnie -  wypełzał z jego trzydziestodwuletniego ciała i szeptał do ucha, starając się zracjonalizować sytuację: "Nie rób głupstw, siadaj, zamknij się, gaduło." Ale było już za późno, Pan Bohater się przebudził.

  Napastnicy po kilku sekundach konsternacji i porozumiewawczych spojrzeniach, podjęli decyzję. A właściwe dwóch z nich czekało na to co postanowi ten trzeci – podział ról był tu widoczny jak na dłoni.

  - Bierzcie go i spadamy zanim gliny siądą na ogonie.

   Jan poczuł jak lufa pistoletu dźga go w plecy i posłusznie ruszył za mężczyzną, który oswobodził z uścisku małą Madzię. Cel został osiągnięty. Dziesięć sekund później napastnicy i zakładnik byli już w samochodzie pędzącym w nieznanym Janowi kierunku. Zresztą, siedząc z tyłu furgonetki i tak nie widział gdzie się udają.

 

  Stary Andrzej nie zaniepokoił się; przez tyle lat mieszkając samotnie na skraju wsi o wdzięcznej nazwie Węgierka, niejeden raz był narażony na chuligańskie wybryki miejscowej młodzieży. We wsi nazywali go X-manem, z powodu charakterystycznych koślawych kolan, które z wiekiem coraz bardziej utrudniały mu samodzielną egzystencję; ale pozostał głuchy na prośby dzieci, aby wprowadzić się do któregoś z nich. „Tutaj się urodziłem i tutaj umrę, nie dla mnie miejskie smrody” – tą prostą filozofią stanowczo ucinał dyskusje. Na szczęście, mieszkając sam w starej chałupie, gdzie nie dotarły nawet takie wygody jak toaleta wewnątrz domu, miał wysłużony i wierny alarm, w postaci dwóch wilczurów. „Nimi się zaopiekujcie gdy mnie powołają tam” – wskazywał palcem w niebo – „to moi najwierniejsi przyjaciele”. Przez tyle wspólnych lat nauczył się rozróżniać sygnały, które psy do niego kierowały – teraz również wiedział, że krótkie warknięcia oznaczają tyle, co: "Uwaga, obcy!"

  Powoli pokuśtykał do okna, gasząc światło po drodze, końcem laski stukając w wyłącznik. Spokojnie zerknął przez okno, które sądząc po czystości, myte było jeszcze zapewne w PRL-u i począł bacznie lustrować obejście. Nie dostrzegł żadnego światła, ale próbował wychwycić miejsce, ku któremu skierowane były psy. Wydawało się, że ujrzał zarys jakiejś postaci, poczłapał więc do włącznika zewnętrznej lampy, po czym ponownie wrócił do okna.

  - O Matko Boska! – krzyknął, po czym najszybciej jak mógł, wypadł z domu. Przed nim stał jakiś młody mężczyzna. Może "stał" to nieadekwatne słowo; dygotał cały z zimna, zakrywając swe przyrodzenie, a skóra w kolorze fioletowego marmuru nie była okryta w żadnym miejscu.

 

  Jan, leżąc w jednoosobowej sali, stał się pępkiem świata, a przynajmniej pępkiem oddziału. Od rana tłumy dziennikarzy oblegały szpital, aby zdobyć choć parę informacji o najnowszym medialnym bohaterze, a najlepiej bezpośrednią relację z wydarzeń wczorajszego dnia. Każdy chciał zrobić to jako pierwszy (i najlepiej jako jedyny, ale to było już w zasadzie niemożliwe). Odkąd Jan trafił w nocy do szpitala, jedynymi osobami, którym pozwolono zadać kilka pytań przemarzniętemu kasjerowi, była dwójka jarosławskich policjantów. Sprawa przedstawiała się krótko – Jan ulokowany z tyłu furgonetki, wieziony przez całą wieczność (przynajmniej w jego mniemaniu) zdołał tylko ocenić, że dwóch - posługując się eufemizmem - „towarzyszących” mu mężczyzn, to raczej milczące typy, a do tego ani razu nie pozbyli się zakrywających ich twarzy kominiarek. Jan łudził się, że to dobry znak – gdyby odkryli przed nim swoje fizjonomie, pewnie nigdy nie ujrzałby już innych. A tak, w końcu furgonetka zatrzymała się i napastnicy opuścili pojazd; zanim zatrzasnęli drzwi, jeden z nich powiedział:

– Ty tu siedzisz i nie robisz hałasu, a my za chwilę wrócimy. Zaczniesz być niegrzeczny, wrócimy natychmiast i będziemy bardziej niegrzeczni od Ciebie. Zrozumiano?

  Jan nie był w nastroju do dyskusji wobec tak oczywistych wytycznych. Nie potrafił oszacować ile czasu minęło zanim ponownie otworzyły się drzwi. W każdym razie było już całkiem ciemno. Został wywleczony na zewnątrz. Jak się okazało, znajdowali się w lesie ("Niestety, panie komisarzu, nie potrafię dokładnie podać szczegółów, ciemność i drzewa wszędzie wyglądają podobnie, zwłaszcza dla kogoś, kto zastanawia się czy nie zawiśnie zaraz na jednym z nich, detale przyrody jakoś wtedy umykają").

- Kiedy już tak stałem przed całą trójką, łącznie z kierowcą, jeden z nich, chyba szef, powiedział:

- A teraz się rozbieraj!

  Popatrzyłem na niego ze strachem, zmieszanym z niedowierzaniem.

– Szybciej, rozbieraj się.

- Hmm, on na pewno nie żartował, więc pomimo, że już w czasie podróży w furgonetce zmarzłem mocno, zdjąłem posłusznie marynarkę, potem buty, koszulę i spodnie, a następnie,  ponaglany, pozbyłem się również skarpetek i bielizny. Przygotowany byłem na najgorsze; ku mojemu zdziwieniu, napastnicy (ciągle zamaskowani) zebrali całe moje odzienie, zabrali się z nim do samochodu i odjechali. Ja tymczasem zrobiłem to co nakazywał mi instynkt. Udałem się pędem w stronę majaczącego w oddali światła. Biorąc jednak pod uwagę, że moje własne podeszwy nie były tak grube i wytrzymałe jak odebranych mi przed chwilą butów, droga zajęła mi sporo czasu, a moje nogi poranione zostały, niczym nogi fakira amatora, przebiegającego przez drut kolczasty. Do tego mięśnie, nieprzyzwyczajone do zimna, odmawiały mi precyzyjnych ruchów – zdawałem sobie sprawę, że jeśli się poddam, to zamarznę do rana. Brnąłem więc do światła, choć zmęczenie, zimno i ból nakazywały zatrzymać się, moja wola przetrwania pchała mnie do przodu. Dotarłem na skraj lasu, a potem znalazłem się na podwórzu jakiegoś domostwa. Drogę zagrodziły mi psy, aczkolwiek szczekające głośno, nie atakowały mnie. Nie miałem już siły by krzyczeć, a tym bardziej walczyć z nimi – zaalarmowały one jednak właściciela, który zaprowadził mnie do środka, rozgrzał dobrym słowem i gorącą herbatą, podarował mi parę części garderoby, opatulił kocem i udał się do sąsiadów powiadomić pogotowie. Tym oto sposobem znalazłem się tutaj.

  Policjanci zdążyli zadać Janowi jeszcze kilka pytań, zanim nie zostali wyproszeni przez lekarza dyżurnego; zapowiedzieli jednak powrót rano, aby ponownie przeprowadzić śledztwo. Niestety, na podstawie uzyskanych informacji, a raczej ich braku, nie udało się im do rana wpaść na trop przestępców.

 

  Przez kilka kolejnych dni Jan czuł się jak gwiazda filmowa. Od kiedy udzielił pierwszego wywiadu, jeszcze na szpitalnym łóżku, znalazł się w każdym programie informacyjnym, pojawił się w kilku mniej lub bardziej liczących się gazetach. Początkowo nieśmiało opowiadał o swoich przejściach, ale w miarę jak gloryfikowano jego osobę w mediach, sam zaczął wierzyć, że jest kimś ważnym i stopniowo jego wypowiedzi nabierały pewności, lekkości i polotu. Również internet nie pozostał głuchy. Pojawiły się liczne memy, filmiki na youtubie, a nawet reklamy koszulek czy kubków z jego podobizną. „Był Jan Bohatyrowicz – teraz jest Jan Bohaterowicz” głosił podpis pod jednym z memów.

 Czwartego dnia, kiedy jego popularność była jeszcze na fali wznoszącej, otrzymał równocześnie zaproszenia od najbardziej popularnych dziennikarzy, prowadzących talk-show, do występu na żywo w ich programach. Dziwnym zbiegiem okoliczności, temat przewodni w jednym z nich miał brzmieć: "Czy stać nas dziś, aby zostać bohaterem?"

  Jan wrócił do domu pełen wiary w siebie, w końcu dokonał czegoś o czym marzył od dzieciństwa, a na dodatek ludzie nagle zaczęli liczyć się z jego zdaniem – chwila celebryckiej chwały. Trzeba ją wykorzystać.

   Najmilej wspominał pierwszy dzień, kiedy leżąc jeszcze obolały na szpitalnym łóżku, spotkał się z dziewczynką, którą uratował, oraz jej rodzicami. Niewiele brakowało, a kobieta zaczęłaby całować go po rękach, nawet ojciec dyskretnie pociągał nosem udając, że ma katar. Dziecko zaś, z właściwym dla swego wieku zażenowaniem, wyrecytowało podziękowanie i wyciągnęło własnoręcznie zrobioną laurkę, na której kolorowymi kredkami przedstawiło postać małej dziewczynki (przynajmniej tak sugerowały długie brązowe włosy i sukienka) oraz trzymającego ją mężczyzny, z wielkim logo supermana na piersi. „Dla mojego Bohatera”  – głosił niezdarnie zrobiony napis z wielkim „Dziękuję” pod spodem. Jan zachował sobie ten podarunek; było w tym coś rozczulającego, a zarazem czystego i szczerego. Takiego uczucia radości nie dały mu, ani liczne występy przed kamerami, ani pochwalne komentarze dziennikarzy i tak zwanych osobistości medialnych.

   Czy on naprawdę był taki wielki? Czy to potrzeba chwili i nowy temat, odciążający na chwilę uwagę od politycznych gierek, ukształtował jego wielkość? Jan wiedział swoje – jest jednak wyjątkowy, to nie był przypadek.

 

   Ta eksplozja sławy trwała pięć dni. Piątego dnia natarczywy dzwonek do drzwi wyrwał Jana ze snu. „Dziennikarze o tej porze?” – pomyślał, jeszcze częściowo przez sen. Kiedy otworzył drzwi, ujrzał dwóch umundurowanych policjantów, z postury przypominających nieco Flipa i Flapa.

 - Czy pan Jan Dereń? – zapytał oficjalnie i sucho Flip.

 - Tak, to ja – odparł, zdziwiony nieco, że ktoś jeszcze go nie rozpoznaje, ale cóż, takie są pewnie procedury – słucham panów.

 - Otóż, chcielibyśmy poinformować pana, iż tej nocy udało nam się schwytać jednego z napastników, który dwudziestego trzeciego października bieżącego roku, brał udział w czynie przestępczym z użyciem broni palnej, a następnie porwania obywatela Jana Derenia, czyli pana we własnej osobie.

 - Rozumiem, mam rozpoznać napastnika, ale to będzie trudne, od razu mówię…

 - Nie rozumie mnie pan, pan nie jest świadkiem w tej sprawie.

 - Nie jestem świadkiem?... Zaraz, zaraz, to o co chodzi?

 - Po wstępnym przesłuchaniu udało się nam zidentyfikować szefa gangu…

 - Brawo, dobra robota - przerwał ponownie Jan

 - Jest pan aresztowany pod zarzutem dowodzenia zorganizowaną grupą przestępczą oraz udziału w napadzie na bank z użyciem broni palnej.

 

  W sądzie było tłoczno jak podczas średniowiecznego jarmarku, z wieszaniem złoczyńców ku uciesze tłumu. Jeśli dwa miesiące temu Jan był w centrum zainteresowania mediów, to była zaledwie uwertura do popularności jaką osiągał obecnie, spychając nawet tak ważne wydarzenia, jak nadanie przez znaną piosenkarkę (czy też aktorkę, trudno stwierdzić oba fakty) swemu synowi imienia Indiana, kolejne sekstaśmy, które same wypłynęły (o dziwo, w momencie znacznego spadku zainteresowania pop gwiazdką, z dwoma prawie identycznymi hitami na koncie), czy nawet kolejnego lekarza biorącego w łapę (całe pięćdziesiąt złoty i grzybki).

   Atmosfera na sali gęstniała z każdą chwilą, a wolnych miejsc od dawna nie było; była za to zgoda na obecność mediów, skrupulatnie wykorzystana do maksimum. Kiedy Wysoki Sąd otworzył proces, oczy wszystkich skierowały się na siedzącego z pochyloną głową Jana. W ciągu jednego dnia z piedestału, na który wyniosła go prasa, ta sama prasa zepchnęła go tak głęboko, że nawet abysal przy tym miejscu wydawał się jasny. Gwiazdy talk show mogły odetchnąć z ulgą, że aresztowanie nastąpiło przed wystąpieniem Jana w ich programach, a jednocześnie żałowały, że teraz nie będą mogły gościć oszusta dziesięciolecia, jak już okrzyknięto błyskotliwego kasjera-gangstera. Podszyć się pod bohatera, aby w białych rękawiczkach obrabować bank i jeszcze skierować podejrzenia w innym kierunku – majstersztyk.  Dawno nie było takiego zainteresowania procesem w mediach; po raz pierwszy uzyskano także zgodę na transmisję na żywo w internecie. Co by nie powiedzieć, Jan naprawdę błyszczał, ale nikt z sali nie mógł się dobrze przyjrzeć jego twarzy, ani tym bardziej zobaczyć wyrazu jego oczu; odkąd wprowadzono go na rozprawę, ani razu nie podniósł głowy.

   Sprawa toczyła się szybko, pierwszy oskarżony odpowiadał chętnie, jakby deklamował wyuczoną formułkę. Twarz jego wyrażała poziom inteligencji średnio rozwiniętej fretki, jednak złość tłumu nie była skierowana na niego; szybko stało się jasne, że to tylko narzędzie potrzebne do osiągnięcia celu, które miało usunąć się w cień, gdy przyjdzie odebrać zasłużoną nagrodę bohatera roku (i parę worków pełnych gotówki).

   - Czy przyznaje się pan, do popełnienia wszystkich zarzucanych mu czynów? – zakończył prokurator, pytaniem prawie retorycznym.

 - Tak, Wysoki Sądzie, przyznaję się. – odparł jakby przyznawał się do ściągania na klasówce.

   Najciekawsze jednak dopiero nastąpiło. Prowadzący proces, pytaniem po pytaniu, zdobywał wszystkie potrzebne informacje; od tego jak został zwerbowany przez obecnego tu Jana D. do wykonania zadania.

- W jakich okolicznościach oskarżony poznał Jana D?

- Zaczepił mnie kiedyś po wyjściu z baru, ja już siedziałem parę razy, więc pewnie ktoś mu dał cynk na mój temat i dlatego zaproponował mi deal. Wcześniej nie miałem z nim do czynienia, potem zresztą też nie.

- A skąd pan miał broń?

- Zgodnie z umową, spotkaliśmy się w nocy dwa dni przed napadem, przy wejściu do ogródków działkowych, tam o tej porze roku nikt się nie kręci. Wtedy poznałem pozostałych, jeden miał ksywę Brodacz a drugi Bonzo. Na mnie mówili Czak. Sam sobie tak wymyśliłem, heh. W tym miejscu Czak począł opisywać pozostałych. „Niestety” – mówił – „po napadzie dostaliśmy swoje dole, wrzuciliśmy karty SIM z komórek do rzeki i to był ostatni raz kiedy ich widziałem. Oskarżonego tutaj siedzącego – wskazał kiwnięciem na Jana - ostatni raz widziałem jak rozebrał się do golasa, kazał nam zabrać swoje rzeczy i zjeżdżać. Część łupu, tak jak było umówione wcześniej, podrzuciliśmy do skrzyni na jednym z ogródków działkowych, razem z gnatami.”

  Sprawa wydawała się oczywista, adwokat Czaka niewiele miał do zdziałania, ograniczył się więc do uśmiechania do odpowiedniej kamery i poprawiania swoich włosów, żeby żaden z nich nawet na milimetr nie zmienił pozycji, którą skrupulatnie im nadał, tuż przed wkroczeniem na salę rozpraw.

  Co prawda, nie znaleziono ani pieniędzy, ani broni, ani tym bardziej pozostałych członków bandy, ale to jakoś wszystkim uciekało; najważniejsze, że mózg operacji siedział w kajdankach.

  Kiedy do składania zeznań wezwano Jana, na sali czuć było wyraźne napięcie. Szyderstwo mieszało się z podziwem, zainteresowanie było olbrzymie. Jan usiadł, nie podniósł wzroku na salę, zdawał się być tam tylko ciałem, złamany, czekający na zakończenie tej farsy.

  Na pytania odpowiadał niezmiennie: „Jestem niewinny, nie znam tych osób, nie miałem z tym nic wspólnego, nie ukradłem żadnych pieniędzy.”

Ludzie byli zawiedzeni, spodziewali się raczej pikantnych szczegółów, a dostali papkę bzdetów.

  Gdy padło ostatnie pytanie, Jan podniósł głowę  i zobaczył matkę małej Madzi. Ta splunęła na podłogę i udawała, że rozgniata butem takie parszywe gówienko jak on.

 - Jestem niewinny Wysoki Sądzie – odparł.

 - Nie mam więcej pytań.

 

   Za przywództwo grupy przestępczej i zorganizowanie napadu z bronią, dostał łącznie wyrok dwunastu lat pozbawienia wolności; wszyscy byli usatysfakcjonowani, w końcu należało mu się, chciał przecież swoimi gierkami przechytrzyć nas, społeczeństwo, i pewnie śmiał się w kułak, gdy udzielał wywiadów jako bohater dziesięciolecia. "Dobre sobie, gnój jeden" – myślała większość. Po paru dniach nikt już nie pamiętał o Janie, bohaterze-gangsterze. Znanemu piłkarzowi miały się urodzić pięcioraczki – to dopiero wydarzenie. No, ba!

 

* * *

 

  Mężczyzna w czarnym płaszczu zrobił gwałtowny ruch, odwracając się, wyciągnął z kieszeni płaszcza butelkę wódki, która rozbiła się z brzękiem na skroni napastnika. Tamten nie zdążył zareagować, a już znalazł się kałuży krwi, zdzielony na wszelki wypadek jeszcze parę razy przez Jana. Nie trzeba było dziewczyny do opuszczenia tego miejsca, gdyż ta, czując tylko jak uścisk zelżał, oddaliła się w tempie godnym olimpijskiego sprintera. Jan sprawdził tętno i oddech leżącego, po czym również oddalił się. Pogotowie powiadomił, korzystając z telefonu pierwszego napotkanego mężczyzny. Gdy po pięciu minutach zobaczył światła karetki, rozpłynął się. W tym czasie spora grupka zdołała już zebrać się wokół „poszkodowanego”. Tak oto Jan spełnił swoje marzenia. Naprawdę zachował się jak bohater. Kiedyś ta chęć, umieściła go na siedem lat w więzieniu (za dobre sprawowanie i mając dobrego adwokata, wyszedł wcześniej); teraz, gdy bezinteresownie ratował czyjąś cnotę a może i życie, jedyne o czym myślał, to czego się dziś wieczorem napije, przecież cała wódka stracona…

 

 

 

...Samochód zatrzymał się na niewielkiej polance. Z furgonetki wyskoczyło dwóch mężczyzn, trzeci wysiadł z kabiny. Jeden z nich, zanim zamknął drzwi, rzucił:

-Ty tu siedzisz i nie robisz hałasu, a my za chwilę wrócimy. Zaczniesz być niegrzeczny,  wrócimy natychmiast i będziemy bardziej niegrzeczni od Ciebie. Zrozumiano?

 Po czym zatrzasnął drzwi i dokładnie zabezpieczył przed możliwością otwarcia ich od środka.

- Szefie, co z nim robimy?

 Kierowca, zwany szefem, wysoki mężczyzna o krótko ostrzyżonym włosach i klatce piersiowej wielkości Arizony, zaczął głosem nie znoszącym sprzeciwu:

- Słuchajcie, przemyślałem sobie wszystko po drodze; możemy to jeszcze odwrócić na swoją korzyść, nie musimy nikogo zabijać. Puścimy gościa wolno.

- Jak to wolno?...

- Widzicie tam w dole to światło? To chata starego Jędrzeja, jakiś kilometr stąd. Damy mu szansę tam dotrzeć, ale żeby nie było za szybko, to mu to kapkę utrudnimy he, he, powiedzmy, że będzie pędził bez termoizolacji, żeby się czasami nie spocił. Zmarznie trochę i tyle, nic mu nie będzie, a my w tym czasie oddalimy się wystarczająco daleko. Najważniejsze jest to, że to on wpadł na ten plan i to on za to odpowiada, łapiecie?

- Jak to on?... – synapsy pracowały na zwiększonych obrotach, w łepetynach pozostałej dwójki.

- No to posłuchajcie uważnie i wbijcie sobie do waszych zakutych łbów, jak to naprawdę było…

 Po piętnastu minutach została jeszcze jedna kwestia:

- Naprawdę myślisz, że ktoś w to uwierzy w takie gówno?

- Chłopie, teraz są takie czasy, że jeśli gówno zawiniesz w papierek i zaczniesz sprzedawać jako batonik, a w telewizji jakiś matoł będzie to chwalił, to uwierz mi - znajdzie się wiele baranów, którzy nie dość, że nie zaprzeczą, to jeszcze powiedzą, że to smaczne. Myślicie, że co jutro o nim napiszą? Bohater bla, bla, bla… Ale pomyślcie, co będzie, jeśli się okaże, że to on to wszystko wymyślił? Będzie winny zanim go jeszcze osądzą, a na takie płotki jak my, nikt nie zwróci uwagi. Pamiętajcie tylko, trzymamy się planu, napatoczyliśmy się, nie znaliśmy się, i podajemy inne rysopisy, gdyby ktoś wpadł. Jasne?

 A teraz jedziemy, nie chcę przegapić meczu...

Poleć artykuł znajomym
Pobierz artykuł
Dodaj artykuł z PP do swojego czytnika RSS
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • E-mail znajomego:
  • E-mail polecającego:
  • Poleć ten artykuł znajomemu
  • Znajomy został poinformowany
Carvedilol · dnia 12.04.2017 20:34 · Czytań: 450 · Średnia ocena: 5 · Komentarzy: 3
Komentarze
Ten_Smiertelny dnia 21.12.2017 13:50 Ocena: Świetne!
Bardzo mi się podobało!

Carvedilol zdecydowanie potrafisz pisać i masz ciekawe pomysły. Twoje opowiadanie wywołało u mnie gamę różnych emocji i przemyśleń. Ciężko mi tutaj je wszystkie przedstawić, bez poplątania się w tym wszystkim. Mam nadzieję, że nie zirytuje cię długość komentarza.

Zacznę od początku. Po tym jak ostatnie twoje opowiadanie napełniło mnie radością, chciałem przeczytać coś więcej z twoich dzieł. Strasznie bałem się jednak, że się rozczaruję. Na szczęście – niesłusznie.

Przyciągnął mnie tytuł. Sam chciałem kiedyś napisać opowiadanie o tytule „Bohater”. W ogóle wydaje się mi też, że bohaterstwo jest dobrym tematem literackim – i nie tylko literackim.

Cytat:
Odgrzebałem stary pomysł, kiedy to chciałem być bohaterem.


Któż kiedyś nie marzył żeby być bohaterem? Któż by nie chciał? Każdy by chciał. Mężczyzny, który nigdy nie wyobrażał sobie, że będzie bohaterem, nie chciałbym w ogóle znać.

Jako chrześcijanin mam na tą sprawę pogląd dosyć osobliwy. Sądzę, że poniekąd taki jest cel naszego życia. Człowiek nie został stworzony by być zerem, człowiek został stworzony by być bohaterem!

Bóg jest wspaniały i chce byśmy również byli wspaniali. Mamy być jego synami. Mamy poświęcać samych siebie dla dobra innych – jak nasz Pan i wzór Chrystus. Mamy zachowywać się bohatersko, a więc być bohaterami. Wierzę, że Bóg chce dopomóc nam w osiągnięciu tego celu.


Mam więc nadzieję, że ty nie straciłeś jeszcze zupełnie nadziei, na zostanie bohaterem. Mam nadzieję, że nie tylko „chciałeś” lecz i gdzieś wewnątrz jeszcze „chcesz”, a dzięki Bogu, możesz i nawet powinieneś. Świat potrzebuje bohaterów, choćby ich nawet krzyżował.

Cytat:
Kiedy dochodziło do kłótni albo bójki, Janek stosował szwajcarską taktykę neutralności. Wtedy dostawał w nos za bierność. Brzydził się przemocą. Wolał rozwiązywać konflikty w sposób pokojowy, przemyślany.


Przeczytawszy to zdanie poczułem zgrzyt. Bałem się, że usłyszę tutaj bzdury o „pokojowym rozwiązywaniu problemów” i tym podobną żałosną paplaninę, tak popularną i propagowaną. W rzeczywistości zaś wymowa całego opowiadania jest zupełnie odwrotna. Nie zawiodłeś mnie tutaj. Już następne zdanie zdjęło mi kamień z serca:

Cytat:
Prawda była jednak taka, że Janek był po prostu tchórzem. Okłamywał samego siebie, ale był najzwyklejszym w świecie tchórzem.


To uspokoiło mnie. Jest to właśnie cenne i prawdziwe spostrzeżenie. Wielu ludzi jest w głębi duszy tchórzami. Możliwe, że i teraz ja nim jestem, na pewno zaś byłem. Piękne jednak jest kiedy człowiek, z Bożą pomocą, pokonuje własne tchórzostwo i staje się bohaterem.

Najgorsze zaś, kiedy w podobny sposób się okłamuje. Za wszystkimi tego typu inicjatywami, nawołującymi do „pokojowego rozwiązywania problemów”, do „dyskusji – która wszystko rozwiązuje”, do: „pacyfizmu”, „nieulegania postawom radykalnym”, „niestosowania przemocy i agresji” itd. stoi zwykle właśnie zwyczajne tchórzostwo.

Nie zrozum mnie źle, jestem za nadstawianiem drugiego policzka i miłowaniem własnych nieprzyjaciół. Gdy się jednak przyjrzeć tym postawom chrześcijańskim zobaczy się, że wymagają one jeszcze więcej odwagi i bohaterstwa – niż nawet czynna walka i zbrojny opór.

Chrystus idąc na mękę i śmierć musiał wykazać się większą odwagą, niż wtedy gdyby szedł do walki. Szczepan błogosławiący tych którzy go kamienowali, musiał wykazać się większą dzielnością, niż ktoś, kto przeklinałby swoich oprawców.

Jest zasadnicza różnica między kimś, kto nie oddaje bijącemu go, bo trzęsie się ze strachu, a kimś, kto jest tak dzielny, że aż nadstawia drugi policzek bijącemu – którego bez trudu by pokonał. Ważne jest by tą różnicę rozumieć.

Twoje opowiadanie jest też i o tym. Bohater twojego utworu, jako dziecko by tchórzem, który okłamywał się w typowy, żałosny, sposób, później zdobył się na odwagę (jednak nie bezinteresownie), a ostatecznie stał się prawdziwie odważny i gotowy by walczyć. Przeszedł drugą drogę i z pewnością jest o wiele doskonalszym człowiekiem – jednak jeszcze niezupełnie doskonałym.

Martwi mnie właśnie to, że (jak sądzę) wielu ludziom ta zmiana Jana mogłaby się nie spodobać, mi zaś, podoba się – i jak myślę, Bogu również by się podobała.


Cytat:
Cel został osiągnięty. (…) Zresztą, siedząc z tyłu furgonetki i tak nie widział gdzie się udają.


Dotarłszy do tego momentu byłem zachwycony i chwilowo nie mogłem dalej czytać. Bałem się strasznie, że dalej to wyśmiejesz, że dalej napotkam coś, co mnie załamie i zdołuje – jakiś fałsz, czy głupotę. Na szczęście niesłusznie.

Pokazałeś, że tchórzliwy Jan, zdobył się na czyn bohaterski. Wcale nie wyglądało, by zrobił to dla poklasku, czy powszechnego uznania. Nie wiedział w końcu, co bandyci z nim zrobią. Przeciwnie – sądził, że „cel został osiągnięty” gdy został zakładnikiem zamiast dziewczynki – tak więc prawdziwie był w moich oczach, bezinteresownym bohaterem.

W tym miejscu byłem zupełnie szczęśliwy i twoje opowiadanie najbardziej mi się podobało. Może i była to jedynie zwyczajna, stereotypowa sytuacja, jednak to już mi wystarczało i napełniało wielką radością.

Oczywiście gdyby opowiadanie skończyło się w tym miejscu, nie byłoby tak dobre jak teraz. Ba! nie zawierałoby głębszej nauki, ani nie wzbogaciłoby mnie tak jak obecnie. Jako całość, tekst jest zdecydowanie lepszy.

Chciałbym jednak podzielić się z tobą z pewnym odczuciem i przemyśleniem. Czytelnicy szukają czegoś co ich pocieszy; szukają dobra w dziele. Pisarze zaś starają się pisać coś dołującego; pisać o źle, aby przed nim przestrzegać i uczyć. To oczywiście słuszne, jednak w konsekwencji twórczość jest gorzka, a przez to mniej przyjemna.

Sam piszę często o postawach i wydarzeniach których nie znoszę. Chodzi mi o walkę z nimi, jednak przez to zniechęcam czytelników.

Tak też i twoje opowiadanie najbardziej podobało mi się, w miejscu, w którym dobro tryumfowało. Dalej jest mądre. Zawiera słuszne przesłanie i treść zdecydowanie ciekawą, obfitą w zwroty akcji i trafne spostrzeżenia, a jednak nie odczułem takiego zachwytu, jak wtedy, gdy bohater zwyczajnie zachował się jak bohater.

To nie krytyka, chcę tylko powiedzieć jak to u mnie wyglądało. To trochę wkurzające, bo naprawdę uważam za interesującą i ważną, dalszą część, lecz takie miałem odczucia. Oczywiście nie zawsze można mieć wszystko i nie twierdzę bynajmniej by opowiadanie trzeba byłoby, jakoś przez to zmieniać. Chciałem jedynie podzielić się z tobą tym odczuciem. Myślę, że autora zawsze ciekawi jak ludzie reagują na jego twórczość.


Przejdźmy zatem dalej:

Cytat:
Czy on naprawdę był taki wielki? Czy to potrzeba chwili i nowy temat, odciążający na chwilę uwagę od politycznych gierek, ukształtował jego wielkość? Jan wiedział swoje – jest jednak wyjątkowy, to nie był przypadek.


Ostatnie stwierdzenie dosłownie mnie zmroziło. Jan nie podobał mi się już tak bardzo. Był „pełen wiary w siebie”, czego zawsze nie cierpię, pławił się w swej sławie i cieszył medialną uwagą.

Mimo to, jeszcze lubiłem go przecież i powyższe zdanie spowodowało, że zacząłem bardzo się o niego martwić. – Co będzie dalej? – pomyślałem. – Jeśli tak dalej pójdzie to bohater zdecydowanie bohaterem nie będzie, może już nawet nim nie jest… Jan, przez tą całą straszną pochwałę społeczeństwa, wpadnie w straszną pychę i stanie się jeszcze dziesięć razy gorszy, niż wtedy, gdy był tchórzem.

Tragedia! Wyobraziłem sobie jak, przez jedne dobry uczynek, zbyt głośno rozdmuchany, zmienia się w zarozumiałego bufona, przeświadczonego o własnej wielkiej wartości.

To byłoby i mądre i realistyczne opowiadanie, nie chciałem jednak by Janowi się to przydarzyło. Tak jednak jest, że pochwały działają często demoralizująco, dlatego też Biblia uczy by z nimi uważać.

To bardzo różna nauka, od tej, którą przedstawia świat. W rozlicznych poradnikach psychologicznych i popularnonaukowych, często radzi się by chwalić ludzi ile wlezie. Mówi się, że szczera pochwała wiele daje człowiekowi.

Jest w tym oczywiście trochę prawdy i człowiek potrzebuje czasem pochwały, jednak Pismo Święte mówi, że ktoś, kto chwali drugiego człowieka, jakby zastawia na niego pułapkę i że jak niedobrze jest jeść wiele miodu, tak też trzeba oszczędzać komplementy [wybacz, ale nie chce mi się szukać dokładnych źródeł].

To ważna prawda, o której często się zapomina. Człowiekowi łato wpaść w pychę i zarozumiałość, musimy więc uważać z wychwalaniem kogoś. Ja również chwalę cię tutaj – nie wpadnij mi więc w pychę. ;)


Bałem się więc w tym miejscu bardzo o Jana i sądziłem, że niestety wiem, w jakim kierunku zmierza ta historia. Najśmieszniejsze jest, że już następny akapit, jest zwrotem akcji, którego się nie spodziewałem. Niewiarygodne, co za dobrze zbalansowany tekst!


Ale nadchodzi też czas na jakąś drobną krytykę:

Cytat:
Jeśli dwa miesiące temu Jan był w centrum zainteresowania mediów, to była zaledwie uwertura do popularności jaką osiągał obecnie, spychając nawet tak ważne wydarzenia, jak nadanie przez znaną piosenkarkę (czy też aktorkę, trudno stwierdzić oba fakty) swemu synowi imienia Indiana, kolejne sekstaśmy, które same wypłynęły (o dziwo, w momencie znacznego spadku zainteresowania pop gwiazdką, z dwoma prawie identycznymi hitami na koncie), czy nawet kolejnego lekarza biorącego w łapę (całe pięćdziesiąt złoty i grzybki).


Powyższe strasznie długie zdanie, jako jedyne, nie odpowiada mi w twoim tekście. Wybiło mnie z rytmu podczas czytania, ciężko też było mi zrazu, zrozumieć co masz na myśli.

Jest w nim trochę zgryźliwości – nie ważne czy zasłużonej, czy nie – ważne, że jakby nie bardzo związanej z tematem. Owszem śmiejesz się z tego, czym interesują się media, krytykujesz je na całej linii, więc ma to związek, w ogóle, z utworem; jednak nagle „sekstaśmy”, „grzybki”, „gwiazdką” itd. powodują chwilową dezorientację. Tekst nie ma nic wspólnego z tym, że popularne gwiazdy mają tylko dwa identyczne „hity” w swoim dorobku.

Wygląda to tak jakbyś starał się za dużo rzeczy upchać, w tym zdaniu i utworze. Sam pewnie często tak robię, więc nie mam prawa cię krytykować, jednak mi tutaj, to odrobinę przeszkadzało.

Nie znoszę jak ktoś mówi mi bym poprawiał swój utwór, mimo to, ja radziłbym ci jakoś poprawić to powyższe zdanie. Niech będzie mniej mądre i uczące, ale też mniej wybijające z rytmu i bardziej związane z treścią.

To jednak jedyna taka krytyczna uwaga odnośnie stylu.

////

Uff… Napisałem już tyle, a chyba nie doszedłem jeszcze do tego, co chciałem powiedzieć. Lećmy dalej.


Zwrot akcji jest niesamowity. Oczywiście byłem wciąż po stronie Jana, jednak przez chwilę dopuściłem nawet do siebie myśl, że może rzeczywiście był winny. Skierowało mnie na ten trop ten fragment:

Cytat:
Tak oto Jan spełnił swoje marzenia. Naprawdę zachował się jak bohater. Kiedyś ta chęć, umieściła go na siedem lat


Ciekawy jestem czy zrobiłeś to celowo. Wtedy na chwilę pomyślałem, że może Jan naprawdę wszystko tylko ukartował – by poczuć się jak bohater. Świetne jest właśnie to, że następna część, nie pozostawia żadnych wątpliwości i rozwiązuje wszystko. Jednak był zupełnie niewinny.

Wodziłeś mnie więc za nos jak sobie chciałeś. Wszystko to wielkie plusy, świadczące o świetnym ułożeniu utworu.

////

Jakie są przesłania (prócz tych, które już omówiłem)?

Jan okazuje się być prawdziwym bohaterem, dopiero wtedy, gdy pozostaje w cieniu i to co robi, robi bezinteresownie. Słusznie i mądrze!

Stosunkowo niedawno natrafiłem na mangę „Boku no Hero Academia”. Po początkowym zachwycie, zawiodłem się totalnie, ponieważ autor w wielu miejscach bardzo błądzi. Odrzuca mnie między innymi to, że według niego bohaterem jest również ktoś, kto robi to dla pieniędzy, sławy czy ogólnego poklasku.

Ty zaś twierdzisz coś przeciwnego. By być bohaterem, trzeba bezinteresownie pomagać potrzebującym. Nie ma wielkiego bohaterstwa, u kogoś, kto chce się swym bohaterstwem szczycić i nadymać przed innymi.

Następna rzecz. Globalne osądzanie społeczne i medialne.

Nie znoszę tego strasznie. Masz zupełną rację, ludzie są często osądzeni zanim w ogóle sąd się rozpocznie. Im głośniejsza sprawa – a właściwie – im poważniejszy zarzut, tym bardziej ludzie okazują się ślepi. Gniew zaślepia ich oczy, tak że nic już nie widzą.

Cytat:
Będzie winny zanim go jeszcze osądzą, a na takie płotki jak my, nikt nie zwróci uwagi.


Dobrze powiedziane! Niestety właśnie tak jest. To straszne, że sam zarzut może tak strasznie ciążyć na człowieku.

Nie ma żadnego domniemania niewinności. Człowiek jest traktowany jak winny, na podstawie samego zarzutu. Im jest cięższy, tym bardziej wszyscy przekonani są o jego winie. Tak było właśnie i w twoim tekście. Bohater został oskarżony o tak szaloną intrygę, że wszyscy momentalnie uwierzyli w jego winę.

Oczywiście, odpowiedzialne są za to w wielu miejscach media, które słusznie krytykujesz w wielu miejscach. To one (między innymi) do tego prowadzą i działają szkodliwie na wielu frontach.

Bardzo realistycznie pomyślane. Bardzo słuszny i potrzebny komentarz społeczny. Jak już mówiłem, czyni to opowiadanie trochę gorzkim, to jednak jedynie zaleta. To trzeba bowiem było powiedzieć, dobrze, że to zrobiłeś.

Właściwe i ważne przesłania, dobrze byłoby by jak więcej ludzi ich posłuchało.

///

Chciałbym jeszcze powiedzieć o tym, że cieszy mnie to, że Jana, w twym opowiadaniu, spotkało to, co spotkało, zamiast tego, czego się spodziewałem. Pójść do więzienia, mimo bycia niewinnym, to straszna rzecz, ale o wiele gorzej (dla niego) byłoby gdyby wpadł w pychę i butę.

Można powiedzieć, że to nawet szczęśliwe zakończenie. Opatrzność dobrze go pokierowała. Niesprawiedliwość jaka go spotkała, uchroniła go przed większym złem.

Poza tym to bardzo bohaterskie, zamiast otrzymać nagrodę za swój dobry uczynek zostać ukaranym.

Podręczniki psychologii popularnej mówią, że jeśli będziesz słuchał ich rad, dobrze będzie ci się wiodło i wszyscy ludzie będą cię lubić. Podobnie podręczniki uczące manipulacji i marketingu, obiecują nam bogactwo, sławę i aprobatę społeczną.

Chrystus zaś tak mówi:

Ewangelia św. Jana 15, 18. Jeśli was świat nienawidzi, wiedzcie, że mnie pierwej, niż was, nienawidził. 19. Gdybyście byli ze świata, świat miłowałby, co jest jego; ale że nie jesteście ze świata, lecz ja was wybrałem ze świata, dlatego was świat nienawidzi. 20. Wspomnijcie na słowa moje, które ja wam mówiłem: Nie jest sługa większy nad pana swego. Jeśli mnie prześladowali i was prześladować będą.

A nadto wspomina:

Ewangelia św. Mateusza 24, 9. Wtedy podadzą was w udręczenie i będą was zabijać, i będziecie nienawidzeni przez wszystkie narody dla imienia mego.

Bóg jest dobry i miłosierny i ostatecznie dobre uczynki zostaną nagrodzone, jednak nieraz zdarza się, że za dobro, ludzie złem odpłacają.

Chrystus za swe dobre uczynki został wydany na śmierć.
Józef, za to, że nie chciał zdradzić swego przełożonego, śpiąc z jego żoną, został wydany do więzienia.

Chrystus zmartwychwstał i dano mu wszelką władzę.
Józef został wyciągnięty z więzienia i ustanowiony władcą nad całym Egiptem.


Dobro ostatecznie zawsze zatryumfuje. Docześnie jednak na człowieka, za dobro, spotykają przykrości.



No to byłoby chyba na tyle.

Może jeszcze na koniec jakaś drobnica techniczna:

Cytat:
wyciągnął z kieszeni płaszcza butelkę wódki, która rozbiła się z brzękiem na skroni napastnika


Butelka raczej by się nie rozbiła. To mit wzięty z hollywoodzkich filmów. Szkło jest tak twarde, że kilku ludziom rozbiłbyś czaszki, a ono by nie pękło.

Wódki więc raczej by nie stracił. ;)

Z drugiej strony jest coraz więcej tandety, więc kto wie… <lol> To tylko taka tam, uwaga na boku.

///////

Więc podsumowując: Carvedilol dzięki za świetne opowiadanie. Podobało mi się i poprawiło mi humor, jest naprawdę niezłe.

Do tego rada:

Z Bożą pomocą, bądź bohaterem!

Pozdrawia serdecznie,
Ten Śmiertelny
Carvedilol dnia 21.12.2017 21:39
Ten Śmiertelny
Dziękuję za przeczytanie mojego opowiadania i tak wnikliwy komentarz.
Cieszę się, że to chciałem przedstawić i przekazać jest czytelne - dobrze poznać czyjąś opinię, i ktoś zgadza się z tym co napisałem. Pewne rzeczy do poprawki, jakieś techniczne uwagi - dziękuję i za to. Postaram się kiedyś usiąść jeszcze raz do tekstu i zastanowić się co zmienić na lepsze.

Cieszę się, że tekst się spodobał.
Pozdrawiam
Carvedilol
Ten_Smiertelny dnia 30.01.2018 11:04 Ocena: Świetne!
Do groma! znowu zapomniałem wstawić ocenę!… Więc tylko króciutko…
Poprawiać nic oczywiście nie musisz, jeśli nie chcesz. Chciałem ci tylko przedstawić moje wrażenia. Cieszę się, że mój przydługi komentarz nie zdenerwował cię – gdyż różnie to w życiu bywa…

Pozdrawiam,
Ten Śmiertelny
Polecane
Ostatnie komentarze
Pokazuj tylko komentarze:
Do tekstów | Do zdjęć
AntoniGrycuk
22/04/2018 12:27
Sorry za literówkę w nicku. Moje niedopatrzenie. Pozdrawiam »
Darcon
22/04/2018 12:10
Jestem Darcon, nie mam nic wspólnego z siłami ciemności. ;)»
AntoniGrycuk
22/04/2018 11:44
Dziękuję Ci, Darkonie, za opinię. Na swoją obronę powiem, że… »
Ania_Basnik
22/04/2018 11:31
Bardzo ciekawie w tym odcinku!Troszkę na początku zatrzymały… »
Ania_Basnik
22/04/2018 11:04
Podoba mi się Twój wiersz. Tytułem nawiązujesz do słynnego… »
Darcon
22/04/2018 10:49
Widzisz, Antoni, to jest całkiem dobre, naprawdę. Możliwe,… »
clockworklukis
22/04/2018 10:39
Dziękuję za komentarze, miło, że wstępujecie i czytacie.… »
Darcon
22/04/2018 10:25
Bardzo, bardzo, GoldKate. Zadziwiająco dużo informacji… »
Alen Dagam
22/04/2018 01:39
Utwór został wybrany przez komisję do umieszczenia na… »
pociengiel
22/04/2018 01:38
Kiedyś bym to skusrsywił. Teraz unikam podobnych zapożyczeń.… »
Alen Dagam
22/04/2018 01:29
Utwór został wybrany przez komisję do umieszczenia na… »
Alen Dagam
22/04/2018 01:16
Utwór został wybrany przez komisję do umieszczenia na… »
Alen Dagam
22/04/2018 01:06
Utwór został wybrany przez komisję do umieszczenia na… »
Alen Dagam
22/04/2018 00:48
Utwór został wybrany przez komisję do umieszczenia na… »
Alen Dagam
22/04/2018 00:35
Utwór został wybrany przez komisję do umieszczenia na… »
ShoutBox
  • Zola111
  • 18/04/2018 00:24
  • jak tam ramy nowego Zaśrodkowania? Podobają się?
  • introwerka
  • 17/04/2018 11:24
  • Mój nick to introwerka ;)
  • Szysza
  • 17/04/2018 11:21
  • introwertka, dziękuję bardzo.
  • introwerka
  • 17/04/2018 11:08
  • Szyszo, wchodzisz w panel "Moje artykuły" pod napisem "Witaj [Twój nick]" po prawej stronie, tam przy każdym artykule masz opcje " Edytuj / Usuń".
  • Szysza
  • 17/04/2018 10:40
  • kochani jak usuwa się zamieszczony tekst?
  • Zola111
  • 16/04/2018 23:33
  • jskslg - nie! Pojedyncze frazy, zazwyczaj pointę, jednak całych własnych wierszy - nie. Innych autorów - owszem, i to wiele.
  • jskslg
  • 16/04/2018 22:32
  • pamiętacie na pamięć wasze teksty?
  • ajw
  • 16/04/2018 14:03
  • Rzeczywiście, brzmi prawie jak Jaromir :)
Ostatnio widziani
Gości online:25
Najnowszy:Wilkowyjej72sd
Wspierają nas